Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Gen marzenia - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
20 sierpnia 2026
60,00
6000 pkt
punktów Virtualo

Gen marzenia - ebook

Gen marzenia to swoiste silva rerum o o charakterze quasidziennika, w którym zacierają się granice formalne literatury wysokiej na rzecz niezwykle osobistego, by nie rzec – potocznego, codziennego języka. Jest to także poetycka próba autobiografii. Ten nietypowy dziennik, a raczej zapiśnik, w wielu momentach przypomina raczej Myśli nieuczesane Stanisława Jerzego Leca niż klasyczny dziennik intymny. To prawdziwy konglomerat gatunkowy prozatorsko-poetycki: jest w nim i fikcja, i dokument, i poezja, i aforyzmy, a także osobista korespondencja (np. z wnuczką). Lekki styl autora, znany z jego licznych publikacji, świetnie koresponduje z osobistym wygłosem zbioru, co sprawia, że lektura nawet tak rozbudowanej wypowiedzi staje się prawdziwą ucztą.

 

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Spis treści

⁕ ⁕ ⁕ [„…po co nam ludożercy z dalekiej obcej ziemi…”] ............. 608

⁕ ⁕ ⁕ [„często te same małe marzenia”] ..................................... 254

⁕ ⁕ ⁕ [„dopiero teraz…”] ............................................................... 417

⁕ ⁕ ⁕ [„łyżki i widelce jednorazowego użytku…”] ......................... 73

⁕ ⁕ ⁕ [„mijają wieki…”] ................................................................. 513

⁕ ⁕ ⁕ [„moja prawie stuletnia mama”] ........................................ 310

⁕ ⁕ ⁕ [„Na tle Nieskończoności…”] ................................................. 13

⁕ ⁕ ⁕ [„Na złość robi się szybko”] ................................................. 456

⁕ ⁕ ⁕ [„nie daj sobie…”] ................................................................. 363

⁕ ⁕ ⁕ [„niektóre słowa…”] ............................................................. 460

⁕ ⁕ ⁕ [„Poezja jest najsmaczniejszą esencją egzystencji…”] .......... 60

⁕ ⁕ ⁕ [„Przepiękny październik, a dziś już właściwie

listopad, pachnie liśćmi…”] ................................................ 538

⁕ ⁕ ⁕ [„spotkała mnie przykrość”] ............................................... 408

⁕ ⁕ ⁕ [„taniec zwyczajnych…”] ..................................................... 376

⁕ ⁕ ⁕ [„tysiące krzyżujących się wieści…”) .................................. 542

⁕ ⁕ ⁕ [„wszyscy żyjemy w klatkach…”] ........................................ 600

⁕ ⁕ ⁕ [„znów mnie wyrzuca…”] ...................................................... 23

⁕ ⁕ ⁕ [„życie to może…”] ............................................................... 554

⁕ ⁕ ⁕ [Wpis urodzinowy do sztambucha wnuczki Niny] ............ 517

Anioł Stróż .................................................................................. 470

Bajka o AI .................................................................................... 611

Ballada dla wujka Bułata .......................................................... 482

Ballada prawie na złote gody .................................................... 485

Chwila ........................................................................................ 260

Chwilowe nieporozumienie ....................................................... 194

Co prawda .................................................................................. 550

Cóż z tego świata można zabrać z sobą ..................................... 240

WIERSZE JÓZEFA BARANA

(spis alfabetyczny)

Credo .......................................................................................... 528

Czubek góry lodowej .................................................................. 300

Dyskurs z duszą ......................................................................... 254

Elegia pogrzebowa na śmierć Ryszarda Kapuścińskiego ......... 169

Elitarny klub .............................................................................. 600

Finis Poloniae ............................................................................. 553

Fotochromy ................................................................................ 144

Fraszka dla gadatliwych ........................................................... 304

Internet za tysiąc i jeden lat ....................................................... 292

Istotny powód dalszego istnienia ............................................... 583

Jaśń ................................................................................................ 5

Jesień .......................................................................................... 216

Kapitalistyczna reklama dla ubogich ....................................... 552

Lusterka ..................................................................................... 600

Magia współczesna .................................................................... 138

Marysia z bufetu na Wielopolu .................................................. 633

Miasteczko jak akwarela ........................................................... 580

Miłość ......................................................................................... 585

Moja mama nie wie co to smutek .............................................. 340

Myśl na spacerze ........................................................................ 526

Myśli na brudno ......................................................................... 306

Na grudniowej ścieżce ............................................................... 545

Na powrót poety ......................................................................... 504

Najdalsza podróż życia .............................................................. 418

Najkrótsza definicja życia ......................................................... 583

Nasze modlitwy wracają bez echa ............................................ 491

Nie bój się być sobą ..................................................................... 277

Nie trzeba wyjeżdżać na Madagaskar żeby przeżywać

przygody ............................................................................... 447

Niedziela. Słońce zagląda do szpitala ....................................... 439

Noc w Komańczy ........................................................................ 589

