Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Goście z Marsa - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 października 2026
19,89 zł
1989 pkt
punktów Virtualo

Goście z Marsa - ebook

Tajemnicza srebrna kula i dwoje przybyszów z Marsa wywołują światową sensację. Ich opowieść odsłania cywilizację, w której miłość jest zakazana, a człowiek staje się numerem. „Goście z Marsa” to powieść science fiction o pierwszym kontakcie i dystopijnym społeczeństwie — dla czytelników szukających zagadek obcych światów i niepokojących pytań o przyszłość ludzkości.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 608 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

I.

Londyn, dnia 18 sierpnia 1892.

Kochany Redaktorze!

Stosownie do zlecenia mi danego wyjechałem natychmiast i stanąłem wczoraj w Londynie. Wybrałem tę drogę raz dlatego, że stąd pewniej, łatwiej i szybciej można się dostać do Australii, niż z Triestu, a następnie, że przejeżdżając przez Niemcy i Anglię mogłem się prędzej wywiedzieć, czy też pogłoska, obiegająca od dni kilku wszystkie dzienniki, jest prawdziwą; gdyby się bowiem okazała fałszywą, byłbym zupełnie zaniechał dalszej podróży, aby nie narazić Redakcji na tak wielkie a zbyteczne koszty.

Pogłoska ta sprawiła istotnie wszędzie ogromne wrażenie, jak też inaczej spodziewać się nie było można. Wszak to w dziejach ludzkości niebywały wypadek. Wszędzie też: w wagonach, w restauracjach, w kawiarniach, na ulicach o niczym innym nie słychać, tylko o gościach z Marsa. Rozumie się, jak we wszystkich nadzwyczajnych wypadkach tak i tu dzielą się ludzie na rozmaite obozy; jedni twierdzą, że to humbug australijski; inni sądzą, że uczeni australijscy dali się oszukać przez szczwanych lisów; a są i tacy, którzy wierzą we wszystko, co im dzienniki podają.

Więcej sceptyków spotkałem w Niemczech; w Anglii natomiast znajduję więcej wierzących tej pogłosce a jednak chwytających się co chwila za głowę celem wyrażenia, iż nie mogą pojąć, nie mogą zgodzić się na prawdę.

Dziś rano złożyłem wizytę w redakcjach najpoczytniejszych tutejszych dzienników i zapytywałem wprost, co sądzą o pogłosce. Trudno było doczekać się odpowiedzi, bo wszystko tu jest odurzonym, oszołomionym, przytłoczonym wiadomościami, nadchodzącymi co chwila telegraficznie. Ludzie tutejsi a zwłaszcza uczeni i dziennikarze, politycy i kupcy, zaprzestali jeść, pić i sypiać; o zatargach politycznych zapomniano prawie zupełnie; w City kantory pozamykane, handel ustał, fabryki świątkują, a tysiące ludzi oblęgają redakcje pism i biura telegraficzne, oczekując nowych wiadomości.

Po kilkakrotnym powtórzeniu mej prośby jednemu z sekretarzy redakcyjnych Timesa, który słuchał wprawdzie słów moich, ale jakby nieprzytomny ich nie rozumiał, doczekałem się wreszcie ruchu jego osoby; powstał bowiem nagle, chwycił mą rękę, zaprowadził do pobliskiego stołu i nie rzekłszy ani słowa, wskazał na plik papierów. Były to same telegraficzne doniesienia z Sydney. Usiadłem i począłem je czytać, co tym łatwiej mi przyszło, gdyż były numerowane odpowiednio do chwili wysłania.

— Zaledwie odczytałem ich może dwadzieścia, byłem przekonany, że pogłoska jest prawdziwą, a zatem, że mi nic innego nie pozostaje, jak tylko postąpić według zlecenia Twego, i jak najrychlej wyjechać do Australii i tam osobiście przekonać się, a następnie zebrać materiały, o ile możności prawdziwe i obszerne, tyczące się tego wypadku nadzwyczajnego.

Opuszczając biuro sekretarza, podziękowałem mu za informację a chcąc nabrać jeszcze większej pewności, spytałem go, czy przecież nie zachodzi tu może jeszcze możliwość humbugu. Na to ujrzałem najpierw wytrzeszczone na mnie oczy, twarz zdziwioną, i usłyszałem tylko jedno słowo: „Sir!“ wyrzeczone takim tonem, iż przetłumaczywszy je sobie na język polski: „głupcze“! wyszedłem zupełnie uspokojony.

Przepraszam. Byłem uspokojony tylko pod tym względem, że nabrałem pewności o istnieniu gości z Marsa w Australii, ale wiadomości zasłyszane i odczytane poczęły powoli i na mnie tak przygnębiające wywierać wrażenie, że poruszałem się tylko automatycznie pod wpływem zlecenia Twego i koniecznej a tak dalekiej podróży.

Za godzinę odchodzi pociąg do Liverpoolu, gdzie mam wsiąść na okręt odpływający jutro rano do Australii. Każą mi się spieszyć, bo mogę przybyć za późno i nie otrzymać już kajuty.

Pozostaję z całym szacunkiem

W.II.

Parowiec Atlantis, 28 sierpnia 1892.

Za kilka godzin staniemy w Port-Said, skąd będę mógł wysłać list niniejszy.

Zdawałoby się, iż z oceanu nie ma o czym pisać, zwłaszcza kiedy człowiek nie ma wcale zamiaru opisywać wrażeń, odniesionych w czasie podróży morskiej.

A jednak i stąd mogę donieść o niektórych ważnych okolicznościach, tyczących się właśnie sprawy, dla której podróż odbywam.

W Liverpoolu istotnie zaledwie otrzymałem 205 kajutę na moim parowcu, chociaż tego dnia odjechało pięć okrętów do Australii. Odkąd odbywają się na naszych oceanach podróże, jeszcze chyba nie widziano takiego natłoku ludzi udających się do Australii, jeszcze nigdy nie wypływało tyle okrętów codziennie do najnowszej części świata. Z 205 pasażerów jest przynajmniej 150 udających się do Australii, celem zapoznania się z mieszkańcami Marsa; nie dziw więc, że rozmowa w ciągu całego dnia toczy się tylko około tych pozaziemskich gości.

Moi towarzysze tworzą kwiat inteligencji a składają się nań wszystkie cywilizowane narody środkowej i zachodniej Europy. Całymi więc dniami rozbieramy krytycznie ten wypadek jedyny w swym rodzaju, który poruszył wszystkich, o którym nie śniło się nikomu dotąd z ludzi, o którym nie zamarzył nawet ani Flammarion ani Verne. I ja mam widzieć ich, mam ich słyszeć, tych gości z obcej planety! Co chwila muszę uszczypnąć się w ramię, aby być pewnym, że to nie sen, ale rzeczywistość.

Pomimo, że fakt sam nie ulega już wątpliwości, choć tak nieprawdopodobny, zauważyłem jednak już z telegramów odczytanych w Londynie, a przekonuję się tu o tym bardziej jeszcze, że nauka, wiedza nasza nie odniesie prawdopodobnie z tego wypadku tych korzyści, jakich by się spodziewać należało. Mówią, iż wątpliwym jest bardzo, aby udało się Marsjan utrzymać dłuższy czas przy życiu, bo mają być zbyt delikatnego zdrowia. Wprawdzie uczeni australijscy wysilają swój umysł, by im byt jak najdłuższy zabezpieczyć, wprawdzie zdołano już porozumieć się z nimi, jednak odpowiedzi mają być jakieś niezrozumiałe, niejasne; Marsjanie używają bowiem zwrotów, słów, znaków, których nikt nie umie ani pojąć ani wytłumaczyć. Ogólnym jest dotąd przypuszczenie, że cywilizacja na Marsie musi stać jeszcze na bardzo niskim stopniu, mieszkańcy tej planety muszą być jeszcze ludźmi bardzo zacofanymi i o naszych stosunkach żadnego nie mieć pojęcia, kiedy wzajemne porozumienie się jest tak trudnym. Na dowód tego twierdzenia przytaczają, że przecież Europejczyk porozumiewa się i to w bardzo krótkim czasie z Pesszerą i Buszmanem, plemionami najniższymi na ziemi pod względem rozwoju umysłowego, zdoła nawet zwierzęta wyuczyć, aby rozumiały jego wolę; gdyby więc Marsjanie stali wyżej od zwierząt, to z pewnością porozumienie się wzajemne powinno być bardzo łatwym. Wprawdzie pozornie sprzeciwia się temu okoliczność, iż goście nasi mają być wyjątkowo pięknymi ludźmi, kształtów ciała bardzo wdzięcznych, jednak tłumaczą to sobie znowu tym, iż na Marsie rozwój fizyczny przewyższa zapewne znacznie rozwój umysłowy.

Rozumie się, iż słyszałem i czytałem wiele innych szczegółów dotyczących tego wypadku, ale muszę je zachować na przyszłe listy głównie z tego powodu, że szczegóły te tak są pogmatwane, niejasne, tak sprzeczne z sobą, iż uważam za najlepsze odłożyć je do czasu, dokąd będę mógł je sprawdzić na miejscu.III.

Melbourne 6. paźdz. 1892.

Przybyłem przed chwilą i natychmiast odjeżdżam koleją przez Sydney do Bathurst jeśli tylko zdołam wywalczyć sobie miejsce w wagonie. Stąd odchodzą od sześciu tygodni co dziesięć minut pociągi w powyższym kierunku a mimo to nie mogą przewieźć tysięcy podróżnych i setki wagonów z żywnością. Natłok ogromny. Podobne stosunki mają panować w innych portach. Drżę z obawy, czy zdołam się pomieścić i utrzymać w tym mieście, gdyż do tej miejscowości miało w ostatnich tygodniach napłynąć około milion ludności z całego świata a zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych i z Japonii.

Jutro napiszę obszerniej, jeśli tylko będę mógł zdobyć jakiekolwiek pomieszczenie.

A! byłbym zapomniał rzeczy najważniejszej: Marsjanie przed kilku tygodniami już zmarli.IV.

Bathurst, 10. paźdz. 1892.

Zniecierpliwiłeś się oczekując mego listu zapowiedzianego, ale zapewniam, że nie moja w tym wina. Przebaczysz mi pewnie, gdy Ci powiem, że przez dni kilka spałem pod gołym niebem, co o tyle jeszcze można było przecierpieć, że obecnie mamy tu wiosnę jako tako znośną; pożywienie dochodzi cen nieprawdopodobnych z powodu braku żywności. Byłbym może zginął już dotąd z głodu i niewygody albo wrócił z niczym, będąc już u celu podróży, gdybym wypadkiem nie spotkał rodaka, Malczyckiego, który tu jako squatter i farmer od lat kilkunastu zakupił farmę i hoduje tysiące owiec. Przybycie Marsjan zrobiło go milionerem prawie, bo owce i pszenicę i żyto sprzedaje po bajecznych cenach.

Usłyszawszy przekleństwo polskie z ust mych wychodzące na bezmiar nieszczęścia, które mnie tu spotkało, z radością pochwycił mnie w swe ramiona, zabrał do swego domu i zabezpieczył mi tu dalszy pobyt a nawet ułatwił a raczej umożliwił mi zasięgnięcie dokładnych wiadomości o Marsjanach. Jemu więc w pierwszym rzędzie masz do zawdzięczenia, kochany Redaktorze, wszystko cokolwiek Ci tu doniosę o gościach z Marsa.

Wiadomości te są jednak bardzo niedokładne, niejasne a to z powodów, które później wyłuszczę; zresztą odczuwać się daje w nich brak zwięzłości, bo pytania były nieuporządkowane, a odpowiedzi często w połowie zdania urywane. Nadto wiele z tych wyjaśnień były i są dla nas mieszkańców ziemi wprost niezrozumiałe, bo na Marsie panują zupełnie odmienne od naszych stosunki.

Na ilość wiadomości zebranych tu o Marsjanach skarżyć się nie mogę, przeciwnie mam ich tak wiele, że mi przychodzi z trudnością jakikolwiek ład w nich wprowadzić; wiadomości te bowiem układano jak zapiski stenograficzne podawane publiczności codziennie. Ponieważ atoli w tej formie pisane tracą wiele na jasności, przeto postanowiłem je uporządkować i przysyłać Ci poszczególne artykuły tworzące jaką taką całość zamkniętą.

Wszystkie me wiadomości o pobycie tych nadzwyczajnych gości na ziemi czerpię ze źródeł następujących, które mi podał Malczycki. Oprócz opowiadań jego własnych i jego sąsiada Brickbairna składają się na me artykuły następujące czasopisma: Australian Review wychodzący w Sydney, Bathurst Journal i prof. Matthewsa „The hosts of Mars“, które codziennie wychodzi i zawiera wiadomości dotyczące li tylko Marsjan.

W sprawozdaniach mych zatem następnych postaram się najpierw o opisanie Ci dokładne wszystkich szczegółów dotyczących pojawienia się Marsjan na ziemi a następnie streszczę Ci wszystkie rozmowy Shoumaniego z Marsjanami.V.

Miasto Bathurst, liczące około 10.000 mieszkańców leży nad rzeką Macquarie, dopływem z lewego brzegu Darlingu, a na zachodnich stokach gór Niebieskich. Mieszkańcy jego są przeważnie Europejczykami, głównie pochodzenia anglo-saskiego, między nimi jest też z 1000 Niemców a tylko w brudnych, ciemnych a wąskich zaułkach mieści się kilkaset Kulisów, którzy dla braku pożywienia dostatecznego opuścili swą ojczyznę i za morzami szukają sposobu do życia.

W otoczeniu miasta znajduje się kilkanaście farm, zajmujących się uprawą zboża i hodowlą owiec, które wypasają na wybornych pastwiskach. Dwie z tych farm mianowicie rodaka naszego Malczyckiego i Anglika Brickbairna, sąsiada jego, sięgają aż do brzegów rzeki Macquarie.

W bliskim sąsiedztwie miasta znajdują się też liczne i bogate kopalnie złota.

Dzień 14 sierpnia miał właściwie dla mieszkańców miasta i sąsiednich farm przeminąć jak zwykła niedziela bez szczególniejszego wydarzenia. Ponieważ następny poniedziałek był, jako dzień świąteczny, również wolny od wszelkiej pracy, więc wieczerza w dniu tym przeciągła się do niezwykle późnej godziny. Około godziny 11 służba i ich panowie po farmach zabierali się już powoli na spoczynek, a nawet w mieście gaszono już światła gazowe, kiedy nagle usłyszano okropnie przeraźliwy poświst w powietrzu a następnie głuchy łoskot, jakby jakiś ciężar padł na ziemię. Niektórzy twierdzą, iż widzieli nawet płomień w powietrzu, lecz co do zabarwienia tego płomienia zgodzić się nie mogli; jedni utrzymywali, iż ujrzeli płomień biały, inni żółty, inni znowu czerwony, a niektórzy przysięgali, że płomień był biały z czerwonymi plamami. Poświst ten, łoskot i blask zauważano nie tylko w Bathurst i po farmach, ale nawet w Sydney, a jak się później dowiedziano, widziano meteor spadający nawet w Melbourne i Adelaidzie. Jasność jakkolwiek chwilowa miała być tak wielka, poświst tak przerażająco ogłuszający, iż śpiący ludzie zerwali się z łóżek, dzieci obudzone poczęły krzyczeć, bydło ryczeć, a czuwający w Bathurst i w obu powyższych farmach osłupieli w pierwszej chwili nie umiejąc sobie wytłumaczyć tych zjawisk nadzwyczajnych. Wszystko, co żyło, wybiegło z domów, ale noc ciemna nie pozwoliła nic zobaczyć; przerażenie jednak było tak wielkie, iż mało kto zdołał tej nocy usnąć.

Jakkolwiek niepokój i przerażenie ogarnęły w wysokim stopniu obie rodziny squatterow, ale przestrach zapanował głównie między służbą Brickbairna, która pierwsza wybiegła z domu, aby się przekonać, co oznaczały te niezwykłe zjawiska. Wróciwszy z powrotem do domu utrzymywały dwie służące, jakoby w oddaleniu pół kilometra widziały nad rzeką unoszącą się postać olbrzymią w szacie lśniącej, białej, która w ręku zapewne niosła lampę o jasnym świetle czerwonym.

Rozumie się, że twierdzenie to przyjęła reszta służby z pozornym śmiechem i drwinami, ale strach mimo to trząsł ich członkami, które dygotały i drżały jakby wśród mrozu silnego lub w febrze. Chociaż nie mieli śmiałości wejść do pana w nocy i donieść mu o pojawieniu się tej szczególnej postaci, jednak Brickbairn, zauważywszy z sąsiedniej izby po jakimś czasie, iż służba jego zbytnio się niepokoi, wszedł do izby czeladnej celem wyjaśnienia jej, że łoskot i blask wywołał zapewne meteor, który gdzieś w pobliżu spaść musiał. Rozpoczął też natychmiast popularny wykład o meteorach, gdy do izby wpadł jeden z parobków i krzyknął, że biała postać jeszcze dotąd unosi się nad rzeką.

— Co ci się marzy? Gdzie ona? — zawołał Brickbairn i wraz z czeladzią wybiegł na podwórze a stąd na pole. Stanąwszy na miejscu, skąd rozciągał się widok na rzekę w pobliżu płynącą, spojrzał w kierunku wskazanym i mimo znanej swej odwagi zadrżał, bo wśród lekkiej mgły unoszącej się nad wodą ujrzał istotnie dość dużą, lśniącą postać białą o dziwnym kształcie z jasną, czerwoną plamą w środku. Postać ta zdawała się istotnie lekko płynąć lub kołysać się na wodzie a z głowy jej spiczastej wytryskały promienie, które mgłę stroiły w czerwono-złotą barwę.

— Chodźcie ze mną! — krzyknął farmer na służbę, która jakkolwiek niechętnie i bojaźliwie, jednak postępowała za panem.

Wkrótce stanęli nad rzeką. W oddaleniu czterech metrów od brzegu ujrzeli kształt dziwny. Była to kula wielka, połyskująca jak srebro, która przechodziła u góry w stożek ostry. Blisko wierzchołka tego stożka znajdował się pierścień wydzielający promienie jasne, czerwone; takie same promienie wytryskały z czterech kulistych okien znajdujących się w kuli. Ta srebrna postać z czerwonymi oknami wydawała się w lekkiej mgle i na wodzie jakby olbrzymi kwiat, który wyczekiwał nocy świętej, aby się z nurtów ciemnych wyłonić i olśnić śmiertelnych swym powabem i blaskiem. Kula ta tym więcej była podobną do kwiatu, że roje chrząszczów, ciem, komarów i much okrążały ją, uderzały o okna i o pierścień i igrały w długich smugach światła czerwonego.

Brickbairn atoli i jego służba byli tym widokiem raczej przerażeni niż zachwyceni. Stanęli nad brzegiem rzeki i milcząc spoglądali na dziwne zjawisko, które nie okazywało żadnego znaku życia. Wreszcie ocknął się farmer i wezwał jednego ze służby, aby pobiegł do sąsiada Malczyckiego i poprosił go o szybkie przybycie.

Zanim przybył Malczycki, co trwało dobrą pół godzinę, zauważył Brickbairn, iż przez krótką chwilę wydobywało się światło jakby spod wody, spod kuli, bo woda zabarwiła się czerwono aż do dna samego. Sądził atoli, iż mu się to tylko przywidziało. Po upływie jednak 15 minut zwrócił znowu jego uwagę jeden z parobków wskazując z przerażeniem na rzekę. Na powierzchni wody bowiem odbijało się długą smugą czerwone światło pochodzące z okna bocznego; na chwilę więc widziano w tej smudze jakby cień ręki olbrzymiej, która zasłoniła okno.

Niepokój i przerażenie ogarnęło teraz i samego Brickbairna. — Więc tam jest życie? Kto tam przebywa w tej kuli? Jak może się kula metalowa utrzymać na wodzie? A zatem jej to upadek sprawił ten poświst okropny i ten łoskot! Czy śnię, czy marzę na jawie? Czy może gorączkuję?

Pojawienie się cienia ręki na wodzie tak przeraziło służbę, iż poczęła powoli umykać do domu, co tym łatwiej jej przyszło, że stary farmer stał milczący, nieruchomy, nieprzytomny, z oczyma utkwionymi w kulę, niewiedzący, co się w koło niego dzieje. Ocknął się dopiero, gdy usłyszał groźny głos Malczyckiego zawracający dezerterów. Wkrótce stanął rodak nasz obok Brickbairna, który mu w krótkości opowiedział, co zaszło dotąd.

Jakkolwiek i rodak nasz był przerażony wypadkami w ostatniej godzinie zaszłymi, mimo to wnet odzyskał zwykłą swą przytomność umysłu i odwagę a głos jego energiczny napoił męstwem dusze tchórzliwej służby i powrócił staremu farmerowi zwykły stan umysłowy.

— Jan i Jakób pobiegną do farmy po broń palną i białą; reszta z was niech zbierze łodzie uwiązane u brzegów i cicho tu przypłynie!“ — rozkazał cichym głosem Malczycki.

Gdy parobcy się rozbiegli, by wykonać rozkaz, obaj squatterowie usiedli u brzegu, spoglądając w milczeniu na rzekę i kulę. Jakkolwiek ani na chwilę nie odwrócili oczu od danych przedmiotów, mimo to przez pół godziny wyczekiwania na parobków nie zaszło nic, co by potwierdzić mogło domysły, iż kula przed nimi się unosząca zawiera w sobie życie.

Kiedy wreszcie przybyli ludzie z bronią, Malczycki i Brickbairn wsiedli wraz z parobkami do dwóch łodzi, cicho odbili od brzegu i powoli z zachowaniem wszelkich ostrożności przybliżali się do kuli, okrążyli ją naokoło, atoli nic szczególnego nie zwróciło ich uwagi. Naradziwszy się więc poprzód ze starym farmerem, dał Malczycki rozkaz służbie, aby miała się na baczności, podpłynął do kuli i prętem zapukał do jednego z okien, z których niezmiennie i ciągle wychodziły promienie światła czerwonawego; potem sam z łodzią cofnął się szybko o kilka metrów.

Po chwili ukazała się w oknie twarz czerwona a obok niej druga. Jakkolwiek oblegający kulę byli przygotowani na zjawisko niezwykłe, mimo to w pierwszej chwili twarze te jakoby ogniem płonące i oczy żarem połyskujące tak ich przeraziły, że dwóch parobków wpadło w wodę a Malczycki zaledwie miał czas pochwycić wpół starego farmera, który chciał pójść śladem swych służących.

Uspokoiwszy nieco służbę i Brickbairna, zawołał Malczycki;

— Kto jesteście?

Twarze jednak nie poruszyły się zupełnie, usta się nie otworzyły, tylko oczka małe zaopatrzone w jakieś okulary, spoglądały z wielką ciekawością przez okno. Wówczas squatter przypłynął z łodzią pod same okno i znowu powtórzył jeszcze głośniej swe pytanie.

Zdaje się, że głos ten usłyszano wewnątrz, bo nagle obie postacie jakby ogłuszone, zatkały sobie uszy a po chwili widać było poruszenie się ust, ale głos nie doszedł farmerów. Wnet i ręce opadły a po chwili twarze znikły spoza okna, robiąc wrażenie, jakby przygniecione ciężarem lub zbyt osłabione, padły na dno kuli. Po chwili ujrzano jak się podniosła jeszcze raz poza oknem ręka, której palec wskazujący wzniesiono w górę, a potem zapanowała znowu wewnątrz kuli zupełna nieruchomość, jakby w niej nie znajdowały się już żyjące istoty.VI.

— Coś djabły knują, jeśli nie dają znaku życia — ozwał się po długiej chwili jeden z parobków i przerwał ciszę, która zaległa łodzie, meteor otaczające.

Słowa te przywołały znowu do przytomności obu squatterów.

— Zostańcie tu na straży — zawołał Malczycki — a ja popędzę do miasta i dam znać władzy o tym wypadku.

Natychmiast przybiła łódź do brzegu, Malczycki wyskoczył, pobiegł do farmy Brickbairna, jako bliższej, i wkrótce widziano go cwałującego na koniu do Bathurst.

Mimo spóźnionej pory, była to bowiem pierwsza po północy, kazał obudzić burmistrza i opowiedział mu, co widział i słyszał na rzece Macquarie. P. Sawyer, jakkolwiek znał osobiście Malczyckiego jako nader uczciwego i poważnego człowieka, nie chciał dać wiary jego słowom, tak mu się wydawało bajecznym opowiadanie tegoż. Gdy tenże jednak zaręczył mu słowem, iż jest przy zdrowych zmysłach a podczas wieczerzy używał nader skromnie trunku, gdy wreszcie i burmistrz przypomniał sobie usłyszany poświst i łoskot przed kilku godzinami i przerażenie, jakiemu uległ, powstał szybko z łóżka, zawołał na służbę i porozsyłał ją po aldermanach, aby natychmiast zgromadzili się w ratuszu dla sprawy nader ważnej i niecierpiącej zwłoki. Równocześnie ubierał się z szybkością, na jaką mu dozwalała jego tusza, a wreszcie poprosił Malczyckiego, aby tenże sam wezwał inżynierów Lockroya i Arcana do bezzwłocznego przybycia na miejsce wypadku.

Mimo nocy dość ciemnej, mimo uśpienia miasta, wiadomość ta lotem błyskawicy rozeszła się po wszystkich ulicach; nie minęła też jeszcze godzina, a setki ludzi dążyły już ku farmie Brickbairna i nad rzekę.

Po chwili nadjechał burmistrz z aldermanami w powozie a tuż za nimi Malczycki z inżynierami.

Skoro Brickbairn ujrzał burmistrza na brzegu, przybliżył się doń, pozdrowił i potwierdził wszystkie słowa Malczyckiego, nadto dodał, iż przed pół godziną zdało mu się i jednemu z parobków, jakoby szczyt stożka był się na chwilę odchylił; sądzi atoli, iż to było tylko przewidzeniem, gdyż od tej pory nie zauważano żadnej zmiany.

Wkrótce rzeka zaroiła się od czółen i łodzi a burmistrz, aldermani i inżynierowie okrążali kulę zaglądając to do okien, to znowu szukając jakiej szpary, która by świadczyła o otworze, dozwalającym wejścia do meteoru. Jednak mimo skrupulatnych poszukiwań przy świetle pochodni, nie odkryto najmniejszej szparki, nawet okna szklane a raczej kryształowe zdawały się tworzyć z metalem jedną całość. Inżynierowie opatrzywszy wreszcie kulę ze stron wszystkich, oznajmili, iż stożek nie mógł się odchylić w żadnym miejscu, gdyż ani wzrokiem ani dotykiem nie odkryli żadnej szczeliny, którego świadczyła o zetknięciu się dwóch części. Również i u pierścienia wydzielającego światło tuż u wierzchołka stożka nie ujrzano żadnej szparki, chociaż w metal był wpuszczony obręcz z zupełnie przezroczystego kryształu.

Naradzano się więc tłumnie i głośno, co nadal uczynić należało, zwłaszcza, że wewnątrz kuli dotąd nie zauważono żadnego ruchu a niektórzy wyrazili obawę, czy mieszkańcom kuli nie wydarzyło się jakie nieszczęście, kiedy nie dają żadnego znaku życia.

Niektórzy ze śmielszych i inżynierowie zaglądając w okna widzieli na dnie kuli leżące dwie zupełnie czerwone postacie, ale mimo dość silnego pukania w okna i w ścianę kuli nie spostrzegli u nich żadnego ruchu.

Wreszcie na rozkaz burmistrza kilkaset rąk próbowało ruszyć kulę z miejsca, ale ta ani drgnęła. Kilku zanurzyło się w wodę pod kulę a następnie oświadczyli, że ta tkwić musi głęboko w piasku, bo słup metalowy połączony z dnem kuli zastrzągł zapewne na kilka metrów w ziemię. Jeden z inżynierów zamierzał już nawet młotem rozbić jedno z okien, aby wczas przyjść w pomoc nieszczęśliwym mieszkańcom kuli, gdy wtem powstał okrzyk wśród zgromadzonych, bo obecnie widziało wielu, iż wierzchołek stożka widocznie się podniósł i odchylił nieco.

Inżynierowie znowu się przybliżyli, ale jak poprzód tak i teraz nie zauważyli najmniejszej zmiany na powierzchni stożka. Wyrażali też swe zdziwienie i zachwyt niekłamany nad wyrobem tak doskonałym, kiedy nagle wierzchołek stożka, jak nakrywa u szklanki począł się na bok przechylać i okazał im otwór prowadzący do wnętrza. Zaglądnęli więc i oczom ich zaciekawionym przedstawił się widok następujący. Na dnie a właściwie na dwóch płaskich sofach spoczywały dwie małe postacie, bez ruchu prawie, bo tylko powieki i usta z trudnością się poruszały. Całe wnętrze kuli było wyłożone siwą aksamitną materią, a z boków ujrzano liczne kulki kryształowe wydzielające z siebie nader przyjemne, czerwone światło; kilka skrzynek i skrzyneczek i nieznanych przyrządów pokrywało dno kuli.

Ponieważ atoli zachodziła obawa, słuszna zresztą, o życie mieszkańców meteoru, inżynierowie więc zaczęli pytać, czego by żądali. Stawiano pytania w języku angielskim, francuskim i niemieckim, jednak nie otrzymano żadnej odpowiedzi. Wówczas Arcan, młodszy i śmielszy, usiadłszy poprzód na krawędzi otworu, spuścił się do wnętrza kuli.

Ponieważ już poprzód zauważył, że głośne mówienie sprawia ból mieszkańcom meteoru, więc począł znowu szeptem ich wypytywać, czego by żądali; wnet atoli poznał, że go nie rozumiano. Wreszcie na chybił trafił znając kilka słów chińskich, wyrzekł zdanie w tym języku, na co obie osoby coś wyszeptały, dając do zrozumienia, że im ten język znany.

Arcan jednak tym językiem nie władał, więc rozpoczęła się gra mimiczna, z której wreszcie wywnioskował, że mieszkańcy kuli zażądali, aby ich opuścił i wentyl zamknął.

Zanim inżynier zdołał ich życzenie zrozumieć, upłynęło sporo czasu, gdyż mimice stała na przeszkodzie okoliczność, że dziwni ci ludzie z trudnością poruszali tylko głową, ustami i powiekami i zaledwie mogli na kilka centymetrów unieść rękę.

Aby jednak zadość uczynić ich woli, Arcan miał już zamiar z kuli wyskoczyć, gdy przypomniał sobie, że przecież ich zostawić nie może w tym położeniu. Ofiarował się więc wynieść ich z kuli, ale kategorycznie zaprzeczyli temu, dając mu wreszcie do poznania, że ich trzeba zabrać wraz z ich mieszkaniem. Na przedstawienie, że mieszkanie ich ugrzęzło głęboko w piasku i żadna siła nie wyciągnie go tak rychło, znowu oczyma i lekkim ruchem rąk zażądali, aby ich inżynier opuścił, a oni sami uwolnią swą kulę z piasku. Jakkolwiek nie mógł pojąć, jakim by sposobem to się stać mogło, jednak wyszedł z meteoru i spuścił pokrywę, która dziwnym wypadkiem dała się obecnie lekko spuścić a nawet pozostawiła cieniuchną szczelinę, widoczną w miejscu, gdzie się stykała z głównym korpusem meteoru.

Opowiedziawszy zgromadzonym przebieg swego pobytu w meteorze, radził, przygotować wszystko celem transportu kuli do Bathurst, gdyż w tym miejscu, tak niedogodnym a może nawet dla dziwnych gości niebezpiecznym, nadal pozostać nie mogła. Postanowiono zatem mimo uroczystego święta natychmiast przystąpić do przeniesienia kuli, skoro, jak obiecywali mieszkańcy, wydobędą ją z piasku.

Na rozkaz przeto burmistrza kilkudziesięciu ludzi rozbiegło się po farmach po odpowiednią ilość desek, inni dostarczyli walców, od Malczyckiego sprowadzono koło na walcu i grubą długą linię, za pomocą której miano ciągnąć meteor po walcach i deskach aż do miasta.

Przygotowania te zajęły sporo czasu i słońce już zeszło, zanim wszystko znalazło się na miejscu.

Przed wschodem słońca ujrzano znowu twarze mieszkańców meteoru przy oknie.

— Dziwnym to jednak — odezwał się Lockroy, — iż ludzie ci obecnie mogą stać przy oknie i poruszać rękoma, kiedy przed godziną leżeli jak martwi na sofach.

— Może to jacy oszuści? zapytał burmistrz Sawyer.

— Jakkolwiek nie rozumiem tego wszystkiego — odpowiedział Arcan — mimo to jestem pewny, że nie są oszustami. Skąd by się znaleźli w tej kuli? Zresztą widziałem ich z bliska i sądzę, że są poczciwymi ludźmi, jakkolwiek twarze ich, cała ich postawa tak drobna, wewnętrzne urządzenie kuli, światło to szczególne, świadczą, iż są jacyś ludzie nadzwyczajni.

— Więc nie są podobni do nas?

— Ależ tak a przecież i nie. Wszak są mniejsi niż karły nasi, nie posiadają włosów na głowie i o ile mnie się zdaje, nie mają nawet zębów. Są nieco podobni do naszych kulisów, atoli kula na zewnątrz i wewnątrz przekonywa nas, iż jest dziełem ludzi znacznie wyższych umysłowo.

— Może to Japończycy? — zapytał jeden z aldermanów. Wszak to naród stojący na wysokim stopniu cywilizacji.

— Ależ nie na wyższym niż my, a my nie bylibyśmy zdolni do podobnych wyrobów. Zresztą, skąd się tu wzięli? Wczoraj tej kuli przecież nie było a waży ona około 2.000 kilogramów. Zjawiła się nagle....

— Kto wie, czy nie równocześnie z poświstem i blaskiem, które zauważyliśmy wieczorem — przerwał Lockroy.

— To nie ulega najmniejszej wątpliwości, — rzekł Brickbairn. — Wszak moja służba ujrzała tę kulę w tym miejscu, wybiegłszy z domu po zjawieniu się meteoru.

— Może to bomba Gun-klubu z Baltimore, — zażartował ktoś z tłumu.

— A może z nieba spadła — zawołał inny.

Śmiech ogólny towarzyszył tym słowom, atoli Arcan poważnie spojrzał na otaczających i rzekł:
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij