Głosy Pamięci 5. Kobiety ciężarne i dzieci urodzone w KL Auschwitz - ebook
Głosy Pamięci 5. Kobiety ciężarne i dzieci urodzone w KL Auschwitz - ebook
Losy kobiet ciężarnych i dzieci urodzonych w obozie opisała we wstępie do zeszytu Helena Kubica, pracownik naukowy Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.
Integralną część książki stanowią poruszające relacje byłych więźniarek, które pracowały jako położne w obozie, jak i samych matek, które w obozie rodziły swe dzieci. Są to historie tragiczne — większość kobiet straciła swe dzieci: albo w wyniku aborcji dokonywanej przymusowo w obozie, albo zaraz po wydaniu ich na świat.
Wybór dokumentów związanych z tematem jest dopełnieniem całości.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: | brak |
| ISBN: | 978-83-7704-306-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ogrom śmierci i cierpienia, jakie stały się udziałem ludzi deportowanych do obozu Auschwitz, ciągle budzi grozę, wywołuje łzy, rodzi współczucie. Pamięć o pomordowanych szczególnie żywa jest wśród tych, którzy sami byli świadkami wszechogarniającej śmierci – w obozie stracili swych krewnych i przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, a sami co dnia patrzyli na płonące kominy krematoriów.
Pamięć o ofiarach obozu i o ich niewyobrażalnych cierpieniach porusza też głęboko serca i umysły ludzi młodych, przedstawicieli trzeciego już pokolenia, którzy tłumnie przybywają do Miejsca Pamięci Auschwitz, aby oddać hołd tym, którzy zginęli. Przybywają również po to, by poznać tragiczną historię i uczyć się z niej, jak przezwyciężyć zło i wziąć na siebie odpowiedzialność za tworzenie lepszej rzeczywistości.
Dla wszystkich jednak, bez względu na poziom doświadczenia, wiedzy i zaangażowania, najtrudniejszym zadaniem jest zmierzenie się z obozową tragedią dzieci. Mamy nadzieję, że pomoże w tym kolejny tom „Głosów pamięci” poświęcony najmłodszym więźniom KL Auschwitz – dzieciom urodzonym w obozie oraz ich matkom.
Autorka tomu, Helena Kubica, przez wiele lat badała obozowe dokumenty, relacje ocalałych, gromadziła fotografie, których wybór przekazujemy czytelnikom. Wyłania się z nich obraz niewyobrażalnego cierpienia, tragedii i potwornej zbrodni, które na zawsze naznaczyły tych, co przeżyli. Dramat, jaki spotkał w obozie matki oczekujące dziecka, był nie tylko całkowitym zaprzeczeniem radości macierzyństwa, ale przede wszystkim absolutnym pogwałceniem naturalnego prawa i godności człowieka.
Żydowskie, polskie, romskie i rosyjskie matki musiały stać się świadkami śmierci swych dzieci, bestialsko mordowanych przez lekarki i lekarzy SS lub przez bezwzględne i zbrodnicze więźniarki funkcyjne. Dzieci, które nie zostały zabite natychmiast po urodzeniu i matki, które je urodziły w nieludzkich warunkach obozowych, umierały później masowo wskutek głodu, wycieńczenia lub katastrofalnych warunków sanitarnych. Te, które przeżyły, także w okresie powojennym musiały dźwigać wspomnienia o tragicznych przeżyciach obozowych i nigdy nie potrafiły się od nich uwolnić.
Oddając tę książkę w ręce czytelników pragniemy, by wstrząsający los najbardziej bezbronnych ofiar KL Auschwitz nigdy nie został zapomniany. Nie znamy wszystkich nazwisk i imion nieszczęśliwych matek i dzieci, chcemy jednak, aby te, których wspomnienia i fotografie publikujemy, symbolizowały indywidualne losy każdego i każdej z nich.
Krystyna Oleksy
Dyrektor Międzynarodowego Centrum
Edukacji o Auschwitz i HolokauścieKobiety ciężarne i dzieci urodzone w KL Auschwitz
Po utworzeniu w KL Auschwitz w marcu 1942 roku obozu dla kobiet, wśród kierowanych tam w transportach więźniarek były również kobiety ciężarne. Wprawdzie niemieckie władze więzienne i placówki policji obowiązywało zarządzenie, wydane przez szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), zabraniające wysyłania do obozów koncentracyjnych kobiet w ciąży, jednak w praktyce nie było ono przestrzegane¹. Poza tym nie dotyczyło kobiet kierowanych do obozu w ramach masowych akcji wysiedleńczych, pacyfikacyjnych czy łapanek, ani też Żydówek wysyłanych w masowych transportach na zagładę.
Do 1943 roku władze obozowe uznawały kobiety ciężarne za element niepożądany, niezdolny do pracy i zgodnie ze stosowaną w obozach wobec więźniów eutanazyjną akcją 14f13, bez względu na narodowość polecały zabijać dosercowymi zastrzykami fenolu lub w komorach gazowych. Rzadziej lekarze SS przerywali ciążę, bez względu na stopień jej zaawansowania, niewyjałowionymi instrumentami w niesterylnych warunkach, co z reguły kończyło się dla kobiet śmiercią. Nawet jeśli w sporadycznych przypadkach udało się więźniarkom ukryć ciążę i potajemnie urodzić dziecko, to i tak po pewnym czasie były one wraz z nowo narodzonymi dziećmi uśmiercane dosercowym zastrzykiem fenolu, najczęściej przez sanitariuszy SS-Sanitätsdienstgrad (SDG). W obozie kobiecym w Birkenau zabijano je najczęściej w ambulatorium mieszczącym się w baraku nr 28 szpitala obozowego. Taki los spotkał między innymi kobiety ciężarne i matki z niemowlętami, przybyłe do obozu w grudniu 1942 roku w transportach ludności wysiedlonej z Zamojszczyzny. Z rozkazu lekarza SS dra Wernera Rohdego² zaraz po urodzeniu dzieci, zostały wszystkie uśmiercone zastrzykami fenolu przez sanitariusza – podoficera SS Hansa Nierzwickiego³.
W pierwszej połowie 1943 roku na skutek gwałtownego zapotrzebowania na siłę roboczą więźniów, zaniechano uśmiercania kobiet ciężarnych i położnic, w dalszym ciągu zabijano jednak w bezwzględny sposób nowo narodzone dzieci.
Porody odbywały się najczęściej w baraku nr 24 na terenie szpitala obozu kobiecego w Birkenau, na odcinku BIa, w którym równocześnie lokowane były chore zakaźnie. Kobiety rodziły w niesłychanie prymitywnych warunkach, na długim ceglanym ciągu kominowym na oczach wszystkich chorych. Porody odbierała blokowa tego baraku, Niemka, z zawodu położna, zwana przez więźniarki „Schwester Klarą”⁴, umieszczona w obozie za nielegalne przerywanie ciąży. Pomagała jej niemiecka prostytutka o imieniu Pfanni (Fanny).
Rodzącym kobietom nie było dane nawet przez chwilę nacieszyć się swoim maleństwem. Słyszały tylko jego pierwszy, a zarazem ostatni płacz, gdyż wymienione Niemki zaraz po odebraniu porodu uśmiercały noworodki, topiąc je najczęściej w wiadrze z wodą. Były również przypadki porodów w barakach mieszkalnych, na kojach. Wówczas blokowa musiała zameldować o tym fakcie władzy obozowej, zabierano matce dziecko i zanoszono do ambulatorium, gdzie sanitariusz SS (SDG) zabijał je zastrzykiem fenolu. Matki natomiast, jeszcze w połogu, musiały stanąć na apelu i wyjść wraz ze swoim komandem do ciężkiej fizycznej pracy.
Prawdopodobnie od maja 1943 roku zaprzestano uśmiercania nowo narodzonych dzieci pochodzenia nieżydowskiego. W tym też czasie funkcję położnej w szpitalu w obozie kobiecym pełniła już (w miejsce „Schwester Klary”) Polka, Stanisława Leszczyńska, której w maju lekarz SS zezwolił na wykonywanie swego zawodu. Pomagała jej w tej pracy przez krótki okres, aresztowana wraz z nią, córka Sylwia – studentka medycyny. W późniejszym czasie z Leszczyńską już do wyzwolenia współpracowała Polka, Rufina Karwowska, również położna z zawodu. Przy skomplikowanych porodach z powikłaniami, wymagających interwencji lekarza, pomagały polskie lekarki Janina Węgierska lub Irena Konieczna. Władze obozowe zezwoliły nawet na zorganizowanie na terenie „rewiru” (w baraku nr 16, od grudnia 1943 roku w baraku nr 17) izby położniczej oddzielonej od reszty baraku kotarą. Tworzyło ją trzydzieści trzypiętrowych koi usytuowanych przy końcu baraku w pobliżu pieca, którym był zakończony ciąg kominowy. Pomimo potwornych warunków porody, które odbierała sama Leszczyńska, kończyły się pomyślnie. Byłe więźniarki z personelu lekarsko-pielęgniarskiego, zatrudnione w tym samym co ona baraku, zgodnie stwierdzają, iż nie miała ona ani jednego przypadku krwotoku czy zakażenia połogowego. Nie było na sztubie położniczej przypadku śmiertelnego, ani wśród rodzących kobiet, ani wśród noworodków. Leszczyńska była niezwykle pracowita, spokojna, życzliwa, serdeczna i chętna do niesienia pomocy, przy tym głęboko wierząca i skromna. Była opanowana w każdej sytuacji. Rodzące kobiety bezgranicznie jej ufały i czuły się pod jej opieką bezpieczne. Nazywały ją swoją „mamą” obozową.
Po porodzie dziecko było oddawane matce. W sztubie położniczej kobieta mogła przebywać wraz z dzieckiem kilka dni. W tym czasie dzieci były rejestrowane w dokumentacji obozowej, otrzymywały kolejne numery więźniarskie jako nowo przybyłe. Dziewczynki w aktualnej serii numerów kobiecych, chłopcy z serii numerów męskich (po raz pierwszy fakt taki odnotowano w dokumentacji 27 czerwca 1943 roku). Zaraz też przydzielone numery tatuowano im na lewym udzie lub pośladku, sporadycznie na rączce. Fakt urodzenia się dziecka odnotowywano w obozowym Urzędzie Stanu Cywilnego (Standesamt II), gdzie wypełniano akt urodzenia, wpisując w rubryce miejsce urodzenia, nie nazwę obozu, lecz nazwę miejscowości i ulicy – Auschwitz Kasernenstrasse. Nie tatuowano numeru dzieciom urodzonym przez więźniarki pochodzenia niemieckiego (lub uznane za Niemki), przez Polki skierowane do obozu z Warszawy w sierpniu i wrześniu 1944 roku po wybuchu powstania oraz prawdopodobnie tym noworodkom, które lekarze SS uznali w czasie kontroli w baraku rewiru za „rasowo wartościowe” pod względem wyglądu i zakwalifikowali do germanizacji. Dzieci te były odbierane przemocą matkom, umieszczane w baraku tzw. kwarantanny wyjściowej na okres około trzech tygodni, gdzie poddawano je wstępnym badaniom antropologicznym i wysyłano do ośrodków Centrali Przesiedleńczej do Łodzi, Nakła czy Potulic, jak również do specjalnych ośrodków Lebensbornu⁵. Matki bardzo to przeżywały. Lekarki w szpitalu robiły również wszystko, by zatrzymać dzieci w obozie. Uczyły matki, jak wywoływać u dzieci w czasie wizyty lekarza SS nagłe ataki kaszlu, przypominające w objawach koklusz, czy wysypkę na ciałku niemowlęcia. Same często wydawały niezgodne z rzeczywistością rozpoznania choroby i diagnozy.
Oficjalnie nie przydzielano rodzącym kobietom ani urodzonym dzieciom żadnej bielizny, pieluszek czy kocyków. Spodziewające się rozwiązania kobiety, zmuszone były odmawiać sobie, przez dłuższy czas, obozowych racji żywnościowych, głównie chleba i margaryny, za które nabywały od więźniarek zatrudnionych w magazynach odzieżowych, mających niekiedy możliwość tzw. organizacji, prześcieradła, służące następnie jako materiał na koszulki czy pieluszki dla ich mających się urodzić dzieci. W lepszej sytuacji były kobiety, które w obozie otrzymywały paczki. Za produkty z paczek miały większą możliwość nabycia rzeczy potrzebnych przyszłej mamie. Więźniarkom pozbawionym paczek z pomocą przychodził personel szpitalny z położną Leszczyńską, który na własną rękę starał się zdobyć z magazynów odzieżowych dla rodzących kobiet i dzieci bieliznę oraz prześcieradła na pieluszki.
Ze względu na chroniczny brak wody w barakach szpitalnych oraz zakaz ich opuszczania, matki miały ogromne problemy z utrzymaniem higieny własnej i dziecka, a także z praniem. Nie wolno im było suszyć pieluszek w baraku w widocznym miejscu, często więc suszyły je na własnym ciele. Władze obozowe nie przydzielały żadnego specjalnego wyżywienia dla niemowląt czy chociażby zwiększonych, bardziej kalorycznych racji żywnościowych dla położnic. Matki – o ile miały pokarm, co rzadko się zdarzało przy wycieńczonym organizmie – karmiły dzieci piersią. Na ogół jednak nie miały dostatecznej ilości pokarmu, wobec czego dzieci zdane były na powolną śmierć głodową. Niektóre z matek, nie mogąc znieść płaczu konającego z głodu dziecka, w przypływie rozpaczy, karmiły maleństwa obozową zupą czy chlebem, przyśpieszając niestety w ten sposób ich zgon. Dopiero w 1944 roku kobiety, które urodziły dzieci, podczas pobytu w obozowym szpitalu, otrzymywały tzw. jedzenie dietetyczne. Zamiast porcji chleba i ziółek do picia dostawały pół bułki z jasnej mąki i pół litra zupy (owsianki lub kaszy) na odtłuszczonym mleku rano i wieczorem.
Wszystkie te trudności, zwłaszcza brak odpowiedniego wyżywienia, warunków higieniczno-sanitarnych oraz lekarstw, powodowały olbrzymią śmiertelność wśród noworodków. Najdłużej przy życiu utrzymywały się dzieci urodzone przez kobiety z terenów byłego Związku Radzieckiego. Kobiety te, według Stanisławy Leszczyńskiej, stanowiły około 50 procent wszystkich rodzących w obozie kobiecym. Były bardziej odporne na głód i warunki obozowe i nie traciły po porodzie pokarmu. Niektóre nawet, oprócz swojego dziecka, karmiły dzieci matek, które pokarmu nie miały. W ten sposób w ekstremalnych obozowych warunkach ratowała dzieci od śmierci głodowej m.in. Rosjanka Anna Polszczikowa. Po urodzeniu swego pierworodnego syna Wiktora, sama słaba i wycieńczona, mając nadspodziewanie dużo pokarmu, karmiła inne krzyczące z głodu dzieci.
Po kilku tygodniach pobytu w szpitalu obozowym, niemowlęta zabierano matkom do oddzielnego baraku, a ich matki kierowano do pracy. Dopiero w 1944 roku utworzono w obozie odrębne baraki dla matek z dziećmi i ciężarnych kobiet. Więźniarki narodowości niemieckiej, które urodziły w obozie dziecko, były wraz z dzieckiem zwalniane z obozu. W kilku przypadkach zwolniono z obozu również Polki z niemowlętami, na skutek usilnych starań rodziny. Było to możliwe tylko w przypadku więźniarek nieobciążonych politycznie, skierowanych do obozu z łapanki lub jako zakładniczki.
W szczególnie tragicznej sytuacji były Żydówki i urodzone przez nie dzieci. Skazując dzieci żydowskie na śmierć, władze obozowe wydały położnym zakaz odcinania i wiązania pępowiny po porodzie. Miały być wraz z łożyskiem wyrzucane do kubła. Obydwie położne Polki świadomie przeciwstawiały się temu zbrodniczemu zakazowi, niezgodnemu z ich etyką zawodową, pomimo iż zdawały sobie sprawę, że może się to skończyć dla nich śmiercią. Po odebraniu porodu i umyciu dziecka, zawijały je w ligninę lub papierowy bandaż i kładły obok matki na pryczy. Ponieważ Żydówkom nie wolno było karmić dzieci, umierały one najczęściej po paru godzinach. Dłużej utrzymujące się przy życiu zabijano zastrzykiem fenolu. W czasie kontroli przeprowadzanych przez lekarzy SS Żydówki miały szansę ocalenia tylko wówczas, gdy zgłoszono śmierć noworodka. Dzieci żydowskie uśmiercano bez jakiejkolwiek rejestracji aż do końca października 1944 roku, to jest do czasu wprowadzenia odgórnego zarządzenia o zaprzestaniu masowego uśmiercania Żydów. Z ocalałej dokumentacji poobozowej wynika, że w 1944 roku wyjątek zrobiono tylko wobec kilkorga dzieci żydowskich. Po urodzeniu dzieci zarejestrowano w dokumentacji obozowej i wydano im numery więźniarskie. Być może były potrzebne lekarzom SS, zwłaszcza dr. Josefowi Mengele do zbrodniczych doświadczeń, jakie przeprowadzał w obozie.
Nie uśmiercano kobiet ciężarnych i dzieci urodzonych w urządzonym przejściowo w Birkenau tzw. obozie rodzinnym dla Żydów z getta w Terezinie, który istniał w okresie od września 1943 roku do lipca 1944 roku. Fakt ten wyniknął z odgórnie wydanego zarządzenia o uprzywilejowanym traktowaniu jego mieszkańców. Wszystkie jednak zginęły wraz z matkami podczas likwidacji tego obozu.
Latem 1944 roku w okresie nasilonego kierowania do Birkenau transportów żydowskich, zwłaszcza z Węgier, kobiety uznane podczas wstępnej selekcji za zdolne do pracy umieszczono w tzw. obozach przejściowych (odcinki BIIc, BIII). Były wśród nich także ciężarne, których stanu nie zauważono podczas selekcji na rampie wyładowczej. Na polecenie lekarza SS dr. Mengele wszystkie ciężarne Żydówki umieszczono w jednym baraku, gdzie za pomocą serii zastrzyków lub chirurgicznie dokonywano zabiegów usuwania płodu. Aborcji dokonywano nawet w ósmym czy dziewiątym miesiącu ciąży. Zabiegi te wykonywały więźniarki – lekarki, węgierskie Żydówki w szpitalu obozu kobiecego, a także więźniowie lekarze na terenie szpitala męskiego.
Sytuacja kobiet ciężarnych i noworodków w obozie familijnym dla Romów tzw. Zigeunerfamilienlager, utworzonym w Birkenau w lutym 1943 roku, była podobna jak w obozie dla Żydów z Terezina. Przez okres jego funkcjonowania (do 2 sierpnia 1944 roku) rodziny Romów mieszkały razem, kobiety mogły tam rodzić w zorganizowanej izbie położniczej. Nowo narodzone dzieci były rejestrowane w ocalałej do dnia dzisiejszego księdze głównej prowadzonej dla tego obozu (oddzielnie dla mężczyzn i kobiet). W sumie odnotowano w niej 378 urodzonych dzieci. Przez krótki okres matki wraz z dziećmi otrzymywały lepsze wyżywienie (dla niemowląt dostarczano nawet mleko) aniżeli pozostali więźniowie w obozie. Były to jednak krótkotrwałe, czasami wręcz pozorne przywileje, kamuflujące faktyczny, eksterminacyjny charakter tego obozu. Nie uchroniły one od śmierci Romów, a zwłaszcza ich dzieci, których było tam bardzo dużo (prawie 11 tysięcy, wśród 21 tysięcy ogółem zarejestrowanych). Śmiertelność w obozie dla Romów była znacznie wyższa aniżeli w pozostałych częściach obozu. Spowodowana ona była przede wszystkim katastrofalnymi warunkami higieniczno-sanitarnymi (brakiem wody i kanalizacji przy olbrzymim zagęszczeniu), głodem i chorobami, niespotykanymi dotąd w obozie.
Zarówno kobiety ciężarne, jak i noworodki były w obozie ofiarami zbrodniczych eksperymentów medycznych przeprowadzanych przez lekarzy SS, zwłaszcza dr. Josefa Mengele. Przykładowo ciężarne tuż przed porodem były zarażane tyfusem, ażeby określić, czy dziecko w łonie matki także zostanie nim zarażone, czy też łożysko działa jak bariera ochronna na płód. Niemowlętom, a także dzieciom starszym, Mengele zakraplał do oczu płyny chemiczne o nieustalonym składzie, które powodowały chorobę oczu, doprowadzając do całkowitej lub częściowej utraty wzroku, a nawet śmierci.
Nie można, niestety, ustalić dokładnej liczby dzieci urodzonych w KL Auschwitz, gdyż brak jest na ten temat wyczerpującej dokumentacji. Poza tym nie wszystkie dzieci, które urodziły się w obozie, były ujmowane w ewidencji. Wiemy jedynie, że rodziło się ich dużo, zwłaszcza w 1944 roku. Zdaniem więźniarek z personelu lekarsko-pielęgniarskiego najwięcej porodów było w obozie kobiecym wśród Żydówek, następnie wśród kobiet z terenów byłego Związku Radzieckiego. Po przybyciu do obozu w sierpniu i wrześniu 1944 roku dużych transportów Polek z Warszawy, liczebną przewagę wśród noworodków miały dzieci polskie. Według częściowo ocalałej dokumentacji obozowej 10 stycznia 1945 roku w obozie kobiecym w Birkenau było jeszcze 247 kobiet ciężarnych i położnic różnej narodowości oraz 156 dzieci w wieku od 0 do 3 lat.
Część kobiet ciężarnych i matek z dziećmi wyprowadzono z obozu ostatnim pieszym transportem ewakuacyjnym 18 stycznia. Była to ciężka próba dla wszystkich więźniów, a w szczególności dla dzieci, kobiet ciężarnych czy matek z niemowlętami na rękach. Wiele z nich przypłaciło to życiem. Kobiety ciężarne oraz matki z dziećmi, którym udało się uniknąć „marszu śmierci”, pozostały w obozie razem z chorymi, niezdolnymi do marszu oraz z mniejszymi i większymi osieroconymi dziećmi, pod opieką nielicznej grupy lekarek i pielęgniarek. Wyzwolenia doczekała co najmniej 60-osobowa grupa dzieci urodzonych w KL Auschwitz wraz z matkami. Kilkoro spośród nich zmarło zaraz po wyzwoleniu.I. Relacje i wspomnienia
Wspomnienie byłej więźniarki Margity Schwalbovej, słowackiej Żydówki, lekarki zatrudnionej w obozowym szpitalu tzw. rewirze, na temat losu kobiet ciężarnych i dzieci urodzonych w KL Auschwitz. Margita Schwalbova została deportowana do KL Auschwitz 28 marca 1942 roku zbiorowym transportem z Bratysławy i oznaczona numerem 2675.
„ Dzieci rodziły się w Brzezince od początku istnienia tego obozu. Do jesieni 1942 roku właściwie się nie rodziły, gdyż każdą kobietę, u której stwierdzono ciążę, zabijano zastrzykiem fenolu, albo ciążę przerywał dr Bodmann⁶ ale tak, że każda matka umierała na zakażenie krwi.
Po naszym przeniesieniu do obozu w Brzezince dzieci zaczęły się rodzić, ale po porodzie z reguły matka i dziecko były wysyłane do gazu, niezależnie od tego czy były to aryjki, czy Żydówki. Oświęcim był obozem śmierci, a nie życia i nie potrzebował młodego potomstwa.
Z końcem roku 1942 ówczesny lekarz SS dr Vetter⁷ wysłał do Berlina pismo, czy nie można byłoby umieszczać noworodków w niemieckich żłobkach (czyli zniemczyć je), a matki pozostawić w obozie. Odpowiedź długo nie nadchodziła, aż wreszcie przyszła odmowa.
Nieżydowskie noworodki, które zaczęły przychodzić na świat w późniejszym okresie, pozostawiono przy życiu. Wyglądało nawet na to, że nowe zarządzenie dotyczy wszystkich dzieci. Ale była to nieprawda. Po paru tygodniach esesmani pozbierali nagle niemowlęta i ich matki i zagazowali je.
Kobietom znajdującym się w pierwszych miesiącach ciąży – o ile się nam z tego zwierzyły – więźniarki – lekarki ginekolodzy już w tym czasie przerywały ciążę w szpitalu. Przy czym ani jedna kobieta nie zmarła wskutek zabiegu. Robiono to naturalnie w tajemnicy, a kobiety te przyjmowałyśmy do szpitala na podstawie innej diagnozy ”.