653wiersze józefa barana (spis alfabetyczny)

654 wiersze józefa barana (spis alfabetyczny)

O współczesnych konsumentach masowej ćwierćkultury ....... 363

Patrząc na niego, myślałem, że wiara jest

dla ludzi w miarę zdrowych ................................................ 250

Pocztówka z Tweru .................................................................... 370

Pod lasem ................................................................................... 536

Przedwiosenna zachcianka ......................................................... 99

Przedwiośnie 2021 .................................................................... 519

Przeobrażenia ............................................................................ 523

Pytanie do intelektualisty ............................................................ 51

Pytanie ostateczne ..................................................................... 643

Recepty ....................................................................................... 484

Rozstrzelane w Buczy, ukamienowane w Mariupolu ............... 570

Spadły pierwsze śniegi ............................................................... 601

Strącenie ...................................................................................... 98

Tłumni indywidualiści .............................................................. 401

Tren dla 96 ................................................................................. 295

Tryptyk borzęcki ........................................................................ 476

Ukraina. Piosenka z pierwszej linii frontu ................................ 565

Ukraino Ukraino ........................................................................ 564

W czas moru i pomoru ............................................................... 544

Widok z marcowego balkonu .................................................... 568

Z oddalenia ................................................................................ 139

Z rozmowy telefonicznej ze znajomym mającym

poczucie humoru .................................................................. 496

Znów życie pokonało śmierć ..................................................... 119

SPIS RZECZY

Jaśń ................................................................................................. 5

Zamiast prologu ......................................................................... 7

SPIS LAT

1997 .................................. 9

1998 ............................... 25

1999 ............................... 48

2000 ................................ 71

2001 ................................ 86

2002 ................................ 96

2003 ............................. 114

2004 ............................. 136

2006 ............................. 158

2007 ............................. 162

2008 ............................. 229

2009 ............................. 263

2010 ............................. 292

2011 .......................... 302

2012 .......................... 322

2013 .......................... 361

2014 .......................... 374

2015 .......................... 384

2016 .......................... 396

2017 .......................... 433

2018 .......................... 472

2021 .......................... 479

2022 .......................... 546

2023 .......................... 603

2025 .......................... 627

2026 .......................... 641

Indeks osobowy ......................................................... 644

Wiersze Józefa Barana (spis alfabetyczny) .............. 652

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8442-123-9
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

JAŚŃ

– B.P.

gdzie człowiek naprawdę jest?

gdzie jego ośródka

jaśń

skąd wciąż wytryska

na świat

w oku w brzuchu

w przedłużaczu gatunku

w Bogu

lub coraz to innym człowieku

skąd baśni się

świeci

rozprzestrzenia

i widzi wszystko

pilotuje od środka

swój układ geo-

lub heliocentryczny

otwarty lub przymknięty

gdzie skrywa się

i po co otwiera na kosmos

że aż znikomieje?

w lustrze

wygląda

na całość skończoną

obrysowaną zamkniętą

jednak w środku rozgrzana magma

prawie bez granic

rozpływa się

mieni w oczach

dopiero w trumnie

o tak gdy zapakowany

w kapsułę z czterech desek

wyraźnie jednoznacznieje

przygwożdżony do nicości

nieobecny wszędzie

nie-bożykZAMIAST PROLOGU

Baran. Brr, cóż to za nazwisko dla poety liryka!? Co innego Sienkiewicz, Gombrowicz, Reymont, a nawet Barańczak czy Baranowicz, czyli mój stryj, który nazywał się tak samo jak ja, lecz uciekł w pseudonim literacki na wzór uwielbianego przez siebie Kasprowicza (ja za nim nigdy nie przepadałem). Baran z dużymi rogami. Cap. Tryk. Owieczka. I łagodniej: Baranek Boży, a co dzień to gorzej. Beczano za mną. Chryste Panie, jak mnie to wkurzało, jak mnie to bolało, gdy biegły za mną chyżo owe przezwiska polami, sadami, drogami, do i ze szkoły borzęckiej. Dodatkowo – rerałem, czyli nie wypowiadałem „r”. Więc zaczepiano mnie, małego chłopca, gdy szedłem do sklepu na zakupy i kazano powtarzać: „Czarny baran w kropki bordo gryzie trawę, kręcąc mordą…”. Były to dla mnie tortury. „Tołtuły”. Mówiono: „Powiedz r, powiedz r”… A mnie wychodziło „ł” i wstydziłem się tego. Niektórzy przezywali mnie „Bałan”. Małe miejscowości roją się od sadystów…

Czyż nie jest wielką sztuką uszlachetnić tak pospolite, trywialne, jednoznaczne nazwisko i to do tego stopnia, by straciło swoją ostrość oraz przejrzystość semantyczną i brzmiało godnie: „znany poeta Józef Baran”? Ha! Wyobraź sobie, Czytelniku tego dziennika, jak ucieszyło mnie, gdy to po raz pierwszy usłyszałem je w tak nobilitującym kontekście. Był to znak, że zrzuciłem z niego cały ciężar pospolitości, trywialności i że dokonało się zwycięstwo sztuki nad skrzeczącą rzeczywistością…

Oto miałem rację, nie uwierzywszy w narzucone mi przez los przeznaczenie wpisane w nazwisko Baran. „Uduchowiłem” je wierszami, by straciło swą pierwotną moc.

Dziś, gdy spotykam młodego poetę krakowskiego Hieronima Szczura, robię mu wykład, że Baran, Szczur to najlepsze polskie nazwiska dla artysty, ponieważ wpadają od razu w ucho. – A ile trzeba przeczytać wierszy jakiegoś tam Henryka Kosławskiego czy Józefa Putkiewicza, żeby wreszcie to nazwisko zostało przez czytającego zauważone, a potem przyswojone w pamięci? – pytam Szczura, który zbywa to milczeniem, uważając, że sobie z niego kpię… co jest w jakimś sensie prawdą…1997

Gdy byłem mały – nie chciało mi się mówić. Przychodziły sąsiadki i dziwiły się. Pokazywałem tylko palcem i wydawało mi się, że wszyscy wokół powinni mnie rozumieć. Po 50 latach przeczytałem komentarz do mojego dziwnego zachowania. W Alchemiku Paulo Coelho:

Musi istnieć jakiś język, który obywa się bez słów. Jeśli nauczę się rozszyfrować ten język bez słów, uda mi się rozszyfrować świat.

Wszystko jest jednym – powiedział przecież mędrzec.

Jednak stara Kusiorka w Borzęcinie nie słyszała wtedy jeszcze o Coelho, ni o holizmie czy postmodernizmie, dlatego biła mnie uparcie po palcu, aż odniosło to błogosławiony skutek i w trzecim roku życia przemówiłem.



Wspominanie z Mamą ciotki Jantoski. Oto jeden z zabawniejszych epizodów w moich kontaktach z tą rezolutną krewną:

Jakieś pięć lat temu postanowiła mnie odwiedzić. Przyjechała na dworzec autobusowy w Krakowie, rozejrzała się i zaczęła rozpytywać przechodniów, gdzie tu mieszka Józek Baranik?

Bardzo zdziwiło ją, że niektórzy krakowianie uśmiechali się znacząco albo stroili dziwne miny. A jednak – i to jest w opowieści najśmieszniejsze – niezadługo rzeczywiście przytrafił się ciotce, jak szczęśliwy los w totolotka, ktoś, kto mnie znał. Wiedział nawet, gdzie mieszkam i wsadził Jantoskę w odpowiedni autobus, którym podjechała pod nasz blok spółdzielczy. Ciotka uznała to za normalne, że w Krakowie, podobnie jak w Borzęcinie – prawie każdy zna Józka Baranika. I z tym przeświadczeniem odjechała do domu, a parę lat później zmarła, przeżywszy 94 lata.



W dzieciństwie ludzie dorośli wydawali mi się jednoznaczni, utoczeni z jednego materiału. Taki był zresztą mój Ojciec-chłop. Nawet, gdy uciekłem mu z domu spod pasa przed południem, wiadomo było, że nie wywinę się od kary wieczorem, gdy wrócę skruszony… W dzieciństwie nie byłem jeszcze na tyle sprytny, żeby wiedzieć, że u ludzi dorosłych bywa też często tak jak u dzieci: słowa sobie, czyny sobie. Wierzyłem, że jak mówią – tak i robią. Dopiero dużo później uświadomiłem sobie, jak bardzo te nasze brzemienne w skutki decyzje, czyny, sądy, poglądy są uzależnione od kaprysów, chwilowych zachcianek, w istocie błahostek. Ta a nie tamta szala przeważa z powodu naszego złego albo dobrego samopoczucia. To albo tamto nam się nie podoba, bo akurat wstaliśmy z tapczanu lewą nogą. Ba, jak się okazuje, losy bitew, narodów są nierzadko uzależnione od złego czy dobrego nastroju wodzów i władców. Stąd – dyplomacja, podstępy, strategie, które chcą się wcisnąć w tę naszą lukę pomiędzy „tak” i „nie”, „dobre” i „złe”, stąd – niepewność, chwiejność szal, mogących się w każdej chwili przechylić w jedną lub drugą stronę. Może było tak, że król najadł się bobu, potem męczyły go gazy, nie udała mu się noc miłosna, więc rano był w złym humorze, wypędził posłańca reprezentującego inny kraj, z czego wyniknęła… wojna piętnastoletnia. Ale takiej przyczyny wojny nie bierze pod uwagę Historia pisana z dużej litery. A nią właśnie faszerowano nas w szkołach…

W dzieciństwie brałem słowa zbyt dosłownie. Później, mieszkając już w mieście, zrozumiałem, że tylko mały procent obietnic, przyrzeczeń, snutych planów, fantazji – spełnia się naprawdę. Dajemy się ponieść słowom, rozmowom, fantazjom. Zapominamy o przeciwnościach, odległościach. Ba, jest nam to nawet potrzebne – żeby pobujać siebie nawzajem i pobujać sobie w obłokach… Szczególnie my, Słowianie, słowiarze…



Z niepokojem i bezradnym współczuciem obserwuję kolejną przemianę mojej 84-letniej Mamy mieszkającej w domu brata Gienka w Borzęcinie… Z niepokojem, bo i ja tak samo mogę się starzeć. Mam podobnie choleryczną naturę; gdy jestem smutny – widzę wszystko na czarno; a tak właśnie Mama teraz odbiera świat. O, jak dużo kiedyś miała energii, robota paliła się jej w rękach! I gdy ta robota wymknęła się jej z rąk – nie umie sobie radzić z upływem czasu. A poza tym jest niecierpliwa i niestety – skrajnie subiektywna. To wszystko nie pozwala jej zapomnieć o sobie i cieszyć się życiem innych, jeśli się z tym życiem nie umie utożsamić (nie ze swojej winy zresztą, bo skończyła zaledwie cztery klasy szkoły elementarnej). Moimi sukcesami nie bardzo się umiała cieszyć, bo nie rozumiała nigdy potrzeby czytania książek. Pracownik ziemi, budowniczy domu, piekarz, zbieracz pieniędzy etc. – to ktoś… Ale ciułacz słów?

Na starość moja Mama nagle widzi, i to coraz ostrzej, bezsens ziemskiej krzątaniny. Mówi nawet to, co ja kiedyś: – Pieniądze to nie wszystko… Wnuczkami cieszyła się, lecz podrosły i oddaliły się. Do świata z gazet nie ma przystępu, zamykając się coraz ciaśniej we własnym. A tam w środku jest to, co jest i nic więcej – czekanie na śmierć i wiara… kto wie, czy nie podgryziona przez korniki sceptycyzmu, które pod koniec XX wieku dobierają się nawet do serc starych ludzi „na tyłach świata”?

Przyjeżdżam do niej na rowerze na godzinę, dwie. Jedyne, co potrafię, to pobudzić wspomnienia, wtedy się ożywia. Między nami przestrzenie trudne do pokonania! Nie umiem jej powiedzieć, co dla mnie ważne, bo wiem, że całe obszary mojego życia są dla niej terra incognita. A może i noszę w sobie ten podświadomy uraz, że nie potrafiła mnie zrozumieć, choć zawsze mnie na swój sposób kochała. Przede wszystkim chciała, żebym był „taki jak wszyscy”. No cóż, nie da się ukryć, że podobnie jak żona Zofia wyrosłem w domu, gdzie dominował kult przeciętności, zwykłości. Nie było tam Kolumbów, Sokratesów, żadnych zwariowanych rewolucjonistów. To cud, że zdarzył się pijak oświecony, bo połykający zimowymi wieczorami książki – dziadek Jan Bach. Poza tym wszyscy byli bogobojnie pracowici i potwornie normalni. Nie było nawet rozwodów. Robota i chodzenie do kościoła… A potem w miarę polepszania się bytu – rozmowy przy stole o kupnie nowego auta, dorabianiu się, czasem o polityce; o sztuce tu nikt nie słyszał. Książkami mojego stryja Jana Baranowicza przykrywało się w komorze garnczki ze śmietaną…

A jednak nie udało się Mamie utrzymać „normalności”, bo oto świat przekręcił się na jej oczach o 180 stopni, a ona wypadła z jego orbity…

Poza wszystkim – ładnie wygląda, ma czarne włosy, prosto się trzyma, nie cierpi na starcze dolegliwości, które innym osobom w jej wieku nie pozwalają wyściubić nosa poza izdebkę. Izbę ma czystą, schludną, z radiem i telewizorem. Bratowa o nią dba, Mama ma zresztą swoją rentę. „Powinnaś, Mamo, być zadowolona” – próbuję ją przekonać i przez chwilę mi się to nawet udaje. Wtedy zaczyna się ożywiać i opowiadać o dawnych czasach, a opowiada barwnie. Np. o Kasi, jej siostrze, która zmarła, mając 23 lata. Przed śmiercią Mama umówiła się z Kasią, że ta przyjdzie do niej w snach i opowie „jak Tam jest”. Kasia pojawiała się w snach, ale nic nie chciała mówić. Aż pewnego razu, gdy Mama przyparła zmarłą siostrę do cmentarnego muru, ta wykrztusiła: „No to ci powiem, że od dziś mi dobrze!”, po czym zrzuciła z siebie krakowskie ubranie i w białej halce czmychnęła przez dziurę w murze na cmentarz. Odtąd nigdy już Mamy w snach nie nawiedzała…

Gdy wspomina te dawności – przestaje narzekać, odżywa i młodnieje… Lecz odjeżdżając, widzę ją znów bezradną na ścieżce i robi mi się mamy żal. Nie tylko jej, ale i siebie, i nas wszystkich; całego tego niewydarzonego gatunku ssaków z pretensją do boskości:

Na tle Nieskończoności

Z nieśmiałym uśmiechem moja Mama

Zagubiona i sama

Ludzka kruszyna

Na ścieżce

Już prawie wyplątana

Z tego obcego jej świata

Z którym dawno straciła język (…)

Odkrycie

Czyżby ten szacowny starszy pan kierownik też? I jego żona? I nasza pani wychowawczyni? I pani od biologii podobna do anioła, że tylko jej skrzydła doprawić? Naprawdę?! Oni również rozbierali się do naga i robili ze sobą te brzydkie rzeczy? Nie. Nie do wiary! Rozmyślałem, gdy jako dziewięcioletni szczun w klasie trzeciej dowiedziałem się od starszego kolegi Józka Michalca o tym, że dzieci nie są przynoszone przez bociany… Było to przykre, epokowe odkrycie na miarę Einsteina dla mnie, urodzonego idealisty. Dotąd wierzyłem, że moja pani, mój kierownik, inni nauczyciele – są świętymi. A święci znajdują się poza jakimikolwiek podejrzeniami i nie mogą się zajmować takimi samymi świństwami jak np. Władek Mazur, który wystawał wieczorem z dziewczynami na wałach borzęckich, a potem, kto wie, co z nimi wyrabiał…

Odtąd – przez jakiś czas – zadziwiało mnie, że wszyscy o tym wiedzą, lecz nikt z dorosłych nie daje tego po sobie poznać, udając, że go to nic a nic nie obchodzi. Wydawało mi się wtedy, że za naszymi plecami, poza naszym zasięgiem wzroku, rozgrywa się jakiś gruby szwindel, w który my, dzieci, nie jesteśmy wtajemniczane…

PS. To, co opisane powyżej, działo się, oczywiście, w epoce przedtelewizorowej.



W młodości wydawało mi się, że mam tajne porozumienie z pięknymi dziewczynami. Może tak właśnie dawał o sobie znać poeta, który podobnie jak malarz jest łasuchem piękna. Piękno okazywało się jednak oszukańcze, a moje upatrzone anielice mnie nie zauważały… Piękno wewnętrzne, piękno zewnętrzne – zbyt często w życiu myliły mi się i mieszały. I zbyt często stawałem się ofiarą nieporozumienia. Do dziś, choć jestem dobrym psychologiem i potrafię po kilkunastu zdaniach prześwietlić na wylot faceta, mylę się co do kobiet… Przeszkadza mi blask ich piękna, które nie przepuszcza moich promieni rentgenowskich.



Borzęcin. W ich oczach jestem przelotnym ptakiem. Widzę ich przywiązanych do chałupek i zagonów niczym do psich budek. Niektórzy – a są wśród nich także marzyciele – wyrywają się do dalekich przestrzeni, nawet wzbijają w powietrze, lecz łańcuch ściąga ich z powrotem na ziemię…



W archiwum papierzysk po moim stryju pisarzu Janie Baranowiczu, mieszkającym w Katowicach, znalazłem list (z 8 kwietnia 1959) od mojego Ojca Stanisława Barana, który zwraca się do niego o poradę w mojej sprawie:

Kochany Bracie!

My dzięki Bogu jako tako zdrowi. Żone Stefke troche nerwy przygniatają, ale może pszejdzie zima i najgorsze, a w lecie wróci do zdrowia.

Ja tesz taki, ale przeciesz jusz 50 lat żyję, to człowiek będzie coraz gorszy. Dzieci zdrowe. Józek kończy szkołe podstawową i chce iść się dalej uczyć. Nauka idzie mu jako tako, tylko rosyjskie i rachonki gorzy. Tylko by ksiąszki czytał i w szkole siedział cały dzień. Do Radłowa chce iść do gimnazjum.

Ze szkołą jest coraz trudni, internat podnieśli do 450 zł na miesiąc i nie bardzo chcą przyjąć ze wsi dzieci, egzamina trudne. Ale jakoś może będzie. Jak będziemy zdrowi, to go tcza gdzieś dać. Może byście wy ze Stryjenką doradzili jaką inną szkołe. Ma zamiłowanie czytać i pisać jak najwięcej, a do roboty w polu ma dwie lewe ręce. My mu nawet zakazujemy czytać przy krowach, bo się boimy, żeby w błąd głowy nie zaszed, to wynosi ksiąszki w pole i je potem przy pasieniu czyto, nie da się go upilnować. Frania chodzi do kl. III, uczy się dość dobrze i stryjenki jeszcze nie zna. Żeby stryjenka wreszcie przyjechała nas odwiedzić! Gieniek chodzi do I kl i za stryjenką tęskni dawno. Julcem sprzedoł pole po Czarnawe i kupiłem sobie na plebańskiem, mam teraz niedaleko domu. U nas nic nowego, umarł Wręga Józek i Karolusia Indyjarzowna od młyna. Pozdrawiamy Was wszystkich i życzymy Wesołych i Zdrowych Świąt.

Staszek i Stefka

Frania, Józek i Eugeniusz



Nie ukrywam, że najbardziej imponują mi ci, którzy wystartowali z małych skoczni i dotarli daleko. Wystartować z mamuciej skoczni i frunąć wysoko, to wszak o wiele mniejsza sztuka.

Powiedziałem to kiedyś w Krakowie Romkowi Potockiemu, z którym na początku znajomości o mało nie pobiliśmy się o moich przodków pańszczyźnianych, bitych – jak mi się po dużej wódce wydawało – przez służbę należącą do dworu jego jaśniepotockiej rodziny. Na szczęście dla mnie – rozdzielono nas. W przeciwnym razie Potoccy byliby znowu górą nad Baranami, bo Romek to dwumetrowy osiłek. Trzeba jednak przyznać, że od tamtego czasu Roman nabrał do mnie szacunku i w zasadzie zgadza się, że prawdziwymi arystokratami, uszlachconymi przez sztukę, są poeci, a nie jacyś tam błękitnokrewi. Przyszło mu to tym łatwiej, że poezję lubi, a Gałczyńskiego i Skamandrytów może recytować przy kielichu godzinami.



Wczoraj w pokoiku redakcyjnym – szepty dziennikarzy-seniorów pojawiających się raz na tydzień. Pani Stefa i pan Julian opowiadają sobie z rumieńcem podniecenia na twarzach o pojawiającej się to tu, to tam Śmierci. Wprasza się do ich znajomych na podobieństwo lisa z ludowej śpiewanki, który „chodzi koło drogi, nie ma ręki ani nogi, kogo kitką przyodzieje, ten się nawet nie spodzieje”. Mówią o tym tak, jakby ją właśnie – ku wielkiemu zdumieniu – odkryli, wcześniej w ogóle nie zauważając i nie przyjmując jej istnienia do wiadomości (istnienie śmierci – cóż to za potworek językowy). „A więc naprawdę jest” – zdają się mówić prawie na ucho. – „Mój Boże… Ach, jakie to straszne! Czy wyobrażasz sobie, jak on cierpiał?”

Tymczasem młodzi dziennikarze z działu miejskiego, dniówkarze słowa, jeszcze nieskażeni refleksją egzystencjalną, we wszystkich pokoikach redakcyjnych na wszystkich piętrach, jakby nigdy nic, na podobieństwo dzięciołów, oddają się niezmordowanemu, radosnemu stukaniu (dziobami) w klawiaturę. Przez ich ciało jak prąd przebiega li tylko czas teraźniejszy: njusy, rewelacje, informacje i wydarzenia z kraju i ze świata, wytryskujące z dnia.



Mam wrażenie, że jestem ruską matrioszką, w której znajduje się kilkanaście innych, coraz mniejszych. Ale która jest najbardziej mną, z którą utożsamiam się najpełniej?

Często wydaje mi się np., że na samym dnie mnie mieszka szpicel, „czarny człowiek”, lodowaty nihilista, który obserwując, co robię – powtarza jak zepsuta płyta: „Wszystko to o dupę roztrzaskać, pamiętaj, że umrzesz”. Może dlatego, żeby go upić i nie słyszeć jego głosu, tak często sięgałem po kieliszek i inne środki uśmierzające ból?…

Ale mieszka też we mnie radosne dziecko, które potrafi się wszystkiemu dziwić, z wszystkiego cieszyć, jest niepoprawnie naiwne i skrzydlate. Jeśli ono sięga po kieliszek, to z radości – nie mogąc się pomieścić w sobie i aż pęczniejąc z nadmiaru energii. Chętne do wznoszenia ciągłych toastów za życie, świat, Stwórcę i wszelkie stworzenie…

Człowiek jest chórem złożonym z wielu „ja”. Najgorzej, gdy ten chór ulega rozstrojeniu…



Marzenie: być stuistnieniowcem!



Stary człowiek jest jak wysoka piramida ułożona z klocków, której w każdej chwili grozi rozpadnięcie.



Bogacz otrzymuje zapłatę na bieżąco. Jest zachłanny, może dlatego, że przeczuwa, iż po śmierci już nic więcej nie dostanie…



Za każdym dziełem artysty kryje się jakaś hetera – pomyślałem, gdy Józek Ł., gwiazda młodej prozy z lat 80. odwiedził mnie ze swoją żoną w zakopiańskiej Halamie. Zjawił się też malarz Marian G. z dziewczyną jak malowana lala. Osuszyliśmy butelkę. Powiedziałem mu na ucho, że to kandydatka na modelkę, a nie na żonę artysty. Żony artystów to takie jak Józkowa Ł. – księgowa, baba jak piec kaflowy, dźwigająca cały dom na swojej głowie (podobnie jak moja Mróweczka). Po cichu marzymy o jasnych anielicach, zaborczych „laskach”, dla których – gdyby się im służyło – trzeba by zdradzić sztukę… Rozmawialiśmy m.in. o tym, co artysta ma lub nie ma ze swej sztuki? Co miał ze swojej sztfuki nieudacznik życiowy Kafka? Zamek, który wymyślił, był jego jedynym domem w chmurach. Fikcja literacka stanowiła treść życia Kafki, innego życia nie znał. Ale ile wytężonej woli, wyobraźni, by móc jakoś zadomowić się w tej literackiej fikcji tak, by wydawała się prawdziwym życiem?



Góry wołały, góry przyzywały, góry ciągnęły w góry coraz wyżej. Piękne widoki, dużo słońca, wspinaczki, potem, co drugi dzień basen Antołówka z biczami wodnymi, antyreumatycznymi, dobrymi na moją rwę kulszową. Wielkie oczyszczenie i rozgrzeszenie pod chmurami i komunie słoneczne na Kasprowym, w Dolinie Pięciu Stawów. Patrzyłem z Kopy Kondrackiej na z-nieba-zstępujących ludzików. Leżałem na kosodrzewinie z Giewontem podłożonym pod głowę, a w dół spływało zmęczenie. Spotykałem na szlakach studentki, niezbyt może urodziwe, bo te ładne pozostały niżej. Na wysokich obcasach przechadzają się po Krupówkach i jedzą lody waniliowe.

W Halamie dowiedziałem się od recepcjonistki, że w pokoju – po moim wyjeździe – zamieszka Wisława Szymborska. Będzie wyglądać przez to samo co ja okno na Giewont, nudzić się na paru metrach kwadratowych i przeżywać małe uniesienia wyobraźni. Rok temu umówiliśmy się – pół żartem, pół serio – na piwo pod Tatrami. A potem dostała Nobla i nie widziałem jej już, bo ukrywa się przed ciekawskimi…

Miłosza natomiast o wiele łatwiej spotkać w Krakowie – raz natknąłem się na niego w parku. Czytał gazetę. Niedawno wydał Pieska przydrożnego. Kolejne trzysta stronic. Tytan pracy, jakby 86 lat nie robiło na nim wrażenia. Może należałoby mu odebrać pióro, żeby nie „demoralizował” młodych, podejrzewając, że życie nie ma sensu? Zaczyna ujawniać prawdy, których dawniej bał się tykać. I ta potężna niedźwiedzia łapa pisarska, ogromna świadomość samoobserwująca rozpadanie się imperium organizmu, powolne rozprzężenie ducha! Wciąż pisze i publikuje: gorsze, lepsze kawałki, zapiski brulionowe, artykuły, wiersze. Bywa, przemawia, wypowiada się w mediach. Jak się to ma do powiedzenia Szymborskiej: „Publiczne mówienie o sobie zuboża wewnętrznie. Nie wiem, z jakimi zasobami wewnętrznymi zostają ci, którzy lubią się zwierzać. Przecież trzeba zachować coś dla siebie”? Dwie postawy, dwie strategie okołotwórcze…

1 listopada

Listy od osamotnionej rzeźbiarki Maryli Tatarczuch ze Szwecji.

Na jej przykładzie widać wyraźnie sadystyczne działanie czasu. Poznałem ją na moim spotkaniu autorskim w Instytucie Kultury Polskiej w Sztokholmie, dokąd przywieźli ją na wózku inwalidzkim. A przecież jeszcze 30, 40 lat temu była niemal modelową pięknością, heroiną tamtych czasów. Znała wielkich z lat 50. i 60. W domu pokazała mi stosy serdecznych listów otrzymanych m.in. od Leszka Kołakowskiego, Jerzego Andrzejewskiego, Stachury, Iwaszkiewicza, Sandauera, Cyrankiewicza, Białoszewskiego i Bóg wie kogo. Rzeźbiła ich popiersia, przyjaźniła się, była… w centrum świata. A potem wyjechała z Warszawy, osiedliła się w zimnej Szwecji i jest teraz schorowaną emigrantką, po sześciu operacjach.

Pamiętam, że zaprosiła mnie do swojego domu w Sztokholmie na barszcz, ziemniaki i pyszną lazanię. Gawędziliśmy o wspólnych znajomych: Mrożku, Białoszewskim, Stachurze i przede wszystkim o wielkim i komicznym Arturze Sandauerze. Zapisałem jej opowieść o pierwszej wizycie Ginsberga w Warszawie (koniec lat 50., początek 60.):

Jak przyjechał Ginsberg, to wszyscy moi znajomi mówili tylko o nim. Tymczasem to właśnie ja napatoczyłam się na niego w barze mlecznym. Włos długi, broda zmierzwiona jak u Marksa. W kurtce skórzanej i – choć zimny marzec – w trampkach, gdzie miał wycięte dziurki na palce, pewnie z powodu nagniotków. Patrzę, a ten „unikat” siedzi przy stoliku i usiłuje coś wytłumaczyć kelnerce, gryzmoląc długopisem na serwetce…

Podeszłam i zaoferowałam pomoc, bo znałam angielski. Okazuje się, że narysował marchewkę, a chodzi mu o kotlet wegetariański…

Allen zapytał mnie przy okazji, czy nie znam tutejszych młodych poetów? Zaprosiłam go na wieczór do mnie. Że właśnie u mnie się schodzą. Do wieczora rzeczywiście udało mi się ściągnąć grupkę młodych. Zadzwoniłam równocześnie do Artura Sandauera, że jest Ginsberg, czy możemy z nim przyjechać. Artur ucieszył się, bo czytał Skowyt: „Przyjeżdżajcie, przyjeżdżajcie!”. No i przyjechaliśmy wszyscy na Iwicką (w tym budynku mieszkali też Jastrun, Żuławscy)… Przy wejściu wita nas gosposia Sandauera – Gonia. Że państwo właśnie wyszli po nas na przystanek autobusowy i zaraz wrócą. Weszliśmy do pokoju. Bractwo rozsiadło się na tapczanie. Zbici w gromadkę jak owce u boku światowego Allena. Co to będzie?! Patrzymy na Allena, jak zdejmuje buty i wychodzi w skarpetkach na drabinę aż pod sufit, gdzie najwyższa półka z książkami…

A tu dzwonek do drzwi! Artur i Ela, i ten cholerny ich piesek, który szczeka jak oszalały i dobiera się młodym poetom do łydek… Gosposia huzia na pieska. Ela Rosenstein z tym swoim bizantyjskim uśmieszkiem – wita się. Chłopcy się zrywają. Z Autorytetem Literatury się witają. Ja czynię wersal: „Przedstawiam Ci, Arturze, Allena”. Allen schodzi z drabiny… ale wyłazi na tapczan… Wyjmuje dzwoneczek i zaczyna dzwonić! Szok!… Nachylam się do Artura i mówię mu szeptem: „My, Arturze, chowani na Prouście, nie dziwimy się”.

Więc udajemy, że nas takie dzwonienie nie dziwi, żeby Allenowi w pięty poszło…

A potem już Artur rozmawiał z nim po angielsku i było fajnie. Zbyszek Jerzyna pokazywał, jak się tańczy poloneza… W pewnym momencie nastąpiła konsternacja, gdy Allen powiedział ni stąd, ni zowąd po polsku: „A w salonie damy mówiły o Szopenie”. Okazało się, że znał to od matki, polskiej Żydówki z Rosji….

I tak dzieliliśmy się z panią Marylą anegdotami dotyczącymi jej znajomych, którzy byli też moimi znajomymi, a niektórzy nawet przyjaciółmi. Ja jej wspomniałem, że Artura Sandauera najbardziej uderzyło przy pamiętnym spotkaniu z Ginsbergiem, że ten się bezceremonialnie drapał po podbrzuszu…

Wspominaliśmy świat, który już dawno nie istnieje. I ludzi… Nie ma już na tym świecie Ginsberga (zetknąłem się z nim jeszcze w Krakowie), nie ma Sandauera. Nie ma Stachury ani Mirona Białoszewskiego, po którym zostało mi kilkanaście listów. Zbyszek Jerzyna jest, ale jakże inny…

Rozumiem żałość pani Maryli, która teraz na wózku inwalidzkim, przed kolejną operacją, samotna, gdzieś w Szwecji przywołuje złote chwile, korzystając z tego, że jej słucham. Bo inni jej już nie słuchają i nic ich to wszystko nie obchodzi. Wszystko jak sen i mara…

⁕⁕⁕

znów mnie wyrzuca

świt na brzeg

niczym muszlę

ze skłębionego oceanu

w mojej głowie jak w muszli

całą noc szumiało

Wiecznością i Snami

i wszystko pomieszało się z wszystkim

wszyscy byli wszystkimi

i nie było jeszcze sztucznego podziału

na umarłych i żywych…

Zmiana perspektywy

Kraków. Nie zabrałem z sobą klucza do miasta. Potem nie mogłem się dostać do mieszkania, które tak zwyczajne – stało się nagle niedostępne. Tam – ciepło, tam – leżanka, tam – jakieś ważne do mnie telefony, które słyszę przez drzwi i których nie mogę odebrać, gdy tu – ciemny korytarz i zimno (a na dworze jeszcze zimniej – brr!). Siedzę na schodach jak Piekarski na mękach, nasłuchując strzępów rozmów, łoskotu zjeżdżającej windy, gry na fortepianie, dźwięku domofonu; może to wreszcie ktoś ode mnie z kluczami?… Marzyłem, że będę mógł się położyć w cieple z książką na tapczanie. Przy tym wszystkim zmarzłem, bo łaziłem po osiedlu. Szukałem mieszkania aktorki Marysi Przybylskiej z sąsiedniego bloku, żeby się u niej schronić. Nie było jej. Potem zadzwoniłem do Skwarnickich i też ich nie zastałem. Dopiero po dwu godzinach pojawiła się z odsieczą żona.

Jak czasami niewiele człowiekowi brakuje do szczęścia! – wystarczy nieco odmienić perspektywę i to, co zwyczajne, okaże się drogocenne…
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij