Głos Kompanii - ebook
iedy kapłani krwawego boga Kordesha sięgnęli po władzę w Ashven i królestwo rozdarła wojna domowa, król Joren zwrócił się o pomoc do potężnego imperium Vidii. Mówiono, że imperium odpowiedziało ze względu na srebro i żelazo górskich kopalń Ashven albo na naciski czarodziejów potężnej Wieży, a nie z dobrej woli – i może była to prawda. Faktem jednak jest, że nadeszło. Kapłani i sprzymierzona z nimi siostra króla zostali wyparci ze stolicy, a władca wspierany przez imperialny kontyngent odzyskał tron.
W Ashven zapanował pokój… prawie. Zepchnięta bowiem do górskich twierdz uzurpatorka wcale się nie poddała, w lasach ciągle kryją się jej lojaliści, a wiara w krwawe bóstwo nadal ma się doskonale.
Lirka trafia do Ashven jako pomocnik kupca – ale już wkrótce jego świat wywraca się do góry nogami. Z braku innych możliwości zostaje tłumaczem w kompanii najemników wspierających działaniami nieregularnymi vidyjski korpus ekspedycyjny. Bez wyboru, bez złudzeń szybko uczy się, że wojna nie zna bohaterów – zna jedynie tych, którzy przetrwali.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368264616 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Morze było ciemne i niespokojne, jakby sposobiło się na nadchodzącą zimę. Długie fale szły od północnego wschodu i uderzały w burty z tą narastającą siłą. Wiatr szarpał żaglami tak, że grube, nasiąkłe wilgocią płótna trzeszczały i dygotały jak żywe. Nad masztami, po czerniejącym niebie, pędziły rwące się chmury. Wszyscy doświadczeni marynarze wiedzieli, że sztorm jest blisko i może nadejść w każdej chwili.
Wiedział i morski nadsetnik Tobias, dowódca imperialnego transportowca „Wierne Algrath”. I nie podobało mu się to ani trochę. To zbyt późny czas na taki rejs, myślał Tobias. Późny nawet dla szybkich, dzielnych okrętów odkrywców, a cóż dopiero dla ciężkich wojskowych transportowców, takich jak jego – o wysokich burtach i jeszcze wyższym rufowym kasztelu, mocno przechylających się na falach mimo głębokiego zanurzenia od ludzi, koni i zapasów stłoczonych pod pokładem. Rejs już jednego był ryzykiem. Wyprawa całej ekspedycyjnej floty była rzucaniem wyzwania bogom. I to, zważywszy na kierunek wyprawy, nie tylko vidyjskim.
Powiódł wzrokiem po morzu dookoła. Imperialna armada, która od ponad miesiąca szła na wschód, ku Ashven, była teraz tylko szeregiem czarnych sylwetek na ciemniejącym morzu. Przodem, ledwie widoczny w mroku, sunął lekki „Szkwał”, prowadzący konwój, z dwiema latarniami – jedną na rufie, drugą wysoko na szczycie głównego masztu. Nieco ponad milę za nim szło wojenne „Wieczne Lantis”, flagowiec eskorty, a przy nim „Wierne Algrath” Tobiasa. Z tyłu, w ciemności, majaczyły rozkołysane sylwetki kolejnych jednostek – transportowców i okrętów eskorty, szybszych i zwinnie krążących wokół szyku niczym smoki, które nosiły na proporcach. Jeszcze dalej, poza szykiem, na bakburcie „Wiernego Algrath”, widniał wysłany przez Wieżę „Niespokojny Żywioł” – wysoki i smukły, zdający się iść idealnie równo, bez najmniejszego śladu kołysania, jakby morze samo wygładzało się przed jego dziobem. Tobias raz po raz zerkał w tamtą stronę, za każdym razem z trudem zwalczając niepokój, który budził w nim statek Wieży. Nie lubił mieć czarodziejów blisko, nawet jeśli płynęli pod tym samym sztandarem. Niewiele w nich było z normalnego, znanego żeglarzowi świata.
Daleko za konwojem niebo przecięła błyskawica, potem druga, rozświetlając sylwetki idących z tyłu szyku okrętów. Ponad morzem przetoczył się głuchy grzmot, ciężki i groźny, jak pomruk niedźwiedzia. Wiatr zadął mocniej, a chwilę potem na pokładzie rozległy się krzyki, kiedy lina na fokmarslu pękła z trzaskiem, uwalniając fragment żagla, który natychmiast załopotał gwałtownie, jak oszalały. Marynarze rzucili się mocować nową. Tobias przytrzymał się mokrego relingu i spojrzał z niepokojem ku dziobowi, gdzie stała samotna sylwetka szacownego Ariena. Ale kapłan Mithradei chyba nawet nie drgnął. Trwał tak od wielu godzin – nieruchomy, z twarzą zwróconą ku niebu i pędzącym ponad masztami chmurom oraz błękitną, szarpaną wiatrem szatą. Tobias musiał przyznać, że jego zachowanie trochę go uspokajało. Gdyby Mithradea miała posłać ich w objęcia sztormu, jej sługa pewnie nie stałby tam tak bez ruchu.
– Będzie gorzej – rozległ się nagle gderliwy głos tuż obok.
Nie usłyszał, jak Cereb podchodził. Wśród szumu morza, świstu wiatru i skrzypienia samego okrętu nie było to niczym dziwnym, choć akurat pierwszy oficer „Wiernego Algrath” pewnie potrafiłby podejść do niego niezauważony nawet podczas ciszy. Starszy od Tobiasa o ponad dwadzieścia lat, siwy i twardy jak dąb, z którego zbudowano ich okręt, Cereb spędził w służbie imperium na morzu pewnie więcej czasu, niż Tobias w ogóle chodził po świecie – i większość tego czasu we flocie wojennej, takiej jak ta.
– Jednak zdecydowałeś się wyjść na pokład – uśmiechnął się nadsetnik.
– I tak się nie wyśpię. – Cereb wzruszył ramionami. – A będzie gorzej. Wiatr się wzmaga.
– Szacowny Arien jest spokojny.
– On byłby spokojny również w Otchłani – żachnął się Cereb. – Zresztą nawet jak pogoda się utrzyma, to będzie ciężka noc.
Dowódca „Wiernego Algrath” tylko skinął głową. Podwładny miał rację – już teraz zmienny, porywisty wiatr utrudniał trzymanie kursu, a fale, zdające się uderzać za każdym razem z innej strony, sprawiały, że statki imperialnej eskadry skakały po wodzie jak dziecięce zabawki. Tobias współczuł transportowanym na okręcie wojskom – zapewne ciasno stłoczeni w ładowni żołnierze już przeklinali i odległe, obce Ashven, i jego króla, i imperialną radę w Lantis, która zgodziła się mu pomóc w utrzymaniu tronu.
– Przeprawa armii późną jesienią – prychnął.
– Wieża chce, Wieża ma. – Cereb nie miał wątpliwości, kto odpowiadał za decyzję.
Morski nadsetnik musiał przyznać towarzyszowi rację. Niezależnie co ogłaszano w stołecznym Lantis, nie sądził, żeby tysiące poległych w religijnej wojnie domowej w Ashven było czymś, co spędzało vidyjskiej radzie sen z powiek. Dwóch zabitych w Gasvard czarodziejów stanowiło jednak zupełnie inną kwestię.
– Pewnie w annałach decyzja będzie zapisana jako „śmiała” i „zdecydowana”.
– Tja, dopóki nie wylądujemy – mruknął pierwszy. Spojrzał w ciemność, gdzie od czasu do czasu błyskały światła prowadzącego „Szkwału”. – Pomiędzy tym skrawkiem wybrzeża a resztą Ashven są tylko wąskie przełęcze i wąwozy. W zimie pewnie i setka zbrojnych jest tam w stanie zatrzymać armię. Cała ta imperialna pomoc skończy się na zajęciu portu i trzech latach szukania winnego.
– Może czarodzieje jakoś pomogą. – Kapitan spojrzał na ciemny zarys „Niespokojnego Żywiołu”, mimo pogody gładko sunącego pomiędzy falami.
– Czarodzieje nigdy nie pomagają.
Kapitan parsknął cicho, bez śladu rozbawienia.
– Może tym razem…
Nie dodał nic więcej, bo na prowadzącym „Szkwale” nagle zajaśniały światła – raz, drugi, jakby na próbę, a potem już stale, miarowo mrugając w noc imperialnym kodem sygnałowym. Tobias natychmiast poderwał głowę i spojrzeli na siebie z Cerebem.
– Co to ma być? – Cereb zmrużył oczy ku ciemności.
Nadsetnik spojrzał w stronę młodego marynarza na kasztelu „Wiernego Algrath” wpatrującego się w mrok.
– Sygnalista?
Chłopak zmrużył oczy, jakby jeszcze chciał potwierdzić, co zobaczył, i odwrócił się ku niemu.
– „Szkwał” melduje: „Światła obcej jednostki. Trzy mile na bakburcie, kurs zachodni”!
Tobias zaklął pod nosem i spojrzał we wskazanym meldunkiem kierunku. Początkowo nie widział nic poza rwącymi się chmurami, ciemnymi grzbietami fal i odległymi błyskawicami rozświetlającymi na moment mokre żagle konwoju. Potem dostrzegł i to: nikły, chwiejny punkt światła, nisko nad wodą, raz znikający za falą, raz pojawiający się znowu.
– Co u licha… – mruknął.
Z pewnością nie były to światła żadnej z jednostek konwoju. Znajdowały się za nisko, za daleko od szyku i chwiały się w zupełnie innym rytmie niż latarnie okrętów imperialnych.
– Kto pali latarnie w nocy na pełnym morzu? – zapytał półgłosem.
Cereb spojrzał w tamtą stronę.
– Pewnie chce być widoczny.
Morski nadsetnik skinął głową. Rozumowanie podwładnego miało sens. Na otwartym morzu jedynym powodem palenia świateł była widoczność – nadchodzący ze wschodu statek spodziewał się, że kogoś spotka.
– Cóż, to mu się udało.
Imperialna armada już zareagowała na wieści ze „Szkwału”. Na kolejnych jednostkach eskorty rozjarzyły się latarnie przekazujące sygnał dalej. Idące przed dziobem transportowca Tobiasa „Wieczne Lantis” powoli odchyliło się od kursu, ruszając ku obcemu światłu. Nawet z tej odległości zdawało się, że po wodzie niosły się wysokie tony dzwonów alarmowych na okręcie.
– Ciekawe, kto to. Patrol Ashven? Kupiec? – Cereb spojrzał ponad relingiem na ciemne morze. – Jakiś zaginiony statek rybacki?
– Tak daleko od lądu? – Tobias pokręcił głową. – Musiałby zbłądzić. Albo oszaleć.
Zmrużył oczy, by spojrzeć na odległy blask. Był za daleko, by od razu ocenić wielkość jednostki, ale nie wyglądała mu na okręt, była zbyt niska i ciężka – zdecydowanie jednak za duża jak na kursujące blisko brzegu stateczki rybaków. Może faktycznie natknęli się na jakiegoś kupca.
Obce światło zamigotało znowu. Raz, drugi, trzeci. Tym razem nie był to jednak przypadkowy blask latarni rzucanej przez fale, lecz wyraźny rytm. Sygnał.
– Sygnalista!
Ale stojący na skraju kasztelu chłopak nie potrzebował rozkazu. Już przechylał się nad relingiem, wpatrzony w ciemność tak intensywnie, jakby samym wzrokiem chciał przyciągnąć statek bliżej. Przez moment słychać było tylko świst wiatru i głuchy łomot fal o burtę. Potem odwrócił się gwałtownie.
– Nadają imperialny kod rozpoznawczy, panie nadsetniku.
Tobias i Cereb wymienili zaskoczone spojrzenia.
– A to ciekawe.
– „Wieczne Lantis” odpowiada – powtórzył sygnalista. – Teraz tamci nadają coś innego.
Przez krótką chwilę Tobias milczał. Spojrzał ku ciemnemu punktowi na morzu, potem na okręt eskorty, który wciąż parł ku obcej jednostce. Na obu z nich migały przesłaniane rytmicznie latarnie, blade i niepokojące. Młody marynarz na „Wiernym Algrath” śledził je w napięciu, poruszając bezgłośnie ustami przy kolejnych grupach znaków.
– Wiadomość brzmi… – sygnalista zawahał się. – „Do Valdeza. Działania zakończone”.
Cereb spojrzał na Tobiasa, jakby chciał się upewnić, że dobrze słyszał. Morski nadsetnik wzruszył ramionami i znów spojrzał w ciemność, na obce światło tańczące pośród fal.
– Do Valdeza osobiście – odezwał się w końcu Cereb. – Nieźle.
Na „Wiecznym Lantis” krótko odpowiedziała latarnia sygnałowa. Okręt eskorty nie zbliżał się już bardziej do nieznanej jednostki, ale też nie zawracał, trzymając się dokładnie pomiędzy obcymi a imperialnym szykiem.
– Nieźle? – mruknął Tobias. – To cywile. Nie powinni znać naszych znaków. Nie powinni w ogóle wiedzieć, że tu jesteśmy, a co dopiero że jest z nami tysięcznik Valdez.
– Żadni cywile. – Pierwszy oficer skrzywił usta w nieprzyjemnym uśmiechu. – Pewnie wywiad albo ktoś taki.
Morski nadsetnik przez dłuższą chwilę wpatrywał się w noc, jakby z czarnej wody, świstu lin i chwiejnego błysku cudzej latarni dało się wyczytać więcej. Ale morze nie odpowiadało. Za to gdzieś wysoko nad nimi zahuczał grzmot, bliższy niż poprzednie.
– Obudź tysięcznika Valdeza – powiedział w końcu do wachtowego. – Powiedz, że przyszła wiadomość. Pilna.
Marynarz skinął głową i zniknął pod pokładem. Transportowiec przechylił się ciężko na kolejnej fali. Gdzieś w dole rozległ się głuchy rumor i parskanie spłoszonego konia. Tobias zacisnął dłoń na mokrym relingu. „Działania zakończone”. Przez chwilę zastanawiał się, co mogła oznaczać ta wiadomość, ale szybko zarzucił te rozważania. Może lepiej było nie wiedzieć.
Obudzony oficer imperialnej armii pojawił się po bardzo krótkiej chwili. Nie był jeszcze ubrany do końca – narzucony pośpiesznie płaszcz z czterema zdobiącymi go pasami tysięcznika imperialnej armii miał zapięty krzywo, a pas dopiero dopinał. Trzeba było jednak przyznać, że na jego twarzy nie było widać śladu zmęczenia. Jakimś sposobem unikał zielonkawej bladości powszechnej wśród żołnierzy armii na morzu – choć może była to kwestia południowej cery.
– Powiedziano mi, że otrzymaliśmy wiadomość – powiedział, zapinając kolejne klamry tuniki mundurowej. W na pozór spokojnym tonie głosu brzmiały nuty napięcia.
– Nadeszła kilka minut temu – odpowiedział dowódca „Wiernego Algrath”. – Nadawcą jest statek, prawdopodobnie…
– Ma kody? – przerwał mu ostro Valdez.
– Tak.
– Dobrze. – Wysoki oficer machnął ponaglająco ręką. – Jak brzmi wiadomość?
– „Do Valdeza. Działania zakończone”.
Tysięcznik kiwnął głową i odetchnął głęboko, z wyraźną ulgą, a na jego twarz wypełzł powoli uśmiech zadowolenia. Wiatr poruszył połami jego płaszcza, jakby mężczyźnie nagle wyrosły skrzydła.
– Doskonale – powiedział, teraz już bez cienia napięcia. – Proszę zawiadomić konwój i eskortę o zmianie kursu. Idziemy na północ. Niech nawigator jak najszybciej wyznaczy mi trasę do najbliższego dużego portu w Indris.
Tobias przez chwilę patrzył na niego zaskoczony, niemal pewien, że źle usłyszał. Obok niego Cereb również wyglądał, jakby poważnie zwątpił w rozsądek tysięcznika.
– Za pozwoleniem… Będziemy uderzać na Indris?
– Nie, oczywiście, że nie. – Valdez uśmiechnął się. – Skorzystamy tylko z ich traktów przez puszczę.
Obaj oficerowie floty wymienili zdziwione spojrzenia. Tak, granica Wiecznego Lasu Indris z Ashven była długa na wiele mil i nieskończenie lepsza, jeśli chodzi o wkroczenie do tego królestwa, niż odizolowany półwysep Neithe. Tylko że Indris nie było sojusznikiem imperium vidyjskiego ani zresztą nikogo innego. Dziwni, milczący, obsesyjnie wyczuleni na punkcie umów i paktów mieszkańcy lesistego kraju tolerowali co prawda obcych, a nawet handlowali z nimi, ale wszystko robili na swoich zasadach – i biada temu, kto próbowałby narzucić im cokolwiek siłą.
– I Indryjczycy przepuszczą armię? – Cereb nie wyglądał na przekonanego. – Przez Wieczny Las?
Tobias uciszył podwładnego gestem. Tysięcznik armii nie musiał z niczego tłumaczyć się dwóm oficerom transportowca, nawet jeśli jeden z nich służył prawdopodobnie jeszcze przed jego urodzeniem. Valdez jednak był wyraźnie w dobrym humorze.
– Przepuszczą. – Odetchnął głęboko burzowym powietrzem. – Zrobią to, ponieważ jak się okazało, kultyści z Ashven przekroczyli granice ich tolerancji. Panie nadsetniku, zechce pan wykonać moje polecenie?
– Oczywiście.
Tobias przywołał sygnalistę i szybko wydał mu odpowiednie rozkazy. Wkrótce na rufie i głównym maszcie flagowca konwoju zamigotały latarnie, ślące na wszystkie jednostki sygnał o zmianie kursu.
Chwilę później w ciemności zapadającej nocy zamigotały światła potwierdzające przyjęcie rozkazu i przekazujące nakaz tysięcznika Valdeza dalej. Pierwszy zwrot wykonał „Szkwał”, zaraz potem „Wierne Algrath” Tobiasa, a następnie, w miarę jak rozkaz docierał coraz dalej, kolejne okręty – jednostki eskorty szybciej, jak drapieżniki rzucające się ku nowej zdobyczy, ociężałe transportowce niezgrabnie i jakby niechętnie, wykręcając się burtami do obcego statku, samotnego w ciemności. Ostatnie z szyku na nowy kurs weszło „Wieczne Lantis”, ciągle trzymając się między obcym statkiem a imperialną armadą.
A za nimi oczywiście ruszył „Niespokojny Żywioł”, który pokonywał fale lekko i równo, jakby nie należał ani do floty, ani do morza, lecz był częścią samej nadchodzącej z zachodu burzy, która teraz, wraz z nimi, szła ku Ashven. ■