Granice pożądania - ebook
Siedem lat spokoju to tylko cisza przed burzą. Marta i Kasia wracają, by po raz kolejny spłonąć w ogniu namiętności, którą obiecywały sobie pogrzebać. Ich ustatkowane życie to tylko fasada. Pod powierzchnią poukładanej dorosłości wciąż pulsuje niebezpieczny głód intensywności. Kiedy rutyna staje się nie do zniesienia, Marta i Kasia podejmują szaloną decyzję. Wyjazd na Lazurowe Wybrzeże ma być ostatecznym testem dla ich związków, ale staje się grą, w której zasady przestają istnieć, a skrywane pragnienia wymykają się spod kontroli. W dusznych zaułkach Antibes i na plażach dla nudystów rozpoczyna się wybuchowa mieszanka pasji, zdrady i zazdrości, która zburzy fundamenty czterech istnień. Czy ich przyjaźń przetrwa tę próbę ognia? Czy poukładani mężowie zdołają zmierzyć się z prawdą?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Siedem lat to w skali wszechświata mgnienie oka, ale w ludzkim życiu to cała epoka, w której fundamenty rzeczywistości potrafią scementować się na nowo albo rozpaść w proch. Kiedy zamknęłyśmy drzwi tamtej wynajętej kawalerki na warszawskim Powiślu, w czerwcu, w pełnym słońcu, obie czułyśmy nie tylko ulgę, ale i dziwną, dojrzałą pewność. Tamten mroczny, naelektryzowany czas – pełen zazdrości, pożądania, sznurów i obecności Adama – stał się bolesną, ale konieczną lekcją. Spłonęłyśmy w tamtym ogniu, by móc narodzić się na nowo, silniejsze i bardziej świadome.
Wszystko potoczyło się zaskakująco normalnie, jakby życie desperacko próbowało zrównoważyć szaleństwo poprzednich miesięcy. Ostatnie egzaminy na studiach zamieniłyśmy w triumf, odbierając dyplomy z dumnymi uśmiechami, wolne od ciężaru sekretów. Kasia wróciła do rodzinnego Olsztyna na dłuższe wakacje, ale Warszawa przyciągała ją z magnetyczną siłą, której nie mogła się oprzeć. Po trzech miesiącach wróciła do stolicy na stałe. Nie zamieszkała już ze mną, ale w przytulnej kawalerce na Żoliborzu, którą dzieliła z Markiem – tym samym spokojnym, ułożonym studentem informatyki, którego poznała podczas pamiętnych wakacji za granicą. Marek okazał się dla niej nie tylko partnerem, ale oazą spokoju i stabilizacji, której tak bardzo potrzebowała po emocjonalnej burzy.
Ja również nie pozostałam w tyle. Stolica, która przez chwilę wydawała się pusta bez wieczornego pulsu Kasi w naszym wspólnym mieszkaniu, szybko zapełniła się zupełnie nowym rytmem. Krótko po rozpoczęciu nowego roku akademickiego, na zajęciach z fizjologii sportu, poznałam Borysa – wysportowanego, przeniesionego na AWF z Gdańska atletę. Nasza znajomość zaczęła się od wspólnych treningów nad Wisłą i długich rozmów o diecie i biomechanice, a szybko przerodziła się w głębokie, oparte na wzajemnym szacunku i pasji uczucie. Borys był wszystkim, czego potrzebowałam – twardo stąpającym po ziemi, a jednocześnie wrażliwym i pełnym wsparcia.
Po studiach nadszedł czas na dorosłość. Kasia rozpoczęła pracę w renomowanej agencji HR, wykorzystując swoje psychologiczne zacięcie w praktyce. Ja natomiast, po kilku stażach, znalazłam swoje miejsce w marketingu sportowym, łącząc wiedzę ze studiów z miłością do sportu.
Przez te siedem lat nasze życie nabrało zupełnie nowego tempa. Dorosły świat wchłonął nas ze swoimi wyzwaniami, ale nigdy na tyle, byśmy zapomniały o sobie. Spotykałyśmy się bardzo często. Nasze czwartkowe „babskie wieczory” – na przemian w mojej kawalerce na Mokotowie albo w ich mieszkaniu na Żoliborzu – stały się świętością. Wino, pizza i długie rozmowy do późna w nocy były naszym rytuałem. Wymieniałyśmy się doświadczeniami z pracy, opowiadałyśmy o problemach i sukcesach, a przede wszystkim, z czasem, o naszych narzeczonych, a potem – z największą radością – o przygotowaniach do ślubu.
Zaręczyny Kasi i Marka odbyły się w romantycznej scenerii Mazur, w miejscu jej rodzinnego domu, a rok później huczne wesele zgromadziło naszą najbliższą rodzinę i przyjaciół. Miesiąc po nich, Borys i ja stanęłyśmy na ślubnym kobiercu w pięknej, plenerowej ceremonii pod Warszawą. W obu przypadkach – choć w zupełnie innym kontekście niż wtedy, siedem lat temu – Kasia i ja byłyśmy dla siebie nawzajem druhnami, uśmiechnięte i wzruszone, patrząc w przyszłość z nadzieją, którą kiedyś trudno nam było sobie wyobrazić.
Siedem lat później, kiedy pisałam te słowa, patrząc przez okno na jesienne ulice Warszawy, obie byłyśmy mężatkami. Kasia i Marek stanowili przykładną, zgodną parę, w której informatyczny umysł męża idealnie komponował się z jej psychologiczną wrażliwością. Borys i ja tworzyliśmy zgrany duet oparty na miłości do ruchu, zdrowego stylu życia i głębokiej przyjaźni. Wszystko wydawało się idealne, poukładane, bezpieczne.
A jednak. Czasami, w gęstym powietrzu naszych czwartkowych wieczorów, kiedy lampka wina uderzała nam do głowy, a za oknem szalał deszcz, w naszych spojrzeniach pojawiał się cień. Cień przeszłości, która nigdy tak naprawdę nie zniknęła. Pamięć o tamtej naelektryzowanej kawalerce na Powiślu, o zapachu obcych perfum i dymu papierosowego w środku nocy, o ciele Adama i o nas – splecionych w chorym, namiętnym trójkącie, który zniszczył wszystko, by potem pozwolić nam zbudować coś nowego. Wiedziałyśmy, że ten rozdział został zamknięty na klucz, a klucz wyrzucony do Wisły, ale wiedziałyśmy też, że nosimy go w sobie na zawsze. Nasza przyjaźń, tak piękna i dojrzała teraz, była wykuta w ogniu tamtego grzechu.
I właśnie wtedy, w tę deszczową, październikową noc, kiedy nasze życie wydawało się najspokojniejsze, poczułyśmy podskórnie, że to wcale nie jest koniec. Że coś się w tym roku zmieni.
Październikowy wieczór w Warszawie miał w sobie coś z melancholijnego filmu. Deszcz bębnił o szyby mojej kawalerki na Mokotowie, a zapach świeżo parzonej kawy mieszał się z aromatem cynamonu. To był nasz tradycyjny „babski czwartek” – moment, w którym cały zgiełk korporacyjnego świata, deadline’ów i dorosłych obowiązków zostawał za drzwiami.
Kasia pojawiła się punktualnie o dziewiętnastej. Zrzuciła skórzane botki, rozpięła beżowy trencz i weszła do salonu z butelką dobrego, włoskiego wina w dłoni. Wyglądała świetnie – jej ciemne włosy były lekko potargane od wiatru, a w oczach błyszczał ten sam ciepły, dobrze znany mi blask.
– Jeśli ta kawa nie postawi mnie na nogi, to znaczy, że przetrwanie tego tygodnia w biurze oficjalnie przerwało moje zdolności życiowe – zażartowała, wtulając się w róg kanapy i podciągając nogi pod siebie.
Usiadłam naprzeciwko niej, podając jej kubek z gorącym naparem.
– Opowiadaj. Co tam u was na Żoliborzu? Marek znowu zaszył się w kodzie do późna w nocy? – zapytałam z uśmiechem, nalewając wino do dwóch kieliszków.
Kasia zaśmiała się dźwięcznie, machając lekceważąco ręką.
– O nie, tym razem przeszedł samego siebie. Zrobił mi niespodziankę i ugotował kolację, co prawda kuchnia wyglądała po tym jak po wybuchu bomby atomowej, ale starał się szczerze. Poza tym w pracy mamy teraz totalny młyn – rekrutacje na wyższe stanowiska dają mi w kość, ale radzę sobie. A co u ciebie? Borys nie daje ci za wycisk na tych waszych treningach?
Zaczęłyśmy naszą standardową, bezpieczną wymianę zdań o tym, co działo się u nas przez ostatnie dni. Opowiadałam jej o nowych projektach w agencji marketingowej, o zmaganiach z klientami, którzy chcą niemożliwego na wczoraj, i o tym, jak Borys otwiera kolejne grupy w swoim studio treningowym. Przez chwilę rozmawiałyśmy o codzienności – o rachunkach, o planach na nadchodzący weekend, o tym, czy wybieramy się na jakieś zakupy przed listopadowymi świętami. To była ta nasza dojrzała, poukładana rzeczywistość. Dwie mężatki, dwie kobiety, które odnalazły swoje miejsce na ziemi.
Ale z każdą wypitą lampką wina atmosfera w pokoju zaczynała się subtelnie zmieniać. Znikał korporacyjny szum, a na wierzch wypływało to, co przez lata skrzętnie chowałyśmy pod powierzchnią normalności.
Kasia odstawiła kieliszek na stolik, a jej wzrok powędrował w stronę okna, za którym ciemniały mokre ulice stolicy. Zamilkła na dłuższą chwilę, bawiąc się cienką nóżką naczynia.
– Marta… – zaczęła cicho, a w jej głosie pojawiła się ta specyficzna nuta, której nie słyszałam od dawna. – Myślisz czasem o tym, jak to wszystko się potoczyło? O tym, kim byłyśmy wtedy, a kim jesteśmy teraz?
Spojrzałam na nią, czując, jak w piersi zaciska mi się znajomy, lekko bolesny węzeł.
– Często o tym myślę, Kasiu – odparłam szczerze, przysuwając się bliżej niej na kanapie. – Czasami zastanawiam się, czy tamta dziewczyna sprzed siedmiu lat to na pewno byłam ja. Wydaje mi się, jakbyśmy opowiadały o kimś zupełnie obcym. O bohaterkach jakiejś mrocznej książki.
Kasia odwróciła głowę i spojrzała mi prosto w oczy. W jej spojrzeniu nie było lęku, ale była ta dojmująca świadomość, że przeszłość nigdy nie odchodzi bez śladu.
– Czasami brakuje mi tej adrenaliny – szepnęła niemal bezgłośnie, spuszczając wzrok, jakby bała się własnych słów. – Nie Adam… Boże, nie chodzi o niego. Ale o tę intensywność. O to, że wtedy czułyśmy, iż żyjemy na samej krawędzi. Teraz wszystko jest takie… bezpieczne. Poukładane. Mamy wspaniałych mężów, dobre domy, stabilną przyszłość. A jednak czasami czuję pustkę.
Rozumiałam ją doskonale. Aż nazbyt dobrze. Przez te wszystkie lata tłumiłyśmy w sobie ten ogień, zamieniając go w ciepłe domowe ognisko, ale gdzieś w głębi duszy obie wiedziałyśmy, że zostałyśmy ulepione z innej gliny. Nasza przyjaźń nie zrodziła się z popijania kawy w szkolnej ławce – została wykuta w tamtym szaleństwie, w tamtym trójkącie, w tamtych nocach pełnych dymu, łez i potu.
Ochłonęłam, położyłam dłoń na jej dłoni i splotłam nasze palce w ten sam mocny, nierozerwalny węzeł, w jaki wiązałyśmy je tamtego czerwca na pożegnanie.
– Jesteśmy bezpieczne, Kasiu – powiedziałam cicho, ale stanowczo, wpatrując się w jej ciemne oczy. – I to jest cena, którą zapłaciłyśmy za spokój. Ale masz mnie. Zawsze będziesz miała mnie.
Kasia uśmiechnęła się lekko, a po jej policzku spłynęła jedna, cicha łza, którą szybko starła wierzchem dłoni. Pochyliła się i wtuliła twarz w moje ramię, dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy świat wokół nas walił się w gruzy. Deszcz bębnił o szyby, a my siedziałyśmy tak przez długie minuty, złączone przeszłością, teraźniejszością i tajemnicą, której nikt poza nami dwoma nigdy nie zdołałby w pełni pojąć.
Tamtego październikowego wieczoru deszcz nie ustawał ani na chwilę, bębniąc o szyby mojego mieszkania na Mokotowie z coraz większą siłą. Kiedy Kasia wtuliła się w moje ramię, a w pokoju zapadła gęsta, ciężka cisza, obie wiedziałyśmy, że wisi w powietrzu coś, o czym żadna z nas nie miała odwagi powiedzieć na głos. Wtedy jednak zamknęłyśmy temat, wracając do bezpiecznych ram naszej codzienności, do naszych mężów, pracy i poukładanego życia.
Prawdziwa prawda wyszła na jaw kilka dni później, kiedy spotkałyśmy się ponownie – tym razem na neutralnym gruncie, w małej, cichej kawiarni ukrytej w bocznej uliczce Żoliborza.
Kasia siedziała naprzeciwko mnie, trzymając w dłoni kubek z gorącą herbatą, ale nawet przez parujący napar widziałam, jak bardzo jest spięta. Jej palce nerwowo bębniły w ceramiczną powierzchnię, a wzrok błądził gdzieś po pustym lokalu. Przez pierwsze dwadzieścia minut rozmawiałyśmy o bzdurach – o tym, jak Marek znowu zapomniał zrobić zakupów, o nowych raportach w mojej agencji. Ale w jej oczach czaił się ten sam niepokój, który widziałam podczas deszczu w moim salonie.
W końcu Kasia odstawiła kubek z taką siłą, że brązowy płyn lekko rozlał się po talerzyku. Westchnęła ciężko, a na jej twarzy malowało się głębokie zagubienie.
– Marta… ja nie do końca rozumiałam, co jest ze mną nie tak – zaczęła cicho, niemal szeptem, pochylając się nad małym stolikiem. – Przez te wszystkie dni po naszym spotkaniu myślałam o tym, co powiedziałaś. O tym, że brakuje nam tamtej adrenaliny. I wiesz co? Kilka dni później… po prostu to poczułam.
Spojrzałam na nią uważnie, czując, jak w moim własnym żołądku zaciska się zimny węzeł.
– Co poczułaś, Kasiu? – zapytałam ostrożnie.
Kasia spuściła wzrok, a jej policzki zlały się delikatnym rumieńcem. Zaszurała krzesłem, po czym wyrzuciła z siebie słowa, które wisiały w powietrzu od dawna.
– Nasz seks z Markiem… jest strasznie nudny, Marta – wyznała z brutalną szczerością, a w jej głosie słychać było desperację. – Jest taki powszedni, schematyczny, do bólu przewidywalny. Bez żadnej ekscytacji, bez dreszczyku, bez tego ognia, który kiedyś nas palił. Wszystko jest miłe, czułe i poprawne, ale ja… ja czuję się, jakbym uprawiała miłość z bratem, a nie z mężem, którego powinnam pragnąć.
Słuchałam jej z sercem w gardle. Bo choć na zewnątrz kiwałam głową ze zrozumieniem, w środku trzęsłam się ze świadomością, że czuję dokładnie to samo. Borys był wspaniałym, troskliwym mężczyzną, nasza bliskość była zdrowa i pełna szacunku, ale była też… bezpieczna. A w głębi naszych dusz, pod warstwą siedmioletniej stabilizacji, obie tęskniłyśmy za tym, co kiedyś zniszczyłyśmy własnymi rękami. Za tamtym mrokiem, za brakiem zasad i za rozkoszą, która smakowała jak zakazany owoc.
Kasia siedziała naprzeciwko mnie w tej cichej żoliborskiej kawiarni, a jej wyznanie o rutynie i nudzie w małżeństwie wciąż wisiało w powietrzu, ciężkie i bolesne. Przez chwilę żadna z nas nie odzywała się ani słowem. Słyszałam tylko cichy szum ekspresu do kawy i deszcz uderzający o szyby, podczas gdy w mojej głowie kłębiły się setki myśli. Kiedy w końcu uniosłam wzrok i spojrzałam na jej zagubioną twarz, poczułam, że muszę wyrzucić z siebie to, co sama dusiłam w sobie od miesięcy.
– Myślisz, że u mnie jest inaczej, Kasiu? – zapytałam gorzko, opierając łokcie na stoliku i nachylając się ku niej. – Z boku Borys wygląda jak uosobienie sportowej pasji i stabilności. Ale powody do frustracji bywają różne… mój mąż z kolei lubi różne nowe pomysły, nawet kiedyś proponował, abym wyszła z nim do klubu swingersów.
Kasia zamarła, a jej kubek z herbatą zatrzymał się w połowie drogi do ust. Oczy rozszerzyły się jej ze zdumienia.
– Klub swingersów? – powtórzyła szeptem, jakby nie dowierzając własnym uszom. – Borys? Ten sam Borys, który planuje każdy posiłek co do grama i żyje według sportowego grafiku?
– Właśnie ten – prychnęłam cicho, uśmiechając się krzywo. – Dla niego to była kolejna nowość, eksperyment, sposób na poszerzenie horyzontów i dodanie pikanterii do naszego pożycia. Ale im dłużej o tym myślałam, tym bardziej czułam, że to zupełnie nie o to chodzi. On szukał technicznej ekscytacji, a ja… ja tęsknię za czymś zupełnie innym. Za tą surową autentycznością, którą kiedyś miałyśmy.
Nasze opowieści – tak skrajnie różne, a zarazem bolesne w swojej istocie – złączyły się w jedną, wspólną opowieść o kobietach uwięzionych w złotych klatkach własnej dorosłości. U Kasi problemem była bolesna, szara powszedniość i brak jakiejkolwiek iskry ze strony ułożonego Marka. U mnie – przeskalowana, teoretyczna otwartość Borysa na eksperymenty, które wciąż nie potrafiły dotknąć tej mrocznej struny w mojej duszy, wyrzeźbionej lat temu w tamtej warszawskiej kawalerce.
Siedziałyśmy tak przez dłuższą chwilę, analizując nasze małżeństwa, nasze pragnienia i ten niewidzialny mur, który zbudowałyśmy wokół siebie przez siedem lat spokoju. Zrozumiałyśmy, że choć uciekłyśmy od tamtego piekła, to piekło – albo raczej ta intensywność – wciąż cicho rezonowało w naszych ciałach, domagając się głosu w świecie, który stał się dla nas zbyt bezpieczny.CHAPTER 2
Kolejne spotkanie odbyło się tydzień później, tym razem u mnie w domu. Borys był na wyjeździe służbowym, a Marek miał wieczór z kolegami z pracy, więc miałyśmy wolną rękę. Atmosfera była gęsta – nie było już miejsca na bezpieczne tematy. Siedziałyśmy na dywanie z butelką wina, a rozmowa coraz częściej schodziła na to, co nas tak naprawdę uwiera w naszych obecnych życiach.
Kasia, wciąż pod wpływem naszego ostatniego wyznania, przyglądała mi się uważnie.
– Marta, skoro oboje naszych facetów gdzieś tam, w głębi duszy, czuje niedosyt… albo wręcz przeciwnie, szuka czegoś nowego, to może powinnyśmy przestać udawać, że jesteśmy zadowolone z tej „bezpiecznej” normy? – zapytała, a w jej oczach znów zapłonął ten dawny, niebezpieczny ogień.
W mojej głowie zaświtał szalony plan. Skoro Borys był otwarty na eksperymenty, a Marek – w swoim spokojnym, informatycznym świecie – potrzebował bodźca, by wyjść ze skorupy, może to był ten moment?
– Co powiesz na wyjazd? – rzuciłam nagle, patrząc na nią z szerokim uśmiechem. – We czwórkę. Gdzieś daleko, w ciepłe kraje, gdzie nikt nas nie zna. Prawdziwe wakacje.
Kasia podchwyciła mój entuzjazm, ale w jej głowie pojawił się już konkretny scenariusz.
– Wyjazd tak, ale z konkretnym celem – powiedziała, obniżając głos. – Pamiętasz plaże nudystów, o których czytałyśmy? Miejsca, gdzie wszystkie bariery znikają, gdzie nie ma ubrań, nie ma ról społecznych, nie ma „nudnego męża” ani „grzecznej żony”. Zabierzmy ich tam. Zobaczmy, jak zareagują, kiedy zrzucimy wszystko i zostaniemy tylko my.
Ten pomysł uderzył mnie prosto w splot słoneczny. Było w tym coś perwersyjnie kuszącego. Zamiast szukać adrenaliny w mrocznych, miejskich zaułkach, miałyśmy stworzyć sytuację, w której nasi mężowie – w pełnym słońcu, na oczach obcych ludzi – będą musieli zmierzyć się z naszą nagością i własnymi pożądaniami w zupełnie nowym, wolnym od wszelkich konwenansów wydaniu.