Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Gorąca jak lód - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 marca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Gorąca jak lód - ebook

Heroina i gniew. W szarości lat 90. nie ma bezpiecznego dystansu. Ida Hrumczevsky nie opisuje tego świata z bezpiecznej odległości — wchodzi w sam środek i nie pyta, czy mamy ochotę tam z nią być. W tej historii happy endem jest śmierć. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich.


Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-860-5
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Zło kurwa może czaić się wszędzie i trzeba być przygotowanym. Moja dusza i ciało zostały umieszczone w rękach złych duchów, dlatego myślę o posiadaniu licencji na broń palną. Nie mogę zamknąć oczu, bo kiedy to zrobię, widzę absolutnie szalone rzeczy. Czuję się odłączony od rzeczywistości, jakbym istniał w ekstremalnie naprężonej czerwonej strukturze. Nie mogę sobie przypomnieć, jak wygląda świat. Poza tym ktoś rozrywa ciszę, a zegarki wywołują we mnie lęk.

Ściany oddychają, ciemność pulsuje żółcią, przez co noc jest bardzo słoneczna. Dosłownie przed chwileczką, będąc w kuchni, zobaczyłem niewidzialną dłoń. Za pomocą nowych związków frazeologicznych próbuję określić jej położenie. Niewątpliwie jest to pozycja horyzontalna.

Zbudowany jestem z wściekłości, ciepłej krwi i gnijącego mięsa. Nie rozmawiam już z mężczyznami, nie rozmawiam z dziewczynkami, nie spotykam się z kolegami, nie spotykam się z koleżankami. Nie chodzę do szkoły, nie chodzę na studia. Nie umiem słuchać, nie potrafię mówić. Nie uczęszczam do kościoła, nie robię zakupów. Nie słucham muzyki, nie oglądam programów telewizyjnych. W mojej spermie plemniki pływają w trumienkach z be-em-ka. Wszystkie ciemne strony życia dręczą mnie. Kurwa mać.

Tego dnia przez moje skorodowane neurony miała wreszcie popłynąć — tylko przez moment, jak się później okazało — krystaliczna myśl. Myśl Absolutna, niczym nieskażona, czysta. Ale zanim rozpędzone dopaminą wielosłowne szepty udusiły się w krzyku, sine palce zacisnęły się na krtani, a uwolniony wreszcie od kulturowego gorsetu zwieracz wyrzucił z ciała kilka nędznych baniek gówna, uwalniając jednocześnie Nieskalaną Myśl, tradycyjnie jak co ranek skrupulatnie przyszykowywałem się do przyjęcia Mojej Świętej Komunii.

Ogień, woda, proch. Pogański rytuał gwałtu z wielokrotnym orgazmem. Skupiony na mechanicznym wykonywaniu tych samych od niepamiętnych czasów czynności, zmęczony codziennym rytualnym składaniem ofiary oraz zachłannością boga, drżącymi palcami trzymam poczerniałą od płomienia świecy łyżkę.

Fioletowo-żółte, pokryte żywymi strupami przedramię szarpie cuglami. Palce miarowo zaciskają się i rozprężają. Sprute kolcami niebieskawe niteczki żyłek budzą się niechętnie. Leniwie wręcz podnoszą główki. Ich zarys ledwie widać pod lichą kołderką ze skóry. Potrzebne są zaklęcia i tajemne szepty. Czasami pomagają.

Pompka w dłoniach Parkinsona stwarza ryzyko, ale wchodzę. Stal o barwie rdzy z łatwością rozrywa skórę w kolorze pergaminu. O dziwo ta zmurszała otoczka żylastej padliny stawia jeszcze opór. Zgwałcona stalowym kutasem wielokrotnego użytku krwawi w milczeniu, wije się, umyka, broni się dzielnie. W końcu postrzępiony bagnet triumfalnie zagłębia się w mięsie.

Moje przestraszone maleństwa pochowały się jeszcze głębiej. Moje wy żyłeczki kochane. My razem przecież, jak noc i jak dzień. Kici, kici, nie bój się tatusia koteczku pierdolony, o tutaj jesteś… jaka ładna żyłeczka. Chodź do mnie…

Zrościk jeden, delikatnie… w prawo… i głębiej. No nie, kurwa. Za mocno, wyjebało się. Ale… Chwila! Jest!!! Chwała panu, alleluja! Cud! Cudowna przemiana Parkinsona w precyzyjnego robota bezbłędnie sterującego mechanizmem szkieletowo mięśniowym ręki. Czule, delikatnie, z należną miłością i szacunkiem.

Ale, ale, ale, ale. Kurwa! Nie!!! Z koniuszka języka spada na zagłębienie w łokciu kilka kropel śliny. W TO miejsce. Właśnie teraz, na pół sekundy przed czułą aborcją kolejnej porcji mózgu. Koniec sojuszu fizjologii z ruchami nieświadomymi, których źródła topią się w odmętach id.

Wyzwolona boskim impulsem precyzja kapryśnie gaśnie. Usteczka układają się w podkóweczkę, łezka w oczku się kręci — koniec seansu hipnozy. Powraca rechocząco-trzęsąca się kurwipijka. Baty trzeszczą, trzewia posokę grzeją, z pieców źrenic dym bucha. Kurwa poezja, niczym z supermarketu, o cynamonowym aromacie ze śliwkowym, identycznym z naturalnym.

Raz, dwa, trzy… Co jest po trzy…? Potem leciutko w lewo… Tak jest dobrze. I tak i rak, i siak. Jestem… jestem...jestem… Teraz cicho...ciii… Teraz naciskamy delikatnie tłoczek...bardzo delikatnie, cichutko… i… Walić! Teraz! Obuchem! Młotem! Raz a dobrze! Poszło!!!! W pizdu!!! Jest!!! Wydech, lekki uśmiech… i…

Czy połączenie faktów z rzeczywistością jest harmonijne? Czy poprzez zdefiniowanie granic rzeczywistości zapobiegnie się jej dekonstrukcji? Czy procedura precyzowania niewątpliwych walorów aktualnej sytuacji w zakresie szeroko rozumianej estetyki może wykazać jasno, wyraźnie, w sposób wręcz jaskrawy odwieczny konflikt starego z nowym? Kurwy i świętej? Obietnicy i braku? Nadziei i rozczarowania? A może wgląd jest niewystarczający?

— Pali się, snifuje, żre. Ale najlepiej walić w żyłę. Wiesz, o czym mówię? Ty wiesz. Ale ty wiesz, dlaczego najlepiej walić w żyłę jest? Bo jest wtedy wyjebany w kosmos jest orgazm. Ty jesteś kosmosem i ty rodzisz supernową.

Dlatego walę w żyłę. Jak się walnie, to się fachowo mówi, że wystąpił krótkotrwały okres silnej euforii. Albo, i tu mnie kurwa słuchaj uważnie, nie wystąpił. Bo jakiś chuj w dupę jebany, harcownik, lolo pizduś, pedał jebany z różowego roweryku dla dziewczynek, ecie pecie, tiu, tiu, tiu, wyjebana kurwa, lolcia zaszczaj i zasraj pizdę swojej matki, w mordę cwel jebany, pierdolony, uszy masz? Słuchaj! Sprzedał ci kurwa gówno. Słyszysz kurwa?!

W pizdu ma wykazywać! Wykazywać kurwa działanie pobudzające! A ja kurwa przyjebałem i nie wykazało nic! A miało wykazywać pobudzenie ośrodkowego kurwa układu nerwowego. Mego układu! Ja kocham swój układ! Mój układ nerwowy! Nie kurwa Twój, nie twojej jebanej matki i murzyńskiej pedalskiej ciotki, skurwysynu z Itaki. Tylko mój układ nerwowy miał zostać pobudzony!!!

Rozumiesz kurwiszonku?! I ma też uwalniać! Neuroprzekaźniki! A nie uwolniło się nic! Nic kurwa! To niedobrze. To bardzo niedobrze kurwa jest. Ja ci przekazuję kesz, a ty mi neuro przekazujesz.

Ja jestem podły dzisiaj, bo dokonałeś na mojej osobie neuro aborcji. I ty masz kesz, a ja kurwa nie mam kurwa pierdolonej manny.

Byliśmy jak bracia. Bracia Pif Paf, Zyg Zag, a teraz kurwa, teraz to ja ciebie pif paf i zyg zag!!! Podaję ci przepiękny zbiór informacji czysto teoretycznych, ale też czysto praktycznych, niezwykle przydatnych. Informacji pożytecznych. Słyszysz?! Z zakończeń nerwowych kurwa! Wiesz co to zakończenia?! Nerwowe?! Zakończenia są piękne. Ślub z kosą, albo pizgasz się na mydełku, albo nadziewasz na kolesia z klamką!!! Co wolisz?! Do wyboru i koloru.

I jeszcze jedno! To mnie strasznie boli. I to bardzo, kurwa mnie boli to. Ja nie lubię. Ja nie lubię, jak mnie boli. Jak mnie kurwa boli, to wiesz, co się dzieje? Nienawidzę i to mnie boli najbardziej, jak mi wychwytu zwrotnego, mi osobiście, rozumiesz? Wychwytu zwrotnego nie blokuje. Wiesz, co to jest wychwyt?!

Język zesztywniał i gorąca fala pokryła szronem moje powieki. Milion wściekłych os zatopiło żądła w mózgu, a krew w żyłach zaczęła napierdalać z szybkością dźwięku. Usiadłem. Minął katar. Wdech… Wydech… Powoli… Powoli i delikatnie chwyciłem słuchawkę telefonu.

— Ty...To jest kurwa niezłe, to jest.

Milczę przez dłuższy czas głęboko, powoli oddychając.

Wdech… Wydech… Powoli… Powoli…

— Nie bierz gadki do siebie. Wiesz, jak to jest, jak dostaniesz nie to, co chciałeś. A jest dobrze. Bardzo dobrze jest. O jak jest dobrze… Jutro! Jak zwykle! Tam gdzie zwykle! Jak jest dobrze, jak ciepło… A nawet bardzo dobrze.

Wdech… Wydech… Powoli… Powoli… W głosie po drugiej stronie nie było złości.

— Wybacz, zapomniałem powiedzieć, że dzisiaj spadł bardzo czysty śnieg.

— Nie ma sprawy, naprawdę, to ja przepraszam, nie gadaj już, nie mów nic. Bądź cicho. Psy, psy, psy, psy. One nie szczekają, tylko węszą, O tak, bardzo węszą, o tak, nosem węszą przy ziemi, nosy wielkie mają, wiesz, jak to psy. Paszli won psy! Ha, ha, ha! Myślą, że ja nie wiem, że one węszą. Wszystko wiem!!! Wiem!!! Wiem!!! Wiem!!! To nara!!! Hej!!! Siema!!! Cześć, cześć!!! Muszę się ogarnąć. A śnieg bardzo czysty, bardzo. Bardzo!!! Dzięki!!! Dzięki!!! Dzięki!!! No nara!!! No cze...cze…

Wdech… Wydech… Powoli… Powoli…

Oparłem się o ścianę i zamknąłem oczy. Czułem się wyśmienicie. Powoli paląc papierosa, delektowałem się długim, dwugodzinnym amfetaminowym szczęściem.

To się stało bez wstępu, bez żadnego kurwa znaku, gestu. Szron na powiekach. Mokre włosy odgarniam niezdarnie z czoła.

Wdech. Wydech.

Upadam. Już wiem, że myśliwy zaczął polowanie. Zostałem postrzelony, krwawię z nosa i uszu.

Wdech, wydech, wdech, wydech.

Uciekać, uciekać. Pewnie już wszyscy wiedzą. Słyszę ich oddechy za ścianą, stoją pod drzwiami. Uciekać! Oknem! Tam też stoją. Powoli przewracam się na bok. Krwawię coraz mocniej. Do szału doprowadzają mnie ich szepty. Mogliby wreszcie przestać się tak czaić.

Wdech. Wydech.

Już lepiej, przeszło. Został tylko szum.

Wdech, wydech.

Kolejna fala, powoli, nie spiesząc się, wspięła się po chudych łydkach, weszła mięciutko na kolanka, popieściła uda, lędźwie, brzuch, oplotła elektryczną obręczą płuca i gardło, a na koniec pocałowała w sine usta.

Wdech.

I właśnie w tej właśnie sekundzie zaczęła płynąć, i płynęła przez kolejnych kilkadziesiąt sekund przez moje skorodowane neurony Myśl. Czysta, absolutna, nieskażona.

Wydech.

A kiedy zostałem otulony mięciutką kołderką po sam czubek nosa, a moje ciało skrępowane mgłą bezwładnie zanurzyło się w tej imitacji wód płodowych, wydało mi się, że poznałem odpowiedzi na wszystkie pytania.

Wdech.

Wszyscy odeszli, a mnie wreszcie ogarnęła cisza. Cisza, za którą tak bardzo tęskniłem. W trzeciej sekundzie tej cudownej ciszy jeszcze mocniej zacisnąłem sine palce na krtani. Umilkły dymiące groby. Życie wciąż płynęło leniwą strużką. Ocierało się o nogi spieszących się ludzi, omijało ich buty i tylko czasami przed kimś się zatrzymało.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij