Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Gideon z Dziewiątego - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 stycznia 2026
5030 pkt
punktów Virtualo

Gideon z Dziewiątego - ebook

Cesarz potrzebuje nekromantów.

Nekromantka z Dziewiątego potrzebuje wojowniczki.

Gideon ma miecz, kilka sprośnych gazetek i serdecznie dość starych gnatów oraz grobowcowego szamba.

Wychowana wśród nieżyczliwych, kostniejących mniszek, prastarych służących i armii szkieletów, Gideon pragnie porzucić marne życie w mogilnianej służbie i uniknąć pośmiertnego losu ożywionego szkieletu. Pakuje miecz, buty i sprośne magazyny, gotowa wdrożyć plan brawurowej ucieczki. Ale zmora jej dzieciństwa, jej nemesis, nie zamierza wypuścić Gideon bez wypełnienia ostatniej posługi.

Harrowhark Nonagesimus, Wielebna Córka z Dziewiątego Domu, wybitna wiedźma kościomancji, została wezwana przez Cesarza. Wraz z innymi sukcesorami wiernych Domów ma przejść śmiertelnie niebezpieczne wyzwania, testujące umiejętności i inteligencję. Jeśli Harrowhark wyjdzie z tej próby zwycięsko, zyska nieśmiertelność i zostanie wszechmocnym sługą Wskrzeszenia.

Jednak żaden nekromanta nie może dostąpić wyniesienia bez swego kawalera. Bez miecza Gideon Harrow jest skazana na porażkę, a Dziewiąty Dom czeka upadek.

Oczywiście pewnych trupów lepiej nie budzić z uśpienia.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8402-996-1
Rozmiar pliku: 2,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSOBY

_według chronologii pojawiania się Domów_

Dom Dziewiąty

_Strażnicy Zapieczętowanego Grobowca, Dom Zaszytego Języka, Czarni Westalowie_

HARROWHARK NONAGESIMUS – SUKCESORKA DOMU DZIEWIĄTEGO, WIELEBNA CÓRKA MOGILNICY

PELLEAMENA NOVENARIUS – JEJ MATKA, WIELEBNA MATKA MOGILNICY

PRIAMHARK NONIUSVIANUS – JEJ OJCIEC, WIELEBNY OJCIEC MOGILNICY

ORTUS NIGENAD – PIERWSZY KAWALER SUKCESORKI

CRUX – MARSZAŁEK DOMU DZIEWIĄTEGO

AIGLAMENA – KAPITAN STRAŻY DOMU DZIEWIĄTEGO

SIOSTRA LAKRIMORTA – MNISZKA ZAPIECZĘTOWANEGO GROBOWCA

SIOSTRA AISAMORTA – MNISZKA ZAPIECZĘTOWANEGO GROBOWCA

SIOSTRA GLAURYKA – MNISZKA ZAPIECZĘTOWANEGO GROBOWCA

Wyznawcy, kultyści, osoby świeckie z Domu Dziewiątego

oraz

GIDEON NAV – KONTRAKTOWA WYROBNICA DOMU DZIEWIĄTEGO

Dom Pierwszy

_Boski Nekromanta, Król Dziewięciu Odrodzeń, Wskrzesiciel, Najwyższy Nekromanta_

CESARZ

JEGO LIKTORZY

KAPŁANI DOMU KANAAN

Dom Drugi

_Zbrojne Ramię Cesarza, Dom Szkarłatnej Tarczy, Dom Centuriona_

JUDYTA DEUTEROS – SUKCESORKA DOMU DRUGIEGO, W RANDZE KAPITANA KOHORTY

MARTA DYAS – PIERWSZA KAWALER SUKCESORKI W RANDZE PIERWSZEGO PORUCZNIKA KOHORTY

Dom Trzeci

_Głos Cesarza, Kondukt, Dom Świetlistego Umarłego_

CORONABETH TRIDENTARIUS – SUKCESORKA DOMU TRZECIEGO, KORONOWANA KSIĘŻNICZKA IDY

IANTHE TRIDENTARIUS – SUKCESORKA DOMU TRZECIEGO, KSIĘŻNICZKA IDY

NABERIUS TERN – PIERWSZY KAWALER SUKCESORKI, KSIĄŻĘ IDY

Dom Czwarty

_Nadzieja Cesarza, Cesarski Miecz_

IZAAK TETTARES – SUKCESOR DOMU CZWARTEGO, BARON TISISU

JEANNEMARY CHATUR – PIERWSZA KAWALER SUKCESORA, RYCERZ TISISU

Dom Piąty

_Serce Cesarza, Strażnicy Rzeki_

ABIGAIL PENT – SUKCESORKA DOMU PIĄTEGO, PIERWSZA DAMA KONIORTOSU

MAGNUS QUINN – PIERWSZY KAWALER SUKCESORKI, SENESZAL NA DWORZE KONIORTOSU

Dom Szósty

_Mądrość Cesarza, Wielcy Strażnicy_

PALAMEDES SEKSTUS – SUKCESOR DOMU SZÓSTEGO, WIELKI STRAŻNIK BIBLIOTEKI

KAMILA HECT – PIERWSZA KAWALER SUKCESORA, PRZYBOCZNA STRAŻNIKA BIBLIOTEKI

Dom Siódmy

_Radość Cesarza, Różany Pąk_

DULCYNEA SEPTIMUS – SUKCESORKA DOMU SIÓDMEGO, KSIĘŻNICZKA RODOS

PROTESILAUS EBDOMA – PIERWSZY KAWALER SUKCESORKI, RYCERZ RODOS

Dom Ósmy

_Opiekunowie Księgi, Dom Przebaczenia_

SILAS OCTAKISERON – SUKCESOR DOMU ÓSMEGO, MISTRZ ŚWIĘTYCH RYCERZY/ZAKONNYCH BIAŁEGO SZKŁA

COLUM ASHT – PIERWSZY KAWALER SUKCESORA, ŚWIĘTY RYCERZ/ZAKONNIK BIAŁEGO SZKŁAW MILIONOWYM ROKU PANOWANIA CESARZA – dziesięciotysięcznym roku władzy Króla Nieumarłego, miłościwego Pana Śmierci – Gideon Nav wzuła buty, spakowała miecz, sprośne magazyny i uciekła ze swej celi w Domu Dziewiątym.

Nie, nie biegła. Nigdy nie biegała, jeśli nie musiała.

W mroku przedświtu beztrosko umyła zęby, ochlapała twarz, a nawet posunęła się do tego, żeby zamieść posadzkę w celi. Strzepnęła swą obszerną czarną szatę zakonną i zawiesiła ją na haku. Powtarzała te czynności od dekady, więc mogła wykonać je po omacku. Podczas równonocy światło i tak tu nie docierało, a porę roku dało się określić tylko po intensywności skrzypienia nawiewów grzewczych. Gideon odziała się od stóp do głów w syntetyczny polimerowy kombinezon. Przygładziła włosy. Pogwizdując przez zęby, otworzyła opaskę dozorującą, a potem ułożyła ją wraz ze skradzionym kluczem na poduszce niczym czekoladki w eleganckim hotelu.

Opuściwszy celę, zarzuciła sobie plecak na ramię i niespiesznie zeszła pięć kondygnacji do katakumb, do nieoznaczonej niszy grobowej swojej matki. Zrobiła to z czystego sentymentu, ponieważ matki nie było tam od wielu lat i już nigdy nie miała tam wrócić. Potem Gideon wspięła się dwadzieścia dwa piętra w smolistej czerni tylnych schodów, której nie rozpraszał najsłabszy blask, i skierowała się do szybu dokowego, gdzie za dwie godziny miał się pojawić jej prom.

Z tego miejsca roztaczał się rozległy widok na kieszeń nieba Dziewiątego. Tam, gdzie wpompowywano atmosferę, było mlecznobiałe, a tam, gdzie się rozpraszała, granatowe. W otworze długiego pionowego kanału mrugnął jasny koralik Dominikusa. Gideon obeszła po ciemku platformę lądowiska, wodząc dłońmi po zimnej, tłustawej skale jaskini. Kiedy skończyła, niespiesznie i dokładnie rozgarnęła nogą każdy najniewinniej wyglądający kopczyk i każdą stertkę pyłu czy kamieni, którymi usiana była płaszczyzna lądowiska. Poskrobała podniszczonym stalowym noskiem buta twardą warstwę pod spodem i uznawszy z satysfakcją, że nikt nie zdołałby jej rozkopać, zostawiła ją w spokoju.

Sprawdziła każdy centymetr ogromnej przestrzeni, a kiedy generator mruknął, budząc światła do wątłego życia, sprawdziła wszystko jeszcze dwukrotnie. Wspięła się nawet na siatkowe ramy reflektorów i oślepiona blaskiem, obmacała też obudowy, a niczego nie znalazłszy, poczuła ponure zadowolenie.

Usadowiła się na jednej z rozwalonych stert gruzu, w samym środku lądowiska. Słabe lampy dawały nikłe światło, które pogłębiało i zniekształcało cienie Dziewiątego, zmieniając je w sinozimne plamy mroku o zmiennych formach. W takim to otoczeniu Gideon uraczyła się owsianką z małego woreczka, specjałem, który smakował cudownie szaro i ohydnie.

Poranek zaczął się tak, jak każdy inny od początków istnienia Dziewiątego. Gideon jeszcze raz okrążyła rozległe lądowisko, mimochodem roztrącając nogą mijane kopce. Wyszła na galerię i spojrzała w dół głównej pieczary. Wypatrując oznak ruchu, przesuwała językiem po zębach, zlizując z nich resztki owsianki. Po jakimś czasie usłyszała odległy klekot szkieletów idących zbierać śnieżne pory na polach uprawnych. Ujrzała je oczyma wyobraźni – zbrukana biel kości w żółtawym półmroku, unoszące się i opadające kilofy, niezliczone roje drgających czerwonych punkcików ślepi.

Pierwszy Dzwon wybił swoje niemelodyjne, zrzędliwe wezwanie na modlitwę – brzmiał jak zwykle, jakby staczał się po schodach: bam-bang… bam-bang… bam-bang… – ten dźwięk budził Gideon każdego ranka, odkąd sięgała pamięcią. Zaczął się ruch. Spojrzała w dół, gdzie pod zimnobiałą bramą zamku Mogilnicy zaczęły zbierać się cienie. Osadzone w skale, majestatyczne, pokryte pyłem wrota były szerokie na trzy i wysokie na sześć ciał. Ustawione po obu stronach koksowniki nieprzerwanie kopciły gęstym, śmierdzącym dymem. Nad bramą umieszczono zdobienia w formie białych postaci w różnych pozach, setki tysięcy sylwetek, wyrzeźbionych z pomocą jakiegoś dziwnego triku, który sprawiał, że zdawały się śledzić wchodzących wzrokiem. Ilekroć jako dziecko Gideon musiała tamtędy przejść, wrzeszczała, jakby żywcem darto z niej pasy.

Ruch na dolnych poziomach wzmógł się, a światło pojaśniało. Dziewiąty wylegał z cel po porannej kontemplacji, aby udać się na modły, a zamkowa służba szykowała się do nadchodzącego dnia. W głębokich zakamarkach odprawiano wiele podniosłych i bezsensownych rytuałów. Gideon wyrzuciła pustą torebkę przez krawędź tarasu, usiadła z mieczem na kolanach i zabrała się do polerowania. Czterdzieści minut do odlotu.

Nagle niezmienna rutyna poranka została zburzona. Pierwszy Dzwon zabrzmiał ponownie: bam-bang… bam-bang… bam-bang… Gideon przekrzywiła głowę, czujnie nasłuchując. Jej dłonie znieruchomiały na klindze. Dzwon uderzył dwadzieścia razy, zanim zamilkł. O, sygnał na zbiórkę. Po chwili znów rozległ się klekot szkieletów, które posłusznie rzucały kilofy i motyki, żeby stawić się na wezwanie. Spływały w dół zygzakowatym nurtem, gęsto usianym rdzawoczarnymi utykającymi sylwetkami. Gideon wróciła do polerowania – to było pomysłowe, ale nie zamierzała dać się nabrać.

Nie podniosła głowy na dźwięk znajomych, ciężkich kroków, zgrzytu zardzewiałej zbroi i rzężącego oddechu.

– Całe pół godziny, odkąd ją zdjęłam, Crux – powiedziała, nie przerywając pracy. – Zupełnie jakbyś _chciał_, żebym uciekła. No nie, ty chyba naprawdę tego chcesz?

– Posunęłaś się do oszustwa, żeby ściągnąć tu wahadłowiec – wybulgotał marszałek Mogilnicy, słynący głównie z tego, że rozpadał się za życia intensywniej niż prawdziwe trupy. Stanął przed nią, kipiąc z oburzenia. – Sfałszowałaś dokumenty. Ukradłaś klucz. Zdjęłaś obręcz. Wyrządziłaś szkody temu Domowi, wykorzystałaś jego własność niezgodnie z przeznaczeniem, kradniesz zasoby.

– Daj spokój, Crux, na pewno się jakoś dogadamy – przymiliła się Gideon nieszczerze, obracając miecz i przyglądając mu się krytycznie w poszukiwaniu defektów. – Ty nienawidzisz mnie, ja nienawidzę ciebie. Pozwól mi odejść bez zamieszania, a będziesz mógł sobie spokojnie przejść na emeryturkę. Znajdziesz jakieś hobby. Zaczniesz pisać pamiętniki.

– Wyrządziłaś szkody temu Domowi, wykorzystałaś jego własność niezgodnie z przeznaczeniem, kradniesz zasoby. – Crux uwielbiał czasowniki.

– Powiedz, że mój prom wybuchł. Zginęłam, ach, co za tragedia! Daj mi spokój, Crux, błagam. Oddam ci gazetkę z cielistymi. „Przednie Cycusie Piątego”. – Zyskała tylko tyle, że marszałek oniemiał ze zgrozy. – Dobra, dobra, cofam to. Taka gazetka nie istnieje.

Crux sunął ku niej niczym lodowiec świadomie zmierzający do celu. Gideon zrobiła przewrót w tył, umykając przed starożytną pięścią, która wzbiła fontannę pyłu i żwiru. Błyskawicznie wsunęła miecz do pochwy i zamknęła ją w objęciach niczym dziecko. Cofała się poza zasięg butów Cruxa i jego wielkich, prastarych rąk. Może i był prawie trupem, ale twardym jak kość i posiadał, jak się zdawało, trzydzieści knykci w każdej pięści. Był stary, ale cholernie przerażający.

– Spokojnie, marszałku. Uważaj, bo jeszcze trochę i może ci się to nawet spodobać – pogroziła, choć to ona czołgała się w kurzu.

– Głośno szczekasz jak na niewolny zasób – powiedział marszałek. – Głośno pyszczysz jak na zastaw dłużny. Nienawidzę cię, ale należysz do dobytku, inwentarza, który jest pod moją pieczą. Ująłem w księgach twoje płuca jako płuca Dziewiątego, przeliczyłem krople żółci i zapisałem je jako należące do Dziewiątego. Twój mózg to mała, pokurczona gąbka, ale to gąbka Dziewiątego. Chodź tu, to ci popodbijam gały i stłukę do nieprzytomności.

Gideon nie przestawała się odczołgiwać, utrzymując dystans.

– Crux, groźba powinna brzmieć „Chodź tu _albo_…”.

– Chodź tu, to ci popodbijam gały i stłukę do nieprzytomności! – wyskrzeczał starzec, nie przestając się zbliżać. – A potem stawisz się na wezwanie pani.

Dopiero wtedy Gideon zaświerzbiły ręce. Popatrzyła w górę na nadciągające straszydło, a ono odwzajemniło spojrzenie swoim jedynym okiem, koszmarnym i pełnym nienawiści. Antyczna zbroja zdawała się gnić bezpośrednio na ciele Cruxa. Mimo że spurpurowiała skóra, naciągnięta na czaszce do granic możliwości, wyglądała, jakby zaraz miała popękać, to jej właściciel najwyraźniej w ogóle się tym nie przejmował. Gideon podejrzewała, że choć Crux nie ma w sobie nawet krzty nekromancji, po śmierci będzie trwał wiecznie, napędzany czystą złośliwością.

– Ty możesz popodbijać mi oczy i stłuc do nieprzytomności – powiedziała powoli – ale twoja pani może sobie iść do diabła.

Crux splunął na nią. Było to obrzydliwe, ale cóż, zdarzało się. Jego dłoń powędrowała ku długiemu nożowi, spoczywającemu w zapleśniałej pochwie na ramieniu. Wysunął go, pokazując kawałek ostrza, ale Gideon już stała, osłaniając się swoim orężem niczym tarczą, trzymając miecz za rękojeść i końcówkę futerału. Stali twarzą w twarz, ona w bezruchu, Crux dysząc starczo, głośno i chrapliwie.

– Nie popełnij tego błędu, Crux, nie wyciągaj go – ostrzegła.

– Nie jesteś nawet w połowie tak dobra, jak ci się wydaje, Gideon Nav – prychnął marszałek Mogilnicy. – A pewnego dnia oskóruję cię za arogancję. Pewnego dnia przerobię cię na papier, a siostry z Zapieczętowanego Grobowca będą zamiatały posadzki w ostecie twoją szczeciną. Pewnego dnia twoje harde gnaty będą szorowały każdy zakątek miejsca, które kalasz swą obecnością, i polerowały kamienie twoim własnym tłuszczem. A teraz, Nav, masz się stawić na wezwanie. Rozkazuję ci się tam udać.

– Sam się udawaj, zdechły parchaty psie. – Gideon straciła panowanie nad sobą. – Możesz jej powiedzieć, że już mnie tu nie ma.

Ku jej bezbrzeżnemu zdumieniu odwrócił się na pięcie i odmaszerował w głąb ciemnego, śliskiego poziomu. Po drodze klikał stawami i złorzeczył, ale Gideon powiedziała sobie stanowczo, że wygrała, jeszcze zanim tego ranka otworzyła oczy. Crux był więc tylko bezsilnym symbolem kontroli, który podjął ostatnią próbę przetestowania, czy jest na tyle głupia lub tchórzliwa, żeby wrócić posłusznie za zimne kraty swego więzienia. Do mrocznego, gnijącego serca Mogilnicy. I jeszcze mroczniejszego i bardziej gnijącego serca jego pani.

Sięgnęła do kieszeni po zegarek i sprawdziła godzinę: dwadzieścia minut do odlotu, kwadrans z kawałkiem i wszystko się zmieni. Będzie wolna od Domu. Nie będzie jej tu. I nic, i nikt nie mógł już tego zmienić.

* * *

Na piętnaście minut przed odlotem od strony wejścia odezwał się głos.

– Crux wyrzeka na ciebie do każdego, kto zechce go słuchać. Mówi, że groziłaś mu mieczem. I proponowałaś pornografię.

Gideon znów zaswędziały ręce. Usiadła na swoim koślawym tronie z kamieni i zaczęła kołysać zegarkiem między kolanami, wpatrując się w maleńką wskazówkę, która odliczała upływające minuty.

– Nie jestem idiotką, Aiglameno – powiedziała. – Grożenie obnażoną bronią wyższemu urzędnikowi Domu to kanał, po czymś takim w Kohorcie nie daliby mi nawet kibli szorować.

– A pornografia?

– Zaproponowałam mu tylko znakomite studium cycków, nie moja wina, że poczuł się urażony. I było warto, żeby zobaczyć jego minę. I takie rzeczy Kohorty nie obchodzą. Wspominałam już o Kohorcie? Słyszałaś o niej, o jej szeregach? Wiesz, to ta Kohorta, do której uciekałam stąd już _trzydzieści trzy_ razy.

– Oszczędź sobie tego melodramatyzmu, mała – rzuciła fechmistrzyni. – Wiem, o czym marzysz.

Aiglamena wkuśtykała w plamę światła. Kapitan gwardii Domu miała całą masę blizn na głowie, za to brakowało jej nogi, którą niezbyt utalentowany adept kości zastąpił nową. Kończyna wykrzywiała się niemożebnie, przez co Aiglamena przywodziła na myśl budynek, którego fundamenty podparto naprędce byle czym. Gwardzistka była młodsza od Cruxa, czyli tylko bardzo stara, za to pełna żywotności, czystej energii, podczas gdy marszałek stanowił okaz typowego mieszkańca Dziewiątego, czyli przeżartego zgnilizną dziadygi.

– Trzydzieści trzy razy – powtórzyła Gideon z nutą znużenia. Sprawdziła zegarek: jeszcze czternaście minut. – Ostatnio zamknęła mnie w windzie. A poprzednio wyłączyła mi ogrzewanie, przez co odmroziłam sobie trzy palce u nóg. A jeszcze wcześniej zaprawiła mi żarcie trutką, po której przez miesiąc srałam krwią. Muszę się stąd wyrwać.

– Nie stała ci się trwała krzywda – stwierdziła mistrzyni nieporuszona. – Nie dostałaś zgody na odejście.

– Wolno mi się zaciągnąć do wojska, pani kapitan. Nie jestem niewolnikiem, tylko kontraktowcem. I nie ma tu ze mnie żadnego pożytku.

– To bez znaczenia. Wybrałaś sobie fatalny dzień na ucieczkę. – Aiglamena ruchem podbródka wskazała dno jaskini. – Dom ma ważny komunikat, czekają na ciebie na dole.

– To tylko kolejny przejaw jej smutku i rozpaczy – burknęła Gideon. – Ma obsesję na moim punkcie… Musi wszystko kontrolować. Nie może mi nic zrobić. Będę unikała kłopotów. Będę trzymała gębę na kłódkę. A nawet, i możesz to zapisać i potem mnie zacytować, dotrzymam zobowiązań wobec Dziewiątego Domu. Ale nie mydl mi oczu, Aiglameno, że jak zejdę na dół, to nie wsadzą mi wora na łeb i kolejnych pięciu tygodni nie spędzę w ostecie ze wstrząśnieniem mózgu.

– Ty egotyczny wypierdku, myślisz, że nasza pani kazała bić na zbiórkę z twojego powodu?

– Powiem ci coś. Twoja pani podpaliłaby sam Zapieczętowany Grobowiec, jeśli dzięki temu miałabym nie ujrzeć nigdy innego nieba – powiedziała Gideon, spoglądając w górę. – Z zimną krwią pożarłaby niemowlę, jeśli to oznaczałoby zamknięcie mnie tu na zawsze. Twoja pani wysmarowałaby się gównem praciotki, jeśli to zepsułoby mi dzień. Twoja pani to najwredniejsza su…

Policzek od Aiglameny nie niósł w sobie tego ładunku roztrzęsionej obrazy, z jaką mógłby wymierzyć cios Crux. Kapitan po prostu uderzyła Gideon, jakby karciła jazgoczące zwierzę. Głowa Gideon zapłonęła bólem.

– Zapominasz się, Gideon Nav – stwierdziła lakonicznie gwardzistka. – Nie jesteś niewolnikiem, ale masz służyć Dziewiątemu Domowi po dzień swojej śmierci i po niej. I nie pozwolę ci popełniać grzechu perfidii w mojej __ obecności. Wezwanie na zgromadzenie jest autentyczne. Stawisz się z własnej woli czy okryjesz mnie hańbą?

Swego czasu Gideon zrobiłaby wiele, żeby nie zhańbić Aiglameny. Hańbienie siebie przychodziło jej lekko, ale do starej żołnierki miała słabość. W Dziewiątym Domu nikt nigdy nie okazywał Gideon miłości, a choć Aiglamena z pewnością jej nie kochała i na samą sugestię, że tak jest, zaśmiałaby się na dawno już opóźnioną śmierć, jednak miała w sobie miejsce na pewną dozę tolerancji wobec swojej uczennicy, gotowość poluzowania smyczy, żeby przekonać się, do czego Gideon jest zdolna, jeśli zapewni się jej odrobinę swobody. Gideon kochała swobodę. To Aiglamena przekonała Dom, by dali Gideon miecz i nie marnowali jej talentu na służbę przy ołtarzu czy harówkę w ostecie. Ale Aiglamena nie była wiarołomna. Gideon spuściła wzrok i otarła usta. Kiedy spojrzała na rękę, zobaczyła na niej smugę własnej krwi i śliny oraz swój miecz. A miecz kochała nade wszystko, kochała go tak bardzo, że mogłaby go poślubić.

Ale przy okazji zahaczyła też wzrokiem o zegarek odmierzający minuty. Dwanaście. Nie zyskuje się wolności, mięknąc. Mimo swej zapleśniałej kruchości Dziewiąty był twardy jak stal.

– Chyba jednak okryję cię hańbą – przyznała Gideon spokojnie. – Czuję, że do tego się urodziłam. Jestem chodzącą siewczynią zniewagi.

Fechmistrzyni wbiła w nią spojrzenie podpuchniętych oczu, osadzonych w starzejącej się jastrzębiej twarzy, ale nawet ponurość tego spojrzenia nie zmusiła Gideon do odwrócenia wzroku. Byłoby łatwiej, gdyby Aiglamena wzorem Cruxa zareagowała stekiem przekleństw, ale preceptorka powiedziała tylko:

– Tak szybko się uczysz, a nadal tak niewiele rozumiesz. To chyba moja wina. Posłuchaj, Nav, im bardziej się miotasz, im silniej walczysz z Dziewiątym Domem, tym głębiej cię wciąga. Im głośniej będziesz na nich pomstowała, tym głośniejszy krzyk z ciebie wycisną.

Z tymi słowami, wyprostowana niczym struna, Aiglamena odeszła tym swoim pociesznym krokiem, a Gideon poczuła się, jakby oblała właśnie ważny test. Trudno, powiedziała sobie. Dwoje z głowy i droga wolna. Jedenaście minut, podpowiedział jej zegarek, jedenaście minut i będzie po wszystkim. Tylko to się liczyło. Tylko to liczyło się od chwili, gdy dawno temu zdała sobie sprawę, że jeśli nie poweźmie jakiegoś radykalnego kroku, umrze w tej ciemnicy.

A co najgorsze, byłby to dopiero początek koszmaru.

* * *

Nazwisko „Nav” nadał jej Dziewiąty. Gideon nie wiedziała, skąd pochodzi. Na tej maleńkiej, martwej planecie znajdowały się tylko twierdza Domu i małe więzienie, gdzie osadzano przestępców, których zbrodnie były zbyt ohydne, by ktokolwiek chciał przetrzymywać ich na swojej ziemi. Gideon nigdy nie widziała tego więzienia. Dom Dziewiąty był gigantyczną dziurą wydrążoną w planecie, szybem biegnącym w stronę jądra, a więzienie bańkowatą konstrukcją umieszczoną pośród warstw atmosfery, gdzie warunki do życia były prawdopodobnie dużo lepsze niż na dole.

Osiemnaście lat wcześniej matka Gideon wpadła do szybu, ubrana w podniszczony skafander, wlokąc za sobą spadochron hamujący, i zdryfowała powoli w dół niczym martwa ćma. Kilka minut wcześniej w skafandrze skończyło się zasilanie i kobieta wylądowała w stanie śmierci mózgowej. Całą moc baterii wyssał podłączony do skafandra biopojemnik, taki jak do transportu kończyn do przeszczepu. W kontenerze spoczywała jednodniowa Gideon.

Piekielnie tajemnicza sprawa. Gideon przez całe życie analizowała ze szczegółami wszystkie fakty. Zasilanie musiało się skończyć godzinę przed lądowaniem, a niemożliwe, żeby ktokolwiek przeżył skok znad planety, bo skafander eksplodowałby pod wpływem grawitacji. Więzienie, rejestrujące pilnie każdego osadzonego, zaprzeczało stanowczo, jakoby kobieta zbiegła od nich. Posłano po mniszki ze zgromadzenia Zapieczętowanego Grobowca, które znały sekret pętania dusz. Nawet jednak one – stare, wytrawne nekromantki mrocznego, potężnego Domu Dziewiątego – nie zdołały przywołać cienia zmarłej, by się czegoś dowiedzieć. Jej duszy nie skusiły ani świeża, ani stara krew. Była już za daleko, gdy wykończone mniszki ściągnęły ją siłą, zupełnie jakby śmierć stała się dla kobiety bodźcem, by natychmiast uciec w zaświaty. Z jej ust wydarł się tylko krzyk: _Gideon! Gideon! Gideon!_ i odeszła bezpowrotnie.

Nawet jeśli Dom Dziewiąty, pełny mrocznych sekretów, niesamowity Dziewiąty, Dom Zaszytego Języka, Dom Anachorety, Dom Heretyckich Tajemnic, został zaskoczony nagłym pojawieniem się niemowlęcia i tak zareagował błyskawicznie. Dziewiąty z dawien dawna wypełniał swe sale pokutnikami z innych Domów, mistykami i pielgrzymami, którzy uznali jego posępną regułę za atrakcyjniejszą od spuścizny własnego Domu. Zgodnie ze starymi regułami, którym podlegali suplikanci pielgrzymujący pomiędzy ośmioma planetami, Gideon została uznana za małą hołdowniczkę, nie _członkinię_ Domu Dziewiątego, a dłużną wyrobniczkę – bo czy może być zobowiązanie większe niż to, które zaciągnęła na swoje wykarmienie i wychowanie? I czy istnieje bardziej honorowy status niż hołdowniczki Mogilnicy? Niech dziecko dorasta na postulantkę. Niech zostanie oblatką. Zaczipowali ją, dali nazwisko i umieścili w żłobku. W owych czasach Dom Dziewiąty mógł się poszczycić posiadaniem dwustu dzieci pomiędzy niemowlęctwem a dziewiętnastym rokiem życia i Gideon została dwieście pierwszym.

Niecałe dwa lata później Gideon Nav była już tylko jednym z trojga dzieci. W całym Domu Dziewiątym została tylko ona, dużo starszy chłopak i niemowlę, sukcesorka Domu Dziewiątego, córka Pana i Pani. Kiedy Gideon kończyła pięć lat, wiedziano już, że nie jest nekromantką, a trzy lata później porzucono nadzieje, że zostanie mniszką. Po upływie kolejnych dwóch uznano, że wie za dużo, żeby mogła odejść.

Przez osiemnaście lat bezskutecznie próbowała ich zmiękczyć, odwołując się do poczucia przyzwoitości, moralności, przekonując do swych mglistych planów, uciekając się do przekupstwa i prób ucieczki, których miała za sobą osiemdziesiąt cztery. Przy czym pierwszą w wieku czterech lat.NA PIĘĆ MINUT przed odlotem osiemdziesiąty siódmy plan ucieczki Gideon legł w gruzach w iście spektakularny sposób.

– Widzę, Głupeon, że tym razem twoja genialna strategia opierała się na wezwaniu wahadłowca i wyjściu przez frontowe drzwi – rozległ się nowy głos od strony wejścia na poziom.

Pani Domu Dziewiątego, przyodziana w czerń i drwinę, stała przy szybie. Wielebna Córka Harrowhark Nonagesimus miała na czerń i drwinę niemalże kosmiczny monopol. Stanowiły sto procent jej osobowości. Gideon dziwiła się, jak można żyć na świecie zaledwie siedemnaście lat, a obnosić czerń i drwiące uśmieszki z tak prastarą pewnością siebie.

– No cóż mogę rzec? Jestem urodzonym taktykiem.

Ozdobny, przykurzony płaszcz Domu zamiatał proch, kiedy Wielebna Córka zbliżała się do Gideon. Przyprowadziła ze sobą marszałka oraz Aiglamenę. Orszak złożony z paru mniszek klęczał przy wejściu na poziom. Mniszki Dziewiątego pokrywały twarze alabastrowo-szarą farbą, a potem czarną malowały plamy na policzkach i ustach, aby uzyskać podobieństwo do trupiej czaszki. Ich obszerne zrudziałoczarne szaty stapiały się z mrokiem, przez co twarze wyglądały jak rząd zawieszonych w powietrzu starych, smutnych masek.

– Wstyd, że musiało do tego dojść – odezwała się Pani Dziewiątego, zsuwając kaptur. Biała farba na jej twarzy odcinała się jaskrawo od czerni spowijającej ją od stóp do głów. Nawet na dłoniach Wielebna Córka miała czarne rękawiczki. – Nie obchodzi mnie, że uciekasz. Sęk w tym, że robisz to niewłaściwie. Zdejmij rękę z miecza, ośmieszasz się.

– Za niecałe dziesięć minut przybędzie tu prom, którym udam się do Drugiego, do Trenthamonu – oświadczyła Gideon, nie cofając dłoni z rękojeści. – Wsiądę na niego. Zatrzasnę klapę włazu. I pomacham na do widzenia. A ty nie jesteś w stanie zrobić nic, żeby mnie powstrzymać.

Harrow wyciągnęła przed siebie rękę i w zamyśleniu zaczęła masować palce. Nikły blask oświetlił jej twarz z pomalowanymi na czarno policzkami i krótko przystrzyżone włosy barwy martwych kruków.

– W porządku, rozegrajmy tę partię dla dobra sprawy. Po pierwsze, Kohorta nie przyjmie wyrobniczki, której kontrakt trwa, i dobrze o tym wiesz.

– Podrobiłam twój podpis na zwolnieniu – odparła Gideon.

– Ale wystarczy jedno moje słowo, a sprowadzą cię tu z powrotem w kajdanach.

– Ale nie wypowiesz tego słowa.

Harrowhark otoczyła dwoma palcami przegub i powoli przesuwała nimi w górę i w dół.

– Urocza historyjka, ale niewiarygodna charakterystyka postaci. Skąd niby ta nagła wspaniałomyślność z mojej strony?

– Jeśli zabronisz mi odejść – zaczęła Gideon, trzymając niezmiennie dłoń na głowni miecza. – Albo gdy ściągniesz mnie z powrotem, dając Kohorcie powód do odesłania mnie, na przykład listę sprokurowanych zarzutów kryminalnych…

– Niektóre z twoich gazetek są bardzo zboczone – zauważyła Pani Dziewiątego.

– Zacznę śpiewać – dokończyła Gideon. – Będę śpiewała tak głośno i długo, aż usłyszą mnie ci z Ósmego. Powiem im wszystko, co wiem. A wiesz, ile wiem. A potem przedstawię im liczby. Może sprowadzą mnie tu w kajdanach, ale będę się przy tym zwijała ze śmiechu.

Na te słowa Harrowhark zaprzestała manualnej autofizjoterapii nadgarstka, popatrzyła na Gideon i bezceremonialnym gestem odprawiła geriatryczny fanklub za plecami. Ucałowawszy posadzkę, towarzystwo rozpierzchło się natychmiast i przy akompaniamencie kostek modlitewnych i wystrzałów z pozbawionych mazi stawów zniknęło w czarnej głębi poziomu. Zostali tylko Crux i Aiglamena. Harrow przekrzywiła głowę jak zaciekawiony ptak i wygięła wargi w oszczędnym, wzgardliwym uśmieszku.

– Jakże brutalnie i prostacko – skwitowała. – Skutecznie i żenująco ordynarnie. Moi rodzice powinni cię byli z miejsca udusić.

– Aha, nic straconego, prawda, Wielebna Córko? – odszczeknęła Gideon niewzruszona.

– Mieliłabyś ozorem, nawet gdybyś nie miała z tego żadnych korzyści – stwierdziła Harrowhark Nonagesimus z nutą zadziwienia. – Nawet świadoma cierpień, jakie cię przez to czekają. Nawet wiedząc, z czym to się wiąże. A to wszystko, ponieważ…?

– Ponieważ – Gideon zerknęła na zegarek – ponieważ kurewsko cię nienawidzę, ponieważ jesteś wredną suką z piekła rodem. Bez urazy.

Zapadło krótkie milczenie.

– Och, Głupeon! – wykrzyknęła Harrow współczująco. – Ale ja przez większość czasu nawet nie pamiętam, że istniejesz.

Wpatrywały się w siebie przez chwilę. Na usta Gideon wpełzł krzywy uśmieszek, który sprawił, że twarz Harrow przybrała jeszcze bardziej kapryśny, nadąsany wyraz.

– No dobrze, masz na mnie haka – stwierdziła wreszcie Harrow, jakby zaskoczona tym faktem. – Twój transport będzie tu za pięć minut. Nie wątpię, że twoje dokumenty wyglądają przekonująco. Grzechem z mojej strony byłoby użycie nieuzasadnionej przemocy. Naprawdę nic nie mogę poradzić. – A kiedy Gideon uparcie milczała, Harrow ciągnęła: – Alert jest prawdziwy. Trzeba omówić ważną sprawę Dziewiątego. Nie poświęcisz paru minut, żeby wziąć udział w ostatnim zgromadzeniu Domu?

– Za żadne skarby świata.

– A gdybym odwołała się do twojego głębokiego poczucia obowiązku?

– Czego?

– Warto było spróbować. – Harrow w zamyśleniu postukała palcem w podbródek. – A co powiesz na przekupstwo?

– O, coraz lepiej. Jak tu się oprzeć czemuś takiemu? – rzuciła Gideon w przestrzeń. – „Gideon, masz tu trochę kasy. Będziesz ją mogła wydać. Tutaj. Obkupisz się w kości”. „Gideon, zostań, a już nigdy nie będę dla ciebie wredna. I dostaniesz komnatę Cruxa”. „Gideon, oto twoje łoże, pełne wyuzdanych lasek. Tylko uważaj, bo to grobowniczki, więc mają dziewięćdziesięcioprocentową osteoporozę”.

Harrowhark, gestem niepozbawionym melodramatyzmu, wyciągnęła z kieszeni świeży pergamin. Dokument, prawdziwy! Opatrzony oficjalnym nagłówkiem Domu Dziewiątego. Żeby go zdobyć, musiała zrobić skok na szkatułę Domu. Włoski na karku Gideon zjeżyły się ostrzegawczo. Harrow podeszła i ostentacyjnie położyła papier na szczycie kupki kamieni, a potem cofnęła się, unosząc ręce w geście poddania.

– Albo… – zaczęła, gdy Gideon zbliżyła się, by złapać dokument – całkowicie autentyczna promesa na wykup patentu w Kohorcie. Tego nie da się podrobić. Ale, ale… Pamiętaj, że musi być podpisany krwią, więc nie wsadzaj go sobie jeszcze… do kieszeni.

Było to autentyczne zobowiązanie Dziewiątego, spisane poprawnie i w sposób niepozostawiający wątpliwości. Potwierdzało wniesienie opłaty za patent oficerski w stopniu podporucznika dla Gideon Nav. Nie dało się go odsprzedać, więc w razie przejścia w stan spoczynku ze wszystkimi honorami Dziewiąty nie będzie domagał się zwrotu kapitału. Ten dokument zapewniał pełne szkolenia oficerskie. Jak zwykle w przypadku takich umów część zwycięskich łupów i zajętych terytoriów przypadał sponsorującemu Domowi, ale spłata nawet tak zawyżonego wykupu była kwestią raczej pięciu niż trzydziestu lat. To był gest więcej niż hojny. Harrow strzelała sobie w stopę. W zasadzie strzelała w jedną i mierzyła od razu w drugą. Ponieważ tym samym traciła wszelkie prawa do swojej wyrobniczki. Gideon ścięła się krew w żyłach.

– Nie możesz powiedzieć, że mi nie zależy – oświadczyła Harrow.

– Nie zależy ci – wypaliła Gideon. – Z nudów byłabyś gotowa rozkazać mniszkom, żeby zjadały się nawzajem żywcem. Jesteś psychopatką.

– Nie chcesz, to nie. – Harrow wzruszyła ramionami. – Oddawaj. Papier zawsze się przyda.

Jedynym rozsądnym posunięciem byłoby złożenie dokumentu w jaskółkę i ciśnięcie go tam, skąd się wziął. Cztery minuty do lądowania i Gideon mogła stąd zniknąć, zostawiając za sobą smugę gorących gazów ponad atmosferą. Już wygrała, a to tylko próba zastosowania wytrychu do jej słabości, próba, która mogła obrócić wniwecz wszystko: miesiące kombinowania, jak zinfiltrować system kursów wahadłowców, miesiące zacierania śladów, aby niepostrzeżenie zdobyć właściwe formularze, niezauważenie przechwycić sygnał, miesiące czekania i napięcia. To był podstęp. Podstęp Harrowhark Nonagesimus, czyli podstęp zdradziecki o fatalnych konsekwencjach…

– No dobra. Podaj swoją cenę.

– Weźmiesz udział w zgromadzeniu.

Gideon nawet nie ukrywała zdumienia.

– Co takiego masz tam ogłosić, Harrow?

Wielebna Córka pozostała nieuśmiechnięta.

– Chyba nie sądzisz, że ci powiem tu i teraz?

Gideon milczała dość długo. W końcu z sykiem wypuściła powietrze przez zęby, z heroicznym wysiłkiem rzuciła papier na ziemię i się cofnęła.

– Dzięki, ale nie skorzystam – oznajmiła i z zaciekawieniem dostrzegła drgnienie czarnych brwi Pani Dziewiątego. – Wolę to zrobić po swojemu. Nie zejdę z tobą do Mogilnicy. Do diabła, nie pójdę z tobą do Mogilnicy, nawet gdybyś zmusiła szkielet mojej matki, żeby tu przyszedł i przede mną pląsał.

– Na litość boską, Gideon! – Harrow straciła równowagę i zacisnęła urękawiczone dłonie w pięści. – To układ doskonały! Daję ci wszystko, o co zawsze skamlałaś, wszystko, czego tak uparcie się dopraszałaś, nie próbując nawet zrozumieć, dlaczego nie możesz tego dostać! Grozisz mojemu Domowi, gardzisz służbą, kłamiesz, oszukujesz, wymykasz się i kradniesz. Dobrze wiesz, co masz na sumieniu, i wiesz, że jesteś małą, wstrętną kukułką!

– Nie znoszę, kiedy się zachowujesz jak uszczypnięta w tyłek mniszyca! – zaatakowała Gideon, którą w tej litanii zabolało tylko jedno.

– Taak? No to jak sobie chcesz! – warknęła Harrowhark, nagle odzyskując panowanie nad sobą. Z niejakim wysiłkiem wyplątała się z długiego, bogato zdobionego płaszczyska, a ludzka klatka żebrowa, którą Harrow nosiła jako gorset, błysnęła bielą na czarnym tle ubrania. Crux wykrzyknął zgorszony, kiedy Harrow zaczęła odpinać srebrne klamerki utrzymujące łukowate kości na torsie Wielebnej Córki, ale ona uciszyła go krótkim gestem dłoni i zdjęła osteogorset.

Gideon wiedziała, co się dzieje. Zdjęły ją litość i odraza, kiedy patrzyła, jak Harrow ściąga kościane bransolety, zębowy naszyjnik i wyciąga małe kiełki – wkrętki z uszu. Wszystko to Pani Dziewiątego wcisnęła w ręce Cruxa i wmaszerowała na środek lądowiska, gdzie zaprezentowała się niczym pozbawiony strzał kołczan. Tylko w rękawiczkach, butach, koszuli i spodniach, z wystrzyżonymi krótko czarnymi włosami i obliczem ściągniętym gniewem, wydała się nagle tym, kim była – zdesperowaną dziewczyną, młodszą od Gideon, dość niską i raczej słabowitą.

– Słuchaj, Nonagesimus – zaczęła Gideon, wytrącona z równowagi i autentycznie zbita z tropu. – Daj se siana. Nie rób… tego, co tam zamierzałaś zrobić. Pozwól mi odejść.

– Na pewno nie dam ci się ot tak odwrócić na pięcie i sobie pójść, Nav – oświadczyła Harrowhark lodowato.

– Mam ci skopać tyłek na pożegnanie?

– Zamknij się – fuknęła Wielebna Córka i dodała z zawziętością: – Zmieniam warunki. Uczciwa walka i…

– Wymigam się od kary? Jeszcze nie zgłupiałam, żeby…

– Nie. Uczciwa walka i możesz odejść, _z patentem_. Jeśli wygram, pójdziesz na zgromadzenie, a potem będziesz mogła odejść, _z patentem_. Jeśli przegram, będziesz mogła odejść teraz. _Z patentem_. – Złapała leżący na ziemi papier, wyjęła z kieszeni wieczne pióro i wsunęła je sobie między wargi, żeby dziabnąć wnętrze policzka. Wyjęła zakrwawioną stalówkę – _Jej ulubiona sztuczka imprezowa_, uświadomiła sobie osłupiała Gideon – i podpisała: „Pelleamena Novenarius, Wielebna Matka Zapieczętowanego Grobowca, Władczyni Mogilnicy, Pani Domu Dziewiątego”.

– Ale to podpis twojej matki – zauważyła zbaraniała Gideon.

– Przecież nie podpiszę swoim imieniem, skończona idiotko, bo wydałby się cały ten teatr – oznajmiła Harrow.

Z tak niewielkiej odległości Gideon widziała czerwone pajączki w kącikach oczu Wielebnej Córki, różowe piętna nieprzespanej nocy. Kiedy Harrow wyciągnęła rękę z dokumentem, Gideon chwyciła go z bezwstydną łapczywością, zwinęła i wsadziła sobie za pazuchę pod bandeau. Harrow nawet nie wygięła ust w krzywym uśmieszku.

– Czyli zgadzasz się zmierzyć ze mną na oczach marszałka i kapitan gwardii. I uznajesz, że walka jest uczciwa.

Harrowhark, animatorka szkieletów, teraz, zaślepiona wściekłością i dumą, proponowała coś, co z pewnością nie było walką uczciwą, jeśli chodzi o równe szanse. Czystej krwi adeptka Dziewiątego pozbawiła się całej przewagi, nie mając przy sobie żadnego szkieletu do wskrzeszenia i odrzucając każdą kosteczkę, która mogła ją wzmocnić. W takim nastroju Gideon widziała ją dotychczas tylko raz i nie sądziła, że dane jej będzie doświadczyć tego ponownie. Harrow dobrze wiedziała, że tylko skończony dupek zgodziłby się na taki pojedynek. Jej przeciwnik musiałby być niereformowalnym łajdakiem, przystępującym do walki z pełną świadomością, że to po prostu żałosny akt okrucieństwa.

– Ale w razie przegranej muszę tylko iść na to twoje zebranie, a potem mogę odejść z patentem? – upewniła się Gideon.

– Tak.

– A jeśli zwyciężę, od razu wsiadam z patentem na prom?

– Tak – potwierdziła Harrow pobladłymi ustami.

W górze rozległ się ryk silników. Po lądowisku przesunęły się snopy świateł szperaczy, a wahadłowiec zaczął zagłębiać się w ranę w tkance planety. Gideon sprawdziła godzinę na zegarku. Dwie minuty do startu. Bez cienia skrępowania pospiesznie obszukała Wielebną Córkę, oklepując od góry w dół, poprzez ramiona, tors, nogi, na końcu mocno ścisnęła cholewki butów. Na ten widok Crux znów wydał z siebie okrzyk oburzenia i odrazy. Harrow milczała, a to mówiło więcej, niż gdyby rzeczywiście się odezwała. Ale żeby coś osiągnąć w życiu, trzeba twardym być, nie miękkim. Dom był twardy jak żelazo. A żelazo łamie się po uderzeniu w najsłabsze miejsce.

– Słyszeliście – zwróciła się Gideon do Cruxa i Aiglameny. Crux wbił w nią spojrzenie emanujące wściekłością eksplodującej gwiazdy, pustką wsysanej podciśnieniem nienawiści, pochłaniającą światło czarną dziurą urazy. Aiglamena odwróciła wzrok. Trochę głupio, ale cóż. Gideon zaczęła grzebać w plecaku w poszukiwaniu rękawiczek. – Słyszeliście. Jesteście świadkami. Mogę odejść tak czy inaczej, takie warunki zaoferowała. Uczciwa walka. Przysięgasz na swą matkę, że będzie to uczciwa walka?

– Jak śmiesz, Nav…

– Na matkę. Walczymy do pierwszego powalenia przeciwnika.

– Przysięgam na matkę. Nie mam przy sobie już żadnej kości. Do powalenia – warknęła Harrow przy akompaniamencie staccato gniewnego oddechu. Ale kiedy Gideon zakładała pospiesznie polimerowe rękawiczki i zapinała duże zatrzaski na nadgarstkach, Wielebna Córka wykrzywiła twarz w uśmiechu. – No nieźle, Głupeon, nawet skóry nie założyłaś. Przeceniasz mnie, aż tak dobra to nie jestem.

Odsunęły się od siebie i wtedy odezwała się Aiglamena, przekrzykując narastający hałas wahadłowca:

– Gideon Nav! Przypomnij sobie, co to honor, i daj swej pani broń!

Gideon nie mogła się powstrzymać.

– Znaczy mam jej… _Rzucić kość?_

_– Nav!_

– Wystarczy, że oddałam jej całe życie – oświadczyła Gideon i obnażyła miecz.

Tak naprawdę z tym mieczem to był pusty gest. Kolejność wydarzeń miała być taka: Gideon unosi nogę i kopie Harrow tak mocno, żeby Pani Dziewiątego grzmotnęła na dupsko tak ostatecznie, żeby nie mogła wstać i dać się upokorzyć ponownie. Kop ciężkim buciorem w brzuch i po krzyku. Ewentualnie w razie konieczności Gideon mogłaby usiąść na leżącej, żeby ostatecznie przygwoździć ją do ziemi. Bo nikt w Dziewiątym nie pojmował, czym jest prawdziwe okrucieństwo, nikt nie rozumiał, czym jest brutalność, nikt poza Wielebną Córką. Wiedza ta została z nich odessana, odparowana mrokiem zbierającym się na dnie bezkresnych katakumb pod Mogilnicą. Aiglamena i Crux nie mieliby wyjścia, musieliby ogłosić, że walka była uczciwa, a Gideon mogłaby odejść jako prawie wolna kobieta.

Jednak planowana kolejność wydarzeń poszła się grzebać.

To, co nastąpiło, wyglądało tak: Harrowhark powoli zdjęła rękawiczki. Jej dłonie były zmasakrowane. Palce powalane ziemią, pokaleczone, z ran sączyła się krew, a pod połamanymi paznokciami było pełno piachu. Następnie odrzuciła rękawiczki, wyciągnęła przed siebie poranione ręce i pomachała nimi przed oczami Gideon. Ta miała zaledwie ułamek sekundy, żeby skojarzyć ten brud z piachem i ziemią z lądowiska i zrozumieć, że stoi dosłownie na morzu kości.

Rzuciła się naprzód. Za późno jednak. Spod twardej powierzchni pod wzgórkami pyłu i kamieni, które Gideon tak pracowicie rozkopywała, wystrzeliły pogrzebane tam kości. Z małych jam w ziemi wyłoniły się ręce, doskonałe, czteropalczaste i okciukowane. Gideon, tkwiąca jeszcze w błędnych założeniach, kopnęła najbliższe ramiona i zaczęła uciekać. Nic to jednak nie dało, bo co metr, co jeden cholerny metr, kości wyrastały spod ziemi i chwytały ją za buty, za kostki, za spodnie. Potykając się i zataczając, rozpaczliwie starała się znaleźć granicę tego kościopla. Bezskutecznie. Całe lądowisko wybuchało przegubami i paliczkami falującymi łagodnie, jakby kołysał je wiatr.

Gideon podniosła wzrok na Harrow. Wielebna Córka, mimo że zlana krwawym potem, odpowiedziała spokojnym, chłodnym spojrzeniem.

Gideon z nieartykułowanym wrzaskiem rzuciła się ku Pani Mogilnicy, kosząc w biegu nadgarstki i śródręcza. Nadaremno. Jedna mała kość udowa czy piszczelowa na życzenie Harrow przekształcała się w kompletny, doskonały szkielet. Gdy Gideon była już blisko władczyni, spadła na nią fala ożywionych kości. Mocny kopniak posłał Harrow w ramiona dwóch jej tworów, które z łatwością uniosły swą panią poza zasięg zagrożenia. Niewzruszona Harrowhark zniknęła za zasłoną bezcielesnych postaci, piszczeli i łopatek poruszających się z nadnaturalną szybkością. Gideon używała miecza jak kosy, starając się, żeby każdy zamach był jak najskuteczniejszy, siekała kości, obracając je w deszcz białych odłamków, ale przeciwników było za dużo. O wiele za dużo. Nowi powstawali szybciej, niż ich rozbijała. Gdziekolwiek się nie obróciła, z każdej strony zalewały ją coraz potężniejsze fale owoców zasianych w tym makabrycznym ogrodzie.

Ryk wahadłowca utonął w klekocie i szumie krwi pulsującej w uszach Gideon, unieruchomionej przez dziesiątki rąk. Potęga talentu Harrow tkwiła w skali, w umiejętności stworzenia kompletnej jednostki z kawałka miednicy czy kości ramienia, sformowania całej armii z tego, z czego inny zdołałby stworzyć jednostkę. Gideon zawsze miała mgliste przeczucie, że zginie właśnie tak, zatłuczona na śmierć przez bandę szkieletów. Nagle zwały kości spłynęły na bok, a silny kopniak wywrócił ją na ziemię. Szkielet przygwoździł Gideon, gdy ta zakrwawiona, plująca kawałkami kości próbowała się podnieść. Ujrzała nad sobą Harrow, pogodną, melancholijną, w otoczeniu szczerzących się kościanych sług. Wielebna Córka uniosła nogę i kopnęła Gideon w twarz.

Przez kilka sekund Nav widziała wszystko w czerni i bieli. Odwróciła głowę na bok, wykrztusiła ząb i zaczęła się dławić i miotać, usiłując wstać. But nacisnął jej na gardło mocniej i jeszcze mocniej, zmuszając do pozostania na twardej ziemi. Burza pyłu wzniecona przez lądujący wahadłowiec wyrzuciła część szkieletów w powietrze. Harrow przestała je animować, więc spadły z grzechotem, nieruchomiejąc w formie anatomicznie bezładnych kupek.

– To było żałosne, Głupeon – rzekła Pani Dziewiątego. Adrenalina zaczęła opadać, a wraz z nią opadały pojedyncze kości szkieletów, tu ramię, tam żuchwa. Kościotrupy chwiały się i traciły spójność. Harrow się przeforsowała. Całe lądowisko pokrywały kratery, z których wychynęły kościotrupy niczym leje po niewielkich minach. Nonagesimus stała pośród tych wgłębień z pałającymi policzkami i płynącymi z nosa strużkami szkarłatu. Obojętnie otarła rękawem krew z twarzy. – Żałosne – powtórzyła nieco nosowo. – Podeszłam cię. Zafundowałam ci przedstawienie. A na dodatek na własne życzenie będziesz miała moralnego kaca. Już bardziej mi się podłożyć nie mogłaś. A najtrudniejsze w tym wszystkim było to całonocne kopanie.

– Kopałaś… – wydyszała Gideon, przyduszona pyłem i piachem – …całą noc…

– No tak. Ta ziemia jest cholernie twarda, a sporo było do zakopania.

– Ty obłąkana dziwko… – prychnęła Gideon.

– Ogłoś to, Crux – rozkazała Harrowhark.

– Walkę uznano za uczciwą – ogłosił marszałek z ledwie skrywaną satysfakcją. – Przeciwnik upadł! Zwycięstwo lady Nonagesimus.

Lady Nonagesimus odwróciła się do swoich sług i uniosła ręce, żeby wsunęli jej na ramiona porzuconą szatę. Wykaszlała na ziemię mały skrzep krwi i odprawiła niecierpliwym gestem trzęsącego się nad nią Cruxa. Oszołomiona, porażona Gideon uniosła głowę, ale zaraz ją opuściła, uderzając potylicą o twardą ziemię. Aiglamena patrzyła na nią z nieodgadnioną miną. Współczuciem? Rozczarowaniem? Wstydem?

Wahadłowiec wysunął stabilizatory i ciężko osiadł na gruncie. Gideon spojrzała na maszynę, na jej lśniącą powłokę, dymiące dysze silników i spróbowała dźwignąć się na łokciach. Nie była w stanie, nadal brakowało jej sił. Nie dała rady nawet unieść drżącego z wysiłku środkowego palca, żeby pokazać go zwyciężczyni. Mogła tylko patrzeć na prom, swój plecak i swój miecz.

– Zbieraj się – rozkazała Harrowhark i splunęła różową plwociną blisko głowy Gideon. – Kapitan Aiglameno, proszę przekazać pilotowi, że ma czekać. Zapłacę mu za postój.

– A jeśli zapyta o pasażera, pani?

Kochana Aiglamena.

– Poinformuj go, że się spóźni. Przeproś i powiedz, żeby zaczekał, z łaski mojej, godzinę. Rodzice czekają już wystarczająco długo, zajęło mi to więcej czasu, niż zakładałam. Marszałku, zabierz ją do sanktuarium…MOŻE BYŁOBY lepiej, gdyby te wszystkie rozczarowania i nieszczęścia Gideon, wszystkie, od samych narodzin, skropliły się w tym momencie w katalizator – gdyby świeża, płomienna determinacja przerodziła się w tamtej ciemności w nową ambicję, jeszcze żywsze pragnienie wolności. Tak jednak się nie stało. Gideon wpadła w depresję. Leżała w celi, rozgrzebując swoje życie, jak nielubiane jedzenie na talerzu. Nie brała do ręki miecza. Nie robiła przebieżek wokół pól uprawnych, wyobrażając sobie, jak wyglądają dni rekrutów Kohorty. Ukradła skrzynkę pasty odżywczej dodawanej do kleików i zup, którymi karmiono wiernych Dziewiątego, i wyciskała ją sobie do ust, kiedy zgłodniała. Leżała na łóżku, gapiąc się w sufit, apatycznie przerzucając gazetki i robiąc przysiady, by zabić czas. Crux znów zapiął jej na kostce opaskę dozorującą, która grzechotała przy każdym ruchu. Gideon nie włączała nawet światła, smętnie pobrzękując nią po ciemku.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij