Gentle Heart - ebook
Wystarczy jedna chwila z nim, by zapomnieć o całym świecie.
Po związku, który niemal ją zniszczył, i rozstaniu, które przerodziło się w medialny skandal, popowa gwiazda Ashley Cruz wreszcie staje na nogi. Jej nowe piosenki mają udowodnić, że nikogo już nie potrzebuje. Bez dramatów, bez powrotów do przeszłości.
Wszystko komplikuje się jednak, gdy na jej drodze staje Logan Buckley, charyzmatyczny gitarzysta Scarlet Luck, popularnego zespołu. Niewinny moment szybko przeradza się w coś więcej – friends with benefits, czysty związek bez zobowiązań i, co najważniejsze, z dala od blasku fleszy.
Im bardziej się do siebie zbliżają i im więcej o sobie dowiadują, tym bardziej ustalone zasady zaczynają się zacierać.
A Ashley musi w końcu zadać sobie pytanie, czy jest gotowa wpuścić Logana do swojego serca…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368592689 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ashley
Jeśli coś dobrze znałam, to właśnie uczucie bycia niewłaściwą osobą na niewłaściwym miejscu. I dokładnie takie wrażenie sprawiał Adam „Bestia” Sinclair, kiedy stał przy barze na moim tarasie, przyglądając się drinkom, które zostały przygotowane na ten wieczór. Taksował wzrokiem misternie udekorowane kieliszki z lekko zmarszczonym nosem. Nie mogłam mieć mu tego za złe. Zawartość kieliszków była rzeczywiście wyjątkowa, a z powodu niebieskiego koloru na większość gości działała odstraszająco. Migoczący błękit z jadalnymi płatkami brokatu pasował za to idealnie do mojego nowego albumu, który właśnie dzisiaj miał swoją premierę.
– Uwierz mi, ja też miałam taki wyraz twarzy, kiedy pierwszy raz pokazano mi te koktajle – powiedziałam i podeszłam do Bestii. Spojrzał na mnie obojętnie.
Nie znałam go dobrze, jedynie na tyle, na ile znają się ludzie w Hollywood pracujący w tej samej branży, i jego lekceważący wzrok potwierdzał jedynie ciągnącą się za nim reputację. Był perkusistą w Scarlet Luck, jednym z najbardziej popularnych obecnie zespołów, i – wierząc pogłoskom – nic nie było w stanie roztopić lodowej ściany, którą umiejętnie odgradzał się od otoczenia. Nawet nie mrugnął, kiedy się do niego uśmiechnęłam. Obojętny wyraz twarzy miał opanowany do perfekcji. Ale nie przeszkadzało mi to. Tego wieczoru i tak niewiele mnie obchodziło. Jak mogłoby być inaczej, skoro będąc na własnej imprezie, nikogo tak naprawdę nie znałam. Tylko dlatego ciągnęłam rozmowę z tym gościem, który najwyraźniej został zmuszony przez swoją wytwórnię, żeby się tu pojawić.
– Od tego język robi się niebieski. – I żeby to unaocznić, pokazałam mu swój. Spojrzał na mnie sceptycznie.
– Jeśli to ma mnie nakłonić do spróbowania tego wynalazku, muszę powiedzieć, że twoja strategia nie jest dokładnie przemyślana – odpowiedział, a ja wzruszyłam ramionami. To nie był dobry pomysł, bo momentalnie straciłam równowagę. Zatoczyłam się na bok i poleciałam na bar, a kieliszki stojące na nim zabrzęczały złowieszczo.
– Ups – mruknęłam pod nosem, kiedy kieliszek Bestii przesunął się o kilka centymetrów. Uniósł go i skinął do mnie.
– Chcesz usiąść? – spytał.
Uśmiechnęłam się. Koleś nie wydawał się wcale taki okropny jak opinie, które krążyły o nim w środowisku. Pod warstwą lodu kryło się miękkie serce, byłam tego pewna.
Kiedy Bestia odwrócił się i wszedł z powrotem do środka, pomaszerowałam za nim, z trudem utrzymując równowagę na szpilkach. Z każdą godziną męczyłam się w nich coraz bardziej, chociaż od dwunastego roku życia regularnie chodziłam na wysokich obcasach. Ucieszyłam się, kiedy dotarliśmy do kanapy, na której siedział kolejny członek Scarlet Luck.
Grał na konsoli i muszę przyznać, że trochę mu zazdrościłam. Chętnie pokazałabym wszystkim tu zgromadzonym, że ich towarzystwo interesuje mnie równie mało, co ich moje. Ale na dzisiejszy wieczór zaplanowałam coś innego. Chciałam udowodnić, że mogę jeszcze świętować. Że mogę być dumna z siebie i swoich sukcesów, niezależnie od tego, że ktoś inny może mieć z tym problem.
Ostatni raz tak naprawdę świętowałam wieki temu. Bo od jakiegoś czasu zawsze, gdy byłam na imprezie, zabójczo wyglądałam, świetnie się czułam i zaczynałam się już dobrze bawić, w głowie rozbrzmiewał jego głos. Ale postanowiłam, że z tym już koniec. Dlatego dzisiaj poszłam na całość. Miałam na sobie przepiękną sukienkę zaprzyjaźnionego projektanta, wynajęłam stylistkę i wyglądałam dokładnie tak, jak wszyscy się tego po mnie spodziewali: jak supergwiazda. Powinnam czuć się piękna i sexy. Jak najważniejsza osoba tego wieczoru. Ale niestety tak nie było i zastanawiałam się, czy jeszcze kiedyś będę się czuć nieskrępowana i wolna. Od lat o to walczyłam i czasami udawało mi się to lepiej, czasami gorzej. Dzisiaj chyba raczej to drugie.
– Twój przyjaciel również nie wydaje się szczególnie zainteresowany imprezą – rzuciłam po chwili do Bestii i skinęłam w kierunku jego kolegi z zespołu, którego imienia nie mogłam sobie przypomnieć. Chyba również zaczynało się na B. Przynajmniej tak mi się wydawało.
– On generalnie nie przepada za imprezami. – Głos Bestii dochodził do mnie przytłumiony, bo nie mogłam oderwać wzroku od jego przyjaciela. Pod rozciągniętym dziurawym swetrem można było dostrzec szczupłą sylwetkę, a jego blond włosy były zmierzwione, jakby dopiero co przejechał po nich dłonią. Wydawał się kompletnie nieobecny, pochłonięty grą, która zajmowała całą jego uwagę.
Upiłam łyk drinka.
– W takim razie coś nas łączy – mruknęłam. – Nie mam pojęcia, co wy tu wszyscy robicie. Nawet trzech osób z listy gości nie znam osobiście.
Bestia również podniósł kieliszek do ust, ale zauważyłam jego sceptyczne spojrzenie. Wydawało mi się, że muszę to wyjaśnić.
– To znaczy, jasne, znam cię. Wiem też, kim jest twój przyjaciel. Ale tak naprawdę to nie znam tu nikogo.
Przez krótką chwilę się nie odzywał, po czym odpowiedział lakonicznie:
– Witaj w Hollywood.
Opróżniliśmy nasze kieliszki, po czym jeszcze raz rozejrzałam się po niewielkim salonie, w którym się znajdowaliśmy. Wszyscy ci ludzie… tak chętnie bym się z nich cieszyła. Tak chętnie wskoczyłabym na stół i tańczyła w rytm muzyki, wolna i nieskrępowana, bez cienia ciężaru, który mnie przytłaczał. Czułam, jak rośnie we mnie ta chęć, a im większa się stawała, tym bardziej rosła też moja wściekłość.
– Kurwa mać. – Dopiero kiedy Bestia spojrzał na mnie ze zdziwieniem, uświadomiłam sobie, że powiedziałam to na głos i od razu rozejrzałam się wokół. Gdyby ktoś z mojej ekipy usłyszał, że głośno klnę, miałabym poważne kłopoty. Nikogo nie zauważyłam, odwróciłam się więc tylko do Bestii. – Przepraszam.
Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale nagle wtrącił się jego kolega.
– Dobrze jest czasem przekląć – powiedział i podniósł wzrok znad konsoli. – Nie trzeba… – Po raz pierwszy, odkąd koło niego usiadłam, popatrzył na mnie. Nasze spojrzenia się spotkały, a reszta zdania zamieniła się w niezrozumiałą zbitkę dźwięków. Na krótką chwilę jego wzrok zsunął się w dół, po czym wrócił na wysokość mojej twarzy. Mrugnął kilka razy, jakbym była jakimś rodzajem halucynacji. – Nie trzeba za to przepraszać – wreszcie udało mu się skończyć zdanie.
Wyglądał, jakby zaparło mu dech w piersiach, i z jakiegoś powodu wydało mi się to słodkie. Zanim zdołałam się powstrzymać, z moich ust wydobył się cichy chichot.
– Dobrze, w takim razie cofam przeprosiny.
– Super. – Miał przyjemny głos. Miękki i delikatny, z irlandzkim akcentem. I nie wydawał się tak chłodny i zdystansowany jak nieprzenikniony Bestia. Wszystko w nim było ciepłe: od wyrazu jego oczu do uśmiechu, który skrywał się w kącikach ust.
Kiedy skierował wzrok z powrotem na konsolę, a potem spojrzał ponownie na mnie i znowu na konsolę, i znowu na mnie, postanowiłam przejąć inicjatywę.
– W co grasz?
– W Wiedźmina – odpowiedział, po czym wyciągnął do mnie konsolę. – Chcesz spróbować?
Siedzący koło mnie Bestia głośno nabrał powietrza, po czym podniósł się bez słowa, jakby chciał zrobić nam miejsce. Momentalnie przysunęłam się do jego kolegi i wciągnęłam nogi na białą kanapę.
– Okej. Ale zanim zbezczeszczę twoją konsolę moim brakiem doświadczenia, wypadałoby chyba spytać, jak masz na imię. Trochę mi głupio, ale nie mogę go sobie przypomnieć. – Słyszałam, że mówiłam trochę nieskładnie, lecz w końcu byłam na imprezie. Mogłam się napić. Tak samo jak mogłam flirtować z uroczymi mężczyznami, którzy wyraźnie mnie adorowali.
– Nazywam się Logan Buckley. Dla przyjaciół Buck – oznajmił i wcisnął mi w ręce swoje Nintendo Switch. Jego palce musnęły moje i poczułam mrowienie w miejscu, w którym dotknęły mojej skóry.
– Ja jestem Ashley. Dla przyjaciół Ash – odrzekłam z uśmiechem.
Kiedy Logan odwzajemnił mój uśmiech, poczułam ucisk w żołądku. Wydawał się szczery, a jego spojrzenie stało się jeszcze cieplejsze, co sprawiło, że poczułam mrowienie na całym ciele. Jakie przyjemne uczucie. Nie doświadczyłam go od wieków.
W tym momencie postanowiłam sobie, że nie zadowolę się tym i że ta noc przyniesie mi jeszcze więcej przyjemności.
Logan
Nie znosiłem imprez. Tłumów ludzi, hałasu, a przede wszystkim powierzchownych pogawędek, które tak naprawdę nikogo nie obchodziły. Teraz jednak moje nastawienie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Za sprawą kobiety, która właśnie trzymała w rękach moja konsolę, po raz piąty próbując wygrać konny wyścig Geralta. Grałem w tę grę już trzeci raz, bo lubiłem zanurzać się w świat Wiedźmina, ale Ashley podobał się chyba bardziej jego koń, Płotka. Mnie z kolei bardzo spodobała się Ashley. Zazwyczaj nie lubiłem rozmawiać z nieznajomymi, ale jedno spojrzenie na jej twarz i na całą jej postać wystarczyło, żebym odsunął na bok wszystkie moje wcześniejsze uprzedzenia.
Kiedy niecałą godzinę temu zobaczyłem ją po raz pierwszy, dosłownie zaparło mi dech w piersiach. Srebrzysta sukienka podkreślała opaleniznę, a pokrywający skórę brokat w połączeniu z ciemnymi włosami sprawił, że w pierwszej chwili wydała mi się elfem z innego świata. Nie żartuję. Przy czym dopiero jej słowa sprawiły, że się do niej odezwałem. Słychać było, jak kiepsko bawiła się na własnej imprezie i że to wszystko działało jej na nerwy. Mogłem to dobrze zrozumieć, bo często czułem się podobnie, dlatego z rzadka chodziłem z kolegami z zespołu na hollywoodzkie wydarzenia. To było coś, co mnie łączyło z tą obcą kobietą. Właściwie nie powinienem być tak zaskoczony, widząc ją dzisiaj, w końcu spotkaliśmy się już na jakimś rozdaniu nagród. Ale wtedy nie przyjrzałem jej się dobrze. Nie tak jak teraz. Przechodząc obok, nie widzisz, ile bólu czai się w czyichś oczach. Nie widzisz, jak człowiek zaciska dłonie w pięści, bo z trudem powstrzymuje się przed powiedzeniem tego, co naprawdę myśli. I nie dostrzegasz, jak samotny może być ktoś otoczony tłumem ludzi. To wszystko wyczytałem w twarzy Ashley i jej zachowaniu. Ale teraz nie było już w niej poczucia zagubienia, które dostrzegłem wcześniej. Energicznie naciskała przyciski konsoli, a w jej błyszczących oczach czaiła się pewność zwycięstwa. Ten widok podobał mi się dużo bardziej niż wcześniej, kiedy kręciła się niepewnie, bojąc się powiedzieć coś niewłaściwego.
– Ash? – rozległ się głos, ledwo słyszalny przez dudniącą muzykę, a Ashley momentalnie poderwała głowę.
Przed nami stał mężczyzna o ciemnych włosach, opalonej skórze i siwych skroniach. Miał na sobie drogo wyglądający garnitur i okulary bez oprawek, a w dłoni trzymał czarny flower box z bukietem ciemnoniebieskich róż. Oczy Ashley zrobiły się większe. Oszołomiona oddała mi konsolę i wzięła bukiet.
– Właśnie dotarł – powiedział z równie uprzejmym, co zdystansowanym uśmiechem. – Jeszcze raz wszystkiego najlepszego. – Skinął głową i zniknął w tłumie.
Ze zmarszczonym czołem patrzyłem, jak odchodził, po czym zwróciłem się z powrotem do Ashley. Jak za dotknięciem różdżki z jej policzków odpłynęła cała krew, a oczy stały się nienaturalnie duże.
– Wszystko w porządku? – spytałem, choć wydawała się w ogóle mnie nie dostrzegać. Wyciągnęła z bukietu biały karnecik i go otworzyła. Nie mam pojęcia, co mogła tam przeczytać, ale zauważyłem, że jej dłoń zaczęła drżeć. Jeśli jeszcze przed chwilą myślałem, że jej twarz wyrażała zagubienie, to się myliłem. To była pustka. Pustka, a potem niewypowiedziany, głęboki ból, jeszcze bardziej intensywny niż wcześniej.
– Ashley? – Zero reakcji. Jej wzrok skierowany był na jakiś nieokreślony punkt na podłodze i tak nieobecny, że powoli zaczynałem się bać. Ostrożnie dotknąłem jej ramienia. Ten gest chyba przywołał ją z powrotem do rzeczywistości. Popatrzyła na mnie, a w jej oczach dostrzegłem niebezpieczny blask.
– Przepraszam – wyjąkała i podniosła się z kanapy. W następnej chwili szła już, zataczając się. Widziałem od tyłu, jak wierzchem dłoni ociera sobie policzki.
Kurwa mać. To nie oznaczało nic dobrego. Wprawdzie nie miałem doświadczenia w tego rodzaju sytuacjach, ale jedno było dla mnie jasne od początku: w żadnym wypadku nie mogłem jej zostawić samej, pijanej i w tym stanie. Wepchnąłem więc tylko moją konsolę do tylnej kieszeni spodni i pobiegłem za nią. W biegu ledwo zauważyłem, że zawołał mnie Thorn, ale zbyłem go zdawkowym skinieniem ręki. Ashley okazała się całkiem szybka, biorąc pod uwagę jej chwiejny krok i to, że miała na sobie zabójczo wysokie szpilki, ale gdzieś w połowie schodów na górę ją dogoniłem. Na pierwszym piętrze skręciła w lewo, otworzyła pierwsze drzwi i zniknęła w pomieszczeniu za nimi. Drzwi były uchylone, mimo to wahałem się, czy wejść do środka. Ale wówczas rozległ się głośny brzęk, a zaraz po nim szloch, więc nie zwlekałem dłużej z decyzją. Przecisnąłem się przez wąską szparę w drzwiach i zamknąłem je za sobą. Chwilę później zorientowałem się, skąd pochodził brzęk tłuczonego szkła: Ashley cisnęła pudełkiem ze znajdującym się w nim bukietem w lustro w łazience, które teraz miało kilka pęknięć rozchodzących się w nierównych liniach we wszystkich kierunkach. Ashley stała przed umywalką, opierając się obiema rękami o blat, a jej ramiona drżały.
Nie byłem pewny, czy zauważyła, że za nią poszedłem, więc chrząknąłem, żeby zasygnalizować swoją obecność. Odwróciła się do mnie. Łzy płynęły jej po policzkach i rozmazały makijaż, a pod oczami widać było ciemne ślady tuszu do rzęs.
– Mogę coś dla ciebie zrobić? – spytałem, niepewny, czy miałem w ogóle prawo o coś takiego pytać. Przecież prawie się nie znaliśmy.
Ashley się zastanowiła. Potem smutek zniknął z jej twarzy, a zastąpił go wyraz zdecydowania.
– Tak – powiedziała i otarła sobie dłonią policzki i skórę pod oczami. – Jest coś, co mógłbyś zrobić.
Nadstawiłem uszu.
– Powiedz, co to jest, a to zrobię.
Odchrząknęła. Wyprostowała się, ściągając do tyłu łopatki i wolno, lekko się zataczając, przeszła przez łazienkę, aż stanęła przede mną. Przyglądała mi się spod gęstych, czarnych rzęs, które – dzięki wysokim obcasom, jakie dzisiaj włożyła – znajdowały się niemal na wysokości moich oczu. Wolno podniosła dłonie i położyła mi je na piersiach. Kiedy przesunęła je wyżej w kierunku ramion, żeby w końcu opleść nimi moją szyję, poczułem, że zaschło mi w gardle.
– Poznanie ciebie to zdecydowanie najlepsze, co mnie dzisiaj spotkało, Loganie Buckley. – Przy tych słowach iskierki na powrót wróciły do jej ciemnych oczu, a mój puls przyspieszył. – Proszę, spraw, żeby ten wieczór stał się jeszcze piękniejszy i żebym przestała myśleć o całym tym gównie.