Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Gra w bierki - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 stycznia 2026
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Gra w bierki - ebook

Poruszająca saga o dorastaniu w cieniu historii, o odwadze trwania razem, nawet gdy codzienność wymaga coraz to nowych poświęceń.

Lata pięćdziesiąte. Trzy siostry – Elżbieta, Irena i Gabriela –oraz ich bracia wkraczają w dorosłość, odkrywając, że życie, niczym gra w bierki, wymaga ostrożności i podejmowania decyzji w odpowiednim momencie. Każdy ich ruch może odmienić przyszłość całej rodziny Duszów.

Elżbieta zmaga się z niepewnością dotyczącą tego, jaką drogą dalej podążać. Irena walczy o przetrwanie w domu teściowej, gdy jej mąż traci zdrowie. Gabriela, odarta z młodzieńczych złudzeń, próbuje odnaleźć siebie w świecie sztuki i miłości. Rysiek staje przed pierwszymi poważnymi wyborami, poznaje smak miłości. Marian odkrywa w sobie niespotykany talent.

Losy rodzeństwa splatają się w burzliwych czasach powojennej Polski i prowadzą aż do przełomowego roku 1968 – czasu niepokoju, buntu i przemian, które przynoszą zarówno lęk, jak i nadzieję.

Gra w bierki to opowieść o tym, że w walce o wolność i szczęście największą moc ma wybaczenie – sobie i innym.

Każdy z nas gra w bierki ze swoim przeznaczeniem…

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68647-38-9
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I

Łeba, wrzesień 1952

– Ja uważam, że wyglądasz doskonale – powiedziała ciotka Mańka i jeszcze raz spojrzała w lustro.

Było duże i w pozłacanej ramie. Przywiezione z samego Lęborka, stało w tej części sypialni, którą ciotka wydzieliła na swoją krawiecką pracownię. Panował tu wielki porządek. Wszystkie przedmioty miały swoje miejsce – wykroje, linijka krawiecka, kredy do znaczenia długości i dodatki pasmanteryjne w postaci szpilek, kokardek czy gumek. Już na pierwszy rzut oka widać było, że krawiectwo to wielka pasja ciotki. Sądząc po wyglądzie reszty domu i domowników, chyba największa.

Elżbieta zakręciła się w kółko, a kloszowany dół uniósł się do góry jak otwarty kielich kwiatu.

– Ale chyba tobie się coś nie podoba. Takaś markotna – zauważyła ciotka.

– Podoba się, ciociu. Jeszcze nigdy nie miałam tak pięknej sukienki.

Próbowała się zmusić do uśmiechu, ale niezbyt jej to wychodziło.

– Pracowałam nad nią przez pół tygodnia, ale chyba warto było, prawda? Nie mogłam przecież zepsuć tak dobrego materiału. Gdzie taki dostałaś?

– Od matki panny młodej.

– To widać im się dobrze powodzi, skoro stać ją na takie kosztowne prezenty. Ciekawe, gdzie to kupiła. Słyszałam, że w Łodzi są jakieś sklepy z zachodnim towarem. Byłaś kiedyś w takim?

Zapewne pani Beckerowa przypuszczała, że Elżbiety nie będzie stać na kupno tak drogiego materiału, dlatego postanowiła jej go sprezentować. Miała być przecież świadkiem na ślubie jej córki i nie mogła przynieść rodzinie wstydu.

Nie, to nieprawda. Elżbieta zagryzła wargę. Matka Olki nigdy nie dawała jej odczuć, że jest w czymś gorsza. Zawsze bez najmniejszego wahania akceptowała ich przyjaźń. Przecież nawet przez kilka miesięcy przyjmowała ją pod swym dachem, kiedy Elżbiecie odmówiono akademika. Słyszała od niej wyłącznie miłe słowa. Więc skąd nagle to poczucie niższości i te dziwne myśli, jakby była bohaterką dziewiętnastowiecznego romansu? Romansu? Nagle poczuła, że robi jej się słabo.

– Źle się czujesz? – spytała ciotka. – Tak nagle pobladłaś.

– To chyba trochę z przemęczenia. Ostatnio nie mogę dobrze spać.

Ciotka, znana z szorstkości, podniosła się znad maszyny i podeszła do siostrzenicy. Pogładziła ręką jej twarz.

– Jeszcze słońce zaświeci i dla ciebie. Pamiętam, jak twoja matka... – Ale tego Elżbieta nie chciała już słuchać.

Naprędce wymyśliła powód, dla którego natychmiast musiała wyjść. „Trzeba lecieć do piekarni, bo cały chleb wykupią”. Mańka się jednak nie obraziła. Pokiwała tylko głową i po raz kolejny odmówiła wzięcia pieniędzy za sukienkę.

– Następnym razem.

Ale żaden następny raz się już nie szykował.

Elżbieta wyrwała się do Łeby tylko na dwa dni. Chciała odebrać sukienkę, ale przede wszystkim pojechać do Ustki, by spróbować się czegoś dowiedzieć. Nie mogła zaufać listom.

– Nic nowego, proszę pani. Nie odnaleźli się – oznajmił znajomy wujka Antka, z którym umówiła się na spotkanie.

Wiedziała, że nikt jej nie udzieli informacji ani w kapitanacie portu, ani w żadnym urzędzie. Była przecież nikim. Nie miała z Kazikiem żadnych powiązań. „Ani żona, ani rodzina”, jak mawiał ojciec.

Wenta jednak wiedział o wszystkim, co się działo w mieście, i Elżbieta bardzo liczyła na to, że może usłyszy coś dającego jej choć okruch nadziei. A ona uchwyci się go obiema rękami i postara się nie oszaleć. Bo jak tego nie zrobić, gdy cztery dni po tym, jak wyznała Kazikowi, że go kocha, ten zginął na morzu.

Czuła się tak, jakby nagle odebrano jej całe przyszłe życie. Wspólne życie, które zdążyła w ciągu tych czterech dni zbudować sobie w głowie, runęło bez żadnego ostrzeżenia. Po co w ogóle go ponownie spotkała? Czy to miało jakiś sens? Wszystko wydarzyło się tak szybko, że czasem Elżbieta miała wrażenie, iż to się nigdy nie stało.

Kiedy w sierpniu wróciła do swojej pracy w wiosce pod Zgierzem, życie wyglądało przecież dokładnie tak samo jak przed wyjazdem na urlop do domu rodzinnego. Wszyscy serdecznie pozdrawiali swoją „doktórkę”, trochę się dziwiąc, że po letnim urlopie jest taka blada. Może sama zachorowała? Elżbieta musiała się szybko otrząsnąć i skoncentrować na pracy, bo wiedziała, że nie może tych ludzi zawieść. Przecież zawierzyli jej swoje zdrowie i liczą na jej pomoc. Pracowała bardzo ciężko, żeby odegnać myśli, ale wytrzymała tak zaledwie miesiąc.

– A ci uratowani? – dopytywała Elżbieta. – W jakim oni są stanie? Myślałam, że coś napiszą w gazetach, a tu nic.

Siedzieli na skrzyniach na nabrzeżu portu. Ostatni chyba taki ciepły dzień przed zimą. Wenta, ogorzały, rosły blondyn, palił fajkę, lekko pykając. Kiedy jednak Elżbieta wspomniała o gazetach, odwrócił się w jej stronę i spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem.

– W gazetach? A co oni napiszą prawdziwego? – żachnął się. – Jest jednak pani z Antka rodziny, to powiem. Obaj uratowani rybacy zostali aresztowani.

– Aresztowani? Dlaczego?

– A kto tę władzę pojmie? Może są szpiegami, bo rozwalili łajbę? Wszędzie węszą szpiegów i planowane inwazje. Po to przecież bronują plaże! Nie mam pojęcia, co oni sobie myślą. Nie ma sił natury czy usterek. Ktoś musi być winny. Prędko ci ludzie nie wyjdą z mamra. Kazik by pewnie też tam trafił. Gdyby się uratował... Najpierw był w kopalni, wie pani przecież o tym?

– Tak. – Skinęła głową. – A ci uratowani coś wam powiedzieli?

– Nie zdążyli. Kiedy ich tu przywieźli Duńczycy, od razu zostali przewiezieni do Słupska.

– A co ludzie mówią?

– Różne rzeczy i niekoniecznie prawdziwe. Lepiej się do nich nie przywiązywać, bo życie można zmarnować.

I znów rzucił jej przenikliwe spojrzenie.

– Poznałem tego Czernickiego. Wszystkie panny uważały, że ma już dziewczynę, bo nigdy się nie chciał z żadną umówić. No i z tego, co widzę, rzeczywiście taką miał...

Elżbieta się zarumieniła i pociągnęła nerwowo za jasny warkocz. To ją miał na myśli, mówiąc o „dziewczynie”. Nie widzieli się przez tyle lat, a potem nie zdążyli. Niczego nie zdążyli zaplanować. Oprócz tego, że odwiedzi go w Ustce. Jednak mimo iż byli ze sobą przez zaledwie cztery dni, dowiedziało się o nich aż tyle osób.

– Jak będzie pan coś wiedział... To jest mój adres.

– Mnie się trudno litery składa. Ale przekażę Antkowi, jak będą wieści. Czasem morze wyrzuca na brzeg... – powiedział, stopniowo coraz bardziej milknąc, kiedy zobaczył, że oczy Elżbiety robią się wielkie i wilgotne.

Po spotkaniu z Wentą poszła na spacer ulicami miasteczka, chcąc chłonąć widoki znane Kazikowi. Zaszła też na cmentarz, gdzie mogiły dawnych mieszkańców powoli zastępowano nowymi grobami.

Nie będzie miała nawet miejsca, żeby po nim zapłakać, pomyślała. A potem wyjęła z torebki niewielki znicz i zapaliła go na obcej mogile, na której nie widać było już ani imienia, ani nazwiska.

Adres, pod który miała się udać później, znała na pamięć. Od pierwszego dnia, kiedy Kazik wręczył jej tę kartkę. Adres domu, w którym wynajmował pokój.

„To nie jest najlepsza kwatera”, przypomniała sobie jego słowa. Ale było to niedomówienie. Dom wyglądał, jakby miał się za chwilę przewrócić, a podłoga, na której stanęła, uginała się, co sprawiało wrażenie, że jest zbutwiała.

– Rzeczy pana Kazia zabrała jego matka tydzień temu. Ale jak pani chce, to może pani zobaczyć pokój. – Kobieta trzymająca na rękach niemowlaka wprowadziła ją do ciemnego korytarza, a potem do niewielkiej izby.

Elżbieta przypomniała sobie dawny pokój kolegi, z biurkiem i półkami pełnymi książek. Jaki to był kontrast z tym niewielkim, lecz pustym pomieszczeniem, w którym znajdowały się jedynie tapczan i skromny stolik z krzesłem. Nie było nawet szafy do powieszenia ubrań, jedynie parę haków wbitych w ścianę. I właśnie w tym miejscu mieszkał prymus wydziału lekarskiego, Kazimierz Czernicki. Elżbieta resztką sił powstrzymywała napływające do oczu łzy.

– Wiem, że pan Kaziu nie miał tu wygód. Bo i ubikacja na dworze, ale powiedział, że mu odpowiada – tłumaczyła się kobieta, a raczej młoda, przedwcześnie postarzała dziewczyna, jak uznała Elżbieta, przyglądając się rysom jej twarzy.

Mówiły o ciężkiej pracy, o mroźnym wietrze i codziennych trudach, których doświadczała od samego dzieciństwa. A kiedy tylko ledwie dorosła, musiała zajmować się kolejnym życiem.

– Mój mąż zginął na kolei rok temu – uzupełniła po chwili swoją historię. – Gdyby nie pan Kazimierz, byłoby mi ciężko. Wpadło trochę grosza, a i pomógł mi przy domu. Dzieciaka wyleczył... – dodała smutnym głosem. – Szukałam kolejnego lokatora, ale nie ma chętnych. Jeszcze latem to pół biedy, ale na zimę nikogo nie znajdę.

Elżbieta wyjęła portmonetkę.

– Może się pani przyda. Dla dziecka. – Sięgnęła po banknot stuzłotowy, który trzymała na nieprzewidziane wydatki.

Nie spodziewała się wybuchu takiego płaczu. Zupełnie nie wiedziała, jak ma na to zareagować. W końcu udało jej się uspokoić dziewczynę i poszła na dworzec.

Zobaczyła ojca natychmiast, gdy wysiadła z autobusu. Wyglądał, jakby na nią czekał, ale przecież nie miał pojęcia, o której zamierza wrócić.

– Elżuniu, dobrze, że już jesteś – powiedział tylko i przytulił ją do piersi.

Ten czuły gest sprawił, że znów poczuła pieczenie w oczach. Tym razem łzy nie popłynęły. Tak jakby wszystkie już wyschły.

– Tato, niczego się nie dowiedziałam. Kazik zniknął bez wieści.

Nic nie odpowiedział, tylko pogładził ją po włosach.

– Pojadę z tobą do Łodzi – powiedział po dłuższej chwili. – Zawiozę cię do Zgierza, a potem pojadę do brata. Matkę odwiedzę.

Spojrzała na niego z wdzięcznością. Jeszcze przez chwilę będzie się mogła do niego przytulić. I nie będzie sama.

– A teraz idziemy do domu. Celina zrobiła na kolację galaretę z nóżek wieprzowych.

– Tato, ja nie lubię tej galarety – odparła i jednak się rozpłakała.

Ale kiedy przyszła do domu, nie mogła przestać jeść. Dopiero teraz zrozumiała, jak bardzo jest głodna. A kiedy z talerza zniknęły ostatnie resztki, nagle poczuła ciepło i jakby spokój. Instynkt przeżycia był chyba silniejszy niż jej rozpacz, pomyślała z goryczą.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij