Gen trzech - ebook
Masz tylko trzy dni. Los tej rzeczywistości zależy od ciebie.
Pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego w Genewie trafia pacjentka z tajemniczymi objawami. Kobieta ma problem z nawiązaniem kontaktu z otoczeniem i utrzymuje, że pochodzi z innej rzeczywistości.
Doktor Marcus Kin nie potrafi rozstrzygnąć, czy opowieści pacjentki – Samanthy – są jedynie wytworem chorego umysłu czy dowodem na istnienie alternatywnych światów. Pacjentka snuje przed nim historię, która doprowadziła ich do spotkania w tym punkcie czasu i przestrzeni. Brzmi ona niewiarygodnie, a zarazem niepokojąco spójnie.
Marcus ma trzy dni, by zdecydować, czy zaufać słowom kobiety i przyjąć wizję balansu energii pomiędzy światami Chaosu, Ładu i Nauki, od którego zależy przyszłość Ziemi.
Trzy dni na dokonanie wyboru, jaki może przesądzić o losach ludzkości.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-202-6 |
| Rozmiar pliku: | 530 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Halo… Dzień dobry… Jest pani z nami? – Dopiero to kilkukrotne nawoływanie wyrwało ją z zadumy.
– Co? A tak… Przepraszam. Zamyśliłam się. – Podniosła na nich wzrok.
Stali przed nią dwaj wysocy mężczyźni. Ubrani w szyte, chyba, na miarę garnitury, ale tego nie była pewna. Obaj krótko ostrzyżeni. W pierwszym momencie można by pomyśleć, że są braćmi. Jednak po chwili zauważyła różnice w układzie szczęki, kształcie uszu i nosa. Jeden z nich, ten wyższy, miał dużą bliznę zaczynającą się przy podbródku, szpeciła cały policzek, a kończyła tuż przy lewym uchu. Drugi z kolei miał nienagannie przystrzyżony, co najwyżej kilkudniowy zarost. Na oko byli koło trzydziestki, jednak w dzisiejszych czasach niczego nie można być pewnym. Wokół siebie roztaczali delikatną woń perfum.
– Odwiedziny od godziny dziesiątej – wypowiedziała wyuczoną formułkę.
– My do doktora Kina. Mamy odebrać pacjentkę – przemówił ten wyższy i wysilił się na uśmiech.
– Aaa, tak, mieli być panowie po południu.
– Mała zmiana planów. Czas nagli.
– Już dzwonię po doktora.
Wzięła słuchawkę i wykręciła numer gabinetu Kina. Słuchała bezdusznego sygnału, gdy wzięła duży łyk kawy, myśląc o tym, co przyniesie jej nadchodzący dzień. Po kilku sygnałach dała za wygraną.
– Wygląda na to, że doktora jeszcze nie ma.
Wcale jej to nie zdziwiło. Tacy jak on często pracowali do późna, przychodzili, jak im pasowało. Trochę zazdrościła takiego układu, jednak wiedziała, że jego życie prywatne praktycznie nie istnieje.
– Zadzwonię do doktora Arcusa, koordynatora całego pionu, może on coś pomoże.
– Z nim również musimy pomówić.
Ponownie chwyciła słuchawkę i wybrała numer. Tym razem głos po drugiej stronie odezwał się błyskawicznie.
– Arcus, słucham. – Głos doktora był silny. Dało się w nim wyczuć lekkie zdenerwowanie.
– Hania z recepcji – powiedziała, starając się ukryć znużenie w głosie. – Przyszło dwóch panów po pacjentkę doktora Kina. Doktora jeszcze nie ma, więc…
– Sprawdź, czy mają papiery – nie dał jej dokończyć – i przyprowadź do mnie.
Po tych słowach z słuchawki dobiegł długi sygnał końca rozmowy. To było niepodobne do Arcusa, który zawsze był uprzejmy. Jednak nie roztrząsała tego, bo i nie było czego. Mógł mieć ciężką noc, migrenę czy inny powód.
– Mają panowie jakieś dokumenty? – Przeniosła na nich wzrok, jej oczy też już pomału zdradzały znudzenie.
Milczący dotychczas niższy wymienił z towarzyszem porozumiewawcze spojrzenie, po czym wyciągnął teczkę i wręczył jej dokumenty. Po otwarciu jej zauważyła pieczątkę szpitala, a na dole podpis Arcusa. Drugi dokument został opatrzony pieczęcią lokalnej policji. Nawet nie zadała sobie trudu, żeby go przeczytać. Oddała teczkę, podniosła się zza biurka i wskazała drzwi prowadzące do wnętrza budynku.
– Doktor Arcus czeka. Zaprowadzę panów.
Szli dosyć długo w milczeniu. Najpierw prosto, na końcu korytarza skręcili w prawo, aż doszli do windy. Gabinet Arcusa znajdował się na czwartym piętrze. Po dotarciu na miejsce zapukała w drzwi i nie czekając na zaproszenie, wprowadziła gości do gabinetu. Wnętrze skrywał półmrok. Wczesne słońce nie zdążyło na dobre przebić się do środka przez zaciągnięte rolety.
– Dziękuję, Hanno. Wracaj do pracy.
Skinęła głową i wyszła.
Wysoki – ten z zarostem – odczekał chwilę i gdy upewnił się, że nikt nie usłyszy ich rozmowy, odezwał się:
– Witaj, Eryku, jeśli pozwolisz, zabierzemy pacjentkę i znikamy. Nie mamy czasu na pogawędki.
Na twarzy tego z blizną pojawił się uśmiech.
– Oczywiście. Interesy przede wszystkim, ale mieliście być po południu. – Arcus podszedł do szafki pod oknem i wyciągnął butelkę whisky. Spojrzał na tamtych, ale pokręcili tylko głowami. Nalał więc sobie. – Wróćmy do interesów.
– Naturalnie, Eryku. – Wyższy wyciągnął z wewnętrznej kieszeni na piersi marynarki dosyć pokaźną kopertę. Położył ją na biurku. – Sto tysięcy euro. Tak jak się umawialiśmy.
– Nie wiem, czy końcowy raport jest gotowy, ale znając Kina, siedział tu całą noc, a dziś weźmie wolne. – Powoli dopijał drinka. – Zachodzę w głowę, dlaczego wam na tym aż tak zależy.
– Pewnych rzeczy nie musisz wiedzieć, a pewnych nie zrozumiesz. To jest taka rzecz, która wpisuje się w oba warunki naraz – odparł szybko, nawet nie próbował maskować poczucia wyższości w głosie.
– Jasne. W sumie mało mnie to obchodzi. Ważne, aby pieniądze się zgadzały. – Wziął ostatni łyk, który lekko palił przełyk. – Wyprowadzicie ją bocznym wejściem, nie chcę zbędnych pytań. Najpierw pójdziemy do gabinetu Kina, to po drodze. Jeśli raport nie będzie gotowy, prześlę go kurierem do końca dnia.
– Świetnie. Chodźmy – oznajmił wyższy.
Gabinety były od siebie sporo oddalone, nikt jednak nie przerywał ciszy. Wokoło niósł się tylko pusty dźwięk butów na posadzce. Po dłuższej chwili dotarli na miejsce. Arcus zapukał i nie czekając na zaproszenie, nacisnął na klamkę.
– Marcusie, panowie przyjechali po twoją pacjentkę…
Pokój był pusty.
– Najwidoczniej nie zasnął nad dokumentami, jak to ma w zwyczaju – oznajmił i podszedł do biurka, na którym leżała teczka z dokumentami. – Ale swoje zrobił, więc raczej nie będzie nam potrzebny. – Podał teczkę tamtym.
Wyższy z nich otworzył ją i zaczął czytać.DZIEŃ PIERWSZY
21.04.2024
RAPORT WSTĘPNY
Wczoraj o godzinie szesnastej do szpitala przywieziono pacjentkę w stanie katatonii. Doktor Arcus przydzielił mi ją w celu obserwacji i potencjalnego leczenia. Nie udzielił jednak informacji, skąd do nas trafiła. Wiem tylko, że miejscowa policja prowadzi dochodzenie w jej sprawie. Pacjentka – zgodnie z obowiązującymi procedurami – została zakwalifikowana do trzeciego stopnia, stanowi potencjalnie duże zagrożenie dla siebie i otoczenia. Nie posiadam żadnych informacji co do przebiegu jej choroby. Nie otrzymałem żadnych, nawet podstawowych, danych co do jej stanu zdrowia. Brak informacji bazowych, takich jak chociażby grupa krwi czy alergie i nietolerancje lekowe. Zlecę te badania w najszybszym możliwym terminie, bez wyników nie mogę podjąć jakiejkolwiek terapii farmakologicznej. Pozostaje obserwacja i próba rozmowy. W jej karcie pacjenta zawarto tylko dane na temat wzrostu i wagi. Sto siedemdziesiąt sześć centymetrów, sześćdziesiąt trzy kilogramy. Stosunkowo szczupła sylwetka. W dokumentach jest również jej zdjęcie. Wygląda na dwadzieścia kilka lat. Czarne krótkie włosy – sprawiają wrażenie, jakby chwilę wcześniej była u fryzjera. Wąskie usta i mały nos. Duże – w stosunku do drobnej twarzy – niebieskie oczy. Lekko zarysowane kości policzkowe. Brak jakichkolwiek znaków szczególnych. Ze zdjęcia ciężko wywnioskować, ale jej cera wygląda na zdrową – zweryfikuję to przy pierwszym spotkaniu. W chwili obecnej jest przypięta do swojego łóżka – zabieg stosowany u pacjentów jej kategorii – aby nie zrobiła sobie przypadkowo krzywdy. W pierwszej kolejności skupię uwagę na nawiązaniu kontaktu z pacjentką. Możliwe, że jej stan to swego rodzaju szok pourazowy, reakcja na niedawne wydarzenia. W obecnym stanie raczej nie stanowi zagrożenia dla siebie i otoczenia, ale w związku z jej statusem dostęp do niej mam tylko ja. Zamknięta jest w pokoju, w którym nie ma okna. Posiłki podawane będą przez otwór w drzwiach – jeśli zajdzie taka potrzeba. Samodzielnie muszę pobierać próbki do badań. Nawet doktor Arcus zrezygnował z potencjalnego nadzoru, co budzi moje zastrzeżenia. Zawrę je w raporcie końcowym. Do dokumentacji dołączę również zapis potencjalnych rozmów z pacjentką, aby oddać całościowo stan jej zdrowia i poczynione ewentualne postępy.NOTATKA OSOBISTA
W jej wyglądzie jest coś niezwykłego. Twarz przyciąga wzrok niemal w hipnotyczny sposób. Nie sposób dostrzec najmniejszej niedoskonałości skórnej – jakby była ciosana z marmuru. Jej oczy… Mają w sobie taką głębię… Nigdy takich nie widziałem i mimo że to tylko zdjęcie, mam wrażenie, że przewierca mnie wzrokiem na wylot. Włosy nie wyglądają jak u osoby chorej, raczej jakby wyszły prosto spod ręki niezwykle utalentowanego rysownika. Na razie mam same pytania, na które niedługo, mam nadzieję, uda mi się uzyskać odpowiedzi.ZAPIS ROZMÓW – DZIEŃ PIERWSZY – WPIS PIERWSZY
– Dzień dobry. Jesteś w bezpiecznym miejscu. Nie musisz się niczego obawiać. Jestem lekarzem. Spróbuję ci pomóc. Spojrzałaś na mnie… Słyszysz, co do ciebie mówię? Rozumiesz mnie?
– Tak. Słyszę, czemu miałabym nie słyszeć? Dlaczego miałabym nie rozumieć?
– Jeszcze wczoraj nie było z tobą kontaktu.
– To pewnie skutki uboczne.
– Skutki czego?
– Jeszcze za wcześnie. Nie pamiętam wszystkiego, moja pamięć krótkotrwała uległa zaburzeniu. Nie wiem, czy jesteś właściwą osobą.
– A co pamiętasz?
– Z ostatnich dni jeszcze niewiele. Pamięć wróci za kilka godzin.
– Jak się czujesz?
– Mój stan fizyczny jest dobry. Nie licząc bolących kostek i nadgarstków. Stan psychiczny wkrótce się poprawi i wróci do normy.
– Wiesz, dlaczego prowadzone jest w twojej sprawie śledztwo policyjne?
– Nie. Nie przypominam sobie, abym miała z nią styczność.
– W twoich aktach widnieje notatka, że stanowisz zagrożenie dla siebie i otoczenia. To prawda?
– Zapewniam cię, że nie jestem bardziej niebezpieczna niż pielęgniarki, z którymi współpracujesz.
– Rozumiem. Może powiesz mi, kim jesteś, jeśli pamiętasz?
– Nazywam się Samantha. Zauważyłam brak swojego zegarka. Gdzie jestem, jaki mamy czas?
– Nic nie wiem na temat twojego zegarka. Jesteś w szpitalu psychiatrycznym na obserwacji. Jestem twoim lekarzem, a mamy godzinę ósmą piętnaście.
– Co? Jak tu trafiłam? Jaki dziś dzień? Data?
– Nie wiem, kto cię przywiózł. Polecono mi cię zbadać. Dziś jest dwudziesty pierwszy kwietnia dwa tysiące dwudziestego czwartego roku. Nie pamiętasz wcześniejszej daty?
– Nie. Zostały mi tylko niecałe trzy dni.
– Na co zostały ci trzy dni?
– Muszę wypełnić zadanie. Nie zostanę długo, ale mogę trochę czasu poświęcić na rozmowę. I tak muszę odzyskać siły, a po tym, co powiem, sklasyfikujesz mnie jako wariatkę i nikt nie weźmie tego na poważnie.
– O jakim zadaniu mówisz?
– Muszę znaleźć pewną osobę i nakłonić do podróży ze mną. Do domu.
– Jakiego domu? Gdzie to jest? Może opowiesz mi o tym, skąd pochodzisz?
– Może. Cały czas zadajesz pytania. Wypadałoby, abyś się chociaż przedstawił. Lekarze mają to chyba w zwyczaju.
– Wybacz. Nazywam się Marcus Kin. Jestem tu…
– Marcus Kin. Urodzony dwudziestego siódmego października dziewięćdziesiątego roku w Warszawie. Syn Barbary i Artura. Studia medyczne w Stanach Zjednoczonych ukończone z wyróżnieniem. Po uzyskaniu dyplomu zajął się wolontariatem. Śmierć rodziców nakłoniła cię do emigracji i podjęcia pracy w Genewie. Zgadza się?
– Tak. Skąd masz te informacje?
– Niebywałe. Prawdopodobieństwo naszego spotkania wynosiło poniżej jednej tysięcznej procenta. To ciebie szukam, to dla ciebie tu jestem.
– Nie rozumiem. Nawet się nie znamy. Mogłabyś mi to wyjaśnić?
– Oczywiście. Nie mogę cię do niczego zmusić. Ty sam musisz podjąć decyzję, ale zróbmy sobie chwilę przerwy. Zjadłabym coś. Później odpowiem na wszystkie twoje pytania. A! Dla własnego dobra nie wspominaj nikomu, że ze mną rozmawiałeś, przynajmniej przez najbliższe trzy dni. Możesz mnie odpiąć od tego łóżka? Jest stosunkowo wygodne, ale muszę aktywować mięśnie.
– Nic nie rozumiem, ale dobrze, zrobimy przerwę. Z racji twojego statusu dostęp do twojej sali mam tylko ja, więc mogę cię odpiąć. Posiłek przyniesie pielęgniarka i wsunie przez ten otwór w drzwiach. Powiedz tylko, dlaczego mam nikomu nie mówić, że nawiązałem z tobą kontakt?
– Nazwij to, jak chcesz. Może tajemnica lekarska. Może prośba pacjenta. W tej kwestii niestety musisz mi zaufać.
– Podejdę do ciebie, aby cię oswobodzić. Mam nadzieję, że nie będę żałował tej decyzji.
– Od razu lepiej.
– Wyczuwam ulgę w twoim głosie.
– Moje kostki i nadgarstki dawno nie były związane na tak długo. Dziękuję.
– Jeszcze jedno. Chciałbym pobrać próbkę twojej krwi, żeby ją zbadać. Nie masz nic przeciwko?
– Oczywiście, ale to bezcelowe. Nie posiadacie odpowiedniej aparatury, aby cokolwiek zbadać.
– Nie rozumiem.
– Wkrótce zrozumiesz.
– Poczujesz lekkie ukłucie.
– Znam procedurę.
– Wrócę za dwie godziny.
– Nigdzie się nie ruszam. Będę czekała. Odpowiem na każde twoje pytanie, ale za dwa dni chciałabym, abyś to ty odpowiedział na kilka moich.
– Umowa stoi.NOTATKA OSOBISTA
Po pierwszym spotkaniu w dalszym ciągu jest więcej jest pytań niż odpowiedzi. Pacjentka w niczym nie przypomina osoby, która tu przybyła ledwie kilkanaście godzin wcześniej. Ona mówi, a to, co mówi, nie ma większego sensu, nie jest to pierwszy raz, gdy słyszę od pacjenta podobne rzeczy. Zastanawiające jest tylko, skąd ma o mnie informacje – chociaż to pewnie nic istotnego, w dobie internetu można znaleźć informacje o każdym. Pozostaje pytanie, dlaczego się mną interesowała. Gdy ze mną rozmawiała, nawet nie oderwała wzroku od sufitu, nie licząc pierwszej reakcji na moje słowa. Dopiero gdy powiedziałem, kim jestem, spojrzała na mnie. Jej wzrok… Cały czas czułem go na sobie, jakby wnikliwa obserwacja mojej osoby miała czemuś służyć. Do tego jej głos – niby zwyczajny, lecz taki miękki i… aksamitny, ciepły. I te jej oczy…ZAPIS ROZMÓW – DZIEŃ PIERWSZY – WPIS DRUGI
– Witaj, Samantho. Mam nadzieję, że przerwa dobrze ci zrobiła.
– Tak, dziękuję.
– Posiłek smakował?
– Tak. Nigdy nie jadłam nic podobnego.
– Tam, skąd pochodzisz, nie jecie jajecznicy z bekonem?
– Nie. Mamy zupełnie inny sposób dostarczania organizmowi potrzebnych składników.
– Co przez to rozumiesz?
– Nie tracimy czasu na jedzenie w twoim rozumieniu. Składniki odżywcze, witaminy i całą resztę przyjmujemy w postaci syntetycznych tabletek lub bezsmakowych koktajli. Nie można ich porównywać do zwykłego posiłku.
– Chcesz powiedzieć, że nie macie zwykłego jedzenia?
– Tak, chociaż określenie „zwykłe” nie do końca pasuje. Dla ciebie coś zwykłego, dla innych rzecz zupełnie zbędna. Możemy tworzyć jedzenie w razie potrzeby.
– W sensie możecie gotować, ale wam się nie chce?
– Niezupełnie. Odkąd nie mamy problemów ze źródłem energii, potrafimy po prostu tworzyć jedzenie i inne przydatne przedmioty w razie potrzeby.
– Ciężko mi to zrozumieć i sobie wyobrazić.
– Może kiedyś to zobaczysz.
– A fizyczne odczucie głodu?
– Już dawno wyeliminowaliśmy nieistotne odczucia w mózgu. Nie czujemy głodu, strachu, szczęścia…
– Jak to?
– Całkiem normalnie. Chociaż „nie czujemy” to może złe określenie. To tak, jakbyś oglądał film któryś raz z kolei. Znasz go na pamięć, wiesz, które jego momenty wywołują uśmiech, które smutek, ale nie pokazujesz tego: po prostu jest to już dla ciebie tak naturalne, że organizm nie potrzebuje tego uzewnętrzniać.
– Powiedzmy, że rozumiem.
– Szczerze wątpię. Twój umysł, mimo że nieprzeciętny, jest jednak ograniczony. Spróbuj go otworzyć bardziej, może wtedy łatwiej przyjmiesz to, co mam ci do powiedzenia.
– Wróćmy do naszej wcześniejszej rozmowy. Mówiłaś, że mnie szukałaś i chcesz mnie zabrać do domu. Co chciałaś przez to powiedzieć?
– Myślałam, że używam wystarczająco prostych słów. Chcę cię zabrać tam, gdzie twoje miejsce, tam, gdzie powinieneś się znaleźć.
– Dlaczego miałbym jechać z tobą? Mój dom, moje miejsce, jest tu.
– Nigdy nie użyłam słowa „jechać”. Naprawdę nigdy nie czułeś, że tu nie pasujesz?
– Skoro nie jechać, to nie może być daleko, chyba że chcesz lecieć.
– Nic z tych rzeczy.
– Przyznam, że zaczynam się gubić. Skąd pochodzisz i dokąd chcesz, abym z tobą poszedł?
– Postaram wyjaśnić ci to metaforycznie, najprościej, jak można, bo szczegółów zapewne nie zrozumiesz.
– Zamieniam się w słuch. Umysł otwarty.
– Obecnie w waszych naukowych rozważaniach bardzo popularna jest teoria strun. Czy znasz ten temat?
– Jestem lekarzem, nie fizykiem. Kojarzę jedynie podstawy, że materia nie składa się z cząstek, tylko ze strun wzajemnie na siebie oddziałujących.
– To wystarczy. W założeniu teorii strun jest istnienie znacznie większej liczby wymiarów przestrzennych niż widzialne trzy. Owa teoria zakłada też istnienie wielu światów równoległych…
– Niech zgadnę, pochodzisz z jednego z nieskończonych światów równoległych?
Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.