Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Glass hearts - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
E-book: EPUB, PDF MOBI
45,00 zł
Audiobook
45,00 zł
45,00
4500 pkt
punktów Virtualo

Glass hearts - ebook

Lilian, wrażliwa studentka nowojorskiej akademii muzycznej, żyje w świecie dźwięków, pod czujnym okiem swojego brata – legendarnego boksera, który zrobiłby dla niej wszystko. Pewnego dnia na jej drodze staje mężczyzna, którego obecność burzy dotychczasowy porządek. Ich spotkania są zbyt przypadkowe, by mogły być zwykłym zbiegiem okoliczności… i zbyt intensywne, by o nich zapomnieć.

Między rodzącym się uczuciem a brutalnym światem sportowych walk napięcie rośnie. Tajemnice wychodzą z cienia, lojalność zostaje wystawiona na próbę, a przeszłość zaczyna domagać się zapłaty.

Co się stanie, gdy miłość okaże się najniebezpieczniejszą walką?

To historia o miłości silniejszej niż strach, o więziach, które potrafią ocalić – i złamać – oraz o wyborach, które zmieniają ludzi na zawsze.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368498288
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Lil­lian

Słoń­ce bez­li­to­śnie przy­pie­ka­ło wy­schnię­tą zie­mię, któ­ra zda­wa­ła się bła­gać o kil­ka kro­pel wo­dy. Wy­su­szo­na tra­wa pię­ła się z wy­sił­kiem ku nie­bu, nie­mo pro­sząc o deszcz. Sa­ma chęt­nie unio­sła­bym rę­ce ra­zem z nią. La­to ni­g­dy nie na­le­ża­ło do mo­ich ulu­bio­nych pór ro­ku, a dziś tem­pe­ra­tu­ra spo­koj­nie prze­kra­cza­ła trzy­dzie­ści stop­ni.

Unio­słam gło­wę, pa­trząc przez otwar­te okno. Mia­łam na­dzie­ję, że na nie­bie znaj­dę choć jed­ną chmu­rę, zwia­stun nad­cho­dzą­ce­go desz­czu. Nie­ste­ty, te­go­rocz­ne la­to w No­wym Jor­ku oka­za­ło się wy­jąt­ko­wo go­rą­ce i bez­li­to­śnie nie­zno­śne.

Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach by­łam go­to­wa do wyj­ścia. Na­ło­ży­łam oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne na nos i opu­ści­łam miesz­ka­nie. Na uli­cach ro­iło się już od lu­dzi. Mi­ja­li mnie z bu­tel­ka­mi wo­dy w dło­niach, z twa­rza­mi zmę­czo­ny­mi upa­łem.

Na­sza dziel­ni­ca, Up­per East Si­de, le­ży nie­da­le­ko Cen­tral Par­ku, dzię­ki cze­mu la­to by­wa tu nie­co mniej uciąż­li­we. Cza­sa­mi bio­rę książ­kę, ku­pu­ję mro­żo­ną ka­wę na Ma­di­son Ave­nue i sia­dam pod drze­wem, że­by ukryć się przed słoń­cem. W tym miej­scu mia­sto na chwi­lę milk­nie, a ja czu­ję, że mo­gę od­dy­chać.

Nie zdą­ży­łam przejść na­wet stu me­trów, a moc­ne pro­mie­nie słoń­ca już przy­pa­la­ły mi skó­rę. Za­sta­na­wia­łam się, czy nie za­wró­cić do do­mu i się nie prze­brać. Su­kien­ka kle­iła się do spo­co­ne­go cia­ła.

Cho­le­ra. Dla­cze­go nie zgo­dzi­łam się, że­by Ar­thur mnie od­wiózł? Je­go no­wy sa­mo­chód ma prze­cież kli­ma­ty­za­cję, zba­wien­ną w ta­kie dni.

Prze­kli­na­łam du­mę, któ­ra nie po­zwo­li­ła mi za­dzwo­nić i po­pro­sić o po­moc. Nie po to co­dzien­nie przy­po­mi­nam mu, że je­stem do­ro­słą ko­bie­tą, by te­raz jak dziec­ko bła­gać o pod­wóz­kę. Cho­ciaż mia­łam pew­ność, że przy­je­chał­by w cią­gu kil­ku mi­nut.

Cze­mu nie uro­dzi­łam się na bie­gu­nie pół­noc­nym? – na­szła mnie myśl. W tej chwi­li mo­gła­bym wyjść z igloo i pa­trzeć, jak mój mąż ło­wi ry­by na śnia­da­nie. We wła­sno­ręcz­nie wy­ku­tym prze­rę­blu. Sa­ma ta myśl da­ła mi chwi­lo­we po­czu­cie chło­du. Umysł to jed­nak sil­ne na­rzę­dzie.

Po kil­ku mi­nu­tach skrę­ci­łam w bocz­ną ulicz­kę pro­wa­dzą­cą do uczel­ni. Dzię­ku­ję bra­tu za to, że miesz­ka­my bli­sko i nie mu­szę ko­rzy­stać z ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej. Za­wsze, kie­dy prze­cho­dzę przez głów­ną uli­cę i pa­trzę na prze­peł­nio­ne au­to­bu­sy, wi­dzę lu­dzi ściśniętych jak sar­dyn­ki w pusz­ce. Za­sta­na­wiam się, ile osób mdle­je tam dzien­nie z prze­grza­nia. Pew­nie spo­ro, bio­rąc pod uwa­gę te­go­rocz­ne tro­pi­kal­ne la­to.

Od ośmiu lat Ar­thur to­wa­rzy­szył mi wszę­dzie. No­co­wa­nie u ko­le­ża­nek? Znam to tyl­ko z opo­wie­ści. Po­ta­jem­ne spo­tka­nia z chło­pa­ka­mi? Aż za­śmia­łam się na sa­mą myśl. Mo­je je­dy­ne in­tym­ne spo­tka­nie od­by­ło się w szkol­nej to­a­le­cie, kie­dy pierw­szy raz ca­ło­wa­łam się z chło­pa­kiem star­szym o dwa la­ta. Gdy­by Ar­thur się o tym do­wie­dział, roz­szar­pał­by bie­da­ka. Do­słow­nie.

Mam dwa­dzie­ścia je­den lat i na­dal je­stem dzie­wi­cą. Po­ten­cjal­ny part­ner mu­siał­by naj­pierw zmie­rzyć się z mo­im bra­cisz­kiem. A bio­rąc pod uwa­gę, że Ar­thur jest za­wo­do­wym bok­se­rem – życzę po­wo­dze­nia.

Zbli­ża­łam się już do uczel­ni, kie­dy tuż przed mo­imi no­ga­mi z pi­skiem opon za­trzy­ma­ło się czar­ne, te­re­no­we au­to. Naj­wy­raź­niej się za­my­śli­łam i zwy­czaj­nie nie za­uwa­ży­łam zmie­nia­ją­cej się sy­gna­li­za­cji. Za­trzy­ma­łam się przed ma­ską po­jaz­du w ostat­niej chwi­li. Zbyt bli­sko, by uznać to za zwy­kłą sy­tu­ację, i za bli­sko, by się nie wy­stra­szyć.

Kie­row­ca wy­siadł gwał­tow­nie i po se­kun­dzie stał przede mną. Wy­glą­dał jak mo­del. Mu­sku­lar­ne ra­mio­na, sze­ro­kie bar­ki i ciem­ny za­rost. Za­sta­na­wia­łam się, czy ma­ki­jaż nie spły­nął mi z twa­rzy. Czy tusz do rzęs po­zo­stał na swo­im miej­scu? Czy pod­kład nie ugo­to­wał się na skó­rze? A de­kolt? Czy nie po­czer­wie­niał od upa­łu?

Mil­czał. Bacz­nie mnie ob­ser­wo­wał.

Nie mo­głam ode­rwać od nie­go wzro­ku. Za­hip­no­ty­zo­wał mnie brą­zo­wy­mi ocza­mi. Ha­łas pa­nu­ją­cy w tym wiel­kim mie­ście na­gle ucichł, jak­by sam Bóg na chwi­lę wy­łą­czył dźwięk. Sta­łam, pa­trzy­łam i od­dy­cha­łam. On prze­cią­gnął dło­nią po kru­czo­czar­nych wło­sach. Ostro za­ry­so­wa­na szczę­ka… No­sił na szyi czar­ny rze­myk z nie­śmier­tel­ni­kiem. Dło­nie miał za­ban­da­żo­wa­ne, a za­ciś-
nię­te usta wska­zy­wa­ły na zde­ner­wo­wa­nie.

Pa­trzy­li­śmy na sie­bie, jak­by­śmy pró­bo­wa­li roz­ma­wiać sa­mym spoj­rze­niem. Dziw­ne uczu­cie, lecz da­ją­ce cie­pło. Wro­gość je­go twa­rzy ro­sła z każ­dą chwi­lą, ale ja nie czu­łam stra­chu.

– Wiesz, ile kosz­tu­je na­pra­wa zde­rza­ka w tym au­cie?! – wark­nął. – Li­czy­łaś na od­szko­do­wa­nie?!

Je­go głos brzmiał twar­do, sta­now­czo, ale miał w so­bie coś ła­god­ne­go, dziw­nie nie­pa­su­ją­ce­go do zło­ści.

Pa­trzy­łam na usta, któ­re wy­krzy­wi­ły się w dziw­nym uśmie­chu. Ani flir­ciar­skim, ani tym bar­dziej przy­ja­znym. Po­czu­łam na ra­mio­nach gęsią skórkę. Wspa­nia­le, dzię­ki niej zro­bi­ło mi się tro­chę chłod­niej.

Mia­łam już mu coś od­po­wie­dzieć, ale nie do­pu­ścił mnie do sło­wa:

– Je­steś głu­cha? – Wy­cią­gnął dłoń, by mnie do­tknąć. Od­ru­cho­wo zro­bi­łam krok w tył. – Na do­da­tek wy­stra­szo­na jak ma­ły ko­ciak. Ja pier­dolę! Co za dzień! – Złapał się za włosy i mocno je pociągnął. – Gdy­by nie ha­mul­ce, by­ła­byś pla­mą na la­kie­rze. Ro­zu­miesz?!

Zmru­ży­łam oczy i szu­ka­łam od­po­wied­niej ri­po­sty dla te­go pro­sta­ka. Przy­stoj­ne­go, ale jed­nak pro­sta­ka. Zro­bi­łam naj­smut­niej­szą mi­nę, ja­ką umia­łam, i unio­słam dło­nie, two­rząc w ję­zy­ku mi­go­wym słowo „dupek”.

Pa­nu wście­kłe­mu zrze­dła mi­na. Pod­szedł bli­żej, a z je­go oczu znik­nę­ła złość. Współ-
czu­cia i li­to­ści rów­nież w nich nie zna­la­złam. Tyl­ko obo­jęt­ność. Z ca­łych sił pró­bo­wa­łam nie ro­ze­śmiać się mu w twarz. Przy­gry­złam we­wnętrz­ną stro­nę po­licz­ka, by nie po­zwo­lić ką­ci­kom ust na unie­sie­nie.

– Czy­li je­steś głu­cha. Fan­ta­stycz­nie – po­wie­dział to tak wy­raź­nie, że na­wet gdy­by to by­ła praw­da, z ła­two­ścią od­czy­ta­ła­bym tę wy­po­wiedź z ru­chu je­go warg. – Ale nie śle­pa. Uwa­żaj na­stęp­nym ra­zem.

Spu­ści­łam wzrok na swo­je sto­py. By­łam jed­no-
cze­śnie wście­kła i roz­ba­wio­na. Zer­k­nę­łam na pe­di­cu­re. Czer­wo­ny la­kier już mnie nu­dził, po­win­nam go zmie­nić. My­śla­łam o wszyst­kim, by­le nie o nim. Pach­ną­cym i tak zde­ner­wo­wa­nym, że przez sekundę zrobiło mi się go żal.

– Mo­że w ra­mach re­kom­pen­sa­ty do­kądś cię za­wieźć? – za­py­tał, uno­sząc mój pod­bró­dek.

Sy­la­bi­zo­wał każ­de sło­wo, jak­by na­praw­dę uwie­rzył, że nie sły­szę. Gdy­by wie­dział, ja­ką we­wnętrz­ną wal­kę wła­śnie to­czę.

Po­krę­ci­łam gło­wą i otar­łam nie­wi­dzial­ną łzę. Dwie­ma dłoń­mi do­tknę­łam bro­dy w ge­ście po­dzię­ko­wa­nia za jak­że mi­łą kon­wer­sa­cję i ode­szłam.

Kie­dy zna­la­złam się kil­ka me­trów da­lej,
od­wa­ży­łam się obej­rzeć za sie­bie – ani przy­stoj­nia­ka w czar­nej opię­tej ko­szul­ce, ani je­go sa­mo­cho­du już nie by­ło.

Na za­ję­ciach pró­bo­wa­łam się sku­pić, ale z mar­nym skut­kiem. Czy spo­tkam jesz­cze pa­na zło­śliw­ca? Ta myśl za­kieł­ko­wa­ła mi w gło­wie. I bar­dzo mi się spodo­ba­ła.

Mu­szę na­mó­wić Ar­thu­ra na ja­kieś wyj­ście, bo ina­czej na­praw­dę za­cznę rzu­cać się pod sa­mo­cho­dy, że­by tyl­ko chwi­lę po­roz­ma­wiać z męż­czy­zną. Na­wet w ję­zy­ku mi­go­wym.

Po pięt­na­stej wy­szłam z uczel­ni i zo­ba­czy­łam Ar­thu­ra cze­ka­ją­ce­go przy au­cie. Uśmiech bez­wied­nie wpły­nął mi na twarz. Po śmier­ci ro­dzi­ców zo­sta­li­śmy sa­mi i by­li­śmy zda­ni tyl­ko na sie­bie. Mia­łam dwa­na­ście lat, gdy ta­ta zgi­nął, więc brat jest od­tąd je­dy­nym męż­czy­zną w mo­im życiu. Zastąpił mi ojca, a dwa lata później rów­nież mat­kę. Jest ro­dzi­cem i bra­tem na pe­łen etat. Stąd ta na­do­pie­kuń­czość. Cho­ciaż sam stra­cił ma­mę i ta­tę, za­stą­pił mi ich w naj­lep­szy moż­li­wy spo­sób.

– W po­rząd­ku? – za­py­tał od ra­zu.

– Tak, mia­łam tyl­ko nie­zręcz­ne spo­tka­nie z ja­kimś fa­ce­tem – po­wie­dzia­łam, choć mo­głam prze­mil­czeć.

Obie­ca­li­śmy so­bie mó­wić wszyst­ko. Te­go przy­rze­cze­nia nie mo­głam i nie chcia­łam zła­mać.

– Ja­kie nie­zręcz­ne spo­tka­nie? Z ja­kim fa­ce­tem? – do­cie­kał. Czy wspo­mi­na­łam, że mój brat jest nad wy­raz opie­kuń­czy? Je­śli tak, to chęt­nie po­wtó­rzę.

– Za­my­śli­łam się i pra­wie wpa­dłam mu pod ko­ła. Na szczę­ście wy­ka­zał się re­flek­sem i pewną nogą wcisnął hamulec. Nic się nie stało. To chy­ba wi­na upa­łu – za­pew­ni­łam, na no­wo ogar­nię­ta wszech­obec­nym cie­płem.

– Mo­że po­win­naś pójść do le­ka­rza?

– Ar­thur, nic mi nie jest. Prze­cież wi­dzisz. – Za­krę­ci­łam się wo­kół wła­snej osi. – Masz w au­cie lo­do­wa­tą wo­dę?

– Mam, wska­kuj. Od­wio­zę cię do do­mu i ja­dę na tre­ning. – Otwo­rzył przede mną drzwi sa­mo­cho­du i za­pro­sił, bym wsia­dła.

Dżen­tel­men – tak jed­nym sło­wem mo­gę opi­sać swo­je­go bra­ta. Je­go ko­bie­ta bę­dzie szczę­ścia­rą.

Wsia­dłam i mo­men­tal­nie po­czu­łam po­wie­trze płynące z klimatyzacji.

– Co to za fa­cet? Znasz go?

– Nie, ale zdą­ży­łam spi­sać re­je­stra­cję. Do­rwiesz go i po­gro­zisz mu, że pra­wie prze­je­chał two­ją sio­strzycz­kę…? – za­śmia­łam się, wi­dząc je­go po­sęp­ną mi­nę.

– Li­ly, ja nie żar­tu­ję. Je­śli go znasz, to chęt­nie z nim po­ga­dam. Sko­ro de­bil nie po­tra­fi pro­wa­dzić au­ta, to go na­uczę.

– Mój ze­stre­so­wa­ny bra­ci­szek. Wy­ła­du­jesz złość na tre­nin­gu. – Zsu­nę­łam oku­la­ry na nos i opar­łam o sie­dze­nie, de­lek­tu­jąc się zim­ną wo­dą.

– Po dro­dze sko­czę po coś do je­dze­nia. Na co masz ocho­tę?

– Szcze­rze?

Kiw­nął gło­wą, ob­ser­wu­jąc dro­gę.

– Na zim­ne­go drin­ka. Przez ten upał w ogó­le nie mam ape­ty­tu.

– Li­ly, co byś zja­dła na ko­la­cję?! – po­no­wił py­ta­nie, kła­dąc na­cisk na każ­de sło­wo.

Za­mil­kłam z uśmie­chem. Ce­lo­wo się z nim draż­niłam.

Kie­dy pod­je­cha­li­śmy przed ka­mie­ni­cę, wciąż mil­cza­łam.

– W lo­dów­ce masz mo­ją zim­ną whi­sky, w za­mra­żar­ce lód – ode­zwał się, kon­tro­lu­jąc swój roz­gnie­wa­ny głos. – Je­den drink. Po­sta­ram się wró­cić przed dwu­dzie­stą.

– Su­shi – od­po­wie­dzia­łam wresz­cie i zła­pa­łam za klam­kę, że­by wy­siąść. – Do zo­ba­cze­nia, bra­cisz­ku – za­wo­ła­łam i w prze­lo­cie po­ca­ło­wa­łam go w po­li­czek.

– Te­stu­jesz mo­ją cier­pli­wość…

Po­ma­cha­łam mu jesz­cze i gdy sa­mo­chód znik­nął mi z po­la wi­dze­nia, we­szłam do ho­lu. Po pa­ru mi­nu­tach od­po­czy­wa­łam w le­ża­ku. Wy­ką­pa­na, z mo­kry­mi wło­sa­mi i zim­nym drin­kiem w dło­ni. Za­mknę­łam oczy i opar­łam no­gi o ba­lu­stra­dę, po­zwa­la­jąc so­bie na chwi­lę re­lak­su. Sku­pi­łam się na od­gło­sach mia­sta. Dla nie­któ­rych by­ła­by to mę­czar­nia, nie­któ­rzy pra­gną ci­szy. Ale dla mnie to co­dzien­ność. Zna­jo­ma i nor­mal­na. Cho­ciaż na­sza dziel­ni­ca i tak jest uzna­wa­na za jed­ną ze spo­koj­niej­szych.

Spoj­rza­łam na te­le­fon. Ze­ro wia­do­mo­ści od Ar­thu­ra. Za­pew­ne wy­ła­do­wu­je fru­stra­cję. Za­wsze tak ro­bi, gdy się mar­twi. Złoszcze­nie się na mnie to je­go spo­sób na oka­zy­wa­nie tro­ski.

Pod­nio­słam się z le­ża­ka i we­szłam do miesz­ka­nia. Zgar­nę­łam książ­kę z pół­ki i usia­dłam na so­fie, ale za­miast czy­tać, ga­pi­łam się w okno. I wte­dy, przez se­kun­dę, prze­szła mi przez gło­wę myśl:

W spoj­rze­niu te­go męż­czy­zny na­praw­dę by­ło coś in­try­gu­ją­ce­go.

Bru­no

– Spóź­ni­łeś się – wark­nął tre­ner.

– Nie ma­rudź. Za­le­d­wie dzie­sięć mi­nut – od­burk­ną­łem chłod­no i ru­szy­łem do szat­ni.

Nie spie­szy­łem się. Prze­bra­łem się w spoden­ki bok­ser­skie i na­pi­łem się zim­nej wo­dy. Pat­ty na pew­no ją dla mnie zo­sta­wi­ła. Wzią­łem rę­ka­wi­ce. Po­czu­łem wy­do­by­wa­ją­cy się z nich odór po­tu. Za­pach wszyst­kich mo­ich walk. Wszyst­kich wy­gra­nych.

Wsze­dłem do sa­li i skie­ro­wa­łem się na ring. Pod­nio­słem sznu­ry i wsko­czy­łem na śro­dek.

– Bie­ga­łeś ra­no? – za­py­tał tre­ner.

– Nie za­da­waj mi co­dzien­nie tych sa­mych dur­nych py­tań – wrza­sną­łem, chwy­ta­jąc za ska­kan­kę.

Od de­ka­dy co­dzien­nie o szó­stej ra­no bie­gam co naj­mniej dzie­sięć ki­lo­me­trów. Mój gra­fik nie zmie­nił się od dwóch lat. Bie­ga­nie, si­łow­nia, tre­ning. Cza­sa­mi jem śnia­da­nie. Obia­du ni­g­dy nie opusz­czam ze wzglę­du na sta­rusz­ka, któ­ry nie wy­ba­czył­by mi nie­obec­no­ści. Wie­czo­ra­mi Dark Ni­ght i cza­sa­mi Pat­ty.

Przy­świe­ca mi je­den cel – pas mi­strzow­ski.

Wzią­łem od tre­ne­ra no­we ban­da­że i owi­ną­łem dło­nie. Mo­że tro­chę zbyt moc­no. Ale ja lu­bię ból. Dzię­ki nie­mu żyję. W mo­im ży­ciu nie ma miej­sca na de­li­kat­ność i łzy.

Po trzech se­riach sko­ków i pięć­dzie­się­ciu pomp­kach tre­ner wszedł na ring. Pot spły­wał mi po ple­cach. Ko­szul­ka nie­przy­jem­nie le­pi­ła się do cia­ła. Jed­nym ru­chem ze­rwa­łem ją z sie­bie i wy­rzu­ci­łem za sznu­ry.

– Wiesz, o co wal­czy­my, praw­da? – za­py­tał tym swo­im pro­tek­cjo­nal­nym to­nem.

– Se­rio? Po ty­lu la­tach my­ślisz, że mu­sisz mi to tłu­ma­czyć? – Za­pią­łem dru­gą rę­ka­wi­cę i usta­wi­łem się przed nim. – Płacę ci za pot, a nie za pier­do­le­nie.

Wy­mie­rzy­łem w je­go stro­nę trzy cio­sy pro­ste na gło­wę. Na­stęp­nie dy­na­micz­nie wy­pro­wa­dzi­łem cios w brzuch, by po chwi­li ener­gicz­ne ude­rzyć w oko­li­cę wą­tro­by.

Cios.

Unik.

Cios.

– Dłu­gi pra­wy pro­sty, da­waj! Mu­sisz go osa­czyć. Wy­bie­raj róż­ne kom­bi­na­cje ude­rzeń, ale nie za­trzy­muj się!

Tak też zro­bi­łem: do­słow­nie wkle­iłem się w je­go cia­ło szyb­ki­mi ude­rze­nia­mi. Le­wy, le­wy i pra­wy w brzuch. Gdy opu­ścił gar­dę, po­pra­wi­łem pod­bród­ko­wym. Tre­ner od­sko­czył do ty­łu. Od­nio­słem na­wet wra­że­nie, że na mo­ment stra­cił rów­no­wa­gę.

– Ar­thur Co­le­man to nie by­le ja­ki prze­ciw­nik. Dwu­krot­nie zdo­był ty­tuł mi­strza. Jest nie­po­ko­na­ny. Nie ma żad­ne­go sła­be­go punk­tu. Kie­ru­je się nie tyl­ko twar­dy­mi za­sa­da­mi w ży­ciu, ale i ogrom­nym sza­cun­kiem do prze­ciw­ni­ka. To praw­dzi­wy lew, któ­ry na­wet mrów­ki nie lek­ce­wa­ży.

– Je­śli Bru­no chce grać uczci­wie, to na pew­no nie znaj­dzie sła­be­go punk­tu.

Roz­pią­łem rę­ka­wi­ce i rzu­ci­łem je Ry­ano­wi.

– Co masz na my­śli? – za­py­ta­łem me­na­dże­ra.

– To, że nasz Ar­thu­ri­to ma jed­ną sła­bość, o któ­rej wie nie­wie­lu. Je­śli tam go tra­fisz, wy­gra­ną masz w kie­sze­ni.

– Uwa­żasz, że bez te­go nie dam ra­dy wy­grać? – wark­ną­łem i do­sko­czy­łem do nie­go. – Od dwóch je­ba­nych lat za­pier­da­lam jak nikt, bo ni­ko­mu, oprócz mnie, nie na­le­ży się ten ty­tuł. Ten pas już jest mój.

Wy­gram wszel­ki­mi spo­so­ba­mi. Chcę znisz­czyć prze­ciw­ni­ka na wie­lu płasz­czy­znach, bo mam w du­pie je­go uczu­cia. Mój mózg od mie­się­cy jest za­pro­gra­mo­wa­ny na je­den cel: wy­gra­na. Je­stem bok­se­rem. Po­dej­mu­ję wal­kę za­nim zdą­żę po­my­śleć, że nie dam ra­dy.

– Je­śli coś masz, to ga­daj. Al­bo nie mar­nuj mo­je­go cza­su!

Pat­ty sta­ła z ty­łu. Nie za­uwa­ży­łem jej wcze­śniej. Pod­bie­gła i po­da­ła mi ręcz­nik. Ry­an mil­czał, przy­glą­da­jąc się mo­jej dziew­czy­nie.

– Mów przy niej – rzu­ci­łem, wy­cie­ra­jąc czo­ło i kark.

– Ma sio­strę, Li­ly. Li­ly Co­le­man.

– Mów da­lej – kiw­ną­łem gło­wą, że­by nie prze­ry­wał i nie za­wra­cał so­bie gło­wy obec­no­ścią Pat­ty.

– Stu­dent­ka dru­gie­go ro­ku aka­de­mii mu­zycz­nej. Bru­net­ka. Dwa­dzieścia jeden lat. Zie­lo­ne oczy, nie za wy­so­ka, szczu­pła, dość atrak­cyj­na.

– Jak waż­na jest dla nie­go?

– Bar­dzo. Na ty­le, że kil­ka je­go walk prze­ło­żo­no nie ze wzglę­du na je­go kon­tu­zje, tyl­ko przez nią. Mu­siał się za­jąć sio­strzycz­ką. Jest je­go nu­me­rem je­den na li­ście prio­ry­te­tów.

Za­sta­na­wiałem się, chociaż żadna konkretna propozycja z ust Ryana nie padła. Ocza­mi wy­obraź­ni już wi­dzia­łem Ar­thu­ra za­ła­ma­ne­go na­głym znik­nię­ciem sio­stry.

– Chy­ba nie za­mie­rzasz się z nią spo­ty­kać?! Bru­no?!

Spoj­rza­łem na Pat­ty i zmie­rzy­łem ją wzro­kiem. Za­sta­na­wia­łem się, co ja wła­ści­wie z nią ro­bię. Seks? Kie­dyś tak. Te­raz? To­tal­ny wrzód na du­pie.

– Nie, Ry­an. – Prze­nio­słem wzrok na przy­ja­cie­la. – Wal­czę uczci­wie.

– Dzię­kuję. – Pat­ty wspar­ła się na mo­im spo­co­nym ra­mie­niu i po­ca­ło­wa­ła mnie w po­li­czek.

– Nie ro­bię te­go dla cie­bie. – Wy­tar­łem mo­kry ślad po jej ustach, za­rzu­ci­łem ręcznik na szyję i skie­ro­wa­łem kro­ki do szat­ni. Wzią­łem z tor­by świeżą bieliznę i po­sze­dłem pod prysz­nic. Usta­wi­łem
chłod­ną wo­dę i opar­łem się ra­mio­na­mi o zim­ne płyt­ki. Czu­łem ulgę, choć cia­ło bo­la­ło.

Li­ly Co­le­man? Na co mi ko­lej­na gów­nia­ra, sko­ro z jed­ną mam już pro­blem. I to nie li­cząc tych, któ­re sa­me pcha­ją mi się pod sa­mo­chód.

– Mo­że mo­gła­bym się przy­łą­czyć? – Pat­ty ob­ję­ła mnie w pa­sie, ca­łu­jąc jed­no­cze­śnie w ple­cy.

– Wiesz, że po tre­nin­gu za­wsze spie­szę się do do­mu. – Od­su­ną­łem jej rę­ce i za­krę­ci­łem wo­dę.

Ostroż­nie wy­sze­dłem spod prysz­ni­ca i na­gi pod­sze­dłem do wie­sza­ka z ręcz­ni­ka­mi. Pat­ty jed­nak nie od­pusz­cza­ła. Złapała mojego wilgotnego penisa i cisnęła go w dłoni.

– Tward­nie­je – po­in­for­mo­wa­ła dum­nie.

– Je­stem zdro­wym fa­ce­tem, więc to nic nie-
zwy­kłe­go.

Od­su­ną­łem się, wy­tar­łem i za­czą­łem ubie­rać.

– Bru­no, za­nie­dbu­jesz mnie ostat­nio! Nie przy­cho­dzisz do mnie wie­czo­ra­mi, cho­ciaż wiesz, że mo­je­mu oj­cu to nie prze­szka­dza. Wi­du­ję cię tyl­ko pod­czas tre­nin­gów, a i tak wte­dy je­steś skon­cen­tro­wa­ny na ćwi­cze­niach.

– Pat, przy­go­to­wu­ję się do naj­waż­niej­szej wal­ki. Przy­po­mi­nam ci, gdy­byś za­po­mnia­ła. Na tym chcę się sku­pić – od­po­wie­dzia­łem, wciąż sto­jąc do niej ple­ca­mi.

– A kie­dy znaj­dziesz czas dla mnie? – ma­ru­dzi­ła jak ma­łe dziec­ko. Iry­to­wała mnie.

– Ry­an chęt­nie się to­bą zaj­mie. A te­raz wy­bacz, ale spie­szę się na obiad z dziad­kiem.

– Mo­gę do­łą­czyć?

– Nie. Mój dzia­dek tra­ci na twój wi­dok ape­tyt. Wspo­mi­nał ci o tym, kie­dy tu go­ścił. – Uśmiechnąłem się pod nosem i wyminąłem Pat­ty jak prze­szko­dę.

Pa­nu­ją­cy na ze­wnątrz upał sta­wał się nie do znie­sie­nia. Wsia­dłem do au­ta i na­tych­miast włą­czy­łem kli­ma­ty­za­cję. Je­cha­łem ostroż­niej niż zwy­kle, szcze­gól­nie nie­da­le­ko aka­de­mii.

Bóg je­den wie, czy zno­wu ta głu­cha wa­riat­ka nie wle­ci mi pod ko­ła.

Gdy­by Co­le­man wie­dział, co szy­ku­je­my… wy­grał­bym już dzi­siaj. Ale pra­gnę wejść z nim do klat­ki. Pra­gnę zo­ba­czyć w je­go oczach strach. Chcę, że­by zro­zu­miał, że na­wet naj­sil­niej­si pa­da­ją na de­ski, je­śli wy­star­cza­ją­co moc­no ude­rzysz w ich ser­ce. A Lil­lian Co­le­man zaj­mu­je tam wy­jąt­ko­we miej­sce.

Lil­lian

– Wró­cę dzi­siaj póź­niej niż zwy­kle. Nie cze­kaj z ko­la­cją – rzu­cił Ar­thur pod­czas śnia­da­nia, zer­ka­jąc na ze­ga­rek.

– Coś się sta­ło? – za­py­ta­łam, do­le­wa­jąc mle­ka do płat­ków śnia­da­nio­wych.

– Mam spo­tka­nie z tre­ne­ra­mi. Je­śli znów zdo­bę­dę pas, koń­czę z tym i za­kła­dam ro­dzi­nę – po­wie­dział na­tu­ral­nym gło­sem.

Łyżka zamarła mi w dło­ni w po­ło­wie dro­gi do ust.

– Słu­cham? Ty? Ro­dzi­na? Żo­na? Gro­mad­ka dzie­ci? Sor­ry, Ar­thur, ale ty bar­dziej ko­chasz wo­rek tre­nin­go­wy. Zdo­łasz ob­da­rzyć mi­ło­ścią ja­ką­kol­wiek ko­bie­tę?

– Cze­mu nie? Li­ly, by­ła­byś cu­dow­ną cio­cią – od­parł po­waż­nie. – Mam dwa­dzie­ścia dzie­więć lat. Osią­gną­łem to, o czym ma­rzy­łem, za­ro­bi­łem na­praw­dę nie­złe pie­nią­dze.

– Masz ko­goś? – spy­ta­łam po­dejrz­li­wie.

– Mo­że tak, mo­że nie – od­parł ta­jem­ni­czo, uśmie­cha­jąc się pod no­sem.

Od­kąd zmar­li ro­dzi­ce, Ar­thur ni­g­dy nie przy­pro­wa­dził do do­mu żadnej dziewczyny. Nie znaczy to jednak, że jakiejś nie miał.

– Trzy­mam cię za sło­wo. Mo­że wte­dy prze-
sta­niesz się sku­piać na mnie.

– Wąt­pię. Nad sio­strą za­wsze bę­dę się trząsł jak nad jaj­kiem. Le­piej się przy­go­tuj, bo każ­de­go de­li­kwen­ta do­kład­nie sprawdzę.

– Od­no­śnie do de­li­kwen­tów. Mia­ła­bym do cie­bie jed­ną proś­bę. W so­bo­tę ko­le­żan­ka, znasz Ka­te, urzą­dza im­pre­zę w klu­bie i mnie za­pro­si­ła. Wiem, co my­ślisz, ale za­uważ, pro­szę, że mam dwa­dzie­ścia je­den lat. Nie je­stem dziec­kiem.

– Po pierw­sze, Li­ly, wiek nie gra tu­taj ro­li. Po dru­gie, na­zwę klu­bu po­pro­szę.

– Dark Ni­ght – rzu­ci­łam lek­ko.

Wy­raz je­go twa­rzy się zmie­nił. Na­piął szczę­kę i ści­snął grzbiet no­sa.

– Nie.

– Nie co?

– Li­ly? Dark Ni­ght? Ab­so­lut­nie nie wy­ra­żam zgo­dy.

– Prze­cież się zgo­dzi­łeś! – wrza­snę­łam wku­rzo­na.

– Kie­dy? W któ­rym zda­niu usły­sza­łaś, że się zga­dzam?

Po­krę­ci­łam gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

– Ar­thur, nie ży­ję w za­ko­nie. Chcę się za­ba­wić, wy­pić drin­ka, po­tań­czyć.

– Li­ly, to miej­sce od­wie­dza­ją na­praw­dę nie­bez­piecz­ni fa­ce­ci. Tyl­ko cze­ka­ją na ta­kie na­iw­ne pa­nien­ki jak ty. Nie po­zwo­lę na to, abyś pa­dła ofia­rą jed­ne­go z nich. Obie­ca­łem ro­dzi­com, że bę­dę cię chro­nił.

Wstał i za­czął wkła­dać naczynia do zmy­war­ki.

– Te­mat za­koń­czo­ny – do­dał, wy­mow­nie na mnie zer­ka­jąc.

Chy­ba ocze­ki­wał, że mu się prze­ciw­sta­wię. Ja jed­nak od­pu­ści­łam so­bie wal­kę na sło­wa, bo i tak z gó­ry by­łam ska­za­na na po­raż­kę. W za­mian za to po­szłam do po­ko­ju, by po­szu­kać od­po­wied­niej kre­acji na so­bot­nią im­pre­zę.

Na uczel­ni z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łam na spo­tka­nie z Ma­ry, aby usta­lić z nią szcze­gó­ły.

– Gdzie się spo­tka­my? U mnie czy u cie­bie? – za­py­ta­ła wspól­nicz­ka pla­no­wa­ne­go prze­ze mnie ro­dzin­ne­go prze­stęp­stwa.

– U cie­bie. Mu­szę jesz­cze coś wy­my­ślić, jak wyjść nie­po­strze­że­nie z do­mu.

Spis tre­ści

Lil­lian

Bru­no

Lil­lian

Zaj­rzyj do na­sze­go skle­pu:
www.ostre-pio­ro.pl
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij