-
nowość
Gostek - ebook
Gostek - ebook
A co, jeśli twój przyjaciel… dla świata nie istnieje?
Tomek ma najlepszego przyjaciela – Gostka! To najfajniejszy i najzabawniejszy kumpel, jakiego można sobie wyobrazić. Problem polega na tym, że jedynie Tomek go widzi i słyszy. Dodatkowo „genialne” pomysły Gostka wpędzają chłopca w coraz większe tarapaty.
W końcu rodzice, załamani poczynaniami Tomka, postanawiają wysłać go do Domu Dobrej Nadziei. Liczą na to, że tam Gostek zniknie wreszcie z życia ich syna. Tyle że Tomek nie chce się rozstać z przyjacielem. Czy musi się z nim pożegnać tylko dlatego, że inni go nie widzą?
Ta niezwykła powieść pozwala młodym czytelnikom spojrzeć na świat z unikalnej perspektywy. Autor – Pieter Koolwijk – z niezwykłą empatią i błyskotliwym poczuciem humoru wplata w fabułę kwestie zdrowia psychicznego dzieci. Stawia przy tym odważne pytanie o to, co jest normalnością, a co szaleństwem.
„Gostek” stał się fenomenem wydawniczym w Holandii; historię Tomka i jego przyjaciół pokochały zarówno dzieci, jak i dorośli. To jedna z tych książek, która raz przeczytana zostaje z czytelnikami na zawsze.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dzieci 6-12 |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8380-497-2 |
| Rozmiar pliku: | 4,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1. Polowanie na trolla
2. W domu
3. Rozgrywka
4. Wielki napad na muzeum
5. Doktor Filip
6. Granat ręczny
7. Dyskoteka
8. Superbohaterzy
9. Ucieczka
10. Dom Dobrej Nadziei
11. Żarciostwór
12. Biblioczary
13. Głowa
14. Smoczy las
15. Sonia, królowa ślimaków
16. Goście
17. Ufochłopiec i Koleś z Przyszłości
18. Zombie
19. Patryk
20. Pożar
21. Daj mi spokój
22. Przerwać misję
23. Po prostu
24. Tymek
25. Powrót
26. Palce
27. TrollWydawca pragnie serdecznie podziękować Holenderskiej Fundacji Literatury i poinformować, że książka ukazała się dzięki jej wsparciu.
Vosmarowi i wszystkim innym
gościom na świecie
1. POLOWANIE NA TROLLA
Było piękne popołudnie. Takie, jakby lato się pomyliło i przyszło wiosną. W taki dzień nie chciałem siedzieć w domu. Zwłaszcza że moi rodzice mogli się spodziewać niemiłego telefonu od mojej wychowawczyni wiedźmy. Nie, wolałem przedtem zrobić coś fajnego.
No to wybraliśmy się na polowanie na trolla!
Szliśmy z Gostkiem wzdłuż rowu i wypatrywaliśmy cienkiej deski. Tylko po niej dało się niespostrzeżenie dostać na złomowisko – najlepszą miejscówkę dla poszukiwaczy trolli.
– To chyba było gdzieś tutaj. Może ją zabrali – powiedziałem.
– Nie, T.T. Chodźmy trochę dalej.
Gostek był ubrany dokładnie tak, jak trzeba: w kapelusz tropikalny, koszulę i krótkie spodenki w identycznym odcieniu zieleni. Cały jego strój aż krzyczał „polowanie”. Gostek miał nawet naciągnięte wysoko białe skarpety i solidne buty do chodzenia po górach.
Sięgnął po zawieszoną na szyi lornetkę i przyłożył ją do oczu.
– To tam – oświadczył. – Prawie jesteśmy.
I ruszył pędem przed siebie.
A ja...
Ja pobiegłem za nim. Jak zawsze. Zanim dotarłem do deski, Gostek machał mi już z drugiego brzegu. Wziąłem głęboki wdech. Chciałem postawić krok, ale się zatrzymałem. Musiałem najpierw zebrać się na odwagę. Deska była węższa, niż zapamiętałem. A co gorsza, woda strasznie bulgotała – jak wrzątek, tylko że bez pary.
– Dalej, T.T.! – Gostek zatkał nos. – Czuć tu trollem.
Postawiłem stopę na desce, a woda natychmiast zaczęła bulgotać jeszcze mocniej. Pojawił się nawet wir. Błyskawicznie się cofnąłem.
– Co to?
– No nie...
Gostek pokręcił głową, wszedł na deskę i wielkimi krokami przeszedł na sam środek. Bez trudu utrzymywał równowagę.
– Panie Nes! – zawołał. – Natychmiast się pan pokaż!
Poziom wody się podniósł i z wąziutkiego rowu wynurzył się gigantyczny szary łeb. Jaszczura. Czy może nawet dinozaura. Zwierz wyciągał ogromną szyję wyżej i wyżej. Wreszcie zatrzymał łeb parę metrów nad Gostkiem. Ociekał wodą ze wszystkich stron.
– Przecież tłumaczyłem! – krzyknął Gościu. – T.T. nie jest jedzeniem.
Zwierz wydał z siebie dziwny pomruk, więc dla pewności zrobiłem dwa kroki w tył.
– Nie. Ramienia też nie. Ani kęska mu pan nie uszczkniesz z głowy. I nawet nie próbuj pan go polizać. – Gostek wycelował ostrzegawczo palec w stronę łba. – To ostatnie ostrzeżenie. Zostawisz pan T.T. w spokoju, a jak nie, to przez resztę tygodnia będziesz pan miał karę.
Zwierz znów zamruczał, tym razem mniej groźnie.
– Lepiej przeproś T.T. Nie mnie – odparł Gostek.
– No... Nie... Naprawdę nie trzeba... – Prędko cofnąłem się jeszcze trochę. – Wszystko w porządku. Naprawdę.
Długa szyja odwróciła się w moim kierunku. Olbrzymi łeb opuścił się i zawisł tuż przed moją twarzą. Patrzyłem prosto na dwa olbrzymie nozdrza. Nagle buchnęło z nich ciepłe powietrze, rozwiewając mi włosy na wszystkie strony. Potem zwierz wydał z siebie przeciągły, smutny dźwięk. Jak słoń leżący pod wielką górą ciuchów i bynajmniej z tego powodu nie zadowolony.
– Oj tam... – powiedziałem. – Wszystko w porządku. Mogłem zrobić tak samo.
Kolejny powiew ciepłego powietrza z nozdrzy jeszcze raz rozwiał mi włosy. A potem zwierz opuścił głowę i dał nura do rowu.
– W sumie nie możesz mieć tego za złe panu Nesowi – rzucił Gostek. Ruszył po desce w kierunku złomowiska i zeskoczył na brzeg. – Ciągle mylą mu się słowa „tak” i „nie”. Bo po prostu są trudne.
Odwrócił się do mnie.
– Idziemy?
Znów zrobiłem krok, przeniosłem ciężar ciała na stopę z przodu i spróbowałem złapać równowagę. Później szybko dostawiłem kolejną stopę i prędko ruszyłem przed siebie. Na końcu się zachwiałem, ale zrobiłem pokraczny skok i z trudem wylądowałem po drugiej stronie.
– Uff. Mało bra... – zacząłem.
– Ćśś – syknął Gostek. – Słyszę trolla.
Rzeczywiście, niedaleko rozbrzmiewał głos. Najbrzydszy i najstraszniejszy głos, jaki słyszałem w całym swoim życiu. Głos kogoś, kto żywcem pożera dzieci. Ukryłem się za stosem aut i pokazałem Gostkowi gestem, żeby zachował ostrożność. Nie żeby się tym przejął.
– W tym już nie ma – powiedział troll. Mówił powoli, jakby musiał się zastanawiać nad każdym słowem. – Szukać dalej?
Westchnął głęboko.
– Rozmawia przez telefon – szepnął wyglądający zza wraku auta Gostek. – I wcale nie wygląda na zadowolonego.
– Trolle nigdy nie są zadowolone – odparłem.
– Chyba że akurat jedzą dzieci – rzucił Gostek.
– Tak... – zgodziłem się. – Chyba że akurat jedzą dzieci.
– Być może mam tu jeszcze kilka – powiedział troll. – Mogę zrobić tak, że...
A potem jego głos przycichł i zorientowałem się, że oddala się od nas. Gostek natychmiast się poderwał.
– Mam plan. Mistrzowski plan. – Uśmiechnął się szeroko. – Odtąd mów do mnie „mistrzu Gościu”.
– Pfff... – Pokręciłem głową w rozbawieniu. – Nie będę cię nazywał żadnym mistrzem. Dla mnie jesteś po prostu Gostek.
Choć był moim najlepszym przyjacielem, nie miałem pojęcia, jak ma naprawdę na imię. Jasne, nieraz go o to pytałem, ale nigdy nie odpowiedział mi normalnie. Zwykle mówił: „Bohater”, „Sir Ser” i „Król”. Raz zaproponował, żebym mówił do niego Fantas. Wtedy bylibyśmy razem Fantas-i-ty-czni. Całkiem niezły pomysł, ale zdążyłem już się przyzwyczaić do nazywania go Gostkiem. Albo Gościem. Tego słowa zawsze używał mój dawny sąsiad, który nie miał pamięci do imion.
– Ale powiedz: jaki masz fantastyczny plan? – spytałem.
– Mistrzowski... – poprawił mnie.
– Mistrzowski plan.
– Dobra. Wszyscy wiedzą, że trolle nie znoszą wody.
– Wody? – powtórzyłem. – Chyba światła słonecznego?
– Młody... – Gostek pokręcił głową. – Mówisz o zwykłych trollach. A to troll złomowiskowy. One uwielbiają brud.
Brzmiało to tak logicznie, że faktycznie coś w tym mogło być. Dlatego zabraliśmy się do roboty. Nazbieraliśmy opon samochodowych, zataszczyliśmy je w jedno miejsce i ułożyliśmy na ziemi. Potem napełniliśmy wodą z rowu stare wiadro i kanister i ustawiliśmy je we właściwym miejscu. Pozostawało nam już tylko zbudować pułapkę. Ale na to było już za późno.
O wiele za późno.
Nadchodził troll.
– Trochę dalej stoi jeszcze jeden – ogłosił troll wstrętnym, typowym dla niego głosem.
Gostek ruszył pędem do szarego samochodu i wskoczył przez otwarte okno na tylne siedzenie. Otworzyłem drzwi od strony kierowcy, schowałem się za kierownicą i prędko zatrzasnąłem je za sobą.
– To ostatni. Dalej naprawdę nic już nie ma – powiedział troll.
Ostrożnie wyjrzałem znad deski rozdzielczej i zobaczyłem, że troll człapie w naszą stronę. To był spory osobnik. Miał brwi jak włochate gąsienice, obwisły nochal większy od mojej głowy i prawdopodobnie nigdy nie mył zębów. Nosił szary poplamiony kombinezon. Z kieszeni wystawały mu narzędzia, a do ucha przyciskał telefon. Ostrożnie przemieszczał się między porozkładanymi przez nas oponami.
– Na ziemię! – syknął z tylnego siedzenia Gostek.
Powoli się schyliłem. Zdążyłem jeszcze zauważyć, jak troll dociera do naszej kryjówki. Auto lekko się zatrzęsło, a zardzewiała maska wydała piszczący dźwięk.
– W tym jeszcze jest. Wyciągnę go, zobaczę, w jakim jest stanie, i oddzwonię – ogłosił troll. Na chwilę zapadła cisza. – Dobrze. Do usłyszenia.
Z przodu auta dobiegł odgłos metalu trącego o metal, a pojazd znów lekko się zakołysał.
– Wciśnij klakson! – szepnął Gostek. – Jest tuż przy jego głowie.
Rzuciłem mu wściekłe spojrzenie i odmówiłem.
– Dowie się, że tu jesteśmy. I będziemy mieli problem.
– Skąd – zaprzeczył. – Wszystko idealnie pasuje do planu. Przestraszy się. A my szybko weźmiemy wodę i na niego chluśniemy.
– To się w życiu nie uda, Gościu. Woda jest na zewnątrz.
– Młody... – powiedział z szelmowskim błyskiem w oku Gostek. – Boisz się?
– Co?! – Nie chciałem tego słuchać. Oczywiście, że się nie bałem. Nic z tych rzeczy. – Dobra – szepnąłem. – Trzy, dwa, jeden.
I z całych sił nacisnąłem na środek kierownicy.
Z przodu auta rozległ się ogłuszający ryk klaksonu. A potem głośne trollowe przekleństwo, stuk w maskę samochodu i jeszcze jedno przekleństwo – tym razem dużo brzydsze.
– Dalej, T.T. – Gościu wyszedł już ze środka i żywo machał rękami.
Popchnąłem drzwi i wypadłem na zewnątrz.
– Łapać trolla! – wrzasnął Gostek i popędził do kanistra z wodą.
– Łapać trolla! – zawołałem i chwyciłem za wiadro.
Troll wybałuszył oczy.
– Tomek?
– Polowanie na trolla! – Gostek rzucił kanistrem w trolla. Pojemnik świsnął tuż obok jego paskudnej łepetyny. Pudło.
– Polowanie na trolla! – wykrzyknąłem i chlusnąłem wodą z rowu prosto w twarz trolla.
– Co do... – Troll cofnął się o krok, wdepnął stopą w oponę i stracił równowagę.
Jak ścięte drzewo powoli padł między opony.
– Ekstra! – ucieszył się Gostek. – Już kamienieje?
– Nie wiem... – Zrobiłem krok do przodu, żeby się przyjrzeć z bliska. – Chyba nie.
Tak naprawdę to byłem pewny, że nie. Troll darł się, zrzędził i przeklinał. Nie brzmiało to, jakby skamieniał.
Nawet się podniósł... Z żądzą mordu w oczach.
– Już ja cię dopadnę! – zagrzmiał, a złomowisko aż się zatrzęsło od tego ryku.
– Przerwać misję! – zawołał Gostek. – Przerwać misję!
Zgoda. Trzeba spływać. Obróciłem się i rzuciłem do ucieczki. Troll klął i pieklił się gdzieś za moimi plecami. Że mam się nie ruszać. Że mu za to zapłacę. A wszystko to przetykane słowami, których nie wolno mi powtarzać w domu. Oczywiście, że zwiałem. Popędziłem między autami, przeskakując nad rozrzuconymi gratami, i zatrzymałem się dopiero przy rowie.
– Dawaj, młody! Już prawie tu jest! – Gostek stał po drugiej stronie rowu i podskakiwał z ekscytacją.
Zerknąłem przez ramię i odkryłem, że nie zdążę spokojnie przejść po desce. Troll był za blisko. Tylko prędkość mogła mnie uratować, więc wystartowałem ze wszystkich sił. Pierwszy krok mi się udał, za drugim tylko do połowy trafiłem w deskę, a za trzecim – wcale. Próbowałem jeszcze wybić się z drugiej nogi, ale zabrakło mi siły do skoku. Wleciałem do wody, sięgającej co najmniej do pasa, a stopy zapadły mi się w muł.
Od strony rowu dobiegł mnie wysoki, nieposkromiony rechot Gostka.
Ze śmiechu nie mógł utrzymać się na nogach i padł na ziemię. Łzy ciekły mu po policzkach.
– Dobre!
Mnie to nie śmieszyło. Troll może nie przepadał za wodą, ale pan Nes już tak. Zaraz coś mi odgryzie, bo znowu pomyli mu się „tak” z „nie”. Jak najszybciej zacząłem brodzić przez brudną wodę w stronę Gostka.
– Pomóż mi wyjść!
– Nic z tego. – Olbrzymi troll w kombinezonie zjawił się za mną. – Z niczym ci nie pomogę. Sam jesteś sobie winien. Trzeba było tu nie przychodzić.
Najwyraźniej troll myślał, że mówię do niego.
– Zostaw go w spokoju, cuchnący trollu. – Gostek wyszczerzył się szeroko.
Wciągnąłem się na brzeg. Moje spodnie były ciężkie od wody, a jeden z butów na dobre utknął w błocie.
– Tomaszu! Tyle razy cię ostrzegałem! – Troll wycelował dwoma paluchami najpierw w swoje oczy, a potem w moje. – Masz zakaz wstępu na mój teren. Tym razem powiem rodzicom.
Obrócił się i kręcąc głową, poczłapał z powrotem na złomowisko.
– Wie, kim jesteś – zauważył Gostek.
Skinąłem głową.
– Zgadza się. Nic dziwnego po tych wszystkich historiach.
– Tak... – potwierdził Gostek. – A jednak dalej nie udało nam się go schwytać.
Wzruszył ramionami.
– Ach, miejmy nadzieję, że następnym razem pójdzie lepiej.
– A jak nie, to jeszcze następnym. – Uśmiechnąłem się.
– Albo jeszcze następnym.
– Albo jeszcze, jeszcze następnym.
I tak szliśmy sobie wzdłuż rowu, Gostek wesoło podskakując, a ja – w mokrych ciuchach – głównie pokapując. Dużo gadaliśmy o tym, jak złapać wielkiego, niebezpiecznego trolla złomowiskowego.
Bo przecież za którymś razem musi nam się udać, prawda?
2. W DOMU
Wszedłem do ogródka z tyłu domu. Wciąż ociekałem wodą z rowu. Nigdzie nie widziałem Gostka, ale za to rodzice siedzieli na krzesłach ogrodowych pod parasolem. Tata z grubą książką, mama z telefonem, który na mój widok natychmiast odłożyła.
– Wróciłeś! Tak się martwiłam. – Mama zerwała się na równe nogi.
Tata podniósł wzrok znad książki.
– Jesteś mokry – zauważył oschle.
– Wdepnąłem w kałużę – oświadczyłem.
– Kałużę?! – Głos mamy przeszedł w pisk. – Jesteś przemoczony do pasa.
– W bardzo głęboką kałużę.
– A to błoto?
– W bardzo głęboką, brudną kałużę...
Tata zaczął się śmiać, ale mama natychmiast trąciła go w ramię. Rzuciła mu rozgniewane spojrzenie.
– To nie jest śmieszne, Paweł. Ani trochę. – Następnie przeniosła wzrok na mnie. – Siadaj, Tomku.
Ruszyłem w kapiącym bucie i przemoczonych skarpetkach do jedynego wolnego krzesła i na nim usiadłem.
– Czy ja chcę wiedzieć, co się stało z twoim drugim butem? – spytała mama.
Pokręciłem głową.
– No więc tak. – Westchnęła. – Najpierw dzwoni do mnie twoja nauczycielka i mówi, że nie chcesz robić zadań z matematyki i wyzywasz ją od wiedźm, a do tego ją kopnąłeś.
– To wcale nie była ona – broniłem się. – Tylko wiedźma, która zajęła jej miejsce.
Na twarzy taty pojawił się uśmiech, który zniknął, gdy tylko mama spojrzała w jego stronę.
– Paweł, w ten sposób tylko go zachęcasz... – powiedziała.
Tata westchnął, odłożył książkę na stół i się wyprostował.
– Mama ma rację. Nie wolno ci nazywać wychowawczyni wiedźmą, a tym bardziej jej kopać.
Pokiwałem głową. To często działało najlepiej.
– A jak myśleliśmy, że to już wszystko, na dobitkę zadzwonił pan Troliński ze złomowiska. – Mama zerknęła na tatę, a potem na mnie. – Dobrze wiesz, że nie wolno ci tam chodzić. Jak mogłeś wpaść na pomysł, żeby oblać wodą pana Trolińskiego i zwyzywać go od trolli?
Tata parsknął śmiechem.
– Paweł! – rzuciła ostro mama.
– Daj spokój. – Zaśmiał się. – Ten gość faktycznie jest jak troll.
Mama spojrzała na tatę z wściekłością.
– Ale to oczywiście nie znaczy, że wolno go tak nazywać – dodał szybko tata. – A już na pewno nie oblewać wodą.
Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć. No bo co, jeśli na złomowisku naprawdę mieszkał troll? A wiedźma zajęła miejsce mojej pani? To mogło się przecież zdarzyć.
– Tomku – powiedziała mama. – Czy przypadkiem nie wrócił Gostek?
– Nie – odparłem bez namysłu. Automatycznie, odruchowo. Jakbym odsuwał dłoń od czegoś gorącego, co już raz o mało mnie nie sparzyło. Nie miałem zamiaru tego powtarzać.
Mama rozejrzała się po ogrodzie, jakby spodziewała się, że zobaczy gdzieś Gostka, ale to nie miało sensu. Nikt go nie widział. Nikt go nie słyszał. Gostek nie istniał dla nikogo na świecie.
Poza mną.
I dlatego wszyscy myśleli, że jestem wariatem. Że wymyśliłem sobie przyjaciela. Wyobrażonego przyjaciela.
A to oczywiście jedna wielka bzdura.
Jak daleko sięgam pamięcią, Gostek naprawdę istniał.
Kiedy byłem mały, wszystkim o nim opowiadałem. O każdym żarcie, każdym spostrzeżeniu i każdej dziwnej sytuacji. Najpierw nie zdawałem sobie sprawy, że tylko ja go widzę. Potem opowiadałem, bo było mi żal, że inni nie mają w swoim życiu Gostka. Wszystkim zawsze się to podobało. Śmieszyło ich. Było słodkie. Urocze.
Aż przyszedł czas, żebym zaczął szkołę.
I wtedy wszystko się zmieniło.
Nagle wszyscy uznali, że jestem za duży na wyobrażonego przyjaciela. Takie rzeczy były dobre dla gaworzących maluchów i paplających bez sensu szkrabów. One miały sporo fantazji. Jeszcze nikt im tego nie zabraniał. Ale kiedy miało się sześć lat, należało z tego wyrosnąć. Wyobrażony przyjaciel był czymś dziwnym.
Tu się z nimi zgadzałem.
Wyobrażony przyjaciel był czymś bardzo dziwnym.
Tylko że Gostek nie był wyobrażony. Był niewidzialny, a to zupełnie inna sprawa. Przynajmniej moim zdaniem, bo mama sądziła zupełnie inaczej. Tak się martwiła całą tą historią z Gostkiem, że pojawiły jej się zmarszczki. Zaciągnęła mnie nawet do specjalnego lekarza od głowy, jakbym był wariatem. Chodziłem do niego, póki nie wyzdrowiałem.
A dokładniej mówiąc...
Póki nie zacząłem udawać, że Gostek zniknął.
– Tomku, spytam jeszcze raz. – Mama spojrzała na mnie surowo. – Czy Gostek wrócił?
– Nie, mamo. Naprawdę nie kłamię. – Westchnąłem głęboko.
Mówiłem zresztą prawdę. Gostek nigdy nie zniknął, a zatem nie mógł wrócić.
Surowość zamieniła się w troskę.
– Na pewno?
Pokiwałem głową.
– No jasne.
– Tomek... – powiedział tata. – Czy możemy się w takim razie umówić, że przestaniesz przezywać niewinnych ludzi, oblewać ich wodą, kopać i ogólnie im dokuczać?
– Dobrze. – Oczywiście, że nie miałem zamiaru dokuczać niewinnym ludziom. To nie byłoby zbyt miłe. Na szczęście tata nie wspomniał nic o niebezpiecznych wiedźmach czy pożerających dzieci trollach.
Tata się uśmiechnął.
– Jest taka ładna pogoda, że napuściłem ci wody do basenu. Wskakuj i opłucz się do czysta. – Wskazał kąt ogrodu.
Obejrzałem się przez ramię i świat odmienił się na moich oczach. Rośliny wybujały i zmieniły się w palmy, cała trawa zniknęła. Zamiast niej wszędzie pojawił się piasek. To już nie był ogród, lecz wyspa oblana bezkresnym morzem. Gostek machał mi z drewnianej tratwy kołyszącej się na falach. Miał jedno oko zasłonięte czarną przepaską, obwiązał głowę chustką i włożył strój pirata. W miejscu prawej stopy z nogawki spodni wystawała teraz drewniana noga.
– Młody! – zawołał. – Przypływam ci na ratunek. Ale inni się nie zmieszczą.
Skoro tak, to rodzice będą musieli chwilę poczekać. Postanowiłem, że poślę kogoś po nich, jak tylko sam będę bezpieczny. Zeskoczyłem z krzesła, popędziłem przez plażę i z pluskiem rzuciłem się do wody. Była mokra i zimna, a prąd silny.
– Tomku, przestań ciągle tak wskakiwać. – Usłyszałem jeszcze wołanie mamy. – To prosta droga do wypadku.
Na moment zrobiło mi się jej żal. Sądziła, że rzucam się w bezkresne morze dla rozrywki. Dla zabawy. Gdyby tylko miała rację – ale to była naprawdę poważna sprawa. Fale chlustały mi w twarz i raz za razem zakrywały mnie całego. Z trudem udało mi się dopłynąć do tratwy Gostka.
Pojawił się tylko jeden problem...
Tratwa była za mała dla nas obu.
Zaczęliśmy więc o nią walczyć. Jak na prawdziwych piratów przystało, spędzaliśmy więcej czasu w wodzie niż na tratwie. Przewracaliśmy ją, ściągaliśmy się z niej nawzajem albo trzymaliśmy się jej z całych sił. Walka trwała godzinami, dniami, może nawet latami: żaden nie chciał się poddać.
– Chodź, Tomek. Mama prawie skończyła robić obiad – zawołał z plaży tata.
Obejrzałem się i ujrzałem, że dalej unosiliśmy się na wodzie przy wyspie. Nie oddaliliśmy się ani na milimetr.
– No ładnie – powiedział tata. – Wychlapałeś połowę wody.
– Były strasznie wysokie fale – wyjaśniłem.
Tata pokiwał głową.
– Tak właśnie przypuszczałem. Wyjmiesz też materac wodny?
Jedynym, co widziałem, była tratwa. Wyciągnąłem ją więc na brzeg. Gostek pomagał mi i obiecał, że nie odpłynie ukradkiem beze mnie.
Bo wspólne bitwy o tratwę były dużo fajniejsze.
I tu się z nim zgadzałem.
3. ROZGRYWKA
Po jedzeniu chciałem znów pójść na dwór, ale jak na złość mama wolała, żebym został w domu. Uznała, że na jeden dzień wystarczy jej już niemiłych niespodzianek.
– Może w coś zagramy? – zaproponował tata.
– Taaaaak! W monopol! – zawołałem.
To zawsze było fajne.
– Nie, nie w monopol – zaprotestowała mama. – Zawsze tak dziwnie się zachowujesz, kiedy składamy grę.
Dziwnie? Dziwnie?! Najpierw trzeba było zdobyć władzę absolutną. Wejść w posiadanie połowy miasta. Zjednać sobie mieszkańców. A jak tylko zdążyliśmy się ze sobą zżyć, rodzice znów upychali wszystko do pudełka. To dopiero było dziwne.
– Mam pomysł – powiedział tata. – Zagrajmy w kwartet.
– Kwartet? – powtórzyłem. – Nigdy nie gramy w kwartet.
– No właśnie. – Tata puścił do mnie oko i wstał. – Chyba gdzieś tu leży.
Wyszedł z pokoju, by chwilę później wrócić ze starą talią kart.
– Tadaam! Kwartet z bajkami. – Tata usiadł przy stole. – To zdecydowanie coś dla ciebie, Tomku.
Rzeczywiście się zainteresowałem. I nie ja jeden. Gostek też wstał z kanapy.
– Gram z wami! – Gostek się ucieszył. – Ale nie mów im o tym.
Pokręciłem głową. Oczywiście, że bym nie powiedział. Nie potrzebowałem ich zrzędzenia. Usiadłem przy stole obok taty i patrzyłem, jak tasuje karty.
– Ten gość wygląda mi na oszusta – stwierdził Gostek. Stanął za plecami taty i zajrzał mu przez ramię. – Ani trochę mu nie ufam.
Uważnie przypatrywał się dłoniom taty.
Mama postawiła na stole coś do picia i usiadła z nami. Tata zaczął rozdawać. Każde z nas dostało osiem kart, a z reszty powstał stos.
Gościu stanął przy mnie.
– Co tam masz?
Miałem trzy karty z Królewny Śnieżki: złą królową, księcia i siedmiu krasnoludków. Brakowało tylko samej Śnieżki. Dostałem też Jasia i domek z piernika z Jasia i Małgosi, Czerwonego Kapturka i wilka z Czerwonego Kapturka, a do tego księcia z Kopciuszka. Szturchnąłem Gostka i przesunąłem palcem po trzech kartach z Królewny Śnieżki.
– No tak – skwitował. – Może myślisz, że to sprytne. Ale ja bym je wywalił.
– Co?! – Zdziwiłem się.
Rodzice natychmiast na mnie spojrzeli.
– Mam niesamowicie dobre karty! – zawołałem, próbując się uratować.
– Widziałeś złą królową? – spytał Gostek. – Musimy jak najszybciej się jej pozbyć. Jest śmiertelnie niebezpieczna, młody. Nie można jej ufać.
Zła królowa z karty ożyła na moich oczach. Obróciła głowę i rzuciła Gostkowi wściekłe spojrzenie. A potem ruszyła przed siebie, złapała brzegi karty i zaczęła gramolić się na zewnątrz!
– Wywal ją! – trąbił mi do ucha Gostek. – Wywal! Wywal! Wywal!
Z hukiem położyłem kartę na stole obrazkiem do góry.
Zaskoczeni rodzice znów na mnie spojrzeli.
– No... Bo... Te karty pasują do siebie – rzuciłem. Szybko dodałem księcia i siedmiu krasnoludków do stosiku z królową.
– A więc masz trzy karty z tej samej bajki. – Tata puścił do mnie oko. – Dobrze wiedzieć.
– Zgadza się – dodała mama. To ona zaczynała. Zerknęła na swoje karty, skinęła głową i zwróciła się do mnie: – Czy masz dla mnie... Czerwonego Kapturka z bajki o Czerwonym Kapturku?
Sprawdziłem karty. Miałem.
– Nie oddawaj – zaprotestował Gostek. – To fajna dziewczyna, kiedyś z nią chodziłem.
Czerwony Kapturek zsunął lekko z głowy czerwony kaptur, pomachał Gostkowi i posłał mu buziaka ręką.
– Przykro mi, mamo, ale wolę zachować tę kartę – powiedziałem.
– Co?! – Mama zmarszczyła brwi. – Masz ją?
– Tak. Ale nie chcę jej oddać.
Tata się zaśmiał.
– Tomek, to tak nie działa. Jeśli ją masz, musisz oddać.
– No dobra... – Wyszukałem kartę spośród innych. Czerwony Kapturek zaczął cichutko szlochać. Popatrywał na mnie smutno, kręcąc błagalnie głową.
Przełknąłem ślinę. Położyłem kartę na stole i przesunąłem ją w stronę mamy.
– Młody... – jęknął z niedowierzaniem Gostek. – Serca nie masz? Ty potworze!
Padł na kolana i rozerwał koszulkę.
– Co za bezwzględna gra. Po prostu okropność.
– To poproszę jeszcze myśliwego – powiedziała mama.
– Ale nie mam!
– Twoja kolej, Tomek – rzucił tata.
– Nie twoja! – Gostek zerwał się na równe nogi. – Nasza!
Pobiegł w podskokach do mamy i uważnie przyjrzał się jej kartom, kiwając głową. Następnie pospieszył do taty i zrobił to samo.
W oczekiwaniu na Gostka drapałem się po brodzie i udawałem, że niesamowicie mocno myślę. Mruczałem nawet w zamyśleniu.
– On ma Królewnę Śnieżkę. – Gostek podskakiwał w miejscu. – Poproś o nią! Nie będziesz już musiał dotykać tej wstrętnej, najgorszej królowej.
To był dobry pomysł. Królowa nie mogłaby już ukradkiem wygramolić się ze swojej karty. Ugrzęzłaby na wieki.
– Tato? Czy mogę prosić o... Królewnę Śnieżkę?
– Wolałbym nie. – Tata się zaśmiał. – Ale proszę bardzo.
Schwycił kartę i rzucił ją na stół przede mną.
Królewna Śnieżka trzymała się jedną ręką brzegu karty, a drugą przycisnęła do buzi. Biała twarz dziewczyny wydawała się troszkę pozieleniała. Ostrożnie sięgnąłem po kartę i delikatnie położyłem ją na stosik.
– Kwartet – ogłosiłem.
– A teraz jak najszybciej odzyskaj Czerwonego Kapturka. – Gostek znowu stanął za plecami mamy. – Ona ma też babcię!
Przeszedł do taty.
– A on myśliwego.
Posłuchałem rady Gostka. Najpierw Czerwony Kapturek – który posłał mi ręką buziaka – potem babcia, skacząca wokół w dzikim tańcu, a na koniec myśliwy, który z dumą pokazał mi uniesiony kciuk.
Kolejny kwartet.
Tyle że tym razem rodzice zaczęli patrzeć na mnie pytająco. Oczywiście Gostek i ja wcale się tym nie przejęliśmy. Wygrana to wygrana. Byliśmy niezwyciężonym zespołem i ku ogromnej radości bajkowych postaci zdobywaliśmy jeden kwartet za drugim. Urządziły nam wielkie przyjęcie, zaczęły śpiewać najróżniejsze pieśni i ogłosiły nas honorowymi mieszkańcami baśniowego lasu. Było fantastycznie.
Aż tata poprosił o wszystkie karty, by ponownie je potasować. Zupełnie jakby nie znosił bajek i chciał przyprawić o mdłości wszystkie postaci z gry w kwartety.
Nagle to on został czarnym charakterem.
Złym królem.
Podłym czarownikiem.
Kimś, kogo należało pokonać.
A ja jako jedyny miałem na to odwagę.
Zerwałem się z krzesła, rzuciłem na stół i wytrąciłem karty z ręki taty.
– Tomek! – zawołał wystraszony.
Karty wylądowały na podłodze i wyrosły im nóżki. Zaczęły biegać w kółko w panice.
– Przerwać misję! – wykrzyknął Gostek. – Przerwać misję.
– Przerwać misję! – zawtórowały postaci z bajek.
A kwadrans później leżałem już w łóżku. Tym razem wyjątkowo wcześnie. Za karę.
– Wołałem przecież: „Przerwać misję” – zauważył Gostek. Bujał się w hamaku zawieszonym pod sufitem. – Nie słyszałeś?
– Owszem – odparłem. – Ale było już za późno.
– Bo jak się ją wkurzy, to działa szybko.
– Superszybko.
– Jak błyskawica.
– Jak superszybka błyskawica – dodałem. – Mama by pasowała do naszej superbohaterskiej drużyny.
– Młody... – Gostek rzucił we mnie poduszką. – Ona wcale nie potrafi współpracować. Ciągle tylko zgrywa szefa.
Tu miał całkowitą rację. We dwóch byliśmy najsilniejsi.
Nie potrzebowaliśmy nikogo więcej.