Grand Union - ebook
Każdy z nas kocha inaczej.
Każdy z nas myśli w inny sposób.
Każdy z nas widzi co innego.
Każdy niesie swoją opowieść.
Chłopczyk, który występuje z rodzicami w teatrze lalek. Transseksualista poszukujący gorsetu idealnego. Kobieta, która znalazła w sobie siłę, by odejść od kochającego męża. Zadie Smith dostrzega ich wszystkich, po mistrzowsku łącząc przenikliwe spojrzenie z wrażliwością na emocje. W Grand Union bez tabu mówi o seksualności, bada potrzebę intymności, poszukuje granic wolności. Balansuje na cienkiej linii między oddaniem a uzależnieniem. Każdy z nas znajdzie w jej opowiadaniach coś, co pozwoli mu odkryć nieznaną jeszcze prawdę o sobie.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-6060-3 |
| Rozmiar pliku: | 697 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Chciałabym być w porządku wobec wszystkich zwierząt – mówiła kobieta do córki. Siedziały na piaszczystej plaży w Sopocie, patrząc w zimne morze. Najstarszy chłopiec pobiegł na skwer przy molo. Bliźniacy byli w wodzie.
– Ale nie jesteś! – krzyknęła córka. – W ogóle!
Obie mówiły prawdę. Intencja kobiety była prawdziwa, ale wypowiedź dziewczyny także – w rzeczywistości była prawdą. Kobieta, mimo że na ogół unikała wołowiny, wieprzowiny i jagnięciny, jadła – i to z dużą ochotą – inne zwierzęta i ryby, w lecie w dusznej kuchni ich małego mieszkania w bloku rozwieszała lepy na muchy, a kiedyś nawet (choć córka o tym nie wiedziała) kopnęła ich psa. Była wtedy w ciąży z czwartym dzieckiem i była rozdrażniona. Wydawało się jej więc, że pies to wówczas dla niej o jeden obowiązek za dużo.
– Nie powiedziałam, że jestem. Powiedziałam, że chciałabym być.
Śmiech córki zabrzmiał okrutnie.
– Słowa są tanie – powiedziała.
Rzeczywiście, w tym momencie kobieta trzymała na wpół ogryzione skrzydełko kurczaka, dziwnie uniesione w powietrzu, by nie zabrudziło się piaskiem, widać było szkielet kurzego skrzydełka, bolesny wygląd cienkiej skóry rozpiętej na kościach wywołał ów temat rozmowy.
– Nie lubię tego miejsca – powiedziała córka zdecydowanie. Z irytacją patrzyła na ratownika, który znów musiał wejść do mętnej wody, by upomnieć jedynych kąpiących się – braci dziewczyny – żeby nie wychodzili poza czerwoną boję. Nie pływali, bo nie umieli. Wokół miasta, gdzie mieszkali, nie było żadnej wody, więc siedem dni spędzanych co roku w Sopocie nie wystarczało, by nauczyli się pływać. Nie, oni tylko wskakiwali w fale, które ich przewracały, bo ledwo trzymali się na nogach jak dopiero co urodzone cielaki, ich ciała były szare od szlamu ciągnącego się wzdłuż plaży wielką smugą zaznaczoną brudnym palcem Boga.
– To bez sensu – ciągnęła dalej dziewczyna – żeby zbudować uzdrowisko nad tak mętnym i nieprzyjaznym morzem.
Matka zdusiła w sobie słowa. Przyjeżdżała do Sopotu ze swoją matką, której matka dawno temu przyjeżdżała tu ze swoją matką. Od jakichś dwustu lat ludzie przybywali tu, by uciec od miast i w miejscach publicznych wypuścić dzieci na swobodę. Szlam oczywiście nie był z natury brudny, choć nikt nigdy nie powiedział kobiecie, z czego dokładnie powstał. Wiedziała tylko, że codziennie musi płukać ich kostiumy kąpielowe w hotelowej umywalce.
Kiedyś córkę kobiety cieszyło sopockie morze i wszystko wokół. Wata cukrowa, błyszczące ferrari i mercedesy – miniauta na baterie – którymi można było jeździć tu i tam. Tak jak inne dzieci, które przyjeżdżały do Sopotu, bawiła się liczeniem kroków, gdy szła w głąb morza po słynnym drewnianym molo. W pojęciu kobiety najlepsze, co mogło oferować tego rodzaju uzdrowisko, to naśladowanie innych, bezmyślne przemieszczanie się ze stadem. Dla ich pozbawionej ojca rodziny owa zbiorowość była doskonałym kamuflażem. Tu nie było ludzi indywidualnych. Natomiast w swoim mieście kobieta była indywidualnością szczególnie dotkniętą nieszczęściem, obarczoną czworgiem dzieci bez ojca. Tu była jeszcze jedną matką kupującą dla rodziny watę cukrową. Jej dzieci były jak inne dzieci, ich twarze skryte za chmurą różowych nitek cukru. Z wyjątkiem tego roku, gdy w przypadku jej córki kamuflaż stał się bezużyteczny. Ponieważ córka lada dzień miała stać się kobietą i gdyby wsiadła do jednego z tych groteskowych samochodów, kolanami sięgałaby brody. Postanowiła więc, że w Sopocie wszystko będzie traktować z obrzydzeniem, w tym matkę i świat.
– Takie mam pragnienie – powiedziała matka spokojnie. – Chciałabym spojrzeć w oczy zwierzęciu, jakiemukolwiek zwierzęciu, i umieć wyzbyć się poczucia winy.
– Czyli to nie ma nic wspólnego ze zwierzęciem jako takim – powiedziała dziewczyna przekornie, rozchylając w końcu ręcznik i wystawiając swe drogocenne dziewczęce ciało na słońce i na widok gapiów, którzy, jak była przekonana, czaili się wszędzie, za każdym rogiem ulicy. – Jak zawsze chodzi o ciebie. Znów wszystko czarno widzisz! Mamo, kostiumy mogą być w różnych kolorach, dobrze wiesz. U ciebie wszystko jest pogrzebowe.
Papierową łódeczkę, w której kobieta trzymała kurczaka, zwiał wiatr. Zdawało się, że choćby w Sopocie było nie wiadomo jak ciepło, zawsze wiał tam północno-wschodni wiatr, pojawiały się grzywacze, flaga na budce ratowników szła w górę i nigdy nie można było bezpiecznie popływać. Z trudem dało się kierować własnym życiem. Pomachała teraz do chłopców, a oni do niej. Ale machali tylko dlatego, żeby przyciągnąć uwagę matki, by zobaczyła, jak wystawiają zwinięte w trąbki języki i wsadzają dłonie pod pachy, i pękają ze śmiechu, gdy następna wielka fala zbija ich z nóg. Ich ojciec, który mógł bez problemu zniknąć gdzieś za rogiem – jak w przypadku każdej osoby przebywającej w Sopocie – i kupować napoje dla rodziny, naprawdę wyemigrował do Ameryki i teraz w jakiejś gigantycznej fabryce montował drzwi do aut, zamiast ze swoim wspólnikiem kierować małym warsztatem samochodowym, co mu się szczęśliwie udawało, zanim wyjechał.
Nie potępiała go i nie przeklinała jego głupoty w obecności dzieci. W tym sensie nie można było winić jej ani za rozgoryczenie córki, ani za niedojrzałość i brawurę synów. Jednak w głębi duszy miała nadzieję i wyobrażała sobie, że jego dni są straszne i ponure i doświadcza w życiu biedy tego szczególnego rodzaju, który – jak słyszała – jest wytworem miast Ameryki. Kiedy córka smarowała napiętą skórę brzucha czymś, co przypominało olej jadalny, kobieta dyskretnie wetknęła skrzydełko do piachu, by potem, jakby to były odchody, ukradkiem je szybko zasypać. A każdego dnia tygodnia setki tysięcy, być może miliony kurcząt spadają na taśmę produkcyjną, sekserzy przewracają je do góry nogami i wszystkie męskie osobniki zgarniają do ogromnych kadzi, w których żywcem zostają zmielone.EDUKACJA SENTYMENTALNA
Kiedyś denerwowała mężczyzn. Ale nie potrafiła pojąć dlaczego i szukała odpowiedzi w niemiarodajnych źródłach. W pismach kobiecych, pośród samych kobiet. Potem, w średnim wieku, doszła do własnych wniosków. Leżała na trawie w pobliżu Serpentine Café, podziwiając dziecko, własnego synka, jak wbiega i wybiega z brodzika. Nagle z tyłu wyłoniła się jej córka. – Patrzysz na niego, jakbyś była w nim zakochana. Jakbyś chciała go namalować. – Ta jej córka właśnie wyszła z kąpieliska, całe ciało miała w rzęsie wodnej. Malec wlókł za sobą wielką mokrą pieluchę, jakby była zrobiona ze stwardniałej gliny. Było coś, co przyciągało uwagę. W rzece Christo umieścił mastabę, mierzyła osiemdziesiąt stóp i była zbudowana z wielu czerwonych i fioletowych beczek po oleju ułożonych jedna na drugiej. Rowery wodne krążyły wokół. Śmiałe kobiety w piankach przepływały obok niej. Mewy przysiadały na jej szczycie i srały. To także miało być godne uwagi. Chmury rozstąpiły się i słońce późnego lata spłynęło na wieczysty dom Christo i wszystko wokół, nawet na wściekłą, zieloną twarz jej córki. Zarówno pisma kobiece, jak i kobiety kładły nacisk na brak i błąd. Problem polegał na tym, że czegoś ci „brakuje”. Teraz, ćwierć wieku później, przekonała się, że to, co postrzegała jako brak, w rzeczywistości było kwestią niekomfortowego nadmiaru. Nadmiaru czego? Czy można mieć nadmiar samej siebie?
Ale to prawda: traktowała mężczyzn jak muzy. Zawsze tak było.
Darryl był pierwszy, któremu się to podobało. Nie był za bardzo wysoki. Afrykański tyłek, sama chciałaby taki mieć; był krępy i umięśniony. Świetny ogier, nie jakiś nadzwyczajny, ale sprawdzał się w różnych sytuacjach. Najbardziej lubiła, gdy jego członek płasko przywierał do jego brzucha jak drogowskaz wytyczający granicę wełnistego owłosienia, tkaniny, która wyżej tworzyła dwie miękkie plamy na jego symetrycznej klatce piersiowej. Sutki wyrywały się do świata, oszalałe na jego punkcie, jak drżące czułki owada. W jej ciele czymś takim był tylko mózg. Szczególnie podziwiała jego włosy, miękkie i gładkie, bez wyraźnego przedziałka. Sama była ogolona na zero, efekt długoletniego nadużywania fryzjerskich chemikaliów. Zaczynała od nowa, chciała, by włosy odrosły gęstsze, z nadzieją na odzyskanie afrykańskich korzeni, ale w małym mieście uniwersyteckim nikt z czymś takim się dotąd nie spotkał, więc stała się niezamierzoną sensacją. On jednak wiedział.
– Poznałaś już Darryla?
– Powinnaś poznać Darryla! Na litość boską, musicie się spotkać!
_College_ jako jeden organizm stanowczo uznał, że muszą się poznać. Byli dwiema spośród czterech czarnych twarzy na kampusie. – Darryl, Monica. Monica, Darryl! Nareszcie! – Udawali, że ich to krępuje, ale tak naprawdę, ze względu na nieśmiałość, byli wdzięczni za każdy gest. Usiedli nad wodą, machając nogami, i odkryli, że oboje dorośli w miejscu o takim samym kodzie pocztowym, mieszkali o dziesięć minut drogi od siebie, nigdy się nie spotkawszy, i oboje otrzymali podobnie niskie warunkowe oceny – ona jakieś tam B, on kilka C – wykazujące, ile są warci lub jak niewiele się od nich wymaga, albo jak liberalny jest _college_. Trudno stwierdzić, jak było naprawdę. Oboje przeskoczyli nad tą niską poprzeczką, zgarniając wszystko z łatwością szulerów. Jako eksperyment socjologiczny byli nie do ruszenia.
Mieli już świadomość, że w opinii _college_’u i dokumentów oboje wypadali prawie tak samo. Oni jednak wiedzieli swoje. Nazwy ulic, szkół, obecność ojca kontra brak ojca. Przeglądając „Metro”, gdzieś pomiędzy jej przystankiem a przystankiem Darryla – nigdy w ciągu dwudziestu pięciu lat go nie spotkała – przeczytała jakiś drastyczny reportaż i snuła rozważania, no tak, z mojej szkoły wyszedł jeden angielski piłkarz i dwie i pół gwiazdy pop; ze szkoły Darryla ten wyszczerzony czub, który niedawno obciął komuś głowę w Iraku. No ale pierwszy chłopak, którego Monica pocałowała, poszedł i zadźgał we frytkarni człowieka niemal w tym samym czasie, gdy ona przymierzała czapkę uniwersytecką. Pomiędzy ich przystankami leniwie myślała, jak wyglądałoby jej życie, gdyby wyszła za Darryla albo za tego chłopca mordercę, albo za nikogo. Jej mąż prawdopodobnie miał własną nudną mapę nieprzebytych dróg. W średnim wieku górę biorą konwencje. Dokonane kiedyś wybory są jak gałęzie odchodzące od pni mocnych dębów rosnących wzdłuż trasy do Kensal Rise. Siwiejesz, tyjesz w biodrach. Mimo to w lepsze dni znów widziała małe jędrne piersi, mocne długie nogi, znajome perfekcyjne brązowe zwierzę, które nigdy nie chorowało i było bardzo silne. Ile w tym prawdy? Ile złudzenia? Mogła tylko stwierdzić, że to kwestia wieku. A różnica pomiędzy teraz a gdy była dwudziestolatką polega na tym, że już nie jest pewna, nawet przez najmniejszą chwilę. Następny przystanek Canonbury. Następny menopauza i koniec z dżinsami. A może już był? Ślepe robaki toczące błoto ich ciał to lepsza metafora tego, co się dzieje, niż nieuczęszczane drogi lub niewypuszczone pędy. Jednak żadna metafora nie odda rzeczywistości. Nie ma nadziei.
Na sześć miesięcy przed poznaniem Darryla, gdy jeszcze mieszkała w Londynie, spędziła interesujące lato z prawie dwumetrowym asystentem fotografa, białym chłopakiem z Brixton, dawnym skejtem, kiedyś figurą wśród graficiarzy. Na jednym z pociągów Bakerloo wciąż widniał wymalowany przez niego sprayem fioletowy smok. Odkryła w sobie jakiś nieracjonalny podziw dla bardzo wysokich ludzi. Klęcząc przed nim, czuła, że odprawia coś w rodzaju rytuału. Któregoś dnia leżeli w wannie, ona opowiadała kawał za kawałem, czym go rozśmieszała, ale zaczęła zachowywać się jak komik, który na siłę chce podtrzymać śmiech publiki, lecz traci lekkość dowcipu i jego wysiłek idzie na marne: śmiech jest cichszy, słychać westchnienia. Zmieniła więc taktykę. Trzy akapity o jego lodowatobłękitnych oczach, fryzurze à la Leni Riefenstahl i liczącym dziewięć cali nieobrzezanym penisie. W aurze przeprowadzanego eksperymentu zanurkowała i zbliżyła się do niego z otwartymi ustami. Wylazł z wanny, poszedł do domu i nie dzwonił przez kilka dni, a potem napisał wzniosły list o tym, że zrobiła z niego nazistę. List! Gdy znalazła się w _college_’u, zapamiętała to jako ostrzeżenie. Nie traktuj ich przedmiotowo, oni tego nie lubią. Oni we wszystkich sytuacjach chcą być podmiotami. A ty nie próbuj być podmiotem. Nie próbuj ich rozśmieszać i nie mów im, że są ładni.
Te zasady musiała dostosować do Darryla. Uwielbiał się śmiać i czerpał rozkosz z fizycznej adoracji. Nie było w nim cienia agresji. Leżał na wznak i oczekiwał pieszczot. Na przykład gdy spokojnie brała go do swego ciała, bez bólu, przyjmując go w siebie, dając mu chwilowe schronienie, by potem, gdy nadszedł ten moment, uwolnić go. Ale to były lata dziewięćdziesiąte: ówczesny język jej nie sprzyjał. Mężczyzn się nie „uwalniało”, mężczyźni „kończyli”. To oni byli podmiotem. Do normy należały hałaśliwe przechwałki w pubach podkręcane nowym przyzwoleniem na głośne mówienie o seksie: „Od razu ją przeleciałem” lub „Zerżnąłem ją w dupę”. Monica przekonała się, że Darryl poprzestawał na słowach, na męskiej fanfaronadzie, a w rzeczywistości było całkiem przeciwnie. Któregoś popołudnia, po tym jak nie poszli na wykłady i pieprzyli się przez cały ranek, postanowiła go przetestować.
– W matriarchacie usłyszałbyś, jak kobiety przechwalają się między sobą: „Wciągnęłam go w anus. Tak głęboko, że zniknął. Ukradłam go i tak głęboko ukryłam go w sobie, że przestał istnieć”.
Darryl wycierał ciało papierową chusteczką, krzywiąc się na widok brązowych plam. Przerwał na chwilę, roześmiał się, ale zaraz padł na zaplamiony spermą niebieski materac i zmarszczył brwi, biorąc poważnie jej słowa (studiował nauki polityczno-społeczne).
– Dosłownie go połknęłam – kontynuowała Monica, bezwiednie podnosząc głos – przejęłam jego ciało, moje ciało pochłonęło jego ciało.
– No nie wiem… Chyba to nie przejdzie.
– Ale powinno! To byłoby PRZYJEMNE!
Darryl przetoczył się na nią, idealnie pasując do niej długością swojego ciała, i zaczął całować ją po twarzy.
– Wiesz, co byłoby jeszcze przyjemniejsze? – spytał. – Gdyby nie było ani matriarchatu, ani patriarchatu, tylko by się mówiło: „Miłość połączyła nasze ciała i staliśmy się jednym”.
– Jesteś obrzydliwy – powiedziała.
Istnieje stare powiedzenie na temat życia ulicznego: odchodzisz, a ulice idą za tobą. Do Darryla odnosiło się to dosłownie. Monica – która z ulicami miała tyle wspólnego, że na nich mieszkała – wzięła ze sobą parę zdjęć, jakąś roślinę w doniczce i podrabiany stołek senufo kupiony przez matkę na kenijskim lotnisku. Darryl zaś przywiózł Leona, trzecie pokolenie irlandzkich rzezimieszków z South Kilburn. I nie była to obecność duchowa ani metaforyczna tylko konkret – gość mieszkał w pokoju Darryla w akademiku, spał na dmuchanym materacu, z którego Darryl codziennie spuszczał powietrze i chował go do walizki, żeby nie wpadł w ręce pokojówek. Był to dziwny układ, ale Monice najbardziej kuriozalne wydawało się to, że Darryl nie widział w tym nic dziwnego. Byli nierozłączni; przyjaźnili się od trzeciego roku życia. Chodzili razem do przedszkola i podstawówki, potem do tego samego liceum. A teraz razem studiowali. Mimo że Leon nie miał świadectwa ukończenia szkoły średniej, nigdy nie dostawał lepszych ocen i nie został przyjęty na uniwersytet.
Monica szybko pojęła, że bez Leona jej związek z Darrylem nie ma racji bytu. Przyjaciele jadali razem, razem pili, razem pływali łódką, a nawet razem się uczyli – w takim sensie, że Darryl szedł do biblioteki, a Leon siedział obok niego i z nogami wywalonymi na blat stolika słuchał na discmanie _Paul’s Boutique_. Monica miała Darryla dla siebie tylko wtedy, gdy jej ciało pochłaniało jego ciało przez te kilka minut, zanim za drzwiami nie rozległ się donośny beatbox Leona – jego „tajny sygnał”. Darryl i Monica musieli wtedy szybko się ubrać i wszyscy troje zmieniali lokal: szli do uniwersyteckiej knajpy, nad rzekę, żeby być na haju, albo na dach kaplicy i być na jeszcze wyższym haju.
– No co ty, ja też się dokładam do tego interesu – powiedział Leon, gdy któregoś wieczoru Monica była na wystarczającym haju, by mu zarzucić, że wykorzystuje cudowną naturę jej kochanka. – Odwalam tu swoją pierdoloną robotę, no nie?
Nikt nie mógł temu zaprzeczyć. Leon zaopatrywał cały _college_ w zioło, ecstasy i grzybki i mówił, że to „najtańszy koks po tej stronie M4”.
Leon na okrągło nosił dresy Kappy. Gdy było bardzo zimno, wkładał jeszcze odblaskową żółtą puchówkę i futrzaną czapkę Kangola. W upały dalej chodził w spodniach dresowych, a górę zastępował obcisłym podkoszulkiem na ramiączkach, uwydatniającym jego umięśniony, trupio biały tors. Bez względu na pogodę na nogach zawsze miał buty sportowe marki British Knights, jeszcze przed erą internetu kupował je w Japonii, co wcale nie było takie proste. Do nikogo nie był podobny, a jednocześnie niczym się nie wyróżniał: twarz miał przeciętną, ale nie odstręczającą, ani szpetny, ani przystojny. Krótkie jasne włosy postawione na żelu, niebieskie oczy, diamentowy kolczyk w lewym uchu. W policyjnych kartotekach uosabiałby kategorię „biały wyrostek”. Mógł na twoich oczach sprzątnąć ci sprzed nosa samochód, a podczas konfrontacji nigdy byś go nie rozpoznał. A mimo to pod koniec pierwszego semestru wszyscy już go znali i lubili. Są tacy, którzy gadkę szmatkę mają we krwi. W okolicznościach, gdy każdy chciał pokazać, że jest kimś, wywierać wrażenie, przybrać jakąś maskę, jego konsekwencja była godna podziwu. W ten sam sposób zwracał się do odpicowanych lasek, biednych stypendystów, kujonów z północy, matematycznych geniuszy z rodzin robotniczych, obu afrykańskich księżniczek, portierów, żydowskich intelektualistów z północnego Londynu, świeżo upieczonych marksistów z Ameryki Południowej, pani kapelan oraz – gdy gówno już wpadło w wentylator – do samego rektora. Lubili go, bo jego wizja życia uniwersyteckiego wolna była od ciężaru nauki. Wszystkie te fantazje z ulotek uniwersyteckich, na które nabierali się przyszli adepci – młodzi ludzie spływają rzeką lub toczą filozoficzne dysputy na łonie natury – ziściły się tylko w przypadku Leona. Z ogromnego okna biblioteki Monica przyłapywała go wzrokiem, jak korzysta z daru wolności: leży na łące i dymem ze skręta dmucha krowie prosto w nos lub siedzi w łódce z butelką musującego wina w licznym towarzystwie pierwszoroczniaków. Ona zaś mozoli się nad pracą o osiemnastowiecznej poezji ogrodowej. Całe życie Moniki było jedną wielką pracą.
Wieczorami znów ciężko pracowała, usiłując ustalić, czy punkt G naprawdę istnieje, czy też jest ideologicznym wymysłem feministek z lat siedemdziesiątych. Palcem wskazującym wyczuwała na przedniej ścianie pochwy wrażliwe miejsce o powierzchni jednopensówki i gdyby usiadła na Darrylu, ściśle oplotła go nogami, a on zrobiłby to samo i oboje, zachowując pionową pozycję, poruszaliby się rytmicznie do piosenki Foxy Brown, to być może problem zostałby definitywnie wyjaśniony. Tylko że teraz w głowie miała Leona.
– A do tych francuskich ogrodów wynajmowali sobie pustelnika. Musiał siedzieć w kępie drzew albo w środku labiryntu. Normalny żywy człowiek, jakby jakiś bezdomny, nic nie musiał robić, dookoła wszyscy hakowali, wszędzie kapitalizm i wyzysk siły roboczej. On był taką odskocznią od tego. Myślę, że Leon jest jak ten pustelnik.
– Nie chce mi się teraz gadać o Leonie.
– A kiedy te odwalone laski chodzą się z nim bzykać, to tak jakby lady Jakaśtam wyszła z posiadłości do ogrodu, żeby mu pokazać, jaka to jest ważna.
– Myślę, że Leon jest bardziej jak Papież Głupców, etatowy uniwersytecki gupik, blady jak gupik.
– Uu, nagle zrobiło mi się gorąco.
– Wiesz, dziewczyno, jak one się pocą, te ryby? Ty się pocisz jak duża kobieta.
– Duża Kobiet-ystka. Serio, muszę zejść.
– Myślałem, że mam wejść do twojego tajemnego ogrodu. A już chciałem to opisać i wysłać do Nancy Friday. No i nie dałaś mi szansy.
Żart, ale mu to zapamiętała.
Monice bardzo zależało, żeby złapali Leona. Nigdy głośno tego nie powiedziała ani nie wspomniała o tym Darrylowi, ale tak czuła. Młodość swoją drogą, ale w duchu była po stronie prawa i porządku. Na początku nadzieję pokładała w pokojówkach, tylko że one już w pierwszych tygodniach odkryły cały podstęp i nigdy tego nie zgłosiły. Któregoś ranka Monica weszła do wspólnej kuchni i zobaczyła Leona, jak siedzi na jednej z szafek, pije z nimi herbatę, plotkuje i wypala poranną fajkę. Miła towarzyska atmosfera. Stosunki Moniki z pokojówkami w najlepszym razie ograniczały się do ciszy i pogardy z ich strony. Na ogół były to kobiety z Irlandii, już niemłode, które nie znosiły swojej pracy i tych leniwych, roszczeniowych i zazwyczaj flejtuchowatych studentów, po których musiały sprzątać. Nie rozumiały, dlaczego zdawanie jakichś kilku zakichanych egzaminów sprowadza się do siedzenia tu przez trzy lata i robienia czegoś, co polega na przepieprzaniu pieniędzy podatników. Monica jednak wyznawała ideę merytokracji – była to jej fundamentalna zasada życiowa. Gdzieś w duchu zawsze oczekiwała, że wszyscy dorośli, jacy akurat znajdą się w jej otoczeniu, będą ją spontanicznie podziwiać za wszelkie wysiłki podejmowane przez nią w różnych dziedzinach. Pragnęła, by pokojówki ją kochały i odczuwały z nią klasową więź, gdyż jej własna babka była kimś w rodzaju pokojówki: opróżniała baseny pacjentów w St Mary’s Hospital. Monica bardzo zabiegała o to, by tych steranych osób nie obarczać dodatkową pracą i nieistotnymi prośbami. Jednak czasem była do tego zmuszona. W letnim semestrze, gdy mdły zapach zgnilizny w jej pokoju stał się nie do zniesienia, nieśmiało poprosiła pokojówkę o pomoc w rozwiązaniu owej tajemnicy. Czy nie wydaje się jej, tak jak Darrylowi, że gdzieś za tapetą tkwi zdechła mysz?
– Wypraszam sobie. Czy ja jestem jakiś cholerny Columbo?
Z Leonem było zupełnie inaczej. Pokojówki wiedziały, że nic sobą nie przedstawia, i już z tego jednego powodu go uwielbiały. Bo nie miał lepszych stopni od ich dzieci, a znalazł się tutaj, mieszkał w pokoju tego czarnego, jakoś sobie radził i pokazał, że te nadęte cipy, które myślą, że rządzą światem, to w gruncie rzeczy takie byle co. Przynosiły mu domowe smakołyki i dawały porady na temat życia uczuciowego:
– Rozumiesz, Marlene, idzie o to, że ona ciągle sterczy pod moimi drzwiami, to znaczy pod drzwiami Darryla.
– Dasz wiarę, ja słyszałam, że ona jest jakąś dalszą kuzynką księżnej Diany.
– Te z wyższych sfer są zawsze najbardziej napalone.
– One to się najgorzej prowadzą. Ja ci mówię, Leon, lepiej żebyś się w to nie pakował.
– Ej, Marlene, ty mnie chyba podrywasz?
– A jakże!
– Mogłabyś być moją mamą, Marlene, no nie?
Testowali coś nowego – w czasie wytrysku formował na jej piersiach białe spiralki, a potem musiał je zlizać. Pracochłonne. Ale z tego wszystkiego bardziej się jej podobała sama idea niż chłodny dreszcz, gdy sperma lądowała na jej sutkach. I nadal miała w głowie Leona.
– Co masz zamiar z nim zrobić?
– Z nim?
– Prędzej czy później go złapią i obydwu was wywalą.
– Odwiedziny przyjaciół dozwolone.
– Jego odwiedziny trwają dziewięć miesięcy.
– A co, Leon ci się nie podoba?
– Nie podoba mi się, że młody czarny gość grzęźnie w bagnie za sprawą młodego białego gościa. To jakaś totalna groteska.
Zwrot „totalna groteska” był nowy, podłapała go w _college_’u.
– Młody czarny gość? Hej, jestem Darryl, miło mi. Będę ci dzisiaj zlizywał spermę z cycków.
– Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
– Monica, bez Leona nigdy by mnie tu nie było.
– Zlituj się, co ty mówisz?
Wtedy powiedział coś, czego nie pojmowała.
– On we mnie wierzy.
Często słyszała, jak rodzice porównują małe dzieci do nazistów lub faszystowskich dyktatorów, jednak własne doświadczenie podpowiadało jej, że prawidłowa analogia powinna odnosić się do Stasi albo jakiejkolwiek innej tajnej policji. Największą przyjemnością było wzajemne donoszenie na siebie. Zdarzało się, że kiedy wracała z pracy do domu, dziecko wypadało do niej gnane nie żadnym uczuciem, ale żarliwą namiętnością, by jej powiedzieć, że inne dziecko zrobiło coś okropnego. Następna scena przebiegała bez sensu: automatycznie mówiła „nie zmyślaj”, ale po chwili wymagała dalszych wyjaśnień; potem wskutek histerycznych protestów musiała równocześnie potępić sam czyn, jak i donos, przez cały czas udając, że jest wszechmocnym sędzią, który nigdy w życiu nie popełnił przestępstwa ani nie doniósł na żadnego przestępcę. Jednak zawsze, gdy śliczne usteczka jej córki drżały z erotycznej rozkoszy w czasie aktu demaskacji, wracała myślą do samej siebie, gdy z identycznym wyrazem twarzy wsunęła anonim pod drzwi gabinetu rektora.
Po dwóch dniach od tego, co zrobiła, Leon sobie poszedł. Nikt nie wiedział, że to ona, nikt tego nie podejrzewał, a Darryl w ogóle. Przylgnął do niej, jakby była kołem ratunkowym, nigdy się nie dowiadując, że to ona zatopiła statek. Naturalnie wyobrażała sobie, że będzie tęsknił za Leonem, ale okazało się, że wyobraźnia ją zawiodła. Efekt był szokujący. Przestał chodzić na wykłady, przestał robić cokolwiek, nie chciał nigdzie jej towarzyszyć, nawet na dole w barze. Poczuła się jak ów agent rządowy, który rozdzielił Elliotta z ET. Darryl niknął w oczach – cały jego świat stopniał. Teraz była w nim tylko ona. Pieprzenie, jedzenie, upalenie i od nowa. Mysie opary, opary trawki i opary seksu. Potem nadszedł taki dzień, że chciałaby mieć całą butelkę tamtego zapachu i mocno wciągnąć go w nozdrza: ach, ten rok 1995… Ale wtedy ów zapach był dla niej odrażający. A on chciał być tylko i wyłącznie z nią, bez przerwy. Było w tym coś chorego. Gdy wspominała o jakiejś imprezie, tracił panowanie.
– Dlaczego chcesz być z tymi ludźmi?
– Ci ludzie są naszymi przyjaciółmi.
– Nie mamy tu przyjaciół. Ci ludzie są z innego świata.
– Żyjemy w tym świecie.
– Żyjemy w miłości.
A ta ich miłość była doprawdy śmieszna! Mieli po dziewiętnaście lat! Co mieli robić: dalej się kochać przez cały _college_, a może jeszcze po, dwoje ludzi, którzy dorastali praktycznie drzwi w drzwi? Dać się uziemić jak w wiktoriańskiej powieści sprzed Freuda? I w ten sposób przekreślić te wszystkie niezliczone seksualne i psychologiczne doświadczenia, jakie mają przed sobą? To czyste szaleństwo!
– To nie jest czyste szaleństwo. Mama i tata zaczęli być ze sobą, jak skończyli piętnaście lat. A mnie mama urodziła, jak miała siedemnaście.
– Darryl, twoja mama wykłada towary na półki w Iceland.
Jak w ogóle mogła coś takiego chlapnąć!
Po ich zerwaniu poszła na kilka miesięcy do pracy i oddawała się gromadzeniu seksualnych i psychologicznych doświadczeń. Przez jakiś czas traktowała jak muzę pewną odpicowaną laskę z Mumbaju o imieniu Bunny, lecz okazało się to mało owocne: szczególnie mocno pulsowało w Monice, być może z racji kulturowych różnic, podskórne napięcie wywołane nieświadomą mizoginią. Którejś nocy zaszokowała samą siebie, gdy patrząc z góry na własne nagie ciało, by lepiej widzieć Bunny, która ciągnąc zębami za sznurek, wyjmowała z niej tampon, pomyślała „No dalej, ciągnij, ty mała dziwko”. Czując odrazę do samej siebie, odeszła od Bunny z wzniosłą, młodzieńczą nadzieją,
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.