Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Grinder - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 lipca 2026
38,90
3890 pkt
punktów Virtualo

Grinder - ebook

Damien i Hunter są zawodowymi hokeistami, którzy doskonale wiedzą, że w ich świecie liczy się siła, reputacja i kontrola. Kiedy między nimi zaczyna rodzić się coś więcej niż koleżeństwo z drużyny, obaj stają przed wyborem: udawać, że nic się nie dzieje, czy zaryzykować wszystko dla relacji, której nie powinni chcieć. W tle narasta napięcie – kontuzja Lucasa zagraża jego karierze, Arlee zmaga się z własnymi problemami, a media tylko czekają na potknięcie którejś z gwiazd ligi. Damien boi się, że uczucia zniszczą to, co dopiero zaczynają budować. Hunter z kolei po raz pierwszy w życiu chce zwolnić tempo i udowodnić, że potrafi być kimś więcej niż tylko impulsywnym enforcerem.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68872-37-8
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1. DAMIEN

1

Damien

Prze­bu­dze­nie w ramio­nach Hun­tera w czerw­cowy pora­nek nie jest niczym nowym. Wła­ści­wie, odkąd powie­dzia­łem mu, że chcę spró­bo­wać i zoba­czyć, dokąd nas to wszystko zapro­wa­dzi, pra­wie każdą noc spę­dzamy razem. Co zabawne… to wcale nie ozna­cza, że do cze­go­kol­wiek pomię­dzy nami doszło. Począt­kowo mocno mnie to dzi­wiło, sądzi­łem, że może czeka, aż sam coś zapro­po­nuję, ale nie. Led­wie wczo­raj się­gną­łem do jego bok­se­rek, a on chwy­cił mnie za nad­gar­stek i cmok­nął, po czym poca­ło­wał mnie w czoło i tak po pro­stu zasnął.

Może to i lepiej?

A może Hun­ter stre­suje się, że zosta­niemy przy­ła­pani?

Co prawda Arlee nie wydaje się cze­go­kol­wiek domy­ślać, ale… Ni­gdy nie można mieć co do tego pew­no­ści.

– Led­wie wsta­łeś i już cho­dzą ci try­biki w gło­wie? – mam­ro­cze zaspa­nym gło­sem Hun­ter.

Uśmie­cham się pod nosem.

– A ty led­wie się roz­bu­dzi­łeś i już zrzę­dzisz?

– Jesz­cze nie jestem roz­bu­dzony. – Wypusz­cza długi oddech wprost na moją szyję, spra­wia­jąc, że moje ciało pokrywa gęsia skórka. Hun­ter się uśmie­cha. Oczy­wi­ście, że to wyczuł i oczy­wi­ście, że jest z sie­bie cho­ler­nie dumny. – Wyspany?

– Jesz­cze nie wiem. – Ścią­gam brwi. – W domu jest coś zbyt cicho.

– Hm?

Prze­wra­cam oczami.

– Jesteś pewien, że nie mówisz przez sen?

Cisza.

Odchy­lam głowę i spo­glą­dam na twarz Hun­tera. Wzdy­cham cicho, gdy się orien­tuję, że zamknął oczy i chyba ponow­nie zasnął. Nie ma jed­nak szans, żebym ja też to zro­bił – za bar­dzo nur­tuje mnie fakt, że nie sły­szę poru­sza­ją­cego się o kulach Lucasa. Krzy­wię się do sie­bie i powstrzy­muję od gło­śnego wes­tchnie­nia. Cią­gle tkwią we mnie wyrzuty sumie­nia, że nie uchro­ni­łem go od kon­tu­zji.

Jakiś czas póź­niej wycho­dzę z sypialni i kie­ruję się na par­ter. Powoli stą­pam po stop­niach, ostroż­nie omi­ja­jąc puste, zgnie­cione kubki. W powie­trzu unosi się zapach roz­la­nego alko­holu, wyczu­wam nawet smród zioła, co ani tro­chę mi się nie podoba. Lucas… Lucas ma pro­blem i to ogromny. Do tej pory jed­nak żad­nemu z nas nie udało się do niego dotrzeć i jeśli nic się nie zmieni, to będziemy musieli poroz­ma­wiać z jego agentką.

Jestem tak bar­dzo sku­piony na tym, żeby w nic nie wdep­nąć, że kiedy wcho­dzę do kuchni, dopiero po chwili dostrze­gam sie­dzą­cych przy stole ludzi.

– Za to ty zabi­łeś chyba wszyst­kie swoje szare komórki.

Ziry­to­wany głos Arlee spra­wia, że mru­gam zasko­czony. Nawet się nie zasta­na­wiam. Wyco­fuję się z pomiesz­cze­nia, rzu­ca­jąc tylko szyb­kie spoj­rze­nie w kie­runku Lucasa. Jest blady, ma worki pod oczami, a włosy ster­czą mu we wszyst­kie strony. Gdy­bym miał zga­dy­wać, to naj­pew­niej od niego tak nie­mi­ło­sier­nie śmier­dzi wódką.

Przy scho­dach napo­ty­kam zaspa­nego Hun­tera. Posyła mi leniwy uśmiech i przy­ciąga do sie­bie za bio­dro, ale zanim zdoła cokol­wiek powie­dzieć, mam­ro­czę cicho:

– Arlee chyba wzięła w obroty Lucasa.

Na jego twa­rzy poja­wia się kon­ster­na­cja, która po chwili zmie­nia się w coś, co przy­po­mina ulgę.

– Gdzie idziesz? – pyta, kiedy chcę go omi­nąć. – Do sie­bie?

Kręci głową i sekundę póź­niej popy­cha mnie w stronę ściany. Zatyka mi usta dło­nią i przy­suwa się do rogu, tuż przy wej­ściu do kuchni. Uno­szę wysoko brwi i gapię się na niego jak na kre­tyna. Zamie­rza pod­słu­chi­wać? Poważ­nie?

– O co ci cho­dzi? – odzywa się obo­jęt­nie Lucas.

– O co mi cho­dzi? – powta­rza za nim Arlee z jaw­nym nie­do­wie­rza­niem w gło­sie. – O twoje zacho­wa­nie, Lucas!

Aż się wzdry­gam.

– Długo tak zamie­rzasz się upi­jać?

– Piję tylko w week­endy, więc prze­stań mi mat­ko­wać…

Hun­ter kręci na to głową i stuka się pal­cem w czoło, jakby suge­ro­wał, że Lucas wcho­dzi na zbyt grzą­ski grunt. Trudno się z nim nie zgo­dzić. Odkąd go pozna­łem, stą­pam wła­śnie po takim grun­cie – Arlee to bez wąt­pie­nia jego dam­ska wer­sja. Rów­nie gbu­ro­wata i nie­trzy­ma­jąca języka za zębami co on.

– O, mój drogi – kpi. – Ja dopiero mogę zacząć ci mat­ko­wać. Wszystko rozu­miem, naprawdę, ale…

– Gówno rozu­miesz – prze­rywa jej, cedząc przez zaci­śnięte zęby. – Czeka mnie ope­ra­cja i chuj wie, czy będę mógł wró­cić do gry, więc sorry, że nie jestem cały w skow­ron­kach i zaje­bi­ście szczę­śliwy.

Wyraź­nie sły­szę, że któ­reś z nich wciąga gło­śno powie­trze. Hun­ter zerka na mnie z tą samą miną, z którą robi to za każ­dym razem, gdy Lucas tylko wspo­mni o nad­cho­dzą­cej ope­ra­cji. Jego oczy wypeł­nione są wyrzu­tami sumie­niami – rów­nie ogrom­nymi, które sam odczu­wam.

– Rozu­miem wię­cej, niż ci się zdaje. – Głos Arlee jest zadzi­wia­jący spo­kojny. – Znacz­nie wię­cej, Lucas – dodaje tak cicho, że led­wie potra­fię zro­zu­mieć słowa. – Wiem, jak to jest, gdy zde­rzasz się ze ścianą i myślisz, że twoja kariera się skoń­czyła.

Lucas pry­cha pod nosem.

– Cie­bie tylko zwol­nili, Arlee, więc…

– Musia­łam rów­nież chwi­lowo zre­zy­gno­wać z kon­ty­nu­owa­nia kursu na tre­nera.

Spo­glą­damy po sobie z Hun­te­rem. Robiła kurs tre­ner­ski? Niczym w cho­ler­nej syn­chro­ni­za­cji obaj uno­simy wysoko brwi.

– Dla­czego? – pod­ła­puje Lucas. – I czemu nic wcze­śniej nie mówi­łaś?

– Nie chcia­łam cię mar­twić.

Hun­ter roz­dyma noz­drza, na jego twa­rzy poja­wia się zmar­twie­nie, które bez wąt­pie­nia odczuwa teraz rów­nież Lucas. Dawno temu byłem pewien, że w tym hoke­iście nie ma zbyt wiele empa­tii, ale prawda jest taka, że Mar­shall jest jed­nym z naj­bar­dziej empa­tycz­nych ludzi, jakich pozna­łem, tylko strasz­nie mocno stara się to ukry­wać pod fasadą fiuta do kwa­dratu.

– Czym nie chcia­łaś mnie mar­twić? – pyta twardo Lucas. – Czego mi nie mówisz?

– Po pro­stu mam pewne pro­blemy zdro­wotne i dopóki ich nie… wyci­szę, to kurs odcho­dzi na dal­szy plan – wyja­śnia i szybko dodaje: – Nie mam raka, Lucas.

Zaty­kam Hun­te­rowi usta, zanim zdoła gło­śno ode­tchnąć z ulgą. Dosko­nale wyła­puję moment, w któ­rym unosi mu się tors.

– Nie jest to rów­nież nic, co może mnie zabić w naj­mniej ocze­ki­wa­nym momen­cie. Ale tak, prze­szka­dza mi to w moich pla­nach na życie, nawet bar­dzo, nie­mniej nie zamie­rzam z nich rezy­gno­wać, po pro­stu odsu­nę­łam je w cza­sie. – Arlee chrząka. – Ty też nie powi­nie­neś rezy­gno­wać ze swo­ich, a wła­śnie to robisz.

Zer­kam na Hun­tera i kiwam pod­bród­kiem w stronę scho­dów, a on natych­miast pota­kuje. Pospiesz­nie, ale ostroż­nie, ewa­ku­ujemy się razem na pię­tro. Już i tak usły­sze­li­śmy chyba zbyt wiele.

– Spo­dzie­wa­łeś się tego? – pytam, gdy wcho­dzimy do mojej sypialni.

– Tego, że robiła kurs tre­ner­ski? – Potrząsa głową. – Ani tro­chę, ale byłaby dobrą tre­nerką.

Par­skam śmie­chem.

– Wygląda jak ktoś, kto czer­pałby przy­jem­ność z drę­cze­nia swo­ich pod­opiecz­nych – mru­czę pod nosem i posy­łam mu zna­czące spoj­rze­nie, gdy roz­wala się z powro­tem na moim łóżku.

– Ależ ty jesteś zabawny. – Prze­wraca oczami, naj­wy­raź­niej w mig rozu­mie­jąc moją alu­zję. – Ja nie miał­bym takiej cier­pli­wo­ści, żeby kogo­kol­wiek tre­no­wać.

– Mnie tre­no­wa­łeś – zauwa­żam, wbi­ja­jąc kolano w mate­rac mię­dzy jego roz­chy­lo­nymi nogami. Opie­ram dło­nie po bokach jego głowy, po czym się zni­żam, aż wspie­ram się na łok­ciach. Uśmie­cham się z prze­ką­sem. – Chyba że do mnie masz wyjąt­kową cier­pli­wość.

Unosi kącik ust i prze­cze­suje mi włosy. Ostat­nio zro­bił się bar­dzo… sub­telny w swoim dotyku. Tak sub­telny, jak nie on. Ale podoba mi się ta zmiana. Zdaje mi się, że po pro­stu się przede mną otwiera, cho­ciaż rów­no­cze­śnie czer­pie przy­jem­ność z draż­nie­nia mnie, kiedy bur­czy na mnie na pokaz, gdy ktoś nam się zbyt długo przy­gląda. Nie ma to jak uda­wać, że nas do sie­bie nie cią­gnie. Wszystko byłoby o wiele prost­sze, gdy­by­śmy mogli tak po pro­stu ogło­sić naszą rela­cję.

– Jesteś wyjąt­kiem potwier­dza­ją­cym regułę – mru­czy z zawa­diac­kim uśmiesz­kiem i prze­suwa dłoń na mój kark, po czym przy­ciąga mnie do sie­bie tak gwał­tow­nie, że pra­wie zde­rzamy się czo­łami. – Dzień dobry, żół­to­dzio­bie.

– Dobry, dupku – mam­ro­czę wprost w jego usta, zanim decy­duję się go poca­ło­wać.

Minęło kilka tygo­dni od tam­tej roz­mowy i do tej pory ani razu nie poża­ło­wa­łem, że posta­no­wi­łem zary­zy­ko­wać. Nie zde­rzy­li­śmy się jed­nak w żad­nym momen­cie z rze­czy­wi­sto­ścią, nikt o nas nie wie i gene­ral­nie nie podej­mu­jemy zbęd­nego ryzyka, ale… Cie­szę się. Tak po pro­stu, po ludzku, cie­szę się, że cier­pli­wie cze­kał, aż się namy­ślę.

Mam też pew­ność, że jeśli nam nie wyj­dzie, jeśli coś się schrzani, to nie zostawi mnie na lodzie. To nie ten typ czło­wieka. Prę­dzej odciąłby sobie rękę, niż pozwo­lił na to, aby komuś z jego bli­skich stała się krzywda – nawet naj­mniej­sza.

– Mmm… – mru­czę z zado­wo­le­niem, gdy odchyla głowę w bok i pogłę­bia poca­łu­nek. Jego udo owija się wokół mojej nogi. Przy­ciąga mnie do sie­bie, aż wyczu­wam na brzu­chu wzwód. – Hun… – Odry­wam się od jego warg i spo­glą­dam w pociem­niałe oczy. Wyglą­dają teraz bar­dziej jak burzowe niebo.

Na policz­kach wykwi­tły mu rumieńce, tęczówki błysz­czą, a opuch­nięte i wil­gotne od piesz­czot usta wykrzy­wiają się w zadzior­nym uśmie­chu.

– Teraz ty sobie pocze­kasz – szep­cze kąśli­wie i zaci­ska dłoń na moim pośladku, napie­ra­jąc udem na moje kro­cze, aż prze­szywa mnie dreszcz. – Do tej pory byłem wstrze­mięź­liwy, ale ocze­ki­wa­nie tylko pod­syca przy­jem­ność.

Sfru­stro­wany roz­dy­mam noz­drza, ale nie pro­te­stuję.

Nie nama­wiam.

Nie pró­buję zmie­nić jego zda­nia.

Coś w jego sło­wach mówi mi, że nie cho­dzi mu tylko o sam fakt rosną­cej przy­jem­no­ści, a o coś jesz­cze. O obawę, że nie spro­sta moim wyma­ga­niom.

Hun­ter może i jest ego topem, ale w tym jed­nym przy­padku… bra­kuje mu pew­no­ści sie­bie.

Ale prze­cież ni­gdzie nam się nie spie­szy.

Zresztą nie zamie­rzam pie­przyć się z nim jak z jakimś pierw­szym lep­szym kole­siem.

Myśle­nie o nim, jak o kimś, kto ma być tylko na chwilę i bez żad­nych kom­pli­ka­cji, już dawno ode­szło w zapo­mnie­nie.2. HUNTER

2

Hun­ter

Co to za krzyki? – pytam, prze­kra­cza­jąc próg drzwi wej­ścio­wych. – Sły­chać was aż na ulicy.

Tuż za mną wcho­dzą Kane i Damien. Śmier­dzimy potem, jesz­cze nie prze­sta­li­śmy dyszeć po szyb­kim sprin­cie na zakoń­cze­nie teo­re­tycz­nie luź­nego tre­ningu, ale już od pod­jazdu sły­sza­łem, że w domu zde­cy­do­wa­nie nie zasta­niemy ciszy i spo­koju.

– Arlee wyje­bała do kosza moje spodnie! – Lucas wbija w nas roz­wście­czone spoj­rze­nie, żyłka na skroni mu pul­suje i aż poczer­wie­niał.

– Bo zosta­wi­łeś je na pod­ło­dze – przy­po­mina mu obo­jęt­nie Arlee. – To, co na pod­ło­dze, to śmieci, a śmieci lądują do kosza.

Powin­ni­śmy się ewa­ku­ować. Nawet ja jestem świa­domy, że zaraz roz­pęta się tu wojna i będą latać ato­mówki, ale Kane ani drgnie – i pew­nie ma to coś wspól­nego z jego maśla­nym spoj­rze­niem skie­ro­wa­nym na Arlee. Damien nato­miast… chyba go spa­ra­li­żo­wało. No prze­cież nie mogę zosta­wić ich tu samych.

– Jesteś… – Lucas milk­nie.

Arlee unosi brew i wbija w niego wycze­ku­jące spoj­rze­nie.

– No, jaka jestem, bra­ciszku? – dopy­tuje, wsta­jąc z kanapy. Odkłada tablet na sto­lik, naj­pew­niej wcze­śniej na nim pra­co­wała, po czym pod­cho­dzi do Lucasa, opiera dło­nie na bio­drach i unosi pod­bró­dek. _Nie­do­brze._ – Nie­zno­śna? Wredna? Głu­pia? Bez­myślna? Powin­nam była spraw­dzić kie­sze­nie?

Nie mam poję­cia, co Lucas zamie­rza powie­dzieć, ale decy­duję się pospiesz­nie wtrą­cić, bo prze­cież nie mógł się aż tak wściec o głu­pie ubra­nie. Ma ich dzie­siątki – o ile nie setki.

– Co było w spodniach?

– Pier­do­lone klu­czyki do merca – cedzi przez zaci­śnięte zęby, nawet nie zer­ka­jąc na mnie przez ramię.

Wcią­gamy z sykiem powie­trze do płuc. Damien się poru­sza, jakby chciał się ewa­ku­ować, a Kane led­wie sły­szal­nie chrząka. Ja nato­miast zaczy­nam ana­li­zo­wać, czy powi­nie­nem odcią­gnąć na bok Lucasa, czy może sta­nąć pomię­dzy nimi, ryzy­ku­jąc, że wcią­gną mnie w swoją kłót­nię. Z żad­nej z tych opcji nie wyszedł­bym bez szwanku i dotych­czas mia­łem zbyt dobry humor, żeby dobro­wol­nie chcieć go sobie nisz­czyć.

– Pro­si­łam cię – odzywa się spo­koj­nie Arlee. – Nie raz i nie dwa.

– Będziesz grze­bać na wysy­pi­sku – kwi­tuje oschle Lucas.

Arlee par­ska z nie­do­wie­rza­niem.

– Ja? – Wska­zuje na sie­bie dło­nią, po czym celuje w niego pal­cem. Sądząc po tym, jak Lucas się wzdryga, chyba wbija mu pazno­kieć w tors. – Nie, mój drogi, ty będziesz tam grze­bać.

– Zacho­wu­jesz się jak matka.

W salo­nie zapada cisza jak makiem zasiał. Kane przy­myka powieki i roz­dyma noz­drza, Damien otwiera sze­roko oczy, ja zaś po raz kolejny zasta­na­wiam się, czy może jed­nak nie zary­zy­ko­wać i znowu się nie wtrą­cić. A Lucas? Lucas tak gło­śno prze­łyka ślinę, że dosko­nale to sły­szę, cho­ciaż stoi dobre trzy metry ode mnie.

– Arlee… – odzywa się zała­mu­ją­cym gło­sem, jakby dopiero teraz do niego dotarło, co przed chwilą wypa­dło z jego ust.

Arlee nie daje mu powie­dzieć nic wię­cej. Schyla się i wyciąga spod sto­lika zło­żone w kostkę dresy. Na wierz­chu leżą klu­czyki do Mer­ce­desa. Widząc je, oddy­cham cicho z ulgą, ale rów­nież rośnie we mnie nie­po­kój, bo nie mam poję­cia, co się teraz wyda­rzy.

– Gdy­bym zacho­wy­wała się jak nasza matka, szu­kał­byś tego przez naj­bliż­sze tygo­dnie, a ja uda­wa­ła­bym, że ich nie widzia­łam. – Wci­ska mu wszystko w brzuch i odwraca się gwał­tow­nie, po czym zgar­nia tablet i rusza w stronę scho­dów. – W kuchni macie gotowy lunch. Nie nasta­wiaj­cie się na nic wykwint­nego.

Kiedy dziew­czyna znika na pię­trze, chrzą­kam cicho i wbi­jam spoj­rze­nie w tył głowy Lucasa.

– Chyba tro­chę prze­sa­dzi­łeś – zauwa­żam spo­koj­nie.

– Myślisz? – pry­cha pod nosem i spo­gląda na mnie z miną zbi­tego psa.

– Nie patrz tak na mnie – par­skam. – To nie na mnie nasko­czy­łeś. – Prze­su­wam dło­nią po karku i wzdy­cham, po czym kle­pię Lucasa w łopatkę i ruszam w stronę kuchni.

Jestem w poło­wie butelki, gdy Damien ociera się o mnie ramie­niem, się­ga­jąc po swój bidon z elek­tro­li­tami. Wpa­truję się w jego pod­ska­ku­jącą grdykę, gdy łap­czy­wie opróż­nia zawar­tość pojem­nika. Nie mogę się przed tym powstrzy­mać.

Świerz­bią mnie ręce, żeby go do sie­bie przy­cią­gnąć i poca­ło­wać – tu i teraz – ale nawet nie odwa­żam się poru­szyć pal­cami. Obie­ca­łem sobie, gdy zde­cy­do­wał, że zary­zy­ku­jemy, że prze­stanę się na niego napa­lać – a przy­naj­mniej nie będę robić tego tak osten­ta­cyj­nie jak wcze­śniej. Jeśli to coś, co jest pomię­dzy nami, ma się udać… nie możemy tego zbu­do­wać wyłącz­nie na fizycz­no­ści.

Pomińmy fakt, że każdy kolejny dzień jest trud­niej­szy, a widy­wa­nie go nocami w samej bie­liź­nie to istne tor­tury rodem z pie­kła. Zawsze mia­łem wyso­kie libido, ale przy tym face­cie weszło na zupeł­nie nowy poziom.

– Zacho­wa­nie Lucasa… – Kane milk­nie i wzdy­cha, zmu­sza­jąc mnie, żebym ode­rwał spoj­rze­nie od szyi Damiena.

– Coś mu się w gło­wie prze­sta­wiło – komen­tuję, spo­glą­da­jąc na bram­ka­rza opie­ra­ją­cego się o szafkę kuchenną. – Gdy­bym miał się zakła­dać, sta­wiał­bym, że to wina nad­cho­dzą­cej ope­ra­cji.

Kane przy­ta­kuje ski­nie­niem.

– Nie daje rady ner­wowo.

– Dzi­wi­cie mu się? – mru­czy pod nosem Damien, na co obaj wbi­jamy w niego zasko­czone spoj­rze­nie. Zwy­kle raczej mil­czy w trak­cie takich roz­mów. – Jego kariera wisi na wło­sku – dodaje oczy­wi­stym tonem. – Na jego miej­scu… – Urywa i kręci głową. – W sumie chcia­łem powie­dzieć, że na jego miej­scu obaj byli­by­ście rów­nie ner­wowi, ale Kane’owi to raczej nie grozi.

– Dzięki – pry­cham.

– Nie ma sprawy. – Damien uśmie­cha się z prze­ką­sem.

– Może trzeba z nim jakoś…

– To chyba nie jest naj­lep­szy pomysł – opo­nuję, krzy­wiąc się do Kane’a. – Śmiem twier­dzić, że jedyną osobą w tym domu, która ma szansę do niego dotrzeć i nie obe­rwać za to w ryj, jest jego sio­stra.

Kane potwier­dza cichym mruk­nię­ciem, kiwa­jąc głową.

– Boicie się Lucasa? – pyta Damien.

Par­skam śmie­chem.

– Nie boję się go, boję się…

– …o niego – dokań­cza za mnie Kane i chrząka. – Przy­naj­mniej tyle dobrze, że omi­nie go ban­kiet.

Wydaję z sie­bie odgłos przy­po­mi­na­jąc wymioty i wzdry­gam się teatral­nie.

– Na samą myśl o tej impre­zie ode­chciewa mi się oddy­chać – mam­ro­czę pod nosem z nie­sma­kiem i zwi­jam dło­nie w pię­ści.

– Nie możesz dać im się pod­pu­ścić, Hun­ter – zauważa poważ­nie Kane.

– Serio? – pry­cham. – Jak­bym nie wie­dział… – bur­czę do sie­bie i ści­skam moc­niej butelkę w dłoni, po czym wymi­jam Damiena i ruszam po scho­dach na pię­tro.

Muszę wziąć prysz­nic. Nie tylko zmyć z sie­bie potre­nin­gowy pot i roz­luź­nić ciało, ale przede wszyst­kim spró­bo­wać ukoić swoje nerwy. Nie dość, że z jed­nej strony muszę przy­po­mi­nać sobie o powol­nym tem­pie w rela­cji z Damie­nem, to jesz­cze będę musiał uda­wać na ban­kie­cie, że wszystko jest super i nie prze­szka­dza mi widok pano­szą­cego się Col­linsa.

Gdy led­wie wty­kam kciuki za gumkę bok­se­rek, kątem oka dostrze­gam ruch przy wej­ściu do łazienki. Nie spo­glą­dam w ich stronę, ale uno­szę kącik ust.

– Zgu­bi­łeś się, John­son?

– Praw­do­po­dob­nie tak – mam­ro­cze z wes­tchnie­niem i zamyka za sobą drzwi. – Wszystko w porządku?

– Tak – odpo­wia­dam pospiesz­nie i zsu­wam bie­li­znę, po czym kop­nię­ciem odrzu­cam w stronę kosza na pra­nie. – A u cie­bie?

Odpo­wiada mi cisza.

Zer­kam przez ramię i uno­szę brew, dostrze­ga­jąc, że ciemne oczy Damiena sku­pione są na złą­cze­niu mojego uda i pośladka – kon­kret­nie na ogrom­nym siniaku po jed­nym z ostat­nich tre­nin­gów na lodzie przed waka­cjami. Już dawno się tak efek­tow­nie nie wypie­przy­łem.

– Zie­mia do John­sona. – Pstry­kam pal­cami, aż Damien mruga i prze­ska­kuje wzro­kiem na moją twarz. – Pyta­łem, czy u cie­bie wszystko dobrze.

– Tak. – Pota­kuje ski­nie­niem i wci­ska dło­nie do kie­szeni spor­to­wych spode­nek, mru­żąc nie­znacz­nie oczy.

– Pro­wa­dzisz wewnętrzną dys­ku­sję? – zaga­jam, włą­cza­jąc natrysk.

– Zasta­na­wiam się, co się podziało z face­tem, który nie potra­fił utrzy­mać przy sobie rąk.

Par­skam śmie­chem i wcho­dzę pod prysz­nic. Bez­ce­re­mo­nial­nie i z pre­me­dy­ta­cją odwra­cam się do Damiena przo­dem, po czym uno­szę ramiona, napi­na­jąc mię­śnie bar­dziej niż to konieczne, żeby prze­cią­gnąć pal­cami po wło­sach.

Spo­mię­dzy warg Damiena wydo­staje się sfru­stro­wane wes­tchnie­nie, które pod koniec prze­cho­dzi w nie­za­do­wo­lony jęk. Oddech mi przy­spie­sza w reak­cji na żar bijący z jego oczu i to, jak pospiesz­nie pozbywa się spode­nek. Mam ochotę roze­śmiać się gło­śno, bo Damien wpada z takim impe­tem pod mój prysz­nic, jakby chciał mnie zabić.

A on tylko obej­muje mnie sta­now­czo dłońmi za policzki i wyci­ska na moich ustach gwał­towny poca­łu­nek, przy­wie­ra­jąc do mnie całym cia­łem.

Udaje mi się wytrzy­mać bez żad­nego odgłosu zale­d­wie kilka sekund.

Mój plan, żeby trzy­mać się z daleka od jego ciała, pali na panewce.

Oczy­wi­ście.

Jęczę ochry­ple, zaci­skam palce na jego wło­sach i oddaję żar­li­wie poca­łu­nek.

Serce bije mi gwał­tow­nie w piersi, oddech się rwie, a umysł pod­syła milion róż­nych pozy­cji, w któ­rych mogli­by­śmy zna­leźć się w prze­ciągu naj­bliż­szych sekund.

Ale wraca mi trzeź­wość myśle­nia.

Jakimś cudem udaje mi się ode­rwać od niego usta i wydy­szeć wprost do jego ucha:

– Tro­chę cier­pli­wo­ści, John­son.

Uśmie­cham się do sie­bie, sły­sząc jego sfru­stro­wany jęk, a potem robi mi się cie­pło na sercu, bo dło­nią obej­muje mój poli­czek i prze­ciąga po nim kciu­kiem w nie­praw­do­po­dob­nie czuły spo­sób. Odszu­kuje w zapa­ro­wa­nym powie­trzu moje oczy i wzdy­cha cicho.

– Dla­czego się powstrzy­mu­jesz? – pyta spo­koj­nie, cho­ciaż w jego gło­sie roz­brzmiewa nie­słab­nące pożą­da­nie.

Sta­ram się nie dać po sobie poznać, jak bar­dzo zaska­kuje mnie tym pyta­niem. „Sta­ram się” to dobre okre­śle­nie, skoro nie­spe­cjal­nie mi się to udaje. Ocie­ram o sie­bie wargi, kładę dłoń na jego karku i łagod­nie prze­su­wam pal­cami po napię­tej skó­rze.

– Nie chcę tego spier­do­lić – odpo­wia­dam bez ogró­dek.

Damien marsz­czy brwi.

– Czego?

– Tego.

Mruga.

– Nas – dodaję sfru­stro­wany, że nie rozu­mie, co do niego mówię. – Prze­stań bujać w obło­kach.

Damien unosi brew i kręci głową, ale kącik ust mu przy tym drga, dzięki czemu odro­binę się uspo­ka­jam, bo sekundę temu oba­wia­łem się, że prze­sa­dzi­łem ze swoją oschło­ścią. Cza­sem zapo­mi­nam, że w czte­rech ścia­nach, w jego obec­no­ści, wcale nie muszę uda­wać Hun­tera „Enfor­cera” Mar­shalla.

– Boisz się, że coś spie­przysz?

Prze­wra­cam oczami i wypusz­czam spo­mię­dzy warg długi oddech.

– Oczy­wi­ście, że coś spie­przę, ale może jeśli wcze­śniej pokażę ci, że zależy mi na czymś wię­cej niż tylko seks, to…

– Innymi słowy chcesz mi naj­pierw udo­wod­nić, że jed­nak nie szu­kasz nie­zo­bo­wią­zu­ją­cej rela­cji? – prze­rywa mi łagod­nie i unosi brew, się­ga­jąc dło­nią do moich wło­sów. Prze­cze­suje je pal­cami i nie odrywa przy tym oczu od moich. Zdaje się kurew­sko spo­kojny, ale jestem pra­wie pewny, że w jego gło­wie wzbiera nie­po­kój.

– Może? – pod­su­wam pyta­jąco i chrzą­kam, wzru­sza­jąc ramio­nami.

– A może cho­dzi o to, że się oba­wiasz, że nie będziesz dla mnie wystar­cza­jący?

Oddech zamiera mi w piersi. Wpa­truję się w Damiena z miną, jakby mi wła­śnie oświad­czył, że rzuca hokej i wyjeż­dża do Tek­sasu hodo­wać bydło. Skąd mu to przy­szło do głowy?

– Oczy­wi­ście, kurwa, że będę wystar­cza­jący – war­czę ziry­to­wany. – Masz wąt­pli­wo­ści?

Przez jego twarz prze­myka kon­ster­na­cja, jakby nie rozu­miał, skąd we mnie nagła złość. Złość, która z każdą sekundą nabiera na sile. Roz­dy­mam noz­drza, wypusz­czam długi oddech i już otwie­ram usta, żeby… wła­ści­wie nawet nie wiem, co chcę powie­dzieć, cokol­wiek, ale wtedy Damien par­ska cichym śmie­chem.

– Nie mam żad­nych wąt­pli­wo­ści – mru­czy i muska war­gami moje. – Po pro­stu się zasta­na­wia­łem, czy ty przy­pad­kiem jakichś nie masz.

– Nie mam – oznaj­miam poważ­nie.

– Świet­nie.

– Cud­nie.

– Mhm – mam­ro­cze led­wie sły­szal­nie i składa na moim policzku kolejny poca­łu­nek. I jesz­cze jeden. Aż dociera do ucha i wzdy­cha prze­cią­gle. – To co? – szep­cze niskim gło­sem. – Trzy­mamy rączki przy sobie i uda­jemy, że wcale obaj nie pra­gniemy się na sie­bie rzu­cić?

Ude­rzam tyłem głowy o ścianę i sfru­stro­wany wypusz­czam nosem powie­trze, spo­glą­da­jąc na Damiena spod rzęs. A on się uśmie­cha. Sze­roko. Wyraź­nie z sie­bie zado­wo­lony.

– W sumie… podo­bało mi się, jak o mnie zabie­ga­łeś. – Zjeż­dża powoli spoj­rze­niem w dół mojego ciała i unosi kącik ust, gdy penis mi drga. – Hmm…

Roz­dy­mam noz­drza. Po raz już nie wiem który.

– Chyba jed­nak zmie…

– Oj, nie – cmoka i uśmie­cha się sza­tań­sko. – Skoro Hun­ter Mar­shall boi się, że sek­sem coś mię­dzy nami spier­doli, to będziemy grzeczni.

Boże, za jakie grze­chy?

To ja mia­łem być tym, który dyk­tuje warunki, nie on.

I dla­czego, do dia­bła, tak bar­dzo mi się podoba myśl, że Damien będzie uda­wać trudno dostęp­nego, a ja będę za nim bie­gać jak pie­sek z wywie­szo­nym jęzo­rem?3. DAMIEN

3

Damien

Fort Lau­der­dale, Flo­ryda

Sto­imy we trzech w sali ban­kie­to­wej i cze­kamy na Arlee. Kane wyciąga z wewnętrz­nej kie­szeni mary­narki komórkę i spo­gląda na ekran, po czym wbija spoj­rze­nie w główne wej­ście. Drzwi są jesz­cze otwarte, ale nie zostało zbyt wiele czasu do roz­po­czę­cia imprezy. Jego mina wyraża coraz więk­sze wąt­pli­wo­ści. Pra­wie mu współ­czuję – ale tylko pra­wie; sam sobie wybrał dam­ską wer­sję Hun­tera na obiekt wes­tchnień, więc teraz będzie cier­pieć. Dokład­nie tak samo, jak ja, gdy Hun­tera ugry­zie coś w dupę.

– Ona w ogóle przyj­dzie? – pyta Hun­ter, za co mam ochotę zdzie­lić go w łeb. Mistrz taktu.

– Tak – odpo­wiada pew­nie Kane.

Chcie­li­śmy poje­chać wszy­scy razem, ale Arlee uznała, że z hotelu dotrze do nas tak­sówką. Moim zda­niem szansa na to, że się pojawi, wynosi jakieś… dzie­sięć pro­cent. Ona ma dokład­nie taki sam sto­su­nek do Col­linsa, jaki ja mam do mojego ojca. Jeśli­bym miał pew­ność, że go tutaj spo­tkam, wymik­so­wał­bym się z tej imprezy cho­robą – naj­le­piej zakaźną, żeby nie mogli mnie zmu­sić do przyj­ścia „tylko na pięć minut”. Arlee mieszka z nami już dwa mie­siące i może nie znam jej zbyt dobrze, ale tego aku­rat jestem pewien na milion pro­cent. Chyba nie ist­nieje na świe­cie ktoś, kogo nie­na­wi­dzi­łaby bar­dziej od swo­jego eks. Zresztą chło­paki też go nie cier­pią, a i ja naj­chęt­niej roz­kwa­sił­bym mu ryj.

– Pisała ci coś? – pytam.

Kane pry­cha cicho pod nosem.

– Nie. I nie mogę do niej zadzwo­nić, bo nie mam jej numeru.

Czy mnie to dziwi? Nie, ani tro­chę. Więk­szość naszych inte­rak­cji z Arlee to krót­kie przy­wi­ta­nia, bez­myślne poga­wędki przy jedze­niu i ewen­tu­al­nie komen­ta­rze odno­szące się do Col­linsa. Nie roz­ma­wia z nami nawet na temat Lucasa. Szcze­rze powie­dziaw­szy, Arlee jest chyba bar­dziej zamknięta od Hun­tera.

– Cho­lera – mam­ro­cze Kane, gdy ochro­niarz sto­jący przy wej­ściu odblo­ko­wuje skrzy­dło wyso­kich, drew­nia­nych drzwi. – Cho­lera – powta­rza po raz kolejny.

Przez kilka sekund na jego twa­rzy widoczne jest auten­tyczne zmar­twie­nie, które bar­dzo szybko prze­ra­dza się w smu­tek, a potem… oczy mu roz­bły­skują. Chry­ste. Czy ja też tak wyglą­dam, gdy Hun­ter wcho­dzi do pomiesz­cze­nia, w któ­rym jestem? Jeśli tak, to jakim cudem jesz­cze nikt się nie zorien­to­wał?

Podą­żam spoj­rze­niem za Kane’em i uno­szę bez­wied­nie brwi. Dotych­czas Arlee koja­rzyła mi się wyłącz­nie z dre­sami i za dużymi koszul­kami, więc przez uła­mek sekundy nie jestem pewien, czy to aby na pewno ona. Wło­żyła bor­dową suk­nię, która opina się na jej peł­nych bio­drach i biu­ście. Przy każ­dym kroku mate­riał roz­suwa się na boki, odsła­nia­jąc nagie udo.

Odry­wam od niej spoj­rze­nie i zer­kam na Hun­tera. Pra­wie par­skam śmie­chem na widok jego zaci­śnię­tych ust i mordu w oczach, które we mnie wbija. Pie­przony zazdro­śnik.

– Zaraz się poka­le­czysz odłam­kami szkła – mam­ro­czę pod nosem, żeby tylko on mnie usły­szał.

Nie­mal natych­miast roz­luź­nia uścisk na pustej lampce po szam­pa­nie.

Ale oczy­wi­ście nie prze­staje wypa­lać mi dziury w czole.

Kre­tyn.

Kane ner­wo­wym ruchem wci­ska tele­fon do mary­narki, aku­rat gdy Arlee do nas dociera.

– Dobry wie­czór, chłopcy. – Przy­suwa się bli­żej Kane’a i wsuwa dłoń pod jego ramię.

Odwra­cam wzrok i kiwam pod­bród­kiem w stronę sto­lika, na co Hun­ter wzdy­cha nie­mal cier­pięt­ni­czo.

– Tak, ja też wcale nie mam ochoty tu być, stary, ale skoro musimy, to rów­nie dobrze możemy przy­naj­mniej usiąść, a nie ster­czeć jak kołki – komen­tuję.

– Stary? – pry­cha. – Wsta­łeś lewą nogą czy co?

Prze­wra­cam oczami i witam się z kum­plami z dru­żyny. Chwilę póź­niej do sto­lika dociera rów­nież Kane z Arlee. Gdy tylko odsuwa jej krze­sło, kilku chło­pa­ków zaci­ska usta, jakby powstrzy­my­wało się od śmie­chu. Chyba każdy już się domy­ślił, że naszemu bram­ka­rzowi odwa­liło na punk­cie sio­stry Lucasa.

Kane dosko­nale wie, o co nam cho­dzi. Zupeł­nie jak nie on dra­pie się po policzku środ­ko­wym pal­cem, na co Owen par­ska śmie­chem. Lily, jego żona, pochyla się w jego stronę i szep­cze mu coś do ucha. Arlee mówi coś Kane’owi, ale nawet nie pró­buję się na tym sku­piać. Prze­krę­cam głowę w stronę Hun­tera i wzdy­cham cicho. Wró­cił dosko­nale znany wszyst­kim fanom Hun­ter „Enfor­cer” Mar­shall. Patrzy na kro­czą­cego przez salę ban­kie­tową Col­linsa i roz­dyma noz­drza. Nie­mal cały wibruje od wście­kło­ści. Gdy­bym tylko mógł poło­żyć dłoń na jego udzie i uści­snąć w ramach wspar­cia… ale nie mogę.

Chry­ste.

Zapo­wiada się ciężka i długa noc.

Po roz­ba­wie­niu nie zostało już ani śladu. Zewsząd ota­czają nas barwy Flo­rida Piran­has – ich logo widoczne jest na każ­dym z ekra­nów zawie­szo­nych na ścia­nach sali. Przy naszym sto­liku panuje cisza jak makiem zasiał. Pra­wie nikt ze sobą nie roz­ma­wia i im dłu­żej tu sie­dzę, tym bar­dziej mam ochotę się stąd zmyć. W oczy szcze­gól­nie kłuje mnie puchar sto­jący na środku sceny.

Po kola­cji ludzie wstają od sto­li­ków. Prze­cha­dzają się pomię­dzy innymi, two­rzą grupki. Roz­po­znaję więk­szość twa­rzy, kiwam kilku oso­bom, gdy natra­fiamy się wzro­kiem, ale nie ruszam się z miej­sca. Nie ma szans, żebym wstał, kiedy obok mnie sie­dzi zner­wi­co­wany Hun­ter. Ska­cze mu noga. Raz po raz ociera się udem o moje i w każ­dej innej sytu­acji uznał­bym, że pró­buje coś ugrać, jed­nak nie tym razem. Nosi go. Nie muszę nawet mu się przy­glą­dać, żeby wie­dzieć, że pod obru­sem zaci­ska z całej siły pię­ści.

Ani tro­chę mu się nie dzi­wię. Nie­na­wi­dzi Col­linsa nie tylko za to, jakim chu­jem jest na lodo­wi­sku, ale przede wszyst­kim przez to, co chciał zro­bić Arlee.

Zmu­szam się do uśmie­chu, gdy obok nas poja­wia się foto­graf. Robi nam kilka zdjęć i – na całe szczę­ście – bar­dzo szybko odcho­dzi.

– Idę się prze­wie­trzyć – rzuca nie­spo­dzie­wa­nie Hun­ter i wstaje od stołu.

Nawet nie muszę się zasta­na­wiać, jak na to zare­ago­wać.

– Ja też – rzu­cam i zer­kam na Kane’a. – Idziesz?

Odma­wia – co nie jest żad­nym zasko­cze­niem. Reszta dru­żyny roz­pierz­chła się po sali chwilę temu i Arlee zosta­łaby wtedy sama. Ale zapy­ta­łem i to głów­nie dla­tego, że nie wiem, czy nie będę potrze­bo­wać pomocy w przy­trzy­ma­niu Hun­tera, gdy­by­śmy przy­pad­kiem wpa­dli na Col­linsa.

– Lucas się odzy­wał? – pytam, gdy wycho­dzimy z Hun­te­rem na taras.

– Pisał jedy­nie, że żyje i chce już wró­cić do domu – odpo­wiada zdaw­kowo i opiera się przed­ra­mio­nami o szklaną balu­stradę. – Wczo­raj wspo­mniał jesz­cze, żeby­śmy spró­bo­wali przed­sta­wić Arlee ludziom z branży.

Przy­ta­kuję ski­nie­niem i staję obok niego, przy­pad­kiem ocie­ra­jąc się o jego ramię. Nie reaguje na to w żaden spo­sób. Podob­nie jak nie reaguje na to, że prze­su­wam po nim spoj­rze­niem. Czarna mary­narka opina się na jego ciele w odpo­wied­nich miej­scach, uwy­dat­nia­jąc mię­śnie. Już nie­jed­no­krot­nie widy­wa­łem go w odświęt­nych ciu­chach – przed i po meczach – ale lubię go w tej wer­sji, cho­ciaż wiem, jak bar­dzo nie­na­wi­dzi w nich cho­dzić.

– W skali od jeden do dzie­się­ciu…

– Milion – prze­rywa mi ze sfru­stro­wa­nym wes­tchnie­niem.

Uśmie­cham się nie­znacz­nie pod nosem i sztur­cham go lekko w ramię.

– W ogóle tego po tobie nie widać – żar­tuję.

Spo­gląda na mnie z ukosa tylko po to, żeby poka­zać mi, jak teatral­nie prze­wraca oczami. Unosi jed­nak przy tym kącik ust, więc przy­bi­jam sobie men­talną piątkę, bo przy­naj­mniej odro­binę go roz­ba­wi­łem.

– Myślisz, że Lucas wróci do formy sprzed kon­tu­zji?

Minęły zale­d­wie cztery dni, odkąd spe­cja­li­ści z Toronto wzięli go na stół, i logicz­nie rzecz bio­rąc, wiem, że to zbyt krótki czas, aby cokol­wiek stwier­dzić, ale mimo to nie wyco­fuję się z pyta­nia.

– Jeśli się nie zała­mie, to tak – przy­ta­kuje bez waha­nia. – Jest twardy i uparty. Wróci na lód, choćby tylko po to, żeby wpier­do­lić Col­lin­sowi.

– Sta­wiam piwo, że ty wró­cił­byś na lód, żeby to zro­bić, nawet gdy­byś był poła­many.

Znowu drga mu kącik ust, ale tym razem nie koń­czy się tylko na tym. Hun­ter posyła mi dłu­gie spoj­rze­nie i uśmie­cha się aro­gancko.

– Aż tak dobrze mnie znasz, John­son?

Wzru­szam nie­dbale ramio­nami.

– Każ­dego dnia chyba coraz lepiej, co?

Hun­ter prze­ciąga języ­kiem po zębach i mruży nie­znacz­nie oczy, po czym zerka w stronę wej­ścia do budynku. Wzdy­cha, krzywi się i odpy­cha od balu­strady.

– Lepiej wróćmy do środka, zanim zro­bimy coś głu­piego.

Par­skam śmie­chem.

– Jak cało­wa­nie się pod roz­gwież­dżo­nym nie­bem?

Roz­dyma noz­drza.

– Na przy­kład – mam­ro­cze pod nosem i bez słowa rusza do środka.

Resztę wie­czoru spę­dzamy w spo­rej mie­rze osobno, cho­ciaż rów­no­cze­śnie co chwilę łapiemy ze sobą kon­takt wzro­kowy. Prze­pro­wa­dzamy ze sobą nieme roz­mowy wyłącz­nie za pośred­nic­twem spoj­rzeń.

– _Zabierz mnie stąd._

_– Wytrzy­maj jesz­cze chwilę, zaraz się zwi­niemy._

_– Myślisz, że jak ukradnę im puchar, to zauważą?_

Następ­nego ranka par­skam śmie­chem na widok zdję­cia, które obie­gło w nocy chyba wszyst­kie moż­liwe por­tale plot­kar­skie. Nie, nie moje – rów­nież nie Hun­tera – a Arlee, Kane’a i Col­linsa. Prze­staje mnie to jed­nak śmie­szyć, gdy Hun­ter wypusz­cza długi oddech i poka­zuje mi ekran dzwo­nią­cej komórki.

Lucas.

– Co jest? – rzuca luźno po zaak­cep­to­wa­niu połą­cze­nia i włą­cza gło­śno­mó­wiący.

Ani myślę się odzy­wać, ale miło, że chce, abym sły­szał jego roz­mowę. Lekko się do niego uśmie­cham, żeby wie­dział, że to doce­niam.

– Widzia­łeś się dziś z moją sio­strą? – pyta zachryp­nię­tym, zmę­czo­nym gło­sem Lucas.

Jestem pewien, że całymi dniami leży na łóżku, zamar­twia się powro­tem do zdro­wia, narzeka na fizjo­te­ra­peu­tów, bur­czy na pie­lę­gniarki i pew­nie jesz­cze milion tym podob­nych. Zmę­cze­nie nie jest więc niczym zaska­ku­ją­cym, skoro cał­kiem nie­dawno prze­szedł ope­ra­cję, dzięki któ­rej – miejmy nadzieję – wszystko wróci u niego do normy.

– Nie. W każ­dym razie jesz­cze nie. A co?

Wes­tchnie­nie Lucasa, przez które wybrzmiewa zmar­twie­nie, spra­wia, że Hun­ter pociera dło­nią twarz.

– Dzwo­ni­łem do niej przed chwilą i mnie zbyła – odpo­wiada po chwili ciszy Lucas. – Widzia­łem zdję­cia i…

– Wylu­zuj – prze­rywa mu spo­koj­nie Hun­ter. – Do Kane’a pod­biły fanki, nie chciał im się pod­pi­sać na dekol­cie i skła­mał, że ma dziew­czynę, a Arlee pod­trzy­mała jego kłam­stewko. A potem przy­pa­łę­tał się jebany Col­lins, ale twoja sio­stra go pogo­niła, cho­ciaż przez chwilę się oba­wia­łem, że zaraz będę musiał pacy­fi­ko­wać Kane’a. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łem, żeby został aż tak wytrą­cony z rów­no­wagi.

– Mhm. – Lucas nie brzmi na prze­ko­na­nego.

Ani tro­chę mu się nie dzi­wię. Też bym nie był, gdy­bym miał sio­strę, która zale­d­wie kilka godzin wcze­śniej miała star­cie ze swoim porą­ba­nym byłym.

– Mamy ją na oku – zapew­nia Hun­ter i zerka na mnie z miną, jakby chciał, żebym mu przy­tak­nął, ale nie mogę być tego pewien. – Ja, Damien i Kane – dodaje i chrząka. – Jesteś na gło­śniku.

– Na… – Lucas milk­nie. – Nie­ważne – dodaje pospiesz­nie i wzdy­cha zmę­czony. – Dzięki.

– Nie ma sprawy.

– Nic jej nie będzie – odzy­wam się wresz­cie i strze­lam kar­kiem w reak­cji na nie­wielką panikę, że Lucas sko­men­tuje moją obec­ność przy Hun­te­rze o tej porze.

– Mam nadzieję.

– Myślisz, że ktoś chciałby ryzy­ko­wać zna­le­zie­niem się pomię­dzy mną, John­so­nem i Trem­blayem? – par­ska Hun­ter. – Chyba tylko wariat.

Lucas śmieje się cicho, cho­ciaż w jego gło­sie nie ma ani krzty roz­ba­wie­nia.

– No dobra, to do mnie prze­ma­wia, ale gdyby się coś…

– Damy ci znać.

Naj­wy­raź­niej „trzy­ma­nie gęby na kłódkę” na temat spraw innych osób w naszym domu nie doty­czy sio­stry Lucasa. Już wcze­śniej wie­dzia­łem – rok temu, gdy poje­cha­li­śmy na urlop – że Ben­nett się o nią mar­twi i usta­wił ją wysoko w hie­rar­chii ludzi, któ­rzy są dla niego ważni, a teraz sta­wia przy­sło­wiową kropkę nad i.

– Dziw­nie brzmiał, nie? – Hun­ter wbija we mnie skon­ster­no­wane spoj­rze­nie. – Myślisz, że to od leków?

– Chyba nie sądzisz, że ktoś prze­myca mu do kli­niki alko­hol – par­skam z nie­do­wie­rza­niem.

– Nie wiem – odpo­wiada i odrzuca zablo­ko­waną komórkę na łóżko, po czym przy­suwa się do mnie i opada twa­rzą na moją szyję. Składa na niej lekki poca­łu­nek i kła­dzie dłoń na moim pra­wym boku. – Cie­szę się, że cię mam.

Uśmie­cham się i prze­su­wam opusz­kami pal­ców wzdłuż jego krę­go­słupa, wyczu­wa­jąc, że mój dotyk wywo­łuje u niego gęsią skórkę.

– No pro­szę – mru­czę kpiąco. – Bęben maszyny losu­ją­cej wyrzu­cił mi dziś uro­czego Hun­tera.

Pry­cha pod nosem i zaci­ska zęby na moim oboj­czyku na tyle mocno, że stę­kam z bólu i trze­pię go w ramię.

– Jesz­cze tro­chę i prze­stanę być miły – bur­czy ziry­to­wany.

– No już. – Prze­cią­gam dło­nią po jego wil­got­nych wło­sach i lekko za nie szar­pię, żeby uniósł głowę. Spo­glą­dam w te jego pie­kiel­nie osza­ła­mia­jące oczy i wygi­nam kącik ust. – Cie­szę się, że się cie­szysz – szep­czę. – Jest jakiś kon­kretny powód? Oprócz tego, oczy­wi­ście, że robisz sobie ze mnie pra­wie co noc pry­watną poduszkę?

Prze­wraca oczami i poru­sza głową, jakby pró­bo­wał mnie prze­drzeź­niać.

– Po pro­stu dobrze jest mieć obok kogoś, z kim będę mógł zapla­no­wać inter­wen­cję, gdyby się oka­zało, że Lucas jed­nak potrze­buje pomocy.

Wcią­gam nosem powie­trze i wypusz­czam je ze świ­stem spo­mię­dzy warg.

– Naprawdę się oba­wiasz, że w jego przy­padku to już nałóg?

– Nie wiem. – Marsz­czy brwi. – Może to moja para­noja, może nie, ale nie brzmiał jak Lucas. Wiem, wiem – dodaje pospiesz­nie, gdy otwie­ram usta. – Był kon­tu­zjo­wany, a teraz jest po ope­ra­cji i w trak­cie reha­bi­li­ta­cji, od któ­rej prak­tycz­nie zależy jego kariera, ale nie sądzę, aby to było tylko to w jego gło­sie. Ani też tylko Arlee.

– Hmm… – wydaję z sie­bie ciche mruk­nię­cie, marsz­cząc brwi. – Teraz i tak niczego nie wyde­du­ku­jemy, skoro nie ma go obok, ale może powin­ni­śmy spę­dzać z nim wię­cej czasu, gdy wróci do Mont­re­alu?

– Dobry pomysł. – Hun­ter przy­ta­kuje z namy­słem głową.

– Nie uzna, że to dziwne?

– Nie sądzę. – Chrząka. – Będzie się cie­szyć, że wozimy mu dup­sko na fizjo­te­ra­pię czy wizyty lekar­skie. – Posyła mi zna­czące spoj­rze­nie.

Tak, to zde­cy­do­wa­nie brzmi dość praw­do­po­dob­nie w przy­padku Lucasa.6. HUNTER

6

Hun­ter

Biały, kamienny pomnik na pierw­szy rzut oka nie wyróż­nia się niczym pośród całej reszty, ale i tak jest jedy­nym, na któ­rym sku­piam spoj­rze­nie. Mama z tatą idą przed nami pod rękę, a ja myślę sobie tylko o tym, żeby chwy­cić Damiena za dłoń i spleść z nim palce. Żeby trzy­mał mnie cia­sno przy sobie i nie pusz­czał, bo odkąd prze­kro­czy­li­śmy cmen­tarną bramę, wal­czę ze łzami napły­wa­ją­cymi mi do oczu.

Roz­dy­mam noz­drza i wypusz­czam spo­mię­dzy warg długi oddech, gdy zbli­żamy się na tyle bli­sko, abym był w sta­nie prze­czy­tać litery.

Aubrey Mar­shall

Kochana córka i sio­stra

Zatrzy­muję się tuż obok taty i spla­tam przed sobą dło­nie. Na ramio­nach osiada mi nie­wi­dzialny cię­żar, któ­rego nie potra­fię z sie­bie zrzu­cić. Oddech mi się spłyca, łzy pieką, a broda zaczyna drżeć. Zer­kam przez ramię i spo­glą­dam na prze­peł­nioną smut­kiem twarz Damiena. Jego ciemne oczy nie są jed­nak sku­pione na pomniku, tylko na mnie. Uśmie­cha się nie­znacz­nie, jakby przy­cho­dziło mu to z tru­dem, po czym roz­gląda się powoli po cmen­ta­rzu i bie­rze głę­boki wdech.

Dwie sekundy.

Dokład­nie tylko czasu zaj­muje mu sta­nię­cie obok mnie i przy­ci­śnię­cie ramie­nia do mojego.

Nie chwyta mnie za rękę.

Nie odzywa się.

Ale czuję go obok i nagle, jak­bym wła­śnie tylko tego potrze­bo­wał, potra­fię nabrać nor­malny wdech, a cię­żar na ramio­nach już nie spra­wia, że się gar­bię.

Przy­my­kam powieki i wypusz­czam długi oddech.

– _Cześć, Aubrey_ – odzy­wam się w myślach. – _Nie ma cię już rok, ale twój śmiech i pełne rado­ści oczy w mojej pamięci są tak żywe, jak­byś led­wie wczo­raj skoń­czyła szes­na­ście lat. Nawet gdy leża­łaś w domu, zawsze widzia­łem cię wła­śnie taką. Żywą. Roz­trze­paną. Rado­sną. Cho­lera, tęsk­nię za tobą i kurew­sko żałuję, że nie ma cię obok. Że…_ – Prze­ły­kam gło­śno ślinę i zer­kam z ukosa na Damiena, który cią­gle przy mnie stoi. – _Że go nie pozna­łaś. Pamię­tasz, jak rok temu wspo­mnia­łem, że zało­ży­łem sobie konto na apce rand­ko­wej? Nie uwie­rzysz. To wła­śnie tam się pozna­li­śmy i tylko ja mogę mieć takiego farta, żeby zabu­jać się w kum­plu z dru­żyny._ – Par­skam do sie­bie śmie­chem i pochy­lam głowę, bo nie powi­nie­nem był tego robić. – _Jestem pra­wie pewny, że to twoja sprawka._

– Zosta­wimy was – szep­cze płacz­li­wym gło­sem mama i pociąga nosem, odcho­dząc z ojcem na bok.

Bywają tu pra­wie codzien­nie i nie jestem zasko­czony, że nie chcą zbyt długo patrzeć na pomnik. Widok ten za bar­dzo im przy­po­mina, że stra­cili córkę. Ja zaś żałuję, że za rzadko tu przy­jeż­dżam.

– Opo­wiesz mi o niej?

Oddy­cham głę­boko nosem i uśmie­cham się szcze­rze.

– Polu­bił­byś ją. Pew­nie bar­dziej niż mnie – odpo­wia­dam z prze­ką­sem. – Była miła, zawsze. Ni­gdy nikogo nie skrzyw­dziła, łatwo wyba­czała i zawsze dbała o kom­fort dru­giej osoby – szep­czę. – Nie potra­fię sobie przy­po­mnieć, żeby pod­no­siła na innych głos. Na mnie już tak, ale lubi­li­śmy sobie dogry­zać.

– W ogóle mnie to nie dziwi. – Pal­cami muska moje bio­dro; robi to tak dys­kret­nie, że gdy­bym nie był wyczu­lony na jego dotyk, praw­do­po­dob­nie nawet bym tego nie poczuł. – W końcu to twoja sio­stra. Macie to we krwi.

– Bar­dzo zabawne – bur­czę z uda­waną zło­ścią, ale się uśmie­cham. A przy­naj­mniej robię to, dopóki nie wra­cam myślami do Aubrey. Na wspo­mnie­nie tego, że tar­gnęła się na wła­sne życie, zamiast z nami poroz­ma­wiać, robi mi się tak prze­raź­li­wie zimno, że aż się wzdry­gam. – Nie­stety we krwi mamy też mil­cze­nie o swo­ich pro­ble­mach i trzy­ma­nie w sobie zbyt wielu emo­cji.

– Mam nadzieję, że się za to nie obwi­niasz.

Zaci­skam zęby na war­dze tak mocno, że ją prze­ci­nam. W ustach poja­wia mi się meta­liczny posmak krwi.

– Jestem na sie­bie wście­kły za to, że niczego nie zauwa­ży­łem – wyznaję zdła­wio­nym gło­sem przez zaci­ska­jące się gar­dło.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij