Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Głód i miłość - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Głód i miłość - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 221 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I

Pan­na An­to­ni­na Ha­ła­stro­wi­czów­na w roku 1865 mia­ła lat dwa­dzie­ścia i była bar­dzo pięk­na. Uro­dzi­ła się ona w po­łu­dnio­wej czę­ści Kró­le­stwa Pol­skie­go, na zie­mi suto zro­szo­nej wodą, bo­ga­tej w łąki, bło­nia – ubo­giej w lasy i wy­da­ją­cej je­den z naj­słyn­niej­szych na świe­cie ga­tun­ków psze­ni­cy. Zie­mia to we­so­ła, peł­na pie­śni, mi­tów oraz chwa­ły sta­tu­tu mą­dre­go kró­la. Wi­sła ze Szre­nia­wą, Ni­dzi­cą i Nidą dają tu gle­bie płod­ność, lu­dziom – uro­dę.

Ale w przyj­ściu na świat pięk­nej An­to­si od­gry­wa­ły rolę inne jesz­cze oko­licz­no­ści.

Roz­wo­jo­wo i w dro­dze et­nicz­ne­go krzy­żo­wa­nia, na za­sa­dzie pro­ce­su do­bo­ru przy­rod­ni­cze­go a w in­te­re­sie uszla­chet­nie­nia typu ga­tun­ko­we­go wy­twa­rza­ją się ludz­kie pięk­no­ści. Do­syć na przy­kład, aby się przy­tar­ły nie­któ­re zgru­bia­łe krzy­wi­zny nosa se­mic­kie­go – aby oczy po­zy­ska­ły nie­co ła­god­no­ści, a już nie­ba­wem uka­zu­je się pięk­ność w swo­im ro­dza­ju. Pulch­na, okrą­gła Niem­ka, blon­dyn­ka, wy­glą­da jak po­lę­dwi­ca świe­ża, wło­żo­na w mu­śli­no­wy wo­re­czek; ale je­że­li tu na­stą­pi przy­miesz­ka krwi po­łu­dnio­wej lub wschod­niej, po­wsta­je bar­dzo pięk­na nie­raz ko­bie­ta. Nie­co na­mięt­no­ści spra­wia tu już inną grę mię­śni i na­da­je wy­raz oku. Tak tedy pięk­ny czło­wiek wy­da­je się być kom­bi­na­cją da­le­ko bar­dziej zło­żo­ną ani­że­li czło­wiek o po­spo­li­tych ry­sach twa­rzy.

Tłuszcz, pod wzglę­dem pięk­no­ści fi­zycz­nej, jest tym, czym ego­izm w ży­ciu du­cho­wym: kil­ka jego kro­pli za­nad­to gdy się pod­ło­ży pod szla­ki, któ­ry­mi kro­czy szla­chet­ne pięk­no cia­ła, sta­no­wi to już em­brio­ny pu­co­ło­wa­tych po­licz­ków i po­dwój­nych oraz po­trój­nych pod­bród­ków, nie mó­wiąc o in­nych wy­pu­kło­ściach po­wszę­dy. Ato­li dziel­ny or­ga­nizm, kie­dy jest w kwie­cie wie­ku, umie prze­wyż­kę od­ży­wia­nia ob­ró­cić na cele inne niż na ty­cie. Po­dob­nież ener­gicz­na czło­wie­cza psy­che nie­chęt­nie coś do­rzu­ca do skarb­ca ego­izmu, lecz w głę­bi swo­jej wy­pra­co­wu­je cen­ne, du­cho­we per­ły na rzecz ca­łe­go ludz­kie­go ga­tun­ku.

An­to­sia – we­dług mo­je­go po­glą­du na wdzię­ki nie­wie­ście – była skoń­czo­ną pięk­no­ścią, nie­pod­le­głą żad­ne­mu zwy­rod­nie­niu. Ale skąd­że się ona wzię­ła na świe­cie? Jacy byli jej przod­ko­wie?

Praw­do­po­dob­nie każ­da no­wo­żyt­na pięk­ność jest wy­ni­kiem daw­niej­szych lub now­szych sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych. O mo­jej bo­ha­ter­ce mogę to twier­dzić na pew­no, gdyż po­sia­dam do­sta­tecz­nie wia­ro­god­ne świa­dec­twa. An­to­sia, że tak po­wiem, była ilo­ścią wia­do­mą w rów­na­niu, któ­re­go dru­gą wia­do­mą sta­no­wi­ła jej mat­ka, pani Ha­ła­stro­wi­czo­wa. Po­mi­mo tych da­nych pan Ha­ła­stro­wicz, mąż pani Ha­ła­stro­wi­czo­wej, nie wy­pa­dał żad­ną mia­rą w re­zul­ta­cie temu, kto usi­ło­wał roz­wią­zać wspo­mnia­ne rów­na­nie. Żyją jed­nak­że dzi­śjesz­cze lu­dzie, któ­rzy do­kład­nie pa­mię­ta­ją i przy­się­gą go­to­wi są stwier­dzić, jako w kil­ka dni po ślu­bie mał­żon­ków Ha­ła­stro­wi­czów wi­dzia­no w domu tych pań­stwa prze­ślicz­ną, pra­wie trzech­let­nią dzie­wecz­kę – An­to­się. Więc nie chce­my tu przy­pusz­czać żad­ne­go cudu i kon­sta­tu­je­my na­stę­pu­ją­ce fak­ty: Ma­te­usz Ha­ła­stro­wicz, eko­nom w do­mi­nium Pał­ki, oże­nił się był z gar­de­ro­bia­ną księż­nej Zbro­jo­mir­skiej z domu hra­bian­ki Lu­to­woj­skiej, sio­stry dzie­dzi­ca Pa­łek, hra­bie­go Al­ber­ta Lu­to­woj­skie­go. Otóż, nie mo­że­my taić przed czy­tel­ni­kiem, że An­to­sia przy­po­mi­na­ła bar­dzo do­kład­nie pięk­ne rysy szla­chet­ne­go rodu Zbro­jo­mir­skich, a była ona znacz­nie pięk­niej­szą od naj­pięk­niej­szej w tej ro­dzi­nie nie­wia­sty, księż­nicz­ki Olim­pii, póź­niej­szej hra­bi­ny Al­ber­to­wej Lu­to­woj­skiej.

A któż zno­wu po ką­dzie­li i po mie­czu była owa gar­de­ro­bia­na, to jest mat­ka An­to­sia żona pana Ha­ła­stro­wi­cza? Jest to nowe rów­na­nie do roz­wią­za­nia. Ba­da­jąc do­syć skru­pu­lat­nie róż­ne świa­dec­twa zna­la­złem tu nie­ja­kie praw­do­po­do­bień­stwa.

I tak, z domu ksią­żąt Zbro­jo­mir­skich znik­nę­ła nie­gdyś bez śla­du gu­wer­nant­ka Fran­cuz­ka. Opo­wia­da­no o niej, iż pro­wa­dzi­ła ży­cie bar­dzo smut­ne w pew­nej le­śnej ustro­ni, od­le­głej o parę mil dro­gi od głów­nej re­zy­den­cji Zbro­jo­mir­skich; mó­wio­no, iż ko­bie­ta owa cier­pia­ła umy­sło­wy obłęd i wresz­cie zmar­ła po­zo­sta­wia­jąc po so­bie nie­mow­lę płci żeń­skiej. Sta­ra księż­na, po­wo­do­wa­na uczu­ciem li­to­ści chrze­ści­jań­skiej, wzię­ła dziec­ko do swe­go domu, wy­cho­wa­ła je w cno­tach i po­boż­no­ści; gdy zaś dziew­czyn­ka ta pod­ro­sła, prze­zna­czo­no ją na gar­de­ro­bia­nę księż­nicz­ki Olim­pii, któ­rej – bar­dzo być może – była ona tak­że przy­rod­nią sio­strą. Mło­dy ksią­żę, brat Olim­pii, spo­ty­kał – rzecz pro­sta – ową dziew­czy­nę i lu­dzie po­wia­da­ją, że mu bar­dzo w oko wpa­dła. Było jej zaś na imię Aniel­ka.

W ja­kiś czas po wpad­nię­ciu w oko ksią­żę­ce Aniel­ka, po­dob­nie jak nie­gdyś jej mat­ka, znik­nę­ła ze dwo­ru Zbro­jo­mir­skich. Ale nie każ­da ko­bie­ta do­sta­je po­mie­sza­nia zmy­słów po swo­jej roz­mo­wie z ku­si­cie­lem wę­żem; nie przy­szło na ten smut­ny ko­niec ani na­szej pra­mat­ce Ewie, ani Aniel­ce. Owszem, ów­cze­sny pi­sarz pro­wen­to­wy z Pa­łek, pan Ha­ła­stro­wicz, roz­go­rzał ogni­stą mi­ło­ścią do Aniel­ki, oświad­czył jej się, pro­sił o rękę i do­stał nie tyl­ko rękę, lecz całą oso­bę.

Wiel­cy pa­no­wie lu­bią nie­kie­dy bie­da­kom za­py­chać usta i gar­dła za po­mo­cą zło­te­go krusz­cu, prze­to mąż Aniel­ki miał do­stać wca­le nie­złe wia­no. I mię­dzy nami mó­wiąc, ów pan Ha­ła­stro­wicz rad był, iż wy­zy­skał sy­tu­ację; od chwi­li swo­je­go ożen­ku stał on się czło­wie­kiem za­moż­nym oraz sza­no­wa­nym w oko­li­cy. Czę­sto­kroć ma­wiał sam o so­bie:

– Mój dom nie jest prze­cież z pierw­szych lep­szych.

Pięk­na An­to­sia była więc niby Ha­ła­stro­wi­czów­ną z domu; ale dużo za tym prze­ma­wia, że w grun­cie rze­czy była to Zbro­jo­mir­ska, uro­dzo­na ze Zbro­jo­mir­skiej. Przy­ro­da, jak wia­do­mo, jest szczo­drą; za­nio­sła ona znacz­ne nie­wie­ście wdzię­ki pod eko­nom­ską strze­chę zu­peł­nie tak samo, jak za­no­si na­sio­na oraz szcze­pia palm na dzi­kie, bez­lud­ne i ska­li­ste wy­spy oce­anu.

An­to­sia, jej bab­ka i jej mat­ka – wszyst­kie od­zna­cza­ły się pięk­no­ścią. Z po­wo­du wdzię­ków przy­ro­da ska­zy­wa­ła nie­ja­ko te ko­bie­ty na he­te­ryzm. W spo­łe­czeń­stwach, sto­ją­cych ener­gicz­nie przy związ­kach ro­dzin­nych, wdzię­ki nie­wia­sty nie zda­ją się być po­żą­da­ne; ata­ku­ją one bo­wiem nie­ja­ko zdro­wie psy­cho­lo­gicz­nej mat­ki po­ko­leń. Ha­ła­stro­wi­czów­ną była pięk­no­ścią, ścią­ga­ją­cą do sie­bie tłu­my – pięk­no­ścią, któ­ra wy­ra­ża­ła sobą grzech ka­zi­rodz­twa ksią­żę­ce­go. Przy­bra­ny oj­ciec An­to­si przy­jął na sie­bie grzech ów, za­ma­sko­wał nie­ja­ko fak­ta i po­sta­no­wił w dal­szym cią­gu pro­wa­dzić dzie­ło mie­sza­nia się na­ro­dów. Czło­wiek ten miał za swo­je z po­wo­du ta­kie­go uszlach­ce­nia domu. Al­bo­wiem żona nie tyl­ko że go mo­ral­nie za nos wo­dzi­ła, lecz nie­raz sta­cza­ła z nim czy­sto fi­zycz­ne wał­ki, a za­wsze od­no­si­ła sta­now­cze zwy­cię­stwa.

Kie­dy z bie­giem cza­su Ha­ła­stro­wicz zo­stał ge­ne­ral­nym rząd­cą w Pał­kach, Aniel­ka do­ku­cza­ła mu jesz­cze bar­dziej. Trze­ba panu Ma­te­uszo­wi przy­znać, że był nie­po­spo­li­cie cier­pli­wym; on, co się umiał po­sta­wić hra­bie­mu, on, bicz boży dla chłop­stwa, on – rzec moż­na – wi­ce­dzie­dzic Pa­łek, a w każ­dym ra­zie je­dy­na mą­dra gło­wa w Pał­kach, on drżał jak małe dziec­ko wo­bec żony.

Ha­ła­stro­wi­czo­wa wy­stę­po­wa­ła do boju z mę­żem uzbro­jo­na nie w je­den ja­kiś śro­dek, ale w cały ar­se­nał nie­wie­ścich środ­ków i spo­so­bów wiel­ce sku­tecz­nych a nad­zwy­czaj­nie groź­nych. Po mat­ce odzie­dzi­czy­ła ona wdzię­ki, ko­kie­te­rię, łzy na za­wo­ła­nie i spa­zmy, po ojcu – nie­sta­łość po­sta­no­wień oraz de­spo­tyzm nie zna­ją­cy gra­nic. Do­daj­my do tego gło­wę wstręt­nie prze­wró­co­ną, ogrom­ną umy­sło­wą ogra­ni­czo­ność, uwa­ża­nie sie­bie za naj­głów­niej­szą oso­bę w Pał­kach, a bę­dzie­my mie­li po­ję­cie, jaką to była mat­ka An­to­si. Do mło­dych męż­czyzn lu­bi­ła się ona miz­drzyć, stro­iła się i fio­ko­wa­ła, o ile mo­gła, jak naj­wy­staw­niej. Zresz­tą, cią­gle wzra­sta­ją­cy do­bro­byt ca­łej tej ro­dzi­ny po­le­gał głów­nie na bra­ku po­jęć Ha­ła­stro­wi­cza o tym, co to jest cu­dza wła­sność. Pał­ki ren­to­wa­ły im się wy­bor­nie i z tego po­wo­du nasz, eko­nom ener­gicz­nie pro­wa­dził tu wzo­ro­we go­spo­dar­stwo.

– Mają oni, mam i ja! – ma­wiał do lu­dzi ro­zu­mie­jąc przez „oni” dzie­dzi­ców Pa­łek.

Ród Lu­to­woj­skich i ich mie­nie znaj­do­wa­ły się na dro­dze roz­wo­ju wstecz­ne­go: z po­ko­le­nia w po­ko­le­nie sy­no­wie byli głup­si od oj­ców. Na­tra­ci­li oni dużo zie­mi wła­snej i dużo wzię­tej od cu­dzych ro­dzin jako po­sa­gi żon swo­ich. Ostat­nim mę­skim po­tom­kiem był tu­taj hra­bia Zizi, syn Al­ber­ta i Olim­pii ze Zbro­jo­mir­skich; za­brnął on w sza­lo­ne dłu­gi i Pał­ki, dzie­dzic­two jego, zli­cy­to­wa­no. Nowy na­byw­ca, ka­pi­ta­li­sta nie­miec­ki, roz­ko­lo­ni­zo­wał po­ło­wę tego ma­jąt­ku, dru­gą po­ło­wę urzą­dził, po­dzie­lił na fol­war­ki i sprze­dał za trzy razy taką sumę, za jaką na­był cale Pał­ki.

Ha­ła­stro­wicz prze­to stra­cił po­sa­dę, ale za to ku­pił so­bie w po­wie­cie mie­chow­skim pięk­ną wio­skę, Bło­go­sła­wi­ce. Jed­nak­że już w trze­cim roku swe­go dzie­dzic­twa, po od­by­ciu czter­dzie­sto­dnio­we­go po­stu, w same świę­ta wiel­ka­noc­ne, zie­mia­nin ten padł ofia­rą za­mi­ło­wa­nia do gło­wi­zny na zim­no, czy­li po pro­stu mó­wiąc umarł z prze­je­dze­nia.

Po­zo­sta­ła wdo­wa wy­pra­wi­ła nie­bosz­czy­ko­wi bar­dzo suty po­grzeb, a dziś jesz­cze na cmen­ta­rzu w Ko­zi­ko­wie moż­na oglą­dać ka­mien­ny po­mnik, wy­obra­ża­ją­cy anio­ła pła­czą­ce­go nad mo­gi­łą; u dołu zaś czy­ta się na­pis:

„Naj­lep­sze­mu z mę­żów i oj­ców, Ma­te­uszo­wi Ha­ła­stro­wi­czo­wi, po­sta­wi­ła wier­na i ko­cha­ją­ca żona Anie­la”.

Po tym fa­tal­nym wy­pad­ku mat­ka i cór­ka zmu­szo­ne były wy­je­chać na ja­kiś czas do Kra­ko­wa, a to w celu spra­wie­nia so­bie ża­łob­nych ko­stiu­mów, w któ­rych obu tym pa­niom było bar­dzo do twa­rzy. Po­byt w Kra­ko­wie prze­cią­gnął się parę mie­się­cy i w tym wła­śnie cza­sie mia­ła miej­sce w Bło­go­sła­wi­cach po­go­rzel: spa­li­ły się – dwór, obo­ra oraz owczar­nia. Mniej się jesz­cze wte­dy ubez­pie­cza­no, a ra­czej nie mia­no wia­ry do wszel­kich to­wa­rzystw ubez­pie­cza­ją­cych, prze­to klę­ska była znacz­ną. Jed­nak­że Ha­ła­stro­wi­czo­wa zbyt się nie mar­twi­ła tym po­ża­rem, al­bo­wiem sta­ry dwo­rek nie od­po­wia­dał by­najm­niej jej wy­ma­ga­niom. To­też te­raz dzie­dzicz­ka Bło­go­sła­wic mało się trosz­cząc o brak krów i owiec po­sta­no­wi­ła przede wszyst­kim wy­sta­wić so­bie pięk­ny pa­ła­cyk. Ja­koż nie­speł­na w rok na zglisz­czach sta­re­go dwor­ku sta­nął nowy, ele­ganc­ki bu­dy­nek. A że się skoń­czył i czas ża­ło­by po mężu, więc wdo­wa roz­po­czę­ła żyć wy­staw­nie, we­so­ło. Ni stąd, ni zo­wąd po­ja­wi­ły się ja­kieś her­by na gu­zi­kach przy li­be­rii lo­ka­ja i stan­gre­ta, herb wy­stą­pił tak­że na drzwicz­kach po­wo­zu, na szczy­cie pa­ła­cy­ku, na bra­mie wjaz­do­wej, a gdzieś tyl­ko rzu­cił okiem, spo­ty­ka­łeś ko­ro­nę i pod nią cy­frę – A. H.

Wsku­tek nie­roz­sąd­ne­go uży­wa­nia zni­ka­ła stop­nio­wo cała for­tu­na, któ­rą so­bie nie­gdyś przy­własz­czył od dzie­dzi­ców Pa­łek nie­bosz­czyk Ha­ła­stro­wicz. Za­chce­nia pani Anie­li ro­sły nie­ustan­nie i prze­to z ko­lei rze­czy roz­ma­ici lu­dzie po­czę­li ją wy­własz­czać ze spad­ku po mężu.

Ja­koś już w ósmym roku po­sia­da­nia Bło­go­sła­wic przez ro­dzi­nę Ha­ła­stro­wi­czów po­ja­wił się tu wiel­ki nie­do­sta­tek; nie było czym służ­by opła­cić, bra­ko­wa­ło zbo­ża na za­sie­wy, a kre­dyt pani dzie­dzicz­ki upadł tak da­le­ce, że w po­bli­skim mia­stecz­ku ani pie­karz bu­łek, ani rzeź­nik mię­sa nie chcie­li da­wać na kwit­ki. Zroz­pa­czo­na Ha­ła­stro­wi­czo­wa przy­pi­sy­wa­ła ten opła­ka­ny stan rze­czy złym rzą­dom swe­go eko­no­ma i w ogó­le kra­dzie­ży, któ­rej się ja­ko­by do­pusz­cza­ła cała służ­ba, zbun­to­wa­na prze­ciw­ko szlach­cie. Na­resz­cie na­stą­pił po­wszech­nie prze­wi­dy­wa­ny dzień sąd­ny, to jest są­do­we za­ję­cie przez wie­rzy­cie­li spu­sto­szo­ne­go i nad­mier­nie ob­dłu­żo­ne­go ma­jąt­ku. A po­nie­waż dłu­gów było da­le­ko wię­cej niż Bło­go­sła­wi­ce mia­ły war­to­ści, prze­to dzie­dzicz­ka, za­braw­szy ze sobą cór­kę, nie­co gar­de­ro­by, roz­ma­itych świe­ci­de­łek i ko­sme­ty­ków, schro­ni­ła się aż do War­sza­wy.II

War­sza­wa, jak każ­de wiel­kie mia­sto, robi uży­tek ze wszyst­kie­go. Jest to niby ma­szy­na spo­łecz­na, za­mie­nia­ją­ca róż­ne nie­czy­ste od­pad­ki na waż­ne, użyź­nia­ją­ce ma­te­ria­ły, zgni­łe jabł­ka na ocet, wy­do­by­wa­ją­ca ze sta­rych ko­ści czy­sty tłuszcz na de­li­kat­ne olej­ki i po­ma­dy. Jest to tak­że ja­ko­by duże ser­ce wiel­kiej ro­dzi­ny, któ­re przy­gar­nia i ogrze­wa każ­de­go, kto się ku nie­mu tuli. War­sza­wa to ostat­ni ra­tu­nek dla upa­dłych dzie­ci, to na­dzie­ja dla lu­dzi spra­gnio­nych wie­dzy lub wy­nie­sie­nia. Ona ma ty­sią­ce łó­żek w swo­ich szpi­ta­lach dla cho­rych, ma ta­nie kuch­nie i do­bro­czyn­no­ści dla głod­nych, ma wię­zie­nia dla zbrod­nia­rzy, ma tak­że domy roz­pu­sty…

W du­żym mie­ście mo­ral­ność prze­ma­wia przez ty­sią­ce ust, a iluż lu­dzi tru­dzi się tu mo­zol­nie i bez wi­docz­ne­go po­wo­dze­nia nad uszla­chet­nie­niem czło­wie­ka… Snad­niej ście­ra się tu­taj to, co mo­ral­no­ścią zo­wie­my, snad­niej i zdro­wie cia­ła ule­ga tu ru­inie. Sy­no­wie na­ro­du z ła­two­ścią tra­cą w War­sza­wie for­tu­ny, a cór­ki – cno­tę. Zło­dziej zaś i opry­szek mają tu może lep­sze pole do dzia­ła­nia niż w le­sie…

Miesz­kań­cy du­że­go mia­sta chcą pręd­ko prze­żyć jed­ną epo­kę i otwo­rzyć dru­gą, go­rącz­ko­wo więc pra­cu­ją tu cno­tli­wi i zbrod­nia­rze.

Jak­że we­so­ło jest w War­sza­wie!,Na uli­cach i po­dwó­rzach brzmią ka­ta­ryn­ki. Roz­le­ga­ją się gło­sy do­no­śne: „Gar­ki do po­bie­la­nia! Gar­ki!” – „Ko­ści ku­pu­ję! Ko­ści, ko­ści!” – „We­ę­gle do sa­mo­wa­ra! We­ę­gle do sa­mo­wa­ra!” – „Han­deł! Han­deł! Han­deł!” – „Ta­nie śliw­ki, jab­ki smacz­ne, wi­na­gron tani!” Brzmią dzwon­ki tram­wa­jów, hu­czy tur­kot po­wo­zów. Nę­dza i wy­kwint ży­cia mie­sza­ją się ze sobą: że­brak ocie­ra się o ban­kie­ra, szynk gra­ni­czy z sa­lo­nem. I ja­koś do­brze z tym lu­dziom, cie­szą się, że im czas szyb­ko ucho­dzi w tym zgieł­ku, w tej pstro­ka­ciź­nie; są oni jako drob­ne musz­ki w fa­lach cie­płe­go świa­tła: trze­pią się, brzę­czą, bez­wied­nie speł­nia­ją prze­mia­ny swo­je, jak je speł­nia wszyst­ko na świe­cie.

Każ­dy ban­krut, gdy już wszyst­ko stra­cił, tra­ci jesz­cze przez czas ja­kiś to, cze­go sam nie po­sia­da: robi dłu­gi; póź­niej, gdy mu i tę dro­gę za­ta­mu­ją, może się spo­strzec, iż jesz­cze ma coś wła­sne­go: siły do pra­cy, a w ta­kiej no­wej fa­zie może się zno­wu prze­obra­zić w ka­pi­ta­li­stę, ży­ją­ce­go z pro­cen­tu od sił owych. Je­że­li zaś kto utra­cił i ten ostat­ni ka­pi­tał, wte­dy ludz­kość de­le­gu­je pew­ną niań­kę, zwa­ną fi­lan­tro­pią, aże­by pia­sto­wa­ła nie­do­łę­gę.

Ha­ła­stro­wi­czo­wę bie­da od razu przy­ci­snę­ła w War­sza­wie; wdo­wa i jej cór­ka szyb­ko po­zby­ły się tu­taj wszyst­kich bły­sko­tek oraz łach­man­ków, a na­resz­cie za­dłu­ży­ły się o tyle, o ile tyl­ko uczy­nić mia­ły moż­ność. Czar­na jak grób przy­szłość otwie­ra­ła się przed tymi nie­wia­sta­mi.

Trze­ba przy­znać, że ko­bie­ty w ogó­le ży­wią w so­bie go­to­wość rzu­ce­nia się w kie­run­ku szla­chet­nych ha­seł; nie do­cho­dzą jed­nak­że zwy­kle do rze­mieśl­ni­czej wy­trwa­ło­ści i ru­ty­ny w do­brym.

– Trze­ba się wziąć do pra­cy! – za­wo­ła­ła jed­ne­go dnia zwąt­pia­ła mat­ka.

An­to­sia zwie­si­ła na pier­si pięk­ną głów­kę, na­stęp­nie pod­nio­sła na swą ro­dzi­ciel­kę wiel­kie czar­ne oczy, jak­by ocze­ku­jąc roz­wi­nię­cia za­po­wie­dzia­nej tezy, na­resz­cie rze­kła:

– Ja bym chęt­nie pra­co­wa­ła, lecz nie wiem, moja mamo, co my bę­dzie­my ro­bi­ły.

– Nie mo­że­my wy­bie­rać! – od­rze­kła mat­ka z pew­ną go­ry­czą. – Trze­ba wziąć taką ro­bo­tę, jaka się zda­rzy.

– Ja umiem jako tako szyć, może by się dało w ten spo­sób coś za­ro­bić – mó­wi­ła cór­ka.

– Szyć, prać, go­to­wać. Wszyst­ko jed­no!… – od­po­wie­dzia­ła Ha­ła­stro­wi­czo­wa, oży­wio­na moc­nym po­sta­no­wie­niem od­da­nia się pra­cy.

– O, mnie się ży­cie przy­krzy w tej bez­czyn­no­ści i cią­głym bra­ku! Go­to­wam wszyst­ko ro­bić! – mó­wi­ła bar­dzo po­waż­nie An­to­sia.

Roz­po­czę­to więc nie­ba­wem po­szu­ki­wa­nia pra­cy, a w kil­ka już dni An­to­sia zna­la­zła za­ję­cie w szwal­ni bie­li­zny mę­skiej i dam­skiej przy uli­cy Se­na­tor­skiej. Na­przód wy­zna­czo­no jej tu­taj wpraw­dzie bar­dzo skrom­ne wy­na­gro­dze­nie, za­wsze ato­li był to już ja­kiś za­ro­bek, oca­la­ją­cy ży­cie przed gło­do­wą śmier­cią. Swo­ją dro­gą Ha­ła­stro­wi­czo­wa sta­ra­ła się o pra­cę dla sie­bie, jed­nak­że bez po­wo­dze­nia. Z po­cząt­ku wdo­wa uty­ski­wa­ła na swo­je bez­ro­bo­cie, póź­niej stop­nio­wo za­sma­ko­wa­ła w uczęsz­cza­niu na licz­ne na­bo­żeń­stwa i na­resz­cie przy­wy­kła żyć kosz­tem sił cór­ki, któ­rej zdol­no­ści do pra­cy i pil­ność co­raz wię­cej oce­nia­no oraz le­piej wy­na­gra­dza­no.

W roku 1865 upły­nę­ło pra­wie dwa lata od przy­by­cia Ha­ła­stro­wi­czo­wej do War­sza­wy. Po­mi­mo bie­dy wdo­wa po­czę­ła tyć, wśród czar­nych jej wło­sów po­ja­wia­ły się pa­sma srebr­nych; jed­nak daw­ne pań­skie fumy pra­wie wy­wie­trza­ły z gło­wy. Przy­stoj­na nie­gdyś Aniel­ka za­po­wia­da­ła już te­raz sta­rusz­kę o nie­mi­łej fi­zjo­no­mii.

An­to­sia spo­waż­nia­ła, twarz jej i cała po­sta­wa na­bra­ły god­no­ści oraz spo­ko­ju; rze­mio­sło szwacz­ki było wi­docz­nie nie­od­po­wied­nim dla tej or­ga­ni­za­cji.

Pa­mię­taj­my, jaki był ro­do­wód pięk­nej dziew­czy­ny; pa­mię­taj­my, że każ­dy czło­wiek oprócz wła­sne­go ja nosi jesz­cze w so­bie cu­dze de­mo­ny. Dzie­dzic­two cnót lub grze­chów drze­mie czę­sto­kroć spo­koj­nie w głę­bi­nach or­ga­ni­zmu, gdy dla roz­wo­ju nie ma od­po­wied­nich wa­run­ków. Nad spra­wa­mi tego ro­dza­ju nikt nie pa­nu­je wolą, tak jak nikt z lu­dzi nie za­rzą­dza pra­wa­mi ży­cia i śmier­ci. Otóż za­rów­no Ha­ła­stro­wi­czo­wa jak i jej cór­ka odzie­dzi­czy­ły wdzię­ki cia­ła, nad­to du­szę z roz­ma­ity­mi za­le­ta­mi i wa­da­mi, a tak­że z na­stęp­stwa­mi tych wad oraz za­let.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: