Górecki - ebook
Sam siebie określał trzema słowami: choleryk, choleryk, choleryk! Mówił, że w życiu ogląda się wstecz jedynie w garażu, a żałuje tylko jednego: „że nie temperował jęzora”.
Miał być kolejarzem albo górnikiem, ewentualnie księdzem. Został kompozytorem. Przebył jedną z najtrudniejszych dróg do sławy w artystycznym świecie. Wczesna strata matki, wojna, chłodny i wymagający dom, dzieciństwo naznaczone chorobami. Parł do celu z determinacją i uporem na przekór wszystkim.
Trzecią Symfonią pieśni żałosnych op. 36 podbił cały świat. Wielki utwór, nazywany dowodem na istnienie Boga, trafił na szczyt amerykańskich list przebojów, wyprzedzając Stinga i Nirvanę. Światowej sławy reżyserzy nie zdołali namówić go do pisania muzyki filmowej. Odmówił nawet skomponowania ścieżki dźwiękowej do Pasji.
Biografia Henryka Mikołaja Góreckiego jest opowieścią o życiu pod prąd. O uporze, walce o niezależność i niepoddawaniu się presji. Autorka rysuje złożony portret człowieka, którego dominującą cechą była szczerość. Taka jest też jej opowieść – prawdziwa i odarta z blichtru, odsłaniająca dobro i jednocześnie nie ukrywająca zła.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-5855-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Dworzec w Rybniku. Niegdyś piękny, historią sięgający pierwszej połowy dziewiętnastego stulecia, dla Śląska wspaniały zabytek. Dla dwudziestoletniego Góreckiego stojącego smętnie na pustym peronie – najbardziej znienawidzone miejsce, jakie potrafił sobie tego wieczoru wyobrazić. Jego noclegownia.
Był tak zrezygnowany i wykończony, że z trudem opanowywał płacz. Właściwie mógł się bez krępacji rozbeczeć jak dziecko, bo w poczekalni – do której właśnie dokuśtykał – nie było nikogo. Pusta, wysoka przestrzeń, brudne arkadowe okna i kilka rozklekotanych ławek na środku. W tym wszystkim on – głodny i przemoczony, bo w drodze z filharmonii na katowicki dworzec lało jak z cebra. Dwie godziny podróży pociągiem do Rybnika to za mało, żeby wysuszyć stary, zdezelowany płaszcz.
Co teraz robić, spać? Bez sensu, i tak nie zaśnie. Na tych twardych ławkach albo stole można sobie co najwyżej pogruchotać żebra, a do tego w mokrym palcie… A tak mało brakło, żeby zdążyć na ostatni pociąg do Rydułtów. Dosłownie kilka minut. Gdyby ten cholerny koncert znów się nie przedłużył… Mógł co prawda, swoim zwyczajem, spędzić tę dworcową noc na komponowaniu albo studiowaniu nut. Miał przy sobie _IX Symfonię_ Beethovena, stary wyświechtany egzemplarz, który dostał od kolegi w zamian za rakietkę pingpongową. Teraz jednak nie miał siły nawet na to. Stać go było tylko na bezczynne leżenie na stole i wpatrywanie się w wielki żyrandol zwisający z sufitu.
W domu by powiedzieli, że na własne życzenie tak się poniewiera. Rano do pracy w szkole w Radoszowach – matematyka, historia, muzyka, przyroda i Bóg wie co jeszcze. Do tego banda uroczych, ale rozkrzyczanych bajtli pod opieką. Po południu podróż do Rybnika, do szkoły muzycznej braci Szafranków. Jedynej, która otworzyła przed nim drzwi. Bo wymyślił sobie, żeby w wieku osiemnastu lat, już po maturze, zacząć grać na fortepianie. Wcześniej próbował na gęślikach, u miejscowego muzyka amatora. Wolałby już wtedy na pianinie, ale ojciec i jego druga żona nawet nie chcieli o tym słyszeć. Instrument stojący w domu – niegdyś własność matki Henryka – był poza zasięgiem jego rąk. Dlatego gdy osiągnął pełnoletność, postanowił wszcząć bunt i pójść do szkoły. Chodził od jednej do drugiej i wszędzie pukali się w czoło. Nauka od zera? W tym wieku? Chyba zwariował. Nie ma żadnych szans… Dopiero bracia Szafrankowie uznali, że tak wielkiej pasji i determinacji nie można po prostu powiedzieć „nie” i zamknąć jej przed nosem drzwi. Wtedy zaczęła się jego droga krzyżowa, której wbrew wszystkiemu i wszystkim miał zamiar kurczowo się trzymać.
Koledzy pytali:
– Czyś ty zgupioł, Heniek? Co ty z tyj muzyki bydziesz mioł?
Ojciec, chociaż sam potrafił całkiem nieźle grać, też nie bardzo umiał pojąć, po co syn się tak męczy. Mógłby przecież, jego i starzika śladem, pójść pracować na kolei albo do kopalni. Oczywiście nie fizycznie, bo kaleka. Ale gdyby skończył kurs ekonomiczny, znalazłby być może pracę w biurze. Do papierów się nadawał, bo miał ścisły umysł i z natury był pedantem. Jeszcze mógłby iść na księdza, bo jego prawdziwa mama, ta, co umarła w dniu, w którym on skończył dwa latka, chciała kiedyś zostać zakonnicą. Wszystko było lepsze niż fortepian czy komponowanie.
Właściwie nie można było odmówić im racji. W Rydułtowach, gdzie powojenne życie kręciło się w osiemdziesięciu procentach wokół kopalni oraz dwóch cegielni, a większość mężczyzn wykonywała zawód górnika, maszynisty, elektryka albo kolejarza, pomysł zajęcia się profesjonalnie muzyką wydawał się kompletną bzdurą. Miasto podnosiło się z kolan powoli, uruchamiano kolejne przedsiębiorstwa. Działały już dwie wytwórnie wód gazowanych, młyn elektryczny i rozlewnia piwa, skład tekstylny i fabryka świec oraz cukierków, ruszyła produkcja likierów. Odbudowywano szpital, projektowano linię tramwajową. Potrzebne były ręce do prawdziwej pracy, nie do rzępolenia.
Może gdyby nie miał zatrudnienia, plątał się po szarych i brudnych ulicach bez celu… może wtedy ktoś by go zrozumiał. Ale on od razu po skończeniu jedenastolatki dostał pracę jako nauczyciel, i to w dobrej szkole, takiej z tradycjami. Jeśli już koniecznie musiał zająć się muzyką, mógł prowadzić chór z uczniami albo jakiś zespół i nie potrzebował do tego uprawnień. A on, jak mu któregoś dnia powiedział kolega, jakby go kto „miechym piznoł”, stracił się w tym graniu i przestał rozumować rozsądnie.
No więc teraz miał za swoje. Spał na dworcu, bo po lekcjach u Szafranków chciało mu się jeszcze dwie godziny tłuc koleją do Katowic, na koncert orkiestry Filharmonii Śląskiej. Prawie zawsze spóźniał się na pociąg do Rydułtów, więc nie pierwszy raz układał się do snu na stole. Następne połączenie miał o wpół do szóstej. Scenariusz był zawsze ten sam – o szóstej przekradał się do swojego pokoju na piętrze, pół godziny później wchodził ojciec, żeby go „obudzić”. Henryk wkładał świeżą koszulę, wiązał pod szyją binder i tak wyrychtowany wychodził do pracy.
Oczywiście bliscy mieli rację – na dłuższą metę takie życie nie wchodziło w grę, a rezygnacja była tylko kwestią czasu. Tej majowej nocy, kiedy leżał przemoknięty na dworcowym stole, podjął decyzję. Rano pójdzie do kierownika szkoły w Radoszowach i poinformuje, że od września już go tu nie będzie. I niech wszyscy wrzeszczą, że mo ptoka na punkcie muzyki, że stracił rozum, że będzie żałował. Było mu już wszystko jedno, co o nim powiedzą. Trząsł się z zimna, bolało go klepeto i tęsknił do swojego łóżka. I do biurka, na którym spokojnie będzie mógł ułożyć swoje prace i poświęcić się komponowaniu.
Klamka zapadła.
Bajtle – po śląsku: dzieci.
Gęśliki – małe skrzypce wyrabiane na Podhalu; Górecki używał tej nazwy, opowiadając o swoich pierwszych lekcjach muzyki (między innymi w rozmowie z dziennikarzem Polskiego Radia Grzegorzem Michalskim, przeprowadzonej w Zakopanem w listopadzie 1997 roku).
Starzik – po śląsku: dziadek.
Opieram się na pracy Aleksandry Matuszczyk-Kotulskiej, _Rydułtowy. Zarys dziejów_, Rydułtowy 1997. Autorka wspomina o projekcie budowy linii tramwajowej pomiędzy Rydułtowami a Rybnikiem, ostatecznie nie przyjętym do realizacji.
Szkoła w Radoszowach powstała w 1874 roku, obecnie funkcjonuje jako Szkoła Podstawowa numer 3 imienia Arki Bożka w Rydułtowach.
Miechym piźnięty, stuknięty, piźniony – po śląsku: człowiek oszołomiony, ogarnięty obsesją, wariat.
Stracić się – po śląsku: zgubić się, zabłądzić.
Binder – po śląsku: krawat.
Mieć ptoka – po śląsku: mieć świra na jakimś punkcie, być niegroźnym wariatem.
Tak Henryk Mikołaj Górecki nazywał swoją chorą nogę.