Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Gorące serca. Część pierwsza - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
14 lutego 2020
Czytaj fragment
Pobierz fragment
11,99
Cena w punktach Virtualo:
1199 pkt.

Gorące serca. Część pierwsza - ebook

Owdowiały Strażnik Teksasu, John Ruiz, nie radzi sobie z rolą samotnego ojca. Tonio już raz wszedł w konflikt z prawem, a wielu jego kolegów wstąpiło w szeregi lokalnych gangów. Ruiz ma też wyrzuty sumienia, że nie może poświęcić synowi wiele czasu. Tonio codziennie po lekcjach przesiaduje w szpitalu w San Antonio, czekając, aż kuzynka ojca skończy dyżur i odwiezie go do domu. Poznają tam pielęgniarkę Sunny Wesley. Tonio szybko się z nią zaprzyjaźnia, ale John, chociaż oczarowany urodą Sunny, jest zbyt ostrożny, by jej zaufać. Coraz częściej się zastanawia, dlaczego ta piękna dziewczyna tak rzadko się uśmiecha i trzyma wszystkich na dystans.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-276-4739-9
Rozmiar pliku: 826 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Święta zbliżały się wielkimi krokami. Suna Wesley, na którą w pracy wszyscy mówili Sunny, stała samotnie w pobliżu zaimprowizowanego parkietu w sali konferencyjnej szpitala dziecięcego w San Antonio. Obserwowała rozbawionych kolegów, próbujących tańczyć w rytm płynącej z głośników muzyki. Dyskdżokej z lokalnej stacji radiowej, kuzyn jednej z pielęgniarek, sypał dowcipami, na stołach umieszczono ogromne wazy z ponczem i mnóstwo przekąsek. Duża grupa uczestników przyjęcia gwiazdkowego tłoczyła się przy bufecie.

Salę udekorowano jemiołą, w rogu stała obwieszona czerwonymi bombkami choinka. Wszystkim już udzielił się świąteczny nastrój, ale Sunny była smutna. Nie lubiła świąt, bo bezwiednie wracała wtedy do chwil spędzanych przed laty z mamą i braciszkiem. Do chwil, które nigdy nie wrócą.

Obserwowała pielęgniarkę flirtującą z jednym z internistów i modliła się, by impreza wreszcie się skończyła. Najchętniej po dyżurze pobiegłaby do domu, ale nie wypadało tak po prostu się ulotnić. Była zbyt nieśmiała, by podejść do którejś z rozbawionych grupek. Zawsze sama, w życiu i w pracy. I tak już zapewne zostanie do końca życia.

Odgarnęła z czoła długie platynowe włosy, które uważała za swój jedyny atut. Chciałaby olśniewać urodą, jednak postrzegała siebie jako przeciętną dziewczynę. Może nawet trochę szarą myszkę. W jej brązowych oczach rzadko pojawiały się radosne iskierki. A już na pewno nie wtedy, kiedy nie musiała przed nikim udawać, że wszystko jest w porządku.

Szkoda, że nawet nie miała z kim zatańczyć. Rodzice nauczyli ją wszystkich tańców latynoamerykańskich, które właśnie teraz były bezlitośnie katowane przez kilka par. Korciło ją, żeby wejść na parkiet i pokazać wszystkim, jak powinno to wyglądać, jednak za nic nie poprosiłaby żadnego faceta do tańca, albowiem z zasady ich unikała. Uznała, że lepiej będzie stać w kącie ze szklaneczką ponczu, z której nie upiła nawet małego łyka. Czuła się żałośnie w pielęgniarskim fartuchu i starych klapkach. Nie miała makijażu, nie używała nawet pudru do zmatowienia cery. Ponownie pogrążyła się w smutnych wspomnieniach, jak zawsze, gdy zbliżały się święta.

– Hej, Ruiz, może pokażesz nam, jak należy tańczyć sambę? – zawołał ktoś do wysokiego mężczyzny, który właśnie wszedł do sali.

Sunny bezwiednie zwróciła wzrok w stronę przybysza i od razu tego pożałowała, bo na jego widok zrobiło jej się gorąco. Dawno nie widziała tak przystojnego mężczyzny, a ten zdecydowanie mógłby zarabiać jako model. Szczupły, proporcjonalnie zbudowany, o oliwkowej karnacji i regularnych rysach twarzy. W kożuszku i kapeluszu prezentował się niezwykle elegancko. Miał ciemne oczy, zmysłowe usta i śnieżnobiałe zęby, którymi teraz błysnął w uśmiechu.

– A czy wyglądam na nauczyciela tańca? – odkrzyknął głębokim głosem z prawie niezauważalnym latynoskim akcentem. – Nie mam czasu na takie głupoty, jestem zapracowanym człowiekiem.

– Uważaj, bo uwierzę – odparł lekarz, który go zaczepił. – Wskakuj na parkiet, ale już. Nie musisz być zawsze takim sztywniakiem.

– Gdybym nie traktował serio obowiązków, mielibyście jeszcze więcej pacjentów. – Uśmiechnął się złośliwie.

– Tylko jeden taniec, nie bądź mięczakiem – nalegał lekarz. – Co, tchórz cię obleciał?

– Ależ przejrzysta prowokacja – zaśmiał się Ruiz. Zaczął się rozglądać w poszukiwaniu ofiary i zatrzymał wzrok na platynowych włosach Sunny.

Nie, pomyślała spanikowana, tylko nie to.

Nie zdążyła pomyśleć nic więcej, bo Ruiz odstawił jej szklankę, objął mocno w pasie i pociągnął na zaimprowizowany parkiet. Teraz wydał jej się jeszcze wyższy i… jeszcze bardziej pociągający.

– Hej, rubia – zagadnął, używając hiszpańskiego słówka oznaczającego blondynkę. – Zatańczysz ze mną, dobrze?

– Nie mogę – wyjąkała i spłonęła rumieńcem.

– No co ty, przecież każdy może tańczyć. Niektórzy po prostu mają lepsze wyczucie rytmu i poruszają się z większym wdziękiem. – Przyciągnął ją bliżej i już po chwili wirowali po parkiecie.

Był naprawdę dobrym tancerzem, ale Sunny wciąż czuła się nieswojo. Nieznajomy za bardzo jej się podobał, a to ją peszyło. W dodatku wszyscy obecni bacznie ich obserwowali, uśmiechając się szeroko. Taki publiczny pokaz dla osoby chorobliwie wręcz nieśmiałej, jaką była Sunny, to istna udręka.

Bliskość tego mężczyzny sprawiała, że jej ciało zaczynało płonąć. Jeszcze nigdy tak się nie czuła, w dodatku nie bardzo chciała przyjąć do wiadomości, że dotyk Ruiza sprawia jej wielką przyjemność.

Wiedziała jednak, że nigdy nie będzie w stanie wejść w bliską relację z żadnym mężczyzną. Była zbyt prostolinijna, by zwodzić ewentualnego partnera, obiecywać coś, do czego nigdy nie dopuści. Właśnie dlatego zdecydowała, że powinna zapomnieć o tej sferze życia. To był świadomy wybór, toteż teraz, gdy jej ciało tak entuzjastycznie reagowało na bliskość mężczyzny, dręczył ją niepokój. Była na siebie zła za tę chwilę słabości.

– Proszę – szepnęła. – Ja nie tańczę zbyt dobrze. – Była zbyt onieśmielona, by spojrzeć mu w oczy. Tak, ten facet wyglądał jak marzenie, ale ona była smutną, wycofaną dziewczyną bez doświadczenia.

– Proszę o wybaczenie – odparł spokojnie, ale jego ciemne oczy rozświetlił błysk kpiny, a może nawet złości. – Zapewne woli pani tancerzy o nieco jaśniejszej karnacji. – Wypuścił ją z objęć i zwrócił się do lekarza, który zarzucił mu tchórzostwo: – No dobra, pokazałem ci, jak się tańczy, a teraz wracam do pracy. Nie każdy może się tak obijać jak ty.

Ruszył do wyjścia, odprowadzany gromkim śmiechem zebranych.

Sunny szybko wróciła do swojego kącika, nadal mocno zawstydzona. Nie lubiła zwracać na siebie uwagi, w dodatku ubodła ją uwaga Ruiza. Jego latynoskie pochodzenie nie miało dla niej żadnego znaczenia. Bardzo się mylił, uznając ją za rasistkę.

Zaczerpnęła powietrza, próbując się uspokoić. Potem powoli ruszyła do windy.

– Sunny, chyba jeszcze nie uciekasz! – krzyknęła do niej Merrie York. – Nie wygłupiaj się, zabawa dopiero się rozkręca.

Merrie i Sunny pracowały razem na oddziale pediatrycznym, zazwyczaj na nocnej zmianie. Merrie była pielęgniarką z powołania, miłą, nieskończenie cierpliwą i życzliwą. Razem z bratem mieszkała na olbrzymim ranczu na południe od San Antonio. Byli wprost nieprzyzwoicie bogaci, jednak oboje ciężko pracowali.

– Muszę iść – odparła Sunny, zmuszając się do uśmiechu. – Takie imprezy to nie moja bajka, nie jestem zbyt towarzyska.

– Tańczyłaś z Ruizem. – Merrie mrugnęła znacząco. – Jest cudowny, prawda?

– Owszem, bardzo przystojny. To dziwne, że taki facet poprosił do tańca akurat mnie.

– Nie może się opędzić od kobiet, ale rzadko zwraca na którąś uwagę. Powinniście jeszcze potańczyć, świetnie wam szło.

– Nie lubię tańczyć, kiedy tyle osób się na mnie gapi.

– A wiesz, nie pamiętam, kiedy Ruiz ostatnio zainteresował się jakąś kobietą. A chyba nigdy nie poprosił żadnej do tańca – ciągnęła temat Merrie, coraz bardziej rozochocona.

– Głupio mi, bo pomyślał, że przeszkadza mi jego latynoskie pochodzenie – wyznała Sunny. – A ja po prostu byłam zakłopotana. Wiesz, że nie lubię być w centrum uwagi.

– Chyba nie masz kompleksów? Przestań się tak dołować, żadna z ciebie szara myszka. Pod wieloma względami jesteś naprawdę wyjątkowa.

– Dzięki. – Sunny skwitowała uśmiechem komplement koleżanki. – A kim właściwie jest ten Ruiz? – spytała po chwili wahania.

– To… Cholera, przepraszam, muszę biec na pomoc Mottsowi. Obiecałam z nim zatańczyć, a Sylvia uczepiła się go jak rzep psiego ogona. Jest bardzo ładna, ale Motts się jej boi. Poprosił, żebym go w razie czego ratowała.

– Boi się jej?

– No wiesz, Sylvia marzy o szybkim zamążpójściu i gromadce dzieci. A Motts… Cóż, obiecał sobie, że zaliczy dziewczyny o wszystkich znanych mu imionach – zachichotała. – Nie, nie wpisał mnie na swoją listę. Nie ma odwagi, wie, że mój brat pożarłby go na śniadanie, a jego żona jeszcze odpowiednio doprawiła do smaku.

– Ty i twoja rodzinka – roześmiała się Sunny. – Twój brat to niezły przystojniak. – Kilka razy widziała Stuarta Yorka, gdy w towarzystwie żony odwiedzał szpital. Merrie i Stuart byli bardzo bogaci, należąca do nich ziemia rozciągała się na terytorium trzech stanów. Na swoim olbrzymim ranczu hodowali szlachetne odmiany bydła. Mogli nie brudzić sobie rąk pracą, jednak Merrie nawet nie rozważała rezygnacji z etatu w szpitalu, a temperament nie pozwalał Stuartowi na lenistwo.

Byli do siebie bardzo podobni. Oboje mieli kruczoczarne włosy i bardzo jasne niebieskie oczy o lekko stalowym odcieniu. Merrie z nikim się nie spotykała, chociaż od jakiegoś czasu podkochiwała się w pewnym świeżo rozwiedzionym lekarzu. Niestety pan doktor właśnie wrócił do byłej żony, przez co Merrie pogrążyła się w uczuciowym odrętwieniu, nie była zainteresowana zawieraniem nowych znajomości.

– Moja bratowa też tak uważa – odparła wyraźnie zadowolona z takiego stanu rzeczy.

– Zamierzają mieć dzieci? – zaciekawiła się Sunny.

– Oby, bardzo bym chciała. Na razie zwiedzają zabytkowe miejsca na całym świecie. – Zerknęła w stronę bufetu i skrzywiła się lekko. – Rany, Motts w coraz większych opałach, jest czerwony jak burak. Muszę lecieć. A ty zostań tu jeszcze, nie powinnaś być takim odludkiem.

– Lubię własne towarzystwo – odparła Sunny łagodnie. – Dzięki za miłe słowa i do zobaczenia. Mam wolne do poniedziałku.

– Szczęściara, chętnie bym się z tobą zamieniła. Wracaj szczęśliwie do domu i uważaj na siebie.

– Zawsze uważam – odparła Sunny i lekko zadrżała. Często zamawiała taksówkę, chociaż powinna oszczędzać i mieszkała blisko szpitala. Bała się samotnie chodzić ulicami, na których od lat rządziły gangi. Wracała do domu na piechotę, tylko gdy nie mogła sobie pozwolić na taksówkę.

Mieszkała w tej okolicy od ukończenia trzynastego roku życia, z matką i młodszym braciszkiem. Jednak pewnego dnia doszło do tragicznych wydarzeń i potem została na świecie zupełnie sama. Z całego serca nienawidziła członków gangu Los Diablos Lobitos, którzy zupełnie zmienili oblicze niegdyś spokojnej dzielnicy. Należeli do niego zarówno dziesięcioletni chłopcy, jak i dwudziestolatkowie. Wszyscy się ich bali, jednak Sunny miała szczególnie dużo powodów, by ich nienawidzić.

Przed domem zapłaciła taksówkarzowi i szybko pobiegła do mieszkania. Po wejściu do środka zamknęła starannie drzwi i rozejrzała się po skromnym lokum.

Jednopokojowe mieszkanko znajdowało się na parterze. Zero luksusów, tylko naprawdę potrzebne sprzęty. Mała kuchenka i bardzo stara lodówka, na szczęście nadal sprawna. Na dwuosobowym łóżku leżała narzuta, którą wydziergała matka. Nadal żywe kolory nadawały dość ponuremu wnętrzu nieco weselszego charakteru.

Niestety skrzydło jednego z okien zablokowało się na amen i nie można go było opuścić. Sunny wielokrotnie prosiła gospodarza domu, by je naprawił, a on co prawda obiecywał, ale jakoś zawsze brakowało mu na to czasu. Na szczęście na razie nikt nie próbował się do niej włamać. Być może wszyscy wiedzieli, że w tym mieszkaniu nie można było liczyć na bogaty łup.

W rogu stał mały telewizor, który podarowała jej jedna z pielęgniarek. W czynszu były też opłaty za kablówkę, więc Sunny miała dostęp do lokalnych wiadomości i prognoz pogody oraz kilku darmowych kanałów. Niestety nie mogła sobie pozwolić na bogatszy pakiet programów, ale niespecjalnie tego żałowała. Po długim dyżurze wracała do domu skonana, marzyła tylko o tym, by jak najszybciej położyć się do łóżka. W budynku, zamieszkałym głównie przez personel medyczny z pobliskiego szpitala, zainstalowano również Wi-Fi. Właścicielem całej nieruchomości był na pozór oschły Marcus Carrera. Jednak Sunny wiedziała, że Marcus ma wielkie serce, bo wiele mu zawdzięczała. Na każde urodziny i święta posyłała mu kartki, w których zawsze wyrażała dozgonną wdzięczność. Wiedziała, że ożenił się z miłą kobietą z Jacobsville, z którą miał uroczego synka.

Przebrała się w koszulę nocną i położyła do łóżka. Próbowała zasnąć, jednak wciąż wracały do niej wspomnienia tańca z przystojnym nieznajomym. Wołali na niego Ruiz. Ciekawe, czy to imię, czy nazwisko. Taki przystojny facet na pewno był żonaty, zwłaszcza że prawdopodobnie dobiegał trzydziestki.

Szkoda, że nie miała okazji mu wyjaśnić, dlaczego była podczas ich wspólnego tańca tak zdenerwowana i nieswoja. Przecież wcale jej nie przeszkadzało, że ma nieco ciemniejszą karnację. Lubiła Latynosów, kochała ich muzykę i ich tańce, które poznała dzięki ojcu.

Jednak była nieśmiała, zwłaszcza w stosunku do nieznajomych. Obcy mężczyźni ją peszyli. Była tylko na jednej randce, tuż po ukończeniu liceum, i nie było to przyjemne doświadczenie. Nadal zbierało jej się na płacz, gdy wspominała tamte wydarzenia.

To wtedy doszła do wniosku, że lepiej spędzić życie samotnie, niż wikłać się w nieudane związki. Była świadoma, że nie podoba się facetom. Chłopak, z którym poszła na randkę, powiedział, że jest odrażająca. Zabolało, ale może to i lepiej, bo dzięki temu uniknęła wielu rozczarowań i odpowiednio wcześnie wybrała samotne życie.

Staż pielęgniarski odbyła w Hal Marshall Memorial Hospital, jednak kiedy w sąsiedztwie otworzono nowy szpital pediatryczny, natychmiast złożyła tam papiery. Razem z nią odeszło kilka pielęgniarek, w tym również Merrie York. To był strzał w dziesiątkę, od razu polubiła nowe miejsce pracy. Personel był przyjazny, dyrektor uprzejmy, a sale szpitalne ozdobiono tak, by mali pacjenci czuli się tu jak najlepiej. Obrazki na ścianach i mnóstwo zabawek, co niewątpliwie poprawiało nastrój i pozwalało zapomnieć o lęku. Tak, Sunny naprawdę kochała swoją pracę, ale czuła się przeraźliwie samotna. I co z tego, że wybrała taką drogę świadomie?

Koleżanki próbowały ją z kimś umówić. Zwłaszcza jedna pielęgniarka, która spotykała się z dwoma facetami równocześnie. To ona kiedyś ze śmiechem powiedziała, że Sunny nie wie, co traci. A potem jeszcze zapytała, czy nie brakuje jej seksu.

Sunny odpowiedziała, że nie sposób odczuwać braku czegoś, czego się nie próbowało. W odpowiedzi została obrzucona najpierw niedowierzającym, a potem pełnym politowania spojrzeniem. O ile miała wolne niedziele – na ogół dwie w miesiącu – chętnie chodziła do kościoła. Wiara pomogła jej przetrwać wiele życiowych burz, ale nie obnosiła się z tym. Matka nauczyła ją, że lepiej unikać dyskusji o religii i polityce, zwłaszcza z nieznajomymi. Takie rozmowy często kończyły się kłótnią albo wzajemnymi obelgami. Zresztą czy to nie z tego powodu wybuchały wojny?

Kilka dni później miała wyjątkowo trudny dyżur. Jedna z jej podopiecznych, mała Bess, zaczęła gorączkować i skarżyć się na bóle brzucha. Wezwany przez Sunny lekarz stwierdził duże złogi w jelitach dziewczynki i zalecił natychmiastowy zabieg.

Sunny to zmartwiło, bo zdążyła bardzo polubić tę pacjentkę. Bess miała jasne kręcone włoski i duże niebieskie oczy. Wychowywała ją samotna matka, która pracowała na dwóch etatach, by wyżywić czwórkę dzieci. Mąż kobiety, przed laty podobno entuzjasta dużej rodziny, pewnego dnia stwierdził, że ma dość tego chaosu i odszedł do innej. Sunny było żal małej, która nie mogła się doczekać odwiedzin matki, dlatego poświęcała jej więcej czasu niż pozostałym pacjentom.

Bess przebywała w szpitalu od tygodnia. Gorączkowała i skarżyła się na bóle brzucha, jej stan wciąż się pogarszał, jednak na podstawie tych objawów nie udało jej się zdiagnozować aż do dzisiaj. Sunny miała nadzieję, że po zabiegu dziewczynka wreszcie poczuje się lepiej i wróci do domu. Szpital podjął się jej leczenia za darmo i wcale nie był to odosobniony przypadek. Mimo wysiłków kolejnych rządów wielu ludzi nadal nie mogło sobie pozwolić na choćby podstawowe ubezpieczenie społeczne.

Dalszy dyżur przebiegał w miarę spokojnie. Sunny pisała raporty, sprawdzała leki i narzędzia, doglądała pacjentów. Od czasu do czasu zerkała zaniepokojona na zegar, nie mogąc się doczekać powrotu Bess. Przecież minęło już kilka godzin, zabieg z pewnością się skończył.

Kiedy szykowała się do wyjścia, zauważyła chirurga, który operował dziewczynkę. Uśmiechnęła się do niego i zapytała o samopoczucie małej. Wystarczyło spojrzeć na zmęczoną i smutną twarz lekarza, by uśmiech zamarł jej na twarzy.

Z trudem otwierając usta, poinformował Sunny, że u Bess doszło podczas zabiegu do zatrzymania akcji serca. Mimo wysiłków całego zespołu operacyjnego, dziewczynki nie udało się uratować.

Odszedł z pochyloną głową, wyraźnie poruszony. Po stracie pacjenta lekarze często długo dochodzili do siebie, Sunny dobrze o tym wiedziała. Dręczyło ich poczucie winy, godzinami analizowali, co mogli zrobić inaczej.

Sunny przekazała raport kolejnej zmianie pielęgniarek, posprzątała swoje rzeczy i w ponurym nastroju opuściła szpital. Słodka mała Bess, zawsze tak radosna i uśmiechnięta, już nie żyje. Westchnęła ciężko, z trudem powstrzymując łzy. Owszem, uczono ją, że pielęgniarki nie powinny przywiązywać się do pacjentów. Jedna ze starszych koleżanek wytłumaczyła jej, że to nieprofesjonalne, a poza tym po śmierci pacjenta bardzo trudno zapanować nad emocjami, co może wpłynąć na wykonywanie zawodowych obowiązków. Niestety Sunny nie umiała się zastosować do tej rady, toteż teraz wybuchnęła płaczem.

Część wolnej niedzieli, drugiej w tym miesiącu, spędziła w pustym mieszkaniu. Następnego dnia też miała wolne, mogła więc zająć się praniem i sprzątaniem. Wytarła też kurze, umyła podłogę i upiekła ciasto. Starała się być cały czas zajęta, a jednak nie mogła przestać myśleć o małej Bess.

W końcu zrobiła to, co zawsze, gdy było jej smutno i źle. Pojechała taksówką do katedry Świętego Franciszka, by zapalić świeczkę za duszę zmarłego ojca, który był katolikiem.

Ojciec pracował u bogatego ranczera. Wprost pod koła prowadzonej przez niego ciężarówki wpadł pies. Ojciec próbował go ominąć i zjechać na pobocze, ale ciężarówka dachowała. Ojciec zginął na miejscu.

Sunny, jej matka Sandra i braciszek Mark długo nie mogli dojść do siebie. To wydarzyło się właśnie tuż przed Bożym Narodzeniem, czasem, kiedy rodziny zbierają się przy wspólnym stole, by cieszyć się bliskością i kolędować.

Ojciec Sunny, Ryan Wesley, był katolikiem, matka metodystką. Jednak kwestie wiary nigdy ich nie poróżniły, byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Poznali się jeszcze w szkole podstawowej i od tego momentu stali się nierozłączni. Nikt nie miał wątpliwości, że kiedyś się pobiorą.

Sunny uśmiechnęła się na wspomnienie matki, która bardzo często oglądała z dziećmi albumy rodzinne. Były tam zdjęcia zarówno z jej dzieciństwa, jak i z czasów dzieciństwa ojca. Po śmierci ojca stali się sobie jeszcze bliżsi, dlatego utrata matki i brata była dla Sunny prawdziwą tragedią. Jej świat runął wówczas w posadach. I chociaż od tamtych wydarzeń minęło już sześć lat, wspominając je, nadal wybuchała płaczem.

Podeszła do ołtarza i zapaliła trzy świeczki za dusze bliskich, których utraciła na zawsze. Czasami przychodziła tu z ojcem na mszę, równie często towarzyszyła matce w nabożeństwach w kościele metodystów. To wiara pomogła jej podnieść się po tragedii, chociaż wtedy miała ochotę po prostu usiąść z założonymi rękami i czekać na śmierć. A jednak otrząsnęła się i żyła dalej. Głęboko wierzyła, że nic nie dzieje się bez przyczyny i nawet tragiczne wydarzenia są częścią boskiego planu.

Stała zamyślona przed palącymi się świeczkami, ubrana w czarny płaszcz, na który opadała kurtyna platynowych włosów. Wiedziała, że wiele kobiet przychodzi do kościoła w spodniach. Jednak babcia, która często opiekowała się Sunny, uważała, że to niestosowne. Do kościoła i na pogrzeby należy przychodzić w sukience. Sama nigdy nie złamała tej zasady i tego samego wymagała od wnuczki.

Babcia umarła nagle na wylew, w szpitalu tuż obok tego, w którym pracowała Sunny. Była znaną osobą w San Antonio, wdową po lubianym policjancie zastrzelonym podczas pełnienia służby. Na jej pogrzeb przyszło tyle ludzi, że nie zmieścili się w kościele, a trumny nie było widać spod morza wieńców i wiązanek. Sunny pamiętała, jaka była dumna, że jej babcię lubiło i szanowało tylu ludzi.

Zresztą całą rodzinę otaczano szacunkiem, bo Wesleyowie jako jedni z pierwszych osiedlili się w południowym Teksasie. Przybyli tu z Georgii zaraz po wojnie secesyjnej.

Sunny na dobre pogrążyła się we wspomnieniach, czemu sprzyjały mrok i atmosfera panująca w najstarszym kościele w San Antonio. Kościół powstał w latach 1738-1750 i został zbudowany przez osadników z Wysp Kanaryjskich.

Usłyszała, że ciężkie drzwi wejściowe otwierają się ze skrzypieniem, ale nawet nie odwróciła głowy. Do kościoła przychodziło wielu ludzi, nie tylko katolików, głównie by zapalić świece za dusze bliskich. Katedra prawie nigdy nie była pusta.

Usłyszała głęboki, melodyjny głos wołający księdza, a potem śmiech rozmawiających mężczyzn, ale nie była w stanie rozróżnić słów. Zresztą nawet nie próbowała, bo jej myśli szybowały swobodnie ku przeszłości, do szczęśliwszych czasów. Wtedy również dla niej święta były radosne, wiązały się z kupowaniem prezentów, pieczeniem ciasteczek, pierniczków i indyka. Smakowite zapachy przez kilka dni wypełniały domek na obrzeżach miasta, dokąd przeprowadzili się po śmierci taty.

Przymknęła oczy i zmówiła cichą modlitwę.

Usłyszała za plecami kroki odbijające się echem w wysokim pomieszczeniu. Ten ktoś głośno stukał obcasami. Zapewne kowboj, pomyślała i uśmiechnęła się do siebie.

– To ostatnie miejsce, w którym spodziewałbym się cię spotkać, rubia – powiedział ktoś łagodnie, a ona od razu rozpoznała ten głos.

Odwróciła się i spojrzała na mężczyznę, który poprosił ją do tańca na przyjęciu gwiazdkowym.

– Och – szepnęła i zarumieniła się. – Witam.

– Witam – odparł po chwili, przez którą bacznie jej się przyglądał. – Przychodzę tu każdego roku i zapalam świeczki za tych, którzy odeszli z mojego życia. A ty?

– Ja tak samo. Za mamę, ojca i braciszka.

– Wszyscy nie żyją?

– Tak – odparła spokojnie. – Cała moja rodzina. Mój ojciec uczęszczał do tego kościoła, matka była metodystką. Oboje byli uparci, dlatego przychodziłam na nabożeństwo i tu, i tu. Tutaj nauczyłam się trochę hiszpańskiego, bo msze są odprawiane właśnie w tym języku.

– Ojciec przyprowadził mnie tu, kiedy byłem dzieckiem – powiedział, ale nie dodał, że niedawno przyprowadził tu swego jedenastoletniego syna. Jednak teraz Antonio nie chciał ani chodzić do kościoła, ani słuchać o religii. Zresztą w ogóle nie lubił słuchać, co ojciec ma do powiedzenia. Po śmierci żony Ruiza, co stało się trzy lata temu, stosunki między ojcem a synem były, mówiąc oględnie, dalekie od poprawnych.

– Wiesz, wtedy… To nie dlatego, że jesteś Latynosem… Ten taniec, to znaczy… – plątała się coraz bardziej zmieszana.

– Wiem. Po prostu nie mogłaś uwierzyć, że taki facet jak ja poprosił cię do tańca. Tak przynajmniej powiedziała mi jedna z pielęgniarek.

Zawstydzona jego bezpośredniością, pochyliła głowę, by ukryć szkarłatne rumieńce. Odwróciła się, gotowa wybiec z kościoła, ale Ruiz zastąpił jej drogę.

– Zostań – poprosił. – Skoro mnie nie jest głupio, ty też nie powinnaś się wstydzić. A poza tym niczego ci nie brakuje, więc nic dziwnego, że chciałem z tobą zatańczyć.

– Na imprezie było mnóstwo pięknych kobiet.

– Jasne, ale wszystkie były do siebie łudząco podobne. Młodzi faceci to wzrokowcy, a ja szukam wewnętrznego piękna. Pracujesz w szpitalu dziecięcym, prawda?

– Tak, na nocnych zmianach.

– To dlatego nigdy wcześniej cię nie widziałem. Spędzam w szpitalach dużo czasu, głównie na izbie przyjęć. Dużo dzieciaków zostaje rannych podczas porachunków lokalnych gangów albo ciężko pobitych przez rodziców.

– Masz coś wspólnego z gangami? – prawie wykrzyknęła i zagryzła wargi.

Rozgarnął poły kożuszka, by mogła zobaczyć lśniącą na jego piersi srebrną gwiazdę.

– Och, jesteś Strażnikiem Teksasu – westchnęła z ulgą.

– Od sześciu lat – odparł z uśmiechem. – Nie wyczułaś podczas tańca, że noszę broń? – spytał żartobliwie, wskazując na pistolet w kaburze przypiętej do szerokiego paska.

– No cóż, nie. – Zapatrzyła się w jego ciemne oczy, które w blasku świec połyskiwały jak wypolerowany onyks.

– Jak się nazywasz? – spytał łagodnie.

– Jestem Suna Wesley, ale wszyscy mówią na mnie Sunny.

– Sunny, czyli słoneczko. Pasuje do ciebie.

– A ty jesteś Ruiz.

– Tak, John Ruiz.

Obserwowała jego twarz o ostrych rysach, na której chyba rzadko gościł uśmiech. Nawet gdy zażartował, zaraz potem jego wzrok stawał się poważny.

– Wykonujesz ciężką i niebezpieczną pracę – powiedziała.

– Ty również. W środę umarła jedna z twoich pacjentek.

Skinęła głową, z trudem powstrzymując napływające do oczu łzy.

– Moja kuzynka pracuje w tym szpitalu – wyjaśnił, ale nie wspomniał, że syn codziennie po szkole przesiaduje w szpitalnym bufecie, czekając, aż kuzynka skończy dyżur i odwiezie go do domu. Nie dało się inaczej tego zorganizować, bo ranczo Ruiza mieściło się w Jacobsville. Jego kuzynka Rosa mieszkała po sąsiedzku w Comanche Wells. Tak jak John, codziennie dojeżdżała do pracy w San Antonio. – Powiedziała, że wszystkie pielęgniarki były bardzo przygnębione. Trudno się pogodzić ze śmiercią dziecka.

– W pracy muszę trzymać emocje na wodzy. – Zaczęła się nerwowo bawić torebką.

– Ja też, ale to trudne, gdy tak często oglądasz cierpiących ludzi. Zajmuję się teraz śledztwem w sprawie morderstwa. Naćpany idiota zastrzelił przed sklepem faceta z powodu dziesięciu dolarów. Wdowa została z dwoma małymi synkami i odchodzi od zmysłów. Ale dorwę drania, który to zrobił. Długo nie wyjdzie na wolność. – Jego oczy gniewnie zalśniły, rysy twarzy ponownie stwardniały.

– Tak, mam nadzieję, że go złapiesz.

– Nie słyszałaś, co o nas mówią? – spytał już pogodniejszym tonem. – Przed nami nie ma ucieczki.

– Myślałam, że to dewiza Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej – zdziwiła się.

– Przecież walczymy po tej samej stronie barykady. – Uśmiechnął się i wzruszył ramionami. – Możemy chyba pożyczyć od nich tę zgrabną i chwytliwą frazę.

– Pewnie tak – roześmiała się.

Ruiz usłyszał wibrowanie komórki. Skrzywił się i wyciągnął aparat. Kiedy spojrzał na wyświetlacz, od razu odebrał połączenie.

– Ruiz – rzucił do słuchawki bardzo oficjalnym tonem. – Tak. Kiedy? Dobra, będę za pięć minut. Jasne, tylko na zielonym świetle, żadnych więcej mandatów. Obiecuję. – Zakończył rozmowę i zwrócił się do Sunny: – Nowa sprawa, muszę lecieć. Do zobaczenia, rubia.

– Do zobaczenia – odparła nieśmiało, ale na sercu zrobiło jej się dziwnie lekko.

– Jedź do domu i obejrzyj coś wesołego w telewizji. Dzisiaj leci powtórka filmu Wigilijny show. – Miał na myśli kultową tragikomedię z Billem Murrayem, którą tradycyjnie emitowano podczas świąt Bożego Narodzenia.

– Chyba to już oglądałam.

– Ja też. Świetny film, prawda?

– Tak.

Poszukał jej oczu, a potem patrzył, jak jej policzki pąsowieją. Zachowywała się jak dziewczyna bez żadnego doświadczenia. Dlaczego tego nie dostrzegł na imprezie gwiazdkowej? Teraz jej nieśmiałość obudziła w nim instynkt opiekuńczy. Nie oglądał się za kobietami, chociaż od śmierci Marii minęły już trzy lata. Co takiego było w tej na pozór przeciętnej dziewczynie, że przyciągnęła jego wzrok i miał ochotę kontynuować tę znajomość? Z pewnością nikt nie nazwałby jej piękną. Wysoka i szczupła, nie miała zbyt wielu kobiecych krągłości. Ale te włosy… To dzięki nim była o wiele bardziej atrakcyjna, niż jej się wydawało. Jedyne, co go niepokoiło, to smutek w jej oczach. Nawet gdy się uśmiechała, co chyba nie zdarzało się dość często, jej uśmiech nie docierał do oczu. Co takiego ukrywała? Nie ufał ludziom, którzy mieli dużo sekretów, ale Sunny go przyciągała jak magnes.

– No to do zobaczenia – rzucił i ruszył do wyjścia tak szybko, że nawet nie zdążyła odpowiedzieć.

Dużo o nim myślała po powrocie do domu. Włączyła telewizor, ale i tak nie patrzyła na ekran. Swoją drogą, to naprawdę niezwykły zbieg okoliczności, że spotkała Ruiza w kościele. Zrobiło jej się głupio, gdy sobie przypomniała, co powiedziała mu jedna z pielęgniarek na jej temat. Owszem, to trochę krępujące, ale jego niezbyt obeszło.

Ciekawe, czy był żonaty. W ogóle chciałaby się o nim dowiedzieć trochę więcej, ale na pewno nie będzie nikogo rozpytywać. W ten sposób znów mogłoby dojść do krępującej sytuacji. Może ktoś coś o nim przypadkowo powie, a może jeszcze kiedyś się spotkają. Na tę ostatnią myśl jej serce przyspieszyło.

Oby tylko nie był żonaty. A właściwie co za różnica? Przecież i tak nie zamierzała wikłać się w żaden romans. Nie mogła mu zdradzić, dlaczego wybrała samotne życie. Nie mogła powiedzieć, dlaczego trzymała mężczyzn na taki dystans, że nawet nie ośmielali się zaprosić jej na randkę.

Zrobiło jej się przykro na myśl, że jej zauroczenie do niczego nie prowadzi. To tylko głupie i szkodliwe fantazje, o których powinna jak najszybciej zapomnieć.

Gdy wreszcie położyła się spać, pomyślała o małej Bess i z jej oczu popłynęły łzy.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: