Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Gorycz prawdy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 marca 2026
2699 pkt
punktów Virtualo

Gorycz prawdy - ebook

Pozory mylą. A to dopiero początek.

Komisarz Tamara Swoboda otrzymuje zgłoszenie zaginięcia menedżerki firmy farmaceutycznej. Przypadek ten początkowo nie wzbudza większego niepokoju, tym bardziej że dotyczy kobiety, która planowała podróż. Im dokładniej jednak Tamara analizuje okoliczności zaginięcia, tym wyraźniej widzi, że sprawa może być bardziej skomplikowana, niż przypuszczano.

Kiedy poszukiwana zostaje odnaleziona martwa, śledztwo nabiera tempa i odsłania sieć dawnych powiązań oraz krzywd, o których nikt nie chciał mówić…

Jak wiele ofiar kryje się za tą jedną śmiercią?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68249-82-8
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Tamara wysiadła z samochodu. Miłosz przez chwilę obserwował, jak zmierza w stronę klatki. Była na chodniku, gdy wrzucił bieg i ruszył. Właśnie miał opuścić osiedlową uliczkę, kiedy usłyszał huk wystrzału. Tego dźwięku nie można pomylić z innym. Bez zastanowienia zawrócił na najbliższym skrzyżowaniu i pognał z powrotem. Od bloku Tamary dzieliło go kilkadziesiąt metrów. Jechał szybko, rozglądając się na boki w poszukiwaniu źródła hałasu lub potencjalnego napastnika. Nagle dostrzegł postać leżącą przed klatką. Natychmiast przyspieszył, a potem z piskiem opon zatrzymał samochód i wyskoczył z niego – jakby instynkt kierował jego ciałem. Modlił się, by to nie była ona, ale już z daleka widział czerwony ślad na jej brzuchu. Tamara przyciskała do niego dłonie. Miała otwarte oczy. Patrzyła prosto na niego.

– Tamara! O nie, nie, nie. Tamara!

Dopadł do niej, upadł na kolana i natychmiast przycisnął rękę do rany. Wyszeptała jeszcze tylko: „Marek” i przymknęła powieki. Poklepując ją po policzku, mówił głośno:

– Tamara! Tamara, słyszysz mnie? Nie odpływaj! Zostań ze mną!

Cisza. Tylko jego oddech, urywany, płytki. Jedną ręką chwycił jej nadgarstek, drugą położył na tętnicy szyjnej. Nie wyczuł tętna. Pochylił się, by sprawdzić oddech. Próbował zaklinać rzeczywistość, chciał poczuć ciepło oddechu na policzku, ale niestety... Ona nie tylko straciła przytomność, ona traciła życie.

Rozejrzał się – pusto, cicho, martwo. Ani jednej osoby. Wyjął telefon z tylnej kieszeni spodni, wybrał numer alarmowy i ustawił na głośnomówiący. Odruchowo przycisnął do rany swoją kurtkę i zaczął masaż serca. Gdy usłyszał w słuchawce zgłoszenie operatora, zaczął szybko mówić:

– Komisarz Miłosz Białas, komenda wojewódzka, numer służbowy cztery, dwa, trzy, jeden, jeden, trzy. Graniczna pięćdziesiąt trzy. Ranna funkcjonariuszka, trzydzieści osiem lat. Rana postrzałowa brzucha. Nieprzytomna, nie oddycha. Prowadzę resuscytację. Potrzebuję natychmiast karetki i kilku patroli. Napastnik uciekł. Jest uzbrojony i niebezpieczny.

– Przyjęłam, wysyłam karetkę i wsparcie.

– Powiadomcie inspektora Dembińskiego z wojewódzkiej.

Miłoszowi brakowało rąk. Czerwona plama na brzuchu Tamary rozlewała się coraz szerzej, a on nadal uciskał jej klatkę piersiową, walcząc z czasem i własną słabością.

– Pomocy! Potrzebuję pomocy! – krzyknął w noc.

O północy całe osiedle spało. W oknach, które widział, panowała cisza i ciemność.

W oddali zabrzmiały syreny. Gdy ranny zostaje policjant, służby stają na głowie, by dotrzeć na miejsce jak najszybciej. Miłosz nie liczył minut, ale powoli zaczynał tracić siły w rękach.

– Trzymaj się, Tamara! Pomoc jest w drodze! – krzyknął, czując, jak adrenalinowy pośpiech napiera na niego wraz z nadciągającą pomocą.

Jeszcze kilka uciśnięć, da radę. Gdy kątem oka zauważył migające światła, odetchnął. Uciskał jeszcze chwilę, dopóki nie zmienił go ratownik. Odsunął się i oparł rękami o chodnik, próbując wyrównać oddech. Ratownicy rozcięli koszulkę Tamary, przygotowując ją do defibrylacji. Miłosz odwrócił wzrok, chcąc uszanować jej intymność. Patrzył gdzieś w dal, myśląc tylko o jednym, czy mógł coś zrobić lepiej.

Kiedy podjechały radiowozy, przekazał wszystkie informacje, ale sam został na miejscu. Nie był w stanie brać udziału w pogoni za napastnikiem, podczas gdy Tamara walczyła o życie.

Jeszcze na chodniku ratownicy przywrócili akcję serca.

– Straciła dużo krwi, wieziemy ją na Głowackiego, musi być pilnie operowana – rzucił ratownik, pchając nosze do karetki.

Chwilę później było po wszystkim, a o tym, że przed blokiem na Granicznej zdarzyła się tragedia, świadczyła tylko brunatnoczerwona plama na chodniku. Miłosz siedział na krawężniku z zakrwawionymi rękami opartymi na kolanach. W głowie wciąż przewijał obrazy sprzed kilkunastu minut.

Kiedy na miejsce przyjechał inspektor Bartosz Dembiński, Miłosz zrelacjonował tragiczne wydarzenia.

– Mogłem poczekać, aż wejdzie do klatki...

– To nie twoja wina, Miłosz.

– Chcę pojechać do szpitala.

– Patrol cię zawiezie. Ja tu zostanę. Daj znać, gdy będziesz miał informacje o Tamarze. Weź. – Podał mu zapasową kurtkę, którą wyjął z bagażnika.

Miłosz, poruszając się mechanicznie, zszedł z krawężnika i podszedł do radiowozu. Obserwował, jak Dembiński wydaje polecenia mundurowym i uspokaja sytuację. Sam czuł się teraz bezużyteczny. Nigdy wcześniej nie ratował życia komuś, kogo znał, a tym bardziej komuś, na kim mu zależało. Podczas krótkiej podróży do szpitala, próbował uspokoić nerwy, koncentrując się na oddechu. Ciągle jednak miał przed oczami bezwładne ciało Tamary.

Po przyjeździe natychmiast wysiadł i popędził w stronę wejścia. Pierwsze kroki skierował do łazienki, gdzie chciał umyć ręce. Pomieszczenie było niewielkie i ponure, zmatowiałe płytki pochłaniały światło, a pożółkłe fugi pogłębiały wrażenie obcości. W lustrze nad umywalką Miłosz widział odbicie swojej zszokowanej twarzy. Jego oczy były szeroko otwarte, pełne zdumienia i niepokoju. Zakrwawione dłonie wciąż drżały, jakby ciało nie mogło wyciszyć emocjonalnego wstrząsu.

Nagle wyczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Pielęgniarka stała w drzwiach z rękami opartymi na biodrach, przyglądając mu się z wyraźnym dystansem.

– A co pan tu robi? – zapytała chłodno. – Mamy procedury, a pan, jak widzę, ominął rejestrację.

Miłosz uniósł łańcuszek z legitymacją, który schował się pod rozpiętą kurtką.

– Komisarz Miłosz Białas, wojewódzka. Doszło do wypadku, potrzebowałem chwili, żeby... – zawahał się, a potem dodał, zmieniając ton na spokojny i rzeczowy. – Po prostu musiałem zmyć krew z rąk.

Milczała przez dłuższą chwilę, po czym skinęła głową:

– W porządku, komisarzu. Gdyby czegoś pan potrzebował, jesteśmy do dyspozycji.

Kiedy odeszła, zanurzył dłonie w wodzie, próbując wypłukać nie tylko krew, ale i obrazy z głowy, które wracały jak upiorne widmo.

Odetchnął głęboko i ruszył na oddział ratunkowy. Skierowano go pod blok operacyjny. Szpitalny korytarz ciągnął się przed nim niczym ciemna aleja, ledwo rozświetlona co którąś świetlówką. Zapachy środków dezynfekujących, pojedyncze odgłosy z dyżurki pielęgniarek, kroki lekarzy, wszystko to tworzyło przytłaczającą atmosferę napięcia i niepewności. Z każdym krokiem, który stawiał, coraz bardziej wnikał w ten mroczny świat, gdzie życie i śmierć często spotykają się na skrzyżowaniu nadziei i desperacji.

W oddali, przed salą operacyjną dostrzegł rodziców Tamary, Anielę i Sylwestra Swobodów oraz Piotra Polańskiego, prokuratora, który ściągnął ją do Katowic ledwie miesiąc temu, by pomogła przy sprawie ofiar zamordowanych strzałem prosto w serce. Miłosz zamarł. Stał na środku korytarza. Mama Tamary go zauważyła. Podeszła do niego i przytuliła, szepcząc, jak bardzo jest wdzięczna za to, że uratował życie jej córki.

Później siedzieli w milczeniu do czwartej nad ranem, oczekując na wynik operacji. W końcu z bloku wyszedł lekarz. Cała czwórka wstała jak na komendę.

– Państwo są rodzicami?

Rodzice Tamary skinęli głowami.

– Operacja się udała. Pocisk przeszedł przez prawy bok pod kątem około czterdziestu pięciu stopni, przecinając tkanki i narządy wewnętrzne, doszło do uszkodzenia jelit, wątroby i nerek. Zatamowaliśmy krwawienie.

Miłosz nie musiał pytać, czy jest szansa na całkowite wyleczenie, bo lekarz, jakby czytając w jego myślach, dodał:

– Pozostawiliśmy córkę w śpiączce farmakologicznej. Ma silny organizm. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, spróbujemy ją wybudzić za dwa, trzy dni.

– Możemy do niej wejść? – zapytała Aniela.

Miłosz już wiedział, po kim Tamara odziedziczyła spokój, którym emanowała na co dzień.

***

Następnego dnia, po pracy, Miłosz pojechał do szpitala. Wbiegł po schodach, nie zauważając mijanych ludzi. Rozważał, jakie powinny być kolejne kroki w śledztwie w sprawie postrzelenia Tamary. Oficjalnie nie należało ono do jego obowiązków, ale chciał pomóc. Napastnik uciekł, broń porzucono kilkaset metrów dalej, wyczyszczoną tak, że technicy nie zdołali odzyskać żadnych odcisków palców. Kamery na osiedlu nie działały. Nie zarejestrowały ani zdarzenia, ani uciekającej postaci.

Tamara nadal była utrzymywana w śpiączce farmakologicznej. Dembiński polecił technikom, by spróbowali znaleźć na niej jakieś ślady. Spod paznokci pobrali fragmenty naskórka. Twierdzili, że Tamara musiała zadrapać napastnika. Czyli, że walczyła. To dobrze. A jeśli zaczekałby, aż wejdzie do klatki...

Na trzecim piętrze jego myśli przerwały krzyki dochodzące z końca korytarza. Rzucił się biegiem pod salę Tamary. Przed drzwiami umundurowany policjant szarpał się z wysokim mężczyzną w czarnej skórzanej kurtce i wojskowych traperach. Obcy wyglądał, jakby wyszedł prosto z planu filmu akcji. Miał ponad metr dziewięćdziesiąt. Szerokie ramiona, silne dłonie, opalona cera, idealnie przycięty zarost. Na szyi błyszczał łańcuszek, częściowo schowany pod czarną bluzą.

– Co jest?! – Miłosz podszedł do nich, próbując ich rozdzielić.

– Dobrze, że pan jest, komisarzu, ten pan chce wejść do pani komisarz. Mówiłem mu, że nie może, ale się uparł. Mówi, że jest partnerem z Warszawy. A mówiliście, że partner z Warszawy...

– Dobra, dobra, Tomczak. Spokojnie. Zaraz to wyjaśnimy. Pokaż legitymację służbową. – Miłosz zwrócił się do tajemniczego gościa.

Mężczyzna bez słowa sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki i podał mu służbowy dokument.

– Komisarz Krystian Kiliński, CBŚP, Warszawa – przeczytał na głos Miłosz. – Tamara wspominała o tobie. – Spojrzał mu prosto w oczy, po czym rzekł do mundurowego: – Tomczak, przejmę pana. Dobra robota.

Odeszli kilka kroków na bok.

– Wybacz mu. Robi, co do niego należy. Wszyscy jesteśmy podenerwowani. Miłosz Białas, komenda wojewódzka. Pracowałem z Tamarą przy ostatniej sprawie. – Wyciągnął dłoń, którą tamten uścisnął.

– Przyjechałem od razu, gdy się dowiedziałem. Wasz szef dzwonił do mojego. Co z nią? Nikt nie chce mi nic powiedzieć.

– Wszystko jest na dobrej drodze. Przeszła operację, na razie jest utrzymywana w śpiączce. Jutro, najdalej pojutrze, mają ją wybudzać.

– Słyszałem, że została postrzelona. Wiecie, kto to zrobił?

– Jeszcze nie.

– Podejrzewacie kogoś?

Miłosz się zawahał. Nie wiedział, ile powinien zdradzić, ale Krystian miał dobrą opinię u Tamary. Pomagał jej przy poprzedniej sprawie, co wyznała dopiero po zamknięciu śledztwa.

– Kiedy ją znalazłem, zanim straciła przytomność, powiedziała „Marek”. Intuicja mi podpowiada, że to mógł być on, ale mój szef uważa, że równie dobrze mogła sądzić, że ja to on, a że byli długo razem... No to sam rozumiesz.

– Rozmawialiście z nim?

– Nie, nie potrafimy go namierzyć. I to jest kolejny argument za tym, że to on może być sprawcą.

– To skurwiel! – Krystian zacisnął zęby.

– Mógłby to być on?

– Tama wspominała, dlaczego wyjechała z Warszawy?

– Niewiele mi mówiła.

– To źle, że sama ci nie powiedziała. Ale wyrażała się o tobie dobrze. Bardzo dobrze. A u niej to coś znaczy. Zresztą... Tamara jest, jaka jest. Z trudem dopuszcza ludzi bliżej. Ale jeśli już dopuści, traktuje ich jak partnerów, nawet gdy jest ich szefową.

– Łatwo ci mówić.

– Trzeba do niej cierpliwości. Pytaj. Drąż. Bądź uparty. W końcu zmięknie.

– Próbowałem. Bez skutku.

– Próbuj dalej... Wracając do Marka, razem prowadzili sprawę. Ale on zdradzał Tamarę z podejrzaną. Kiedy się dowiedziała, doszło do awantury.

– O, kurwa.

– To nie koniec. Podczas kłótni ją uderzył. Zaczął dusić. Gdybyś ją wtedy widział...

– Nie miałem pojęcia. – Miłosz przesunął dłoń po twarzy.

– Nie zgłosiła tego. W jej kodeksie etycznym nie ma czegoś takiego jak donoszenie na innego policjanta. Może Markowi odwaliło. I myślę, że byłby zdolny do czegoś takiego. Niemniej, sądzę, że powinniście zaczekać, aż Tama się wybudzi i to potwierdzi. Twój szef ma rację, otwierać śledztwo przeciw innemu policjantowi bez twardych dowodów? Gdy celujesz w diabła, musisz być pewny, że trafisz. Jeśli to on, obiecuję, że go dorwiemy. Pogadam z szefem.

– Dzięki.

– To co? Mogę teraz do niej wejść?

– Jasne. Tomczak! Wpuść pana, jest w porządku.

Miłosz oparł się plecami o ścianę i wpatrzył w drzwi sali. W głowie dudniło mu jedno: Marek ją uderzył. Dusił. Czy Tamara, nawet półprzytomna, wzywałaby jego imię po czymś takim? Nie wierzył w to. Raczej próbowała dać mu trop. Pchnąć śledztwo naprzód. A oni? Kręcili się w kółko, bo nie mieli żadnych punktów zaczepienia.1

Pomimo zaangażowania najlepszych funkcjonariuszy, miejsce pobytu Marka pozostawało nieznane. Prokuratura regionalna wystawiła za nim list gończy w kraju i złożyła wniosek o europejski nakaz aresztowania, śledczy zakładali, że mógł zbiec za granicę. Przez wiele lat był znakomitym policjantem, co dawało mu ogromną przewagę. Wiedział, jak unikać pościgu.

Aż w końcu, zupełnie niespodziewanie, doszło do przełomu. W lesie pomiędzy Katowicami a Mikołowem znaleziono spalony samochód, a w jego wnętrzu ludzkie szczątki. Na kilka dni przed planowanym powrotem Tamary do pracy dotarły wyniki badań DNA, które potwierdziły, że znalezione zwłoki należały do Marka. Wieść rozniosła się po komendzie lotem błyskawicy, a Miłosz od razu pojechał do Tamary, by przekazać najnowsze ustalenia.

– Wpadłem tylko na moment – rzucił, gdy otworzyła drzwi. – Przyszły wyniki. To był Marek.

– Aha.

– Tylko tyle?

Tamara była wysoka, zaledwie kilka centymetrów niższa od niego, dlatego Miłosz mógł patrzeć jej w oczy bez pochylania głowy. Ich elektryzujący niebieski kolor zdawał się gdzieś gubić w otchłaniach zmartwienia. Był jak echo dawnych radości, które gdzieś wyparowały. Uśmiech miała jakby nieco wymuszony. Długie blond włosy w naturalnym odcieniu, które zwykle związywała, opadały w formie niekontrolowanego chaosu na ramiona.

– Wejdziesz dalej? Napijesz się herbaty? – Uciekła wzrokiem i odwróciła w stronę kuchni.

– Tak, jasne, ale... – Zdjął buty i ruszył za nią. – Tamara, co jest?

– Szczerze? – Spojrzała na niego ponuro, opierając się o blat. – Nie wierzę, że to jego DNA. Pewnie podłożył je, żebyśmy tak myśleli. Że niby zginął. Wstrzymamy poszukiwania, a on przestanie w końcu uciekać. – Wyjęła kubki z szafki, a później wzięła czajnik, nalała wody i włączyła do gotowania.

Miłosz nie wiedział, co powiedzieć. Brzmiało to jak szaleństwo, ale z Markiem wszystko było możliwe. Miał wiedzę i środki. A jednak, dlaczego miałby sięgać po taki fortel? Równie dobrze mógł uciec za granicę, może poza Europę, i tam wieść całkiem przyjemne życie.

Miłosz nie podzielił się jednak przemyśleniami z Tamarą. Potrafił sobie wyobrazić, że od tych trochę ponad trzech miesięcy, ona codziennie mierzyła się ze strachem przed bezpośrednią konfrontacją.

Usiadł przy stole w kuchni, obserwując, jak Tamara przygotowuje herbatę. W jej oczach widział mieszankę smutku, złości i dezorientacji.

Czajnik zapiszczał krótko, sygnalizując, że woda się zagotowała. Miłosz postanowił przerwać milczenie:

– Tamara, rozumiem, że to dla ciebie trudne. Chociaż podejrzewanie, że Marek podłożył swoje DNA, jest zrozumiałe, musimy trzymać się faktów. Wyniki badań są jednoznaczne, sprawdziliśmy wszystko kilka razy.

Westchnęła ciężko, postawiła przed nim kubek z jaśminowym naparem i zajęła miejsce naprzeciw.

– Tak, masz rację. Po prostu... To wszystko jest takie surrealistyczne... Myśl, że Marek mógłby zrobić coś takiego... Nie pasuje mi to do niego.

– Sądzę, że tak samo nie pasowało do niego to, co ci zrobił.

– Fakt. – Zamieszała w kubku łyżeczką.

– Wiesz, to może zabrzmi brutalnie, ale sądziłem, że ta wiadomość cię ucieszy, że zrzucisz z siebie ten balast, który nosisz.

– Spokojnie, Miłosz. Nie noszę żadnego balastu. – Uśmiechnęła się lekko. – Już o tym rozmawialiśmy. Byłam gotowa wrócić do służby, zanim znaleźliście ten spalony samochód.

– Tak, wiem. Widziałaś w jego oczach, że on nie chciał do ciebie strzelić i wiesz, że nie zrobi ci krzywdy.

– Otóż to.

– Mówił ci już ktoś, że czasami jesteś za bardzo ufna?

– Mama zawsze mi to mówi – zaśmiała się szczerze.

– I przypomnij mi, skąd ty się wzięłaś w policji z takim nastawieniem? W dodatku w wydziale kryminalnym?

– Jestem człowiekiem wielu talentów. – Mrugnęła porozumiewawczo. – Poza tym, to nie jest ufność, to jest intuicja.

– A, no tak, jak mogłem zapomnieć. – Odwzajemnił uśmiech. Poczuł ulgę, widząc, że atmosfera staje się luźniejsza po tej wymianie żartów. Może jednak ta wiadomość była chwilą oddechu po ciężkich tygodniach pełnych napięcia i niepewności. – Gdzie mój przyjaciel Łobuz, nadal u twoich rodziców? – zapytał, bo zwykle czarny kot Tamary, którego przygarnęła, zaraz gdy się tu wprowadziła, lądował mu na kolanach, a teraz nic.

– Tak. Mama jest w nim zakochana, a jemu też tam lepiej.

– Rozumiem. – Pokiwał głową. – Gotowa na poniedziałek?

– Powiem ci, że nie cierpię takich powrotów. Możesz coś dla mnie zrobić?

– Dla ciebie wszystko.

– Dasz radę sprawić, żeby ten dzień był... zwyczajny? Bez braw, bez przemów, bez całej tej szopki związanej z powrotem policjanta po postrzale.

– No... nie wiem. To jest taka forma okazania szacunku i podziwu. Ręce same skłaniają się do oklasków, a Dembiński na pewno nie odpuści przemowy.

– Miłosz – jęknęła z niezadowoleniem.

– Coś wykombinuję – odparł z uśmiechem, odsłaniając równe, białe zęby.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------_Wydawnictwo Prozami poleca_

Małgorzata Podstawna

W martwym punkcie

Trzy strzały. Trzy ciała. Jeden mrok, który sięga głębiej, niż ktokolwiek przypuszcza.

Komisarz Tamara Swoboda miała zostawić przeszłość za sobą. Nowe miasto, nowe śledztwo, nowy zespół. Ale Katowice nie oferują spokoju – tylko kolejne trupy. Trzej mężczyźni zginęli w identyczny sposób: strzał prosto w serce, brak świadków, brak śladów.

Śledztwo prowadzi Tamarę coraz dalej – do świata szemranych układów, przemilczanych krzywd i tragedii, która nigdy nie powinna się wydarzyć. Każdy nowy trop przypomina, że zło rzadko rodzi się bez powodu. A zemsta potrafi być zimna, cicha... i śmiertelnie precyzyjna.

Gdy przeszłość w końcu dogania ofiarę – ktoś inny staje się katem.

Czy Tamara zdoła powstrzymać kolejną zbrodnię, zanim będzie za późno?

.

_Jeśli lubisz serie kryminalne, polecamy serię z podkomisarzem Robertem Lwem autorstwa M.M. Perr_

629 kości

Gdy nikt nie patrzy

Szepty z lasu

Wicierz

Wywiad

Więzi

Godziny gniewu

.

_POWIEŚCI OBYCZAJOWE, KRYMINAŁY, THRILLERY
WCIĄGAJĄCE I NIEBANALNE
ZACZYTAJ SIĘ!_

www.prozami.pl

Księgarnia wysyłkowa
www.literaturainspiruje.pl
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij