-
nowość
-
promocja
God of Fury - ebook
God of Fury - ebook
Nigdy nie pociągali mnie faceci, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie spotkałem Nikolaia Sokolova – dziedzica mafijnego imperium, okrytego fatalną sławą okrutnego potwora.
Wystarczyło jedno niefortunne spotkanie, bym przykuł jego uwagę.
Jestem artystą, człowiekiem, który zawsze trzymał się zasad, a przede wszystkim bratem bliźniakiem największego wroga tego faceta.
Nikolai zdaje się zupełnie nie dbać o to, że dzieli nas dosłownie wszystko. Uparcie kruszy moją żelazną wolę i zmusza do przekraczania narzuconych sobie granic.
Sądziłem, że mój największy problem polega na tym, iż Nikolai mnie zauważył. Szybko jednak zrozumiałem swój błąd – bo ten fascynujący, a zarazem groźny mężczyzna mnie pragnie.
I to okazało się o wiele bardziej przerażające.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Romans |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8418-922-1 |
| Rozmiar pliku: | 2,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Historia Nikolaia i Brandona to moja pierwsza powieść z motywem MM i zarazem jedna z tych, które zawładnęły mną bez reszty: ich losy pochłonęły moje ciało, duszę i serce. Stali się moją obsesją; był czas, kiedy w moim życiu istnieli tylko oni. Dni i tygodnie przeciekały mi przez palce, a ja wciąż tkwiłam całkowicie zatracona w ich brutalnej szczerości, bezlitosnym pożądaniu i każdym gorzkim tchnieniu łączącej ich udręki.
Włożyłam w tę książkę całą siebie, by oddać ich losy, i mam nadzieję, że ta niezwykła, wręcz wybuchowa więź porwie Was tak samo jak mnie.
God of Fury to samodzielna powieść, jednak jej akcja osadzona jest w tym samym czasie, co wydarzenia z czterech wcześniejszych książek. Dlatego może się okazać, że traficie w niej na wątki, które szerzej rozwinęłam we wcześniejszych częściach cyklu.
Jeśli to nasze pierwsze spotkanie, powinniście wiedzieć, że piszę mroczne historie, które mogą budzić niepokój, a także wywoływać silne emocje. Zarówno moje powieści, jak i ich bohaterowie nie są stworzeni dla osób o słabym sercu.
Choć pod kątem samej relacji ten tom nie jest aż tak mroczny jak poprzednie, poruszam w nim niezwykle trudne kwestie. Wymieniam je poniżej, by zadbać o Wasz komfort i bezpieczeństwo, ale jeśli nie potrzebujecie ostrzeżeń, możecie pominąć następny akapit, bo o tych sprawach lepiej dowiedzieć się bezpośrednio z kart powieści.
God of Fury porusza tematykę zaburzeń psychicznych, takich jak: depresja, osobowość typu borderline, myśli samobójcze czy autoagresja. Znajdują się tam również opisy napaści seksualnej na nieletnim, próby odebrania sobie życia oraz sceny przemocy. Wierzę, że znacie swoje granice i zanim ruszycie dalej, sami zdecydujecie, czy to lektura dla Was.
Więcej książek autorstwa Riny Kent znajdziecie na stronie www.rinakent.com.PLAYLISTA
Yellow – Coldplay
Do I Wanna Know? – Arctic Monkeys
I Wanna Be Yours – Arctic Monkeys
Your Blood – Nothing But Thieves
Impossible – Nothing But Thieves
Demons – MISSIO
Maniac – Conan Gray
Run Into Trouble – Alok & Bastille
Somebody Else – The 1975
Someone Else – Loveless
Losing Control – Villain of the Story
Yours – Conan Gray
Sorry I’m Yours – Circa Waves
Half-Life – Essenger
Dear Reader – Taylor Swift
half of my heart – Josh Makazo
Silence – Marshmello & Khalid
Wszystkie utwory znajdziecie na Spotify.ROZDZIAŁ 1
Brandon
Dlaczego tu w ogóle przyszedłem?
Oczywiście, gdzieś w mrocznej pustce mojego serca dobrze wiem dlaczego. Ta świadomość pozostaje tak żywa, że wciąż niemal czuję ten posmak – mdłości, które podeszły mi do gardła, gdy dostałem tę wiadomość. A potem opadły niżej, aż przeniknęły całe moje ciało.
Powinienem był po prostu zignorować tego SMS-a, a potem go skasować i zablokować numer.
Nie zasługiwał nawet na rzut oka, a co dopiero na to, by skłonić mnie do działania.
A jednak proszę bardzo.
Jestem tu. Mimo wszystko.
A potem postawiłem się w sytuacji bez wyjścia. Brawo ja.
I nie jestem pewien, czy mogę tłumaczyć swoją decyzję tym, że nie miałem wyboru.
Bo tak naprawdę go miałem.
Zresztą nigdy nie byłem dobry w podejmowaniu decyzji. Nie lubię tego. W sumie nieszczególnie mnie to obchodzi i wolałbym wcale nie musieć o niczym decydować.
Niemniej ta wiadomość stanowiła zobowiązanie, którego nie mogłem zostawić bez odpowiedzi, bo zawierała informację na tyle istotną, że nie wolno mi było jej zwyczajnie zbagatelizować.
Nie było w jej treści nic, co pozostawiałoby mi choćby namiastkę wyboru czy furtkę, z której mógłbym skorzystać.
Pojawiłem się tu wyłącznie z własnego poczucia odpowiedzialności, które dźwigam jak nieznośny balast, odkąd zacząłem rozumieć, o co w życiu tak naprawdę chodzi.
Stoję przed budynkiem, który kojarzy się z jakimś centrum tresury. Po mojej prawej, jak i lewej prężą się rzędy studentów – przypominają żywy szpaler białych króliczych masek, które całkowicie zasłoniły ich ludzkie rysy. Wszyscy wpatrujemy się w mury ogromnej, trzypiętrowej rezydencji, nad którą po prawej stronie góruje starożytna wieża.
Im dłużej stoję bez ruchu, tym bardziej drży mój oddech.
Kolejne wdechy i wydechy łączą się w nierównym, gorączkowym rytmie, a pot i wilgotna para skraplają się na wewnętrznej stronie plastikowej maski. Mam wrażenie, że zaraz się uduszę.
Tik…
Dźwięk jest ledwo słyszalny, ale drąży mój umysł jak śruba powoli wwiercająca się w skroń. Przełykam nagromadzoną w ustach ślinę i jednocześnie staram się uspokoić podchodzący do gardła żołądek.
…tak.
Bezwiednie unoszę dłoń, gotów zacisnąć ją z całej siły na włosach na karku. Czasem nachodzi mnie ochota, by roztrzaskać sobie łeb o najbliższą ścianę i patrzeć, jak cała zawartość rozbryzguje się i spływa po tynku. Ja pierdzielę, wreszcie miałbym spokój.
Tik…
Zaginam palce, które już wędrowały do karku, a następnie opuszczam rękę i pozwalam, by luźno zwisała wzdłuż boku.
Wszystko gra. Dam radę.
Oddychaj.
Panujesz nad sytuacją.
Jednak kiedy mój wzrok ponownie się wyostrza, uspokajające słowa, które powtarzałem sobie w myślach, całkowicie milkną.
Nieważne, jak bardzo próbuję się oszukiwać, faktem pozostaje, że właśnie pojawiłem się w ostatnim miejscu, w którym powinienem się znaleźć.
A zdecydowanie nie należę do ludzi lubiących kusić los albo zapuszczających się w jakieś szemrane zakamarki.
Przez dwadzieścia trzy lata życia zawsze przestrzegałem zasad. Niezmiennie posłusznie kroczyłem ścieżką wytyczoną przez cudze oczekiwania, a sama myśl o byciu postrzeganym jako „inny” sprawia, że oblewa mnie lodowaty pot.
I mam tu na myśli „inny” w dowolnym znaczeniu tego słowa.
Niezależnie od powodu.
A jednak – jestem w rezydencji Heathens, bo dostałem wiadomość i postanowiłem jej nie zignorować.
I tak oto pojawiłem się na inicjacji, dzięki której można stać się członkiem cieszącego się ponurą sławą stowarzyszenia na wyspie Brighton, która położona jest na totalnym odludziu, gdzieś przy południowo-zachodnim wybrzeżu Wielkiej Brytanii.
Warto dodać, że działa ono na uczelni, na której nawet nie studiuję.
Heathens to bractwo studentów King’s U – uniwersytetu zbudowanego dzięki mafijnym fortunom ważniaków z Nowego Świata, gdzie kształcą się kolejne pokolenia Amerykanów.
Na Royal Elite University, czyli REU, gdzie pracuję nad magisterką ze sztuki, mamy swoje własne stowarzyszenie, budzące co najmniej taką samą grozę. Nosi nazwę Elites, a na jego czele stoi człowiek, który nieustannie przyprawia mnie o ból głowy, czyli mój brat bliźniak – Landon.
Jednak bractwa z King’s U – Heathens i Serpents – są dużo bardziej niebezpieczne. Ich członkowie to dzieci autentycznych mafiosów, które wykorzystują studenckie lata, by wyostrzyć sobie kły, zanim przyjdzie im objąć kluczowe funkcje w rodzinnych interesach, czekających na nich po powrocie do Stanów.
Gdyby ktoś powiedział mi tydzień temu, że będę tu stał w upiornej masce królika i czekał na tych nieustannie spragnionych krwi szpanerów zza oceanu, roześmiałbym mu się w twarz.
Tylko że teraz zdecydowanie nie jest mi do śmiechu. W ciągu zaledwie siedmiu ostatnich dni zbyt wiele się zmieniło, przez co muszę tu tkwić, czy mi się to podoba, czy nie.
Zapędzony tu jako część stada.
I oczywiście wszystko wiąże się z moim sprawiającym problemy bratem, o którym wspomniałem.
Choć przy wejściu zabrali mi telefon, doskonale pamiętam wiadomość, którą dostałem wczoraj.
Heathens:
Gratulacje! Zostałeś zaproszony na ceremonię inicjacji Heathens. Pokaż załączony kod QR po przybyciu na teren stowarzyszenia punktualnie o czwartej po południu.
Słyszałem wprawdzie o ich mrocznych rytuałach, ale jakoś nigdy mnie nie pociągały – ani one, ani przynależność do tych stowarzyszeń. Gdyby było inaczej, z pewnością dołączyłbym do Elites, o co – swoją drogą – Lan suszy mi głowę od lat.
Zignorowałem więc tę wiadomość i już miałem zablokować nadawcę, gdy na ekranie pojawiła się kolejna.
Nieznany numer:
Zjawisz się na inicjacji, o ile chcesz jeszcze zobaczyć swojego brata bliźniaka żywego. W przeciwnym razie razem z resztą uczestników będziesz podziwiać jego zimne zwłoki wepchnięte do trumny.
I właśnie dlatego tu przyszedłem, mimo że każda komórka mojego ciała buntowała się przeciwko udziałowi w tym szaleństwie. Dzwoniłem do Lana, pisałem do niego, ale nawet nie raczył odpowiedzieć. Czyli jak zwykle musiałem go ratować przed nim samym.
To Landon zawsze potrafił zwieść mnie z właściwej drogi, choć on z pewnością upierałby się, że właśnie tak naprawdę wygląda moje prawdziwe „ja”, a to, co uznaję za normalne, jest jedynie efektem tłumienia moich pragnień.
Ukrywania się.
Zakuwania samego siebie w kajdany.
Nagle z boku dostrzegam jakiś ruch, więc napinam mięśnie, gotów zaraz się stamtąd zwijać, a tym samym oddalić się od źródła niebezpieczeństwa i móc udawać, że absolutnie nic się nie wydarzyło.
Osoba obok mnie – dziewczyna, sądząc po sylwetce i biuście – wybucha śmiechem i szturcha swojego towarzysza w ramię.
W powietrzu unosi się pełen oczekiwania gwar.
Nie rozumiem obsesji na punkcie tego typu spędów. Czy chodzi o to, by poczuć się wyjątkowo? A może o szansę, by choć przez chwilę móc znaleźć się wśród wybrańców losu?
Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, jak bardzo moja osobowość różni się od ludzi w moim wieku, pewnych zachowań po prostu nie jestem w stanie pojąć.
Żeby nie było wątpliwości: dogaduję się z niemal każdym i uchodzę za człowieka wyjątkowo uprzejmego, a także bezproblemowego, jednak prawdziwych przyjaciół mam niewielu. Trzymamy się tak naprawdę tylko dlatego, że dorastaliśmy razem, czyli miałem kilka dobrych lat, żeby porządnie ich poznać.
Może to, że nie potrafię nawiązać głębszych relacji, wynika z mojego dzieciństwa. Jestem totalnie odklejony od tego, z czego ludzie czerpią radość. Nie ma się co oszukiwać: ich wizja dreszczyku emocji jest mi kompletnie obca. Podniecają się Heathens, jakby ci goście byli chodzącymi ideałami albo sumą wszystkich ich żałosnych pragnień.
A one sprowadzają się do bogactwa, wpływów i – co najistotniejsze – chorego poczucia władzy.
Ja, Brandon King, należę do jednej z najbardziej wpływowych rodzin Wielkiej Brytanii, o ile nie tej najważniejszej. Mimo to wciąż nie rozumiem tego kultu urojonej elity. Nie ogarniam, jak można mieć taką obsesję na punkcie grupy pozerów, którzy sami ogłosili się wybrańcami.
Nie wiem, czy kręci ich iluzja? Albo tajemnica? A może coś zupełnie innego?
Dziewczyna obok milknie i podnosi wzrok, a wokół nas zapada grobowa cisza. Podążam za jej spojrzeniem i zastygam w miejscu, gdy na piętrze otwierają się drzwi balkonowe, po czym na zewnątrz wychodzi pięciu mężczyzn – ich twarze kryją się pod makabrycznymi maskami, na których widnieją neonowe szwy.
Ten pośrodku ma na sobie maskę w kolorze pomarańczowym i dzierży metalowy kij golfowy. Jest wysoki i barczysty, ale facet stojący tuż obok, w żółtej masce, przerasta go zarówno pod kątem budowy, jak i wzrostu, a z jego ciała bije jawna wrogość, którą czuję nawet mimo dzielącej nas odległości.
Wyróżnia się tym, że jako jedyny nie ma przy sobie broni – a mimo to cały aż kipi mroczną energią. Za to pozostali sprawiają wrażenie, jakby trzymali swoje myśli i uczucia na wodzy.
Palce Czerwonego zaciskają się na kiju baseballowym spoczywającym nonszalancko na jego ramieniu.
Tymczasem Zielony trzyma w dłoni łuk, na plecach ma przytroczony kołczan, a Biały przesuwa palcami po ciężkim łańcuchu, który spływa mu z szyi.
Wszyscy są ubrani w czarne koszulki i spodnie niczym perfekcyjnie skalibrowana machina siejąca zniszczenie.
Na szczęście do tej pory omijałem Heathens z daleka i nigdy nie wchodziłem im w drogę, czego nie można powiedzieć o moim durnym bracie. Czy stoi wraz z nimi na balkonie? A może to jakaś jego pokręcona zagrywka, by przeniknąć do ich wewnętrznego kręgu?
Albo stoi gdzieś przede mną, ewentualnie za mną? A może nawet tuż obok?
Szkopuł w tym, że nie wyobrażam sobie, by Lan ogrzewał się blaskiem czyichś sukcesów czy też stał się zwykłym pionkiem w wirze cudzych intryg. Jest na to zbyt narcystyczny. Zresztą, skąd miałby wziąć zaproszenie?
Pewnie mógłby je dostać, tak jak ja. Nie można tego wykluczyć.
Zdecydowanie nie można.
Bacznie obserwuję piątkę Heathens. Ten wyprostowany pośrodku w pomarańczowej masce to najprawdopodobniej Jeremy Volkov – przywódca ich stowarzyszenia i następca tronu rosyjskiej mafii. Z tego, co słyszałem od znajomych, jest absolutnie bezlitosny i ponoć eliminuje każdego, kto ośmieli się wejść mu w paradę.
Zielona i Czerwona Maska to prawdopodobnie Gareth i Killian Carsonowie. Są braćmi z licznymi koneksjami w półświatku, ale bliżej im do amerykańskiej śmietanki towarzyskiej niż do mafijnych książąt. Szkoda tylko, że nie jestem pewien, który jest który. Natomiast człowiek chowający twarz za białą maską wydaje się nieco szczuplejszy z całej ekipy, więc zdecydowanie nie może być żadnym z tej trójki.
Za to za żółtą maską kryje się z pewnością Nikolai Sokolov: kolejny rosyjski dziedzic mafijnego imperium, kuzyn Killiana i Garetha, a zarazem największy świr, jakiego widział świat.
Jeśli w plotkach kryje się choć ziarno prawdy – a w przypadku Nikolaia pewnie tak jest – facet jest zdolny zabić kogoś gołymi rękami tylko dlatego, że ten ktoś miał czelność go wkurzyć. Znalazłem się blisko niego zaledwie raz, tydzień temu, gdy mój brat bliźniak po raz kolejny zmierzył się z nim na ringu w klubie, gdzie odbywają się nielegalne walki.
Wtedy byłem święcie przekonany, że przerobi Lana na miazgę. Tak się jednak nie stało, choć tylko dlatego, że mój brat jest jak kot, który ma dziewięć żyć.
Mimo to, kiedy Nikolai spojrzał na mnie z szaleńczym błyskiem w oku, podczas gdy na jego owiniętych bandażami dłoniach zasychała wciąż świeża krew mojego brata, mój strach o Lana przerodził się w coś zdecydowanie bardziej niepokojącego.
Poczułem wówczas przemożną potrzebę, żeby jak najszybciej się ulotnić. I tak też zrobiłem – oczywiście po tym, jak wywlokłem stamtąd mojego bliźniaka.
Do tej pory nikt, kto nie dorównywał mi wiekiem, nie wywołał we mnie podobnych uczuć, a Nikolai jest sporo ode mnie młodszy. Ma chyba tylko dziewiętnaście lat – dzieciak ledwo skończył liceum, czy też według Amerykanów: „szkołę średnią”.
Tylko że wcale nie przypomina dzieciaka.
Nawet teraz, w czarnych ciuchach, jego sylwetka rzuca się w oczy – jakby był wyrzeźbiony z samych mięśni i nieczystych zamiarów.
Dobrze, że nie obracam się w tych samych kręgach, co on, i nie zapowiada się, żeby to miało się w najbliższym czasie zmienić.
Dzisiejszy wieczór stanowi wyjątek. Im szybciej znajdę Lana, tym szybciej opuszczę to przeklęte miejsce.
W powietrzu rozlega się trzask, jakby ktoś włączył głośnik, a chwilę potem ze wszystkich stron dobiega zniekształcony głos:
– Gratuluję przystąpienia do niezwykle wymagającej inicjacji Heathens. Jesteście elitą, wybrańcami, których przywódcy stowarzyszenia uznali za godnych dołączenia do ich świata opartego na władzy i wpływach. Jednak cena, którą przyjdzie wam zapłacić, to coś więcej niż pieniądze, pozycja czy sława. Każdy z was ma na sobie maskę, ponieważ w oczach przywódców wszyscy jesteście równi. Warunkiem dołączenia do Heathens jest ofiarowanie własnego życia. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Dlatego jeśli są tu osoby, które nie są gotowe na to poświęcenie, najlepiej niech opuszczą teren przez małe drzwi po lewej stronie. Jednak jeśli stąd wyjdziecie, musicie wiedzieć, że powrót nie będzie możliwy.
Kiedy obok wielkiej bramy otwierają się drzwi, wychodzi przez nie może kilkanaście osób. Przez chwilę rozważam, czy do nich dołączyć i położyć kres temu szaleństwu, ale nie mógłbym z czystym sumieniem porzucić brata.
Nigdy.
Po chwili ponownie odzywa się zniekształcony głos:
– Jeszcze raz gratuluję, panie i panowie. Zatem rozpoczynamy inicjację.
Podnoszę wzrok ku pięciu założycielom Heathens, którzy stoją bez ruchu na balkonie. Tkwią tam skupieni, całkowicie obojętni mimo widma chaosu i zniszczenia, które lada moment wywołają.
Wszyscy oprócz jednego. Wszyscy oprócz jednej anomalii.
Chodzącej agresji na sterydach.
Żółty zaciska i rozluźnia pięści w jednostajnym rytmie, jakby odprawiał jakiś rytuał. Tego osobnika należałoby zamknąć, a nie pozwalać mu uczestniczyć w tej idiotycznej inicjacji.
– Dzisiaj zabawimy się w myśliwych i ofiary – ciągnie dalej głos. – Polować na was będą założyciele Heathens. Jest was dziewięćdziesięcioro, a ich pięciu, więc macie przewagę. Jeśli uda wam się dotrzeć do granicy posiadłości, zanim was dopadną, zostaniecie przyjęci do stowarzyszenia. Jeśli nie, będziecie wyeliminowani i odeskortowani poza granice posiadłości. Założyciele mają prawo użyć wszelkich dostępnych metod, aby was dorwać, łącznie z przemocą. Wystarczy, że dotkną was bronią, a zostaniecie automatycznie wyeliminowani. Nie można też wykluczyć, a wręcz należy się spodziewać, obrażeń ciała. Wy również możecie stosować przemoc wobec myśliwych. Oczywiście, jeśli zdołacie. Obowiązuje jedna zasada: nie wolno odbierać życia. A przynajmniej nie celowo. Nie ma miejsca na pytania i nie będzie litości. Nie chcemy w naszych szeregach słabeuszy.
Co za barbarzyńcy. Wszyscy, co do jednego. Beznadziejni, prymitywni brutale bez krzty ogłady.
Z drugiej strony czego niby się spodziewałem po tej zgrai spod ciemnej gwiazdy?
– Dostaniecie dziesięć minut przewagi. Radzę wam uciekać. Oficjalnie otwieram ceremonię inicjacji.
Dziewczyna obok i jej towarzysze puszczają się pędem tak szybko, że żwir rozpryskuje się pod podeszwami ich trampek. Cała reszta pędzi w stronę lasu, a ja staję przed wyborem: ruszyć za nimi albo zostać tutaj niczym bezbronna zwierzyna.
Przeklinając pod nosem, zrywam się do biegu. Serce bije mi w niezmienionym rytmie. Tętno mam miarowe, jakby niebezpieczeństwo i przesiąknięta adrenaliną atmosfera, która przywodzi na myśl purpurowe plamy na lazurowym niebie, nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia.
Chyba właśnie na tym polegają zalety bycia emocjonalnie wybrakowanym, bo nawet tak dziwaczny obraz nie wywołuje we mnie żadnej reakcji.
Mimo że wystartowałem z opóźnieniem, wyprzedzam pozostałych uczestników – biegnę szybciej, zostawiając resztę w tyle. Może i nie jestem fanem tego typu imprez, ale mam w sobie ducha sportowca; w sumie niewiele mi brakuje do zawodowego biegacza, a oprócz tego jestem kapitanem drużyny lacrosse na REU.
Aktywność fizyczną traktuję śmiertelnie poważnie – nigdy nie opuszczam treningów czy porannej przebieżki, nie tylko ze względu na siebie, ale także dla dobra drużyny.
Lubię porządek i dyscyplinę, a do tego mam niezaprzeczalny dar do pielęgnowania nawyków i budowania życiowej równowagi. Poza tym obawiam się, że jeśli nie będę trzymać się rutyny, pogrążę się w otchłani pustki i prędzej czy później spotka mnie jakiś nieszczęśliwy wypadek.
Zdecydowanie podziękuję.
W mgnieniu oka docieram na środek lasu, zostawiwszy resztę studentów daleko za sobą. Na ziemi i między ogromnymi pniami drzew kładą się pomarańczowe promienie słońca, które powoli chyli się ku zachodowi. Jednak po chwili zasłaniają je szare chmury, dusząc i więżąc jasne smugi w ciemności.
Kucam za gęstym krzakiem, który zasłania całą moją sylwetkę, i czekam.
To jedyne, co mogę teraz zrobić.
Nie wychylać się. Czekać. Obserwować. I pod żadnym pozorem nie zdradzać swojej obecności.
To akurat wychodzi mi znakomicie.
Jeśli pojawi się tu Lan – czy to jako jeden z Heathens, co zresztą jest bardzo mało prawdopodobne, czy to jako uczestnik – z pewnością to poczuję dzięki zwykle bezużytecznej więzi, jaka łączy bliźnięta.
Obok mnie, niczym wataha wilków, przebiega kilka osób. Do moich nozdrzy dociera odór bezmyślnej przemocy, który ciągnie się za uczestnikami inicjacji i tworzy wokół ich głów coś na kształt aureoli, a jednak z ich ust raz po raz wydobywają się okrzyki podniecenia, znacząc czarne jak smoła niebo ceglastoczerwonymi akcentami. Mimo wszystko ich radość trwa stosunkowo krótko. Pomarańczowa Maska depcze im po piętach, dzierżąc posępny kij baseballowy. Wzdrygam się w duchu, gdy uderza jednego ze studentów z taką siłą, że głowa uczestnika odskakuje na bok, a naznaczona śladami krwi maska natychmiast rozpada się na pół.
Kątem oka dostrzegam kogoś, kto stawia chwiejne kroki, przyciskając do boku bezwładne ramię, z którego sterczy strzała.
W dodatku ten niepokojący, robotyczny głos ogłasza numery wyeliminowanych – czasem padają jeden po drugim. Wydaje się, że ten proces jest automatyczny, bo ilekroć zauważam kogoś trafionego strzałą lub kijem, jego numer płynie z głośników niemal natychmiast.
Mimo otaczającego mnie pierdolnika, staram się pozostać w całkowitym bezruchu, ewentualnie tylko nieznacznie zmieniam pozycję.
Gdzie ty się podziewasz, Lan?
Choć jestem dumny ze swojej kondycji, pewnie długo nie wytrzymam w ten sposób. Może powinienem strategicznie przemieścić się w inny zakątek lasu, który otacza rezydencję Heathens, na wypadek gdyby mój brat znajdował się po drugiej stronie…
Nagle lodowaty dreszcz unosi mi włoski na karku, a zaraz potem pojawia się intensywny żar, gdy głęboki, dudniący głos szepcze mi do ucha:
– Dlaczego nie uciekasz?
Moje ciało zalewają fale przytłaczających bodźców, których nie jestem w stanie przetworzyć. Wówczas tracę równowagę i z impetem ląduję na tyłku, boleśnie uderzając o ziemię.
Kiedy podnoszę wzrok, napotykam na żółtą maskę naznaczoną grubymi szwami, całą w szkarłatnych plamach.
To krew.
Jest wszędzie… na plastiku, który ma na twarzy, i na ciemnej koszuli. Spływa strużkami po szyi, znaczy tatuaże, które pokrywają mu grzbiety dłoni niczym rękawiczki, a także oblepia kosmyki kruczoczarnych włosów, które opadają mu aż do wysokości łopatek.
Treść żołądka podchodzi mi do gardła i czuję, że za chwilę puszczę pawia.
Tik. Tak.
Tik, tak. Tik, tak…
– Nie odpowiedziałeś na pytanie. – Przeszywa mnie szorstki głos Żółtego, który zagłusza wirujące w mojej głowie myśli i niemal natychmiast zastępuje go strachem.
Gwałtownym i przejmująco lodowatym.
A najgorsze jest to, że nie mogę oddychać.
Tymczasem ten gnojek kuca tuż obok mnie… tak blisko, że nozdrza wypełnia mi metaliczna woń krwi zmieszana z zapachem papierosów, alkoholu oraz ledwo wyczuwalną nutą mięty i bergamotki.
Ta przytłaczająca mieszanina zalewa moje zmysły chaotycznym wirem barw, które mieszają się i tłamszą napływające odcienie, aż wszystkie zlewają się w jednolitą szarość.
Nieskażoną. Nieprzemijającą. Wyzutą z treści.
Teraz nie mam już wątpliwości, że Żółta Maska to Nikolai, który właśnie przyciska mi do czoła zakrwawiony palec. Mimo że dotyka wyłącznie plastikowej maski, a nie skóry, żołądek mi się ściska, a ja czuję nadciągającą falę wymiotów.
– Ej, słyszysz mnie? – rzuca.
Używa jedynie palca wskazującego, a mimo to z tego jednego gestu bije taka moc, że niemal mnie miażdży.
Bezpośrednie konfrontacje nigdy nie były moją mocną stroną, dlatego wolę ich unikać. Poza tym, jeśli nawet połowa z historii, które słyszałem o Nikolaiu Sokolovie, jest prawdziwa, nie miałbym z nim żadnych szans, nawet gdybym w cudowny sposób odrodził się w ciele zaprawionego w bojach wojownika.
Ten facet słynie z tego, że jest dziki, nieobliczalny i łaknie przemocy bardziej niż tlenu. Dowody na to dostrzegam w postaci plam krwi rozbryzganych na całym jego ciele.
To zdecydowanie ostatni człowiek, któremu chciałbym wejść w drogę.
Cmoka z niesmakiem, a ten dźwięk brzmi wyjątkowo donośnie, mimo rozbrzmiewających nieustannie kolejnych wyeliminowanych numerów. Jednak nadal nie usłyszałem mojego – osiemdziesiąt dziewięć. Niemniej, w przeciwieństwie do pozostałych, Nikolai nie ma przy sobie broni, więc może musi zgłosić trafienie osobiście.
A to z kolei oznacza, że jeśli ucieknę, znów będę mógł się gdzieś przyczaić, by potem poszukać brata. Przysięgam, że jak go zobaczę, opieprzę go za to, że wpakował mnie w taką kabałę…
Nikolai zatacza palcem kółka na moim czole, choć wygląda, jakby chciał coś zetrzeć. Wstrzymuję oddech, gdy nagle jego ruchy ustają, a on zastyga w absolutnym bezruchu.
Wówczas bijące od niego agresja i wrogość znikają. A raczej tracą nieco na intensywności i przestają buzować w jego olbrzymich mięśniach, chociażby w tych napiętych do granic możliwości bicepsach.
Choć kuca, wzrost i masywna sylwetka nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Sam mam metr dziewięćdziesiąt, więc nie można mnie nazwać konusem, ale Nikolai przewyższa mnie o dobrych kilka centymetrów i jest niewyobrażalnie napakowany – nie mam pojęcia, po co komuś tyle mięśni.
Z drugiej strony wygląda jak uosobienie sadysty, który będzie rozkoszował się zadawaniem bólu innym.
Jednakże w tej chwili wcale tak nie jest.
Zgroza, którą roztaczał wokół siebie jeszcze kilka sekund temu, ustępuje czemuś znacznie bardziej niepokojącemu.
Rozbawieniu. Nie. Ciekawości? Zainteresowaniu?
Odsuwa palec od maski, ale zanim udaje mi się wypuścić wstrzymywany oddech, Nikolai nagle chwyta mnie za kark, tuż przy włosach, które mam w zwyczaju szarpać.
To miejsce na moim ciele jest wyjątkowo wrażliwe i zarazem nadwyrężone – może właśnie dlatego, gdy jego szorstka skóra dotyka mojej, przez brzuch przetacza mi się dziwna fala, którą biorę za mdłości.
Tylko że to coś zupełnie innego. To…
Kiedy Nikolai wybucha śmiechem, jego głos spowija nas głębokim odcieniem burgundu zmieszanym z ognistym oranżem.
– Tu jesteś. Wszędzie cię szukałem, numerze osiemdziesiąt dziewięć.ROZDZIAŁ 4
Brandon
Przyzwyczajenie drugą naturą człowieka.
W moim przypadku to prawda. I to w stu procentach.
Gdyby nie moja ściśle ustalona rutyna, rozpadłbym się na miliony kawałków, których nigdy nie dałoby się poskładać do kupy.
Bez mojej żelaznej dyscypliny jestem nikim.
Dlatego codziennie budzę się o piątej. Świątek, piątek, nawet jeśli całą noc spędzam na piciu i imprezowaniu, czy po prostu robiąc to, czego oczekuje się od studenta. O piątej. Niezmiennie. Dzień w dzień.
Potem ubieram się, piję smoothie i o piątej trzydzieści idę pobiegać. Wracam o siódmej. Biorę prysznic. Jem śniadanie. Przez kolejną godzinę lub dwie siedzę u siebie w pracowni. I dopiero wtedy ruszam na zajęcia. Następnie zaczynam trening z drużyną lacrosse. Jeszcze trochę rozmyślam w pracowni. Rozmawiam, żartuję, śmieję się, pytam, co tam u innych, piszę SMS-y, lajkuję, po prostu jestem.
Egzystuję.
I tak codziennie. Muszę egzystować. Być i, kurwa, tyle. Pośród ludzi, których twarze, imiona i charaktery zlewają się ze sobą.
Przez cały dzień wmawiam sobie, że do nich pasuję i że wcale nie muszę walczyć z odruchem wymiotnym, który nieustannie mi towarzyszy. W tym jestem prawdziwym mistrzem.
W udawaniu. Tłumieniu emocji. Uśmiechaniu się na pokaz.
I robię to cały czas, a potem od nowa, aż mogę ponownie wczołgać się do pracowni, wpatrywać się w moją duszę, która sprowadza się do pustego płótna, a potem idę wziąć bardzo długi prysznic. Szoruję się do czysta, aż moja skóra robi się czerwona jak pomidor, i tylko w ten sposób udaje mi się zapomnieć o całym dniu.
Następnie piję herbatę ziołową i kładę się spać o dziesiątej trzydzieści. Oczywiście, o ile nie wyciągnie mnie z domu mój przyjaciel, Remi, który nie umie żyć bez codziennych baletów.
Czasami udaje mi się go spławić i nie naruszyć mojego harmonogramu snu, ale są też sytuacje, kiedy pojawia się z całą ekipą, i wtedy nie mam szans odmówić. W końcu ciągłe odrzucanie zaproszeń nie pasuje zbytnio do mojego starannie wykreowanego wizerunku, prawda?
Ten nieregularny wieczorny rytm odbija się na mojej psychice. Jest jak swędzące miejsce, którego nie jestem w stanie dosięgnąć, ale jakoś muszę z tym żyć.
Biorę to zatem na chłodno.
Czyli budzę się o piątej następnego dnia i rozpoczynam cykl od nowa.
Dlatego prawie straciłem panowanie nad sobą po tej przeklętej inicjacji, na którą w ogóle nie powinienem był iść.
Stanowiła poważne odstępstwo od mojego rytmu dnia i pewnie dlatego potrzebowałem czegoś więcej niż tylko pobudki o piątej, by wszystko sobie potem poukładać.
Ale udało mi się. W końcu. Bo to ja kontroluję sytuację. I zostawiłem całą tę kretyńską imprezę za sobą. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Bo przed chwilą znów nastąpiło coś nieoczekiwanego, co uderzyło w mój stalowy pancerz i zostawiło w nim wgniecenie, tym samym burząc bezcenny porządek mojego życia.
Kiedy się zatrzymuję i oglądam za siebie, moim oczom ukazuje się to godne pożałowania indywiduum, które próbowałem wymazać z pamięci.
I udało mi się.
Naprawdę.
Przynajmniej do momentu, gdy przed chwilą usłyszałem jego głos.
Moje płuca pracują w szaleńczym tempie, a klatka piersiowa unosi się i opada pod koszulką, jakby serce miało w każdej chwili z niej wyskoczyć.
W słuchawce, która nadal tkwi w moim uchu, wciąż dudni alternatywny rock, ale w głowie szumi mi tak bardzo, że nic nie słyszę.
Tak jak zawsze, gdy elementy mojego pieczołowicie poukładanego życia napotykają na jakąś przeszkodę.
Tylko że Nikolai to coś więcej. Jest jak pieprzona ściana, której nie potrafię usunąć ze swojej drogi.
Najwyraźniej nie zauważa chaosu, jaki wywołał samym swoim pojawieniem się, tylko stoi i szczerzy się jak głupi.
W dodatku półnagi.
Na jego klatce piersiowej kołysze się jedynie łańcuszek z nabojem.
Białe szorty zwisają mu tak nisko na biodrach, że wystarczyłby jeden fałszywy ruch i pewnie znalazłyby się na ziemi.
Na jego klatce piersiowej, ramionach, rękach i wszystkich ośmiu mięśniach kaloryfera na brzuchu widnieją fantazyjne tatuaże. Cała ta jego muskulatura wygląda trochę idiotycznie i wydaje się kompletnie zbędna. Gęste włosy ma związane w luźny kucyk, co dodatkowo podkreśla jego ostry podbródek, surowe rysy twarzy i szaleństwo, które czai się w oczach.
Wydawało mi się, że zakrwawiona maska, którą miał na sobie wcześniej, sprawiała, że wyglądał przerażająco, ale w jego przypadku ewidentnie taki rekwizyt nie jest konieczny. Wystarczy sama jego nieprzyjemna twarz, by wywołać w człowieku niepokój.
Przez chwilę obraca w palcach moją słuchawkę… Pewnie będę ją musiał później zdezynfekować.
– Czy to tylko moja wyobraźnia, czy patrzysz na mnie tak, jakbyś naprawdę za mną tęsknił?
Ledwo udaje mi się powstrzymać, by nie ułożyć ust we wściekłym grymasie, po czym wyrywam mu słuchawkę.
– Nawet nie wiem, kim jesteś. Spadaj, chłoptasiu.
Proszę bardzo.
Odpłaciłem mu się tym samym. Nie żebym obmyślał tę ciętą ripostę przez kilka godzin po inicjacji.
Odwracam się i znów zaczynam biec, zdecydowany zakończyć trening i wrócić do harmonogramu, który znamy i kochamy. Mówiąc to, mam na myśli siebie i mój rozchwiany umysł.
Niestety po raz kolejny mój plan diabli biorą. Ten pieprzony dupek dogania mnie, a następnie zaczyna biec tuż obok, a jego ramię niemal dotyka mojego.
– To ja, Nikolai. Spotkaliśmy się ostatnio podczas inicjacji… Ach, no tak! Miałem na sobie maskę z żółtymi szwami, więc nie widziałeś mojej twarzy, ale to ja! Bez maski jestem o wiele bardziej seksowny, nie sądzisz?
Zamierzałem zdezynfekować AirPodsa zanim ponownie wetknę go do ucha, ale najwyraźniej nie będzie mi to dane. Wsuwam go, podkręcam głośność do maksimum i biegnę tak szybko, że drzewa rosnące wzdłuż drogi rozmywają się przed moimi oczami.
Porządek. Dyscyplina. Kontrola.