Głębia w niebie - ebook
Fantastyka naukowa w największej skali: kilkutysięczna załoga wyrusza w wielowiekową podróż do najdalszych zakątków Przestrzeni Ludzi.
Powieść, której akcja rozgrywa się przed wydarzeniami opisanymi w „Ogniu nad otchłanią”, zachwyca rozmachem i wciąga od pierwszych stron. „Głębia w niebie” opowiada historię Phama Nuwena, jednego z członków międzygwiezdnej floty handlowej Queng Ho.
Wraz z Rozwiniętymi przybywa on na orbitę Arachny – pogrążonej w wieloletnim mroku planety, która wkrótce przebudzi się wraz z ponownym zapłonem Gwiazdy Bistabilnej. Obie ekspedycje zamierzają wykorzystać nadchodzącą erę rozwoju technologicznego i handlu na świecie zamieszkanym przez obcą rasę. Jednak podczas gdy Queng Ho kierują się przede wszystkim chęcią zysku, plany Rozwiniętych są znacznie bardziej złowieszcze i w dużej mierze opierają się na przemocy oraz ludobójstwie.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68919-70-7 |
| Rozmiar pliku: | 3,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ucząc się pisania fantastyki naukowej, miałem wiele wspaniałych wzorów, ale dzieła Poula Andersona znaczyły dla mnie więcej niż wszystkie pozostałe. Poza tym Poul obdarzył mnie i świat niezwykłym skarbem wspaniałych, ciekawych historii – i wciąż to robi.
Bardziej osobiście, zawsze będę wdzięczny Poulowi i Karen Andersonom za gościnność, jaką okazali pewnemu młodemu pisarzowi fantastyki naukowej w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku.
V.V.prolog
Poszukiwania objęły ponad sto lat świetlnych i osiem stuleci. Zawsze były prowadzone potajemnie i nie zdawali sobie z tego sprawy nawet niektórzy ich uczestnicy. We wczesnych latach obejmowały po prostu ukryte w transmisjach radiowych zaszyfrowane zapytania. Mijały dziesięciolecia i wieki. Pojawiały się poszlaki, wywiady z towarzyszami podróży obiektu, prowadzące w sprzecznych kierunkach. Obiekt był teraz sam i kierował się coraz dalej; zmarł, zanim w ogóle zaczęły się poszukiwania; miał flotę bojową i wracał się zemścić.
Z czasem najbardziej wiarygodne historie zaczęły wykazywać wspólne elementy. Dowody zrobiły się dostatecznie solidne, by pewne statki zmieniły harmonogramy i leciały przez dziesięciolecia, by poszukać kolejnych wskazówek. Z powodu okrężnych tras i opóźnień przepadły fortuny, ale straty dotykały kilku z największych Rodów handlowych i nie stanowiły katastrofy. Byli dość bogaci, a te poszukiwania były na tyle ważne, że nie miało to większego znaczenia. Obszar poszukiwań został zawężony: obiekt podróżował samotnie, był niewyraźną plamą wielu tożsamości, ciągiem jednorazowych zatrudnień na pomniejszych jednostkach handlowych, choć zawsze kierujących się coraz głębiej w ten koniec Przestrzeni Ludzi. Poszukiwania zawężały obszar ze stu lat świetlnych do pięćdziesięciu, potem dwudziestu… i do zaledwie kilku układów gwiezdnych.
Aż w końcu poszukiwanie wskazało na pojedynczy świat na skraju Przestrzeni Ludzi od strony jądra. Teraz Sammy mógł uzasadnić przydzielenie floty specjalnie do zakończenia poszukiwań. Załoga, a nawet większość właścicieli, nie znała prawdziwego celu misji, ale miał on spore szanse doprowadzić polowania do końca.
* * *
Sammy osobiście zszedł na powierzchnię Trilandii. Choć raz miało to sens, żeby kapitan floty sam wykonał pracę na miejscu: Sammy był jedyną osobą we flocie, która osobiście spotkała tego człowieka. A dzięki obecnej popularności jego floty tutaj mógł z łatwością poradzić sobie z wszelkimi możliwymi przeszkodami biurokratycznymi. To były dobre powody… choć Sammy wiedział, że i tak zszedłby na dół. _Czekałem tak bardzo długo, a już za chwilę wreszcie go odnajdę._
– Czemu miałbym panu pomagać kogoś znaleźć? Nie jestem pańską matką! – Drobny człowieczek wycofał się w głąb swojego biura. Drzwi za jego plecami rozsunęły się na pięć centymetrów i Sammy dostrzegł wyglądające przez szczelinę wystraszone dziecko. Drobny człowieczek zatrzasnął drzwi z powrotem i popatrzył gniewnie na funkcjonariuszy Leśnictwa, którzy wprowadzili Sammy’ego do budynku. – Powiem to jeszcze raz: pracuję w sieci. Jeśli tam nie znalazł pan tego, czego szuka, to ja nie pomogę.
– Przepraszam. – Sammy dotknął ramienia najbliższego funkcjonariusza. – Przepraszam. – Wysunął się przed szereg swojej obstawy.
Właściciel dostrzegł, że w jego stronę zmierza ktoś wysoki. Sięgnął w stronę biurka. _Rety._ Jeśli zniszczy swoje ukryte w sieci bazy danych, nic z niego nie wyciągną.
Ale mężczyzna znieruchomiał w połowie ruchu. Zapatrzył się na twarz Sammy’ego.
– Admirale?
– Uch, raczej „kapitanie floty”, jeśli można.
– Tak, tak! Codziennie oglądamy pana w wiadomościach. Proszę, niech pan siada. To pan zwrócił się z zapytaniem?
Zmienił zachowanie niczym kwiat otwierający się na słońce. Najwyraźniej wśród mieszkańców miasta Queng Ho byli równie popularni jak w Wydziale Leśnictwa. W ciągu kilku sekund gospodarz – „prywatny detektyw”, jak siebie nazywał – wywołał dane i uruchomił programy wyszukiwania.
– Hmm. Nie zna pan nazwiska ani dobrego opisu wyglądu, tylko prawdopodobną datę przybycia. Dobrze, z kolei Leśnictwo twierdzi, że nasz obiekt musiał się stać niejakim „Bidwelem Ducanhem”. – Jego spojrzenie powędrowało w bok na milczących funkcjonariuszy i uśmiechnął się. – Są bardzo dobrzy w dochodzeniu do tego typu bezsensowych wniosków na podstawie niewystarczających informacji. W tym przypadku… – Zrobił coś ze swoimi programami szukającymi. – Bidwel Ducanh. No tak, teraz, podczas szukania, przypomniało mi się, że o nim słyszałem. Sześćdziesiąt czy sto lat temu dorobił się swoistej sławy. Postać, która pojawiła się znikąd z umiarkowaną ilością pieniędzy i niezwykłym talentem do promowania siebie. W ciągu trzydziestu lat zdobył wsparcie kilku większych korporacji, a nawet przychylność Wydziału Leśnictwa. Ducanh twierdził, że jest mieszczuchem, ale nie był partyzantem. Chciał wydać pieniądze na jakiś szalony, długoterminowy projekt. Co to było? Chciał… – Prywatny detektyw oderwał wzrok od ekranu i na chwilę wbił go w Sammy’ego. – Chciał sfinansować ekspedycję do gwiazdy Bistabilnej!
Sammy tylko kiwnął głową.
– Szlag. Gdyby mu się udało, ekspedycja Trilandii byłaby już w połowie drogi. – Detektyw milczał przez chwilę, jakby kontemplował utraconą okazję. Zajrzał z powrotem w swoje dane. – I wie pan, prawie mu się udało. Świat taki jak nasz musiałby się zrujnować, żeby wysłać wyprawę międzygwiezdną, ale sześćdziesiąt lat temu Trilandię odwiedził pojedynczy statek Queng Ho. Oczywiście nie chcieli zmieniać swoich planów, choć niektórzy poplecznicy Ducanha mieli nadzieję, że im pomogą. Ducanh nie chciał o tym słyszeć, nie chciał nawet rozmawiać z Queng Ho. Po tej sprawie facet stracił praktycznie całą wiarygodność… Zniknął z widoku.
Wszystko to było w dokumentach Wydziału Leśnictwa.
– Tak – zgodził się Sammy. – Interesuje nas, gdzie teraz znajduje się ten człowiek.
W układzie słonecznym Trilandii od sześćdziesięciu lat nie było pojazdu międzygwiezdnego. _On tu jest!_
– Ach, czyli uważa pan, że on może dysponować jakimiś dodatkowymi informacjami, czymś, co byłoby przydatne nawet po tym, co wydarzyło się w ciągu ostatnich trzech lat?
Sammy opanował impuls do przemocy. Jeszcze tylko trochę cierpliwości, ileż może go kosztować po całych wiekach czekania?
– Tak – odpowiedział łagodnie i roztropnie. – Nie sądzi pan, że dobrze byłoby zebrać wszystkie możliwe informacje?
– Racja. Przyszedł pan we właściwe miejsce. Wiem o mieście rzeczy, którymi ludzie z Leśnictwa nigdy nie zawracali sobie głowy. I naprawdę chcę pomóc. – Przyglądał się jakiegoś rodzaju analizie skanowania, czyli to nie był całkowicie stracony czasu. – Te sygnały obcych zmienią nasz świat i chcę, żeby moje dzieci…
Detektyw zmarszczył brwi.
– Ha! Rozminął się pan z tym całym Bidwelem, kapitanie floty. Nie żyje od dziesięciu lat.
Sammy nie odpowiedział, ale coś musiało przebić się przez jego maskę, bo drobny człowieczek wzdrygnął się, gdy na niego spojrzał.
– Ja… bardzo mi przykro, kapitanie. Może zostawił coś po sobie, jakiś testament.
_To niemożliwe. Nie, gdy dotarłem tak blisko._ Jednak Sammy zawsze musiał się liczyć z taką możliwością. Było to coś powszechnego we wszechświecie drobnych iskierek życia i odległości międzygwiezdnych.
– Cóż, owszem, jesteśmy zainteresowani zostawionymi przez niego danymi. – Słowa były przygłuszone.
_Przynajmniej mamy zamknięcie…_ Tak brzmiałoby podsumowanie raportu napisanego przez jakiegoś lizusowskiego analityka wywiadu.
Detektyw stukał w swoje urządzenia, mamrocząc coś pod nosem. Wydział Leśnictwa niechętnie wskazał go jako jednego z najlepszych w mieście, z tak dobrze rozproszonymi bazami, że nie mogli po prostu skonfiskować mu sprzętu i przejąć jego działalności. Szczerze próbował pomóc…
– Może istnieć jakiś testament, kapitanie floty, ale nie ma go w sieci Grandville.
– Jakieś inne miasto? – Fakt, że Wydział Leśnictwa odseparował sieci poszczególnych miast, był bardzo złym znakiem dla przyszłości Trilandii.
– Niezupełnie. Widzi pan, Ducanh został pochowany w coemeterium Świętego Ksupera Nędzarza, tego w Lowcinder. Wygląda na to, że jego rzeczy zatrzymali mnisi. Z pewnością chętnie je wydadzą w podziękowaniu za darowiznę odpowiedniej wysokości.
Przeniósł wzrok na funkcjonariuszy i jego spojrzenie stwardniało. Może rozpoznał najstarszego, komisarza bezpieczeństwa miejskiego. Niewątpliwie mogli wpłynąć na mnichów, by wydali rzeczy bez potrzeby jakichkolwiek darowizn.
Sammy wstał i podziękował detektywowi, choć jego słowa brzmiały bardzo sztucznie nawet dla niego. Kiedy ruszył z powrotem do drzwi i swojej eskorty, detektyw szybko wyszedł zza biurka i podążył za nim. Sammy uświadomił sobie z nagłym wstydem, że nie zapłacił za pomoc. Odwrócił się, czując nagłą sympatię do gospodarza. Podziwiał kogoś, kto miał odwagę domagać się zapłaty nawet w obecności nieprzychylnych policjantów.
– Proszę, to mogę zaoferować… – zaczął Sammy.
Mężczyzna uniósł ręce.
– Nie, nie trzeba. Ale chciałbym pana poprosić o przysługę. Widzi pan, mam dużą rodzinę i najbystrzejsze dzieci, jakie mógł pan widzieć. Ta wspólna ekspedycja nie odleci z Trilandii jeszcze przez pięć albo dziesięć lat, prawda? Czy może pan dopilnować, by moje dzieci, choć jedno z nich…
Sammy przekrzywił głowę. Przysługi powiązane z powodzeniem misji miały bardzo wysoką cenę.
– Bardzo mi przykro – odpowiedział najłagodniej, jak mógł. – Pańskie dzieci będą musiały konkurować ze wszystkimi innymi. Niech pilnie studiują, niech wybiorą specjalizacje, które zostaną ogłoszone. To im da największe szanse.
– Tak, kapitanie floty! Dokładnie o taką przysługę proszę. Czy dopilnuje pan… – Przełknął ślinę i z żarem popatrzył na Sammy’ego, ignorując pozostałych. – Czy dopilnuje pan, by wolno było im studiować?
– Z pewnością. – Lekka presja w zakresie wymogów dopuszczenia do studiów w niczym Sammy’emu nie przeszkadzała. A potem dotarło do niego, co detektyw naprawdę mówi. – Dopilnuję tego, proszę pana.
– Dziękuję. Dziękuję! – Wsunął swoją wizytówkę w dłoń Sammy’ego. – Tu ma pan moje nazwisko i dane. Będę je aktualizował. Proszę pamiętać.
– Tak, uch, panie Bonsol, będę pamiętał. – To była klasyczna transakcja Queng Ho.
* * *
W dole pod pojazdem Wydziału Leśnictwa przemykało miasto. Grandville miało tylko około pół miliona mieszkańców, ale upchnięto ich w spiętrzone slumsy, nad którymi powietrze drżało od letniego żaru. Lasy Pierwszych Osadników rozciągały się na tysiące kilometrów, dziewicza głusza terraformacji.
Wzbili się wysoko w czyste niebo barwy indygo, kierując się na południe. Sammy ignorował siedzącego tuż obok szefa „bezpieczeństwa miejskiego” Trilandii. W tej chwili nie odczuwał potrzeby ani ochoty do dyplomatycznego zachowania. Wywołał połączenie do swojej zastępczyni kapitana floty. Przed jego oczami przesunął się automatycznie wygenerowany raport Kiry Lisolet. Sum Dotran zgodził się na zmianę harmonogramu: do gwiazdy Bistabilnej poleci cała flota.
– Sammy! – Przez automatyczny raport przebił się głos Kiry. – Jak poszło? – Kira Lisolet była jedyną osobą we flocie, która znała prawdziwy cel tej misji: poszukiwanie człowieka.
– Ja… – _Straciliśmy go, Kira._ Niestety nie potrafił się zdobyć na te słowa. – Sama zobacz, Kira. Ostatnie dwa tysiące sekund moich danych. Lecę teraz do Lowcinder… Ostatni wątek do zamknięcia.
Na chwilę zapadła cisza. Lisolet sprawnie radziła sobie z indeksowanym skanem. Po chwili usłyszał, jak klnie pod nosem.
– Dobrze… ale proszę, domknij ten wątek, Sammy. Zdarzało się już, że byliśmy pewni, że go straciliśmy.
– Jeszcze nigdy w taki sposób, Kira.
– Powiedziałam, żebyś się całkowicie upewnił. – W głosie kobiety zabrzmiały stalowe tony.
Jej ród był właścicielem dużej części floty. Sama posiadała jeden statek. Właściwie była jedyną aktywną operacyjnie właścicielką uczestniczącą w misji. Przeważnie nie stanowiło to problemu. Kira Pen Lisolet była bardzo rozsądna w niemal wszystkich sprawach, choć to był jeden z wyjątków.
– Upewnię się, Kira. Wiesz o tym. – Do Sammy’ego dotarła nagle obecność szefa bezpieczeństwa Trilandii tuż przy łokciu… i przypomniał sobie, co przypadkowo odkrył zaledwie parę chwil wcześniej. – Jak wygląda sytuacja na górze?
Odpowiedziała dość lekko, jakby przepraszająco.
– Świetnie. Mam zwolnienia dla stoczni. Umowy z przemysłowymi księżycami i kopalniami w pasie asteroid wyglądają dobrze. Dalej pracujemy nad szczegółowymi planami. Wciąż uważam, że możemy się wyposażyć i zdobyć specjalistyczną załogę w trzysta megasekund. Wiesz, jak bardzo ci Trilandczycy chcą wziąć udział w misji.
Usłyszał uśmiech w jej głosie. Ich połączenie było szyfrowane, ale wiedziała, że jego strona nie jest chroniona przed emocjami. Trilandia była klientem i wkrótce stanie się partnerem w misji, jednak powinni znać swoje miejsce.
– Bardzo dobrze. Dodaj jeszcze coś do listy, jeśli tego na niej nie ma: „Ze względu na pragnienie zdobycia najlepszej możliwej załogi specjalistów wymagamy, by programy uniwersyteckie Wydziału Leśnictwa zostały otwarte dla wszystkich, którzy zaliczą nasze testy, nie tylko dla potomków Pierwszych Osadników”.
– Oczywiście… – Minęła sekunda, akurat na otrząśnięcie się. – Boże, jak mogliśmy przeoczyć coś takiego?
_Przeoczyliśmy to, bo niektórych durniów bardzo trudno jest ocenić dostatecznie nisko._
* * *
Tysiąc sekund później pod nimi pojawiło się Lowcinder. Znajdowali się prawie trzydzieści stopni na południe. Rozciągająca się wokół lodowa pustynia wyglądała jak zdjęcia równikowej Trilandii sprzed pięciuset lat, zanim Pierwsi Osadnicy zaczęli grzebać w gazach cieplarnianych i budować wyszukane struktury ekologii terraformacyjnej.
Samo Lowcinder mieściło się blisko środka ekstrawaganckiej czarnej plamy, produktu stuleci stosowania „nukleonicznie czystych” paliw rakietowych. Znajdował się tu największy lądowy port kosmiczny Trilandii, choć ostatni rozrost miasta wyglądał równie ponuro i niechlujnie jak w innych na planecie.
Ich pojazd przełączył się na wirniki i przetoczył nad miastem, opadając powoli. Słońce znajdowało się bardzo nisko i większość ulic skrywał zmierzch, choć z każdym kilometrem ulice stawały się jakby węższe. Niestandardowe kompozyty ustąpiły miejsca sześcianom, które kiedyś mogły być kontenerami towarowymi. Sammy przyglądał się temu ponuro. Pierwsi Osadnicy pracowali przez stulecia, by stworzyć piękny świat, który eksplodował im teraz pod nogami. Był to częsty problem planet po terraformacji. Istniało przynajmniej pięć umiarkowanie bezbolesnych metod poradzenia sobie z końcowym sukcesem terraformacji, ale jeśli Pierwsi Osadnicy oraz ich Wydział Leśnictwa nie byli gotowi na ich wprowadzenie… Cóż, po powrocie flota może nie zastać tu cywilizacji. Już niedługo będzie musiał odbyć szczerą rozmowę z przedstawicielami klasy rządzącej.
Wrócił myślami do chwili obecnej w momencie, gdy pojazd opadł między kanciastymi budynkami mieszkalnymi. Sammy wraz z ochroną z Leśnictwa przemaszerował przez na wpół zamrożone błoto. W pudłach na schodach budynku, do którego podchodzili, leżały sterty ubrań, być może ofiarowanych dla biednych. Ochrona nadłożyła drogi, żeby je obejść, a potem pokonali schody i weszli do środka.
* * *
Zarządca coemeterium przedstawił się jako brat Song i wyglądał staro jak śmierć.
– Bidwel Ducanh? – Jego wzrok uciekł nerwowo od Sammy’ego. Brat Pieśń nie poznał jego twarzy, ale znał Wydział Leśnictwa. – Bidwel Ducanh zmarł dziesięć lat temu.
Kłamał. On kłamał.
Sammy odetchnął głęboko i rozejrzał się po skromnym pokoju. Nagle poczuł się tak groźny, za jakiego uważały go niektóre z pokładowych szumowin. _Niech mi Bóg wybaczy, ale zrobię wszystko, by wydusić prawdę z tego człowieka._ Popatrzył z powrotem na brata Songa i spróbował przyjaznego uśmiechu. Chyba nie wyszło mu to zbyt dobrze, bo staruszek cofnął się o krok.
– Coemeterium to miejsce umierania ludzi, zgadza się, bracie Song?
– To miejsce, w którym wszyscy mogą doczekać swojej naturalnej pełni czasu. Wykorzystujemy wszystkie przynoszone przez ludzi pieniądze, by pomóc tym, którzy tu przybywają. – W perwersyjnej sytuacji Trilandii prymitywizm brata Songa miał swego rodzaju sens. Pomagał najbiedniejszym i najciężej chorym najlepiej, jak mógł.
Sammy podniósł rękę.
– Podaruję stuletni budżet każdemu z coemeterium twojego zakonu… jeśli zaprowadzisz mnie do Bidwela Ducanha.
– Ja… – Brat Song znowu cofnął się o krok i usiadł ciężko. Skądś wiedział, że Sammy mógł zrealizować swoją ofertę. Może… Ale potem staruszek popatrzył na Sammy’ego i w jego spojrzeniu pojawił się desperacki upór. – Nie. Bidwel Ducanh zmarł dziesięć lat temu.
Sammy przeszedł przez pokój i chwycił poręcze fotela staruszka. Opuścił głowę na wysokość jego twarzy.
– Znasz ludzi, którzy ze mną przyszli. Czy wątpisz, że jeśli im każę, rozbiorą twoje coemeterium na kawałki, element po elemencie? Wątpisz, że jeśli nie znajdziemy tu tego, czego szukamy, zrobimy to samo z każdym coemeterium twojego zakonu, na całej planecie?
Było jasne, że brat Song w to nie wątpi. Znał Wydział Leśnictwa. A jednak przez chwilę Sammy bał się, że Song oprze się nawet temu. _A wtedy zrobię to, co będę musiał._ Nagle staruszek jakby zapadł się w sobie i zaczął cicho łkać.
Sammy wyprostował się nad jego fotelem. Minęło trochę sekund. Starzec przestał płakać i wstał z wysiłkiem. Nie spojrzał na Sammy’ego ani nie wykonał żadnego gestu, po prostu wydreptał z pokoju.
Sammy poszedł za nim z całą obstawą. Wędrowali gęsiego długim korytarzem. Było w nim coś strasznego. Wcale nie chodziło o słabe i uszkodzone oświetlenie ani panele sufitowe ze śladami wody czy brudną podłogę. Wzdłuż całego korytarza na kanapach i wózkach siedzieli ludzie. Siedzieli i patrzyli… w pustkę. Z początku Sammy myślał, że mają przed oczami ekrany, że patrzą gdzieś w dal, może w jakieś współdzielone obrazy. Przecież niektórzy rozmawiali, inni wykonywali nieustanne skomplikowane ruchy rękami. Ale potem dostrzegł, że znaki na ścianach zostały namalowane. Zwykły, łuszczący się materiał ścian był wszystkim, co można było tu zobaczyć, a oczy siedzących w korytarzu przywiędłych ludzi były nieosłonięte i puste.
Szedł blisko za bratem Songiem. Mnich mówił sam do siebie, ale jego słowa miały sens. Mówił o obiekcie:
– Bidwel Ducanh nie był miłym człowiekiem. Nie był kimś lubianym, nawet na początku… Zwłaszcza na początku. Powiedział, że jest bogaty, ale niczego nam nie przyniósł. Przez pierwsze trzydzieści lat, gdy byłem młody, pracował równie ciężko jak każdy z nas. Żadna praca nie była zbyt brudna, zbyt ciężka. Ale o każdym miał do powiedzenia coś złego. Ze wszystkich się naśmiewał. Potrafił siedzieć przy pacjencie podczas jego ostatniej nocy życia, a potem z niego szydzić.
Brat Song mówił w czasie przeszłym, ale po kilku chwilach Sammy zrozumiał, że nie próbuje go do niczego przekonać. Song nie mówił nawet do siebie. Wyglądało to tak, jakby przemawiał w imieniu kogoś, kto wkrótce dołączy do zmarłych.
– A potem, w miarę upływu lat, jak my wszyscy mógł pomagać coraz mniej. Mówił o swoich wrogach, w jaki sposób by ich zabił, gdyby kiedykolwiek go znaleźli. Śmiał się, gdy obiecywaliśmy go ukryć. W końcu przetrwała tylko jego wredność… i to bez mowy.
Brat Song zatrzymał się przed dużymi drzwiami. Napis nad nimi był śmiały i kwiatowy: DO SOLARIUM.
– Ducanh to ten obserwujący zachód słońca. – Ale mnich nie otworzył drzwi. Stał z opuszczoną głową, nie do końca blokując wejście.
Sammy zaczął go obchodzić, a potem zatrzymał się i powiedział:
– Ta płatność, o której wspomniałem, zostanie przekazana na konto twojego zakonu.
Staruszek nie podniósł na niego wzroku. Splunął na kurtkę Sammy’ego, a potem odszedł w głąb korytarza, przeciskając się między funkcjonariuszami.
Sammy odwrócił się i pociągnął mechaniczny zamek drzwi.
– Proszę pana? – odezwał się komisarz bezpieczeństwa miejskiego. Policyjny biurokrata podszedł blisko i mówił cicho. – Uch. Nie chcieliśmy tego zadania eskorty. To powinni byli być pańscy ludzie.
_Co takiego?_
– Zgadzam się, komisarzu. To czemu nie pozwolił pan mi ich zabrać?
– To nie była moja decyzja. Chyba sądzili, że funkcjonariusze będą mniej rzucać się w oczy. – Policjant odwrócił wzrok. – Niech pan posłucha, kapitanie floty. Wiemy, że Queng Ho długo chowają urazy.
Sammy przytaknął, choć dotyczyło to bardziej cywilizacji klientów niż poszczególnych osób.
Policjant w końcu spojrzał mu w oczy.
– Dobrze. Współpracowaliśmy. Dopilnowaliśmy, żeby żadne informacje o pańskich poszukiwaniach nie wyciekły do pańskiego… celu. Ale nie załatwimy tego faceta dla pana. Odwrócimy wzrok, nie będziemy patrzeć. Ale go nie załatwimy.
– Ach. – Sammy spróbował sobie wyobrazić, gdzie znajdowałoby się właściwe miejsce dla tego człowieka w panteonie moralnym. – Cóż, komisarzu, niewchodzenie mi w drogę to wszystko, czego mi trzeba. Sam mogę się tym zająć.
Policjant przytaknął nerwowo. Cofnął się i nie poszedł za nim, gdy Sammy otworzył drzwi do „solarium”.
* * *
Powietrze było mroźne i stęchłe, co stanowiło pewną poprawę po wilgotnym smrodzie korytarza. Sammy zszedł w dół ciemnych schodów. Wciąż był w zasadzie wewnątrz budynku, choć tylko częściowo. Kiedyś było to wyjście prowadzące na poziom ulicy. Teraz osłaniały je plastikowe arkusze, tworząc coś w rodzaju zabudowanego patio.
_Co będzie, jeśli jest jak ci nieszczęśnicy w korytarzu?_ Kojarzyli mu się z ludźmi żyjącymi poza możliwościami wsparcia medycznego albo ofiarami szalonych eksperymentów. Ich umysły częściowo przepadły. Takiego końca nigdy na poważnie nie rozważał, ale teraz…
Dotarł na dół schodów. Za rogiem zobaczył obietnicę światła dnia. Przetarł usta wierzchem dłoni i przez dłuższą chwilę stał bez ruchu.
_Zrób to._ Poszedł przed siebie, wchodząc do dużej sali. Wyglądała jak część parkingu, ale osłoniętego półprzejrzystymi arkuszami plastiku. Nie było tu ogrzewania, a przez szczeliny w arkuszach przedostawały się podmuchy zimna. Na krzesłach rozstawionych na otwartej przestrzeni kuliło się kilka mocno opatulonych postaci. Siedziały, nie zwracając się w żadnym konkretnym kierunku, niektóre patrzyły na szary kamień zewnętrznej ściany.
Sammy ledwie to zauważył. Na drugim końcu sali przez otwór w suficie wpadała skośna kolumna słonecznego światła. Pośrodku tej plamy blasku siedziała jedna osoba.
Sammy przeszedł powoli przez salę, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z osoby siedzącej w czerwonozłotym świetle zachodu. Jej twarz wykazywała podobieństwo do Rodów Queng Ho, ale nie była tą, którą Sammy pamiętał. To bez znaczenia. Musiał zmienić swą twarz dawno temu. Zresztą Sammy miał w kieszeni kurtki czytnik DNA oraz kopię kodu swojego celu.
* * *
Mężczyzna siedział owinięty kocami, a na głowie miał grubą czapkę zrobioną na drutach. Nie ruszał się, ale wyglądało na to, że coś obserwuje, chłonie zachód słońca. _To on._ Przekonanie pojawiło się bez racjonalnej myśli, zalewając go falą emocji. _Może niekompletny, ale to on._
Sammy wziął wolne krzesło i usiadł naprzeciw postaci w świetle. Minęło sto sekund. Dwieście. Ostatnie promienie słońca zaczęły gasnąć. Spojrzenie mężczyzny było puste, ale zareagował na chłód na twarzy. Poruszył głową, niejasno szukając, i chyba zauważył swojego gościa. Sammy obrócił się tak, by jego twarz oświetlił blask nieba. Coś pojawiło się w oczach mężczyzny: zdziwienie wypływające z głębin wspomnień. Niespodziewanie wysunął ręce spod koców i gwałtownie skierował je w stronę twarzy Sammy’ego.
– Ty!
– Tak, proszę pana. Ja. Osiem wieków poszukiwań dobiegło końca.
Cel poruszył się nerwowo na wózku, poprawiając koce. Milczał przez chwilę, a gdy w końcu się odezwał, mówił urywanymi słowami.
– Wiedziałem, że twój… rodzaj będzie mnie wciąż szukał. Sfinansowałem ten piekielny kult Ksupera, ale zawsze wiedziałem… że to może nie wystarczyć. – Znowu poruszył się na wózku. W jego oczach pojawił się błysk, którego Sammy nigdy nie widział w dawnych czasach. – Nie mów. Każdy Ród trochę dołożył. Może każdy statek Queng Ho ma jednego członka załogi, który mnie szuka.
Nie miał pojęcia o poszukiwaniach, które w końcu doprowadziły do odnalezienia go.
– Nie chcemy pana skrzywdzić.
Obiekt zaśmiał się chrapliwie, nie protestując, ale wyraźnie nie wierząc.
– Mam pecha, że to właśnie ty okazałeś się agentem przydzielonym przez nich do Trilandii. Jesteś dość bystry, by mnie znaleźć. Powinni byli cię lepiej potraktować, Sammy. Powinieneś być kapitanem floty i kimś więcej, a nie jakimś zabójcą na posyłki. – Znowu się poruszył i sięgnął w dół, jakby chciał się podrapać po tyłku. Co to takiego? Hemoroidy? Rak? _Rety, założę się, że siedzi na pistolecie. Był gotowy przez te wszystkie lata, a teraz zaplątał się w koce._
Sammy nachylił się ku niemu. Mężczyzna go naciągał. W porządku. To mógł być jedyny sposób na skłonienie go do rozmowy.
– W końcu się nam poszczęściło, proszę pana. Jeśli o mnie chodzi, domyśliłem się, że mógł pan tu trafić z powodu gwiazdy Bistabilnej.
Ukradkowe ruchy pod kocem na chwilę ustały. Na twarzy staruszka pojawił się szyderczy uśmiech.
– Jest tylko pięćdziesiąt lat świetlnych stąd, Sammy. Najbliższa astronomiczna enigma Przestrzeni Ludzi. A wy, wykastrowani Queng Ho, nigdy jej nie odwiedziliście. Interesuje was wyłącznie święty zysk. – Łaskawie machnął ręką, podczas gdy druga wsunęła się jeszcze głębiej pod koc. – Z drugiej strony cała rasa ludzka jest równie fatalna. Osiem tysięcy lat obserwacji teleskopowych i dwa spieprzone przeloty to wszystko, na co się zdobyliśmy… Uznałem, że może będąc tak blisko, zdołam zorganizować misję załogową. Może coś tam znajdę, coś, co da mi przewagę. A wtedy, po powrocie_…_ – W jego oczach znowu pojawił się dziwny błysk. Rozwijał swe nierealne marzenie od tak dawna, że całkowicie go pochłonęło. A Sammy uświadomił sobie, że wcale nie ma do czynienia z kimś z demencją, a z szaleńcem.
Jednak długi należne szaleńcowi nie przestawały być długami.
Nachylił się trochę bliżej.
– Mógł pan to zrobić. Dowiedziałem się, że statek kosmiczny przyleciał tu, gdy „Bidwel Ducanh” był u szczytu wpływów.
– To byli Queng Ho. Pieprzyć Queng Ho! Umyłem od was ręce. – Jego lewa ręka przestała się poruszać. Najwyraźniej znalazł pistolet.
Sammy wyciągnął rękę i lekko dotknął koca ukrywającego lewą rękę rozmówcy. Nie było to unieruchomienie, a potwierdzenie… i prośba o jeszcze trochę czasu.
– Pham. Teraz jest powód, by lecieć do Bistabilnej. Nawet według standardów Queng Ho.
– Co? – Sammy nie wiedział, czy chodziło o jego dotyk, słowa czy imię, którego nikt nie wypowiedział od tak dawna… ale coś na chwilę skupiło uwagę starca i skłoniło go do słuchania.
– Trzy lata temu, gdy wciąż tu jeszcze lecieliśmy, Trilandczycy odebrali emisje z Bistabilnej. Pochodzą z radiowego nadajnika iskrowego, jaki może wynaleźć upadła cywilizacja, która całkowicie utraciła zdobycze technologii. Skierowaliśmy tam własne zestawy anten i przeprowadziliśmy swoje analizy. Emisje przypominają ręczny kod Morse’a, tylko że ludzkie dłonie i odruchy nigdy nie pozwoliłyby na taki rytm, jak w tym przypadku.
Starzec otworzył i zamknął usta, ale przez chwilę nie zabrzmiały żadne słowa.
– Niemożliwe – powiedział w końcu bardzo cicho.
Na wargi Sammy’ego wypłynął uśmiech.
– Dziwnie jest słyszeć to słowo z pańskich ust.
Znowu cisza. Mężczyzna opuścił głowę.
– Najwyższa wygrana. Rozminąłem się z nią o zaledwie sześćdziesiąt lat. A ty, znajdując mnie tutaj… teraz zdobędziesz to wszystko. – Rękę wciąż trzymał schowaną, ale zapadł się na swoim wózku, pokonany przez własną, wewnętrzną wizję porażki.
– Proszę pana… kilku z nas – zdecydowanie więcej niż kilku – szukało pana. Dopilnował pan, by bardzo trudno było go znaleźć, a istnieją bardzo stare powody, by utrzymywać to poszukiwanie w tajemnicy. Ale nigdy nie życzyliśmy panu niczego złego. Chcieliśmy pana znaleźć, by… – _Pogodzić się? Błagać o wybaczenie?_ Sammy nie potrafił się zdobyć na te słowa, zresztą nie były do końca prawdziwe. W końcu ten człowiek się mylił. Lepiej skupić się na współczesności. – Bylibyśmy zaszczyceni, gdyby poleciał pan z nami do Bistabilnej.
– Nigdy. Nie jestem Queng Ho.
Sammy zawsze czujnie kontrolował bieżący status swojego statku, a w tej chwili… Cóż, warto było spróbować.
– Nie przyleciałem na Trilandię jednym statkiem. Mam flotę.
Podbródek mężczyzny uniósł się nieznacznie.
– Flotę? – Zainteresowanie było starym, choć nie do końca wygasłym odruchem.
– Są na orbicie parkingowej, ale za chwilę powinny być widoczne z Lowcinder. Chce pan zobaczyć?
Staruszek tylko wzruszył ramionami, ale teraz obie dłonie miał puste, trzymając je na kolanach.
– Pokażę panu. – W plastikowych arkuszach parę metrów dalej wycięto drzwi. Sammy wstał i powoli podszedł, by przepchnąć wózek. Starzec nie zaprotestował.
* * *
Na zewnątrz było zimno, zapewne poniżej zera. Nad dachami przed nimi utrzymywały się kolory zachodu słońca, ale jedynym dowodem na ciepło dnia była rozpryskująca mu się na butach nie do końca zamarznięta lodowa breja. Pchał wózek dalej, kierując się przez parking w stronę miejsca oferującego widok na zachód. Starzec rozejrzał się wokół.
_Ciekawe, kiedy ostatni raz opuszczał tamten budynek._
– Myślałeś kiedyś o tym, Sammy, że na to przyjęcie mogą się zgłosić jeszcze inni goście?
– Proszę pana? – Byli sami na parkingu.
– Istnieją zasiedlone przez ludzi światy, które znajdują się bliżej Bistabilnej od nas.
To przyjęcie.
– Tak, proszę pana. Aktualizujemy nasz nasłuch ich układów. Najbliżej są trzy piękne planety w układzie gwiezdnym, które w ostatnich stuleciach otrząsnęły się z barbarzyństwa. Nazywają się teraz „Rozwiniętymi”. Nigdy ich nie odwiedzaliśmy. Według najlepszych przypuszczeń utworzyli jakiegoś typu tyranię, z rozwiniętą technologią, ale bardzo zamkniętą, skupioną na sobie.
Starzec prychnął.
– Nie obchodzi mnie, jak bardzo dranie skupiają się na sobie. Coś takiego mogłoby… obudzić trupa. Zabierz działa, rakiety i jądrówki, Sammy. Bardzo, bardzo dużo jądrówek.
– Tak jest, proszę pana.
Sammy doprowadził wózek staruszka na skraj parkingu. Na swoim wyświetlaczu widział statki powoli wspinające się po niebie, wciąż ukryte przed wzrokiem przez najbliższy budynek.
– Jeszcze czterysta sekund i zobaczy je pan, jak wyłonią się nad tamtym dachem. – Wskazał miejsce.
Mężczyzna nie odpowiedział, ale patrzył z grubsza w górę. Na niebie przesuwał się konwencjonalny ruch lotniczy i promy startujące i lądujące w porcie kosmicznym Lowcinder. Wieczór był wciąż jasny, ale gołym okiem widać było kilka satelitów. Na zachodzie mała czerwona kropka migała w sposób znaczący, że jest ikoną na wyświetlaczu Sammy’ego, nie obiektem fizycznym. To był znacznik gwiazdy Bistabilnej. Sammy wpatrywał się w ten punkt przez chwilę. Nawet w nocy, z dala od świateł Lowcinder, Bistabilna nie byłaby widoczna, ale przez małą lunetę wyglądała jak zwykła gwiazda klasy G… Jeszcze. Już za kilka lat będzie ją można zobaczyć tylko za pomocą najpotężniejszych teleskopów.
_Kiedy moja flota tam doleci, będzie ciemna od dwóch stuleci… i będzie prawie gotowa na kolejne odrodzenie._
Opadł na jedno kolano obok wózka, ignorując przenikające zimno lodowego błota.
– Opowiem panu o moich statkach. – I zaczął opisywać masy, szczegóły specyfikacji i właścicieli… a przynajmniej ich większość. Niektórych lepiej było zostawić na inną okazję, gdy staruszek nie będzie miał pod ręką pistoletu. Cały czas obserwował jego twarz. Nie miał wątpliwości, że mężczyzna rozumie, co się do niego mówi. Przeklinał głosem bez wyrazu, rzucając nową obelgę do każdej wymienionej przez Sammy’ego nazwy. Z wyjątkiem ostatniej…
– Lisolet? To brzmi jak coś ze Strentmanna.
– Tak, proszę pana. Moja zastępczyni kapitana floty jest Strentmannką.
– Ach. – Pokiwał głową. – To byli… dobrzy ludzie.
Sammy uśmiechnął się pod nosem. Wylot planowany był za dziesięć lat. To powinno wystarczyć, by przywrócić mężczyznę do sprawności fizycznej, i może być dość długim czasem, by złagodzić jego szaleństwo. Poklepał ramę wózka koło ramienia staruszka. _Tym razem pana nie opuścimy._
– Tam wyłania się pierwszy z moich statków. – Sammy znowu wskazał.
Po sekundzie nad dachem budynku pojawiła się jasna gwiazda, mknąc statecznie w stronę zmierzchu, odcinając się na tle mroku. Minęło sześć sekund i w polu widzenia znalazł się drugi statek. Następne sześć sekund i trzeci. I następny. I następny. I następny. A potem przerwa i w końcu jeden jaśniejszy od wszystkich pozostałych. Jego statki znajdowały się na stosunkowo niskiej orbicie parkingowej, cztery tysiące kilometrów nad powierzchnią. Z tej odległości były tylko punktami światła, drobnymi klejnotami zawieszonymi o pół stopnia od siebie na niewidocznej nici rozciągniętej przez niebo. Widok nie był bardziej spektakularny od orbit parkingowych frachtowców układowych czy jakichś lokalnych orbitalnych robót budowlanych… chyba że wiedziało się, jak daleką drogę przebyły te punkciki i jak daleko mogą jeszcze zawędrować. Sammy usłyszał, jak staruszek wzdycha w zachwycie. On wiedział.
Razem przyglądali się, jak siedem świetlnych kropek sunie powoli po niebie. Ciszę przerwał Sammy.
– Widzi pan ten jasny, na końcu? – Największy klejnot konstelacji. – Dorównuje największemu statkowi gwiezdnemu, jaki kiedykolwiek zbudowano. To mój statek flagowy, proszę pana… „Pham Nuwen”.pięć
Szrekander dotarł do Dowództwa Lądowego po dwóch kolejnych dniach. Mogłoby to potrwać dłużej, gdyby nie to, że przeprojektowany przez niego pas transmisyjny auta pozwolił mu na bezpieczniejsze pokonywanie zakrętów. Mogłoby to też zająć mniej czasu, gdyby nie trzy awarie, których doznał po drodze, włącznie z pęknięciem cylindra. Kiedy mówił Lady Enclearre, że jego bagaż mieści części zamienne, raczej starał się uniknąć odpowiedzi, niż ją okłamywać. Naprawdę miał ich tam trochę: rzeczy, których nie zdołałby stworzyć samodzielnie w jakiejś wiejskiej kuźni.
Było późne popołudnie, gdy pokonał ostatni zakręt i pierwszy raz zobaczył długą dolinę mieszczącą Dowództwo Lądowe. Rozciągało się na wiele mil, wgryzając się prosto w góry, ze ścianami doliny tak wysokimi, że części jej dna już kryły się w zmierzchu. Odległy koniec zrobił się błękitnawy z oddalenia, a ze szczytów powyżej majestatycznie i wolno spływały Królewskie Wodospady. Turyści nie mieli szans zbliżyć się do nich bardziej. Prawa do tej ziemi i leżącej pod górą głębi miała rodzina królewska, należały do niej od czasów, gdy było to jeszcze księstwo z ambicjami, czterdzieści Mroków temu.
Szrekander zjadł dobry posiłek w ostatniej małej gospodzie, zatankował auto i skierował się ku terenom królewskim. List od kuzyna pozwolił mu pokonać zewnętrzne punkty kontrolne. Otwarto przed nim szlabany, a znudzeni żołnierze w burej zieleni pozwolili mu przejechać. Były tam koszary, place defiladowe oraz – ukryte za potężnymi nasypami – magazyny amunicji. Jednak Dowództwo Lądowe nigdy nie było zwykłą instalacją wojskową. Podczas wczesnych dni Zgody były to głównie królewskie place zabaw, ale później, pokolenie za pokoleniem, administracja rządowa robiła się coraz bardziej stateczna, racjonalna i pozbawiona romantyzmu. Dowództwo Lądowe dorosło do swej nazwy i stało się siedzibą głównego sztabu Zgody. A później przerodziło się w coś jeszcze większego: ośrodek najbardziej zaawansowanych badań wojskowych Zgody.
I to właśnie najbardziej interesowało Szrekandra Podgórnego. Nie zwalniał, żeby się gapić: żandarmeria wojskowa bardzo stanowczo nakazała mu udać się wprost do oficjalnego celu. Z drugiej strony nikt nie zabraniał mu rozglądać się na wszystkie strony, obracając się przy tym lekko na grzędzie. Jedynym, co pozwalało na identyfikację budynków, były dyskretnie rozmieszczone plakietki z numerami, choć przeznaczenie niektórych było dość oczywiste. Telegrafia bezprzewodowa: długie baraki pełne najdziwniejszych masztów radiowych. Heh, jeśli wszystko zorganizowano, jak należy, budynek obok powinien mieścić akademię szyfrantów. Z drugiej strony drogi rozciągało się pole asfaltu gładszego od jakiejkolwiek drogi. Nie było niczym dziwnym, że na jego dalszym końcu stały dwa jednoskrzydłowe samoloty. Szrekander dużo by oddał, by zobaczyć, co kryło się za nimi, pod brezentami. Jeszcze dalej z trawnika przed budynkiem wystawał stromo pysk wielkiej maszyny tunelującej. Niemożliwy kąt urządzenia wywoływał wrażenie szybkości i przemocy, do jakiej miałby być zdolny ten najwolniejszy środek lokomocji.
Zbliżał się do końca doliny. Górowały nad nim Królewskie Wodospady, rozciągając w powietrzu tęczę tysiąca barw. Minął coś, co zapewne było biblioteką, objechał krąg parkingowy w królewskich kolorach i standardową rzeźbę Sięgania po Zgodę. Kamienne budynki wokół kręgu tworzyły szczególną część mistyki Dowództwa Lądowego. Dzięki złożeniu szczęścia i osłony potrafiły przetrwać każde Nowe Słońce z niewielkimi uszkodzeniami, nie płonęła nawet ich zawartość.
Treść tablicy głosiła BUDYNEK 5007. Biuro Badań Materiałów, według wskazówek wręczonych mu przez wartownika. Dobrym znakiem było to, że znajdowało się w samym środku wszystkiego. Zaparkował między dwoma innymi automobilami, które stały już na poboczu ulicy. Lepiej się nie wyróżniać.
Wchodząc po schodach, zauważył, że słońce zachodzi niemal dokładnie tam, skąd przyjechał. Było już poniżej najwyższych grani. Stojąca na samym środku kręgu drogowego rzeźba Sięgania po Zgodę rzucała na trawnik długie cienie. Z jakiegoś powodu podejrzewał, że zwykła baza wojskowa nie wyglądała aż tak pięknie.
* * *
Sierżant trzymał list Szrekandra z wyraźnym niesmakiem.
– To kim jest ten kapitan Podgórny…
– Och, nie jesteśmy spokrewnieni, sierżancie. On…
– …i czemu jego życzenia miałyby coś dla nas znaczyć?
– Ach, jeśli przeczyta pan dalej, dowie się pan, że jest adiutantem pułkownika Castlewortha, Grzęda Królewska QM.
Sierżant wymamrotał coś brzmiącego jak „durna ochrona na bramie”. Z rezygnacją przysiadł swoje całkiem spore ciało.
– No dobrze, panie Podgórny, na czym polega pański proponowany wkład w działania wojenne?
Coś w nim wyglądało nie tak. W końcu Szrekander zauważył, że sierżant ma usztywnienia medyczne na wszystkich lewych nogach. Rozmawiał z prawdziwym weteranem wojennym.
Nie będzie mu łatwo sprzedać swoje pomysły. Zdawał sobie sprawę, że nawet wobec przychylnych słuchaczy nie sprawiał wielkiego wrażenia: był młody, zbyt chudy, by wyglądać przystojnie, rodzaj niezdarnego mądrali. Miał nadzieję, że będzie mógł porozmawiać z oficerem inżynierii.
– No cóż, sierżancie, przez ostatnie trzy pokolenia wy, wojskowi, próbowaliście zdobyć przewagę, działając dłużej w Mroku. Z początku było to tylko kilkaset dni, dość długo, by podłożyć niespodziewane miny lub wzmocnić fortyfikacje. Potem rok albo dwa, co wystarczyło na wyprowadzenie dużej liczby wojsk na pozycję do ataku z kolejnym Nowym Słońcem.
Sierżant – wedle plakietki nazywał się HRUNKNER UNNERBY – tylko na niego patrzył.
– Wszyscy wiedzą, że obie strony na froncie wschodnim prowadzą bardzo intensywne prace polegające na kopaniu tuneli, że w końcu może dojść do prowadzenia potężnych bitew nawet dziesięć lat po zapadnięciu Mroku.
Unnerby’ego naszła radosna myśl i jego grymas się nasilił.
– Jeśli tak pan myśli, powinien pan rozmawiać z Kopaczami. Tutaj mamy badania materiałów, panie Podgórny.
– Och, dobrze wiem. Jednak bez badań nad materiałami nie będziemy mieć szans na przetrwanie w naprawdę zimnych czasach. A ponadto… moje plany nie mają żadnego związku z tunelowaniem. – To ostatnie powiedział dość szybko.
– To co w takim razie?
– Ja… proponuję wybranie odpowiednich celów Tiefstadtczyków, obudzenie się w najgłębszym Mroku, przejście do nich na powierzchni i ich zniszczenie. – To zebrało wszystkie niemożliwości w jedno zwięzłe zdanie. Uniósł ręce, wyprzedzając protest. – Pomyślałem o każdej z wiążących się z tym trudności, sierżancie. Mam rozwiązania albo początki rozwiązań…
Unnerby przerwał mu prawie łagodnym głosem.
– W najgłębszym Mroku, mówisz? I jesteś badaczem z Uniwersytetu Królewskiego w Princeton? – Tak przedstawił to w liście kuzyn Szrekandra.
– Tak, z matematyki i…
– Zamknij się. Czy masz jakieś pojęcie, ile milionów korona wydaje na badania wojskowe w miejscach takich jak Uniwersytet Królewski? Masz pojęcie, jak ściśle kontrolujemy poważne prace, które się tam wykonuje? Boże, jak ja was nienawidzę, zachodnie snoby. Najgorsze, czym musicie się martwić, to przygotowanie na Mrok, a ledwie sobie z tym radzicie. Gdybyś miał choć trochę sztywny pancerz, już dawno byś się zaciągnął. Ludzie teraz giną na wschodzie, chłopie. Kolejne tysiące zginą nieprzygotowane na Mrok, jeszcze więcej polegnie w tunelach, oraz niezliczone rzesze zginą, gdy rozjarzy się Nowe Słońce i nie będzie niczego do jedzenia. A ty mi tu siedzisz, opowiadając bzdurne androny. – Unnerby urwał i jakby trochę się opanował. – Ach, ale opowiem ci zabawną historię, zanim wykopię twój zadek z powrotem do Princeton. Widzisz, jestem trochę niezrównoważony. – Pomachał lewymi nogami. – Różnica zdań z szatkownicą. Do czasu, aż wydobrzeję, pomagam odsiać durne pomysły, które przysyłają nam ludzie twojego pokroju. Na szczęście większość bzdur dociera tu pocztą. Mniej więcej raz na dziesięć dni jakiś chłop ostrzega nas przed niskotemperaturową odmianą allotropową cyny…
_Ups, może rozmawiam z inżynierem!_
– …i że nie powinniśmy używać jej do lutowania. Przynajmniej fakty są prawdziwe, po prostu marnują nasz czas. Ale zdarzają się też i tacy, którzy właśnie przeczytali coś o radzie i uznali, że powinniśmy produkować z niego głowice tunelujące. Prowadzimy tu między nami niewielki konkurs na to, kto dostanie największego idiotę. Mam wrażenie, panie Podgórny, że właśnie zrobił mnie pan zwycięzcą. Wymyślił pan obudzenie się pośrodku Mroku, a potem przejście na powierzchni w temperaturach niższych, niż potrafimy wytworzyć w najlepszych laboratoriach komercyjnych oraz próżni rzadszej, niż umiemy zrobić. – Unnerby urwał. Czyżby dotarło do niego, że zdradził odrobinę tajnych informacji?
Potem do Szrekandra dotarło, że sierżant patrzy na coś w miejscu, którego on sam nie ogarniał wzrokiem.
– Porucznik Kowal! Dzień dobry. – Sierżant prawie stanął na baczność.
– Dzień dobry, Hrunkner. – Jego rozmówczyni weszła w pole widzenia.
Była… piękna. Nogi miała szczupłe, twarde i wykrzywione, a każdy ruch emanował wdziękiem. Ubrana była w czarny mundur, którego Szrekander nie rozpoznał. Jedynymi emblematami były oczka stopnia i plakietka z nazwiskiem. Wiktoria Kowal. Wyglądała niemożliwie młodo. Urodzona poza fazą? Może tak, a przesadna oznaka szacunku ze strony podoficera była rodzajem drwiny.
Porucznik Kowal zwróciła uwagę na Szrekandra. Wydawała się przyjazna w odległy, niemal rozbawiony sposób.
– No dobrze, panie Podgórny, jest pan badaczem na wydziale matematyki Uniwersytetu Królewskiego.
– Właściwie bardziej doktorantem… – Jej spojrzenie domagało się bardziej szczerej odpowiedzi. – Uch, matematyka to tylko specjalizacja wymieniona w moim oficjalnym programie. Zaliczyłem dużo kursów na wydziale medycyny oraz inżynierii mechanicznej. – Na wpół spodziewał się, że Unnerby rzuci jakimś obraźliwym komentarzem, ale sierżant niespodziewanie zrobił się bardzo cichy.
– W takim razie rozumie pan naturę najgłębszego Mroku, ultraniskie temperatury i twardą próżnię.
– Tak jest, proszę pani. I bardzo poważnie rozważyłem te problemy. _– Poświęcając im niemal pół roku, ale lepiej tego nie mówić._ – Mam mnóstwo pomysłów i trochę wstępnych projektów. Niektóre rozwiązania są biologiczne i na razie nie mam wiele do pokazania. Ale przywiozłem prototypy dla części mechanicznych aspektów projektu. Są w moim automobilu.
– Ach tak. Zaparkowanym między autami generałów Greenvala i Downinga. Może powinniśmy się im przyjrzeć… i przestawić pańskie auto w bezpieczniejsze miejsce.
Pełne zrozumienie było odległe o całe lata, ale w tej chwili Szrekander Podgórny doznał pierwszego oświecenia. Ze wszystkich osób w Dowództwie Lądowym – ze wszystkich osób na całym świecie – nie mógł trafić na lepszą słuchaczkę niż porucznik Wiktoria Kowal.