Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Gen trzech - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
28 stycznia 2026
2789 pkt
punktów Virtualo

Gen trzech - ebook

Masz tylko trzy dni. Los tej rzeczywistości zależy od ciebie.

Pewnego dnia do szpitala psychiatrycznego w Genewie trafia pacjentka z tajemniczymi objawami. Kobieta ma problem z nawiązaniem kontaktu z otoczeniem i utrzymuje, że pochodzi z innej rzeczywistości.

Doktor Marcus Kin nie potrafi rozstrzygnąć, czy opowieści pacjentki – Samanthy – są jedynie wytworem chorego umysłu czy dowodem na istnienie alternatywnych światów. Pacjentka snuje przed nim historię, która doprowadziła ich do spotkania w tym punkcie czasu i przestrzeni. Brzmi ona niewiarygodnie, a zarazem niepokojąco spójnie.

Marcus ma trzy dni, by zdecydować, czy zaufać słowom kobiety i przyjąć wizję balansu energii pomiędzy światami Chaosu, Ładu i Nauki, od którego zależy przyszłość Ziemi.

Trzy dni na dokonanie wyboru, jaki może przesądzić o losach ludzkości.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-202-6
Rozmiar pliku: 530 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Po­ra­nek był nie­zwy­kle le­ni­wy. Du­żo bar­dziej niż zwy­kle. Han­na – jak to mia­ła w zwy­cza­ju – przed roz­po­czę­ciem obo­wiąz­ków służ­bo­wych po­pi­ja­ła po­ran­ną ka­wę. Głę­bo­ko wie­rzy­ła, że ta daw­ka ko­fe­iny po­zwo­li jej prze­trwać ko­lej­ny dzień ze sztucz­nym uśmie­chem na twa­rzy, a kie­dy bę­dzie trze­ba – z rów­nie sztucz­nym współ­czu­ciem w gło­sie. By­ła do­pie­ro ósma ra­no. Słoń­ce wsta­wa­ło po­wo­li, wdzie­ra­jąc swe pierw­sze pro­mie­nie do wnę­trza szpi­ta­la. Za­ję­ta swy­mi my­śla­mi, na­wet nie za­uwa­ży­ła dwóch męż­czyzn, któ­rzy we­szli fron­to­wy­mi drzwia­mi. Od­głos ich kro­ków niósł się po ca­łym ko­ry­ta­rzu.

– Ha­lo… Dzień do­bry… Jest pa­ni z na­mi? – Do­pie­ro to kil­ku­krot­ne na­wo­ły­wa­nie wy­rwa­ło ją z za­du­my.

– Co? A tak… Prze­pra­szam. Za­my­śli­łam się. – Pod­nio­sła na nich wzrok.

Sta­li przed nią dwaj wy­so­cy męż­czyź­ni. Ubra­ni w szy­te, chy­ba, na mia­rę gar­ni­tu­ry, ale te­go nie by­ła pew­na. Obaj krót­ko ostrzy­że­ni. W pierw­szym mo­men­cie moż­na by po­my­śleć, że są brać­mi. Jed­nak po chwi­li za­uwa­ży­ła róż­ni­ce w ukła­dzie szczę­ki, kształ­cie uszu i no­sa. Je­den z nich, ten wyż­szy, miał du­żą bli­znę za­czy­na­ją­cą się przy pod­bród­ku, szpe­ci­ła ca­ły po­li­czek, a koń­czy­ła tuż przy le­wym uchu. Dru­gi z ko­lei miał nie­na­gan­nie przy­strzy­żo­ny, co naj­wy­żej kil­ku­dnio­wy za­rost. Na oko by­li ko­ło trzy­dziest­ki, jed­nak w dzi­siej­szych cza­sach ni­cze­go nie moż­na być pew­nym. Wo­kół sie­bie roz­ta­cza­li de­li­kat­ną woń per­fum.

– Od­wie­dzi­ny od go­dzi­ny dzie­sią­tej – wy­po­wie­dzia­ła wy­uczo­ną for­muł­kę.

– My do dok­to­ra Ki­na. Ma­my ode­brać pa­cjent­kę – prze­mó­wił ten wyż­szy i wy­si­lił się na uśmiech.

– Aaa, tak, mie­li być pa­no­wie po po­łu­dniu.

– Ma­ła zmia­na pla­nów. Czas na­gli.

– Już dzwo­nię po dok­to­ra.

Wzię­ła słu­chaw­kę i wy­krę­ci­ła nu­mer ga­bi­ne­tu Ki­na. Słu­cha­ła bez­dusz­ne­go sy­gna­łu, gdy wzię­ła du­ży łyk ka­wy, my­śląc o tym, co przy­nie­sie jej nad­cho­dzą­cy dzień. Po kil­ku sy­gna­łach da­ła za wy­gra­ną.

– Wy­glą­da na to, że dok­to­ra jesz­cze nie ma.

Wca­le jej to nie zdzi­wi­ło. Ta­cy jak on czę­sto pra­co­wa­li do póź­na, przy­cho­dzi­li, jak im pa­so­wa­ło. Tro­chę za­zdro­ści­ła ta­kie­go ukła­du, jed­nak wie­dzia­ła, że je­go ży­cie pry­wat­ne prak­tycz­nie nie ist­nie­je.

– Za­dzwo­nię do dok­to­ra Ar­cu­sa, ko­or­dy­na­to­ra ca­łe­go pio­nu, mo­że on coś po­mo­że.

– Z nim rów­nież mu­si­my po­mó­wić.

Po­now­nie chwy­ci­ła słu­chaw­kę i wy­bra­ła nu­mer. Tym ra­zem głos po dru­giej stro­nie ode­zwał się bły­ska­wicz­nie.

– Ar­cus, słu­cham. – Głos dok­to­ra był sil­ny. Da­ło się w nim wy­czuć lek­kie zde­ner­wo­wa­nie.

– Ha­nia z re­cep­cji – po­wie­dzia­ła, sta­ra­jąc się ukryć znu­że­nie w gło­sie. – Przy­szło dwóch pa­nów po pa­cjent­kę dok­to­ra Ki­na. Dok­to­ra jesz­cze nie ma, więc…

– Sprawdź, czy ma­ją pa­pie­ry – nie dał jej do­koń­czyć – i przy­pro­wadź do mnie.

Po tych sło­wach z słu­chaw­ki do­biegł dłu­gi sy­gnał koń­ca roz­mo­wy. To by­ło nie­po­dob­ne do Ar­cu­sa, któ­ry za­wsze był uprzej­my. Jed­nak nie roz­trzą­sa­ła te­go, bo i nie by­ło cze­go. Mógł mieć cięż­ką noc, mi­gre­nę czy in­ny po­wód.

– Ma­ją pa­no­wie ja­kieś do­ku­men­ty? – Prze­nio­sła na nich wzrok, jej oczy też już po­ma­łu zdra­dza­ły znu­dze­nie.

Mil­czą­cy do­tych­czas niż­szy wy­mie­nił z to­wa­rzy­szem po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie, po czym wy­cią­gnął tecz­kę i wrę­czył jej do­ku­men­ty. Po otwar­ciu jej za­uwa­ży­ła pie­cząt­kę szpi­ta­la, a na do­le pod­pis Ar­cu­sa. Dru­gi do­ku­ment zo­stał opa­trzo­ny pie­czę­cią lo­kal­nej po­li­cji. Na­wet nie za­da­ła so­bie tru­du, że­by go prze­czy­tać. Od­da­ła tecz­kę, pod­nio­sła się zza biur­ka i wska­za­ła drzwi pro­wa­dzą­ce do wnę­trza bu­dyn­ku.

– Dok­tor Ar­cus cze­ka. Za­pro­wa­dzę pa­nów.

Szli do­syć dłu­go w mil­cze­niu. Naj­pierw pro­sto, na koń­cu ko­ry­ta­rza skrę­ci­li w pra­wo, aż do­szli do win­dy. Ga­bi­net Ar­cu­sa znaj­do­wał się na czwar­tym pię­trze. Po do­tar­ciu na miej­sce za­pu­ka­ła w drzwi i nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie, wpro­wa­dzi­ła go­ści do ga­bi­ne­tu. Wnę­trze skry­wał pół­mrok. Wcze­sne słoń­ce nie zdą­ży­ło na do­bre prze­bić się do środ­ka przez za­cią­gnię­te ro­le­ty.

– Dzię­ku­ję, Han­no. Wra­caj do pra­cy.

Ski­nę­ła gło­wą i wy­szła.

Wy­so­ki – ten z za­ro­stem – od­cze­kał chwi­lę i gdy upew­nił się, że nikt nie usły­szy ich roz­mo­wy, ode­zwał się:

– Wi­taj, Ery­ku, je­śli po­zwo­lisz, za­bie­rze­my pa­cjent­kę i zni­ka­my. Nie ma­my cza­su na po­ga­węd­ki.

Na twa­rzy te­go z bli­zną po­ja­wił się uśmiech.

– Oczy­wi­ście. In­te­re­sy przede wszyst­kim, ale mie­li­ście być po po­łu­dniu. – Ar­cus pod­szedł do szaf­ki pod oknem i wy­cią­gnął bu­tel­kę whi­sky. Spoj­rzał na tam­tych, ale po­krę­ci­li tyl­ko gło­wa­mi. Na­lał więc so­bie. – Wróć­my do in­te­re­sów.

– Na­tu­ral­nie, Ery­ku. – Wyż­szy wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni na pier­si ma­ry­nar­ki do­syć po­kaź­ną ko­per­tę. Po­ło­żył ją na biur­ku. – Sto ty­się­cy eu­ro. Tak jak się uma­wia­li­śmy.

– Nie wiem, czy koń­co­wy ra­port jest go­to­wy, ale zna­jąc Ki­na, sie­dział tu ca­łą noc, a dziś weź­mie wol­ne. – Po­wo­li do­pi­jał drin­ka. – Za­cho­dzę w gło­wę, dla­cze­go wam na tym aż tak za­le­ży.

– Pew­nych rze­czy nie mu­sisz wie­dzieć, a pew­nych nie zro­zu­miesz. To jest ta­ka rzecz, któ­ra wpi­su­je się w oba wa­run­ki na­raz – od­parł szyb­ko, na­wet nie pró­bo­wał ma­sko­wać po­czu­cia wyż­szo­ści w gło­sie.

– Ja­sne. W su­mie ma­ło mnie to ob­cho­dzi. Waż­ne, aby pie­nią­dze się zga­dza­ły. – Wziął ostat­ni łyk, któ­ry lek­ko pa­lił prze­łyk. – Wy­pro­wa­dzi­cie ją bocz­nym wej­ściem, nie chcę zbęd­nych py­tań. Naj­pierw pój­dzie­my do ga­bi­ne­tu Ki­na, to po dro­dze. Je­śli ra­port nie bę­dzie go­to­wy, prze­ślę go ku­rie­rem do koń­ca dnia.

– Świet­nie. Chodź­my – oznaj­mił wyż­szy.

Ga­bi­ne­ty by­ły od sie­bie spo­ro od­da­lo­ne, nikt jed­nak nie prze­ry­wał ci­szy. Wo­ko­ło niósł się tyl­ko pu­sty dźwięk bu­tów na po­sadz­ce. Po dłuż­szej chwi­li do­tar­li na miej­sce. Ar­cus za­pu­kał i nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie, na­ci­snął na klam­kę.

– Mar­cu­sie, pa­no­wie przy­je­cha­li po two­ją pa­cjent­kę…

Po­kój był pu­sty.

– Naj­wi­docz­niej nie za­snął nad do­ku­men­ta­mi, jak to ma w zwy­cza­ju – oznaj­mił i pod­szedł do biur­ka, na któ­rym le­ża­ła tecz­ka z do­ku­men­ta­mi. – Ale swo­je zro­bił, więc ra­czej nie bę­dzie nam po­trzeb­ny. – Po­dał tecz­kę tam­tym.

Wyż­szy z nich otwo­rzył ją i za­czął czy­tać.DZIEŃ PIERW­SZY

21.04.2024

RA­PORT WSTĘP­NY

Wczo­raj o go­dzi­nie szes­na­stej do szpi­ta­la przy­wie­zio­no pa­cjent­kę w sta­nie ka­ta­to­nii. Dok­tor Ar­cus przy­dzie­lił mi ją w ce­lu ob­ser­wa­cji i po­ten­cjal­ne­go le­cze­nia. Nie udzie­lił jed­nak in­for­ma­cji, skąd do nas tra­fi­ła. Wiem tyl­ko, że miej­sco­wa po­li­cja pro­wa­dzi do­cho­dze­nie w jej spra­wie. Pa­cjent­ka – zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cy­mi pro­ce­du­ra­mi – zo­sta­ła za­kwa­li­fi­ko­wa­na do trze­cie­go stop­nia, sta­no­wi po­ten­cjal­nie du­że za­gro­że­nie dla sie­bie i oto­cze­nia. Nie po­sia­dam żad­nych in­for­ma­cji co do prze­bie­gu jej cho­ro­by. Nie otrzy­ma­łem żad­nych, na­wet pod­sta­wo­wych, da­nych co do jej sta­nu zdro­wia. Brak in­for­ma­cji ba­zo­wych, ta­kich jak cho­ciaż­by gru­pa krwi czy aler­gie i nie­to­le­ran­cje le­ko­we. Zle­cę te ba­da­nia w naj­szyb­szym moż­li­wym ter­mi­nie, bez wy­ni­ków nie mo­gę pod­jąć ja­kiej­kol­wiek te­ra­pii far­ma­ko­lo­gicz­nej. Po­zo­sta­je ob­ser­wa­cja i pró­ba roz­mo­wy. W jej kar­cie pa­cjen­ta za­war­to tyl­ko da­ne na te­mat wzro­stu i wa­gi. Sto sie­dem­dzie­siąt sześć cen­ty­me­trów, sześć­dzie­siąt trzy ki­lo­gra­my. Sto­sun­ko­wo szczu­pła syl­wet­ka. W do­ku­men­tach jest rów­nież jej zdję­cie. Wy­glą­da na dwa­dzie­ścia kil­ka lat. Czar­ne krót­kie wło­sy – spra­wia­ją wra­że­nie, jak­by chwi­lę wcze­śniej by­ła u fry­zje­ra. Wą­skie usta i ma­ły nos. Du­że – w sto­sun­ku do drob­nej twa­rzy – nie­bie­skie oczy. Lek­ko za­ry­so­wa­ne ko­ści po­licz­ko­we. Brak ja­kich­kol­wiek zna­ków szcze­gól­nych. Ze zdję­cia cięż­ko wy­wnio­sko­wać, ale jej ce­ra wy­glą­da na zdro­wą – zwe­ry­fi­ku­ję to przy pierw­szym spo­tka­niu. W chwi­li obec­nej jest przy­pię­ta do swo­je­go łóż­ka – za­bieg sto­so­wa­ny u pa­cjen­tów jej ka­te­go­rii – aby nie zro­bi­ła so­bie przy­pad­ko­wo krzyw­dy. W pierw­szej ko­lej­no­ści sku­pię uwa­gę na na­wią­za­niu kon­tak­tu z pa­cjent­ką. Moż­li­we, że jej stan to swe­go ro­dza­ju szok po­ura­zo­wy, re­ak­cja na nie­daw­ne wy­da­rze­nia. W obec­nym sta­nie ra­czej nie sta­no­wi za­gro­że­nia dla sie­bie i oto­cze­nia, ale w związ­ku z jej sta­tu­sem do­stęp do niej mam tyl­ko ja. Za­mknię­ta jest w po­ko­ju, w któ­rym nie ma okna. Po­sił­ki po­da­wa­ne bę­dą przez otwór w drzwiach – je­śli zaj­dzie ta­ka po­trze­ba. Sa­mo­dziel­nie mu­szę po­bie­rać prób­ki do ba­dań. Na­wet dok­tor Ar­cus zre­zy­gno­wał z po­ten­cjal­ne­go nad­zo­ru, co bu­dzi mo­je za­strze­że­nia. Za­wrę je w ra­por­cie koń­co­wym. Do do­ku­men­ta­cji do­łą­czę rów­nież za­pis po­ten­cjal­nych roz­mów z pa­cjent­ką, aby od­dać ca­ło­ścio­wo stan jej zdro­wia i po­czy­nio­ne ewen­tu­al­ne po­stę­py.NO­TAT­KA OSO­BI­STA

W jej wy­glą­dzie jest coś nie­zwy­kłe­go. Twarz przy­cią­ga wzrok nie­mal w hip­no­tycz­ny spo­sób. Nie spo­sób do­strzec naj­mniej­szej nie­do­sko­na­ło­ści skór­nej – jak­by by­ła cio­sa­na z mar­mu­ru. Jej oczy… Ma­ją w so­bie ta­ką głę­bię… Ni­g­dy ta­kich nie wi­dzia­łem i mi­mo że to tyl­ko zdję­cie, mam wra­że­nie, że prze­wier­ca mnie wzro­kiem na wy­lot. Wło­sy nie wy­glą­da­ją jak u oso­by cho­rej, ra­czej jak­by wy­szły pro­sto spod rę­ki nie­zwy­kle uta­len­to­wa­ne­go ry­sow­ni­ka. Na ra­zie mam sa­me py­ta­nia, na któ­re nie­dłu­go, mam na­dzie­ję, uda mi się uzy­skać od­po­wie­dzi.ZA­PIS ROZ­MÓW – DZIEŃ PIERW­SZY – WPIS PIERW­SZY

– Dzień do­bry. Je­steś w bez­piecz­nym miej­scu. Nie mu­sisz się ni­cze­go oba­wiać. Je­stem le­ka­rzem. Spró­bu­ję ci po­móc. Spoj­rza­łaś na mnie… Sły­szysz, co do cie­bie mó­wię? Ro­zu­miesz mnie?

– Tak. Sły­szę, cze­mu mia­ła­bym nie sły­szeć? Dla­cze­go mia­ła­bym nie ro­zu­mieć?

– Jesz­cze wczo­raj nie by­ło z to­bą kon­tak­tu.

– To pew­nie skut­ki ubocz­ne.

– Skut­ki cze­go?

– Jesz­cze za wcze­śnie. Nie pa­mię­tam wszyst­kie­go, mo­ja pa­mięć krót­ko­trwa­ła ule­gła za­bu­rze­niu. Nie wiem, czy je­steś wła­ści­wą oso­bą.

– A co pa­mię­tasz?

– Z ostat­nich dni jesz­cze nie­wie­le. Pa­mięć wró­ci za kil­ka go­dzin.

– Jak się czu­jesz?

– Mój stan fi­zycz­ny jest do­bry. Nie li­cząc bo­lą­cych ko­stek i nad­garst­ków. Stan psy­chicz­ny wkrót­ce się po­pra­wi i wró­ci do nor­my.

– Wiesz, dla­cze­go pro­wa­dzo­ne jest w two­jej spra­wie śledz­two po­li­cyj­ne?

– Nie. Nie przy­po­mi­nam so­bie, abym mia­ła z nią stycz­ność.

– W two­ich ak­tach wid­nie­je no­tat­ka, że sta­no­wisz za­gro­że­nie dla sie­bie i oto­cze­nia. To praw­da?

– Za­pew­niam cię, że nie je­stem bar­dziej nie­bez­piecz­na niż pie­lę­gniar­ki, z któ­ry­mi współ­pra­cu­jesz.

– Ro­zu­miem. Mo­że po­wiesz mi, kim je­steś, je­śli pa­mię­tasz?

– Na­zy­wam się Sa­man­tha. Za­uwa­ży­łam brak swo­je­go ze­gar­ka. Gdzie je­stem, ja­ki ma­my czas?

– Nic nie wiem na te­mat two­je­go ze­gar­ka. Je­steś w szpi­ta­lu psy­chia­trycz­nym na ob­ser­wa­cji. Je­stem two­im le­ka­rzem, a ma­my go­dzi­nę ósmą pięt­na­ście.

– Co? Jak tu tra­fi­łam? Ja­ki dziś dzień? Da­ta?

– Nie wiem, kto cię przy­wiózł. Po­le­co­no mi cię zba­dać. Dziś jest dwu­dzie­sty pierw­szy kwiet­nia dwa ty­sią­ce dwu­dzie­ste­go czwar­te­go ro­ku. Nie pa­mię­tasz wcze­śniej­szej da­ty?

– Nie. Zo­sta­ły mi tyl­ko nie­ca­łe trzy dni.

– Na co zo­sta­ły ci trzy dni?

– Mu­szę wy­peł­nić za­da­nie. Nie zo­sta­nę dłu­go, ale mo­gę tro­chę cza­su po­świę­cić na roz­mo­wę. I tak mu­szę od­zy­skać si­ły, a po tym, co po­wiem, skla­sy­fi­ku­jesz mnie ja­ko wa­riat­kę i nikt nie weź­mie te­go na po­waż­nie.

– O ja­kim za­da­niu mó­wisz?

– Mu­szę zna­leźć pew­ną oso­bę i na­kło­nić do po­dró­ży ze mną. Do do­mu.

– Ja­kie­go do­mu? Gdzie to jest? Mo­że opo­wiesz mi o tym, skąd po­cho­dzisz?

– Mo­że. Ca­ły czas za­da­jesz py­ta­nia. Wy­pa­da­ło­by, abyś się cho­ciaż przed­sta­wił. Le­ka­rze ma­ją to chy­ba w zwy­cza­ju.

– Wy­bacz. Na­zy­wam się Mar­cus Kin. Je­stem tu…

– Mar­cus Kin. Uro­dzo­ny dwu­dzie­ste­go siód­me­go paź­dzier­ni­ka dzie­więć­dzie­sią­te­go ro­ku w War­sza­wie. Syn Bar­ba­ry i Ar­tu­ra. Stu­dia me­dycz­ne w Sta­nach Zjed­no­czo­nych ukoń­czo­ne z wy­róż­nie­niem. Po uzy­ska­niu dy­plo­mu za­jął się wo­lon­ta­ria­tem. Śmierć ro­dzi­ców na­kło­ni­ła cię do emi­gra­cji i pod­ję­cia pra­cy w Ge­ne­wie. Zga­dza się?

– Tak. Skąd masz te in­for­ma­cje?

– Nie­by­wa­łe. Praw­do­po­do­bień­stwo na­sze­go spo­tka­nia wy­no­si­ło po­ni­żej jed­nej ty­sięcz­nej pro­cen­ta. To cie­bie szu­kam, to dla cie­bie tu je­stem.

– Nie ro­zu­miem. Na­wet się nie zna­my. Mo­gła­byś mi to wy­ja­śnić?

– Oczy­wi­ście. Nie mo­gę cię do ni­cze­go zmu­sić. Ty sam mu­sisz pod­jąć de­cy­zję, ale zrób­my so­bie chwi­lę prze­rwy. Zja­dła­bym coś. Póź­niej od­po­wiem na wszyst­kie two­je py­ta­nia. A! Dla wła­sne­go do­bra nie wspo­mi­naj ni­ko­mu, że ze mną roz­ma­wia­łeś, przy­naj­mniej przez naj­bliż­sze trzy dni. Mo­żesz mnie od­piąć od te­go łóż­ka? Jest sto­sun­ko­wo wy­god­ne, ale mu­szę ak­ty­wo­wać mię­śnie.

– Nic nie ro­zu­miem, ale do­brze, zro­bi­my prze­rwę. Z ra­cji two­je­go sta­tu­su do­stęp do two­jej sa­li mam tyl­ko ja, więc mo­gę cię od­piąć. Po­si­łek przy­nie­sie pie­lę­gniar­ka i wsu­nie przez ten otwór w drzwiach. Po­wiedz tyl­ko, dla­cze­go mam ni­ko­mu nie mó­wić, że na­wią­za­łem z to­bą kon­takt?

– Na­zwij to, jak chcesz. Mo­że ta­jem­ni­ca le­kar­ska. Mo­że proś­ba pa­cjen­ta. W tej kwe­stii nie­ste­ty mu­sisz mi za­ufać.

– Po­dej­dę do cie­bie, aby cię oswo­bo­dzić. Mam na­dzie­ję, że nie bę­dę ża­ło­wał tej de­cy­zji.

– Od ra­zu le­piej.

– Wy­czu­wam ulgę w two­im gło­sie.

– Mo­je kost­ki i nad­garst­ki daw­no nie by­ły zwią­za­ne na tak dłu­go. Dzię­ku­ję.

– Jesz­cze jed­no. Chciał­bym po­brać prób­kę two­jej krwi, że­by ją zba­dać. Nie masz nic prze­ciw­ko?

– Oczy­wi­ście, ale to bez­ce­lo­we. Nie po­sia­da­cie od­po­wied­niej apa­ra­tu­ry, aby co­kol­wiek zba­dać.

– Nie ro­zu­miem.

– Wkrót­ce zro­zu­miesz.

– Po­czu­jesz lek­kie ukłu­cie.

– Znam pro­ce­du­rę.

– Wró­cę za dwie go­dzi­ny.

– Ni­g­dzie się nie ru­szam. Bę­dę cze­ka­ła. Od­po­wiem na każ­de two­je py­ta­nie, ale za dwa dni chcia­ła­bym, abyś to ty od­po­wie­dział na kil­ka mo­ich.

– Umo­wa stoi.NO­TAT­KA OSO­BI­STA

Po pierw­szym spo­tka­niu w dal­szym cią­gu jest wię­cej jest py­tań niż od­po­wie­dzi. Pa­cjent­ka w ni­czym nie przy­po­mi­na oso­by, któ­ra tu przy­by­ła le­d­wie kil­ka­na­ście go­dzin wcze­śniej. Ona mó­wi, a to, co mó­wi, nie ma więk­sze­go sen­su, nie jest to pierw­szy raz, gdy sły­szę od pa­cjen­ta po­dob­ne rze­czy. Za­sta­na­wia­ją­ce jest tyl­ko, skąd ma o mnie in­for­ma­cje – cho­ciaż to pew­nie nic istot­ne­go, w do­bie in­ter­ne­tu moż­na zna­leźć in­for­ma­cje o każ­dym. Po­zo­sta­je py­ta­nie, dla­cze­go się mną in­te­re­so­wa­ła. Gdy ze mną roz­ma­wia­ła, na­wet nie ode­rwa­ła wzro­ku od su­fi­tu, nie li­cząc pierw­szej re­ak­cji na mo­je sło­wa. Do­pie­ro gdy po­wie­dzia­łem, kim je­stem, spoj­rza­ła na mnie. Jej wzrok… Ca­ły czas czu­łem go na so­bie, jak­by wni­kli­wa ob­ser­wa­cja mo­jej oso­by mia­ła cze­muś słu­żyć. Do te­go jej głos – ni­by zwy­czaj­ny, lecz ta­ki mięk­ki i… ak­sa­mit­ny, cie­pły. I te jej oczy…ZA­PIS ROZ­MÓW – DZIEŃ PIERW­SZY – WPIS DRU­GI

– Wi­taj, Sa­man­tho. Mam na­dzie­ję, że prze­rwa do­brze ci zro­bi­ła.

– Tak, dzię­ku­ję.

– Po­si­łek sma­ko­wał?

– Tak. Ni­g­dy nie ja­dłam nic po­dob­ne­go.

– Tam, skąd po­cho­dzisz, nie je­cie ja­jecz­ni­cy z be­ko­nem?

– Nie. Ma­my zu­peł­nie in­ny spo­sób do­star­cza­nia or­ga­ni­zmo­wi po­trzeb­nych skład­ni­ków.

– Co przez to ro­zu­miesz?

– Nie tra­ci­my cza­su na je­dze­nie w two­im ro­zu­mie­niu. Skład­ni­ki od­żyw­cze, wi­ta­mi­ny i ca­łą resz­tę przyj­mu­je­my w po­sta­ci syn­te­tycz­nych ta­ble­tek lub bez­sma­ko­wych kok­taj­li. Nie moż­na ich po­rów­ny­wać do zwy­kłe­go po­sił­ku.

– Chcesz po­wie­dzieć, że nie ma­cie zwy­kłe­go je­dze­nia?

– Tak, cho­ciaż okre­śle­nie „zwy­kłe” nie do koń­ca pa­su­je. Dla cie­bie coś zwy­kłe­go, dla in­nych rzecz zu­peł­nie zbęd­na. Mo­że­my two­rzyć je­dze­nie w ra­zie po­trze­by.

– W sen­sie mo­że­cie go­to­wać, ale wam się nie chce?

– Nie­zu­peł­nie. Od­kąd nie ma­my pro­ble­mów ze źró­dłem ener­gii, po­tra­fi­my po pro­stu two­rzyć je­dze­nie i in­ne przy­dat­ne przed­mio­ty w ra­zie po­trze­by.

– Cięż­ko mi to zro­zu­mieć i so­bie wy­obra­zić.

– Mo­że kie­dyś to zo­ba­czysz.

– A fi­zycz­ne od­czu­cie gło­du?

– Już daw­no wy­eli­mi­no­wa­li­śmy nie­istot­ne od­czu­cia w mó­zgu. Nie czu­je­my gło­du, stra­chu, szczę­ścia…

– Jak to?

– Cał­kiem nor­mal­nie. Cho­ciaż „nie czu­je­my” to mo­że złe okre­śle­nie. To tak, jak­byś oglą­dał film któ­ryś raz z ko­lei. Znasz go na pa­mięć, wiesz, któ­re je­go mo­men­ty wy­wo­łu­ją uśmiech, któ­re smu­tek, ale nie po­ka­zu­jesz te­go: po pro­stu jest to już dla cie­bie tak na­tu­ral­ne, że or­ga­nizm nie po­trze­bu­je te­go uze­wnętrz­niać.

– Po­wiedz­my, że ro­zu­miem.

– Szcze­rze wąt­pię. Twój umysł, mi­mo że nie­prze­cięt­ny, jest jed­nak ogra­ni­czo­ny. Spró­buj go otwo­rzyć bar­dziej, mo­że wte­dy ła­twiej przyj­miesz to, co mam ci do po­wie­dze­nia.

– Wróć­my do na­szej wcze­śniej­szej roz­mo­wy. Mó­wi­łaś, że mnie szu­ka­łaś i chcesz mnie za­brać do do­mu. Co chcia­łaś przez to po­wie­dzieć?

– My­śla­łam, że uży­wam wy­star­cza­ją­co pro­stych słów. Chcę cię za­brać tam, gdzie two­je miej­sce, tam, gdzie po­wi­nie­neś się zna­leźć.

– Dla­cze­go miał­bym je­chać z to­bą? Mój dom, mo­je miej­sce, jest tu.

– Ni­g­dy nie uży­łam sło­wa „je­chać”. Na­praw­dę ni­g­dy nie czu­łeś, że tu nie pa­su­jesz?

– Sko­ro nie je­chać, to nie mo­że być da­le­ko, chy­ba że chcesz le­cieć.

– Nic z tych rze­czy.

– Przy­znam, że za­czy­nam się gu­bić. Skąd po­cho­dzisz i do­kąd chcesz, abym z to­bą po­szedł?

– Po­sta­ram wy­ja­śnić ci to me­ta­fo­rycz­nie, naj­pro­ściej, jak moż­na, bo szcze­gó­łów za­pew­ne nie zro­zu­miesz.

– Za­mie­niam się w słuch. Umysł otwar­ty.

– Obec­nie w wa­szych na­uko­wych roz­wa­ża­niach bar­dzo po­pu­lar­na jest teo­ria strun. Czy znasz ten te­mat?

– Je­stem le­ka­rzem, nie fi­zy­kiem. Ko­ja­rzę je­dy­nie pod­sta­wy, że ma­te­ria nie skła­da się z czą­stek, tyl­ko ze strun wza­jem­nie na sie­bie od­dzia­łu­ją­cych.

– To wy­star­czy. W za­ło­że­niu teo­rii strun jest ist­nie­nie znacz­nie więk­szej licz­by wy­mia­rów prze­strzen­nych niż wi­dzial­ne trzy. Owa teo­ria za­kła­da też ist­nie­nie wie­lu świa­tów rów­no­le­głych…

– Niech zgad­nę, po­cho­dzisz z jed­ne­go z nie­skoń­czo­nych świa­tów rów­no­le­głych?

Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij