Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Głębia w niebie - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
29 lipca 2026
4721 pkt
punktów Virtualo

Głębia w niebie - ebook

Fantastyka naukowa w największej skali: kilkutysięczna załoga wyrusza w wielowiekową podróż do najdalszych zakątków Przestrzeni Ludzi.

Powieść, której akcja rozgrywa się przed wydarzeniami opisanymi w „Ogniu nad otchłanią”, zachwyca rozmachem i wciąga od pierwszych stron. „Głębia w niebie” opowiada historię Phama Nuwena, jednego z członków międzygwiezdnej floty handlowej Queng Ho.

Wraz z Rozwiniętymi przybywa on na orbitę Arachny – pogrążonej w wieloletnim mroku planety, która wkrótce przebudzi się wraz z ponownym zapłonem Gwiazdy Bistabilnej. Obie ekspedycje zamierzają wykorzystać nadchodzącą erę rozwoju technologicznego i handlu na świecie zamieszkanym przez obcą rasę. Jednak podczas gdy Queng Ho kierują się przede wszystkim chęcią zysku, plany Rozwiniętych są znacznie bardziej złowieszcze i w dużej mierze opierają się na przemocy oraz ludobójstwie.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68919-70-7
Rozmiar pliku: 3,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OD AUTORA

Ucząc się pisa­nia fan­ta­styki nauko­wej, mia­łem wiele wspa­nia­łych wzo­rów, ale dzieła Poula Ander­sona zna­czyły dla mnie wię­cej niż wszyst­kie pozo­stałe. Poza tym Poul obda­rzył mnie i świat nie­zwy­kłym skar­bem wspa­nia­łych, cie­ka­wych histo­rii – i wciąż to robi.

Bar­dziej oso­bi­ście, zawsze będę wdzięczny Poulowi i Karen Ander­so­nom za gościn­ność, jaką oka­zali pew­nemu mło­demu pisa­rzowi fan­ta­styki nauko­wej w latach sześć­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku.

V.V.prolog

Poszu­ki­wa­nia objęły ponad sto lat świetl­nych i osiem stu­leci. Zawsze były pro­wa­dzone pota­jem­nie i nie zda­wali sobie z tego sprawy nawet nie­któ­rzy ich uczest­nicy. We wcze­snych latach obej­mo­wały po pro­stu ukryte w trans­mi­sjach radio­wych zaszy­fro­wane zapy­ta­nia. Mijały dzie­się­cio­le­cia i wieki. Poja­wiały się poszlaki, wywiady z towa­rzy­szami podróży obiektu, pro­wa­dzące w sprzecz­nych kie­run­kach. Obiekt był teraz sam i kie­ro­wał się coraz dalej; zmarł, zanim w ogóle zaczęły się poszu­ki­wa­nia; miał flotę bojową i wra­cał się zemścić.

Z cza­sem naj­bar­dziej wia­ry­godne histo­rie zaczęły wyka­zy­wać wspólne ele­menty. Dowody zro­biły się dosta­tecz­nie solidne, by pewne statki zmie­niły har­mo­no­gramy i leciały przez dzie­się­cio­le­cia, by poszu­kać kolej­nych wska­zó­wek. Z powodu okręż­nych tras i opóź­nień prze­pa­dły for­tuny, ale straty doty­kały kilku z naj­więk­szych Rodów han­dlo­wych i nie sta­no­wiły kata­strofy. Byli dość bogaci, a te poszu­ki­wa­nia były na tyle ważne, że nie miało to więk­szego zna­cze­nia. Obszar poszu­ki­wań został zawę­żony: obiekt podró­żo­wał samot­nie, był nie­wy­raźną plamą wielu toż­sa­mo­ści, cią­giem jed­no­ra­zo­wych zatrud­nień na pomniej­szych jed­nost­kach han­dlo­wych, choć zawsze kie­ru­ją­cych się coraz głę­biej w ten koniec Prze­strzeni Ludzi. Poszu­ki­wa­nia zawę­żały obszar ze stu lat świetl­nych do pięć­dzie­się­ciu, potem dwu­dzie­stu… i do zale­d­wie kilku ukła­dów gwiezd­nych.

Aż w końcu poszu­ki­wa­nie wska­zało na poje­dyn­czy świat na skraju Prze­strzeni Ludzi od strony jądra. Teraz Sammy mógł uza­sad­nić przy­dzie­le­nie floty spe­cjal­nie do zakoń­cze­nia poszu­ki­wań. Załoga, a nawet więk­szość wła­ści­cieli, nie znała praw­dzi­wego celu misji, ale miał on spore szanse dopro­wa­dzić polo­wa­nia do końca.

* * *

Sammy oso­bi­ście zszedł na powierzch­nię Tri­lan­dii. Choć raz miało to sens, żeby kapi­tan floty sam wyko­nał pracę na miej­scu: Sammy był jedyną osobą we flo­cie, która oso­bi­ście spo­tkała tego czło­wieka. A dzięki obec­nej popu­lar­no­ści jego floty tutaj mógł z łatwo­ścią pora­dzić sobie z wszel­kimi moż­li­wymi prze­szko­dami biu­ro­kra­tycz­nymi. To były dobre powody… choć Sammy wie­dział, że i tak zszedłby na dół. _Cze­ka­łem tak bar­dzo długo, a już za chwilę wresz­cie go odnajdę._

– Czemu miał­bym panu poma­gać kogoś zna­leźć? Nie jestem pań­ską matką! – Drobny czło­wie­czek wyco­fał się w głąb swo­jego biura. Drzwi za jego ple­cami roz­su­nęły się na pięć cen­ty­me­trów i Sammy dostrzegł wyglą­da­jące przez szcze­linę wystra­szone dziecko. Drobny czło­wie­czek zatrza­snął drzwi z powro­tem i popa­trzył gniew­nie na funk­cjo­na­riu­szy Leśnic­twa, któ­rzy wpro­wa­dzili Sammy’ego do budynku. – Powiem to jesz­cze raz: pra­cuję w sieci. Jeśli tam nie zna­lazł pan tego, czego szuka, to ja nie pomogę.

– Prze­pra­szam. – Sammy dotknął ramie­nia naj­bliż­szego funk­cjo­na­riu­sza. – Prze­pra­szam. – Wysu­nął się przed sze­reg swo­jej obstawy.

Wła­ści­ciel dostrzegł, że w jego stronę zmie­rza ktoś wysoki. Się­gnął w stronę biurka. _Rety._ Jeśli znisz­czy swoje ukryte w sieci bazy danych, nic z niego nie wycią­gną.

Ale męż­czy­zna znie­ru­cho­miał w poło­wie ruchu. Zapa­trzył się na twarz Sammy’ego.

– Admi­rale?

– Uch, raczej „kapi­ta­nie floty”, jeśli można.

– Tak, tak! Codzien­nie oglą­damy pana w wia­do­mo­ściach. Pro­szę, niech pan siada. To pan zwró­cił się z zapy­ta­niem?

Zmie­nił zacho­wa­nie niczym kwiat otwie­ra­jący się na słońce. Naj­wy­raź­niej wśród miesz­kań­ców mia­sta Queng Ho byli rów­nie popu­larni jak w Wydziale Leśnic­twa. W ciągu kilku sekund gospo­darz – „pry­watny detek­tyw”, jak sie­bie nazy­wał – wywo­łał dane i uru­cho­mił pro­gramy wyszu­ki­wa­nia.

– Hmm. Nie zna pan nazwi­ska ani dobrego opisu wyglądu, tylko praw­do­po­dobną datę przy­by­cia. Dobrze, z kolei Leśnic­two twier­dzi, że nasz obiekt musiał się stać nie­ja­kim „Bidwe­lem Ducan­hem”. – Jego spoj­rze­nie powę­dro­wało w bok na mil­czą­cych funk­cjo­na­riu­szy i uśmiech­nął się. – Są bar­dzo dobrzy w docho­dze­niu do tego typu bez­sen­so­wych wnio­sków na pod­sta­wie nie­wy­star­cza­ją­cych infor­ma­cji. W tym przy­padku… – Zro­bił coś ze swo­imi pro­gra­mami szu­ka­ją­cymi. – Bidwel Ducanh. No tak, teraz, pod­czas szu­ka­nia, przy­po­mniało mi się, że o nim sły­sza­łem. Sześć­dzie­siąt czy sto lat temu doro­bił się swo­istej sławy. Postać, która poja­wiła się zni­kąd z umiar­ko­waną ilo­ścią pie­nię­dzy i nie­zwy­kłym talen­tem do pro­mo­wa­nia sie­bie. W ciągu trzy­dzie­stu lat zdo­był wspar­cie kilku więk­szych kor­po­ra­cji, a nawet przy­chyl­ność Wydziału Leśnic­twa. Ducanh twier­dził, że jest miesz­czu­chem, ale nie był par­ty­zan­tem. Chciał wydać pie­nią­dze na jakiś sza­lony, dłu­go­ter­mi­nowy pro­jekt. Co to było? Chciał… – Pry­watny detek­tyw ode­rwał wzrok od ekranu i na chwilę wbił go w Sammy’ego. – Chciał sfi­nan­so­wać eks­pe­dy­cję do gwiazdy Bista­bil­nej!

Sammy tylko kiw­nął głową.

– Szlag. Gdyby mu się udało, eks­pe­dy­cja Tri­lan­dii byłaby już w poło­wie drogi. – Detek­tyw mil­czał przez chwilę, jakby kon­tem­plo­wał utra­coną oka­zję. Zaj­rzał z powro­tem w swoje dane. – I wie pan, pra­wie mu się udało. Świat taki jak nasz musiałby się zruj­no­wać, żeby wysłać wyprawę mię­dzy­gwiezdną, ale sześć­dzie­siąt lat temu Tri­lan­dię odwie­dził poje­dyn­czy sta­tek Queng Ho. Oczy­wi­ście nie chcieli zmie­niać swo­ich pla­nów, choć nie­któ­rzy poplecz­nicy Ducanha mieli nadzieję, że im pomogą. Ducanh nie chciał o tym sły­szeć, nie chciał nawet roz­ma­wiać z Queng Ho. Po tej spra­wie facet stra­cił prak­tycz­nie całą wia­ry­god­ność… Znik­nął z widoku.

Wszystko to było w doku­men­tach Wydziału Leśnic­twa.

– Tak – zgo­dził się Sammy. – Inte­re­suje nas, gdzie teraz znaj­duje się ten czło­wiek.

W ukła­dzie sło­necz­nym Tri­lan­dii od sześć­dzie­się­ciu lat nie było pojazdu mię­dzy­gwiezd­nego. _On tu jest!_

– Ach, czyli uważa pan, że on może dys­po­no­wać jaki­miś dodat­ko­wymi infor­ma­cjami, czymś, co byłoby przy­datne nawet po tym, co wyda­rzyło się w ciągu ostat­nich trzech lat?

Sammy opa­no­wał impuls do prze­mocy. Jesz­cze tylko tro­chę cier­pli­wo­ści, ileż może go kosz­to­wać po całych wie­kach cze­ka­nia?

– Tak – odpo­wie­dział łagod­nie i roz­trop­nie. – Nie sądzi pan, że dobrze byłoby zebrać wszyst­kie moż­liwe infor­ma­cje?

– Racja. Przy­szedł pan we wła­ściwe miej­sce. Wiem o mie­ście rze­czy, któ­rymi ludzie z Leśnic­twa ni­gdy nie zawra­cali sobie głowy. I naprawdę chcę pomóc. – Przy­glą­dał się jakie­goś rodzaju ana­li­zie ska­no­wa­nia, czyli to nie był cał­ko­wi­cie stra­cony czasu. – Te sygnały obcych zmie­nią nasz świat i chcę, żeby moje dzieci…

Detek­tyw zmarsz­czył brwi.

– Ha! Roz­mi­nął się pan z tym całym Bidwe­lem, kapi­ta­nie floty. Nie żyje od dzie­się­ciu lat.

Sammy nie odpo­wie­dział, ale coś musiało prze­bić się przez jego maskę, bo drobny czło­wie­czek wzdry­gnął się, gdy na niego spoj­rzał.

– Ja… bar­dzo mi przy­kro, kapi­ta­nie. Może zosta­wił coś po sobie, jakiś testa­ment.

_To nie­moż­liwe. Nie, gdy dotar­łem tak bli­sko._ Jed­nak Sammy zawsze musiał się liczyć z taką moż­li­wo­ścią. Było to coś powszech­nego we wszech­świe­cie drob­nych iskie­rek życia i odle­gło­ści mię­dzy­gwiezd­nych.

– Cóż, ow­szem, jeste­śmy zain­te­re­so­wani zosta­wio­nymi przez niego danymi. – Słowa były przy­głu­szone.

_Przy­naj­mniej mamy zamknię­cie…_ Tak brzmia­łoby pod­su­mo­wa­nie raportu napi­sa­nego przez jakie­goś lizu­sow­skiego ana­li­tyka wywiadu.

Detek­tyw stu­kał w swoje urzą­dze­nia, mam­ro­cząc coś pod nosem. Wydział Leśnic­twa nie­chęt­nie wska­zał go jako jed­nego z naj­lep­szych w mie­ście, z tak dobrze roz­pro­szo­nymi bazami, że nie mogli po pro­stu skon­fi­sko­wać mu sprzętu i prze­jąć jego dzia­łal­no­ści. Szcze­rze pró­bo­wał pomóc…

– Może ist­nieć jakiś testa­ment, kapi­ta­nie floty, ale nie ma go w sieci Gran­dville.

– Jakieś inne mia­sto? – Fakt, że Wydział Leśnic­twa odse­pa­ro­wał sieci poszcze­gól­nych miast, był bar­dzo złym zna­kiem dla przy­szło­ści Tri­lan­dii.

– Nie­zu­peł­nie. Widzi pan, Ducanh został pocho­wany w coeme­te­rium Świę­tego Ksu­pera Nędza­rza, tego w Low­cin­der. Wygląda na to, że jego rze­czy zatrzy­mali mnisi. Z pew­no­ścią chęt­nie je wyda­dzą w podzię­ko­wa­niu za daro­wi­znę odpo­wied­niej wyso­ko­ści.

Prze­niósł wzrok na funk­cjo­na­riu­szy i jego spoj­rze­nie stward­niało. Może roz­po­znał naj­star­szego, komi­sa­rza bez­pie­czeń­stwa miej­skiego. Nie­wąt­pli­wie mogli wpły­nąć na mni­chów, by wydali rze­czy bez potrzeby jakich­kol­wiek daro­wizn.

Sammy wstał i podzię­ko­wał detek­ty­wowi, choć jego słowa brzmiały bar­dzo sztucz­nie nawet dla niego. Kiedy ruszył z powro­tem do drzwi i swo­jej eskorty, detek­tyw szybko wyszedł zza biurka i podą­żył za nim. Sammy uświa­do­mił sobie z nagłym wsty­dem, że nie zapła­cił za pomoc. Odwró­cił się, czu­jąc nagłą sym­pa­tię do gospo­da­rza. Podzi­wiał kogoś, kto miał odwagę doma­gać się zapłaty nawet w obec­no­ści nie­przy­chyl­nych poli­cjan­tów.

– Pro­szę, to mogę zaofe­ro­wać… – zaczął Sammy.

Męż­czy­zna uniósł ręce.

– Nie, nie trzeba. Ale chciał­bym pana popro­sić o przy­sługę. Widzi pan, mam dużą rodzinę i naj­by­strzej­sze dzieci, jakie mógł pan widzieć. Ta wspólna eks­pe­dy­cja nie odleci z Tri­lan­dii jesz­cze przez pięć albo dzie­sięć lat, prawda? Czy może pan dopil­no­wać, by moje dzieci, choć jedno z nich…

Sammy prze­krzy­wił głowę. Przy­sługi powią­zane z powo­dze­niem misji miały bar­dzo wysoką cenę.

– Bar­dzo mi przy­kro – odpo­wie­dział naj­ła­god­niej, jak mógł. – Pań­skie dzieci będą musiały kon­ku­ro­wać ze wszyst­kimi innymi. Niech pil­nie stu­diują, niech wybiorą spe­cja­li­za­cje, które zostaną ogło­szone. To im da naj­więk­sze szanse.

– Tak, kapi­ta­nie floty! Dokład­nie o taką przy­sługę pro­szę. Czy dopil­nuje pan… – Prze­łknął ślinę i z żarem popa­trzył na Sammy’ego, igno­ru­jąc pozo­sta­łych. – Czy dopil­nuje pan, by wolno było im stu­dio­wać?

– Z pew­no­ścią. – Lekka pre­sja w zakre­sie wymo­gów dopusz­cze­nia do stu­diów w niczym Sammy’emu nie prze­szka­dzała. A potem dotarło do niego, co detek­tyw naprawdę mówi. – Dopil­nuję tego, pro­szę pana.

– Dzię­kuję. Dzię­kuję! – Wsu­nął swoją wizy­tówkę w dłoń Sammy’ego. – Tu ma pan moje nazwi­sko i dane. Będę je aktu­ali­zo­wał. Pro­szę pamię­tać.

– Tak, uch, panie Bon­sol, będę pamię­tał. – To była kla­syczna trans­ak­cja Queng Ho.

* * *

W dole pod pojaz­dem Wydziału Leśnic­twa prze­my­kało mia­sto. Gran­dville miało tylko około pół miliona miesz­kań­ców, ale upchnięto ich w spię­trzone slumsy, nad któ­rymi powie­trze drżało od let­niego żaru. Lasy Pierw­szych Osad­ni­ków roz­cią­gały się na tysiące kilo­me­trów, dzie­wi­cza głu­sza ter­ra­for­ma­cji.

Wzbili się wysoko w czy­ste niebo barwy indygo, kie­ru­jąc się na połu­dnie. Sammy igno­ro­wał sie­dzą­cego tuż obok szefa „bez­pie­czeń­stwa miej­skiego” Tri­lan­dii. W tej chwili nie odczu­wał potrzeby ani ochoty do dyplo­ma­tycz­nego zacho­wa­nia. Wywo­łał połą­cze­nie do swo­jej zastęp­czyni kapi­tana floty. Przed jego oczami prze­su­nął się auto­ma­tycz­nie wyge­ne­ro­wany raport Kiry Liso­let. Sum Dotran zgo­dził się na zmianę har­mo­no­gramu: do gwiazdy Bista­bil­nej poleci cała flota.

– Sammy! – Przez auto­ma­tyczny raport prze­bił się głos Kiry. – Jak poszło? – Kira Liso­let była jedyną osobą we flo­cie, która znała praw­dziwy cel tej misji: poszu­ki­wa­nie czło­wieka.

– Ja… – _Stra­ci­li­śmy go, Kira._ Nie­stety nie potra­fił się zdo­być na te słowa. – Sama zobacz, Kira. Ostat­nie dwa tysiące sekund moich danych. Lecę teraz do Low­cin­der… Ostatni wątek do zamknię­cia.

Na chwilę zapa­dła cisza. Liso­let spraw­nie radziła sobie z indek­so­wa­nym ska­nem. Po chwili usły­szał, jak klnie pod nosem.

– Dobrze… ale pro­szę, domknij ten wątek, Sammy. Zda­rzało się już, że byli­śmy pewni, że go stra­ci­li­śmy.

– Jesz­cze ni­gdy w taki spo­sób, Kira.

– Powie­dzia­łam, żebyś się cał­ko­wi­cie upew­nił. – W gło­sie kobiety zabrzmiały sta­lowe tony.

Jej ród był wła­ści­cie­lem dużej czę­ści floty. Sama posia­dała jeden sta­tek. Wła­ści­wie była jedyną aktywną ope­ra­cyj­nie wła­ści­cielką uczest­ni­czącą w misji. Prze­waż­nie nie sta­no­wiło to pro­blemu. Kira Pen Liso­let była bar­dzo roz­sądna w nie­mal wszyst­kich spra­wach, choć to był jeden z wyjąt­ków.

– Upew­nię się, Kira. Wiesz o tym. – Do Sammy’ego dotarła nagle obec­ność szefa bez­pie­czeń­stwa Tri­lan­dii tuż przy łok­ciu… i przy­po­mniał sobie, co przy­pad­kowo odkrył zale­d­wie parę chwil wcze­śniej. – Jak wygląda sytu­acja na górze?

Odpo­wie­działa dość lekko, jakby prze­pra­sza­jąco.

– Świet­nie. Mam zwol­nie­nia dla stoczni. Umowy z prze­my­sło­wymi księ­ży­cami i kopal­niami w pasie aste­roid wyglą­dają dobrze. Dalej pra­cu­jemy nad szcze­gó­ło­wymi pla­nami. Wciąż uwa­żam, że możemy się wypo­sa­żyć i zdo­być spe­cja­li­styczną załogę w trzy­sta mega­se­kund. Wiesz, jak bar­dzo ci Tri­land­czycy chcą wziąć udział w misji.

Usły­szał uśmiech w jej gło­sie. Ich połą­cze­nie było szy­fro­wane, ale wie­działa, że jego strona nie jest chro­niona przed emo­cjami. Tri­lan­dia była klien­tem i wkrótce sta­nie się part­ne­rem w misji, jed­nak powinni znać swoje miej­sce.

– Bar­dzo dobrze. Dodaj jesz­cze coś do listy, jeśli tego na niej nie ma: „Ze względu na pra­gnie­nie zdo­by­cia naj­lep­szej moż­li­wej załogi spe­cja­li­stów wyma­gamy, by pro­gramy uni­wer­sy­tec­kie Wydziału Leśnic­twa zostały otwarte dla wszyst­kich, któ­rzy zali­czą nasze testy, nie tylko dla potom­ków Pierw­szych Osad­ni­ków”.

– Oczy­wi­ście… – Minęła sekunda, aku­rat na otrzą­śnię­cie się. – Boże, jak mogli­śmy prze­oczyć coś takiego?

_Prze­oczy­li­śmy to, bo nie­któ­rych dur­niów bar­dzo trudno jest oce­nić dosta­tecz­nie nisko._

* * *

Tysiąc sekund póź­niej pod nimi poja­wiło się Low­cin­der. Znaj­do­wali się pra­wie trzy­dzie­ści stopni na połu­dnie. Roz­cią­ga­jąca się wokół lodowa pusty­nia wyglą­dała jak zdję­cia rów­ni­ko­wej Tri­lan­dii sprzed pię­ciu­set lat, zanim Pierwsi Osad­nicy zaczęli grze­bać w gazach cie­plar­nia­nych i budo­wać wyszu­kane struk­tury eko­lo­gii ter­ra­for­ma­cyj­nej.

Samo Low­cin­der mie­ściło się bli­sko środka eks­tra­wa­ganc­kiej czar­nej plamy, pro­duktu stu­leci sto­so­wa­nia „nukle­onicz­nie czy­stych” paliw rakie­to­wych. Znaj­do­wał się tu naj­więk­szy lądowy port kosmiczny Tri­lan­dii, choć ostatni roz­rost mia­sta wyglą­dał rów­nie ponuro i nie­chluj­nie jak w innych na pla­ne­cie.

Ich pojazd prze­łą­czył się na wir­niki i prze­to­czył nad mia­stem, opa­da­jąc powoli. Słońce znaj­do­wało się bar­dzo nisko i więk­szość ulic skry­wał zmierzch, choć z każ­dym kilo­me­trem ulice sta­wały się jakby węż­sze. Nie­stan­dar­dowe kom­po­zyty ustą­piły miej­sca sze­ścia­nom, które kie­dyś mogły być kon­te­ne­rami towa­ro­wymi. Sammy przy­glą­dał się temu ponuro. Pierwsi Osad­nicy pra­co­wali przez stu­le­cia, by stwo­rzyć piękny świat, który eks­plo­do­wał im teraz pod nogami. Był to czę­sty pro­blem pla­net po ter­ra­for­ma­cji. Ist­niało przy­naj­mniej pięć umiar­ko­wa­nie bez­bo­le­snych metod pora­dze­nia sobie z koń­co­wym suk­ce­sem ter­ra­for­ma­cji, ale jeśli Pierwsi Osad­nicy oraz ich Wydział Leśnic­twa nie byli gotowi na ich wpro­wa­dze­nie… Cóż, po powro­cie flota może nie zastać tu cywi­li­za­cji. Już nie­długo będzie musiał odbyć szczerą roz­mowę z przed­sta­wi­cie­lami klasy rzą­dzą­cej.

Wró­cił myślami do chwili obec­nej w momen­cie, gdy pojazd opadł mię­dzy kan­cia­stymi budyn­kami miesz­kal­nymi. Sammy wraz z ochroną z Leśnic­twa prze­ma­sze­ro­wał przez na wpół zamro­żone błoto. W pudłach na scho­dach budynku, do któ­rego pod­cho­dzili, leżały sterty ubrań, być może ofia­ro­wa­nych dla bied­nych. Ochrona nad­ło­żyła drogi, żeby je obejść, a potem poko­nali schody i weszli do środka.

* * *

Zarządca coeme­te­rium przed­sta­wił się jako brat Song i wyglą­dał staro jak śmierć.

– Bidwel Ducanh? – Jego wzrok uciekł ner­wowo od Sammy’ego. Brat Pieśń nie poznał jego twa­rzy, ale znał Wydział Leśnic­twa. – Bidwel Ducanh zmarł dzie­sięć lat temu.

Kła­mał. On kła­mał.

Sammy ode­tchnął głę­boko i rozej­rzał się po skrom­nym pokoju. Nagle poczuł się tak groźny, za jakiego uwa­żały go nie­które z pokła­do­wych szu­mo­win. _Niech mi Bóg wyba­czy, ale zro­bię wszystko, by wydu­sić prawdę z tego czło­wieka._ Popa­trzył z powro­tem na brata Songa i spró­bo­wał przy­ja­znego uśmie­chu. Chyba nie wyszło mu to zbyt dobrze, bo sta­ru­szek cof­nął się o krok.

– Coeme­te­rium to miej­sce umie­ra­nia ludzi, zga­dza się, bra­cie Song?

– To miej­sce, w któ­rym wszy­scy mogą docze­kać swo­jej natu­ral­nej pełni czasu. Wyko­rzy­stu­jemy wszyst­kie przy­no­szone przez ludzi pie­nią­dze, by pomóc tym, któ­rzy tu przy­by­wają. – W per­wer­syj­nej sytu­acji Tri­lan­dii pry­mi­ty­wizm brata Songa miał swego rodzaju sens. Poma­gał naj­bied­niej­szym i naj­cię­żej cho­rym naj­le­piej, jak mógł.

Sammy pod­niósł rękę.

– Poda­ruję stu­letni budżet każ­demu z coeme­te­rium two­jego zakonu… jeśli zapro­wa­dzisz mnie do Bidwela Ducanha.

– Ja… – Brat Song znowu cof­nął się o krok i usiadł ciężko. Skądś wie­dział, że Sammy mógł zre­ali­zo­wać swoją ofertę. Może… Ale potem sta­ru­szek popa­trzył na Sammy’ego i w jego spoj­rze­niu poja­wił się despe­racki upór. – Nie. Bidwel Ducanh zmarł dzie­sięć lat temu.

Sammy prze­szedł przez pokój i chwy­cił porę­cze fotela sta­ruszka. Opu­ścił głowę na wyso­kość jego twa­rzy.

– Znasz ludzi, któ­rzy ze mną przy­szli. Czy wąt­pisz, że jeśli im każę, roz­biorą twoje coeme­te­rium na kawałki, ele­ment po ele­men­cie? Wąt­pisz, że jeśli nie znaj­dziemy tu tego, czego szu­kamy, zro­bimy to samo z każ­dym coeme­te­rium two­jego zakonu, na całej pla­ne­cie?

Było jasne, że brat Song w to nie wątpi. Znał Wydział Leśnic­twa. A jed­nak przez chwilę Sammy bał się, że Song oprze się nawet temu. _A wtedy zro­bię to, co będę musiał._ Nagle sta­ru­szek jakby zapadł się w sobie i zaczął cicho łkać.

Sammy wypro­sto­wał się nad jego fote­lem. Minęło tro­chę sekund. Sta­rzec prze­stał pła­kać i wstał z wysił­kiem. Nie spoj­rzał na Sammy’ego ani nie wyko­nał żad­nego gestu, po pro­stu wydrep­tał z pokoju.

Sammy poszedł za nim z całą obstawą. Wędro­wali gęsiego dłu­gim kory­ta­rzem. Było w nim coś strasz­nego. Wcale nie cho­dziło o słabe i uszko­dzone oświe­tle­nie ani panele sufi­towe ze śla­dami wody czy brudną pod­łogę. Wzdłuż całego kory­ta­rza na kana­pach i wóz­kach sie­dzieli ludzie. Sie­dzieli i patrzyli… w pustkę. Z początku Sammy myślał, że mają przed oczami ekrany, że patrzą gdzieś w dal, może w jakieś współ­dzie­lone obrazy. Prze­cież nie­któ­rzy roz­ma­wiali, inni wyko­ny­wali nie­ustanne skom­pli­ko­wane ruchy rękami. Ale potem dostrzegł, że znaki na ścia­nach zostały nama­lo­wane. Zwy­kły, łusz­czący się mate­riał ścian był wszyst­kim, co można było tu zoba­czyć, a oczy sie­dzą­cych w kory­ta­rzu przy­wię­dłych ludzi były nie­osło­nięte i puste.

Szedł bli­sko za bra­tem Son­giem. Mnich mówił sam do sie­bie, ale jego słowa miały sens. Mówił o obiek­cie:

– Bidwel Ducanh nie był miłym czło­wie­kiem. Nie był kimś lubia­nym, nawet na początku… Zwłasz­cza na początku. Powie­dział, że jest bogaty, ale niczego nam nie przy­niósł. Przez pierw­sze trzy­dzie­ści lat, gdy byłem młody, pra­co­wał rów­nie ciężko jak każdy z nas. Żadna praca nie była zbyt brudna, zbyt ciężka. Ale o każ­dym miał do powie­dze­nia coś złego. Ze wszyst­kich się naśmie­wał. Potra­fił sie­dzieć przy pacjen­cie pod­czas jego ostat­niej nocy życia, a potem z niego szy­dzić.

Brat Song mówił w cza­sie prze­szłym, ale po kilku chwi­lach Sammy zro­zu­miał, że nie pró­buje go do niczego prze­ko­nać. Song nie mówił nawet do sie­bie. Wyglą­dało to tak, jakby prze­ma­wiał w imie­niu kogoś, kto wkrótce dołą­czy do zmar­łych.

– A potem, w miarę upływu lat, jak my wszy­scy mógł poma­gać coraz mniej. Mówił o swo­ich wro­gach, w jaki spo­sób by ich zabił, gdyby kie­dy­kol­wiek go zna­leźli. Śmiał się, gdy obie­cy­wa­li­śmy go ukryć. W końcu prze­trwała tylko jego wred­ność… i to bez mowy.

Brat Song zatrzy­mał się przed dużymi drzwiami. Napis nad nimi był śmiały i kwia­towy: DO SOLA­RIUM.

– Ducanh to ten obser­wu­jący zachód słońca. – Ale mnich nie otwo­rzył drzwi. Stał z opusz­czoną głową, nie do końca blo­ku­jąc wej­ście.

Sammy zaczął go obcho­dzić, a potem zatrzy­mał się i powie­dział:

– Ta płat­ność, o któ­rej wspo­mnia­łem, zosta­nie prze­ka­zana na konto two­jego zakonu.

Sta­ru­szek nie pod­niósł na niego wzroku. Splu­nął na kurtkę Sammy’ego, a potem odszedł w głąb kory­ta­rza, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy funk­cjo­na­riu­szami.

Sammy odwró­cił się i pocią­gnął mecha­niczny zamek drzwi.

– Pro­szę pana? – ode­zwał się komi­sarz bez­pie­czeń­stwa miej­skiego. Poli­cyjny biu­ro­krata pod­szedł bli­sko i mówił cicho. – Uch. Nie chcie­li­śmy tego zada­nia eskorty. To powinni byli być pań­scy ludzie.

_Co takiego?_

– Zga­dzam się, komi­sa­rzu. To czemu nie pozwo­lił pan mi ich zabrać?

– To nie była moja decy­zja. Chyba sądzili, że funk­cjo­na­riu­sze będą mniej rzu­cać się w oczy. – Poli­cjant odwró­cił wzrok. – Niech pan posłu­cha, kapi­ta­nie floty. Wiemy, że Queng Ho długo cho­wają urazy.

Sammy przy­tak­nął, choć doty­czyło to bar­dziej cywi­li­za­cji klien­tów niż poszcze­gól­nych osób.

Poli­cjant w końcu spoj­rzał mu w oczy.

– Dobrze. Współ­pra­co­wa­li­śmy. Dopil­no­wa­li­śmy, żeby żadne infor­ma­cje o pań­skich poszu­ki­wa­niach nie wycie­kły do pań­skiego… celu. Ale nie zała­twimy tego faceta dla pana. Odwró­cimy wzrok, nie będziemy patrzeć. Ale go nie zała­twimy.

– Ach. – Sammy spró­bo­wał sobie wyobra­zić, gdzie znaj­do­wa­łoby się wła­ściwe miej­sce dla tego czło­wieka w pan­te­onie moral­nym. – Cóż, komi­sa­rzu, nie­wcho­dze­nie mi w drogę to wszystko, czego mi trzeba. Sam mogę się tym zająć.

Poli­cjant przy­tak­nął ner­wowo. Cof­nął się i nie poszedł za nim, gdy Sammy otwo­rzył drzwi do „sola­rium”.

* * *

Powie­trze było mroźne i stę­chłe, co sta­no­wiło pewną poprawę po wil­got­nym smro­dzie kory­ta­rza. Sammy zszedł w dół ciem­nych scho­dów. Wciąż był w zasa­dzie wewnątrz budynku, choć tylko czę­ściowo. Kie­dyś było to wyj­ście pro­wa­dzące na poziom ulicy. Teraz osła­niały je pla­sti­kowe arku­sze, two­rząc coś w rodzaju zabu­do­wa­nego patio.

_Co będzie, jeśli jest jak ci nie­szczę­śnicy w kory­ta­rzu?_ Koja­rzyli mu się z ludźmi żyją­cymi poza moż­li­wo­ściami wspar­cia medycz­nego albo ofia­rami sza­lo­nych eks­pe­ry­men­tów. Ich umy­sły czę­ściowo prze­pa­dły. Takiego końca ni­gdy na poważ­nie nie roz­wa­żał, ale teraz…

Dotarł na dół scho­dów. Za rogiem zoba­czył obiet­nicę świa­tła dnia. Prze­tarł usta wierz­chem dłoni i przez dłuż­szą chwilę stał bez ruchu.

_Zrób to._ Poszedł przed sie­bie, wcho­dząc do dużej sali. Wyglą­dała jak część par­kingu, ale osło­nię­tego pół­przej­rzy­stymi arku­szami pla­stiku. Nie było tu ogrze­wa­nia, a przez szcze­liny w arku­szach prze­do­sta­wały się podmu­chy zimna. Na krze­słach roz­sta­wio­nych na otwar­tej prze­strzeni kuliło się kilka mocno opa­tu­lo­nych postaci. Sie­działy, nie zwra­ca­jąc się w żad­nym kon­kret­nym kie­runku, nie­które patrzyły na szary kamień zewnętrz­nej ściany.

Sammy led­wie to zauwa­żył. Na dru­gim końcu sali przez otwór w sufi­cie wpa­dała sko­śna kolumna sło­necz­nego świa­tła. Pośrodku tej plamy bla­sku sie­działa jedna osoba.

Sammy prze­szedł powoli przez salę, ani na chwilę nie spusz­cza­jąc wzroku z osoby sie­dzą­cej w czer­wo­no­zło­tym świe­tle zachodu. Jej twarz wyka­zy­wała podo­bień­stwo do Rodów Queng Ho, ale nie była tą, którą Sammy pamię­tał. To bez zna­cze­nia. Musiał zmie­nić swą twarz dawno temu. Zresztą Sammy miał w kie­szeni kurtki czyt­nik DNA oraz kopię kodu swo­jego celu.

* * *

Męż­czy­zna sie­dział owi­nięty kocami, a na gło­wie miał grubą czapkę zro­bioną na dru­tach. Nie ruszał się, ale wyglą­dało na to, że coś obser­wuje, chło­nie zachód słońca. _To on._ Prze­ko­na­nie poja­wiło się bez racjo­nal­nej myśli, zale­wa­jąc go falą emo­cji. _Może nie­kom­pletny, ale to on._

Sammy wziął wolne krze­sło i usiadł naprze­ciw postaci w świe­tle. Minęło sto sekund. Dwie­ście. Ostat­nie pro­mie­nie słońca zaczęły gasnąć. Spoj­rze­nie męż­czy­zny było puste, ale zare­ago­wał na chłód na twa­rzy. Poru­szył głową, nie­ja­sno szu­ka­jąc, i chyba zauwa­żył swo­jego gościa. Sammy obró­cił się tak, by jego twarz oświe­tlił blask nieba. Coś poja­wiło się w oczach męż­czy­zny: zdzi­wie­nie wypły­wa­jące z głę­bin wspo­mnień. Nie­spo­dzie­wa­nie wysu­nął ręce spod koców i gwał­tow­nie skie­ro­wał je w stronę twa­rzy Sammy’ego.

– Ty!

– Tak, pro­szę pana. Ja. Osiem wie­ków poszu­ki­wań dobie­gło końca.

Cel poru­szył się ner­wowo na wózku, popra­wia­jąc koce. Mil­czał przez chwilę, a gdy w końcu się ode­zwał, mówił ury­wa­nymi sło­wami.

– Wie­dzia­łem, że twój… rodzaj będzie mnie wciąż szu­kał. Sfi­nan­so­wa­łem ten pie­kielny kult Ksu­pera, ale zawsze wie­dzia­łem… że to może nie wystar­czyć. – Znowu poru­szył się na wózku. W jego oczach poja­wił się błysk, któ­rego Sammy ni­gdy nie widział w daw­nych cza­sach. – Nie mów. Każdy Ród tro­chę doło­żył. Może każdy sta­tek Queng Ho ma jed­nego członka załogi, który mnie szuka.

Nie miał poję­cia o poszu­ki­wa­niach, które w końcu dopro­wa­dziły do odna­le­zie­nia go.

– Nie chcemy pana skrzyw­dzić.

Obiekt zaśmiał się chra­pli­wie, nie pro­te­stu­jąc, ale wyraź­nie nie wie­rząc.

– Mam pecha, że to wła­śnie ty oka­za­łeś się agen­tem przy­dzie­lo­nym przez nich do Tri­lan­dii. Jesteś dość bystry, by mnie zna­leźć. Powinni byli cię lepiej potrak­to­wać, Sammy. Powi­nie­neś być kapi­ta­nem floty i kimś wię­cej, a nie jakimś zabójcą na posyłki. – Znowu się poru­szył i się­gnął w dół, jakby chciał się podra­pać po tyłku. Co to takiego? Hemo­ro­idy? Rak? _Rety, założę się, że sie­dzi na pisto­le­cie. Był gotowy przez te wszyst­kie lata, a teraz zaplą­tał się w koce._

Sammy nachy­lił się ku niemu. Męż­czy­zna go nacią­gał. W porządku. To mógł być jedyny spo­sób na skło­nie­nie go do roz­mowy.

– W końcu się nam poszczę­ściło, pro­szę pana. Jeśli o mnie cho­dzi, domy­śli­łem się, że mógł pan tu tra­fić z powodu gwiazdy Bista­bil­nej.

Ukrad­kowe ruchy pod kocem na chwilę ustały. Na twa­rzy sta­ruszka poja­wił się szy­der­czy uśmiech.

– Jest tylko pięć­dzie­siąt lat świetl­nych stąd, Sammy. Naj­bliż­sza astro­no­miczna enigma Prze­strzeni Ludzi. A wy, wyka­stro­wani Queng Ho, ni­gdy jej nie odwie­dzi­li­ście. Inte­re­suje was wyłącz­nie święty zysk. – Łaska­wie mach­nął ręką, pod­czas gdy druga wsu­nęła się jesz­cze głę­biej pod koc. – Z dru­giej strony cała rasa ludzka jest rów­nie fatalna. Osiem tysięcy lat obser­wa­cji tele­sko­po­wych i dwa spie­przone prze­loty to wszystko, na co się zdo­by­li­śmy… Uzna­łem, że może będąc tak bli­sko, zdo­łam zor­ga­ni­zo­wać misję zało­gową. Może coś tam znajdę, coś, co da mi prze­wagę. A wtedy, po powro­cie_…_ – W jego oczach znowu poja­wił się dziwny błysk. Roz­wi­jał swe nie­re­alne marze­nie od tak dawna, że cał­ko­wi­cie go pochło­nęło. A Sammy uświa­do­mił sobie, że wcale nie ma do czy­nie­nia z kimś z demen­cją, a z sza­leń­cem.

Jed­nak długi należne sza­leń­cowi nie prze­sta­wały być dłu­gami.

Nachy­lił się tro­chę bli­żej.

– Mógł pan to zro­bić. Dowie­dzia­łem się, że sta­tek kosmiczny przy­le­ciał tu, gdy „Bidwel Ducanh” był u szczytu wpły­wów.

– To byli Queng Ho. Pie­przyć Queng Ho! Umy­łem od was ręce. – Jego lewa ręka prze­stała się poru­szać. Naj­wy­raź­niej zna­lazł pisto­let.

Sammy wycią­gnął rękę i lekko dotknął koca ukry­wa­ją­cego lewą rękę roz­mówcy. Nie było to unie­ru­cho­mie­nie, a potwier­dze­nie… i prośba o jesz­cze tro­chę czasu.

– Pham. Teraz jest powód, by lecieć do Bista­bil­nej. Nawet według stan­dar­dów Queng Ho.

– Co? – Sammy nie wie­dział, czy cho­dziło o jego dotyk, słowa czy imię, któ­rego nikt nie wypowie­dział od tak dawna… ale coś na chwilę sku­piło uwagę starca i skło­niło go do słu­cha­nia.

– Trzy lata temu, gdy wciąż tu jesz­cze lecie­li­śmy, Tri­land­czycy ode­brali emi­sje z Bista­bil­nej. Pocho­dzą z radio­wego nadaj­nika iskro­wego, jaki może wyna­leźć upa­dła cywi­li­za­cja, która cał­ko­wi­cie utra­ciła zdo­by­cze tech­no­lo­gii. Skie­ro­wa­li­śmy tam wła­sne zestawy anten i prze­pro­wa­dzi­li­śmy swoje ana­lizy. Emi­sje przy­po­mi­nają ręczny kod Morse’a, tylko że ludz­kie dło­nie i odru­chy ni­gdy nie pozwo­li­łyby na taki rytm, jak w tym przy­padku.

Sta­rzec otwo­rzył i zamknął usta, ale przez chwilę nie zabrzmiały żadne słowa.

– Nie­moż­liwe – powie­dział w końcu bar­dzo cicho.

Na wargi Sammy’ego wypły­nął uśmiech.

– Dziw­nie jest sły­szeć to słowo z pań­skich ust.

Znowu cisza. Męż­czy­zna opu­ścił głowę.

– Naj­wyż­sza wygrana. Roz­mi­ną­łem się z nią o zale­d­wie sześć­dzie­siąt lat. A ty, znaj­du­jąc mnie tutaj… teraz zdo­bę­dziesz to wszystko. – Rękę wciąż trzy­mał scho­waną, ale zapadł się na swoim wózku, poko­nany przez wła­sną, wewnętrzną wizję porażki.

– Pro­szę pana… kilku z nas – zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż kilku – szu­kało pana. Dopil­no­wał pan, by bar­dzo trudno było go zna­leźć, a ist­nieją bar­dzo stare powody, by utrzy­my­wać to poszu­ki­wa­nie w tajem­nicy. Ale ni­gdy nie życzy­li­śmy panu niczego złego. Chcie­li­śmy pana zna­leźć, by… – _Pogo­dzić się? Bła­gać o wyba­cze­nie?_ Sammy nie potra­fił się zdo­być na te słowa, zresztą nie były do końca praw­dziwe. W końcu ten czło­wiek się mylił. Lepiej sku­pić się na współ­cze­sno­ści. – Byli­by­śmy zaszczy­ceni, gdyby pole­ciał pan z nami do Bista­bil­nej.

– Ni­gdy. Nie jestem Queng Ho.

Sammy zawsze czuj­nie kon­tro­lo­wał bie­żący sta­tus swo­jego statku, a w tej chwili… Cóż, warto było spró­bo­wać.

– Nie przy­le­cia­łem na Tri­lan­dię jed­nym stat­kiem. Mam flotę.

Pod­bró­dek męż­czy­zny uniósł się nie­znacz­nie.

– Flotę? – Zain­te­re­so­wa­nie było sta­rym, choć nie do końca wyga­słym odru­chem.

– Są na orbi­cie par­kin­go­wej, ale za chwilę powinny być widoczne z Low­cin­der. Chce pan zoba­czyć?

Sta­ru­szek tylko wzru­szył ramio­nami, ale teraz obie dło­nie miał puste, trzy­ma­jąc je na kola­nach.

– Pokażę panu. – W pla­sti­ko­wych arku­szach parę metrów dalej wycięto drzwi. Sammy wstał i powoli pod­szedł, by prze­pchnąć wózek. Sta­rzec nie zapro­te­sto­wał.

* * *

Na zewnątrz było zimno, zapewne poni­żej zera. Nad dachami przed nimi utrzy­my­wały się kolory zachodu słońca, ale jedy­nym dowo­dem na cie­pło dnia była roz­pry­sku­jąca mu się na butach nie do końca zamar­z­nięta lodowa breja. Pchał wózek dalej, kie­ru­jąc się przez par­king w stronę miej­sca ofe­ru­ją­cego widok na zachód. Sta­rzec rozej­rzał się wokół.

_Cie­kawe, kiedy ostatni raz opusz­czał tam­ten budy­nek._

– Myśla­łeś kie­dyś o tym, Sammy, że na to przy­ję­cie mogą się zgło­sić jesz­cze inni goście?

– Pro­szę pana? – Byli sami na par­kingu.

– Ist­nieją zasie­dlone przez ludzi światy, które znaj­dują się bli­żej Bista­bil­nej od nas.

To przy­ję­cie.

– Tak, pro­szę pana. Aktu­ali­zu­jemy nasz nasłuch ich ukła­dów. Naj­bli­żej są trzy piękne pla­nety w ukła­dzie gwiezd­nym, które w ostat­nich stu­le­ciach otrzą­snęły się z bar­ba­rzyń­stwa. Nazy­wają się teraz „Roz­wi­nię­tymi”. Ni­gdy ich nie odwie­dza­li­śmy. Według naj­lep­szych przy­pusz­czeń utwo­rzyli jakie­goś typu tyra­nię, z roz­wi­niętą tech­no­lo­gią, ale bar­dzo zamkniętą, sku­pioną na sobie.

Sta­rzec prych­nął.

– Nie obcho­dzi mnie, jak bar­dzo dra­nie sku­piają się na sobie. Coś takiego mogłoby… obu­dzić trupa. Zabierz działa, rakiety i jądrówki, Sammy. Bar­dzo, bar­dzo dużo jądró­wek.

– Tak jest, pro­szę pana.

Sammy dopro­wa­dził wózek sta­ruszka na skraj par­kingu. Na swoim wyświe­tla­czu widział statki powoli wspi­na­jące się po nie­bie, wciąż ukryte przed wzro­kiem przez naj­bliż­szy budy­nek.

– Jesz­cze czte­ry­sta sekund i zoba­czy je pan, jak wyło­nią się nad tam­tym dachem. – Wska­zał miej­sce.

Męż­czy­zna nie odpo­wie­dział, ale patrzył z grub­sza w górę. Na nie­bie prze­su­wał się kon­wen­cjo­nalny ruch lot­ni­czy i promy star­tu­jące i lądu­jące w por­cie kosmicz­nym Low­cin­der. Wie­czór był wciąż jasny, ale gołym okiem widać było kilka sate­li­tów. Na zacho­dzie mała czer­wona kropka migała w spo­sób zna­czący, że jest ikoną na wyświe­tla­czu Sammy’ego, nie obiek­tem fizycz­nym. To był znacz­nik gwiazdy Bista­bil­nej. Sammy wpa­try­wał się w ten punkt przez chwilę. Nawet w nocy, z dala od świa­teł Low­cin­der, Bista­bilna nie byłaby widoczna, ale przez małą lunetę wyglą­dała jak zwy­kła gwiazda klasy G… Jesz­cze. Już za kilka lat będzie ją można zoba­czyć tylko za pomocą naj­po­tęż­niej­szych tele­sko­pów.

_Kiedy moja flota tam doleci, będzie ciemna od dwóch stu­leci… i będzie pra­wie gotowa na kolejne odro­dze­nie._

Opadł na jedno kolano obok wózka, igno­ru­jąc prze­ni­ka­jące zimno lodo­wego błota.

– Opo­wiem panu o moich stat­kach. – I zaczął opi­sy­wać masy, szcze­góły spe­cy­fi­ka­cji i wła­ści­cieli… a przy­naj­mniej ich więk­szość. Nie­któ­rych lepiej było zosta­wić na inną oka­zję, gdy sta­ru­szek nie będzie miał pod ręką pisto­letu. Cały czas obser­wo­wał jego twarz. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że męż­czy­zna rozu­mie, co się do niego mówi. Prze­kli­nał gło­sem bez wyrazu, rzu­ca­jąc nową obe­lgę do każ­dej wymie­nio­nej przez Sammy’ego nazwy. Z wyjąt­kiem ostat­niej…

– Liso­let? To brzmi jak coś ze Strent­manna.

– Tak, pro­szę pana. Moja zastęp­czyni kapi­tana floty jest Strent­man­nką.

– Ach. – Poki­wał głową. – To byli… dobrzy ludzie.

Sammy uśmiech­nął się pod nosem. Wylot pla­no­wany był za dzie­sięć lat. To powinno wystar­czyć, by przy­wró­cić męż­czy­znę do spraw­no­ści fizycz­nej, i może być dość dłu­gim cza­sem, by zła­go­dzić jego sza­leń­stwo. Pokle­pał ramę wózka koło ramie­nia sta­ruszka. _Tym razem pana nie opu­ścimy._

– Tam wyła­nia się pierw­szy z moich stat­ków. – Sammy znowu wska­zał.

Po sekun­dzie nad dachem budynku poja­wiła się jasna gwiazda, mknąc sta­tecz­nie w stronę zmierz­chu, odci­na­jąc się na tle mroku. Minęło sześć sekund i w polu widze­nia zna­lazł się drugi sta­tek. Następne sześć sekund i trzeci. I następny. I następny. I następny. A potem prze­rwa i w końcu jeden jaśniej­szy od wszyst­kich pozo­sta­łych. Jego statki znaj­do­wały się na sto­sun­kowo niskiej orbi­cie par­kin­go­wej, cztery tysiące kilo­me­trów nad powierzch­nią. Z tej odle­gło­ści były tylko punk­tami świa­tła, drob­nymi klej­no­tami zawie­szo­nymi o pół stop­nia od sie­bie na nie­wi­docz­nej nici roz­cią­gnię­tej przez niebo. Widok nie był bar­dziej spek­ta­ku­larny od orbit par­kin­go­wych frach­tow­ców ukła­do­wych czy jakichś lokal­nych orbi­tal­nych robót budow­la­nych… chyba że wie­działo się, jak daleką drogę prze­były te punk­ciki i jak daleko mogą jesz­cze zawę­dro­wać. Sammy usły­szał, jak sta­ru­szek wzdy­cha w zachwy­cie. On wie­dział.

Razem przy­glą­dali się, jak sie­dem świetl­nych kro­pek sunie powoli po nie­bie. Ciszę prze­rwał Sammy.

– Widzi pan ten jasny, na końcu? – Naj­więk­szy klej­not kon­ste­la­cji. – Dorów­nuje naj­więk­szemu stat­kowi gwiezd­nemu, jaki kie­dy­kol­wiek zbu­do­wano. To mój sta­tek fla­gowy, pro­szę pana… „Pham Nuwen”.pięć

Szre­kan­der dotarł do Dowódz­twa Lądo­wego po dwóch kolej­nych dniach. Mogłoby to potrwać dłu­żej, gdyby nie to, że prze­pro­jek­to­wany przez niego pas trans­mi­syjny auta pozwo­lił mu na bez­piecz­niej­sze poko­ny­wa­nie zakrę­tów. Mogłoby to też zająć mniej czasu, gdyby nie trzy awa­rie, któ­rych doznał po dro­dze, włącz­nie z pęk­nię­ciem cylin­dra. Kiedy mówił Lady Enc­le­arre, że jego bagaż mie­ści czę­ści zamienne, raczej sta­rał się unik­nąć odpo­wie­dzi, niż ją okła­my­wać. Naprawdę miał ich tam tro­chę: rze­czy, któ­rych nie zdo­łałby stwo­rzyć samo­dziel­nie w jakiejś wiej­skiej kuźni.

Było późne popo­łu­dnie, gdy poko­nał ostatni zakręt i pierw­szy raz zoba­czył długą dolinę miesz­czącą Dowódz­two Lądowe. Roz­cią­gało się na wiele mil, wgry­za­jąc się pro­sto w góry, ze ścia­nami doliny tak wyso­kimi, że czę­ści jej dna już kryły się w zmierz­chu. Odle­gły koniec zro­bił się błę­kit­nawy z odda­le­nia, a ze szczy­tów powy­żej maje­sta­tycz­nie i wolno spły­wały Kró­lew­skie Wodo­spady. Tury­ści nie mieli szans zbli­żyć się do nich bar­dziej. Prawa do tej ziemi i leżą­cej pod górą głębi miała rodzina kró­lew­ska, nale­żały do niej od cza­sów, gdy było to jesz­cze księ­stwo z ambi­cjami, czter­dzie­ści Mro­ków temu.

Szre­kan­der zjadł dobry posi­łek w ostat­niej małej gospo­dzie, zatan­ko­wał auto i skie­ro­wał się ku tere­nom kró­lew­skim. List od kuzyna pozwo­lił mu poko­nać zewnętrzne punkty kon­tro­lne. Otwarto przed nim szla­bany, a znu­dzeni żoł­nie­rze w burej zie­leni pozwo­lili mu prze­je­chać. Były tam koszary, place defi­la­dowe oraz – ukryte za potęż­nymi nasy­pami – maga­zyny amu­ni­cji. Jed­nak Dowódz­two Lądowe ni­gdy nie było zwy­kłą insta­la­cją woj­skową. Pod­czas wcze­snych dni Zgody były to głów­nie kró­lew­skie place zabaw, ale póź­niej, poko­le­nie za poko­le­niem, admi­ni­stra­cja rzą­dowa robiła się coraz bar­dziej sta­teczna, racjo­nalna i pozba­wiona roman­ty­zmu. Dowódz­two Lądowe doro­sło do swej nazwy i stało się sie­dzibą głów­nego sztabu Zgody. A póź­niej prze­ro­dziło się w coś jesz­cze więk­szego: ośro­dek najbar­dziej zaawan­so­wa­nych badań woj­sko­wych Zgody.

I to wła­śnie naj­bar­dziej inte­re­so­wało Szre­kan­dra Pod­gór­nego. Nie zwal­niał, żeby się gapić: żan­dar­me­ria woj­skowa bar­dzo sta­now­czo naka­zała mu udać się wprost do ofi­cjal­nego celu. Z dru­giej strony nikt nie zabra­niał mu roz­glą­dać się na wszyst­kie strony, obra­ca­jąc się przy tym lekko na grzę­dzie. Jedy­nym, co pozwa­lało na iden­ty­fi­ka­cję budyn­ków, były dys­kret­nie roz­miesz­czone pla­kietki z nume­rami, choć prze­zna­cze­nie nie­któ­rych było dość oczy­wi­ste. Tele­gra­fia bez­prze­wo­dowa: dłu­gie baraki pełne naj­dziw­niej­szych masz­tów radio­wych. Heh, jeśli wszystko zor­ga­ni­zo­wano, jak należy, budy­nek obok powi­nien mie­ścić aka­de­mię szy­fran­tów. Z dru­giej strony drogi roz­cią­gało się pole asfaltu gład­szego od jakiej­kol­wiek drogi. Nie było niczym dziw­nym, że na jego dal­szym końcu stały dwa jed­no­skrzy­dłowe samo­loty. Szre­kan­der dużo by oddał, by zoba­czyć, co kryło się za nimi, pod bre­zen­tami. Jesz­cze dalej z traw­nika przed budyn­kiem wysta­wał stromo pysk wiel­kiej maszyny tune­lu­ją­cej. Nie­moż­liwy kąt urzą­dze­nia wywo­ły­wał wra­że­nie szyb­ko­ści i prze­mocy, do jakiej miałby być zdolny ten naj­wol­niej­szy śro­dek loko­mo­cji.

Zbli­żał się do końca doliny. Góro­wały nad nim Kró­lew­skie Wodo­spady, roz­cią­ga­jąc w powie­trzu tęczę tysiąca barw. Minął coś, co zapewne było biblio­teką, obje­chał krąg par­kin­gowy w kró­lew­skich kolo­rach i stan­dar­dową rzeźbę Się­ga­nia po Zgodę. Kamienne budynki wokół kręgu two­rzyły szcze­gólną część mistyki Dowódz­twa Lądo­wego. Dzięki zło­że­niu szczę­ścia i osłony potra­fiły prze­trwać każde Nowe Słońce z nie­wiel­kimi uszko­dze­niami, nie pło­nęła nawet ich zawar­tość.

Treść tablicy gło­siła BUDY­NEK 5007. Biuro Badań Mate­ria­łów, według wska­zó­wek wrę­czo­nych mu przez war­tow­nika. Dobrym zna­kiem było to, że znaj­do­wało się w samym środku wszyst­kiego. Zapar­ko­wał mię­dzy dwoma innymi auto­mo­bi­lami, które stały już na pobo­czu ulicy. Lepiej się nie wyróż­niać.

Wcho­dząc po scho­dach, zauwa­żył, że słońce zacho­dzi nie­mal dokład­nie tam, skąd przy­je­chał. Było już poni­żej naj­wyż­szych grani. Sto­jąca na samym środku kręgu dro­go­wego rzeźba Się­ga­nia po Zgodę rzu­cała na traw­nik dłu­gie cie­nie. Z jakie­goś powodu podej­rze­wał, że zwy­kła baza woj­skowa nie wyglą­dała aż tak pięk­nie.

* * *

Sier­żant trzy­mał list Szre­kan­dra z wyraź­nym nie­sma­kiem.

– To kim jest ten kapi­tan Pod­górny…

– Och, nie jeste­śmy spo­krew­nieni, sier­żan­cie. On…

– …i czemu jego życze­nia mia­łyby coś dla nas zna­czyć?

– Ach, jeśli prze­czyta pan dalej, dowie się pan, że jest adiu­tan­tem puł­kow­nika Castle­wor­tha, Grzęda Kró­lew­ska QM.

Sier­żant wymam­ro­tał coś brzmią­cego jak „durna ochrona na bra­mie”. Z rezy­gna­cją przy­siadł swoje cał­kiem spore ciało.

– No dobrze, panie Pod­górny, na czym polega pań­ski pro­po­no­wany wkład w dzia­ła­nia wojenne?

Coś w nim wyglą­dało nie tak. W końcu Szre­kan­der zauwa­żył, że sier­żant ma usztyw­nie­nia medyczne na wszyst­kich lewych nogach. Roz­ma­wiał z praw­dzi­wym wete­ra­nem wojen­nym.

Nie będzie mu łatwo sprze­dać swoje pomy­sły. Zda­wał sobie sprawę, że nawet wobec przy­chyl­nych słu­cha­czy nie spra­wiał wiel­kiego wra­że­nia: był młody, zbyt chudy, by wyglą­dać przy­stoj­nie, rodzaj nie­zdar­nego mądrali. Miał nadzieję, że będzie mógł poroz­ma­wiać z ofi­ce­rem inży­nie­rii.

– No cóż, sier­żan­cie, przez ostat­nie trzy poko­le­nia wy, woj­skowi, pró­bo­wa­li­ście zdo­być prze­wagę, dzia­ła­jąc dłu­żej w Mroku. Z początku było to tylko kil­ka­set dni, dość długo, by pod­ło­żyć nie­spo­dzie­wane miny lub wzmoc­nić for­ty­fi­ka­cje. Potem rok albo dwa, co wystar­czyło na wypro­wa­dze­nie dużej liczby wojsk na pozy­cję do ataku z kolej­nym Nowym Słoń­cem.

Sier­żant – wedle pla­kietki nazy­wał się HRUNK­NER UNNERBY – tylko na niego patrzył.

– Wszy­scy wie­dzą, że obie strony na fron­cie wschod­nim pro­wa­dzą bar­dzo inten­sywne prace pole­ga­jące na kopa­niu tuneli, że w końcu może dojść do pro­wa­dze­nia potęż­nych bitew nawet dzie­sięć lat po zapad­nię­ciu Mroku.

Unnerby’ego naszła rado­sna myśl i jego gry­mas się nasi­lił.

– Jeśli tak pan myśli, powi­nien pan roz­ma­wiać z Kopa­czami. Tutaj mamy bada­nia mate­ria­łów, panie Pod­górny.

– Och, dobrze wiem. Jed­nak bez badań nad mate­ria­łami nie będziemy mieć szans na prze­trwa­nie w naprawdę zim­nych cza­sach. A ponadto… moje plany nie mają żad­nego związku z tune­lo­wa­niem. – To ostat­nie powie­dział dość szybko.

– To co w takim razie?

– Ja… pro­po­nuję wybra­nie odpo­wied­nich celów Tie­fstadt­czy­ków, obu­dze­nie się w naj­głęb­szym Mroku, przej­ście do nich na powierzchni i ich znisz­cze­nie. – To zebrało wszyst­kie nie­moż­li­wo­ści w jedno zwię­złe zda­nie. Uniósł ręce, wyprze­dza­jąc pro­test. – Pomy­śla­łem o każ­dej z wią­żą­cych się z tym trud­no­ści, sier­żan­cie. Mam roz­wią­za­nia albo początki roz­wią­zań…

Unnerby prze­rwał mu pra­wie łagod­nym gło­sem.

– W naj­głęb­szym Mroku, mówisz? I jesteś bada­czem z Uni­wer­sy­tetu Kró­lew­skiego w Prin­ce­ton? – Tak przed­sta­wił to w liście kuzyn Szre­kan­dra.

– Tak, z mate­ma­tyki i…

– Zamknij się. Czy masz jakieś poję­cie, ile milio­nów korona wydaje na bada­nia woj­skowe w miej­scach takich jak Uni­wer­sy­tet Kró­lew­ski? Masz poję­cie, jak ści­śle kon­tro­lu­jemy poważne prace, które się tam wyko­nuje? Boże, jak ja was nie­na­wi­dzę, zachod­nie snoby. Naj­gor­sze, czym musi­cie się mar­twić, to przy­go­to­wa­nie na Mrok, a led­wie sobie z tym radzi­cie. Gdy­byś miał choć tro­chę sztywny pan­cerz, już dawno byś się zacią­gnął. Ludzie teraz giną na wscho­dzie, chło­pie. Kolejne tysiące zginą nie­przy­go­to­wane na Mrok, jesz­cze wię­cej pole­gnie w tune­lach, oraz nie­zli­czone rze­sze zginą, gdy roz­ja­rzy się Nowe Słońce i nie będzie niczego do jedze­nia. A ty mi tu sie­dzisz, opo­wia­da­jąc bzdurne androny. – Unnerby urwał i jakby tro­chę się opa­no­wał. – Ach, ale opo­wiem ci zabawną histo­rię, zanim wyko­pię twój zadek z powro­tem do Prin­ce­ton. Widzisz, jestem tro­chę nie­zrów­no­wa­żony. – Poma­chał lewymi nogami. – Róż­nica zdań z szat­kow­nicą. Do czasu, aż wydo­brzeję, poma­gam odsiać durne pomy­sły, które przy­sy­łają nam ludzie two­jego pokroju. Na szczę­ście więk­szość bzdur dociera tu pocztą. Mniej wię­cej raz na dzie­sięć dni jakiś chłop ostrzega nas przed nisko­tem­pe­ra­tu­rową odmianą allo­tro­pową cyny…

_Ups, może roz­ma­wiam z inży­nie­rem!_

– …i że nie powin­ni­śmy uży­wać jej do luto­wa­nia. Przy­naj­mniej fakty są praw­dziwe, po pro­stu mar­nują nasz czas. Ale zda­rzają się też i tacy, któ­rzy wła­śnie prze­czy­tali coś o radzie i uznali, że powin­ni­śmy pro­du­ko­wać z niego gło­wice tune­lu­jące. Pro­wa­dzimy tu mię­dzy nami nie­wielki kon­kurs na to, kto dosta­nie naj­więk­szego idiotę. Mam wra­że­nie, panie Pod­górny, że wła­śnie zro­bił mnie pan zwy­cięzcą. Wymy­ślił pan obu­dze­nie się pośrodku Mroku, a potem przej­ście na powierzchni w tem­pe­ra­tu­rach niż­szych, niż potra­fimy wytwo­rzyć w naj­lep­szych labo­ra­to­riach komer­cyj­nych oraz próżni rzad­szej, niż umiemy zro­bić. – Unnerby urwał. Czyżby dotarło do niego, że zdra­dził odro­binę taj­nych infor­ma­cji?

Potem do Szre­kan­dra dotarło, że sier­żant patrzy na coś w miej­scu, któ­rego on sam nie ogar­niał wzro­kiem.

– Porucz­nik Kowal! Dzień dobry. – Sier­żant pra­wie sta­nął na bacz­ność.

– Dzień dobry, Hrunk­ner. – Jego roz­mów­czyni weszła w pole widze­nia.

Była… piękna. Nogi miała szczu­płe, twarde i wykrzy­wione, a każdy ruch ema­no­wał wdzię­kiem. Ubrana była w czarny mun­dur, któ­rego Szre­kan­der nie roz­po­znał. Jedy­nymi emble­ma­tami były oczka stop­nia i pla­kietka z nazwi­skiem. Wik­to­ria Kowal. Wyglą­dała nie­moż­li­wie młodo. Uro­dzona poza fazą? Może tak, a prze­sadna oznaka sza­cunku ze strony pod­ofi­cera była rodza­jem drwiny.

Porucz­nik Kowal zwró­ciła uwagę na Szre­kan­dra. Wyda­wała się przy­ja­zna w odle­gły, nie­mal roz­ba­wiony spo­sób.

– No dobrze, panie Pod­górny, jest pan bada­czem na wydziale mate­ma­tyki Uni­wer­sy­tetu Kró­lew­skiego.

– Wła­ści­wie bar­dziej dok­to­ran­tem… – Jej spoj­rze­nie doma­gało się bar­dziej szcze­rej odpo­wie­dzi. – Uch, mate­ma­tyka to tylko spe­cja­li­za­cja wymie­niona w moim ofi­cjal­nym pro­gra­mie. Zali­czy­łem dużo kur­sów na wydziale medy­cyny oraz inży­nie­rii mecha­nicz­nej. – Na wpół spo­dzie­wał się, że Unnerby rzuci jakimś obraź­li­wym komen­ta­rzem, ale sier­żant nie­spo­dzie­wa­nie zro­bił się bar­dzo cichy.

– W takim razie rozu­mie pan naturę naj­głęb­szego Mroku, ultra­ni­skie tem­pe­ra­tury i twardą próż­nię.

– Tak jest, pro­szę pani. I bar­dzo poważ­nie roz­wa­ży­łem te pro­blemy. _– Poświę­ca­jąc im nie­mal pół roku, ale lepiej tego nie mówić._ – Mam mnó­stwo pomy­słów i tro­chę wstęp­nych pro­jek­tów. Nie­które roz­wią­za­nia są bio­lo­giczne i na razie nie mam wiele do poka­za­nia. Ale przy­wio­złem pro­to­typy dla czę­ści mecha­nicz­nych aspek­tów pro­jektu. Są w moim auto­mo­bilu.

– Ach tak. Zapar­ko­wa­nym mię­dzy autami gene­ra­łów Gre­envala i Downinga. Może powin­ni­śmy się im przyj­rzeć… i prze­sta­wić pań­skie auto w bez­piecz­niej­sze miej­sce.

Pełne zro­zu­mie­nie było odle­głe o całe lata, ale w tej chwili Szre­kan­der Pod­górny doznał pierw­szego oświe­ce­nia. Ze wszyst­kich osób w Dowódz­twie Lądo­wym – ze wszyst­kich osób na całym świe­cie – nie mógł tra­fić na lep­szą słu­chaczkę niż porucz­nik Wik­to­ria Kowal.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij