-
nowość
Granice, które trzeba liczyć - ebook
Granice, które trzeba liczyć - ebook
Jak żyć w świecie, który nie zwalnia, kiedy myślisz inaczej? Bohater tej powieści funkcjonuje na granicy — między bodźcem a ciszą, bliskością a wycofaniem, porządkiem a rozpadem. Jego codzienność to nieustanne liczenie: spojrzeń, dźwięków, kroków, granic. Praca w archiwum policyjnym daje mu iluzję kontroli, relacje — chwilowe oparcie, a samotność z czasem przestaje być wyborem, stając się koniecznością. To poruszająca opowieść o neuroróżnorodności, chorobie, której nie widać, i zmęczeniu, które nie chce śmierci — chce tylko wytchnienia. O wycofywaniu się, które nie zawsze jest ucieczką. O świecie pełnym ludzi i o tym, jak łatwo w nim zniknąć. „Granice, które trzeba liczyć” to literatura psychologiczna napisana z niezwykłą uważnością i empatią. Bez prostych odpowiedzi. Bez łatwego pocieszenia. Z szacunkiem dla tych, którzy każdego dnia podejmują najtrudniejszą decyzję — żeby zostać.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Opowiadania |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368732399 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nie lubię, kiedy ludzie mówią za dużo. Słowa wtedy robią się jak muchy – latają wszędzie i nie da się ich złapać. Dlatego opowiem tylko to, co ważne.
Mam dwanaście lat. Liczę kroki między domem a sklepem, bo wtedy świat się nie przesuwa. Wiem, ile sekund trwa zmiana świateł i jak pachnie strach – pachnie metalem, jak monety w kieszeni. Dorośli mówią, że jestem „inny”. Ja myślę, że oni są chaotyczni.
Ten mężczyzna był głośny. Zawsze za blisko. Dotykał, kiedy nie wolno dotykać. Mówił, że to sekret, a sekrety są ciężkie, bo trzeba je nosić samemu. Nikt nie nauczył mnie, co zrobić, kiedy sekret zaczyna boleć bardziej niż hałas.
W noc, kiedy umarł, wszystko było bardzo ciche. Pamiętam szczegóły: pęknięcie w suficie, migające światło, rytm własnego oddechu. Nie pamiętam krzyku. Może go nie było. Może mój mózg go wyciszył, jak wycisza zbyt ostre dźwięki.
Teraz dorośli zadają pytania. Te same, w kółko. Chcą prostych odpowiedzi, a ja mam tylko prawdziwe. Prawda nie jest prosta. Jest jak labirynt narysowany kredką — da się go zmazać jednym ruchem ręki, jeśli bardzo się boisz.
Mówią, że jestem podejrzany. Mówią też, że jestem ofiarą. Nie rozumiem, dlaczego nie mogę być jednym i drugim naraz.
Ta historia nie jest o tym, jak zabiłem. Jest o tym, jak długo można być niewidzialnym, zanim ktoś zauważy krew — nawet jeśli ona nie jest na rękach, tylko w środku.1
RZECZY, KTÓRE SIĘ NIE RUSZAJĄ
Najpierw zawsze sprawdzam sufit.
Nie dlatego, że coś tam jest, tylko dlatego, że pęknięcie musi być na swoim miejscu. Jest cienkie jak żyłka wędki i biegnie od lampy do rogu pokoju. Kiedy jest tam, gdzie powinno, wiem, że noc jeszcze się nie przesunęła.
Oddycham cztery razy.
Cztery to dobra liczba. Parzysta, zamknięta, nie ucieka.
W domu jest cicho, ale to nie jest dobra cisza. Dobra cisza brzmi jak śnieg. Ta brzmi jak ktoś, kto stoi za drzwiami i nie puka. Słyszę lodówkę, chociaż jest w kuchni. Słyszę zegar, chociaż nie tyka głośno. Mózg wyciąga dźwięki jak nitki ze swetra i wszystko robi się za gęste.
Nie lubię nocy, bo noc zmienia kształty rzeczy. Krzesło nie jest już krzesłem, tylko zbiorem nóg. Kurtka na haczyku wygląda jak ktoś, kto się powiesił, chociaż wiem, że to tylko kurtka. Wiem, ale oczy i wiedza nie zawsze chodzą razem.
Liczę kroki do łazienki. Jest ich trzynaście. Zawsze trzynaście. Kiedy jest inaczej, coś się wydarzy. Tak działa świat.
Podłoga jest zimna. Zimno jest w porządku, bo zimno nie krzyczy. Krzyczą tylko ludzie.
Woda z kranu kapie. Raz. Drugi. Trzeci. Każda kropla jest jak punkt na kartce. Gdyby ktoś połączył je linią, powstałby wzór. Lubię wzory, bo nie pytają „dlaczego”.
W lustrze nie patrzę sobie w oczy. Oczy są zbyt blisko. Patrzę na nos. Nos się nie zmienia. Jest pośrodku i to mi wystarcza.
Wtedy czuję to w brzuchu. Nie ból. Raczej ciężar. Jak kamień, który połknąłem dawno temu i teraz przypomina, że nadal tam jest. Kamień ma imię, ale nie wolno go mówić. Imiona robią rzeczy prawdziwszymi.
On zawsze mówił, żebym był cicho.
Cicho to znaczy bezpiecznie — tak mówił.
Bezpiecznie to znaczy sam — tego już nie mówił, ale wiedziałem.
Kiedy dotykał, świat tracił ostrość. Dźwięki się rozjeżdżały, jakby ktoś kręcił gałką w radiu. Uczyłem się wtedy uciekać do środka. W głowie mam miejsce, gdzie jest jasno i nic mnie nie dotyka. Tam chowam się do dziś.
Wracam do pokoju. Drzwi skrzypią, chociaż staram się je zamknąć powoli. Skrzypienie jest zdradliwe. Skrzypienie mówi innym, że istniejesz.
Kładę się na łóżku, ale nie pod kołdrą. Kołdra czasem dusi. Leżę sztywno, ręce wzdłuż ciała, jak figurka z plastiku. Tak jest łatwiej nie czuć, gdzie kończę się ja, a zaczyna powietrze.
Myślę o tamtym dniu.
Nie chcę, ale myśli są jak pociągi — jadą nawet wtedy, gdy nie stoisz na peronie.
Pamiętam zapach.
Metal i kurz.
Pamiętam światło, które migało za szybko.
Pamiętam swoje dłonie. Były bardzo spokojne. To było dziwne, bo we mnie wszystko krzyczało, ale ręce były ciche. Jakby nie były moje.
Nie pamiętam krzyku. To jest ważne, bo wszyscy pytają o krzyk. Mówię im prawdę: nie było krzyku albo go nie słyszałem. Patrzą wtedy na mnie tak, jakby prawda była niewłaściwą odpowiedzią.
Dorośli lubią proste historie.
Ja mam tylko dokładne.
Kiedy zamykam oczy, widzę sufit. Pęknięcie jest na miejscu. To znaczy, że jeszcze tu jestem. Jeszcze mnie nie zabrali. Jeszcze nie muszę odpowiadać na pytania, które nie pasują do odpowiedzi.
Zasypiam powoli, bo sen też trzeba oswoić. Przed snem liczę rzeczy, które się nie ruszają:
ściana,
łóżko,
pęknięcie,
ja.
Rzeczy, które się nie ruszają, są bezpieczne.
Najbardziej boję się tych, które nagle przestają.2
RZECZY, KTÓRE ODCHODZĄ
Mama miała dłonie, które pachniały mydłem.
Zawsze tym samym. Niebieskim. Na opakowaniu był ptak, ale nie wiem jaki, bo nie umiem rozpoznawać ptaków po rysunkach. Pachniało czystością i spokojem. Kiedy byłem mały, myślałem, że zapachy mogą chronić ludzi przed znikaniem.
Myliłem się.
Mama mówiła do mnie cicho. Lubiłem to, bo cicho nie boli. Czasem siedziała na brzegu łóżka i patrzyła, jak układam samochodziki w równą linię. Nie pytała, dlaczego nie chcę się nimi bawić jak inne dzieci. Mówiła tylko: „ładnie” i to było wystarczające.
Jej smutek nie był głośny.
Był jak mgła.
Nie krzyczał, nie płakał, tylko wchodził do pokoju pierwszy i siadał w kącie. Ja go widziałem, dorośli nie.
Kiedy zniknęła, nikt mi nie powiedział tego od razu. Dorośli zawsze myślą, że prawda potrzebuje czasu. Mnie prawda uspokajała. Niepewność bolała bardziej.
Pamiętam peron.
Nie pamiętam pociągu.
Pamiętam, że świat nagle stał się za szybki. Ludzie mówili, płakali, ktoś mnie przytulał, a ja nie wiedziałem, gdzie położyć ręce. Przytulanie było za ciasne. Chciałem zapytać, kiedy mama wróci, ale słowa utknęły mi w gardle jak ości.
Potem mówili już tylko: „nie wróci”.
To zdanie nie miało kształtu.
Nie dało się go policzyć.
Pierwszy dom zastępczy pachniał obiadem i obcymi zasadami. Trzeba było mówić „dzień dobry”, patrzeć w oczy, odpowiadać szybko. Pani mówiła, że jestem niegrzeczny, bo nie reaguję. Ja reagowałem — tylko w środku. Tego nie widziała.
W drugim domu było głośno. Telewizor krzyczał cały czas, nawet kiedy nikt go nie oglądał. Dzieci biegały, wpadały na mnie, dotykały. Dotyk był nagły, nieuprzedzony. Nikt nie pytał.
Mówili, że jestem trudny.
Mówili, że robię problemy.
Ja tylko chciałem, żeby świat przestał się ruszać.
W trzecim domu pani płakała, kiedy myślała, że nie widzę. Myślała, że jestem zimny. Nie wiedziała, że widzę wszystko za mocno. Że jej płacz zostaje we mnie na długo, jak dźwięk, który nie chce ucichnąć.
Za każdym razem pakowałem rzeczy do tej samej torby. Torba była niebieska, z urwanym suwakiem. Lubiłem ją, bo była stała. Ludzie się zmieniali, torba nie.
Nikt nie rozumiał, dlaczego nie lubię zmian.
Nikt nie rozumiał, że każda zmiana to jakby ktoś przestawiał mi meble w głowie bez pytania.
Uczyłem się nie przywiązywać.
Nie do ludzi.
Do miejsc.
Do zapachów.
Ale nie da się nie przywiązać wcale. Człowiek jest do tego zrobiony, nawet taki jak ja.
Kiedy poznałem jego, pomyślałem, że może wreszcie ktoś wie, jak rozmawiać bez krzyku. Był spokojny. Zbyt spokojny. Mówił, że mnie rozumie. To było miłe zdanie. Bardzo niebezpieczne zdanie.
Nie wiedziałem wtedy, że są ludzie, którzy uczą się cudzych słabości tak samo, jak ja uczę się rozkładów jazdy.
Mama nauczyła mnie, że cisza może być dobra.
On nauczył mnie, że cisza może być pułapką.
Czasem myślę, że gdybym został w jednym domu dłużej, ktoś by zauważył. Gdybym miał jedno miejsce, jeden zapach, jedną rutynę — może kamień w brzuchu nie urósłby tak bardzo.
Ale moje życie było walizką.
I każdy przystanek był tymczasowy.
Teraz, kiedy pytają mnie, kim jestem, nie wiem, co odpowiedzieć. Synem? Nie. Dzieckiem? Też nie do końca. Jestem kimś, kto za dużo stracił, zanim nauczył się, jak trzymać.
Najbardziej pamiętam dłonie mamy.
I to, że nikt potem nie trzymał mnie tak, żeby było bezpiecznie.3
CZŁOWIEK, KTÓRY MÓWIŁ SPOKOJNIE
Poznałem go w miejscu, gdzie wszyscy mówili, że jest bezpiecznie.
Bezpiecznie to słowo, które dorośli lubią rozdawać, bo nic ich nie kosztuje.
Siedziałem na krześle przy ścianie. Krzesło było plastikowe, miało pęknięcie na oparciu w kształcie litery Y. Przez całą rozmowę liczyłem, ile razy ktoś przesuwa palcem po stole. Liczenie pomagało nie słuchać wszystkiego naraz.
On nie mówił dużo.
To od razu było inne.
Nie pytał, czemu nie patrzę w oczy. Nie poprawiał mnie, kiedy odpowiadałem za wolno. Powiedział, że mogę siedzieć bokiem, jeśli tak jest łatwiej. Nikt wcześniej nie mówił takich rzeczy. Pomyślałem, że może nauczył się tego specjalnie dla mnie.
To był błąd, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem.
Miał głos jak ciepła herbata. Bez ostrych krawędzi. Kiedy mówił, nie czułem, jakby ktoś pchał mi słowa do głowy na siłę. Powiedział, że rozumie dzieci takie jak ja. Że nie każdy musi pasować do reszty.