Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Górnicy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 kwietnia 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Górnicy - ebook

„Górnicy” to fikcja literacka inspirowana rzeczywistymi wydarzeniami. Farmy kryptowalutowe rzeczywiście istnieją. Przestępstwa — kradzież energii, oszustwa, handel ludźmi, morderstwa — rzeczywiście się zdarzają, w Polsce i na świecie. Postacie są fikcyjne, ale technologia prawdziwa — Bitcoin, blockchain, kryptowaluty — mogą stać się narzędziem zła w rękach ludzi bez sumienia. Książka została utworzona z pomocą AL Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+)

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-058-8
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Książka, którą trzymacie w rękach, to nie jest zwykły kryminał. To reportaż z frontu nowej wojny — wojny, która toczy się nie na polach bitew, ale w serwerowniach, na giełdach kryptowalut, w mrocznych zakamarkach internetu i w sercach ludzi gotowych poświęcić wszystko — włącznie z cudzym życiem — dla pieniędzy.

Gdy w 2009 roku nieznany programista pod pseudonimem Satoshi Nakamoto stworzył Bitcoin, obiecywał rewolucję. Miała to być waluta wolności — zdecentralizowana, niezależna od rządów i banków, dostępna dla każdego. Technologia blockchain miała demokratyzować finanse, dając władzę z powrotem w ręce zwykłych ludzi.

I w pewnym sensie tak się stało. Bitcoin dał możliwości milionom. Ale dał je też tym, którzy wykorzystali nową technologię do starych, okrutnych celów — chciwości, wyzysku, przemocy.

„Górnicy” to opowieść o tej ciemnej stronie rewolucji cyfrowej. To historia ludzi, którzy zobaczyli w kryptowalutach nie narzędzie wolności, ale narzędzie władzy. Ludzi, którzy zbudowali imperia oparte na kradzieży, oszustwie i morderstwie. I ludzi, którzy próbowali ich powstrzymać — często za cenę własnego życia, zdrowia i szczęścia.

Ta książka powstała na podstawie rzeczywistych wydarzeń. Przez ostatnie piętnaście lat, w Polsce i na całym świecie, farmy kryptowalutowe były miejscami niezliczonych przestępstw — od drobnych kradzieży energii elektrycznej, przez masowe oszustwa podatkowe, po handel ludźmi i morderstwa. Tysiące ludzi — głównie z Ukrainy, Białorusi, Mołdawii — zostały zwabione obietnicą dobrze płatnej pracy, by znaleźć się w warunkach niewolnictwa. Setki zginęły — w pożarach, wypadkach, a czasem zostały zamordowane, gdy stały się „problemem”.

Organy ścigania na całym świecie walczyły z tym zjawiskiem. Czasem wygrywały. Częściej przegrywały, bo przestępcy byli o krok przed prawem, wykorzystując anonimowość kryptowalut, luki prawne i korupcję w systemie.

Postacie w tej książce są fikcyjne, ale ich cechy, motywacje i działania są uniwersalne. Karol Grdyka — bezwzględny przedsiębiorca, dla którego zysk jest ważniejszy od ludzkiego życia — to typ, który pojawia się w każdej epoce, w każdym kraju. Czy to baron narkotykowy, czy magnat technologiczny, mechanizm jest ten sam: wykorzystaj słabszych, zbuduj imperium, kup ochronę od systemu.

Renata Wrzeciąg — inteligentna, manipulacyjna, pozbawiona empatii — reprezentuje typ psychopaty funkcjonującego w społeczeństwie. Ludzi takich spotykamy codziennie — w korporacjach, w polityce, czasem w własnych rodzinach. Nie wszyscy mordują fizycznie, ale wszyscy niszczą emocjonalnie, wykorzystując i porzucając.

Michał Wrzeciąg — słaby, uległy, gotowy zrobić wszystko dla akceptacji silniejszych — to obraz większości z nas w sytuacjach ekstremalnych. Ile razy powiemy „nie”, gdy szef każe nam zrobić coś nieetycznego? Ile razy przeciwstawimy się złu, gdy oznacza to utratę pracy, pieniędzy, bezpieczeństwa?

Biskup Gaweł Trzepacz uosabia korupcję instytucji, które miały nas chronić — Kościoła, rządu, wymiaru sprawiedliwości. Pokazuje, jak łatwo ideały giną, gdy pojawiają się pieniądze. „Dla większego dobra” — ile zbrodni popełniono pod tym sztandarem?

A inspektor Kryspin Kiszka? On reprezentuje tych nielicznych, którzy się nie poddają. Którzy wierzą, że prawda i sprawiedliwość znaczą coś więcej niż wygoda i pieniądze. Którzy płacą osobistą cenę — rozpadłe małżeństwa, zniszczone zdrowie, samotność — ale walczą dalej. Bo ktoś musi.

Ta książka to także opowieść o ofiarach. O Oksanie, Irynie, Katerynie i wszystkich innych kobietach, których nazwisk często nie znamy. Przyjechały do Polski z nadzieją — na lepsze życie, na edukację dla dzieci, na leczenie dla rodziców. I zostały zdradzane, wykorzystane, zamordowane. Ich ciała wyrzucano do szybów jak śmieci. Ale ich historie zasługują na pamięć.

Dlaczego warto przeczytać tę książkę? Bo pokazuje mechanizmy, które działają dziś, w Polsce i na świecie. Pokazuje, jak nowe technologie — które miały nas wyzwolić — mogą nas zniewolić, gdy wpadną w niewłaściwe ręce. Pokazuje, że za każdym bitcoinem, za każdą transakcją blockchain, może kryć się ciemna historia — kradzież, oszustwo, przemoc.

Ale pokazuje też, że walka ma sens. Że czasem — nie zawsze, ale czasem — dobro wygrywa. Że istnieją ludzie, którzy nie sprzedadzą się za żadne pieniądze. I że prawda, choć często spóźniona, w końcu wychodzi na jaw.

„Górnicy” to książka potrzebna. W czasach, gdy kryptowaluty stają się mainstreamem, gdy rządy wprowadzają cyfrowe waluty, gdy blockchain ma rewolucjonizować wszystko — od finansów po służbę zdrowia — musimy pamiętać o ciemnej stronie. Musimy pamiętać o ludziach, którzy zginęli, budując tę rewolucję. I musimy walczyć, by ich śmierć nie poszła na marne.

To nie jest lekka lektura. To nie jest książka, którą przeczytacie na plaży, dla rozrywki. To jest przejażdżka przez piekło ludzkiej chciwości, przez najgorsze instynkty naszego gatunku. Ale to też jest opowieść o nadziei — że możemy być lepsi, że możemy walczyć, że możemy wygrać.

Zapraszam was w tę podróż. Ostrzegam — będzie ciężka. Ale obiecuję — będzie warta.

Bo prawda zawsze jest warta poznania.

Nawet gdy boli.

AUTOR

Warszawa, 2025ROZDZIAŁ 1

PRĄD ZE ZŁOTEJ ŻYŁY

KONIN, 15 MARCA 2005 ROKU. TEMPERATURA MINUS TRZY STOPNIE CELSJUSZA.

Inspektor Kryspin Kiszka zgasił silnik służbowej Škody Octavii i przez chwilę siedział nieruchomo, obserwując betonowy moloch po dawnym PGR-ze. Budynek wyglądał jak martwy — wybitę szyby, odrapane tynki, resztki czerwonej cegły wystawały jak otwarte rany. Idealnie pasował do krajobrazowego smutku Wielkopolski przemysłowej, gdzie po transformacji ustrojowej większość zakładów rozpadała się w malowniczych ruinach. Tylko że ten budynek żył. Kiszka to wyczuwał — dwadzieścia lat w policji nauczyło go rozpoznawać fałsz.

Z tylnego siedzenia samochodu wysiadł młody technik z zakładu energetycznego, Paweł Szczerba, niosąc w ręku miernik uniwersalny Fluke i laptop Dell z nalepką „Własność ENEA”. Chłopak miał może dwadzieścia pięć lat, świeżo po politechnice, i tak naprawdę nie miał pojęcia, w co się pakuje.

„Panie inspektorze, pan myśli, że to poważna sprawa?” zapytał Szczerba, otulając się ciaśniej obszarpaną kurtką firmową.

„Zobaczysz za chwilę” odpowiedział Kiszka, zapalając papierosa. „W zeszłym miesiącu wasza spółka zgłosiła anomalie w sektorze B-7. Spadki napięcia, przeciążenia linii wysokiego napięcia. A w tym budynku według dokumentów urzędu miasta nie ma żadnej zarejestrowanej działalności gospodarczej od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku.”

„To może ktoś po prostu mieszka nielegalnie? Bezdomni?”

Kiszka zaciągnął się głęboko i wypuścił dym przez nos. „Bezdomni nie pobierają trzydziestu megawatów miesięcznie, kolego.”

Liczba wyraźnie zrobiła wrażenie na Szczerbie. Nawet niewprawione oko potrafiło przeliczyć to na setki tysięcy złotych rocznie — energii pobieranej nielegalnie, omijając jakiekolwiek liczniki, jakiekolwiek rachunki.

Ruszyli w stronę budynku. Śnieg sprzed tygodnia zalegał jeszcze w kałużach przy wejściu, pokryty czarną breją miejskiego brudu. Kiszka zauważył świeże ślady opon — jakiś cięższy samochód, może dostawczak, parkował tu niedawno. Główne drzwi były zabite deskami, ale boczne wejście, prowadzące do starego magazynu pasz, było uchylone.

„Zostań za mną” polecił Kiszka, instynktownie sprawdzając, czy ma przy sobie pałkę teleskopową.

W środku było znacznie cieplej niż na zewnątrz. To pierwszy sygnał ostrzegawczy. Budynki opuszczone od dziesięciu lat nie generują ciepła. Kiszka włączył latarkę. Korytarz prowadził w głąb budynku, ściany pokryte były graffiti sprzed lat, ale podłoga była czysta — ktoś tu regularnie sprzątał. Z głębi dobiegał dziwny, jednostajny szum, jak brzęczenie gigantycznego ula.

„Słyszysz to?” szepnął Szczerba.

„Idź sprawdź transformator w piwnicy” rozkazał Kiszka. „Znajdź punkt podłączenia. Ja sprawdzę, co tu się dzieje.”

Technik skinął głową i skręcił w lewo, gdzie schody prowadziły w dół. Kiszka ruszył prosto, w stronę narastającego hałasu. Minął dwie sale — puste, wypalone meble biurowe zalegały w kącie. Trzecie pomieszczenie miało zamknięte drzwi — metalowe, nowe, zupełnie nie pasujące do reszty budynku. Przy framudze widniał nowoczesny zamek szyfrowy.

Inspektor przystanął. Złożył rękę w pięść i zapukał głośno.

„Policja! Otwierać!”

Szum ucichł niemal natychmiast. Po chwili Kiszka usłyszał kroki — ciężkie, męskie. Zamek kliknął i drzwi uchyliły się na dziesięć centymetrów. W szczelinie ukazała się twarz mężczyzny po czterdziestce — ogorzała, poorana zmarszczkami, z gęstą czarną brodą i podejrzliwymi oczami.

„Czego?” warknął mężczyzna.

„Inspektor Kryspin Kiszka, Komenda Powiatowa Policji w Koninie. Proszę otworzyć drzwi i okazać dokumenty. Prowadzę kontrolę w związku z nielegalnym poborem energii elektrycznej.”

Mężczyzna przez moment mierzył go wzrokiem, jakby kalkulował opcje. Potem westchnął, cofnął się i otworzył drzwi szerzej.

To, co Kiszka zobaczył, na zawsze zmieniło bieg jego kariery.

Hala była ogromna — pewnie cztery sta metrów kwadratowych, wysoka na jakieś pięć metrów. Pod sufitem ciągnęły się prowizoryczne instalacje wentylacyjne, rury z pcv wyglądały jak mechaniczne jelita. A na całej powierzchni, ustawione w idealnych rzędach na metalowych regałach, stały komputery. Setki komputerów. To nie były normalne pecety biurowe — każda jednostka składała się z otwartej obudowy, w której płonęły niebieskie i czerwone diody. Kolorowe kable oplątały wnętrza jak pnącza technologicznej dżungli. Wentylatory obracały się z oszałamiającą prędkością, generując ten pulsujący szum, który słyszał wcześniej.

„Jezus Maria” wymamrotał Kiszka.

„To legalna działalność” powiedział mężczyzna, ale w jego głosie zabrzmiała niepewność.

„Legalna? Nie ma pan zarejestrowanej działalności gospodarczej w tym budynku. Nie ma pan pozwolenia użytkowania. Z tego co widzę, nie ma pan też jakiegokolwiek licznika energii.”

Inspektor podszedł bliżej do najbliższego regału. Na monitorze wyświetlały się niezrozumiałe ciągi cyfr i liter, migające w regularnych odstępach. W górnej części ekranu widniał napis: „MiningPool — SHA-256 — Hashrate: 1.34 TH/s”.

„Co to w ogóle jest?” zapytał Kiszka.

Mężczyzna spojrzał na niego z mieszaniną pogardy i rezygnacji. „Kopalnia bitcoina. Wydobywamy kryptowaluty.”

„Krypto… co?”

„Cyfrowe pieniądze. Bitcoin. Słyszał pan o Internecie, panie inspektorze?”

Kiszka zignorował sarkazm. W dwa tysiące piątym roku Bitcoin był jeszcze dzieckiem — większość społeczeństwa nie słyszała o kryptowalutach, blockchain był pojęciem znanym garstce informatyków i libertarian z forów internetowych. Ale Kiszka miał dobre rozeznanie — jeśli ktoś budował taką infrastrukturę w opuszczonym budynku, nielegalnie podłączając się do sieci energetycznej, to nie było to hobby.

„Jak się pan nazywa?”

„Wrzeciąg. Michał Wrzeciąg.”

„Proszę okazać dowód osobisty.”

Wrzeciąg sięgnął do kieszeni i wyjął zniszczony portfel. Jego dowód potwierdzał tożsamość — urodzony w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym szóstym roku w Bełchatowie. W rubryce zawód widniał wpis: górnik.

„Górnik?” Kiszka uniósł brew.

„Byłem. W Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów, odkrywka pole Szczerców. Dwadzieścia lat pod ziemią, a potem, jak zaczęli redukować załogę, wyrzucili mnie na bruk. Odprawa śmieszna, emerytura jeszcze daleko. Musiałem coś wymyślić.”

„I wymyślił pan kradzież energii na masową skalę?”

Wrzeciąg zacisnął szczękę. „To nie kradzież. To konieczność. System zostawił nas bez niczego. Całe życie dałem tej kopalni, zniszczone płuca, zdrowie do dupy, a oni dali mi wypowiedzenie i kopę w tyłek. Więc znalazłem nową kopalnię. Cyfrową.”

W tym momencie do środka wpadł zdyszany Szczerba. „Panie inspektorze! Oni… oni się podłączyli bezpośrednio do linii dwudziestu kilowoltów! To jest absolutnie nielegalne i śmiertelnie niebezpieczne! Transformator poniżej budynku jest nielegalny, zamontowany prawdopodobnie w zeszłym roku, nie ma żadnych zabezpieczeń! To cud, że cały budynek jeszcze nie wybuchł!”

Kiszka odwrócił się do Wrzeciąga. „Ma pan świadomość, że grozi panu do pięciu lat więzienia za sabotaż energetyczny i nielegalne podłączenie do sieci?”

„Mam.” Wrzeciąg skrzyżował ręce na piersi. „Ale my tu nie jesteśmy sami. To nie jest moja operacja. Ja tylko… zarządzam halą.”

„To czyja?”

Cisza. Wrzeciąg spojrzał na drzwi w głębi hali — te same metalowe, te same nowoczesne. Kiszka instynktownie poczuł, że to klucz do sprawy.

„Co jest za tymi drzwiami?”

„Magazyn sprzętu. Części zamienne.”

„Otworzyć.”

„Nie mam kluczy. To sektor zamknięty.”

Kiszka podszedł do drzwi i spróbował klamki. Zamknięte. Przyłożył ucho do metalu — z drugiej strony dobiegał inny odgłos, niższy, jak warkot generatora diesel.

„Ostatni raz pytam: kto za tym stoi? Kto finansuje tę operację?”

Wrzeciąg odchrząknął, jakby chciał coś powiedzieć, ale wtedy zabrzęczał jego telefon komórkowy — stara Nokia 3310. Spojrzał na wyświetlacz i zbladł.

„Muszę odebrać.”

„Nie ma mowy. To przesłuchanie.”

„To ważne.”

„Powiedziałem nie.”

Wrzeciąg jednak odebrał. „Słucham?” Jego twarz stężała. „Tak, są tutaj. Policja i gość z energetyki.” Słuchał przez chwilę. „Rozumiem. Tak jest.” Rozłączył się i spojrzał na Kiszkę z czymś na kształt ulgi. „Przyjdzie pan Grdyka. Za dwadzieścia minut. On wszystko panu wyjaśni.”

„Kto to jest Grdyka?”

„Dyrektor. Dyrektor Dyrekcji Polskich Kopalni.”

Nazwa brzmiała oficjalnie, może nawet państwowo. Kiszka znał większość firm energetycznych i górniczych w regionie — nigdy nie słyszał o takiej instytucji.

„Nigdy o nich nie słyszałem.”

„Bo to nowa firma. Założona w dwa tysiące trzecim. Zajmujemy się… alternatywnymi metodami wydobycia.”

„Wydobycia czego?”

„Wartości.” Wrzeciąg uśmiechnął się po raz pierwszy, ale to nie był miły uśmiech. „Cyfrowej wartości.”

Kiszka rozejrzał się ponownie po hali. Teraz, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do migoczących świateł, dostrzegł więcej szczegółów. W rogu pomieszczenia stały pudła po kartach graficznych — widniały na nich loga NVIDIA i ATI. Obok leżały puste opakowania po zasilaczach — każdy po osiemset watów. Szybkie mnożenie: jeśli każda jednostka pobiera jakieś czterysta watów, a jest ich… policzył rzędy… jakieś dwieście pięćdziesiąt, to daje sto kilowatów ciągłego poboru mocy. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przez trzydzieści dni w miesiącu.

„Ile pan zarabia miesięcznie na tym?” zapytał wprost.

Wrzeciąg wzruszył ramionami. „Ja? Ja dostaję tysiąc pięćset złotych za nadzór. Reszta idzie do góry.”

„Do Grdyki?”

„I innych.”

„Jakich innych?”

Zanim Wrzeciąg zdążył odpowiedzieć, rozległ się dźwięk silnika na zewnątrz. Potężny, chromatyczny ryk diesel, który nie pasował do okolicznej nędzy. Kiszka podszedł do okna — przez brudną szybę zobaczył czarnego mercedesa klasy S, świeżo umytego, lśniącego w bladym marcowym słońcu. Z auta wysiadł mężczyzna w długim wełnianym płaszczu, może pięćdziesięcioletni, z przyczesanymi siwymi włosami i oprawkami okularów za pewnie półtora tysiąca złotych. Wyglądał jak dyrektor banku, nie jak właściciel nielegalnej kopalni kryptowalut.

„Pan Grdyka” szepnął Wrzeciąg z mieszaniną strachu i podziwu.

Karol Grdyka wszedł do hali jak do własnego gabinetu — pewny siebie, wyprostowany, z ledwie zauważalnym uśmiechem. Jego buty — włoskie, pewnie Prada — stuknęły o betonową podłogę. Wyciągnął rękę do Kiszki.

„Inspektor Kiszka, jak rozumiem? Karol Grdyka, prezes Dyrekcji Polskich Kopalni. Bardzo mi miło.”

Kiszka ścisnął dłoń — mocny, profesjonalny uścisk. „Nie bardzo rozumiem, panie Grdyka, czym się pan zajmuje, ale to, co widzę tutaj, to ewidentne łamanie prawa. Nielegalne podłączenie do sieci energetycznej, brak rejestracji działalności, prawdopodobnie uchylanie się od podatków…”

„Inspektor, inspektor.” Grdyka podniósł uspokajającą dłoń. „Rozumiem pana zaniepokojenie. Ale zapewniam, że wszystko, co tutaj pan widzi, jest legalne. Może nie do końca… formalnie uregulowane, to prawda. Jesteśmy w trakcie składania dokumentów rejestracyjnych. Wie pan, jak to jest w polskiej administracji — wszystko trwa. Biurokracja.”

„Kradzież energii wartości kilkuset tysięcy złotych rocznie to nie biurokracja, to przestępstwo.”

„Kradzież?” Grdyka uśmiechnął się szeroko. „Ależ panie inspektorze, my nie kradniemy. My… wypożyczamy. Tymczasowo. Jeszcze w tym miesiącu podpiszemy umowę z ENEA na dostawę energii przemysłowej. Wszystko zgodnie z prawem. Prawda, Paweł?”

Grdyka spojrzał na młodego technika, który aż się skulił pod tym wzrokiem.

„Ja… ja nie jestem upoważniony do…” zaczął Szczerba.

„Oczywiście, że nie jesteś. Ale twój szef, pan Witold Kowal, jest. I już rozmawialiśmy. Wszystko jest w trakcie finalizacji.”

Kiszka poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Znał Witolda Kowala — kierownika działu dystrybucji w ENEA region Konin. Jeśli Grdyka naprawdę miał z nim kontakty, sprawa robiła się polityczna.

„Nawet jeśli tak, to obecna działalność jest nielegalna. Będę musiał sporządzić protokół.”

„Oczywiście, proszę bardzo. Sporządź pan protokół. My wszystko wyjaśnimy w odpowiednich instancjach.” Grdyka sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął wizytówkę. „To mój numer bezpośredni. Gdyby miał pan jakiekolwiek pytania, proszę dzwonić. Zawsze chętnie współpracuję z organami ścigania. Jesteśmy przecież po tej samej stronie — porządku i prawa.”

Sposób, w jaki Grdyka to powiedział, sprawił, że Kiszkę przeszły ciarki. Nie było w tym słowach ani grama szczerości — tylko chłodna kalkulacja.

„Mam jeszcze jedno pytanie” powiedział inspektor. „Co jest za tamtymi drzwiami?”

Grdyka nawet nie spojrzał we wskazanym kierunku. „Magazyn sprzętu. Części zamienne, zapasy kart graficznych, materiały eksploatacyjne. Nic interesującego.”

„Chciałbym zobaczyć.”

„Obawiam się, że to niemożliwe. To pomieszczenie jest objęte tajemnicą handlową. Bez nakazu sądowego nie mogę panu udostępnić dostępu.”

„Tajemnica handlowa? W nielegalnej kopalni?”

„W legalnym przedsiębiorstwie technologicznym, które tymczasowo zmaga się z niedociągnięciami formalnymi” poprawił Grdyka, a w jego głosie pojawiła się stal. „Inspektor Kiszka, pan robi swoją robotę, ja to szanuję. Ale proszę nie utrudniać mi prowadzenia mojej. To jest przyszłość — kryptowaluty, blockchain, zdecentralizowane finansowanie. Polska może być w tym liderem albo może przespać rewolucję, jak przespała tyle innych. Ja oferuję miejsca pracy, rozwój technologiczny, zyski, które zostaną w kraju. Pan oferuje protokoły i zamykanie firm.”

„Oferuję praworządność.”

„Prawo jest narzędziem, nie celem” odparł Grdyka. „A narzędzia trzeba umieć używać z głową.”

To była groźba. Delikatna, opakowana w elokwencję, ale groźba. Kiszka miał dosyć doświadczenia, by to rozpoznać.

„Sporządzę protokół” powtórzył. „I złożę zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.”

„Proszę bardzo. Moi prawnicy się tym zajmą.”

Grdyka skinął głową Wrzeciągowi i ruszył w stronę wyjścia. Przy drzwiach zatrzymał się i odwrócił.

„Aha, inspektor. Wie pan, kto jest patronem naszej działalności?”

„Słucham?”

„Biskup Gaweł Trzepacz. Kuźnia Gniewkowska. Bardzo szanowany duchowny, przyjaciel obecnego wojewody. To on błogosławił naszą pierwszą halę w Bełchatowie. Powiedział wtedy coś pięknego, z Księgi Przysłów: „Leniwy pragnie, a nic nie ma, ale dusza pracowitych będzie nasycona”. Proverbia, trzynaście, cztery. My tu jesteśmy pracowici, panie inspektorze. Bardzo pracowici.”

I wyszedł.

Kiszka stał przez moment w milczeniu. Szczerba wyglądał, jakby miał się rozpłakać.

„Co teraz?” zapytał technik.

„Teraz sporządzamy protokół. Fotografujemy wszystko. I sprawdzamy te drzwi.”

„Ale pan Grdyka powiedział…”

„Gówno mnie obchodzi, co powiedział Grdyka.”

Kiszka podszedł do zamkniętych drzwi w głębi hali. Przyłożył do nich rękę — metal był ciepły, wręcz gorący. Z drugiej strony wyraźnie dobiegał odgłos maszyn.

„Wrzeciąg, ostatni raz: co tam jest?”

Były górnik siedział na krześle przy jednym z komputerów, palił papierosa i wyglądał na zrezygnowanego. „Ja panu nie powiem. Nie jestem samobójcą.”

„To ja powiem” odezwał się nagle kobiecy głos.

Kiszka odwrócił się błyskawicznie. W drzwiach wejściowych stała kobieta — może trzydziestoletnia, ubrana w obcisłe jeansy i skórzaną kurtkę, długie czarne włosy rozpuszczone na ramionach. Była atrakcyjna w taki sposób, który krzyczał „problem”. Uśmiechała się prowokacyjnie.

„Renata Wrzeciąg” przedstawiła się. „Żona Michała. A za tymi drzwiami, panie inspektorze, jest to, czego naprawdę nie powinien pan zobaczyć.”

„Renata, kurwa, zamknij się!” ryknął Wrzeciąg, zrywając się z krzesła.

„Albo co? Znowu mnie uderzysz? Przy policji?” Kobieta zaśmiała się. Podeszła do Kiszki, stanęła nieprzyzwoicie blisko. „Wie pan, co tam jest? Serwery. Ale nie do kopania kryptowalut. Do prania pieniędzy. Grdyka prowadzi giełdę — wymienia brudną gotówkę na bitcoiny dla… dajmy na to, różnych przedsiębiorczych ludzi. Narkotyki, prostytucja, przemyt. Wszystko ląduje w blockchain. Czyste, nieśledzone.”

„Renata, zamknij mordę!” Wrzeciąg ruszył w jej stronę, ale Kiszka zastąpił mu drogę.

„Pańska żona składa zeznanie. Niech pan nie przeszkadza.”

Renata położyła dłoń na ramieniu inspektora — zbyt poufale, zbyt długo. „Mogę panu pokazać więcej, inspektorze. Dużo więcej. Ale pod warunkiem.”

„Jakim?”

„Że mnie pan ochroni. Grdyka to potwór. Ma ludzi wszędzie — w urzędach, w prokuraturze, w kościele. Ja chcę wyjść z tego gówna. A pan wygląda mi na uczciwego człowieka.”

Kiszka odsunął jej rękę. „Jeśli ma pani informacje, proszę złożyć zeznania na komisariacie.”

„Na komisariacie będę martwa przed świtem.” Renata pochyliła się i szepnęła mu do ucha: „W tym budynku zniknęły trzy kobiety w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy. Pracownice z Ukrainy. Nikt ich nie szuka, bo oficjalnie ich tu nie było. Nie było umów, nie było dokumentów. Ale ja je znałam. I wiem, gdzie są.”

Kiszka poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. „Gdzie?”

„W starym szybie. Koło Bełchatowa. Tam, gdzie Grdyka ma główną halę. W szybie nieczynnej kopalni.”

„Skąd pani wie?”

„Bo widziałam, jak jedną z nich zabierali. Myśleli, że śpię w samochodzie. Ale nie spałam. Widziałam.”

„Kto zabierał?”

Renata spojrzała na męża. „On. I inni. Z rozkazu Grdyki.”

Wrzeciąg zrobił się biały jak ściana. „Ona kłamie! To chora suka, mydli ludziom oczy, żeby…”

„Żebym co, Michaś? Żebym cię nie wsypała? Za późno.”

Kiszka wyciągnął kajdanki. „Michał Wrzeciąg, zatrzymuję pana pod zarzutem nielegalnego poboru energii. Ma pan prawo do…”

„Nie, nie, nie!” Wrzeciąg cofnął się. „To nie tak! Ja tylko wykonywałem rozkazy! To Grdyka! On wszystkim kieruje! Ja tylko…”

„Będzie pan miał okazję to wyjaśnić.”

W tym momencie rozległ się huk. Metalowe drzwi w głębi hali otworzyły się z impetem i wyszło z nich dwóch mężczyzn w czarnych kombinezonach — ochrona, prawdopodobnie nielegalnie uzbrojona. Kiszka instynktownie sięgnął do pałki.

„Wszyscy zostają na miejscu!” krzyknął.

Jeden z ochroniarzy — łysy, z blizną przez pół twarzy — uśmiechnął się. „Inspektor Kiszka, prawda? Pan Grdyka kazał przekazać, że zaproszenie do zwiedzania pomieszczenia wycofane. I że bardzo dziękuje za wizytę. Możecie państwo już iść.”

„To ja decyduję, kiedy mogę iść.”

„Nie, to my decydujemy.”

Łysy otworzył marynarkę na tyle, by Kiszka zobaczył pistolet w kabura — prawdopodobnie Glock dziewiętnastka. Nielegalna broń, ciężkie przestępstwo. Ale też wyraźna deklaracja siły.

Kiszka szybko ocenił sytuację. Był sam, z młodym technikiem, który wyglądał, jakby miał zasłabnąć. Dwóch ochroniarzy, prawdopodobnie uzbrojonych. Wrzeciąg nieprzewidywalny. Renata — niewiadoma. Jeśli to eskaluje, ktoś może zginąć.

„Dobrze” powiedział wolno. „Wychodzę. Ale wrócę. Z nakazem. I z oddziałem prewencji.”

„Proszę bardzo. Czekamy.”

Kiszka złapał Szczerbę za ramię i wyprowadził go z hali. Renata ruszyła za nimi.

„Zabierze mnie pan?” zapytała.

„Nie.”

„Ale ja chcę zeznawać!”

„Przyjdzie pani jutro na komisariat. O dziesiątej. I przyniesie dowody.”

„On mnie zabije!”

„To nie mój problem. Jeszcze.”

Wsiadł do samochodu i odjechał, patrząc we wsteczne lusterko. Renata stała na środku drogi, patrząc za nim. Wrzeciąg szarpał się z ochroniarzami. Cały budynek pulsował niebieskim światłem migoczących serwerów.

„Panie inspektorze” odezwał się Szczerba drżącym głosem. „Co to było?”

„To, kolego, była góra lodowa” odparł Kiszka, zapalając kolejnego papierosa. „I my właśnie zobaczyliśmy tylko jej czubek.”

Nie wiedział jeszcze wtedy, jak bardzo się mylił. To, co zobaczył w tej hali, było zaledwie przedsionkiem piekła. Prawdziwa kopalnia — kopalnia zwłok, zbrodni i zepsucia — czekała gdzieś w głębi. W starym szybie. Pod ziemią, gdzie słońce nigdy nie sięga, a krzyk nie dociera na powierzchnię.

Wrócił na komisariat o osiemnastej. Sporządził protokół, złożył zawiadomienie do prokuratury. I zadzwonił do kolegi z wydziału kryminalnego w Łodzi.

„Marian, sprawdź mi coś. Karol Grdyka, Dyrekcja Polskich Kopalni. Potrzebuję wszystkiego — KRS, konta bankowe, powiązania, skazania. Wszystko.”

„To pilne?”

„Bardzo.”

Odpowiedź przyszła po trzech godzinach. Krótka, treściwa i przerażająca:

„Kryśko, uważaj. Ten facet ma plecy aż do Warszawy. I ciała w szafie. Dużo ciał.”

Kiszka odłożył słuchawkę i wyjrzał przez okno. Konin rozświetlał się nocnymi lampami. Gdzieś tam, w opuszczonych budynkach, w starych kopalniach, w ciemnych halach, trwało wydobycie. Nie węgla. Nie złota.

Zła.

I on właśnie wszedł w sam środek tego wnętrza.ROZDZIAŁ 2

KSIĘGOWOŚĆ W BITCOINACH

BEŁCHATÓW, 12 KWIETNIA 2007 ROKU. TEMPERATURA DWADZIEŚCIA JEDEN STOPNI CELSJUSZA.

Joanna Malik miała trzydzieści dwa lata, tytuł magistra ekonomii ze specjalizacją w rachunkowości kryminalnej i absolutnie żadnych złudzeń co do natury ludzkiej. Dziesięć lat w Urzędzie Skarbowym w Bełchatowie nauczyło ją, że każdy kłamie w zeznaniach podatkowych — różnica jest tylko w skali. Małe kłamstwa — zaniżone przychody o kilkaset złotych, fikcyjne faktury za paliwo — były codziennością. Ale to, na co patrzyła teraz na ekranie swojego komputera Dell, przekraczało wszelkie dotychczasowe doświadczenia.

Siedemnaście osób fizycznych. Wszyscy byli górnicy Kopalni Węgla Brunatnego Bełchatów, zwolnieni w latach dwa tysiące trzeci do dwa tysiące pięć. Wszyscy mieszkający w promieniu dwudziestu kilometrów od miasta. I wszyscy — absolutnie wszyscy — deklarujący zerowe dochody przez ostatnie dwa lata.

Zero złotych przychodu.

A jednocześnie — i tu zaczynało się prawdziwe szaleństwo — każdy z nich w ciągu ostatnich osiemnastu miesięcy kupił samochód. Nie jakiś stary grat, ale nowiutkie BMW, Audi, mercedesy. Gotówką. Bez kredytów, bez leasingów. Joanna sprawdziła rejestr CEPiK — łączna wartość zakupionych pojazdów przekraczała dwa miliony złotych.

Ludzie bez dochodów kupują mercedesy za gotówkę. Matematyka się nie zgadzała. A Joanna Malik była kobietą, dla której matematyka była religią.

Zapukała do drzwi gabinetu swojego szefa, Tadeusza Wolskiego, naczelnika Urzędu Skarbowego w Bełchatowie. Wolski miał pięćdziesiąt osiem lat, pięć lat do emerytury i dokładnie zero zapału do komplikowania sobie życia.

„Joasiu, co tam?” mruknął, nie odrywając wzroku od krzyżówki w „Przeglądzie Sportowym”.

„Mamy problem, panie naczelniku. Grupa siedemnastu osób z podejrzeniem zorganizowanego oszustwa podatkowego. Deklarują zero dochodów, a żyją jak arabscy szejkowie.”

Wolski westchnął i odłożył gazetę. „Joasiu, kochana. Ty jesteś młoda, ambitna, masz wizję. Ja szanuję to. Ale tych ludzi…” spojrzał na wydruk, który położyła przed nim, „…ja znam. To byli górnicy. Kopalni Bełchatów. Ciężko pracujący ludzie.”

„Którzy teraz nie pracują wcale. I mają fortuny.”

„Może mają oszczędności? Odprawy?”

„Odprawy dawno wydane. Sprawdzałam. A ich konta bankowe wyglądają jak szwajcarskie numery — miliony obrotów, ale wszystko gotówką. Wpłaty, wypłaty, żadnych przelewów, żadnych śladów.”

Wolski potarł czoło. „I co ty chcesz zrobić?”

„Kontrolę kompleksową. Wszystkich siedemnastu. Jednocześnie. Przesłuchania, konfrontacja z dokumentami, dostęp do kont bankowych. Standardowa procedura przy podejrzeniu prania pieniędzy.”

„Prania pieniędzy?” Wolski aż się wzdrygnął. „Joasiu, to są poważne oskarżenia. Do tego potrzebujemy zgody prokuratury, współpracy z policją…”

„Mam kontakt z inspektorem Kiszką z Konina. On prowadzi śledztwo związane z nielegalnymi farmami kryptowalutowymi. Te same osoby pojawiają się w jego dokumentach.”

To było kłamstwo — Joanna nigdy nie rozmawiała z Kiszką. Ale słyszała o nim. W środowisku urzędników krążyły plotki o inspektorze, który wdał się w wojnę z Karolem Grdyką i jego imperium. Wojnę, którą prawdopodobnie przegrywał, ale przynajmniej walczył.

„Kryptowaluty?” Wolski wyglądał, jakby usłyszał słowo w obcym języku. „Co to w ogóle jest?”

„Cyfrowe pieniądze, panie naczelniku. Bitcoin, Ethereum. Generowane przez komputery w procesie zwanym kopaniem. Mining. Stąd nazwa — górnicy. Tylko że ci kopią nie węgiel, ale kod.”

„To legalne?”

„Samo kopanie — tak. Ale handel nimi, inwestowanie, wydobycie jako działalność gospodarcza — to wszystko podlega opodatkowaniu. A oni nic nie deklarują. Oficjalnie nie istnieją w systemie podatkowym. Ale jeżdżą mercedesami.”

Wolski westchnął ciężko. „Dobra. Daj mi tydzień. Sprawdzę to z góry. Może prokuratura się zainteresuje.”

Joanna wiedziała, co oznacza „sprawdzę z góry”. Oznaczało to telefony, konsultacje, polityczne manewry. I ostatecznie — umorzenie sprawy. Ale skinęła głową i wyszła.

Postanowiła działać na własną rękę.

Tego samego wieczoru Joanna siedziała w swoim mieszkaniu na trzecim piętrze bloku przy ulicy Energetyków, przeglądając dokumenty. Rozłożyła przed sobą mapy — fizyczną mapę Bełchatowa i okolic oraz mapę powiązań. Na kartce A3 narysowała schemat: w centrum — Karol Grdyka. Wokół niego — siedemnaście nazwisk byłych górników. Linie łączyły ich z różnymi firmami — wszystkie zarejestrowane w latach dwa tysiące pięć do dwa tysiące siedem, wszystkie o nieklarownym profilu działalności.

„Dyrekcja Polskich Kopalni Sp. z o.o.” — spółka matka. Prezes: Karol Grdyka. Siedziba: Konin, ale filie w Bełchatowie, Turku, Kole. Przedmiot działalności: „przetwarzanie danych, usługi informatyczne, działalność consultingowa”. Kapitał zakładowy: pięćdziesiąt tysięcy złotych. Przychody w dwa tysiące szóstym roku: zero złotych.

Zero złotych przychodu w firmie, która kupiła w tym samym roku sprzęt komputerowy za milion dwieście tysięcy złotych.

Joanna zakreśliła to czerwonym flamastrem.

Kolejna firma: „BitKopalnia Technologie Sp. z o.o.” Prezes: Michał Wrzeciąg. Ten sam Wrzeciąg, który pojawiał się w raportach policji z Konina. Przedmiot działalności: „wydobycie surowców naturalnych”. Żaden urząd nie zakwestionował, że firma zajmująca się kopaniem bitcoinów zadeklarowała profil górniczy. To było albo genialne, albo bezczelne. Pewnie jedno i drugie.

Trzecia firma: „Blockchain Holdings S.A.” Prezes: Renata Wrzeciąg, żona Michała. Przedmiot działalności: „działalność holdingowa”. Kapitał zakładowy: sto tysięcy złotych. Akcjonariusze: cztery osoby fizyczne — wszystkie były górnice z KWB Bełchatów.

Wzorzec był czytelny. Grdyka budował imperium firm-krzaków, wszystkie powiązane, wszystkie z minimalnymi kapitałami, wszystkie deklarujące śmieszne przychody. A jednocześnie te firmy kupowały sprzęt za miliony, płaciły w gotówce, obsługiwały obroty wartości dziesiątek milionów złotych rocznie.

Gdzieś te pieniądze były. I Joanna zamierzała je znaleźć.

Następnego dnia rano, nie czekając na zgodę Wolskiego, Joanna pojechała do banku — PKO BP oddział Bełchatów. Jako urzędnik skarbowy miała prawo do wglądu w niektóre dokumenty bankowe w ramach kontroli. Potrzebowała tylko formalnej zgody kierownika oddziału.

Kierownik, Bogdan Kwiatkowski, był starym wyjadaczem — pracował w bankowości od czasów PRL-u, przetrwał transformację, prywatyzację, fuzje. Wiedział, jak grać.

„Pani Joanno” powiedział z uśmiechem, który nie sięgał oczu, „zawsze miło panią widzieć. Ale tym razem obawiam się, że nie mogę pomóc.”

„Dlaczego?”

„Bo pan Grdyka jest klientem strategicznym banku. VIP-em. I wszelkie zapytania dotyczące jego kont lub kont firm powiązanych muszą przejść przez centralę w Warszawie. Taka procedura.”

„Od kiedy?”

„Od zeszłego miesiąca. Dostaliśmy pismo okólne.”

„Mogę je zobaczyć?”

„Obawiam się, że to dokument wewnętrzny.”

Joanna nachyliła się przez biurko. „Panie Bogdanie, z całym szacunkiem, ale pan wie, że to śmierdzi. Pan wie, że Grdyka robi coś nielegalnego. I pan go przykrywa.”

Kwiatkowski stracił uśmiech. „Pani Joanno, ja mam czterdzieści lat stażu i pięć lat do emerytury. Nie zamierzam tego ryzykować dla…” urwał.

„Dla czego? Dla praworządności?”

„Dla iluzji praworządności” dokończył. „Wie pani, co mi powiedział dyrektor regionalny, gdy pytałem o to pismo? Powiedział: Grdyka ma przyjaciół na górze. Tak wysoko, że my ich nawet nie widzimy. Więc, pani Joanno, ja pani radzę — niech pani odpuści. Dla własnego dobra.”

Joanna wstała. „Dziękuję za szczerość.”

Wychodząc z banku, poczuła, jak narasta w niej wściekłość. Nie złość — wściekłość. Ta czysta, gorąca emocja, która albo paraliżuje, albo mobilizuje. Joanna należała do drugiej kategorii.

Postanowiła zrobić coś głupiego.

Wieczorem pojechała do Turku, miasteczka dwadzieścia kilometrów od Bełchatowa. Według dokumentów, które znalazła, Grdyka miał tam jedną z hal produkcyjnych — oficjalnie „centrum przetwarzania danych”. Adres: ulica Łąkowa dwanaście, stary budynek po zakładach produkujących części do maszyn rolniczych.

Budynek wyglądał opuszczony — wybite szyby, rdzewiejące bramy, zarośnięty dziedziniec. Ale Joanna zauważyła coś, co przeciętny obserwator by pominął: kable. Grube, przemysłowe kable elektryczne, ciągnące się od transformatora na słupie wprost do budynku. Nowe, świeżo położone.

Zaparkowała pół kilometra dalej i wróciła pieszo. Było już prawie dwadzieścia druga, zmierzch. Przeszła przez dziurę w ogrodzeniu. Podeszła do okna na parterze — zakratowanego, ale z szybą na tyle brudną, że można było zajrzeć do środka.

To, co zobaczyła, zapierało dech.

Hala była gigantyczna — może tysiąc metrów kwadratowych. I każdy centymetr był wypełniony sprzętem. Rzędy regałów metalowych, na nich setki, może tysiące otwartych obudów komputerowych. Migoczące niebieskie i zielone diody rozświetlały wnętrze jak choinka. Wentylatory obracały się z wściekłą prędkością, generując szum, który Joanna słyszała nawet przez szybę.

I ludzie. Było tam przynajmniej dziesięciu pracowników — w kombinezonach, w słuchawkach ochronnych, przemieszczających się między regałami. Wymieniali karty graficzne, sprawdzali połączenia, notowali coś w tabletach.

To była fabryka. Fabryka pieniędzy.

Joanna wyciągnęła telefon — stary Sony Ericsson z aparatem dwumegapikselowym — i zrobiła kilka zdjęć przez szybę. Jakość była kiepska, ale wystarczająca jako dowód.

„Co pani tu robi?”

Głos za jej plecami sprawił, że o mało nie upuściła telefonu. Odwróciła się błyskawicznie. Stał tam mężczyzna — wysoki, może po czterdziestce, w eleganckiej marynarce, z kołnierzem duchownym.

Ksiądz.

„Ja… przepraszam, zgubiłam się” wydukała Joanna.

Mężczyzna uśmiechnął się łagodnie. Zbyt łagodnie. „Nikt się tu nie gubi przypadkiem, dziecko. To prywatny teren. Ale skoro już tu pani jest, może zechce pani wejść do środka? Na herbatę?”

„Nie, dziękuję, właśnie wychodziłam…”

„Ależ nalegam.” Ksiądz złapał ją za ramię — mocno, zdecydowanie. „Jestem biskup Gaweł Trzepacz. Duszpasterz tego przedsięwzięcia. I chciałbym zamienić z panią słowo.”

Joanna poczuła, jak serce wali jej w piersi. Biskup. Grdyka miał biskupa w swojej organizacji.

„Naprawdę muszę już iść…”

„Fili, ne timeas” powiedział biskup cicho, prowadząc ją w stronę bocznego wejścia. „Córko, nie bój się. Przecież nie życzymy pani niczego złego.”

Znaleźli się w małym pomieszczeniu biurowym — prawdopodobnie dawnym zapleczu administracyjnym. Stało tu kilka krzeseł, biurko, na ścianie wisiał krucyfiks. Biskup wskazał jej krzesło.

„Proszę usiąść.”

„Wolałabym stać.”

„Jak pani sobie życzy.” Biskup usiadł za biurkiem, splatając ręce. „Wie pani, kto tu pracuje? To byli górnicy. Ludzie, których państwo zostawiło na lodzie. Dwadzieścia, trzydzieści lat ciężkiej pracy pod ziemią, a potem — wypowiedzenie i nędzna odprawa. Mieli umierać w biedzie? Pan Grdyka dał im szansę. Nowe życie. Godność.”

„Nowe życie w nielegalnym przedsiębiorstwie?”

Biskup uniósł brew. „Nielegalne? Proszę pani, wszystko tutaj jest zgodne z prawem. Może nie z literą — przyznaję — ale z duchem. „Sprawiedliwość i tylko sprawiedliwość naśladuj”, Księga Powtórzonego Prawa, szesnaście, dwadzieścia. Prawo jest tylko narzędziem. Sprawiedliwość jest celem.”

„Oszustwo podatkowe to nie sprawiedliwość.”

„A pani uważa za sprawiedliwe, że państwo zabiera połowę dochodów tych ludzi? Oni już zapłacili podatek — podatek krwi, zdrowia, płuc zniszczonych pyłem węglowym. Teraz chcą tylko godnie żyć.”

Joanna poczuła, że traci grunt pod nogami. To nie był zwykły ksiądz. To był ktoś, kto opanował sztukę manipulacji do perfekcji.

„Kim pani jest?” zapytał nagle biskup.

„Turystką.”

„Kłamstwo. Widać po pani telefonie. Robiła pani zdjęcia. Dziennikarka? Policja? Urząd skarbowy?”

Joanna milczała.

„Urząd skarbowy” stwierdził biskup. „Widzę to po pani teczce. I pewnie jest pani bardzo oddana swojej pracy. Bardzo… gorliwa. Ale wie pani, co spotyka gorliwych? „Kto kopie dół, sam w niego wpadnie”, Księga Koheleta, dziesięć, osiem.”

„To groźba?”

„To ostrzeżenie. Przyjacielskie.” Biskup wstał i podszedł do okna. „Pani Joanno Malik — tak, wiem, jak się pani nazywa, mam swoich ludzi — pani jest młoda. Ma pani całe życie przed sobą. Karierę, może rodzinę. Nie warto tego ryzykować dla… czego? Dla kilku zapisów w księgach rachunkowych?”

„Dla prawdy.”

Biskup zaśmiał się. „Prawda. Pilate quoque dixit: quid est veritas? Piłat także zapytał: czym jest prawda? I nikt mu nie odpowiedział, bo prawda jest relatywna. Dla pani prawdą są paragrafy. Dla mnie — zbawienie dusz. Dla pana Grdyki — przetrwanie. Kto ma rację?”

„Prawo.”

„Prawo się zmienia. Dzisiaj coś jest nielegalne, jutro legalne. Wie pani, że w Stanach Zjednoczonych bitcoin jest już uznawany za legalny środek płatniczy? Że wielkie firmy inwestują w niego miliardy? Polska jest tylko spóźniona. A my… my jesteśmy pionierami.”

Joanna wstała. „Skończyliśmy.”

„Skończyliśmy, gdy ja powiem, że skończyliśmy” powiedział biskup, a w jego głosie pojawiła się stal. „Proszę zostawić telefon.”

„Nie.”

„Niech pani nie komplikuje.”

Drzwi otworzyły się i wszedł ochroniarz — ten sam typ co w Koninie, łysy, z blizną. Joanna cofnęła się.

„To bezprawne zatrzymanie!”

„To ochrona własności. Pani weszła na teren prywatny bez pozwolenia. Popełniła pani przestępstwo. Ale jestem łaskawy. Odda pani telefon, wymaże zdjęcia, i pojedzie pani do domu. Jutro zapomni pani o tym, co tu widziała. A my zapomnimy o pani.”

Joanna spojrzała na ochroniarza, na biskupa, na drzwi. Nie miała wyjścia.

Wyciągnęła telefon i podała go ochroniarzowi. Ten sprawnie wykasował wszystkie zdjęcia z ostatnich dwóch godzin.

„Mądrze” powiedział biskup. „A teraz niech pani jedzie do domu. I niech się pani modli. Za swoją duszę. Bo Bóg widzi wszystko. I osądzi nas wszystkich. In novissimo die.”

Joanna wróciła do domu o północy, trzęsąc się z wściekłości i strachu. Przez godzinę siedziała w wannie z gorącą wodą, próbując uspokoić nerwy. Potem, już w piżamie, usiadła przy komputerze i zaczęła pisać. Raport. Szczegółowy, udokumentowany raport o wszystkim, co znalazła. Nazwiska, firmy, powiązania, adresy. Wszystko.

O trzeciej nad ranem skończyła. Dwadzieścia siedem stron, czcionka Times New Roman dwanaście. Wydrukowała trzy kopie. Jedną zostawiła u siebie, drugą schowała w sejfie w urzędzie, trzecią…

Trzecią postanowiła wysłać do inspektora Kiszki.

Nazajutrz, piątek trzynastego kwietnia, Joanna przyszła do pracy z postanowieniem. Zadzwoni do Kiszki, przekaże mu raport, poprosi o pomoc. Razem mogą zbudować sprawę przeciwko Grdyce. Razem mogą wygrać.

Tylko że gdy weszła do swojego gabinetu, na biurku leżała koperta. Bez znaczka, bez nadawcy. W środku było zdjęcie.

Joanna na nim — wychodząca z budynku w Turku. A obok, na marginesie, dopisane czerwonym flamastrem: „Następnym razem nie będzie ostrzeżenia.”

I coś jeszcze. Mała rzecz, niemal symboliczna. Klucze do jej samochodu. Tych samych kluczy, które miała wczoraj w torebce.

Ktoś włamał się do jej mieszkania. Wszedł, przeszukał, zabrał klucze. I odłożył je tutaj.

Wiadomość była jasna: widzimy cię. Wszędzie.

Joanna usiadła ciężko na krześle. Ręce jej drżały. Przez moment rozważała pójście na policję, zgłoszenie włamania. Ale co powie? Że biskup i gangster ją zastraszają? Kto jej uwierzy?

Do gabinetu wszedł Wolski. Wyglądał na zakłopotanego.

„Joasiu, musimy porozmawiać.”

„Tak?”

„Dostałem telefon. Z góry. Z Łodzi, z izby skarbowej. Twoja kontrola… te siedemnaście osób… sprawa jest zamknięta.”

„Co?”

„Prokurator umorzył postępowanie przygotowawcze. Brak podstaw. Ludzie mieli oszczędności, spłacone kredyty. Wszystko się zgadza.”

„To kłamstwo!”

„To oficjalne stanowisko prokuratury.” Wolski położył teczkę na biurku. „I jest jeszcze coś. Zostałaś przeniesiona.”

„Przeniesiona? Gdzie?”

„Do delegatury w Pajęcznie. Od przyszłego poniedziałku.”

Pajęczno. Miasteczko z trzema tysiącami mieszkańców, gdzie największym podatnikiem był sklep spożywczy. Degradacja w najczystszej postaci.

„To zemsta.”

„To procedura kadrowa” poprawił Wolski, ale nie patrzył jej w oczy. „Joasiu, przykro mi. Naprawdę. Ale ty… ty sobie to sama zgotowałaś. Powiedziałem ci — odpuść. A ty zaczęłaś wojnę, której nie możesz wygrać.”

„Więc mam się poddać?”

„Masz przeżyć.” Wolski westchnął. „Masz trzydzieści dwa lata. Całą karierę przed sobą. Jedź do Pajęczna, odsiedź rok, dwa. Sprawa ucichnie. Wrócisz. Tak to działa.”

„A jeśli nie chcę, żeby tak to działało?”

„To twój wybór. Ale pamiętaj — oni mają długie ręce. I nie odpuszczą.”

Wolski wyszedł. Joanna została sama. Spojrzała na raport, który przygotowała. Dwadzieścia siedem stron prawdy, która nikogo nie obchodziła.

Wzięła komórkę i wybrała numer. Dzwoniła do informacji policji w Koninie.

„Chciałabym rozmawiać z inspektorem Kryszynem Kiszką.”

„Moment, łączę.”

Po chwili usłyszała męski głos — zmęczony, sceptyczny.

„Kiszka, słucham.”

„Inspektorze, nazywam się Joanna Malik. Jestem kontrolerem skarbowym z Bełchatowa. Prowadzę śledztwo w sprawie Karola Grdyki. I mam dla pana informacje.”

Cisza.

„Pani Joanno” powiedział w końcu Kiszka, „czy pani ma świadomość, z kim się pani zadaje?”

„Tak.”

„I nadal chce pani rozmawiać?”

„Tak.”

„To proszę przyjechać do Konina. Jutro. Nieoficjalnie. I niech pani nikogo nie informuje.”

„Dobrze.”

„I pani Joanno?”

„Tak?”

„Niech pani uważa. Grdyka zabija. Jeszcze tego nie udowodniłem, ale jestem pewien. A ludzie, którzy mu pomagają — biskupi, urzędnicy, biznesmeni — mają krew na rękach.”

„Rozumiem.”

Rozłączyła się. Przez chwilę siedziała w ciszy. Potem otworzyła szufladę biurka i wyjęła stamtąd małą buteleczkę wódki — prezent od współpracownika na ostatnie urodziny, nigdy nie otwarty. Odkręciła, wypiła łyk. Paliło w gardle.

„Za prawdę” szepnęła do siebie.

Nie wiedziała jeszcze, że prawda ma cenę. I że cena ta będzie wyższa, niż kiedykolwiek sobie wyobrażała.

Tego samego wieczora, na jachcie zacumowanym w przystani żeglarskiej nad jeziorem Pątnowskim koło Konina, trwało przyjęcie. Ekskluzywne, tylko dla wybranych. Goście — biznesmeni, urzędnicy, jeden poseł, dwóch księży — siedzieli na pokładzie, popijając szkocką whisky i kosztując kawior. Muzyka — smooth jazz — płynęła z głośników Bose.

Gospodynią była Renata Wrzeciąg. Miała na sobie białą sukienkę od Diora, włosy upięte w elegancki kok, a w dłoni kieliszek szampana Moët & Chandon. Wyglądała jak milionerka. I czuła się jak milionerka.

„Panowie” powiedziała, stukając widelcem w kieliszek, „chciałabym wznieść toast. Za nasz sukces. Za Bitcoin. Za przyszłość.”

„Za przyszłość!” powtórzyli goście.

Wśród nich, w ciemnym rogu pokładu, stał Karol Grdyka. Nie pił. Obserwował. I kalkulował.

„Mamy problem” powiedział cicho do stojącego obok biskupa Trzepacha.

„Malik?”

„Tak. Nie odpuści. Jest typem idealistki. Niebezpieczna.”

„Powinniśmy ją usunąć?”

„Jeszcze nie. Najpierw spróbujemy inaczej. Ale przygotuj opcję.”

Biskup skinął głową. „Fiat voluntas tua. Niech się stanie wola twoja.”

Grdyka uśmiechnął się. „Moja wola jest prosta. Bitcoin rośnie. Za rok będzie wart tysiąc dolarów. Za pięć lat — dziesięć tysięcy. A my jesteśmy na początku. Nic i nikt nas nie powstrzyma.”

„Amen” powiedział biskup.

W oddali, na drugim końcu jeziora, w małym domku na skraju lasu, Joanna Malik pakowała torbę. Jutro pojedzie do Konina. Spotka się z Kiszką. I zacznie walkę.

Nie wiedziała jeszcze, że pierwsza ofiara — dziewczyna z Ukrainy, dwudziestoletnia Oksana Koval — leżała już na dnie starego szybu koło Bełchatowa. Zawinięta w czarny worek, z kamieniem u nóg.

Nie wiedziała, że będzie następna na liście.

Ale to odkryje wkrótce.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij