Granice moralności - ebook
Nawet śmierć nie uwolni cię od prawdy.
Matylda budzi się w skąpanym w mroku pomieszczeniu. Nie pamięta, kim jest ani jak się tu znalazła. Wędrując przez tajemnicze miejsce, dostrzega liczne drzwi, a gdy decyduje się przekroczyć jedne z nich, wspomnienia niespodziewanie zaczynają do niej wracać.
Wtedy uświadamia sobie coś przerażającego: jest martwa.
Od tej chwili jedynym celem Matyldy staje się poznanie przyczyny własnej śmierci. Wie, że kiedyś była szczęśliwa – żyła w luksusie i miała kochającą rodzinę.
A potem on zawładnął jej sercem i zapoczątkował jej koniec…
„Granice moralności” to poruszająca powieść o tym, jak nasze decyzje wpływają na życie – i na to, co przychodzi po nim. Historia o miłości, zdradzie, stracie i winie, która zmusza do zastanowienia się nad własnymi wyborami.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Obyczajowe |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-174-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Budzę się. Rozglądam się dookoła. Czuję narastający niepokój. Wszędzie panuje ciemność. Tak jak nocą na ulicy po zgaszeniu latarni. Ledwo dostrzegam kontury własnego ciała. Nie wiem, co jest za mną ani przede mną. Zauważam, że na czymś siedzę. Jest gładkie jak podłoga wyłożona płytkami, ale nie zimne. Dotykam tego, przesuwam opuszkami palców wzdłuż i wszerz. Nie mogę znaleźć nawet najdrobniejszej rysy. Nie wiem, gdzie jestem. To miejsce nie przypomina mi żadnego z dotychczas poznanych. Nie może być moim domem, ani też nie jest na zewnątrz. Zastygam w bezruchu. Nasłuchuję. Nic. Tylko głucha cisza, przerywana biciem mojego serca i oddechem. Jeszcze nigdy nie słyszałam takiej ciszy, o ile w ogóle można ją usłyszeć. Żadnych śmiechów, przytłumionych rozmów, szumu, kroków i setek innych odgłosów, dzięki którym czujemy się bezpiecznie. Ja w tej chwili nie czuję się bezpiecznie. Chciałabym coś powiedzieć, lecz jednocześnie nie mogę wydobyć z siebie słowa. Boję się przerywać tę głuchą ciszę, lecz jeśli ktoś inny tu jest, powinnam dać mu znak. Chyba że jestem ofiarą w pułapce i dźwiękiem tylko sprowadzę na siebie oprawcę. Nie wiem, co powinnam zrobić. Ostatecznie decyduję się milczeć.
Wciągam powietrze. Biorę głęboki wdech, zatrzymuję go w płucach i dopiero po chwili wypuszczam. Nie czuję żadnego zapachu – ani przyjemnego, ani odpychającego. To dziwne, bo każde miejsce ma jakiś zapach. Czasem nie jest od razu zauważalny, ale na pewno jest. Jednak nie tu. To zupełnie inne miejsce.
Dopiero teraz uświadamiam sobie, że jestem całkiem naga. Jednak nie czuję zimna ani ciepła. Dotykam swojego ciała. Zaczynam od stóp, przesuwam dłonią po każdym fragmencie, chcąc się upewnić, że jest na swoim miejscu. Sprawdzam wszystkie palce. Zauważam, że mam idealnie równo przycięte paznokcie. I u stóp, i u rąk. Jeszcze nigdy takich nie miałam. Zastanawiam się, kto mi je obciął i dlaczego to zrobił. Kontroluję resztę ciała. Wodzę dłonią po łydkach, udach i kroczu. Nie mam najmniejszego włoska na ciele. Brakuje mi blizny na kolanie, którą miałam od czasu, gdy uczyłam się jeździć na rowerze. Dotykam brzucha. Jest idealnie płaski. Zupełnie jak nie mój. Pamiętam, że zwykle zmagałam się z kilkoma dodatkowymi kilogramami. Obejmuję rękami piersi. Krągłe i nieduże jak pomarańcze. Następna jest szyja, ramiona i łokcie. Mam doskonale nawilżoną skórę. Wreszcie dochodzę do twarzy. Ku mojemu zdziwieniu nie znajduję ani jednej niedoskonałości. Brwi są równe, a rzęsy grube, jakbym dopiero wyszła od kosmetyczki. Lekko zadarty nos i pełne usta są na swoim miejscu. Na moim czole spoczywają kosmyki czarnych włosów. Dotykam ich od czubka głowy aż po końcówki sięgające ramion. Są miękkie i proste, jakby świeżo uczesane. Ktoś musiał zająć się moim wyglądem, lecz nie pamiętam, kto ani po co.
W ogóle niewiele pamiętam. Jakby urwał mi się film. Właściwie to znam tylko swoje imię i kilka szczegółów na temat dawnego wyglądu. Wiem, że jestem Matylda. To imię dźwięczy mi w głowie cały czas. W różnych tonach i barwach głosów. Tak jakby wymawiali je moi bliscy, lecz nie wiem w ogóle, czy jakichś mam. Nie mogę sobie przypomnieć, ale wiem, że miałam rodzinę. Intuicja albo przeczucie mi to podpowiada. Matylda, Matylda, Matylda… Wiem, że Matylda, ale jak miałam na nazwisko? Wi…? We…? Wol…? Wolska, tak! Jestem Matylda Wolska, mam chyba dwadzieścia siedem albo dwadzieścia osiem lat. W każdym razie coś około trzydziestki. Nic więcej nie wiem. Nie wiem też, gdzie jestem i jak stąd wyjść.
Powoli wstaję, podpierając się rękoma. Szybko znajduję równowagę. Próbuję iść naprzód. To chyba jakiś korytarz. Ledwo dostrzegam w ciemności zarys ścian, na lewo i na prawo. Nie wiem, jak daleko prowadzi ten korytarz. Zaczynam biec. Rozpaczliwie chcę znaleźć jego koniec. Biegnę, lecz się nie męczę. Jestem lekka jak piórko. Jakby nie istniała grawitacja. Mam mnóstwo siły, a korytarz ciągle się nie kończy. Oddycham szybko z przerażenia i niepewności. Głównie z niepewności. Zatrzymuję się. Przede mną są jakieś drzwi. Duże i drewniane. Mają okrągłą, zdobioną klamkę w kształcie głowy lwa. Pociągam za nią i nic. Popycham i nadal nic. Ani drgną. Szarpię gwałtownie z całej siły. Nic to nie daje. Zrezygnowana, odpuszczam. W tym momencie zauważam, że to nie są jedyne drzwi tutaj – one są wszędzie dookoła. Na bocznych ścianach wzdłuż całego korytarza. Natychmiast próbuję je otworzyć. Wszystkie po kolei. Wielkie, twarde i zamknięte na cztery spusty. Czuję gniew. Złość mnie rozsadza. Jestem tak blisko ucieczki, a zarazem tak daleko. To jak prawdziwa pułapka bez wyjścia. Docieram do miejsca, z którego przyszłam. Naciskam klamkę ostatnich drzwi, albo pierwszych od lewej, jeśli patrzeć na to z perspektywy początkowej. Ku mojemu zaskoczeniu uchylają się…ROZDZIAŁ PIERWSZY
Oślepił mnie blask promieni słonecznych w samo południe. Odruchowo zmrużyłam oczy i zasłoniłam je rękoma. Kiedy mój wzrok przyzwyczaił się do światła, dostrzegłam niewyraźne kontury. Poszłam naprzód, starając się wyminąć przeszkody. Zauważyłam, że jestem w jakimś pokoju. Wyglądał on dziwnie znajomo. Ściany były w kolorze pudrowego różu z purpurowym wzorkiem w mniejsze i większe kwadraty. Naprawdę mi się podobały. Zupełnie jakbym sama wybierała ten deseń. Popatrzyłam na meble. Na środku pomieszczenia stał stół przyozdobiony białym, klasycznym obrusem. Na jednym z jego końców było lekkie rozdarcie. Nie miałam pojęcia, skąd o tym wiem. Blat był zastawiony po brzegi elegancką zastawą, taką, której używa się tylko podczas ważnych, rodzinnych imprez, aby pokazać stryjecznym ciotkom, jak bardzo powodzi nam się w życiu. Do tego pozłacane sztućce, które większość swojego żywota spędzają w walizce na dnie szafy, a wyjmowane są tylko dwa razy do roku. Naczynia na razie są puste, jeszcze nieużywane. Ktoś najwyraźniej szykuje się do dużego przyjęcia, bo z liczby nakryć wynika, że ma być jedenaście osób. Symetrycznie rozstawione w rzędach po obu stronach stołu znajdują się krzesła, ale nie takie najtańsze z Ikei. Te są masywne, drewniane, z eleganckim obiciem przyozdobionym liściastym ornamentem. Bałam się ich dotknąć z obawy przed zabrudzeniem, lecz mimo to wyobraziłam sobie ich miękkość.
Rozejrzałam się dalej po pomieszczeniu. Wzrok przyciągał okazały kominek. Wyglądał na nieużywany, ponieważ szklana szyba osłaniająca palenisko nie miała ani jednej smugi od sadzy, a czerwona cegła wewnątrz była czysta jak łza. Nad kominkiem stało kilka figurek, typowych bibelotów kupowanych podczas wakacji nad morzem. Mała syrenka siedząca na rafie koralowej w towarzystwie delfinka, miniaturowy zamek, koszyk z muszelkami małży i gliniany wazon ze świeżymi storczykami. Może nie było w tym głębszego zamysłu, ale jakoś podobały mi się te rzeczy, mimo iż nie pasowały do bogato wyposażonego wnętrza. Na podłodze leżał perski, biały dywan z równo ułożonym włosiem. Ktoś włożył sporo pracy w wysprzątanie pomieszczenia, ponieważ na dywanie ani na dębowych panelach nie było nawet okruszka kurzu.
Przechadzając się po pokoju, nagle usłyszałam czyjeś kroki. Rytmiczne i ciężkie. Na pewno męskie. W pierwszej chwili rozejrzałam się, gdzie mogę się ukryć. Poczułam, że nie powinnam tu być. Nie umiałabym wytłumaczyć gospodarzom, skąd się wzięłam i co robię w ich domu. Przytuliłam się do ściany kominka, licząc, że ten, kto tu wejdzie, nie zauważy mnie na pierwszy rzut oka.
Miałam szczęście. Mężczyzna podszedł do stołu, postawił wazę, najprawdopodobniej z zupą, obrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju. Spieszyło mu się gdzieś albo za chwilę wróci tu z półmiskiem ziemniaków. Ta kryjówka nie jest odpowiednia na dłuższą metę.
Muszę wyjść niezauważona – pomyślałam.
Przyczaiłam się jak małe dziecko, które w środku nocy chce pooglądać z rodzicami kanał dla dorosłych i liczy, że choć przez chwilę uda mu się pozostać niedostrzeżonym.
Już miałam wstać, kiedy znów usłyszałam te same kroki. Skuliłam się jeszcze bardziej w kąteczku, cicho jak mysz pod miotłą. Niewiele się pomyliłam w swoich rozważaniach, ponieważ mężczyzna znów się pojawił, tylko zamiast półmiska ziemniaków miał talerz z aromatycznym, pieczonym kurczakiem. Tym razem zdążyłam mu się dokładniej przyjrzeć.
Nie był wysoki ani postawny. Nie należał do stałych bywalców siłowni czy chociażby wielbicieli sportów. Jego ramiona utonęły pod kraciastą koszulą bez żadnego konkretnego kształtu. Z przodu natomiast uwidaczniał się okrągły brzuch, charakterystyczny dla fanów chipsów i piwa. Facet miał nie więcej niż trzydzieści lat, ale zgarbiona postawa i długa, poskręcana na wszystkie strony broda strasznie go postarzały. Wyglądał na zaniedbanego. Ciemne włosy, wciąż gęste na czubku głowy, nie były myte od co najmniej dwóch dni. Cerę miał ładną. Gładką, pozbawioną zmarszczek, nawet tych mimicznych. Pewnie rzadko się uśmiechał. Wyglądał na bardzo poważnego. Na pewno nie był nałogowym palaczem, bo ani zęby, ani paznokcie nie wykazywały oznak żółci, charakterystycznej dla amatorów tytoniu. Oczy też miał całkiem ładne. Piwne i lekko skośne, blaskiem przypominały dwa topazy. Jarek wyglądał na przepracowanego i zmęczonego życiem, ale kilka lat wcześniej mógł być bardzo atrakcyjny dla kobiet, ze względu na tę mrukliwą i tajemniczą aurę, która go otaczała.
Zaraz, ale skąd wiem, że to Jarek? – zdziwiłam się.
To imię przypłynęło do mnie samo i teraz za nic nie chce się odczepić. Może już go wcześniej spotkałam. Wyglądał tak samo znajomo, jak ten pokój. Musiałam już tu wcześniej być i poznać tego mężczyznę, tylko zwyczajnie o tym zapomniałam. Będę musiała udać się do lekarza w sprawie tych dziwnych zaników pamięci.
Do pokoju weszła kobieta, mała i krągła, znacznie starsza od mężczyzny. Włosy miała zawiązane w ciasny kok na czubku głowy, co uwydatniało kwadratową twarz i pyzate policzki. Mogłaby być matką mężczyzny, ale coś mi mówiło, że nią nie była. Postawiła na stole kolejne dania, tym razem sałatkę jarzynową i racuchy. Moja szansa na wydostanie się zmalała niemalże do zera.
– Dziękuję, pani Jadziu. Wszystko wygląda obłędnie. – Mężczyzna odezwał się chrapliwym, niezwykle pociągającym głosem.
– Jareczku, wiesz, że dla naszej małej kruszynki to ja bym nieba uchyliła, a to przecież jej trzecie urodziny. Musi być wyjątkowo. Tort czekoladowy chłodzi się w lodówce. Nie będę go teraz wyjmować, bo nikt nie zje dań głównych – tłumaczyła kobieta. – Tak jak państwo kazali, dziś serwujemy zwyczajne dania, aby goście czuli się komfortowo.
– Mnie już ślinka cieknie na samą myśl – dodał.
– A gdzie to się podziewa nasza pani Matylda? Za chwilę przyjdą goście.
Mówili coś jeszcze, ale ja zatrzymałam się na słowie „Matylda”. Czyżby chodziło o mnie? Oni mnie znali? Matylda to nie jest zbyt popularne imię. Czy jest szansa, żeby ktoś w tym domu też tak się nazywał? Tylko dlaczego nie mogę pozbyć się wrażenia _déjà vu_?
Do pokoju wpadła mała dziewczynka w aksamitnej, oliwkowej sukieneczce i dwóch jasnych kitkach po obu stronach głowy. Śmiała się i biegała dookoła stołu.
– Patrycja! Zatrzymaj się! Uważaj, bo przypadkiem zrzucisz wszystko ze stołu! – Pani Jadzia przybrała srogi ton i pogroziła dziewczynce.
– Psijęcie, psijęcie – zapiszczało dziecko z radości.
Uświadomiłam sobie, że dziewczynka wygląda uroczo. Jak mała laleczka, wystrojona i uczesana, o idealnie symetrycznej buzi. Na czubku noska miała kilka złotych piegów, które tylko dodawały jej dziecięcej słodyczy. Piwne oczy przybrały rozmiar złotówek. Była podobna do ojca, Jarka. Czułam to, chociaż nie mogłam mieć pewności, że Jarek jest jej ojcem.
Mimo zakazu pani Jadzi Patrycja dalej skakała wokoło stołu, wspinała się na palce, żeby zajrzeć, czy na stole nie ma jakiegoś słodkiego przysmaku. Aż dziwne, że mnie nie zauważyła. Przebiegła kilka razy niemalże obok mnie, a nawet nie odwróciła głowy w tym kierunku. Tym lepiej, że nie będę musiała tłumaczyć dziecku, co robię na jego przyjęciu urodzinowym.
Niespodziewanie do pokoju wbiegł pies, uderzając pazurami o panele. Był to labrador o złocistej sierści i małych, wiszących uszkach. Natychmiast skierował się do dziewczynki, lecz ona nie wyglądała na przerażoną, mimo że pies był od niej większy. Pogłaskała go po szyi, a pies, potulny jak baranek, usiadł na wprost niej, czekając na więcej pieszczot. Jego roześmiane oczy zdradzały, że podoba mu się głaskanie. W pewnym momencie jednak niespokojnie się poruszył. Zostawił Patrycję, mimo jej protestów. Spojrzał wprost na mnie, przekręcił głowę w bok i zaszczekał. Zamknęłam oczy, czując, że teraz wszyscy domownicy mnie zauważą. Tak się jednak nie stało. Zwabiony szczekaniem, do pokoju przyszedł Jarek. Wziął Patrycję na ręce. Uchyliłam powieki, aby ocenić sytuację. Oboje patrzyli na mnie, ale nic nie mówili.
– Cicho, Luna – wyszeptałam do psa, a ten jakby zrozumiał i od razu umilkł. Nawet nie wiem, skąd myśl, że to Luna. Imię znowu samo pojawiło się w mojej głowie.
– Luna, na co patrzysz? Tam nic nie ma – skomentował Jarek i wyszedł z dzieckiem na rękach.
Jak to nic nie ma?! Przecież ja tu jestem! Czy oni mnie naprawdę nie widzieli? To przestawało być śmieszne, o ile w ogóle kiedyś było. Zaczęłam nerwowo biegać po pokoju, szukając jakiegoś punktu oparcia, powrotu do rzeczywistości z tego snu. Bo to musiał być sen. Jestem u ludzi, których znam, w salonie, który znam, i na dodatek tylko pies mnie widzi. Pies, o którym z jakiegoś powodu wiem, że nie doczeka następnego lata.
Chciałam jak najszybciej stąd wyjść, lecz kiedy znalazłam się przy drzwiach, jakaś niewidzialna bariera mnie zatrzymała. Ciężko ją do czegokolwiek porównać, nie jest ani szklaną ścianą, ani polem magnetycznym z filmów science fiction. Po prostu nie mogę wyjść z tego pokoju. Czy to znaczy, że zostanę w nim już na zawsze? Martwiłam się. Mało tego – byłam przerażona jak cholera. Tym bardziej przekonywałam się, że to sen. Uszczypnęłam się, aby zaraz się obudzić. Nie zadziałało. Spróbowałam mocniej. Nadal nic. Nawet bólu nie poczułam, a na mojej skórze nie pojawił się czerwony ślad. Gorączkowo szukałam czegoś, co mnie wybudzi. Już miałam podnieść ze stołu łyżkę i rzucić nią z całej siły o ścianę, by dać upust złości, ale – o dziwo – nie mogłam. Czułam chłodny metal w dłoni, ale nie mogłam jej wziąć ani przesunąć nawet o milimetr. Dotykałam nerwowo wszystkiego, co się dało. Talerzy, dzbanków, kubków, obrusa. Czułam ich fakturę i temperaturę, ale nie mogłam nimi poruszyć. Nawet wsadziłam palec do sałatki i nie pojawiło się na niej najmniejsze wgłębienie.
– Co, do cholery? – Nie mogłam ukryć irytacji.
Spojrzałam jeszcze raz na leżącą nieruchomo łyżkę. Pochyliłam się nad nią, ale nie ujrzałam własnego odbicia. Ani w szybce kominka, ani w czarnym ekranie telewizora plazmowego. Byłam jeszcze bardziej skołowana.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Pani Jadzia poszła otworzyć. Z głębi domu słyszalne były głosy kobiet i mężczyzn, dzieci oraz staruszków. Wszyscy kierowali się do tego pokoju.
– A gdzie jest nasza mała jubilatka? – dopytywała jakaś pani w łososiowym sweterku.
– Pięknie się tutaj urządziliście – komentował mężczyzna.
– Kiedy tort i prezenty? – przekrzykiwali się dwaj chłopcy w wieku około dziesięciu lat.
– Spokojnie, wszyscy zajmijcie miejsca – nakazała pani Jadzia i całe towarzystwo jak na zawołanie umilkło i posłuchało jej.
Nie musiałam się już ukrywać. I tak nikt mnie nie widział. Krążyłam wokoło nich i obserwowałam. Dzieciaki były wyraźnie zniecierpliwione, ale matka musztrowała ich spojrzeniem. Mężczyźni, nieco starsi od Jarka, gawędzili i śmiali się w wulgarny sposób ze zdjęć celebrytki w telefonie. Kobiety w wieku jeszcze przedemerytalnym wymieniały się sztucznymi uśmiechami z wymuszoną grzecznością.
Znudzone towarzystwo odwróciło wzrok w kierunku drzwi, w których pojawił się Jarek, elegancko ubrany w czarny garnitur, oraz mała Patrycja ukrywająca się za jego nogami. Biedna mała weszła w ten wiek, kiedy zaczyna się odczuwać zawstydzenie. Pewnie jeszcze nigdy nie patrzyło na nią tyle par oczu naraz. Tatuś dodał jej otuchy i wyznaczył miejsce obok chłopaków, jej kuzynów. Zaczepiana przez braci poczuła się nieco pewniej i szczerze się uśmiechnęła.
– A gdzie jest Matylda? – zagadnął jeden z mężczyzn.
– Wiesz, jak to kobieta, pięć razy zmienia sukienkę i poprawia makijaż. – Jarek wysilił się na żart, lecz nikt się nie zaśmiał.
Jak na zawołanie w drzwiach pojawiła się kobieta wyglądająca jak milion dolarów. Nie sposób pojedynczo opisać każdego elementu jej wyglądu, bo tylko razem komponowały się w niezwykłą całość. Zarówno czerwone szpilki od Armaniego, jak i biała sukienka w czerwone grochy nadawały jej wizerunkowi powab i wdzięk, połączone z dziewczęcą lekkością. Makijaż niezbyt ostry, ale zauważalny zdobił okrągłą buzię, a czarne jak węgiel włosy układały się w równe loczki, prosto z lokówki. Na dłoniach widniały dwie złote bransoletki, co komponowało się z paznokciami pomalowanymi na delikatny róż. Na palcu serdecznym błyszczała obrączka ślubna.
Nagle jej strój stał się też moim. Spojrzałam na swoje ciało i na stopach zauważyłam te same szpilki, sukienkę, a na rękach te same bransoletki.
– Przepraszam, że musieliście na mnie czekać – odezwała się teatralnie i zajęła miejsce obok męża, wywierając oszałamiające wrażenie na zgromadzonych.
Wtedy przeszedł mnie dreszcz, impuls, po którym mnie olśniło. Wspomnienia wróciły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wiedziałam już, że patrzyłam na samą siebie z dnia czternastego czerwca dwa tysiące dziewiętnastego roku. To były trzecie urodziny mojej córeczki Patrycji. Zjechała się cała rodzina, moja i Jarka, którego byłam żoną. To był mój dom, mój salon, a w kuchni krzątała się gosposia Jadwiga, którą sama zatrudniłam.
Mieszkaliśmy na przedmieściach Warszawy, w której i ja, i mój mąż się wychowaliśmy. Pomyślałam sobie, że należałam do osób, które uwielbiały Warszawę.
W tygodniu miasto było gęste i zatłoczone, a w weekendy robiło się uboższe o kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców. Pomimo kurzu i hałasu czułam się tutaj dobrze. Przywykłam już do dźwięku tramwajowych hamulców, dudnienia silników, trąbienia taksówkarzy, drżenia chodników od przejeżdżającego metra. A hałas samolotów, które lądowały na pobliskich lotniskach, był dla mnie jak łyżeczka cukru do herbaty. Nawet tu, na przedmieściach, mogłam przy nim spokojnie zasypiać. Ciągły pośpiech, korki na ulicach i olbrzymie budynki działały na mnie kojąco. Cieszyłam się, że miasto daje tyle możliwości, począwszy od spędzania czasu wolnego w kawiarniach, a skończywszy na nauce i dobrze rokującej pracy, choć nie musiałam pracować zawodowo.
Mieliśmy willę, jedną z wielu na przedmieściach stolicy. Jarek wykupił projekt i najlepszą firmę budowlaną, abyśmy od razu po ślubie mogli się wprowadzić. Spojrzałam na widok za oknem. Mój dom umieszczony był na działce w otulinie zieleni. Podwórko nie obfitowało w kwiaty, lecz w tuje i drzewa ozdobne. Cały dom miał kształt wielowymiarowej bryły o spadzistych dachach, a front ozdabiały dwie białe kolumny. Mieliśmy ogromny garaż na trzy samochody: jeden mój oraz dwa Jarka, służbowy i prywatny. Z tyłu domu, pod dachem można było zażyć kąpieli w niewielkim basenie. Obie kondygnacje domu urządzone zostały w stylu nowoczesnym. Postawiliśmy na meble i ściany w stonowanych odcieniach bieli, szarości i czerni oraz najnowsze udogodnienia sprzętowe. Do tego zabezpieczyliśmy dobytek najlepszym systemem antywłamaniowym i kamerami. Co prawda, jeszcze nikt nie próbował się do nas włamać, ale lepiej nie kusić losu.
Jeszcze raz przyjrzałam się gościom. Teraz zaczynałam widzieć wszystko wyraźniej. Poznawałam ludzi siedzących przy stole.
Obok Jarka siedzieli jego ojciec Andrzej i matka Lucyna. Mimo że oboje przekroczyli już pięćdziesiątkę, sprawiali wrażenie o dziesięć lat młodszych, a to za sprawą częstych wizyt w SPA i niezbyt męczącej pracy. Zaczęli jako obiecujący dziennikarze, którzy dzięki charyzmie i brakowi skrupułów szybko wybili się w zawodzie. Napisali kilka pikantnych historyjek o gwiazdach, które zapewne nawet w połowie nie były prawdą. W każdym razie środowisko dziennikarskie zaczęło doceniać państwa Wolskich i nie trzeba było długo czekać, aby wykupili jedną z popularniejszych polskich gazet. Okazało się, że do biznesu mieli jeszcze większy dryg niż do pisania bzdur, więc pieniądze się ich trzymały. Zaraz po czterdziestce mogli zająć się odpoczywaniem na Karaibach z drinkiem w dłoni, bo to inni na nich pracowali. Forsy mieli i nadal mają więcej niż lodu dookoła Grenlandii.
Tylko w życiu zawodowym byli tak zgodni i podobni do siebie. Prywatnie każde z nich było zupełnie inne i chyba tylko biznes ich łączył. Teściową zawsze uważałam za mądrą kobietę. I to była taka życiowa mądrość, z której każdy mógł skorzystać, jeśli tylko by chciał. Nie pochwalałam nigdy jej przebiegłości dziennikarskiej, ale muszę przyznać, że znała się na ludziach. W mig odczytywała zamiary i myśli, o których nie chciało się mówić. Przeczytała w życiu mnóstwo książek, które ukształtowały jej poglądy. Najbardziej jednak interesowało ją prawo i polityka. Uwielbiała zaczytywać się w ustawach i kodeksach, byle tylko znaleźć drobne ustępstwo. Stąd wynika, że nigdy nie zrobiła niczego wbrew prawu. Tutaj naprawdę pochwalałam jej spryt. Była też pracowitą osobą – choć było ją stać na gosposię, tak jak nas, nigdy nie skorzystała z tej opcji. Lubiła zajmować się domem, zwłaszcza gotować. Jedyne co mam jej do zarzucenia, to sposób, w jaki traktowała Jarka. Miała wobec niego wygórowane oczekiwania. Jareczek miał przynosić same piątki, miał mieć mnóstwo zainteresowań i dodatkowych zajęć, najładniejsze dziewczyny i uprzejmych kolegów. Nigdy jednak Jareczek nie dostał pochwały od matki, a w jej ramionach nie mógł znaleźć domowego ciepła. Początkowo teściowa za mną nie przepadała, ponieważ pochodziłam z niższych sfer i nie miałam świetlanej przyszłości. Z czasem okazało się, że Jarek za nic nie pozwoli sobie wybić mnie z głowy, więc chcąc nie chcąc – musiała mnie zaakceptować. Na chwilę obecną nasze relacje są całkiem niezłe, jak na teściową i synową. Szanujemy się, a to najważniejsze, lecz czasem myślę, że widziałaby inną partnerkę u boku Jarka.
Ojciec Jarka, Andrzej, właśnie pochłaniał dokładkę zupy, która kapała mu na kołnierzyk koszuli. Z tego to był dopiero szczwany lis. Głośny i prostolinijny – tak bym go określiła. Sam siebie uważał za mistrza kabaretu, choć jedyne co miał wspólnego z kabaretem, to wygląd Jasia Fasoli. Pulchna buzia w połączeniu z wydatnymi brwiami, zmarszczkami mimicznymi i wykrzywionymi ustami nadawała jego minom zabawny wydźwięk, mimo że miał poczucie humoru, które bawiło tylko jego. Zwłaszcza kiedy zapalnikiem żartów był wypity w nadmiarze napój z procentami, a to zdarzało mu się nadzwyczaj często. Po kilku kieliszkach stawał się bardzo bezpośredni. Opowiadał, co mu ślina na język przyniesie. Stąd wiem o szczegółach jego dziennikarskiej kariery. Uwielbiał również towarzystwo kobiet, zwłaszcza tych młodszych. Kiedy tylko zaczęłam spotykać się z Jarkiem, często padałam ofiarą jego bezceremonialnych żartów i zaczepek na temat mojego biustu, tyłka czy seksownych nóg. Nie wiem, czy mnie podrywał, czy żartował, ale w każdym razie sprawiało to obleśne wrażenie.
Z żoną żył w dobrych relacjach i myślę, że tak naprawdę nigdy by jej nie zdradził ani nie zostawił dla młodszej. Był mocny w gadce, ale jeśli trzeba było coś zrobić, to już nie jego sprawa. Zawód dziennikarza wybrał nie tylko dla pieniędzy, ale także z powodu wielkiego zamiłowania do teorii spiskowych. Nieważne, czy były to teorie o płaskiej ziemi, religijnych farmazonach czy reptilianach. Wszystkie chłonął jak gąbka, by potem przy rodzinnym obiedzie zaszczycić zgromadzonych najświeższymi nowinami. Opowiadał o nich z taką pasją i błyskiem w oku, że aż miło było go posłuchać, choć i tak każdy puszczał mimo uszu te treści. Jeśli nie traktowało się go poważnie, można było go polubić. Żona określała Andrzeja „moje sto pięćdziesiąt kilo szczęścia”, ponieważ właśnie tyle ważył. Nie przejmował się nadwagą, tak jak niszczącą go cukrzycą i podagrą. Powtarzał z humorem: „na coś trzeba umrzeć”.
Teściowie oddali udziały w wydawnictwie swoim synom, każdemu po równo. Jarek wolał sprzedać swoją część i pójść własną drogą. Jego brat postanowił jednak podążać za wolą ojca i przejąć rodzinny interes, by czerpać jeszcze większe zyski.
Jarek z wykształcenia był historykiem, lecz jego ścieżka zawodowa skręciła w jedną z bocznych uliczek. Za pieniądze rodziców otworzył swój własny dom aukcyjny i dokładnie tak go nazwał – Dom Aukcyjny. Jeden z najlepszych w Polsce. Nie wiem jak, ale szybko udało mu się pozyskać najrzadsze antyki i kupców. Firma w ciągu zaledwie roku rozrosła się do takich rozmiarów, że Jarek nie potrzebował wsparcia rodziców w biznesie. Nie dość, że zaczął zarabiać sam na siebie i na nas, to jeszcze zatrudniał najlepszych ekspertów w dziedzinie sztuki. Aukcje, które organizował, cieszyły się dużą popularnością i przynosiły jeszcze większe zyski. Tym sposobem ja nie musiałam pracować, a i tak mieszkaliśmy w domu przypominającym pałac. Nie do końca pamiętam, czym się zajmowałam, oczywiście oprócz wychowywania naszej córeczki, ale chyba nie było to zbyt istotne. Ważniejsze, co robił Jarek. Nawet teraz, patrząc z boku, czułam się dumna z mojego męża.
Po przeciwnej stronie stołu siedzieli szwagier i szwagierka, Michał i Anna, którym najwyraźniej nie zależało, żeby tu być. Oboje zachowywali się sztucznie – tylko po to, aby coś komuś udowodnić. Prawda była taka, że żyli jak kot z psem i każdy o tym wiedział. Ona wzbogacała polską służbę zdrowia swoimi dentystycznymi umiejętnościami. Była miła do bólu. W każdym potrafiła znaleźć dobrą cechę, a optymizmem częściej wkurzała, niż pomagała. Na temat jej dziecięcej naiwności można było pisać eseje. W oczach często miała iskry zakłopotania z powodu wiecznie niezaspokojonych oczekiwań męża. Anka należała do grona tych kobiet, o których pisze się artykuły w tygodnikach zatytułowane „Przez osiem lat była ofiarą swojego małżeństwa”. Ona w świętym związku tkwiła już jedenaście lat i nic nie wskazywało, aby miało się to zmienić. Siniaki pod oczami i na ramionach nie były wystarczającym powodem. Pozwalała się bić i zastraszać mężowi. Najwyraźniej cierpiała na syndrom sztokholmski i rola ofiary sprawiała jej satysfakcję, a poczucie winy było wisienką na torcie.
Michał to kawał drania. Był starszym bratem Jarka. Nigdy go nie lubiłam. Był obleśny. Gruby, zaniedbany, z wiecznie przetłuszczonymi włosami i poskręcaną na wszystkie strony brodą. A oddechem mógłby smoka powalić. Wdał się w swojego ojca pod względem zamiłowania do alkoholu i grubiaństwa. Po objęciu firmy rodziców jeszcze bardziej zaczął stroszyć piórka i zadzierać nosa. Nie musiał nic robić, a kasa leciała do jego portfela, bo inni, jak sam ich nazywał – „murzyny”, robili dla niego. Od pieniędzy mu się poprzewracało w czterech literach. Wszystko miał na wyciągnięcie ręki. Chciał mieć nowy samochód, to go kupował; chciał mieć żonę, to ją sobie brał; chciał mieć dzieci, to je sobie zrobił; chciał się napić, to wlewał w siebie najdroższe whisky. Nie akceptował odmowy i sytuacji, które wymykały się spod jego kontroli. Oprócz alkoholizmu lekarze zdiagnozowali u niego ChAD, czyli dwubiegunówkę, czego on sam nie przyjmował do wiadomości. Z własnej woli nie brałby żadnych leków, dlatego żona codziennie kruszy mu je i wsypuje do kawy. To niestety tylko częściowo tłumaczy jego zmienne stany. Druga strona medalu to podły charakter, którego ja nigdy nie trawiłam. Jedynie w stosunku do swojego brata, a mojego męża zachowywał się w porządku. Kiedy jeden potrzebował pomocy lub rozmowy, drugi zawsze był na zawołanie. Nie istniała między nimi zazdrość ani rywalizacja. Byli wobec siebie sprawiedliwi. Michał traktował brata lepiej niż swoją żonę. Jarek często mu doradzał w sprawach życiowych, lecz nie w małżeństwie – to była jedyna kwestia, na którą nie mógł mieć wpływu, z bardzo prostego powodu. Jeszcze za czasów studenckich Jarek chodził z Anką. Jednak nie pasowali do siebie, a gdy się rozstali, ona wpadła w łapy Michała i już się z nich nie oswobodziła.
Często się zastanawiałam, czy Anka nadal coś czuje do mojego męża, czy właśnie z jego powodu zdecydowała się wejść do tej rodziny – by być bliżej niego. Widziałam, jak zżera ją zazdrość, kiedy patrzyła na mnie i Jarka szczęśliwych. Może miała nadzieję, że nasz związek – a potem małżeństwo – w końcu się rozpadnie, co ponownie otworzy jej drogę. Oczywiście to tylko moje gdybania. Prawda była taka, że zawsze lubiłam i szanowałam Anię, i nie dziwiłam się, że Jarek kiedyś był w niej zakochany. Nie zachowywałam się jednak jak typowa baba, zazdrosna i zawistna wobec byłych dziewczyn swojego chłopaka. Uważałam, że Anka jest świetną babką. Gdyby jeszcze tylko nie dawała się tak traktować Michałowi.
– Aniu, jak twoja praca? Dużo masz pacjentów? – Prawdziwa Matylda wdała się w grzecznościową wymianę zdań pomiędzy kęsami drugiego dania.
– Tak. Pracy ciągle przybywa. Czasem się dziwię, jak można tak zaniedbywać zęby, kiedy patrzę na niektórych ludzi, a nawet dzieci. Mam nadzieję, że wy pilnujecie Patrycji pod tym względem. – Zaśmiała się.
Już miałam coś odpowiedzieć, ale Jarek mnie wyręczył.
– Możesz być spokojna. Patrycja jest bardzo chętna do mycia zębów. Ale w razie kłopotów odwiedzimy tylko twój gabinet.
Uśmiechnęłam się i skuliłam głowę, wracając do posiłku. W międzyczasie musiałam pomóc małej z krojeniem mięsa i zachęcaniem jej do zjedzenia porcji nieco większej niż dla wróbelka.
Jarek żywo konwersował z bratem i swoimi rodzicami. Ania zagadywała głównie swoich synów, a moi rodzice w ciszy obserwowali towarzystwo. Dwaj chłopcy wygłupiali się i próbowali rzucać jedzeniem, co nie spotkało się z akceptacją ich matki. Delikatnie ich skarciła, grożąc palcem, na co oni tylko puścili do siebie oczko.
Ania najbardziej na świecie kochała swoich synów, bliźniaków – Rafała i Bartka. Zrobiłaby dla nich wszystko, oczywiście oprócz zostawienia ojca boksera. Pilnowała, aby dzieci nie ucierpiały od ciężkiej ręki Michała, ale nie wiedziała, ile bezsennych nocy chłopcy spędzili, chowając się i płacząc pod kołdrą, z powodu niekończących się awantur i gróźb słyszanych zza ściany. Jarek mi o tym często opowiadał, zaznaczając, że ja mam szczęście, ponieważ on nigdy by na mnie ręki nie podniósł i nie doprowadził naszej córeczki do rozpaczy.
Dziesięcioletni bliźniacy podobni byli do siebie tylko z charakteru. Obaj byli wesołymi łobuziakami, którym za jedno błagalne spojrzenie można było wszystko wybaczyć. Sprawiali drobne problemy wychowawcze, które Anna ukrywała przed Michałem. Sama odwiedzała dyrektora i świeciła oczami za zbitą doniczkę, przypadkiem obcięte włosy koleżanki czy kredę w obiedzie nauczyciela. Dla dobra dzieci zatajała te informacje przed mężem i sama próbowała wychowawczych pogadanek, które może dałyby oczekiwany skutek, gdyby nie wieczorne krzyki i relacje z meczów bokserskich w salonie. Trudno się dziwić – dzieci będące biernymi ofiarami przemocy domowej musiały jakoś odreagować. Zawsze ich bardzo lubiłam i jednocześnie żałowałam, że wychowują się w takiej rodzinie. Tak naprawdę to dzięki nim uświadomiłam sobie, że sama pragnę mieć dziecko. Małą istotkę, której będę mogła pokazać wszystko po raz pierwszy i ukształtować jej osobowość.
Wreszcie spojrzałam na moich rodziców. Rozczulił mnie ich widok. Zawsze kiedy ich widziałam, odczuwałam bliżej nieokreśloną tęsknotę. Moja pięćdziesięciosiedmioletnia matka Teresa i starszy od niej o dwa lata ojciec Antoni żyli ze sobą od prawie trzydziestu lat. Ich małżeństwo pełne było bólu i rozpaczy, utraconych nadziei – i utraconych pieniędzy. Nie miało to związku ze mną, a z ich drugą córką, Ireną, młodszą ode mnie o cztery lata. Irka urodziła się z mózgowym porażeniem dziecięcym. Nie mogła chodzić, nie mogła mówić. Przez kilka lat życia była jak roślinka, pielęgnowana przez opiekunów. Rodzice wydawali każdy grosz i każdą zapomogę na rehabilitację Irci. Te starania przyniosły na tyle dobre efekty, że dziewczyna obecnie może poruszać się o kulach i mówić, choć jej mowa jest niezbyt zrozumiała. Obecnie dwudziestojednoletnia Irenka byłaby zdolna do samodzielnego życia, ale matka za nic nie pozostawiłaby jej samej, dlatego nadal mieszka z rodzicami i żyje za ich pieniądze.
Odkąd pamiętam, wszystko było zawsze dla Irci i pod jej dyktando. Matylda przez cztery lata życia była szczęśliwą, normalną i zdrową dziewczynką. Gdy na świecie pojawiła się moja siostra, rodzice zupełnie o mnie zapomnieli. Ich uwaga była już zawsze skupiona na Irce, na pomocy dla niej i modlitwach za jej zdrowie, ponieważ moja rodzina była głęboko wierząca. W tym czasie mała Matylda zajmowała się sama sobą, robiła najróżniejsze rzeczy, żeby tylko zwrócić uwagę rodziców, poczuć cień dawnej miłości. Rodzice co prawda dawali mi dach nad głową i wyżywienie, zapewnili wszystko, co trzeba było, pod względem fizycznym. Zabrakło natomiast uczucia, które powinno spajać każdą rodzinę. Na domiar mojego nieszczęścia musiałam angażować się w rehabilitację i pomoc dla chorej siostry. Oddawać jej zabawki, ubrania, słodycze. Każdego dnia odmawialiśmy modlitwę o jej zdrowie. Rodzice sądzili, że nic innego nie jest na tyle istotne, by się o to modlić. Z uporem maniaka biegali do kościoła, wierząc, że tylko Bóg jest w stanie ją ocalić. Bardzo wcześnie musiałam pójść do pracy, ponieważ brakowało nam pieniędzy na życie i leczenie Irki. Rodzice nie mieli wobec mnie żadnych oczekiwań. Jakby zupełnie mnie nie dostrzegali w obliczu tragedii, która ich dosięgnęła.
Uczyłam się całkiem nieźle, byłam raczej lubiana, ale powroty do domu były dla mnie karą za grzech pierworodny. Nie było tam przemocy, była tylko obojętność, która bolała bardziej niż kopniak w żebra. Rodzice nie byli wykształceni – ojciec pracował jako maszynista, a matka musiała porzucić pracę kasjerki, aby zajmować się chorą córeczką. Pieniędzy nigdy na nic nie starczało. Ojciec, wiecznie zapracowany, robił na dwie zmiany. Rzadko go widywałam w domu. Korzystaliśmy ze wszystkich możliwych zbiórek pieniędzy, urzędowych dofinansowań i pomocy krewnych, lecz zawsze było za mało. Sprzęty ortopedyczne były drogie, terapie i domowe kształcenie również.
Relacje między matką a ojcem nie zmieniły się przez te trzydzieści lat. Nie wątpię w to, że się jakoś tam kochają – albo kiedyś kochali – ale obecnie króluje między nimi głównie obojętność. Całe życie się przerzucali oskarżeniami, kto był winien, że spłodzili niepełnosprawne dziecko. Opieka nad Irką i praca zabiły ich uczucia. Unikali przypadkowych gestów i spojrzeń. O dotyku, przytulaniu czy trzymaniu za rękę nie mogło być mowy. Nawet podczas życzeń świątecznych nie dawali sobie buziaków. Ich rozmowy dotyczyły tylko codziennych spraw. Bardzo uważali, aby nie wypowiedzieć tego, co tak naprawdę myśleli. Przeżyli w tym piekle tyle lat, że zdążyli już przywyknąć, choć nie wiem, na ile można się przyzwyczaić do cierpienia.
Odkąd pamiętam, nienawidziłam Ireny. Odebrała mi to, co było najcenniejsze – miłość rodziców. Nie mogłam na nią patrzeć, słuchać jej zachrypniętego, chorego głosu. Zazdrościłam jej tej troski matki i ojca, a ona zazdrościła mi tego, że jestem zdrowa. Z czasem doszły do tego studia, praca, Jarek, dziecko i dom. Nasze relacje tylko się pogorszyły. Właśnie dlatego dzisiaj jej tu nie ma. Wolała zostać w domu rodziców, w którym nadal mieszkała, niż patrzeć na moje luksusy i szczęśliwą rodzinę.
To chyba odczuwany przeze mnie brak uwagi w moim rodzinnym domu był powodem, dla którego chciałam się wybić. Mając takiego męża jak Jarek, nie mogłam być niezauważona. Do tego dochodziła niebanalna uroda, którą starannie pielęgnowałam. Teraz mogłam utrzeć nosa Irenie.
Nie wiem, czy rodzice byli ze mnie dumni. Traktowali mnie jak starą znajomą, zawsze mile widzianą i słyszaną. Nasze relacje były całkiem niezłe, choć nadal chłodne. Odnosiłam wrażenie, że nie czują się dobrze w moim domu. Siedzą cicho i trzymają się na dystans od rodziny mojego męża. Nie dało się ukryć, że swoim wyglądem, ubiorem i zawodem nie pasują do otoczenia. Moją córkę i mnie jednak cieszyła ich obecność. Patrycja uwielbia dziadków, a oni uwielbiają ją. Wnuczkę traktują tak, jak należy, i za to jestem im wdzięczna.
Po obiedzie pani Jadzia przyniosła tort, który upiekła dla Patrycji. Ozdobiła go trzema świeczkami, wykonała z lukru kwiatki, serduszka i jednorożce, którymi fascynowała się mała. Dziewczynka z moją pomocą stanęła na krześle i na polecenie zdmuchnęła świeczki za jednym razem. Wszyscy w tym czasie zaśpiewali „Sto lat” i zaklaskali w dłonie. Nastąpił moment dawania prezentów. Każdy przyniósł coś dużego i ładnego. Od teściów Pati dostała bujanego jednorożca i kilka kompletów sukienek. Od cioci i wujka zestaw piesków z jej ulubionej bajki. Od moich rodziców jedną mniejszą zabawkę edukacyjną i słodycze od mojej siostry, która podobno poprosiła ich o przekazanie prezentu.
Kiedy mała była zajęta testowaniem prezentów, prawdziwa ja i Jarek wyszliśmy na chwilę z salonu, aby zaraz wrócić z olbrzymim domkiem dla lalek Barbie i kompletem drewnianych mebelków. Wspólnie wręczyliśmy go naszej córce, a ona z radości nas objęła i natychmiast zajęła się zabawą.
– Nie za bardzo ją rozpieszczacie? – skomentował Michał.
– Może trochę za bardzo, ale ciężko się oprzeć, kiedy ma się w domu małą księżniczkę – odparł Jarek i pogłaskał córeczkę po główce.
– Matyldo, musisz bardziej kontrolować Jarka, bo jeszcze z tej miłości samochód kupi trzylatce – skomentowała teściowa.
– Mamo, o to możesz być spokojna. Jarek to najrozsądniejszy człowiek, jakiego znam. – Mówiąc to, przytuliłam się do męża, lecz on nie odwzajemnił gestu.
Dorośli usiedli do konsumowania deseru, który zaserwowała nam gosposia. Dzieci bawiły się w najlepsze na dywanie. Obserwowałam, jak starsi chłopcy pokazują młodszej dziewczynce, jak ustawiać meble w zabawkowej kuchni, i pomagają jej trzymać większe rzeczy, niemieszczące się w jej rączkach.
O każdym z tu obecnych można było powiedzieć wiele złego, jak i dobrego. Każdy miał swoje sekrety, słabości, były między nimi podobieństwa i różnice. Wszystko jednak przestawało być istotne podczas rodzinnych spotkań, kiedy – czasem wysilając się na uprzejmość – należało się zjednoczyć. Taka była moja rodzina. Mogłaby być lepsza, ale mogła być też gorsza. Na taką trafiłam. Czy to dobrze, czy źle, to już nie mnie oceniać.
Nadal nie miałam pojęcia, dlaczego dla innych jestem niewidzialna jak duch, a druga ja właśnie siedzi przy stole i wyciera serwetką usta.
W tym momencie z tyłu pokoju pojawiło się światło, widoczne tylko dla mnie. Zaczęło mnie wciągać, mimo że nie chciałam jeszcze stąd iść. Siła była jednak nieubłagana. Pokój stawał się coraz bardziej rozmyty, a ja coraz bardziej się oddalałam. Już nie słyszałam rozmów i śmiechów. Dookoła mnie znów pojawiła się ciemność i korytarz. Wróciłam do miejsca, gdzie byłam na początku. Stałam przed tymi samymi drzwiami, które tym razem były zaryglowane. Nie mogłam już tam wejść.
Wydałam z siebie długi, przeraźliwy pisk. Nie wiem, czy ze strachu, czy z bezsilności. Nie miałam pojęcia, co się dzieje, ale nie podobało mi się to. Może jestem w śpiączce i dlatego powoli wracają mi wspomnienia. Mój umysł wędruje po zakamarkach nieświadomości. To całkiem racjonalne wyjaśnienie, ale za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć, co się właściwie wydarzyło.
– Ratunku! Pomocy! Chcę stąd wyjść! Chcę wrócić do mojego świata! Słyszycie mnie?! – darłam się jak opętana, a mój głos odbijał się głuchym echem od ścian, wracał do mnie i wywoływał dreszcze. Nie wiem, kto miałby mnie usłyszeć albo mi pomóc. Bóg? Diabeł?
Chciało mi się płakać. Padłam na kolana i zakryłam oczy rękoma. Nagle skrzypnęły jedne drzwi. Spojrzałam w stronę, skąd doszedł mnie dźwięk, i zobaczyłam, jak uchylają się wrota gdzieś daleko ode mnie. Wypadł z nich promień jaskrawego światła. Natychmiast tam pobiegłam, licząc na to, że znajdę wyjście. Nic bardziej mylnego…