Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Głos Kompanii - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 maja 2026
4499 pkt
punktów Virtualo

Głos Kompanii - ebook

iedy kapłani krwawego boga Kordesha sięgnęli po władzę w Ashven i królestwo rozdarła wojna domowa, król Joren zwrócił się o pomoc do potężnego imperium Vidii. Mówiono, że imperium odpowiedziało ze względu na srebro i żelazo górskich kopalń Ashven albo na naciski czarodziejów potężnej Wieży, a nie z dobrej woli – i może była to prawda. Faktem jednak jest, że nadeszło. Kapłani i sprzymierzona z nimi siostra króla zostali wyparci ze stolicy, a władca wspierany przez imperialny kontyngent odzyskał tron.

W Ashven zapanował pokój… prawie. Zepchnięta bowiem do górskich twierdz uzurpatorka wcale się nie poddała, w lasach ciągle kryją się jej lojaliści, a wiara w krwawe bóstwo nadal ma się doskonale.

Lirka trafia do Ashven jako pomocnik kupca – ale już wkrótce jego świat wywraca się do góry nogami. Z braku innych możliwości zostaje tłumaczem w kompanii najemników wspierających działaniami nieregularnymi vidyjski korpus ekspedycyjny. Bez wyboru, bez złudzeń szybko uczy się, że wojna nie zna bohaterów – zna jedynie tych, którzy przetrwali.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788368264616
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Mo­rze było ciem­ne i nie­spo­koj­ne, jak­by spo­so­bi­ło się na nad­cho­dzącą zimę. Dłu­gie fale szły od pó­łnoc­ne­go wscho­du i ude­rza­ły w bur­ty z tą na­ra­sta­jącą siłą. Wiatr szar­pał ża­gla­mi tak, że gru­be, na­si­ąkłe wil­go­cią płót­na trzesz­cza­ły i dy­go­ta­ły jak żywe. Nad masz­ta­mi, po czer­nie­jącym nie­bie, pędzi­ły rwące się chmu­ry. Wszy­scy do­świad­cze­ni ma­ry­na­rze wie­dzie­li, że sztorm jest bli­sko i może na­de­jść w ka­żdej chwi­li.

Wie­dział i mor­ski nad­set­nik To­bias, do­wód­ca im­pe­rial­ne­go trans­por­tow­ca „Wier­ne Al­grath”. I nie po­do­ba­ło mu się to ani tro­chę. To zbyt pó­źny czas na taki rejs, my­ślał To­bias. Pó­źny na­wet dla szyb­kich, dziel­nych okrętów od­kryw­ców, a cóż do­pie­ro dla ci­ężkich woj­sko­wych trans­por­tow­ców, ta­kich jak jego – o wy­so­kich bur­tach i jesz­cze wy­ższym ru­fo­wym kasz­te­lu, moc­no prze­chy­la­jących się na fa­lach mimo głębo­kie­go za­nu­rze­nia od lu­dzi, koni i za­pa­sów stło­czo­nych pod po­kła­dem. Rejs już jed­ne­go był ry­zy­kiem. Wy­pra­wa ca­łej eks­pe­dy­cyj­nej flo­ty była rzu­ca­niem wy­zwa­nia bo­gom. I to, zwa­żyw­szy na kie­ru­nek wy­pra­wy, nie tyl­ko vi­dyj­skim.

Po­wió­dł wzro­kiem po mo­rzu do­oko­ła. Im­pe­rial­na ar­ma­da, któ­ra od po­nad mie­si­ąca szła na wschód, ku Ashven, była te­raz tyl­ko sze­re­giem czar­nych syl­we­tek na ciem­nie­jącym mo­rzu. Przo­dem, le­d­wie wi­docz­ny w mro­ku, su­nął lek­ki „Szkwał”, pro­wa­dzący kon­wój, z dwie­ma la­tar­nia­mi – jed­ną na ru­fie, dru­gą wy­so­ko na szczy­cie głów­ne­go masz­tu. Nie­co po­nad milę za nim szło wo­jen­ne „Wiecz­ne Lan­tis”, fla­go­wiec eskor­ty, a przy nim „Wier­ne Al­grath” To­bia­sa. Z tyłu, w ciem­no­ści, ma­ja­czy­ły roz­ko­ły­sa­ne syl­wet­ki ko­lej­nych jed­no­stek – trans­por­tow­ców i okrętów eskor­ty, szyb­szych i zwin­nie krążących wo­kół szy­ku ni­czym smo­ki, któ­re no­si­ły na pro­por­cach. Jesz­cze da­lej, poza szy­kiem, na bak­bur­cie „Wier­ne­go Al­grath”, wid­niał wy­sła­ny przez Wie­żę „Nie­spo­koj­ny Ży­wioł” – wy­so­ki i smu­kły, zda­jący się iść ide­al­nie rów­no, bez naj­mniej­sze­go śla­du ko­ły­sa­nia, jak­by mo­rze samo wy­gła­dza­ło się przed jego dzio­bem. To­bias raz po raz zer­kał w tam­tą stro­nę, za ka­żdym ra­zem z tru­dem zwal­cza­jąc nie­po­kój, któ­ry bu­dził w nim sta­tek Wie­ży. Nie lu­bił mieć cza­ro­dzie­jów bli­sko, na­wet je­śli pły­nęli pod tym sa­mym sztan­da­rem. Nie­wie­le w nich było z nor­mal­ne­go, zna­ne­go że­gla­rzo­wi świa­ta.

Da­le­ko za kon­wo­jem nie­bo prze­ci­ęła bły­ska­wi­ca, po­tem dru­ga, roz­świe­tla­jąc syl­wet­ki idących z tyłu szy­ku okrętów. Po­nad mo­rzem prze­to­czył się głu­chy grzmot, ci­ężki i gro­źny, jak po­mruk nie­dźwie­dzia. Wiatr za­dął moc­niej, a chwi­lę po­tem na po­kła­dzie roz­le­gły się krzy­ki, kie­dy lina na fok­mar­slu pękła z trza­skiem, uwal­nia­jąc frag­ment ża­gla, któ­ry na­tych­miast za­ło­po­tał gwa­łtow­nie, jak osza­la­ły. Ma­ry­na­rze rzu­ci­li się mo­co­wać nową. To­bias przy­trzy­mał się mo­kre­go re­lin­gu i spoj­rzał z nie­po­ko­jem ku dzio­bo­wi, gdzie sta­ła sa­mot­na syl­wet­ka sza­cow­ne­go Arie­na. Ale ka­płan Mi­th­ra­dei chy­ba na­wet nie drgnął. Trwał tak od wie­lu go­dzin – nie­ru­cho­my, z twa­rzą zwró­co­ną ku nie­bu i pędzącym po­nad masz­ta­mi chmu­rom oraz błękit­ną, szar­pa­ną wia­trem sza­tą. To­bias mu­siał przy­znać, że jego za­cho­wa­nie tro­chę go uspo­ka­ja­ło. Gdy­by Mi­th­ra­dea mia­ła po­słać ich w ob­jęcia sztor­mu, jej słu­ga pew­nie nie sta­łby tam tak bez ru­chu.

– Będzie go­rzej – roz­le­gł się na­gle gder­li­wy głos tuż obok.

Nie usły­szał, jak Ce­reb pod­cho­dził. Wśród szu­mu mo­rza, świ­stu wia­tru i skrzy­pie­nia sa­me­go okrętu nie było to ni­czym dziw­nym, choć aku­rat pierw­szy ofi­cer „Wier­ne­go Al­grath” pew­nie po­tra­fi­łby po­de­jść do nie­go nie­zau­wa­żo­ny na­wet pod­czas ci­szy. Star­szy od To­bia­sa o po­nad dwa­dzie­ścia lat, siwy i twar­dy jak dąb, z któ­re­go zbu­do­wa­no ich okręt, Ce­reb spędził w słu­żbie im­pe­rium na mo­rzu pew­nie wi­ęcej cza­su, niż To­bias w ogó­le cho­dził po świe­cie – i wi­ęk­szo­ść tego cza­su we flo­cie wo­jen­nej, ta­kiej jak ta.

– Jed­nak zde­cy­do­wa­łeś się wy­jść na po­kład – uśmiech­nął się nad­set­nik.

– I tak się nie wy­śpię. – Ce­reb wzru­szył ra­mio­na­mi. – A będzie go­rzej. Wiatr się wzma­ga.

– Sza­cow­ny Arien jest spo­koj­ny.

– On by­łby spo­koj­ny rów­nież w Otchła­ni – żach­nął się Ce­reb. – Zresz­tą na­wet jak po­go­da się utrzy­ma, to będzie ci­ężka noc.

Do­wód­ca „Wier­ne­go Al­grath” tyl­ko ski­nął gło­wą. Pod­wład­ny miał ra­cję – już te­raz zmien­ny, po­ry­wi­sty wiatr utrud­niał trzy­ma­nie kur­su, a fale, zda­jące się ude­rzać za ka­żdym ra­zem z in­nej stro­ny, spra­wia­ły, że stat­ki im­pe­rial­nej eska­dry ska­ka­ły po wo­dzie jak dzie­ci­ęce za­baw­ki. To­bias wspó­łczuł trans­por­to­wa­nym na okręcie woj­skom – za­pew­ne cia­sno stło­cze­ni w ła­dow­ni żo­łnie­rze już prze­kli­na­li i od­le­głe, obce Ashven, i jego kró­la, i im­pe­rial­ną radę w Lan­tis, któ­ra zgo­dzi­ła się mu po­móc w utrzy­ma­niu tro­nu.

– Prze­pra­wa ar­mii pó­źną je­sie­nią – prych­nął.

– Wie­ża chce, Wie­ża ma. – Ce­reb nie miał wąt­pli­wo­ści, kto od­po­wia­dał za de­cy­zję.

Mor­ski nad­set­nik mu­siał przy­znać to­wa­rzy­szo­wi ra­cję. Nie­za­le­żnie co ogła­sza­no w sto­łecz­nym Lan­tis, nie sądził, żeby ty­si­ące po­le­głych w re­li­gij­nej woj­nie do­mo­wej w Ashven było czy­mś, co spędza­ło vi­dyj­skiej ra­dzie sen z po­wiek. Dwóch za­bi­tych w Ga­svard cza­ro­dzie­jów sta­no­wi­ło jed­nak zu­pe­łnie inną kwe­stię.

– Pew­nie w an­na­łach de­cy­zja będzie za­pi­sa­na jako „śmia­ła” i „zde­cy­do­wa­na”.

– Tja, do­pó­ki nie wy­lądu­je­my – mruk­nął pierw­szy. Spoj­rzał w ciem­no­ść, gdzie od cza­su do cza­su bły­ska­ły świa­tła pro­wa­dzące­go „Szkwa­łu”. – Po­mi­ędzy tym skraw­kiem wy­brze­ża a resz­tą Ashven są tyl­ko wąskie prze­łęcze i wąwo­zy. W zi­mie pew­nie i set­ka zbroj­nych jest tam w sta­nie za­trzy­mać ar­mię. Cała ta im­pe­rial­na po­moc sko­ńczy się na za­jęciu por­tu i trzech la­tach szu­ka­nia win­ne­go.

– Może cza­ro­dzie­je ja­koś po­mo­gą. – Ka­pi­tan spoj­rzał na ciem­ny za­rys „Nie­spo­koj­ne­go Ży­wio­łu”, mimo po­go­dy gład­ko su­nące­go po­mi­ędzy fa­la­mi.

– Cza­ro­dzie­je ni­g­dy nie po­ma­ga­ją.

Ka­pi­tan par­sk­nął ci­cho, bez śla­du roz­ba­wie­nia.

– Może tym ra­zem…

Nie do­dał nic wi­ęcej, bo na pro­wa­dzącym „Szkwa­le” na­gle za­ja­śnia­ły świa­tła – raz, dru­gi, jak­by na pró­bę, a po­tem już sta­le, mia­ro­wo mru­ga­jąc w noc im­pe­rial­nym ko­dem sy­gna­ło­wym. To­bias na­tych­miast po­de­rwał gło­wę i spoj­rze­li na sie­bie z Ce­re­bem.

– Co to ma być? – Ce­reb zmru­żył oczy ku ciem­no­ści.

Nad­set­nik spoj­rzał w stro­nę mło­de­go ma­ry­na­rza na kasz­te­lu „Wier­ne­go Al­grath” wpa­tru­jące­go się w mrok.

– Sy­gna­li­sta?

Chło­pak zmru­żył oczy, jak­by jesz­cze chciał po­twier­dzić, co zo­ba­czył, i od­wró­cił się ku nie­mu.

– „Szkwał” mel­du­je: „Świa­tła ob­cej jed­nost­ki. Trzy mile na bak­bur­cie, kurs za­chod­ni”!

To­bias za­klął pod no­sem i spoj­rzał we wska­za­nym mel­dun­kiem kie­run­ku. Po­cząt­ko­wo nie wi­dział nic poza rwący­mi się chmu­ra­mi, ciem­ny­mi grzbie­ta­mi fal i od­le­gły­mi bły­ska­wi­ca­mi roz­świe­tla­jący­mi na mo­ment mo­kre ża­gle kon­wo­ju. Po­tem do­strze­gł i to: ni­kły, chwiej­ny punkt świa­tła, ni­sko nad wodą, raz zni­ka­jący za falą, raz po­ja­wia­jący się zno­wu.

– Co u li­cha… – mruk­nął.

Z pew­no­ścią nie były to świa­tła żad­nej z jed­no­stek kon­wo­ju. Znaj­do­wa­ły się za ni­sko, za da­le­ko od szy­ku i chwia­ły się w zu­pe­łnie in­nym ryt­mie niż la­tar­nie okrętów im­pe­rial­nych.

– Kto pali la­tar­nie w nocy na pe­łnym mo­rzu? – za­py­tał pó­łgło­sem.

Ce­reb spoj­rzał w tam­tą stro­nę.

– Pew­nie chce być wi­docz­ny.

Mor­ski nad­set­nik ski­nął gło­wą. Ro­zu­mo­wa­nie pod­wład­ne­go mia­ło sens. Na otwar­tym mo­rzu je­dy­nym po­wo­dem pa­le­nia świa­teł była wi­docz­no­ść – nad­cho­dzący ze wscho­du sta­tek spo­dzie­wał się, że ko­goś spo­tka.

– Cóż, to mu się uda­ło.

Im­pe­rial­na ar­ma­da już za­re­ago­wa­ła na wie­ści ze „Szkwa­łu”. Na ko­lej­nych jed­nost­kach eskor­ty roz­ja­rzy­ły się la­tar­nie prze­ka­zu­jące sy­gnał da­lej. Idące przed dzio­bem trans­por­tow­ca To­bia­sa „Wiecz­ne Lan­tis” po­wo­li od­chy­li­ło się od kur­su, ru­sza­jąc ku ob­ce­mu świa­tłu. Na­wet z tej od­le­gło­ści zda­wa­ło się, że po wo­dzie nio­sły się wy­so­kie tony dzwo­nów alar­mo­wych na okręcie.

– Cie­ka­we, kto to. Pa­trol Ashven? Ku­piec? – Ce­reb spoj­rzał po­nad re­lin­giem na ciem­ne mo­rze. – Ja­kiś za­gi­nio­ny sta­tek ry­bac­ki?

– Tak da­le­ko od lądu? – To­bias po­kręcił gło­wą. – Mu­sia­łby zbłądzić. Albo osza­leć.

Zmru­żył oczy, by spoj­rzeć na od­le­gły blask. Był za da­le­ko, by od razu oce­nić wiel­ko­ść jed­nost­ki, ale nie wy­gląda­ła mu na okręt, była zbyt ni­ska i ci­ężka – zde­cy­do­wa­nie jed­nak za duża jak na kur­su­jące bli­sko brze­gu sta­tecz­ki ry­ba­ków. Może fak­tycz­nie na­tknęli się na ja­kie­goś kup­ca.

Obce świa­tło za­mi­go­ta­ło zno­wu. Raz, dru­gi, trze­ci. Tym ra­zem nie był to jed­nak przy­pad­ko­wy blask la­tar­ni rzu­ca­nej przez fale, lecz wy­ra­źny rytm. Sy­gnał.

– Sy­gna­li­sta!

Ale sto­jący na skra­ju kasz­te­lu chło­pak nie po­trze­bo­wał roz­ka­zu. Już prze­chy­lał się nad re­lin­giem, wpa­trzo­ny w ciem­no­ść tak in­ten­syw­nie, jak­by sa­mym wzro­kiem chciał przy­ci­ągnąć sta­tek bli­żej. Przez mo­ment sły­chać było tyl­ko świst wia­tru i głu­chy ło­mot fal o bur­tę. Po­tem od­wró­cił się gwa­łtow­nie.

– Na­da­ją im­pe­rial­ny kod roz­po­znaw­czy, pa­nie nad­set­ni­ku.

To­bias i Ce­reb wy­mie­ni­li za­sko­czo­ne spoj­rze­nia.

– A to cie­ka­we.

– „Wiecz­ne Lan­tis” od­po­wia­da – po­wtó­rzył sy­gna­li­sta. – Te­raz tam­ci na­da­ją coś in­ne­go.

Przez krót­ką chwi­lę To­bias mil­czał. Spoj­rzał ku ciem­ne­mu punk­to­wi na mo­rzu, po­tem na okręt eskor­ty, któ­ry wci­ąż parł ku ob­cej jed­no­st­ce. Na obu z nich mi­ga­ły prze­sła­nia­ne ryt­micz­nie la­tar­nie, bla­de i nie­po­ko­jące. Mło­dy ma­ry­narz na „Wier­nym Al­grath” śle­dził je w na­pi­ęciu, po­ru­sza­jąc bez­gło­śnie usta­mi przy ko­lej­nych gru­pach zna­ków.

– Wia­do­mo­ść brzmi… – sy­gna­li­sta za­wa­hał się. – „Do Val­de­za. Dzia­ła­nia za­ko­ńczo­ne”.

Ce­reb spoj­rzał na To­bia­sa, jak­by chciał się upew­nić, że do­brze sły­szał. Mor­ski nad­set­nik wzru­szył ra­mio­na­mi i znów spoj­rzał w ciem­no­ść, na obce świa­tło ta­ńczące po­śród fal.

– Do Val­de­za oso­bi­ście – ode­zwał się w ko­ńcu Ce­reb. – Nie­źle.

Na „Wiecz­nym Lan­tis” krót­ko od­po­wie­dzia­ła la­tar­nia sy­gna­ło­wa. Okręt eskor­ty nie zbli­żał się już bar­dziej do nie­zna­nej jed­nost­ki, ale też nie za­wra­cał, trzy­ma­jąc się do­kład­nie po­mi­ędzy ob­cy­mi a im­pe­rial­nym szy­kiem.

– Nie­źle? – mruk­nął To­bias. – To cy­wi­le. Nie po­win­ni znać na­szych zna­ków. Nie po­win­ni w ogó­le wie­dzieć, że tu je­ste­śmy, a co do­pie­ro że jest z nami ty­si­ęcz­nik Val­dez.

– Żad­ni cy­wi­le. – Pierw­szy ofi­cer skrzy­wił usta w nie­przy­jem­nym uśmie­chu. – Pew­nie wy­wiad albo ktoś taki.

Mor­ski nad­set­nik przez dłu­ższą chwi­lę wpa­try­wał się w noc, jak­by z czar­nej wody, świ­stu lin i chwiej­ne­go bły­sku cu­dzej la­tar­ni dało się wy­czy­tać wi­ęcej. Ale mo­rze nie od­po­wia­da­ło. Za to gdzieś wy­so­ko nad nimi za­hu­czał grzmot, bli­ższy niż po­przed­nie.

– Obu­dź ty­si­ęcz­ni­ka Val­de­za – po­wie­dział w ko­ńcu do wach­to­we­go. – Po­wiedz, że przy­szła wia­do­mo­ść. Pil­na.

Ma­ry­narz ski­nął gło­wą i znik­nął pod po­kła­dem. Trans­por­to­wiec prze­chy­lił się ci­ężko na ko­lej­nej fali. Gdzieś w dole roz­le­gł się głu­chy ru­mor i par­ska­nie spło­szo­ne­go ko­nia. To­bias za­ci­snął dłoń na mo­krym re­lin­gu. „Dzia­ła­nia za­ko­ńczo­ne”. Przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, co mo­gła ozna­czać ta wia­do­mo­ść, ale szyb­ko za­rzu­cił te roz­wa­ża­nia. Może le­piej było nie wie­dzieć.

Obu­dzo­ny ofi­cer im­pe­rial­nej ar­mii po­ja­wił się po bar­dzo krót­kiej chwi­li. Nie był jesz­cze ubra­ny do ko­ńca – na­rzu­co­ny po­śpiesz­nie płaszcz z czte­re­ma zdo­bi­ący­mi go pa­sa­mi ty­si­ęcz­ni­ka im­pe­rial­nej ar­mii miał za­pi­ęty krzy­wo, a pas do­pie­ro do­pi­nał. Trze­ba było jed­nak przy­znać, że na jego twa­rzy nie było wi­dać śla­du zmęcze­nia. Ja­ki­mś spo­so­bem uni­kał zie­lon­ka­wej bla­do­ści po­wszech­nej wśród żo­łnie­rzy ar­mii na mo­rzu – choć może była to kwe­stia po­łu­dnio­wej cery.

– Po­wie­dzia­no mi, że otrzy­ma­li­śmy wia­do­mo­ść – po­wie­dział, za­pi­na­jąc ko­lej­ne klam­ry tu­ni­ki mun­du­ro­wej. W na po­zór spo­koj­nym to­nie gło­su brzmia­ły nuty na­pi­ęcia.

– Na­de­szła kil­ka mi­nut temu – od­po­wie­dział do­wód­ca „Wier­ne­go Al­grath”. – Nadaw­cą jest sta­tek, praw­do­po­dob­nie…

– Ma kody? – prze­rwał mu ostro Val­dez.

– Tak.

– Do­brze. – Wy­so­ki ofi­cer mach­nął po­na­gla­jąco ręką. – Jak brzmi wia­do­mo­ść?

– „Do Val­de­za. Dzia­ła­nia za­ko­ńczo­ne”.

Ty­si­ęcz­nik kiw­nął gło­wą i ode­tchnął głębo­ko, z wy­ra­źną ulgą, a na jego twarz wy­pe­łzł po­wo­li uśmiech za­do­wo­le­nia. Wiatr po­ru­szył po­ła­mi jego płasz­cza, jak­by mężczy­źnie na­gle wy­ro­sły skrzy­dła.

– Do­sko­na­le – po­wie­dział, te­raz już bez cie­nia na­pi­ęcia. – Pro­szę za­wia­do­mić kon­wój i eskor­tę o zmia­nie kur­su. Idzie­my na pó­łnoc. Niech na­wi­ga­tor jak naj­szyb­ciej wy­zna­czy mi tra­sę do naj­bli­ższe­go du­że­go por­tu w In­dris.

To­bias przez chwi­lę pa­trzył na nie­go za­sko­czo­ny, nie­mal pe­wien, że źle usły­szał. Obok nie­go Ce­reb rów­nież wy­glądał, jak­by po­wa­żnie zwąt­pił w roz­sądek ty­si­ęcz­ni­ka.

– Za po­zwo­le­niem… Będzie­my ude­rzać na In­dris?

– Nie, oczy­wi­ście, że nie. – Val­dez uśmiech­nął się. – Sko­rzy­sta­my tyl­ko z ich trak­tów przez pusz­czę.

Obaj ofi­ce­ro­wie flo­ty wy­mie­ni­li zdzi­wio­ne spoj­rze­nia. Tak, gra­ni­ca Wiecz­ne­go Lasu In­dris z Ashven była dłu­ga na wie­le mil i nie­sko­ńcze­nie lep­sza, je­śli cho­dzi o wkro­cze­nie do tego kró­le­stwa, niż od­izo­lo­wa­ny pó­łwy­sep Ne­ithe. Tyl­ko że In­dris nie było so­jusz­ni­kiem im­pe­rium vi­dyj­skie­go ani zresz­tą ni­ko­go in­ne­go. Dziw­ni, mil­czący, ob­se­syj­nie wy­czu­le­ni na punk­cie umów i pak­tów miesz­ka­ńcy le­si­ste­go kra­ju to­le­ro­wa­li co praw­da ob­cych, a na­wet han­dlo­wa­li z nimi, ale wszyst­ko ro­bi­li na swo­ich za­sa­dach – i bia­da temu, kto pró­bo­wa­łby na­rzu­cić im co­kol­wiek siłą.

– I In­dryj­czy­cy prze­pusz­czą ar­mię? – Ce­reb nie wy­glądał na prze­ko­na­ne­go. – Przez Wiecz­ny Las?

To­bias uci­szył pod­wład­ne­go ge­stem. Ty­si­ęcz­nik ar­mii nie mu­siał z ni­cze­go tłu­ma­czyć się dwóm ofi­ce­rom trans­por­tow­ca, na­wet je­śli je­den z nich słu­żył praw­do­po­dob­nie jesz­cze przed jego uro­dze­niem. Val­dez jed­nak był wy­ra­źnie w do­brym hu­mo­rze.

– Prze­pusz­czą. – Ode­tchnął głębo­ko bu­rzo­wym po­wie­trzem. – Zro­bią to, po­nie­waż jak się oka­za­ło, kul­ty­ści z Ashven prze­kro­czy­li gra­ni­ce ich to­le­ran­cji. Pa­nie nad­set­ni­ku, ze­chce pan wy­ko­nać moje po­le­ce­nie?

– Oczy­wi­ście.

To­bias przy­wo­łał sy­gna­li­stę i szyb­ko wy­dał mu od­po­wied­nie roz­ka­zy. Wkrót­ce na ru­fie i głów­nym masz­cie fla­gow­ca kon­wo­ju za­mi­go­ta­ły la­tar­nie, ślące na wszyst­kie jed­nost­ki sy­gnał o zmia­nie kur­su.

Chwi­lę pó­źniej w ciem­no­ści za­pa­da­jącej nocy za­mi­go­ta­ły świa­tła po­twier­dza­jące przy­jęcie roz­ka­zu i prze­ka­zu­jące na­kaz ty­si­ęcz­ni­ka Val­de­za da­lej. Pierw­szy zwrot wy­ko­nał „Szkwał”, za­raz po­tem „Wier­ne Al­grath” To­bia­sa, a na­stęp­nie, w mia­rę jak roz­kaz do­cie­rał co­raz da­lej, ko­lej­ne okręty – jed­nost­ki eskor­ty szyb­ciej, jak dra­pie­żni­ki rzu­ca­jące się ku no­wej zdo­by­czy, oci­ęża­łe trans­por­tow­ce nie­zgrab­nie i jak­by nie­chęt­nie, wy­kręca­jąc się bur­ta­mi do ob­ce­go stat­ku, sa­mot­ne­go w ciem­no­ści. Ostat­nie z szy­ku na nowy kurs we­szło „Wiecz­ne Lan­tis”, ci­ągle trzy­ma­jąc się mi­ędzy ob­cym stat­kiem a im­pe­rial­ną ar­ma­dą.

A za nimi oczy­wi­ście ru­szył „Nie­spo­koj­ny Ży­wioł”, któ­ry po­ko­ny­wał fale lek­ko i rów­no, jak­by nie na­le­żał ani do flo­ty, ani do mo­rza, lecz był częścią sa­mej nad­cho­dzącej z za­cho­du bu­rzy, któ­ra te­raz, wraz z nimi, szła ku Ashven. ■
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij