-
nowość
Grenouille reaktywacja - ebook
Grenouille reaktywacja - ebook
Kontynuacja powieści MIĘDZY CIENIEM A DOMEM. Adam Żabiński miał już nigdy nie wrócić do świata przemocy, śmierci i trudnych wyborów. U boku Sary i Piotrusia odnalazł dom, którego przez całe życie szukał, lecz przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. Gdy ponownie staje do walki ze złem, coraz częściej musi zadawać sobie pytanie, gdzie przebiega granica między sprawiedliwością a zemstą. Czy człowiek, który przez lata działał w imieniu prawa, może pozostać niewinny, gdy zaczyna decydować o życiu i śmierci innych? W cieniu fanatyzmu, nienawiści i przemocy Adam odkrywa, że największym przeciwnikiem może być własne sumienie. „Grenouille. Reaktywacja” to poruszający thriller o drugiej szansie, odpowiedzialności, pragnieniu ojcostwa i moralnej cenie walki ze złem. Bo człowiek może odejść z wojny, ale wojna nie zawsze odchodzi z człowieka.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398042215 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Las był tak cichy, że można było usłyszeć oddech człowieka.
Stara leśniczówka, wrośnięta już w ziemię aż po piwniczne okienka, stała na skraju polany. Opuszczona wiele lat temu, prezentowała obraz nędzy i rozpaczy. Była oczywistym dowodem na to, że porzucone przez człowieka przedmioty i budynki, w przeciwieństwie do spraw, rozpadają się i powoli znikają z upływem dni. Dach zapadł się miejscami, okiennice zwisały krzywo na zardzewiałych zawiasach, jednak szyby, mętne i lepiące się od brudu, przez jakiś kaprys losu ocalały i wciąż tkwiły w wypaczonych futrynach okien. Przez przegniły próg rześkie powietrze wdzierało się do wnętrza, a ulewny deszcz zmywał podłogę. Nie stanowił też żadnej przeszkody dla zaglądających tu chętnie drobnych gryzoni. Smród jawnie dowodził, że myszy i szczury zdecydowanie dominowały wśród gości tej chaty, a może już nawet zadomowiły się na dobre. Jedynie piec oparł się destrukcyjnemu działaniu czasu i przy odrobinie samozaparcia ze strony człowieka mógł mu jeszcze służyć, o ile ten chciałby zdradzić tu swoją obecność dymem z komina. Nad drzwiami wisiała płaskorzeźba jelenia. Ktoś ją kiedyś wyrzeźbił nieudolną ręką. Rogi były zbyt krzywe, pysk za długi, ale mimo to zwierzę prezentowało się dumnie. Nie mogło się jednak równać z tymi żywymi, które chętnie zaglądały na pobliską polanę.
Na horyzoncie właśnie pojawiło się stado. Jelenie wychodziły z lasu powoli, ostrożnie, jak zawsze o tej porze dnia. Byki na przedzie, łanie tuż za nimi. Wspaniały dwunastak, przewodnik stada, zatrzymał się na skraju polany i uniósł wysoko głowę. Węszył, nasłuchiwał, czujnie lustrował otoczenie.
Powietrze było nieruchome. Las pachniał wilgocią nocnego deszczu, mchem, rozgrzaną już trawą i słabą wonią człowieka.
Byk zrobił pierwszy krok w kierunku środka polany, gdzie rosło najwięcej pachnących ziół i koniczyny. Wtedy usłyszał cichy, krótki dźwięk dochodzący z wnętrza leśniczówki. Znieruchomiał. Pozostałe zwierzęta również zamarły w bezruchu. Przewodnik stada napiął mięśnie i był gotów do natychmiastowej ucieczki.
Okno uchyliło się wolniutko, a w nim pojawiły się ręce trzymające lornetkę. Z pewnością nie należały do leśniczego czy drwala, bo ci już dawno tu nie zaglądali.
Na prawym przedramieniu wprawne oko bez trudu mogło dostrzec tatuaż: biały geometryczny krzyż wpisany w okrąg – symbol czystości krwi i nienawiści do obcych. Tatuaż był prosty, pozbawiony jakichkolwiek zdobień, jakby celowo odarty z historii i sprowadzony do znaku ideologii.
Zwierzęta dostrzegły błysk promieni słonecznych odbijających się od szkieł lornetki. Jej właściciel pachniał kwaśno, wypalonymi papierosami, dwunastak wyczuł to wyraźnie.
Nagle z wnętrza chaty dobiegł stłumiony dźwięk, jakby ktoś kopnął w deskę. Stado nie czekało już dłużej, zerwało się do ucieczki i spiesznie opuściło polanę.
– Globus, ty debilu! – warknął mężczyzna. – Spokojnie… – dodał, widząc uciekające zwierzęta. – Nie poluję. Jeszcze… Przynajmniej nie taką zwierzynę.
Na polanie ponownie zapadła cisza, a człowiek w oknie mruknął:
– Spłoszyłeś je, Globus, niezdaro! Są piękne! Bardzo! Wiesz co? Zdecydowałem. Ta chata się nada. I to bardzo.ROZDZIAŁ 2
Mówią, że jeśli chce się rozśmieszyć Pana Boga, to należy opowiedzieć Mu o swoich planach. Jeśli to zdanie w istocie jest prawdziwe, to nad życiem Adama Żabińskiego, przez przyjaciół zwanego Grenouille, od dłuższego czasu musiał unosić się nie tyle śmiech, co rubaszny rechot Stwórcy.
Adam tyrał w policji, jak głupi osioł. Łapał bandytów, w przenośni i dosłownie babrał się w ludzkich bebechach, a wszystko to w imię zasad i z nadzieją, że będzie lepiej nie tylko w kraju, ale i w jego życiu. Walcząc ze złem tego świata, usiłował jednocześnie wypełnić pustkę we własnym sercu.
Większą część dorosłego życia spędził na poszukiwaniu miłości, domu i rodziny. Już tracił nadzieję, kiedy Bóg albo – jak kto woli – los postanowił go nagrodzić. Była to jednak nagroda dość osobliwa – kula, która utkwiła w jego ciele tuż przy sercu. Milimetry zadecydowały o tym, że nie zginął na służbie. Kilkukrotnie wymykał się lekarzom w śmierć kliniczną, jakby chciał pokazać całemu światu, że ma już tego wszystkiego serdecznie dość.
Ta jedna kula zmieniła wszystko…
Baśka – jego partnerka w pracy i prawdziwy anioł stróż – odeszła z policji. W gruncie rzeczy ta kula była przeznaczona dla niej, ale Grenouille nie mógł przecież pozwolić, by zginęła. To nie tylko jego policyjna partnerka, ale także wspaniała kobieta, matka i żona, a po nim nikt by specjalnie nie płakał, więc wybór wydawał mu się prosty.
Ten parszywy kawałek ołowiu, kaliber dziewięć milimetrów, niespełna osiem gram, odesłał go na wcześniejszą emeryturę, a Baśkę wypchnął z policji na dobre i skierował na zupełnie inne tory zawodowych aspiracji.
Ich szef, inspektor Marek Mróz, po tej feralnej akcji rozsypał się zupełnie. Straciwszy najlepszą parę śledczych, zaczął przebąkiwać, że i on powinien w końcu posmakować emeryckiego życia.
Wydział powoli wypełniało młode pokolenie. Stara gwardia, może i całkiem nie rdzewiała, ale stawała się historią. Na ścianie, pod napisem: „Nasi najlepsi”, wisiało coraz więcej zakurzonych portretów. Można jednak powiedzieć, że każdy, kto trafił do tego zacnego grona, miał szczęście, że jego portret nie zawisł na przeciwległej ścianie, pod napisem: „Polegli na służbie”. Tam kurzu nigdy nie było…
Żabiński i jego towarzysze byli rozbitkami wyrzuconymi za burtę przez jedną kulę wystrzeloną z glocka, a dostanie się ponownie na pokład graniczyło z cudem.
Grenouille otrzymał jednak od tej kuli coś jeszcze… Dzięki niej w jego życiu pojawiła się Sara oraz jej synek – mulat Piotruś. To przez tę kulę Żabiński coraz częściej myślał o czymś, co jeszcze niedawno zdawało się nieosiągalne – o rodzinie.
Jego związek z Sarą był cudowny, a ona niezwykła, piękna i nietuzinkowa. To malarka, która tworzyła też biżuterię artystyczną, wykorzystując głównie srebro. Jej obrazy – pełne afrykańskich odniesień, tajemnicze i niepokojące – trafiły, dzięki staraniom Alice Juvert z „Beaux Arts Magazine” – na wystawę w Paryżu.
Paryż… Okruch lustra dzieciństwa zamglony i miasto młodzieńczego zachwytu. Zaledwie kilka szalonych urlopów wystarczyło Żabińskiemu, by się w nim zakochać.
Jednak tym razem to Sara rzuciła sobie to miasto do stóp. Była tam rozchwytywana. Rauty, bankiety, wywiady i duże pieniądze za sprzedane obrazy oraz zamówienia.
Dopiero nocą mogli porozmawiać przez kamerkę. Widział wtedy, jak rozkwita i chłonie świat wszystkimi zmysłami.
– A ja? – pytał wówczas.
Bał się, był zazdrosny, ale na szczęście tylko w środku. Na zewnątrz szczerze cieszył się jej radością. Ta maleńka igiełka tkwiła jednak w sercu.
Z czasem stał się kimś, kim nigdy nie planował być, ale trudno było mu się do tego przyznać nawet samemu przed sobą. Został kimś w rodzaju „męża swojej żony”, choć ślubu przecież nie mieli. Był niczym pusta torba na zakupy, która jest, ale jakby jej nie było.
Adam gotował – i to całkiem nieźle. Sprzątał. Spędzał każdą wolną chwilę z Piotrusiem. Cierpliwie znosił też nienawistne spojrzenia kołtunów z Bożej Woli. Co prawda było ich mniej niż kiedyś, ale ciągle stanowili pożywkę dla zarazy pod nazwą Bractwo Czystej Polski. A przecież to dzięki Sarze świat usłyszał o tej niewielkiej mieścinie. Część sławy artystki spłynęła niejako z urzędu również na to miejsce i na jego mieszkańców.
Grenouille nie mógł powstrzymać śmiechu, gdy widział, jak przed kamerami, zjawiających się tu co i rusz krajowych i zagranicznych ekip telewizyjnych, jej jeszcze wczorajsi wrogowie wypinali dumnie piersi i recytowali do mikrofonów: „Nasza artystka”.
– Jaka, kurna, wasza?! – wykrzykiwał w kierunku telewizora. – Wasza? Tych wybijających jej szyby w oknach, podpalaczy?!
Byli też i tacy, którzy nadal mówili o Sarze jako zdrajczyni rasy, a Piotrusia nazywali murzyńskim bękartem.
Pośrodku, niczym masa w torcie, tkwiła trzecia warstwa, czyli ludzie, którzy na co dzień wolą się nie wychylać, a zapytani o zdanie na jakikolwiek temat najchętniej odpowiadają: „A co mnie to obchodzi”. Jednak wielu z nich, zachęconych zachowaniem pseudodziennikarzy, chętnie rozprawiało o pieniądzach, które udało się Sarze zarobić i nadal zarabiać, bowiem zaglądanie w cudze portfele można by chyba nazwać naszym sportem narodowym. Grenouille nazywał to jednym z przejawów kundlizmu społeczeństwa.
W wolnych chwilach Żabiński chadzał na ryby. To wtedy, w otaczającej go ciszy, udawało mu się usłyszeć ów Boży śmiech…
Najpiękniejsze chwile spędzał jednak z Piotrusiem w lesie. Jeździli samochodem tak daleko, jak się tylko dało, a potem wędrowali w głąb boru. Szukali tropów zwierząt, rozpoznawali drzewa, bawili się w traperów. Grenouille oddałby wszystko za te chwile, kiedy w jego dużej dłoni tkwiła mała, spocona rączka ufającego mu bezgranicznie Piotrusia.
Któregoś dnia, podczas takiej wyprawy, odkryli w lesie starą, rozpadającą się leśniczówkę, nad drzwiami której widniała niezdarnie wykonana płaskorzeźba jelenia. Obok była polana pełna koniczyny i traw, a jelenie, co szybko odkryli, chętnie przychodziły tam żerować.
Wracali w to miejsce wielokrotnie. Raz nawet zostali na noc, by obserwować stado kopytnych tuż nad ranem. Były jak duchy wyłaniające się z mgły spowijającej las i zalegającej nad polaną.
Piotruś zapytał wówczas:
– Dziadku, czy jak będziemy jeść zioła i trawę, to będziemy tacy jak jelenie?
– Chciałbyś?
– Bardzo bym chciał być zdrowy i silny.
– Przecież jesteś.
– Ale nie jestem rączy.
– Skąd znasz to słowo?
– Z książki od ciebie. Rączy to szybki, a ja nie biegam szybko.
– Jeszcze będziesz. Ćwicz mądrze, a efekty się pojawią.
Dla Żabińskiego ta rozmowa była jedną z tych chwil, których się nie zapomina.
Było sobotnie wczesne popołudnie. Słoneczko grzało Żabińskiemu dość mocno w kark, a nieliczne białe strzępki chmur przesuwały się po niebie. Adam siedział nad lokalną rzeczką Łupiną i cierpliwie obserwował podskakujący na drobnych falach spławik. Umiał czekać. Tej sztuki nauczył się w policyjnej robocie.
Gdy tak siedział w ciszy, pozwolił sobie na chwilę szczerości przed samym sobą.
„To banał, ale jednocześnie fakt, że nasze życie jest nieustannym spektaklem, teatrem, a my większość danego nam czasu przywdziewamy przeróżne maski” – myślał. „Rzadko kiedy pokazujemy światu i bliskim naszą prawdziwą twarz”.
Takie chwile jak ta bywały właśnie czasem absolutnie dla siebie, bez maski, czasem absolutnej szczerości. Dlatego musiał przyznać, że brak mu aktywności, tej policyjnej roboty. Nie był człowiekiem stworzonym do spokojnej egzystencji, leniwej powtarzalności, czy może gotowym już na nią. Chciał mieć rodzinę – kobietę, kiedyś może żonę, dziecko, dom i los mu to dał, ale cena była bardzo wysoka.
Niedaleko ktoś nadepnął suchą gałązkę. Na ten dźwięk stado wróbli ćwierkających w zaroślach poderwało się do lotu, spłoszone niczym nastolatek przyłapany na oglądaniu porno. Myśli Żabińskiego także natychmiast uleciały, a pamięć mięśniowa, szybsza niż myśl, skierowała prawą rękę tam, gdzie zawsze nosił broń. Właśnie… nosił.
Wstał, by zobaczyć, kto postanowił zakłócić mu wczesnopopołudniowy spokój.
Zza zakrętu wyłonił się inspektor Marek Mróz – do niedawna jego szef.
– A cóż to za łaska spływa na mnie, że niegdysiejszy mój dobrodziej raczy mnie zaszczycić swym przybyciem? Bądź pozdrowiony, inspektorze. – Wykonał teatralny ukłon, zamiatając wyimaginowanym kapeluszem ziemię.
– Ty, Grenouille, wiecznie błaznujesz, a tu ojczyzna wzywa!
– A nie powinno to wyglądać jak w tych amerykańskich filmach za dychę? Łopot wirników helikoptera, kurz wzbijany w powietrze, czterech gości w ciemnych garniakach i przeciwsłonecznych okularach, no i szef – najlepiej w mundurze i z orderami. Ojczyzna wzywa? Ojczyzna to mi zaśpiewała: „goodbye my love, goodbye” i odesłała na przedwczesną emeryturę. Nie przeczę, godziwą, ale jednak.
– Ta twoja emerytura właśnie się skończyła. Wracasz do służby.
– A kto tak postanowił?
– Właśnie Ojczyzna, ta, co cię odesłała. Ustami wszystkich świętych, tam, na górze.
– No bez jaj! Co jest grane?!
– Braki kadrowe. Wystarczy ci?
– Nie, bo wali ściemą.
– To jeszcze wrzód na dupie.
– A ten wrzód to?
– Znane ci Bractwo Czystej Polski. Okazało się, że ledwie jedną niewielką mackę udało się nam wcześniej odrąbać. Jak by na to nie spojrzeć, to właśnie ty, poprzez swoje akcje w Bożej Woli i nie tylko, wiesz o nich całkiem sporo, a może nawet najwięcej.
– A Ławniczak? On ich wsadzał.
– Wsadzał, bo podałeś ich prawie na tacy. Ale nie martw się, Ławniczak też gra z nami.
– Szefie, ja mam wreszcie dom, kobietę, dzieciaka. Wszystko to, czego tak bardzo kiedyś pragnąłem. Stabilizacja – tak to nazwę ze strachu przed słowem „szczęście”.
– Ale powiedz, tak z ręką na sercu, nie tęsknisz? Nie doskwiera ci codzienna rutyna, wolne duszenie się w tym ciepełku, we własnym sosie? Kapcie, telewizor, czasem kopanie piłki z małym i regularny, dobry seks…
– Od małego to niech się szef odp… Odstosunkuje! To jest radość trudna do opisania. Świat jest piękny między innymi dlatego, że jest ze mną Piotruś i mogę z nim robić wiele rzeczy, uczyć go…
– Zbastuj! Nie chciałem powiedzieć nic złego! Może tylko to, że powtarzalność jest dobra dla psów, ale nie dla takich w mundurach! Z tego co słyszę, wnioskuję, że ty zaczynasz być po prostu mężem swojej żony. Kręci cię to?
– Szefie, to już o jedno zdanie za dużo!
– Dobra, nie było tematu. Wybacz… Ale żeby ci przypomnieć dawne, dobre czasy, masz tu swoją starą blachę. Ważna od wczoraj, bo z taką datą napiszesz prośbę o przywrócenie do służby.
– Kurna, to nie fair!
– Widzisz? Ty już nawet przeklinasz inaczej, jak jakiś uniwersytecki inteligent. W każdym razie, pomyśl o tym, porozmawiaj z Sarą. Wpadnę jutro po odpowiedź, ale nie czekaj z kolacją.
– Bardzo śmieszne.
– Do jutra, Grenouille, do jutra.
Adam wrócił do domu z burzą szalejącą w głowie. Rozważał wszystkie opcje. To w euforii godził się na powrót do służby, to znów zwyciężał strach przed utratą tego, co zdobył, czego przecież od lat pragnął i był zdecydowany powiedzieć jutro stanowcze „nie”!
Sara natychmiast wyczuła, że coś się dzieje.
– Co się stało, Adasiu? – zapytała, nakładając sobie na talerz kolejnego naleśnika, ze stosu, który zdążył usmażyć, nim wynurzyła się ze swojej pracowni.
– Nic! – odburknął.
– Akurat! Wiesz, gdybyś miał w oczach obraz oceanu, to bez trudu dostrzegłabym jacht niesiony falami i miotany wiatrem. Powiedz, kogo lub co ma na swoim pokładzie, oprócz kłamstwa, którym chcesz mi posmarować te pyszne naleśniki.
– Bardzo poetycka dziś jesteś. To wizja twojego najnowszego obrazu, jak zwykle dalekiego od realizmu, który sprzedasz za miliony monet?
– Nie rozmawiajmy tak! Co się stało?
Bez słowa położył na stole swoją starą policyjną blachę.
– A to co? Mam rozumieć, że wracasz? Kiedy? Bo dlaczego, to chyba wiem…
– Nie wiem, czy wracam, czy nie! – wykrzyknął zbyt głośno, nie zważając na to, że Piotruś jest na górze. – Nie wiem… – powtórzył. – Odwiedził mnie dziś szef. Ma braki kadrowe i na polecenie góry montuje specjalny zespół do ostatecznej likwidacji Bractwa Czystej Polski. On, komendant główny i ponoć sam minister, chcą mnie w tym zespole. Jeśli to zaakceptuję, zostanę przywrócony do służby.
Widział, że Sara, słysząc te słowa, wyraźnie pobladła, a jej palce zaciśnięte na widelcu, którym kroiła sobie naleśniki, mało go nie wygięły.
– Zatem już postanowiłeś, że wracasz.
– Postanowiłem?! Niczego nie postanowiłem i nie mogę tego zrobić nie porozmawiawszy z tobą. Szef po odpowiedź zjawi się jutro.
– Postanowiłeś, postanowiłeś… Gdyby było inaczej, posłałbyś Marka do diabła i nie rozmawialibyśmy o tym. Wiem, że już zdecydowałeś. Dobrze zrobiłeś. Powiesz mu jutro, że się zgadzasz.
– Co takiego?! Chcesz bym wrócił?!
– Nie, nie chcę. Ty chcesz i powinieneś to zrobić, a ja to rozumiem.
– Jak to?!
– Adasiu, nagle przestałeś myśleć? Przecież widzę, co się z tobą dzieje. Usychasz, więdniesz. Wspaniały z ciebie facet, ale chyba jeszcze nie jesteś gotowy na emeryturę, a i ja nie mam do ciebie żadnego prawa.
– Przecież się kochamy!