-
nowość
Geniusz panuje nad chaosem - ebook
Geniusz panuje nad chaosem - ebook
Nie każda prawda powinna ujrzeć światło dzienne. Nicolette nauczyła się żyć w ukryciu. Nefilimka, rozdarta między światem aniołów, demonów i ludzi, od lat strzeże tajemnic, które mogłyby sprowadzić śmierć na nią i jej bliskich. Kiedy jednak Niebo sięga po osobę, którą kocha, jej bezpieczny świat rozpada się w jednej chwili. Anioły nie tylko odbierają jej Maxa. Otwierają drzwi do przeszłości, za którymi czekają sekrety dotyczące jej własnej rodziny. Prawdy, których Nicolette nigdy nie miała poznać. Prawdy, które każą jej spojrzeć na swoich najbliższych zupełnie inaczej. Tym razem nie wystarczy uciec. Nicolette będzie musiała zdecydować, komu może zaufać, ile jest gotowa poświęcić i czy uczucie jest warte ceny, jakiej zażądają od niej anioły. Bo kiedy Niebo stawia ją przed wyborem, stawką nie jest już tylko miłość. Stawką jest jej własne życie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397917613 |
| Rozmiar pliku: | 823 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Opuszczony budynek kościoła stopniowo zaczął popadać w ruinę. Ceglane mury były porośnięte mchem i winoroślą, po pięknych witrażach w oknach pozostały tylko sterczące szklane odłamki oraz spróchniałe framugi. Dach zapadał się miejscami, a drzwi wejściowe były zabite deskami. Teoretycznie nikt nie powinien się dostać do środka. Praktycznie jednak budynek stanowił świetną kryjówkę dla pary uciekinierów. To miejsce było dla nich czymś znacznie więcej niż tylko zwykłym schronieniem. Czuć tu było echo modlitw, jakby ściany wciąż pamiętały tych, którzy szukali w nich pocieszenia.
Wnętrze było w opłakanym stanie. Wszędzie leżały porozrzucane drewniane ławki, okruchy szkła z witraży zdobiły kamienną posadzkę. Ołtarz również został zdewastowany. Pomieszczenie wypełniał zapach spleśniałych dywanów, a powietrze przepełnione było unoszącym się wszędzie kurzem. Duszność tego miejsca nie miała nic wspólnego z brakiem tlenu – to strach zaciskał palce na jej gardle.
Jedynym pomieszczeniem, które w miarę ocalało od upływu czasu i chuligańskich wybryków młodzieży, była zakrystia. Znajdowała się na tyłach budynku i prowadziły do niej drzwi ukryte w niewielkiej wnęce pod ołtarzem. Zawsze dziwiła się, jak to możliwe, że właśnie to pomieszczenie zostało oszczędzone. Czyżby miejsce przechowywania świętych naczyń zdołało zachować swoją nietykalność przez samą aurę sacrum? Czy to los okazał im łaskę, dając to jedno schronienie?
Niestety, wrogowie znaleźli ich szybciej, niż się tego spodziewali. Ich obecna kryjówka była wręcz idealna i mogli się w niej ukrywać latami. Coś jednak musiało pójść nie tak i gdzieś popełnili błąd. Naprawdę byli przekonani, że zachowali każde możliwe środki ostrożności, więc zupełnie nie rozumieli, jak prześladowcy zdołali ich odnaleźć. Analizowała wszystko raz jeszcze, każdy wykonany ruch. Który z nich był zbędny? A może to zwykły pech? Czuła chłód, który wkradał się do jej kości nie przez wilgoć zakrystii, ale przez świadomość, że są o krok od końca. I że to „kiedyś” właśnie nadeszło.
Wyczuwała ich. Oboje czuli ich obecność. Byli blisko. Mieli nadzieję, że potrwa to dłużej niż ostatnim razem, kiedy wpadli na ich trop. Nie mieli zbyt wiele czasu, musieli się spieszyć. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Wiedzieli, że to kiedyś nastąpi, i byli na to przygotowani. Jednak przygotowanie to jedno, a prawdziwe rozstanie to coś zupełnie innego. W jego spojrzeniu było coś więcej niż plan. Była w nim niemal błagalna nadzieja, że to nie ostatni raz, gdy patrzą sobie w oczy. Ona z kolei walczyła z pokusą, by zatrzymać czas choć na chwilę. Choćby na jeden, ostatni oddech blisko niego. Jednak wiedziała, że każde zawahanie to zaproszenie dla śmierci.
W zakrystii znajdowały się ukryte schody, które prowadziły do podziemnego tunelu. Można było dostać się nim na cmentarz znajdujący się w pobliżu kościoła. Biegli tunelem, nie oglądając się za siebie. Musieli cały czas być zgięci w pół, gdyż było tam bardzo nisko. Z każdym krokiem ich ciała krzyczały z wysiłku, ale nie mogli zwolnić. Dźwięk własnych oddechów wydawał im się zbyt głośny, jakby echo zdradzało ich pozycję. W końcu dotarli do drewnianej drabiny, która prowadziła do metalowej klapy w suficie.
— Idź pierwsza — powiedział, patrząc jej głęboko w oczy. — Wszystko tak, jak ćwiczyliśmy.
W jego głosie brzmiała stanowczość, ale i coś jeszcze – cichy, błagalny ton, którego sam chyba nie zauważył. Nie chciał, by widziała w nim cień strachu, ale ona i tak go dostrzegła. Kobieta skinęła głową. Pocałowała go z całą swoją namiętnością, podszytą ogromną dozą przerażenia. To nie był tylko pocałunek – to była pieczęć. Obietnica, że jeśli przeżyją, wrócą do siebie. Jeśli nie, to chociaż zabiorą ten dotyk ze sobą na drugą stronę. Gdy się od niego oderwała, bez zastanowienia zaczęła się wspinać po drabinie.
Nie było czasu na zbędne rozmowy czy sentymenty. Gra toczyła się o bardzo wysoką stawkę. Z każdym szczeblem drabiny czuła ciężar decyzji — nie tylko swojej, ale także tej, którą podjął on. Każdy krok oddalał ją od niego. Odsunęła zasuwę i uniosła pokrywę do góry. Zwinnie wydostała się na powierzchnię i zamknęła klapę za sobą. W pomieszczeniu panował mrok, ale doskonale znała drogę. Ćwiczyli całość wiele razy, żeby mieć pewność, że uda im się uciec w razie zagrożenia. Mimo wszystko serce waliło jej jak młot. Każdy krok, choć powtarzany setki razy, teraz wydawał się niepewny. Strach miał zdolność zamazywania nawet najlepiej wyuczonych ruchów. Otworzyła drewniane drzwi krypty i ostrożnie wyjrzała na zewnątrz. Bez wahania wybiegła z budynku w ciemną noc i klucząc między nagrobkami ruszyła w stronę wcześniej ustalonego punktu.
Pamiętała, które nagrobki są na tyle duże, że bez problemu mogła się za nimi ukryć. Każdy kamień był dla niej jak stary znajomy, jak strażnik tajemnic ich wspólnych ucieczek. Gdyby przyszło jej uciekać po ciemku z zamkniętymi oczami, i tak trafiłaby tam, gdzie trzeba. Tyle razy powtarzali tę trasę, aż wryła im się w pamięć. Przemieszczała się bezszelestnie, cały czas uważnie rozglądając się na boki. W ciemnościach wszystko wyglądało inaczej. Cienie zdawały się przemieszczać, a drzewa szumiały z jakimś złowrogim podtekstem.
Cisza nocy była złudna – za bardzo przypominała moment tuż przed burzą. Nie odwracała się, choć kusiło. W głowie miała tylko jedno: przetrwać. Dla niego, dla siebie, dla jutra, którego może już nie być. Kiedy wreszcie dobiegła do drogi, skręciła w prawo i najszybciej, jak mogła, biegła prosto przed siebie. Zwolniła tempo dopiero w momencie, gdy na horyzoncie zarysowała się brama parku. Serce waliło jej w piersi jak młot. Nie tylko z wysiłku, ale i z niepokoju.
Umówili się na otwartym terenie, żeby nikt nie mógł podejść z zaskoczenia. Ich ulubionym miejscem była ławka stojąca na skrzyżowaniu alejek pośrodku parku. Czasami przesiadywali tu w ciągu dnia. Nie zdarzało się to jednak zbyt często, gdyż żyli w ciągłej obawie. Każda minuta tam spędzona była ukradzionym momentem normalności. Niby zwykła ławka w parku, a dla nich — jedyne miejsce, gdzie świat zdawał się zapominać, że ktoś na nich poluje. Podeszła do ławki i nerwowo rozejrzała się na boki. Był środek nocy, więc park był zupełnie opustoszały. Jednak cisza nie była ukojeniem — była jak napięta struna, która mogła pęknąć w każdej chwili. Czuła na karku ten dobrze znany, palący niepokój, jakby ktoś stał tuż za nią, niewidoczny, lecz obecny.
Uklęknęła na żwirowej ścieżce i sięgnęła pod ławkę. Powoli odkleiła małe zawiniątko, które wcześniej tam umieścili. W kopercie znajdowały się dwie czyste kartki i długopis. Pospiesznie napisała na jednej z kartek, że udało jej się uciec i nic jej nie jest. Włożyła obie kartki i długopis do koperty, którą znowu przykleiła w to samo miejsce. To była jedyna forma kontaktu, jaka im pozostała. Wyprostowała się i rozejrzała na boki. Obserwując otoczenie, schowała zmarznięte dłonie do kieszeni podartych dżinsów i ruszyła przed siebie pozornie swobodnym krokiem. Musiała udawać spokój. Wyglądała, jakby spacerowała, jakby była jednym z wielu nocnych przechodniów.
Opuściła park i skierowała się okrężną drogą z powrotem do kościoła. Zgubiła ich i miała nadzieję, że jej ukochanemu też się to udało. Jednak w sercu zaczynały kiełkować wątpliwości. Znała go, był szybki, ostrożny, uważny. Jednak czy był wystarczająco szybki i ostrożny? A może po prostu mieli pecha? Ustalili, że po udanej ucieczce wrócą do wcześniejszej kryjówki. To był plan, który miał szansę zadziałać. Szansa, że po raz kolejny będą ich szukać w tym samym miejscu, była naprawdę niewielka.
Logika mówiła jedno, ale serce zupełnie co innego. Coraz częściej zaczynała myśleć, że ich prześladowcy są nie tyle sprytni, ile po prostu bezlitośnie cierpliwi. Weszła przez okno do zakrystii, usiadła na ich prowizorycznym łóżku, podkuliła kolana pod brodę i czekała z niecierpliwością na powrót swojego partnera. Każde skrzypnięcie drewna, każdy powiew wiatru prześlizgujący się po starym dachu niosły w sobie nadzieję. Z każdym mijającym kwadransem coraz trudniej było oddzielić ciszę od rozpaczy.
Nie wrócił. Ani tej samej nocy, ani żadnej następnej. Codziennie przychodziła do parku i sprawdzała kopertę. Niestety, za każdym razem znajdowała w niej tylko pustą kartkę i notatkę, którą sama zostawiła w noc ucieczki. Ta rutyna zamieniła się w rytuał bólu. Ten kawałek papieru – niemy świadek jego nieobecności – stał się ciężarem, którego nie potrafiła już podnosić bez drżenia rąk. To było przerażające. Czekanie ją wykańczało. Znajdowała się już prawie na skraju załamania nerwowego. Była praktycznie pewna, że jej ukochany został złapany. Cały czas miała jednak nadzieję, że uda mu się uciec i wrócić do niej. Nadzieja była jak odłamek szkła – błyszczała w ciemności, ale raniła przy każdym dotknięciu. Nie potrafiła się jej pozbyć, ale coraz bardziej czuła, że dźwiga ją ponad siły.
Miesiąc po ucieczce, jak zwykle, zajrzała do koperty ukrytej pod ławką. Jakie było jej zdziwienie, gdy znalazła tam dwie zapisane kartki. Serce zatrzymało się na ułamek sekundy. Dłonie zadrżały, jakby wiedziały coś wcześniej niż umysł. Nie wiedziała, czy się cieszyć, czy zacząć płakać. Wiadomość na drugiej kartce nie była jednak napisana charakterem pisma Kaspara. Zawierała polecenie, aby udała się nad staw i zajrzała pod znajdującą się tam stertę kamieni. Krew odpłynęła jej z twarzy. W jednej chwili wszystko wokół straciło ostrość. To nie był jego charakter pisma. To nie była jego wiadomość. Drżącymi dłońmi schowała kartkę do koperty i ruszyła w stronę stawu.
Padła na kolana przed kamiennym kopcem i zaczęła kamień po kamieniu rozbrajać dziwną konstrukcję. Każdy kamień był jak ciężar na jej piersi, każde drgnięcie dłoni – jakby miała za chwilę otworzyć trumnę. Nie chciała wiedzieć, ale nie potrafiła przestać. W końcu jej oczom ukazało się pudełko po butach. Kobieta wpatrywała się w przedmiot przerażonym wzrokiem. Potwornie bała się tego, co mogła tam zobaczyć. Nie chciała po nie sięgnąć, ale wiedziała, że to już nie jest gra. Że ten moment zmieni wszystko. Ostrożnie wyjęła pudełko i położyła je sobie na kolanach. Wzięła kilka głębokich wdechów i powoli uniosła pokrywę.
To, co tam ujrzała, zamurowało ją. Siedziała sparaliżowana paniką, wpatrując się w odciętą dłoń. Kończyna ociekała krwią, dlatego zapakowano ją w foliowy woreczek. Obok leżała koperta. Jej umysł nie nadążał za wzrokiem. Obraz krzyczał, ale zmysły odmawiały współpracy. To nie mogło być prawdą. Niestety nie miała wątpliwości, że to była jego ręka. Rozpoznała ją po srebrnym sygnecie, który zawsze nosił na palcu. Tyle razy bawiła się nim, obracała między palcami, czuła jego chłód. Teraz ten sam pierścień błysnął na tle zakrwawionej dłoni – nie mogła się pomylić.
Sięgnęła po leżącą obok kopertę i wyjęła kartkę. Znajdowały się na niej dwa zdania napisane przez tę samą osobę, która zostawiła jej wiadomość pod ławką. „Właściciel już nie potrzebuje tej ręki. Ty będziesz następna”. To nie była groźba – to był wyrok. Od tej chwili nie miała już żadnych złudzeń. Kobieta zaszlochała gwałtownie i wepchnęła sobie pięść do ust, żeby nie zacząć krzyczeć. Krzyk rodził się w niej z głębi trzewi – dziki, rozrywający, bezlitosny.
Przez chwilę nie była w stanie się poruszyć. Siedziała nieruchomo przed kamiennym kopcem, z pudełkiem opartym o uda i dłonią Kaspara leżącą zaledwie kilka centymetrów od niej. Czuła mdłości. Obraz przed oczami rozmywał się od łez, ale mimo to nie potrafiła odwrócić wzroku od sygnetu błyszczącego na zakrwawionym palcu. To był koniec. Znaleźli go. Być może torturowali. Być może jeszcze żył, kiedy odcinali mu rękę. Ta myśl niemal odebrała jej oddech.
Jeszcze rano próbowała wmówić sobie, że Kaspar po prostu się ukrywa. Być może został ranny i chwilowo nie mógł wrócić. Może obserwuje okolicę i czeka na odpowiedni moment. Budowała sobie te wszystkie kłamstwa dzień po dniu, tylko po to, by nie oszaleć z bezsilności. Teraz każde z nich rozsypywało się w pył. To była jego ręka. Nie jakiś znak, ostrzeżenie czy groźba. To był dowód. Poczuła narastające drżenie całego ciała. Próbowała nabrać powietrza, ale płuca odmawiały współpracy. W gardle rosła jej twarda gula, bolesna i dusząca. Miała wrażenie, że jeśli pozwoli sobie naprawdę zrozumieć, co właśnie widzi, rozpadnie się na miejscu.
Przed oczami nagle stanęły jej urwane wspomnienia, zupełnie niepasujące do tej chwili. Kaspar opierający się o ławkę w parku i śmiejący się z czegoś zupełnie głupiego. Jego dłonie poprawiające jej kołnierz w chłodny wieczór. Ciepło jego palców splatających się z jej własnymi podczas ucieczek, kiedy oboje bali się tak bardzo, że nie musieli już nic mówić. Jeszcze kilka tygodni temu ta sama dłoń trzymała jej twarz, kiedy całował ją w zakrystii. A teraz leżała przed nią jak odpadek wyrzucony na śmietnik.
Ogarnęło ją poczucie winy tak silne, że aż fizycznie bolesne. To ona wybiegła pierwsza. To on został tam dłużej. Gdyby się nie rozdzielili, gdyby wróciła, gdyby nie zgodzili się na ten plan, może jeszcze by żył. A może umierał samotnie, przekonany, że go zostawiła. Ta myśl przecięła ją od środka. Zacisnęła dłonie na brzegu pudełka tak mocno, że pobielały jej knykcie. Nie potrafiła przestać wyobrażać sobie jego ostatnich chwil. Czy krzyczał? Czy próbował walczyć?
Nagle gdzieś za jej plecami chrupnęła gałąź. Zamarła. Całe jej ciało momentalnie napięło się ze strachu. Serce, które przed chwilą wydawało się martwe z rozpaczy, nagle zabiło panicznym rytmem. Powoli podniosła głowę, próbując wsłuchać się w noc. Każdy mięsień miała napięty do granic bólu. Przez jedną przerażającą sekundę była pewna, że to oni. Że specjalnie pozwolili jej znaleźć pudełko. Że obserwowali ją cały czas. Może nawet stali gdzieś między drzewami, patrząc, jak się łamie.
Przez kilka sekund panowała kompletna cisza. Serce tłukło się w jej piersi tak głośno, że zagłuszało wszystko inne. Potem usłyszała kroki. Powolne i spokojne. Ktoś szedł w jej stronę. Odruchowo zacisnęła palce na kopercie i gwałtownie odwróciła się za siebie. Spomiędzy drzew wyszedł mężczyzna ubrany w długi, ciemny płaszcz. Nie widziała dokładnie jego twarzy — parkowe lampy ledwie przebijały się przez gęsty mrok — ale od razu poczuła, że jest w nim coś niepokojącego. Coś, czego nie potrafiła nazwać. Nie wyglądał jednak jak łowca. Nie trzymał broni. Nie skradał się. Nie sprawiał wrażenia człowieka, który właśnie dopadł swoją ofiarę. Patrzył na nią ze spokojem, który budził większy lęk niż agresja.
— Nie masz już, dokąd wracać — powiedział cicho.
Jego głos był dziwnie chłodny, ale jednocześnie pozbawiony okrucieństwa. Jakby stwierdzał fakt. Kobieta cofnęła się odruchowo. W głowie wrzasnęło jej wszystko naraz — uciekaj, nie ufaj mu, to pułapka. A jednak nie mogła oderwać od niego wzroku.
— Kim jesteś?
Nie odpowiedział od razu. Jego spojrzenie przesunęło się na pudełko leżące na ziemi, potem na zakrwawioną dłoń. Przez moment poczuła wstyd. Absurdalny, irracjonalny wstyd, że widzi ją właśnie w takim stanie — klęczącą w błocie, zapłakaną, roztrzęsioną, otoczoną śmiercią.
— Jeśli zostaniesz tutaj choć kilka minut dłużej, znajdą cię.
— Skąd wiesz? — zapytała, czując lodowaty ucisk w żołądku.
Mężczyzna zrobił jeszcze jeden krok w jej kierunku.
— Byli tu chwilę temu.
Odruchowo rozejrzała się po ciemnych alejkach parku. Nagle cisza przestała być ciszą. Każdy cień wyglądał jak ukrywający się człowiek. Miała wrażenie, że zaraz usłyszy kolejne kroki, krzyk albo dźwięk przeładowywanej broni.
— Chodź ze mną — powiedział spokojnie. — Albo zostań i czekaj, aż wrócą.
Powinna uciekać. Powinna bać się właśnie jego. Wszystko w tej sytuacji było złe, obce i niebezpieczne. Nie znała go. Nie wiedziała, skąd się tu wziął ani dlaczego chciał jej pomóc. Rozsądek podpowiadał, że to szaleństwo. Jednak po raz pierwszy od wielu tygodni poczuła, że ktoś nie patrzy na nią jak na zwierzynę. Mężczyzna wyciągnął w jej stronę dłoń. Wtedy spojrzała mu prosto w oczy. I nagle zrozumiała coś, czego nie umiała wyjaśnić nawet samej sobie — przy nim nikt jej nie skrzywdzi.ROZDZIAŁ 1.
Oczywiście nie obyło się bez drobnych komplikacji. Są takie dni, kiedy nic się nie udaje. Dochodzisz do metra i stwierdzasz, że zostawiłeś w domu wszystkie pieniądze i dokumenty, a po powrocie do domu odkrywasz, że wcale nie zostawiłeś, tylko zgubiłeś razem z kluczami. Podobno przeciwności dnia codziennego kształtują charakter. Nicky żyła na tyle długo i miała tak fenomenalnie ukształtowany charakter, że zasadniczo ten na górze mógłby darować jej już niektóre rzeczy. Zmęczenie i frustracja narastały w niej, odkąd wstała, jakby cały świat postanowił dziś działać jej na nerwy. Zegar tykał złośliwie, a świadomość, że każda minuta opóźnienia może kosztować czyjeś życie, ściskała ją w żołądku. Odkąd odebrała pierwszy telefon ze szpitala, miała wrażenie, że czas przyspieszył specjalnie po to, żeby ją wykończyć. Im bardziej próbowała wszystko kontrolować, tym bardziej rzeczywistość wymykała jej się z rąk.
— Długo jeszcze? Już jestem spóźniona — spytała, opierając się niedbale o bok swojej mazdy. — Zaczynam zapuszczać korzenie.
Starała się brzmieć lekko, jak zwykle, ale w głosie słychać było napięcie. Jątrzące się pod skórą poczucie odpowiedzialności wcale nie chciało milknąć. Tasha wysunęła się spod auta na leżance warsztatowej. Nicky dobrze wiedziała, że jeśli zacznie naprawdę okazywać zdenerwowanie, siostra tylko bardziej się zirytuje. W ich rodzinie stres najczęściej przykrywali ironią albo złośliwością. Inaczej wszyscy dawno by oszaleli.
— Jak podsypię cię nawozem przyspieszającym wzrost korzeni to przestaniesz tak marudzić i dasz mi pracować? — rzuciła poirytowana wampirzyca, po czym sięgnęła po klucz i znowu zniknęła pod autem.
W jej tonie słychać było zmęczenie — nie tylko fizyczne. Ostatnie dni dawały jej się we znaki, a pozornie błaha naprawa auta była dla jej siostry chwilą oderwania od skomplikowanej rzeczywistości. Tasha coraz częściej łapała się na tym, że dłubanie przy silnikach uspokajało ją bardziej niż cokolwiek innego. Maszyny były przewidywalne. Ludzie już nie. Ludzie krwawili, kłamali, znikali albo umierali. Silnik po prostu się psuł i trzeba go było naprawić.
— Tash, śpieszę się — nefilimka odsunęła się od maski i przykucnęła obok nóg siostry wystających spod auta.
Jej dłonie zaciskały się na kolanach, a szczęka napinała z każdym słowem. Musiała zachować spokój, ale w środku gotowała się z niepokoju. Miała już przed oczami szpitalny chaos, spanikowanych lekarzy i ludzi, którzy będą patrzeć na nią tak, jakby mogła naprawić wszystko jednym ruchem ręki.
— Robię, co mogę — rozdrażniony głos Tashy wydobywał się spod auta. — To musi chwilę potrwać. Nie moja wina, że jeździsz jak szalona. To nie jest auto formuły jeden.
Mimo sarkazmu wyczuwała napięcie Tashy i wiedziała, że siostra robi wszystko, co w jej mocy. W ich świecie każda minuta mogła zmienić bieg wydarzeń. Nagle usłyszała dźwięk otwieranych drzwi i zdecydowane kroki na schodach. Po chwili w garażu pojawił się Bastien.
— Witam, drogie panie — rzucił zadowolony. — Może w czymś pomóc?
Już sam ton jego głosu wystarczył, żeby Nicky przewróciła oczami w duchu. Bastien zawsze pojawiał się dokładnie wtedy, gdy sytuacja była napięta — jakby chaos przyciągał go bardziej niż zdrowy rozsądek.
— Pieprz się, Bas — warknęła Tasha spod auta.
— To propozycja?
— Z tego, co słyszałam, tobie nie warto nawet proponować.
— Tylko zerknę, Taszeńko — podszedł do auta i przykucnął obok znudzonej Nicky. — Może przydać ci się konsultacja motoryzacyjna albo chociaż pomocna męska dłoń.
Jego głos był beztroski, ale oczy czujnie omiatały przestrzeń. Czasem udawał idiotę tylko po to, by rozładować atmosferę. W rzeczywistości Bastien zauważał znacznie więcej, niż wszyscy zakładali. Żarty były jego zbroją — wygodną, lekką i skuteczną. Dzięki nim nikt nie pytał, o czym naprawdę myśli.
— Mówię serio — kontynuowała wkurzona wampirzyca. — Odturlaj się, braciszku.
Bastien złapał Tashę za obie nogi i jednym zwinnym ruchem wyciągnął siostrę spod auta. Wierzgała nogami na prawo i lewo, ale brat był silniejszy. Mimo wściekłości, była mu wdzięczna za chwilę oddechu. Przez krótką sekundę Tasha niemal się uśmiechnęła. Prawie. Potem przypomniała sobie, że ma obowiązek być obrażona.
— Zastąpię cię — zaproponował, mrugając przy tym uwodzicielsko rzęsami.
— W zęby chcesz? — spytała wampirzyca, machając mu przed nosem kluczem francuskim.
Przyglądała mu się myśląc o tym, że bardzo chciałaby akurat w tej chwili mieć na podorędziu granat ręczny.
— Kobiety i motoryzacja to nie jest naturalne połączenie — próbował dalej brat.
— Klucz francuski i twoja urocza buźka też, więc radzę ci się dobrze zastanowić — wtrąciła się Nicky. — Znajdź sobie inne zajęcie, Bas.
Choć żartowała, jej myśli były już daleko. Czuła ten znajomy ciężar w żołądku, który mówił jej, że coś się zbliża. To uczucie pojawiało się zawsze przed czymś złym. Nigdy nie potrafiła powiedzieć, skąd dokładnie się brało. Wampir westchnął poirytowany i wyprostował się gwałtownie, po czym ruszył w stronę schodów.
— Tak łatwo odpuszczasz? — krzyknęła za nim Tasha. — Jesteś chory czy umierający?
W odpowiedzi Bastien nonszalancko uniósł prawą dłoń i wysunął środkowy palec. Tasha parsknęła śmiechem i wróciła do przerwanej czynności. Ten gest był ich małą tradycją. Pochmurny świat wokół nie miał szans w starciu z ich lojalnością — jedyną rzeczą, na którą mogli liczyć bezwarunkowo. Każde z nich miało własne sposoby radzenia sobie ze strachem. Bastien żartował. Tasha pracowała do upadłego. Nicky rzucała się w wir działania. Żadne nie potrafiło po prostu usiąść i przyznać, że czasami zwyczajnie się boją. W tym samym momencie odezwała się komórka Nicky.
— Nicolette Blackwood — powiedziała, odbierając połączenie. — Tak, oczywiście. Rozumiem pana zniecierpliwienie, ale mamy drobne problemy techniczne — przez chwilę w skupieniu słuchała swojego rozmówcy. — Naturalnie, to nie powinno być problemem. W takim razie będę u pana za godzinę. Do zobaczenia.
W jej oczach pojawił się cień napięcia. Znała ten głos, znała ton, z jakim ktoś zaczyna ukrywać panikę. Ludzie zawsze próbowali brzmieć profesjonalnie, kiedy byli przerażeni. Nicky nauczyła się to rozpoznawać już dawno temu. Drżenie głosu. Za szybki oddech. Zbyt uprzejmy ton. Szpitale były pełne takich dźwięków. Tasha wysunęła się spod mazdy, znacząco westchnęła i sięgnęła po umazaną smarem ścierkę, aby wytrzeć dłonie.
— Jest w porządku. Możesz jechać.
— Super. Muszę jeszcze zawinąć do Syracuse po dodatkową krew. Jakiś nagły wypadek im się trafił.
Wampirzyca wstała i otrzepała spodnie. Przez moment chciała powiedzieć: „Uważaj na siebie”. Ale takie słowa w ich rodzinie prawie nigdy nie przechodziły przez gardło. Zamiast troski dawali sobie docinki, bo łatwiej było żyć, udając, że wszyscy są niezniszczalni. Nefilimka wskoczyła do auta i uruchomiła silnik.
— Dzięki, Tash — posłała jej całusa, po czym z piskiem opon wyjechała z garażu.
Została po niej tylko cisza i smród spalonej gumy. Tasha jeszcze długo patrzyła za oddalającą się mazdą, nie mogąc pozbyć się uczucia, że właśnie zaczęło się coś, co zmieni ich chwilowo poukładane życie. Nie umiała tego nazwać, ale znała to uczucie aż za dobrze — dokładnie takie samo miała ostatnim razem, zanim wszystko posypało się w drobny mak.
Nicky pędziła jak szalona, połykając autostradę kilometr za kilometrem. Silnik ryczał, a wskazówka prędkościomierza niebezpiecznie zbliżała się do granicy, której rozsądny kierowca nie powinien przekraczać. Ale rozsądek nigdy nie był jej mocną stroną — nie wtedy, gdy chodziło o coś, co wzięła na siebie. Obiecała, że będzie w szpitalu za godzinę, więc zostało jej niewiele czasu na wydębienie dodatkowej krwi od Nathaniela. Normalnie nie byłoby z tym problemu. Brat dysponował pobraną krwią z dnia na dzień, szybko i sprawnie rozdzielał zapasy zależnie od zapotrzebowania szpitali i klinik. Był w tym bezbłędny — jak maszyna, zimna, dokładna i przewidywalna. A mimo to zawsze znajdował sposób, by doprowadzić ją do szału. Czasami zastanawiała się, czy Nathan robi to specjalnie tylko po to, żeby sprawdzić, jak długo wytrzyma, zanim eksploduje.
Dlatego Nicky była przekonana, że może mieć mały problem z wyżebraniem kilku dodatkowych litrów. Zapewne całość wczorajszych zapasów została już podzielona i teraz jest przygotowywana do transportu. Już widziała ten jego perfekcyjny porządek, te stosy etykiet, numerów, pieczątek. Chaos jej życia i jego systematyczność nigdy nie potrafiły się ze sobą dogadać. Nathan traktował procedury niemal religijnie. Dla niego wszystko musiało się zgadzać — liczby, dokumenty, terminy. Nicky była jego kompletnym przeciwieństwem. Działała impulsem, instynktem i przekonaniem, że jeśli można komuś pomóc, to reszta powinna zejść na dalszy plan.
Po upływie zaledwie dwudziestu minut zaparkowała pod Syracuse. Weszła do środka i od razu skierowała się do pokoju Nathaniela. Zapukała, ale nie usłyszała żadnej odpowiedzi. Zajrzała ostrożnie do środka, jednak gabinet był pusty. Poczuła, jak narasta w niej frustracja. Oczywiście, że go nie ma — kiedy go najbardziej potrzebowała, demon zawsze rozpływał się w powietrzu. Miała wręcz irracjonalne wrażenie, że Nathan wyczuwa momenty, w których komuś na nim zależy, i wtedy natychmiast znika. Nie miała czasu na wszczynanie poszukiwań brata, więc wyciągnęła telefon z torebki, którą miała przewieszoną przez ramię.
— Gdzie jesteś, leniwy demonie? — warknęła do słuchawki, gdy tylko odebrał.
Jej głos zabrzmiał ostrzej niż planowała. Nerwy brały górę, a ona przecież wiedziała, że z Nathanem nie można tak zaczynać rozmowy. W końcu zamierza nakłonić brata do małej zmiany w firmowych dokumentach transferowych. W związku z czym uprzejmy i grzecznościowy ton byłby tutaj zdecydowanie bardziej na miejscu.
— Bardzo dobre pytanie — odparł Nathan. — O to samo mógłbym zapytać ciebie, szczególnie że aktualnie powinnaś już dawno być w drodze do szpitala Harborview Medical Center.
Nawet przez telefon słyszała tę jego irytująco spokojną manierę. Nigdy nie podnosił głosu. Im bardziej ktoś tracił panowanie nad sobą, tym bardziej on wydawał się opanowany. Jakby cudze emocje go bawiły.
— Jestem. To znaczy prawie jestem — zająknęła się. — Właśnie chodzi o ten szpital. Potrzebuję dla nich dodatkowych trzech litrów krwi. Dzwonili do mnie przed chwilą.
— Przykro mi, ale dzisiaj nie damy rady.
— Już obiecałam, że załatwię sprawę.
— Na jakiej podstawie doszłaś do wniosku, że możesz podejmować jakiekolwiek decyzje w tej sprawie? — zakpił demon. — O takich rzeczach decyduje ja i mówię: nie.
Nicky zacisnęła powieki. Oczywiście musiał zacząć od swojego ulubionego „ja decyduję”. Nathan potrafił zamienić każdą rozmowę w walkę o dominację. Nawet wtedy, gdy chodziło o ratowanie ludzi.
— W takim razie zadzwoń do nich teraz i sam im to powiedz — odpysknęła wściekle.
W tej chwili miała ochotę rzucić telefonem o ścianę. Brat na każdym kroku musiał udowadniać, jakim jest aroganckim dupkiem. Najgorsze było to, że doskonale rozumiała jego sposób myślenia. Gdyby każdy brał zapasy według własnego uznania, cały system rozsypałby się w kilka dni. Problem polegał na tym, że Nathan nigdy nie zostawiał miejsca na wyjątki.
— Sama to odkręć, ja nie mam z tym nic wspólnego.
Nicky bez zastanowienia gwałtownie zakończyła rozmowę. Ten demon był tak niemiłosiernie wrednym i podłym typem, że miała ochotę udusić go gołymi rękami. Doprowadzał do szału każdego bez wyjątku. A mimo wszystko zawsze, kiedy sytuacja robiła się naprawdę niebezpieczna, Nathan pojawiał się pierwszy. I właśnie to było w nim najbardziej irytujące — pod tą całą arogancją kryło się coś, czego nie potrafiła jednoznacznie znienawidzić.
Nikt nie potrafił sobie z nim poradzić poza Vivienne. Anielica była niesamowicie cierpliwa i wyrozumiała dla niego. Posiadała dużo większe pokłady tych dwóch cech niż przeciętny człowiek, więc może dlatego jej się to udawało. Nicky nie rozumiała, jak można mieć w sobie tyle spokoju. Vivienne była jak chodzące ucieleśnienie wewnętrznej równowagi. Gdyby miała choć połowę cierpliwości Vivienne, pewnie nie wdawałaby się w większość kłótni, które rozkręcała.
Nicky jednak miała dość wybuchowy charakter i bardzo łatwo dało się wyprowadzić ją z równowagi. Nathan doskonale o tym wiedział i chętnie z tej wiedzy korzystał. Ich rozmowy od lat wyglądały dokładnie tak samo. On prowokował. Ona wybuchała. Potem oboje zachowywali się, jakby nic się nie stało. Toksyczne? Owszem. Rodzinne? Niestety też. Na szczęście istniała jeszcze jedna osoba, która miała jako taki posłuch u demona. Nicky pobiegła więc prosto do pokoju Nicolasa i bardzo mocno zapukała.
— Proszę — usłyszała głos brata.
— Nathan nie chce współpracować. Znowu — zaczęła od progu. — Potrzebuję dodatkowej krwi do Harborview. Mieli jakiś nagły wypadek. Ten parszywiec odprawił mnie z kwitkiem.
— Dzień jak co dzień — westchnął tylko Nicolas. — Rozdysponuj krew tak, jak to jest konieczne. Biorę to na siebie. Przed wyjściem zajrzyj do niego po nowe dokumenty transferowe.
To jedno zdanie wystarczyło, żeby poczuła ulgę. Nicolas był jak bezpieczna przystań — zawsze rzeczowy, zawsze skuteczny. Nie musiał krzyczeć, żeby stawiać na swoim. Zawsze wiedział, kiedy interweniować, i robił to z tą spokojną pewnością, której Nicky tak mu zazdrościła. Przy Nicolasie wszyscy mimowolnie miękli. Nawet Nathan.
Było w nim coś, co sprawiało, że człowiek automatycznie zakładał, że wszystko da się jeszcze naprawić. Nicolas uspokajał samą swoją obecnością. Nathan przeciwnie — wystarczyło kilka jego słów, żeby człowiek miał ochotę wyjść z siebie i trzasnąć drzwiami. Nicolas natomiast potrafił jednym spojrzeniem sprawić, że chaos nagle wydawał się uporządkowany.
Nefilimka uśmiechnęła się pod nosem i zadowolona opuściła gabinet brata. Szybko skierowała swoje kroki na tyły budynku, gdzie mieściło się obszerne laboratorium. Znajdowało się tu kilka stanowisk z mikroskopami i całą masą innych laboratoryjnych urządzeń. Czuła się tu obco — ten zapach chemikaliów, sterylny chłód i wszechobecna cisza zawsze ją przytłaczały. Nigdy nie rozumiała, jak Vivienne i Zac potrafią spędzać tu całe dnie bez odrobiny szaleństwa. Ona po kilku minutach zaczynała mieć wrażenie, że brakuje jej powietrza.
Jako że Nicky miała dość kiepskie relacje z anielicą, starały się ograniczać swoje kontakty, nawet w pracy. Dlatego też Vivienne w ogóle na nią nie spojrzała, cały czas uparcie wgapiając się w okular mikroskopu. Zac podniósł się ze swojego miejsca, podał jej dwie lodówki z krwią i plik dokumentów, po czym bez słowa wrócił do przerwanej pracy. Cisza między nimi była niemal gęsta. Nicky zawsze miała wrażenie, że w laboratorium mówi się szeptem, żeby nie przestraszyć danych. Nawet kroki wydawały się tutaj przytłumione, jakby budynek wymuszał na wszystkich zachowanie spokoju. Nicky nigdy nie potrafiła funkcjonować w taki sposób. Była zbyt gwałtowna, zbyt impulsywna, zbyt głośna jak na to miejsce. Już miała wychodzić, gdy coś jej się przypomniało.
— Zapomniałabym — odwróciła się z ręką na klamce. — Co z twoją imprezą urodzinową?
— Zapytaj Rose — odparł Zac, podnosząc wzrok znad papierów, które leżały porozrzucane na jego biurku. — Ona się wszystkim zajmuje. Wiesz, że jest bardziej ogarnięta towarzysko niż ja.
— Słuszna uwaga — zaśmiała się Nicky, po czym zamknęła ze sobą drzwi laboratorium.
Już teraz mogła sobie wyobrazić Rose biegającą po mieście z listą dekoracji, prezentów i menu rozpisanym co do minuty. Jej siostra traktowała cudze urodziny z większym przejęciem niż większość ludzi własny ślub. W drodze do auta znowu zajrzała do Nathana. Tym razem był u siebie i właśnie drukował dokumenty.
— Dlaczego nie masz tu dodatkowego krzesła? — zapytała, stojąc przed nim jak uczennica w gabinecie dyrektora.
— Bo ludzie na stojąco szybciej mówią, z czym przyszli.
— Nicolas z tobą rozmawiał, jak mniemam?
Demon posłał jej oskarżycielskie spojrzenie, następnie wziął wydrukowane dokumenty i podszedł z nimi do siostry. Postawiła lodówki na podłodze i wymieniła się z bratem plikami papierów.
— Nie rozumiem, czemu zawsze lecicie do Nicolasa ze skargą na mnie — powiedział, krzyżując ramiona na piersi w wojowniczej pozie. — Niby dorośli ludzie, a zachowujecie się jak dzieci.
Nathan wyglądał na zirytowanego, ale znała go zbyt dobrze, żeby nie zauważyć czegoś jeszcze. Lubił narzekać, prowokować i doprowadzać wszystkich do szału, ale ostatecznie niemal zawsze robił to, czego od niego oczekiwano. Tylko nigdy nie potrafił odpuścić bez uprzedniego urządzenia małego piekła.
— Ponieważ ty nie umiesz współpracować z innymi — wyjaśniła spokojnie. — Dlatego wydaje mi się, że to raczej ty powinieneś dorosnąć.
Ich spojrzenia zwarły się jak ostrza. Między nimi zawsze iskrzyło – mieszanka rodzeństwa, władzy i wiecznej rywalizacji. Czasami Nicky miała wrażenie, że to jedyny sposób, w jaki potrafią ze sobą rozmawiać. A jednak mimo wszystkich kłótni ufała mu bardziej niż większości ludzi. Może właśnie dlatego tak bardzo działał jej na nerwy — znał ją za dobrze. Wiedział dokładnie, które słowa uderzą najmocniej i jak wyprowadzić ją z równowagi w mniej niż minutę.
Zgarnęła lodówki i opuściła pokój demona, kierując się w stronę auta. Każda kolejna minuta ciążyła jej coraz bardziej. Widziała już oczami wyobraźni spanikowany personel szpitala i telefony z pretensjami. Nienawidziła zawodzić ludzi. Nawet jeśli większość uważała ją za arogancką i wybuchową, ona naprawdę brała swoją pracę na poważnie. Odruchowo spojrzała na zegarek. Zostało jej zaledwie piętnaście minut. Przez tego przeklętego demona może nie zdążyć z krwią na czas. Niemal biegiem pokonała drogę z pokoju brata do auta. Otworzyła bagażnik mazdy i wpakowała lodówki do środka. Już miała wsiąść do auta, gdy nagle usłyszała, że ktoś ją woła. Obejrzała się za siebie i zauważyła, że przez parking biegnie do niej Rose, szaleńczo wymachując rękami.
— Już prawie jestem spóźniona, więc cokolwiek to jest, musi poczekać — rzuciła w kierunku siostry, po czym wsiadła do auta i uruchomiła silnik.
Wampirzyca jednak wcale nie zamierzała tak łatwo ustąpić. Dobiegła do drzwi ze strony pasażera i zapukała w szybę. Nicky głośno westchnęła i opuściła szybę.
— Zac powiedział, że pytałaś o jego imprezę urodzinową — zaczęła Rose.
— Muszę dowieźć krew do szpitala na czas, czekają na mnie, a ty zawracasz mi głowę jakimiś pierdołami? — warknęła nefilimka.
— To nie są żadne pierdoły — oburzyła się siostra. — Dla Zaca to bardzo ważne. Wiesz, jaki z niego wrażliwy facet.
Rose mówiła to z całkowitą powagą, jakby właśnie ważyły się losy świata. I może dla niej naprawdę trochę tak było. Rose przejmowała się emocjami innych bardziej niż własnymi problemami.
— Jasne, szczególnie wtedy, gdy obrzuca Nicolasa wymyślnymi epitetami o raczej negatywnym zabarwieniu — zakpiła Nicky.
— Relacje Zaca z Nicolasem to nie jest nasza sprawa — ciągnęła niestrudzenie wampirzyca.
Typowa Rose. Zawsze empatyczna, zawsze w obronie kogoś. Jakby miała w sobie wbudowany obowiązek naprawiania świata.
— Naprawdę nie mam czasu. Wyślij mi dane na temat tej imprezy.
— Nic nie jest jeszcze postanowione — odparła wampirzyca. — Mam mały problem natury technicznej.
— Co mam zrobić z tą informacją? — Nicky nerwowo spojrzała na zegarek, jeszcze wyraźniej dając siostrze do zrozumienia, że się spieszy.
— Znalazłam w internecie idealny prezent dla Zaca, ale producent znajduje się we Francji. Nie znam francuskiego, nie dogadam się z nimi sama.
— Dobrze, zadzwonię tam, jak tylko obrobię się z pracą — Nicky starała się jak najszybciej pozbyć się siostry.
Nie potrafiła odmówić Rose — miała w sobie tę łagodność, która rozbrajała nawet najbardziej upartych. Czasami Nicky podejrzewała, że Rose doskonale zdaje sobie z tego sprawę i wykorzystuje to z rozbrajającą niewinnością.
— Dzięki — Rose posłała jej uśmiech pełen wdzięczności i pomachała na odchodne.
Nicky pokręciła tylko głową z niedowierzaniem i szybko włączyła się do ruchu. Rose była niemożliwa, ale może właśnie dlatego wszyscy ją lubili. Świat potrzebował takich ludzi — albo raczej takich istot. A ona? Ona potrzebowała po prostu dotrzeć na czas i mieć święty spokój.ROZDZIAŁ 3.
— Pewnego dnia naślę na ciebie policję za te kradzieże.
Tasha stała w drzwiach swojego pokoju, ręce miała skrzyżowane na piersiach i opierała się o drzwi ramieniem. Była zirytowana, ale w tej irytacji pobrzmiewała nuta bezsilnej sympatii — w końcu znała Nicky zbyt dobrze, by sądzić, że robi to złośliwie. To był po prostu jej sposób na życie. Na jej słowa Nicky gwałtownie wychyliła się z szafy i posłała siostrze przepraszający uśmiech.
— Nie mam pojęcia, co na siebie włożyć na imprezę urodzinową Zaca — wyznała szczerze nefilimka.
Z jej twarzy nie dało się wyczytać choćby cienia skruchy. Zresztą nawet, gdyby chciała udawać skruchę, nie potrafiłaby. Urok i beztroska działały na nią jak tarcza — przecież trudno złościć się na kogoś, kto wygląda jak kłopotliwy, ale uroczy kot.
— Uznałaś więc, że zamiast iść do sklepu i coś sobie kupić, lepiej będzie zwinąć coś z mojej szafy?
Tasha uniosła brew. Wiedziała, że jej siostra i tak nie widzi w tym nic złego. Dla Nicky cudza szafa była raczej naturalnym rozszerzeniem własnej garderoby niż miejscem zakazanym.
— U mnie już była — usłyszały nagle głos wilczycy, która zajrzała do pokoju przez ramię Tashy. — Kazałam jej się wynosić i wydaje mi się, że wspomniałam jeszcze coś o jej matce.
Alex mówiła spokojnie, ale w oczach miała rozbawienie. Wiedziała, że cała sytuacja zaraz przerodzi się w ich klasyczny siostrzany teatrzyk.
— Zmówiłyście się czy jak? — oburzyła się nefilimka. — Jesteśmy siostrami, więc to wasz obowiązek, żeby pożyczać mi ciuchy. U ludzi tak to chyba działa.
Nicky przyjęła ton niewinnego oburzenia, ale w duchu już wiedziała, że nie przekona ich żadnym argumentem. Mimo to próbowała — bo przecież jeśli nie powalczy, straci choć cień szansy na tę cudowną czarną kurtkę z szafy Tashy.
— Nie jesteśmy ludźmi — odparła Alex. — Nawet za bardzo nie jesteśmy do nich podobni.
Ta uwaga zabrzmiała sucho, niemal jak przypomnienie o granicach, których Nicky nie chciała widzieć. Alex od lat starała się, by obie pamiętały, kim naprawdę są, ale Nicky wciąż uciekała w ludzkie nawyki, gesty, stroje. Może dlatego wydawała się bardziej żywa niż oni wszyscy razem wzięci.
— To nie zmienia faktu, że macie wobec mnie jakieś siostrzane powinności, nie uważacie?
— Nie uważamy — odparły jednocześnie Tasha i Alex.
— Wiecie, że wcale nie jesteście takie ładne, jak wam się wydaje.
— Wiemy, ale przecież to nie nasza wina, że tak myślisz.
— Święty Mikołaj wszystko widzi — Nicolette udała zasmucenie i opuściła pokój ze spuszczoną głową.
Grała swoją rolę perfekcyjnie, jak zawsze. W duchu liczyła na to, że któraś z sióstr zmięknie i zawoła ją z powrotem. Ale cisza, która zapadła za jej plecami, była odpowiedzią samą w sobie. Ruszyła w stronę swojego pokoju, powłócząc nogami. Naprawdę nie miała co na siebie włożyć. Wiedziała, że ubrania nie są jednorazowego użytku, ale nie lubiła zakładać tego samego stroju kilka razy. Strasznie burżujskie, ale taka już była. Dla Nicky wygląd był częścią zbroi, jaką nosiła na co dzień. Kolory, fasony, dodatki — wszystko miało odwracać uwagę od tego, kim naprawdę jest.
Bardzo lubiła ubrania, a najbardziej lubiła cudze ubrania. Było w tym coś z ekscytacji związanej z zakazanym owocem — cudze rzeczy pachniały inaczej, nosiły cudze wspomnienia. Może dlatego, zakładając ubrania sióstr, czuła się bliżej nich. Na szczęście siostry były podobnej budowy i miały nie najgorszy gust, więc lubiła czasami pożyczać od nich różne stroje. Niespecjalnie też rozumiała ich pretensje. Przecież zawsze oddawała wszystkie ubrania całe i zdrowe. No, prawie zawsze — pomyślała, przypominając sobie jedną małą plamę po winie, której nigdy nie udało się doprać. Ale to przecież drobiazg.
Zostało trochę ponad godzinę do imprezy Zaca, więc musiała jednak zaopatrzyć się w coś ze swojej szafy. Westchnęła teatralnie, otwierając drzwi do swojego pokoju. Każde spotkanie z lustrem było jak bitwa — między tym, kim chciała być, a tym, kim była naprawdę. Ale dziś nie było czasu na refleksję. Dziś musiała wyglądać perfekcyjnie, by choć na chwilę zapomnieć o całym tym nadnaturalnym bałaganie, który nazywała swoim życiem.
Impreza urodzinowa Zaca zapowiadała się interesująco. Już od kilku dni wszyscy o niej mówili — jedni z entuzjazmem, inni z lekkim przerażeniem, bo imprezy Zaca miały to do siebie, że kończyły się nieprzewidywalnie. Rose dołożyła wszelkich starań, żeby wybrać termin pasujący każdemu z członków ich rodziny. Nie było to łatwe zadanie — zgranie grafików anioła, demona, nefilima, likantropa, wampirów i wilkołaków wymagało czegoś więcej niż zwykłej logistyki.
Jednak Rose miała dar — potrafiła znaleźć balans tam, gdzie inni widzieli tylko chaos. Dlatego też zarezerwowała za pośrednictwem Sonii dwa stoliki, żeby pomieścić całą ich dwunastkę. SoHo było ich ulubionym klubem, głównie ze względu na znajomość z jego właścicielką. Wystrój nie budził szczególnej euforii. Stylizowany na stare zamczysko, z całą masą pajęczyn i sztucznych świec. Sonia zawsze powtarzała, że mrok sprzyja szczerości, a cienie ukrywają nie tylko wady, ale i tajemnice. Dlatego SoHo miało swój urok – niepokojący, ale hipnotyzujący. Kiedy tylko zajęli swoje miejsca, zmaterializował się przy nich barman i zaserwował im drinki.
— Jeszcze nic nie zamówiliśmy — zdziwiła się Rose.
— Na koszt firmy — wyjaśnił pracownik baru. — Szefowa uprzedzała, że jedno z was ma urodziny i cała rodzina ma dzisiaj otwarty rachunek.
— Zabiję ją — warknęła Rose, choć postawa rozwścieczonej wojowniczki za bardzo do niej nie pasowała.
W rzeczywistości bardziej martwiła się o to, że Sonia znów przesadzi. Jej gesty, choć z pozoru niewinne, często miały drugie dno — a Rose miała wrażenie, że właścicielka klubu wyjątkowo lubi igrać z Zackiem. W tym samym momencie przy stoliku pojawiła się Sonia Horowitz, właścicielka klubu.
— Zac, wszystkiego najlepszego — rzuciła się w ramiona solenizanta.
Wampir wyściskał ją ochoczo, z szerokim uśmiechem na ustach. Sonia była niezwykle czarującą kobietą. Wielu mężczyzn wodziło za nią tęsknym wzrokiem. Jednak ona tak naprawdę bardzo kochała swoje niezależne życie singielki. I to właśnie to przyciągało do niej ludzi — nie uroda, nie elegancja, ale ta nieuchwytna aura kobiety, która nikogo nie potrzebuje, by błyszczeć.
— Dziękuję, Soniu — Zac pękał z dumy, że specjalnie pofatygowała się, aby złożyć mu życzenia. Zawsze miał do niej słabość, a jej obecność sprawiała, że jego ego rozkwitało w tempie ekspresowym. — Co do drinków, płacimy za wszystko. Dobrze wiesz, że stać nas na to.
— Wiem, ale to mój prezent urodzinowy dla ciebie — sprzeciwiła się Sonia.
— Koniec dyskusji — przerwała im stanowczo Rose. — Twój klub musi zarabiać. Wystarczy, że wejścia mamy darmowe.
Ton jej głosu był miękki, ale zdecydowany — w typowy dla Rose sposób łączyła troskę z kontrolą. Sonia tylko wzruszyła ramionami, po czym po kolei wyściskała resztę rodziny Blackwood. Życzyła wszystkim cudownej zabawy i wróciła do swoich zajęć. Zac odprowadził ją tęsknym wzrokiem. Nie mógł oderwać oczu od jej pleców, gdy znikała w tłumie. Wiedział, że to bez sensu, że ona nigdy nie pozwoliłaby sobie na coś więcej niż kokieteryjny uśmiech, ale i tak coś w niej przyciągało go jak płomień przyciąga ćmę.
— Zac — głos Rose przywrócił go ze sfery marzeń do rzeczywistości. — Twoje zdrowie.
Wszyscy zgodnie unieśli drinki i zaśpiewali sto lat z wielkim entuzjazmem, po czym ruszyli tanecznym krokiem na parkiet. W mgnieniu oka zajęli większą część parkietu, zupełnie ignorując wściekłe spojrzenia innych imprezowiczów. Rodzina Blackwood zawsze zwracała na siebie uwagę — nie tylko wyglądem, ale aurą, która przyciągała spojrzenia. Byli jak żywioły — razem tworzyli chaos, który w jakiś sposób miał sens.