Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Grób Maggie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lipca 2026
37,50
3750 pkt
punktów Virtualo

Grób Maggie - ebook

Na zemstę nigdy nie jest za późno. Zwłaszcza po śmierci.

Szkockie miasteczko Auchenmullan jest martwe. Umarło już dawno temu, ale chyba nikt tego nie zauważył. Przycupnęło w cieniu góry i trwa w martwym bezruchu, zawieszone między nicością i niebytem. Liczy czterdziestu siedmiu mieszkańców i nie ma w nim niczego.

Poza samotnym grobem na zboczu góry.

Napis na grobie głosi: TU POGRZEBANO MAGGIE WALL, CZAROWNICĘ. Ale ci, których pogrzebano, czasem wracają z zaświatów. Zazwyczaj wtedy, gdy chcą dokończyć coś, czego nie zdążyli zrobić za życia.

Zwłaszcza gdy pragną dokonać zemsty.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-287-4153-9
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

4 PAŹDZIERNIKA 1657 ROKU

MAGGIE WALL PATRZYŁA PRZEZ WĄSKĄ SZPARĘ OKIENNĄ, JAK POD jej dom podjechało konno sześciu mężczyzn.

Przybyli, by ją zabić.

Było to wypisane w rysach ich twarzy, w ich postawach, w ich zbiorowym milczeniu. Grupki jeżdżących razem konno mężczyzn nigdy nie zachowują się cicho – śmieją się, podkpiwają, awanturują. Ale nie ci mężczyźni. Oblicza mieli ponure, miny srogie.

Dzisiaj umrze.

Nie będzie żadnego procesu, Maggie nie dostanie szansy, by się bronić. Ale jakież to miało znaczenie? Procesy odbywały się li tylko na pokaz, były okrutną drwiną ze sprawiedliwości. Niejeden widziała na własne oczy.

_Zwiążcie jej nadgarstki i kostki i wrzućcie ją do wody. Jak się będzie unosić na powierzchni, znaczy czarownica. Jak się utopi… znaczy niewinna._

Sprawa była beznadziejna. Pewnego razu, kilka lat wcześniej, przejeżdżała późną nocą nieopodal domu Lairda i zatrzymała się, żeby posłuchać krzyków młodych kobiet, z których torturami wydobywano „przyznanie się do winy”.

Sprawiedliwość, tak? Nie było żadnej sprawiedliwości, a jedynie mężczyźni, którzy czerpali perwersyjną przyjemność z niszczenia ciał kobiet. Maggie zauważyła, że jej ręka porusza się nerwowo, dlatego złapała się krawędzi stołu, by ją uspokoić.

Wierzchowce zarżały cicho i cofnęły się trwożliwie, kiedy jeźdźcy z nich zsiedli i ruszyli ku jej skromnej, kamiennej sadybie, trzymając zaczerwienione, drgające nerwowo dłonie na rękojeściach mieczy.

Powinna była odejść wiele dni temu, jak tylko zaczęły się szerzyć plotki.

„To czarownica”, powiedział Timmy Cochran i nic więcej nie było trzeba. Dwa słowa, które wyszły z ust wstrętnego podrostka, wystarczyły, by ją skazać na potępienie. Była zaskoczona, że nie zjawili się wcześniej. Ludzie gadali, a dla małomiasteczkowych głów nie było nic bardziej podejrzanego niż mieszkająca samotnie kobieta.

_Co ona tam robi samiutka jak palec?_

_Czemuż za mąż nie poszła?_

Tak wiele pytań, a każde banalniejsze od poprzedniego.

Obok niej, na rozpalonym w niewielkiej wnęce ogniu, gotowało się w garnku, przy wtórze trzasku i syku bierwion.

_Mój kocioł_, pomyślała i zaśmiała się żałośnie. W garnku warzyła się zupa. Nie żabie nóżki ani oczy nietoperzy, tylko kurczak i zioła. Pachniała smakowicie, lecz Maggie wiedziała, że nigdy jej nie skosztuje.

Mężczyźni zbliżyli się do chaty, na ich ostrożnych twarzach malowała się fałszywa brawura.

– Uważajcie, ludziska – powiedział jeden z nich. – Mój Timmy na własne oczy widział, jak obróciła człeka w popiół. Ona ma konszachty z diabłem!

Maggie pokiwała ze smutkiem głową. Kłamstwa. Wszystko to były kłamstwa. Nakryła Timmy’ego Cochrana, jak z chytrym błyskiem w oku zakradał się do jej kurnika. Kiedy przeganiała go ze swojej ziemi, cherlak potknął się i upadł. Za to, że był takim utrapieniem, złoiła mu tyłek.

_To było nierozsądne._

Właśnie dlatego trzymała się na uboczu, uprawiała własne warzywa i hodowała własny żywy inwentarz. Właśnie dlatego wyprowadziła się od innych ludzi tak daleko, jak tylko zdołała.

– Patrzajcie, tam! – krzyknął inny z mężczyzn. – W oknie! – Ton jego głosu przeszedł w rozgorączkowany, rozedrgany falset. – Wiedźma nas zoczyła!

Maska brawury opadła z niego tak prędko, że Maggie pomyślała, że przybysz za chwilę ze strachu zsika się w spodnie. Innego dnia może nawet by ją to rozśmieszyło.

– Nie spozierajcie prosto na nią! Niechaj wasze serca będą jako ze stali.

Mężczyźni unieśli ręce, by zakryć twarze, jakby mrużyli oczy przed wschodzącym słońcem. Maggie porzuciła swój punkt obserwacyjny przy oknie i przemknęła przez izbę ku frontowym drzwiom, by wyjrzeć na zewnątrz. Wydawało się, że jest spokojnie. Wiatr wył pomiędzy drzewami, potrząsał gałęziami i strącał szyszki z sosen. Ale kiedy przyjrzała się bliżej nienaturalnie szeleszczącym krzakom, krótkim przebłyskom koloru wśród zeschniętej trawy i wrzosów, poznała, że została osaczona.

– Nie chcemy z tobą waśni, Maggie! – krzyknął ojciec Timmy’ego Cochrana z silnym irlandzkim zaśpiewem. – Wyjdź i stań przed sądem.

Kobieta wróciła pospiesznie do okna.

– Nie będzie żadnego procesu, Cochran – powiedziała. – Wiesz o tym równie dobrze jak ja.

– Może to i prawda, Maggie, lecz mimo to zaklinam cię. Czyż nielepiej umrzeć z godnością?

Zacisnęła mocniej palce, długimi paznokciami żłobiąc płytkie bruzdy w drewnianym blacie stołu. Kąciki jej ust wygięły się w zniecierpliwieniu.

Cochran postąpił niepewny krok w stronę chaty, a chwilę później zniknął jej z oczu. To ziemia rozstąpiła mu się pod nogami i powitała go w swoim piaszczystym łonie. Mężczyzna krzyczał w męczarniach, a Maggie wyobrażała go sobie na dnie jamy, nabitego na rząd zaostrzonych pali, które sama umieściła w środku.

Mimowolnie się roześmiała.

– Mój Boże! – krzyknął jeden z mężczyzn. – Sama ziemia jest posłuszna klątwom czarownicy!

– Nie bójcie się! Musim położyć kres czarnej magii! To obraza Boga!

Zawodzenia Cochrana dochodziły z trzewi ziemi. Będzie umierał powolną, straszliwą śmiercią. Jeszcze więcej przybyszów wychynęło z lasu, który otulał chatkę Maggie. Najwyraźniej Cochran sprowadził ze sobą wszystkich mężczyzn z miasteczka. Ci parli naprzód, dźgając grunt przed sobą laskami i mieczami niczym strudzeni wędrowcy.

Usłyszała ciche skrzypnięcie, a kiedy się odwróciła, ujrzała, jak z jękiem otwierają się drzwi i do środka wchodzi ktoś o twarzy okrągłej niczym księżyc w pełni i przepełnionych strachem oczach. Maggie rozpoznała w nim George’a MacKenziego, rzeźnika. Pod lśniącą łysą kopułą jego głowy zobaczyła zmarszczone brwi. Pomimo lodowatego wiatru, który hulał po górach, mężczyzna się pocił.

– Wszedłem do środka! – krzyknął, bez wątpienia z nadzieją, że inni ruszą pospiesznie w jego ślady.

– Popatrz na mnie – powiedziała Maggie, lecz mężczyzna nie chciał spojrzeć jej w oczy. – Popatrz na mnie!

– Nie, ty nikczemna, nieludzka istoto – wycedził przez zaciśnięte zęby, odwracając wzrok. – Dzieci widziały, jak baraszkowałaś nago z diabłem. Bezbożnica! – U skórzanego pasa zwisał mu luźno miecz, po który sięgnął teraz dłońmi drżącymi niczym para przestraszonych zajęcy.

Miecz zazgrzytał, gdy MacKenzie wyciągał go z pochwy, Maggie zaś schwyciła gotujący się na ogniu we wnęce garnek i rzuciła się naprzód, choć rozgrzany metal parzył jej niczym nieosłonięte dłonie. Nie bacząc na ból, który rozszedł się po jej ciele, chlusnęła zawartością rzeźnikowi w twarz. Wrzący płyn zmoczył mężczyznę, kawałki kurczaka rozbryzgnęły się u jego stóp. Rycząc w męczarniach, uniósł obie ręce do twarzy, a z pokrywających się pęcherzami tkanek uniosła się para. Zesztywniałe palce jęły drapać skórę tak mocno, że z opuszek spadały fragmenty ciała.

– Precz! – wrzasnęła Maggie. – Albo rzucę klątwę na was wszystkich!

Nie miała wyboru, jak tylko grać narzuconą jej rolę. Taka była z niej wiedźma, jak z ziemniaka słońce, ale strach, jaki wzbudzały w ludziach jej rzekome moce, stał się jej jedyną szansą na wyjście cało z opresji. Już raz jej się udało, wiele lat wcześniej na zachodnim wybrzeżu. Wówczas kupiła sobie dość czasu, by uciec, ale tego dnia było inaczej. Dłoń instynktownie wystrzeliła do napęczniałego brzucha.

Tym razem było ich dwoje.

Zastanawiała się, czy wśród otaczających jej chatkę mężczyzn znajduje się Malone. To jego dziecko nosiła pod sercem. Znalazła go pijanego na poboczu drogi podczas jednej ze swoich coraz rzadszych wypraw do miasteczka, jak leżał twarzą w dół w lodowatym błocie. Drżąc o jego zdrowie, załadowała go na wóz obok dwóch kwiczących świń i zabrała do swojej chaty. Tam położyła go na łóżku, przykryła kocem i przyrządziła lekarstwo według starej receptury, której nauczyła ją matka, niech jej ziemia lekką będzie. Następnego ranka Malone wstał wdzięczny za pomoc. Kochali się raz, a potem on wyruszył w drogę powrotną do domu, do żony i czwórki dzieci.

Wtedy widziała go po raz ostatni.

Czyjś głos wyrwał ją z zamyślenia.

– Nie obawiajcie się! Światło naszego pana i zbawiciela nas poprowadzi!

– Wyrzekam się waszego żałosnego boga! – krzyknęła Maggie, mocno się starała przebić przez wrzaski zwijającego się z bólu u jej stóp mężczyzny bez twarzy, z której skóra odchodziła już grubymi płatami. Patrzyła, jak rzeźnik czołga się na oślep po podłodze, a z jego koszmarnego oblicza sączą się szkarłatne krople, i żołądek podszedł jej do gardła. Niezależnie od tego, czy się broniła, czy nie, zniszczyła człowiekowi życie, pozbawiła go twarzy, oczu, możliwości utrzymania się. Wstyd podstępnie wsączył się w jej żyły. Nigdy nie chciała nikogo skrzywdzić… ale czemuż inni byli tak zdeterminowani, by skrzywdzić ją?

Drzwi rozwarły się na oścież i do izby weszło dwóch ściskających krucyfiksy mężczyzn. Rzucili się na nią, uważając, by nie spojrzeć jej w oczy, i powalili ją na ziemię.

– Mamy ją! Mamy czarownicę!

Maggie wierzgała kończynami, ale mężczyźni byli zbyt silni. Weszło ich więcej, stłoczyło się wokół niej, aż wydawało się, że chatka zaraz pęknie w szwach od samej liczby zgromadzonych w niej osób. Na dworze zapiał kogucik, pomarańczowe światło porannego słońca torowało sobie drogę pomiędzy drzewami i do sadyby Maggie. Mężczyźni otoczyli ją kręgiem, każdy dzierżył w dłoni broń.

– Wyłupcie jej oczy! – krzyknął jeden z nich. Jego twarz wykrzywiała wściekłość, spomiędzy warg wylatywały kropelki śliny. Pozostali spojrzeli w stronę człowieka, który dzierżył krucyfiks. Ten schwycił go mocno, ucałował i skinął z powagą głową.

Ręce mężczyzny jęły szukać po omacku jej twarzy, grube kciuki odnalazły drogę do jej oczu. Maggie zacisnęła je mocno, lecz wścibskie palce wtargnęły siłą, przedarły się przez cienką błonę powiek i naciskały z ogromną siłą tak długo, aż jej gałki oczne nie wytrzymały i wbiły się do środka czaszki.

– Dokonało się!

Maggie próbowała coś powiedzieć, krzyknąć, błagać o litość, lecz nie była w stanie wydobyć z siebie słów.

– Mój Boże – odezwał się ktoś z wyczuwalnym niepokojem. – Spójrzcie jeno na jej brzuch.

Rozpoznała ten głos. Należał do Malone’a.

– Rozdziać ją z szat – nakazał jeden z mężczyzn. – Obaczym, co się kryje pod tym jej zmyślnym przebraniem.

Niewidoczne dla Maggie ręce zabrały się do pracy, schwyciły materiał własnoręcznie uszytej sukienki. Szwy puściły, kiedy mężczyźni szarpnęli. Zerwali z niej ubranie i odrzucili je na bok. Leżała przed nimi naga, a krople łez i czegoś lepkiego wypływały z pustych kraterów jej zmiażdżonych oczu. Oprawcy nie przestali rozmawiać, a ich głosy zlewały się w jedną wywołującą rozpacz kakofonię.

– Diablica jest brzemienna!

– Toż to będzie paskudztwo jakoweś!

– A jeśli dziecię jest niewinne?

Nastąpiła chwila ciszy. Maggie wyobraziła sobie, jak pastor trzyma swój krucyfiks takim samym gestem, jak dziecko tuli lalkę. Wściekłość zawrzała w jej piersi. Z nią mogli zrobić, co chcieli… ale niech się nie ważą tknąć jej dzieciątka.

Niech się nie ważą.

– Dziecię musi stanąć przed sądem – odparł pastor ze straszliwą pewnością. – Bóg jeden może osądzić niewinnych.

– Lecz wiedźmy nie można pozostawić przy życiu! – ponownie odezwał się Malone. Słyszalny w jego głosie strach napełnił Maggie dziwacznym, lecz wspaniałym poczuciem satysfakcji.

– Prawda to – przyznał duchowny. – Zatem musimy je z niej wyciąć, uwolnić tę obrazę boskiego majestatu z okowów diabelskiego łona jego matki.

Maggie szarpała głową w przód i w tył jak oszalała, lecz udało jej się odzyskać głos.

– Jest twoje, Malone! To dziecię poczęte zostało z twego nasienia!

– Ten stwór łże! – odparł Malone. – Czyż nie ma granic zepsucie, którego dopuszcza się ta wiedźma?

– Jest twoje! Jest twoje! Jest twoje!

Na twarzy Maggie wylądował mocny cios, brutalny kopniak, który złamał jej szczękę, lecz ona ledwie zwróciła na niego uwagę. Jej jaźń jęła się rozpadać, kawałek po kawałku. Wkrótce nic z niej nie zostanie. Część mężczyzn przygwoździła jej ręce do podłogi, inni wyciągnęli z pochew wysłużone miecze. Wbili ostrza w jej otwarte dłonie, a ona z radością powitała słodką ulgę agonii. Zrogowaciałymi palcami rozwarli jej uda, a kiedy opadła na nią zasłona szaleństwa, pozwoliła ciału odpocząć w oczekiwaniu na to, co nieuniknione.

Kiedy się uśmiechnęła, mężczyźni umilkli.

– Przeklinam was! – powiedziała. – Przeklinam was wszystkich. Niech będzie przeklęte to miasteczko i wszyscy jego mieszkańcy.

– Gdzie kapłan? Sprowadźcież go tutaj!

Zaśmiała się przeszywającym, piekielnym dźwiękiem, który sprawił, że kilku oprawców się cofnęło.

– Przeklinam was! Rzucam klątwę krwi na wszystkie wasze dziatki!

– Przyznała się! Wiedźma przyznała się do winy!

– Niechaj i tak będzie, wy pozbawieni charakteru głupcy! – krzyknęła. – Powierzam się tobie, Szatanie! Oddaję ci ciało i duszę!

Poczuła, jak coś przeszywa jej brzuch, coś zimnego, ostrego i śmiercionośnego. Jej zawodzenie przeszło w wydobywający się z wypełnionego krwią gardła bulgot.

Gdy Maggie gasła, przez odgłosy łamanych kości i rozrywanych mięśni do jej uszu przebił się jakiś dźwięk. Zdawało jej się, że to płacz dziecka.

Uśmiechnęła się.

– Przeklinam – szepnęła, a po chwili już jej nie było.2

4 PAŹDZIERNIKA 2019 ROKU

POZA PICIEM, RŻNIĘCIEM SIĘ I GRANIEM W KRĘGLE NIEWIELE BYŁO do roboty w piątkowy wieczór w Auchenmullan. Miasteczko – o ile można je było tak nazwać – od kilku lat pozostawało wymarłe, właściwie już od dwa tysiące trzynastego, kiedy zamknięto tartak. Niegdyś będące niewielką, lecz prosperującą społecznością położoną wśród górzystych obszarów północnej Szkocji Auchenmullan teraz stało się niemal całkowicie opuszczonym miastem widmem, w którego granicach pozostało zaledwie czterdzieści siedem osób.

Leżało w cieniu góry, a puste domy rozpadały się na wyludnionych ulicach niczym zabawki porzucone przez dzieci, które już z nich wyrosły. Dzika przyroda osiedlała się wśród wilgotnych chaszczy porastających od dawna niepielęgnowane ogrody. Niektóre z drzwi nie były nawet zamknięte na klucz, a w jednym z domów na Pine Street wciąż grał telewizor, choć MacDonaldowie wyjechali w poszukiwaniu atrakcyjniejszego miejsca zamieszkania już dwa lata wcześniej.

Nawet zakład energetyczny zapomniał o Auchenmullan.

W miasteczku znajdowały się kościół i niewielki budynek, który służył za posterunek policji, choć jedyna mieszcząca się w nim cela świeciła pustką już od ponad roku. Nie został tu żaden sklep. Ten żelazny i elektryczny Iana był ostatnim, który zamknął przed klientami swoje zmęczone podwoje jakieś sześć miesięcy wcześniej. Nikt nie widział, jak Ian wyjeżdża, ani nie wiedział, gdzie się udał, ale tak to już było w tych czasach w Auchenmullan. Ludzie po prostu ulatniali się stąd niczym niesione jesiennym wiatrem drobniutkie ziarnka piasku.

W tę konkretną piątkową noc historia miasteczka była ostatnią rzeczą, która zaprzątała głowę Beth Collins, kiedy ta opierała obydwie ręce na szafie grającej w należącej do „Jacka na sprężynach” kręgielni Tenpin. Wcisnęła do środka pięćdziesiąt pensów i zaczęła studiować wybór piosenek, przerzucając płyty na półkach, jakby jakimś cudem miała zdołać znaleźć nową. Wiedziała, że tak się nie wydarzy. Szafa grająca – podobnie jak farba na ścianach i wystrój wnętrza – nie była zmieniana od otwarcia kręgielni, czyli jeszcze przed urodzeniem Beth.

Ominęła _Don’t Stop Believing_, która leciała, kiedy dziewczyna pociągnęła swój pierwszy łyk alkoholu, w tym samym pomieszczeniu, w którym znajdowała się teraz, i przerzucała dalej. _Be My Baby_. Cztery lata temu to właśnie przy dźwiękach tej piosenki straciła dziewictwo z Gradym Cooperem, oparta o drzwi ostatniej kabiny w damskiej toalecie. Chłopak nie wytrzymał nawet tych dwóch i pół minuty, które trwał utwór, ale ani jedno, ani drugie się tym nie przejęło. Zerknęła teraz na niego. W spranej koszulce Pearl Jamu, z długimi włosami – które groziły tym, że niedługo zacznie wyglądać jak MacGyver – wydurniał się przed grupą ich wspólnych przyjaciół, a raczej przed tym, co z niej zostało.

Czworo nastolatków. Młodzież Auchenmullan.

Czworo zdesperowanych, samotnych nastolatków.

Kiedyś po miasteczku krążyły plotki o budowie szkoły, jeszcze przed tym, jak pożar strawił tartak, a wraz z nim środki utrzymania mieszkańców. Wszystko mogło się potoczyć zupełnie inaczej.

– Wybierz jakąś piosenkę, Beth! – krzyknął Grady, a ona odpowiedziała mało entuzjastycznym uniesieniem kciuka. Nie zwróciła uwagi na panującą wokół ciszę. W Auchenmullan człowiek się do niej przyzwyczajał.

Bo musiał.

Wybrała _Leave A Light On For Me_ Belindy Carlisle. Za ladą „Jack na sprężynach” polerował nieużywane kufle do piwa i wyglądał na tak zmęczonego, jak Beth się czuła. Od jak dawna tu pracował? Od jak dawna był właścicielem lokalu? Czy stary Jack też miał marzenia? Marzenia, które umarły wraz z resztą miasteczka? Kiedyś kręgielnia naprawdę wymiatała w weekendy, dzieciaki i dorośli integrowali się ze sobą i wspólnie się bawili. Teraz był to ostatni lokal, który pozostał w Auchenmullan, i ich czwórka miała do niego nieograniczony wstęp. Jack sprzedawał piwo i podstawowe produkty spożywcze oraz wypożyczał zżarte przez mole buty do kręgli, a automat z prezerwatywami w męskiej toalecie był zawsze dobrze zaopatrzony, lecz cokolwiek bardziej wymyślnego wymagało jazdy autem do oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów Inverness.

_Nic dziwnego, że włosy Grady’ego wymykają się spod kontroli_, pomyślała dla zabicia czasu. _Sama powinnam mu je obciąć, zanim będę musiała zacząć mówić do niego „Angus”._

Patrzyła, jak Jack kuśtyka zza lady, żeby pozbierać rozrzucone przez jej przyjaciół puste butelki, i zastanawiała się, skąd w ogóle się wzięło przezwisko „Jack na sprężynach”. Miało być ironiczne? Zakładała, że on też był kiedyś młody. Czy za czterdzieści lat ją też będzie czekał taki los? Czy to właśnie na to miała czekać? Na powolne gnicie w Auchenmullan niczym zakopany w ziemi trup?

_Niczym Maggie Wall…_

Przerwała rozważania.

To było dziwne. Od lat nie myślała o Maggie Wall. Kiedyś jej dziadek straszył ją i jej najlepszą przyjaciółkę Alice, opowiadając im legendę o Maggie przy ognisku niedaleko Cook’s Point, wysoko na górze.

W Auchenmullan stanowiło to rytuał przejścia.

Ale dziadek Beth nie żył już niemal od dekady. Miała wtedy dziewięć albo dziesięć lat, a teraz szybko się zbliżały jej dwudzieste urodziny. Zabawne, że Maggie Wall tak po prostu znów pojawiła się w jej myślach. Być może Beth stawała się prawdziwą Auchenmullanką i pewnego dnia razem z Gradym zabiorą swoje prawnuki na biwak na szczycie góry i opowiedzą od nowa starą legendę, zanim sami umrą zapomniani i niekochani. Co zostanie z miasteczka za pięćdziesiąt lat? Czasami Beth myślała, że byłoby lepiej, gdyby ziemia po prostu się rozstąpiła i pochłonęła to cholerne miejsce w całości.

Życie było o wiele prostsze, kiedy była młodsza. Rodzice podejmowali za nią wszystkie decyzje, a nad głową nie wisiało jej nieustające widmo dorosłości.

Dziewczyna porzuciła szafę grającą, po czym wlazła za ladę, gdzie wyjęła z lodówki dwie puszki piwa Tennent’s i zostawiła na kasie pomięty banknot. Jack ją zauważył, burknął coś pod nosem i wrócił do robienia tego, co robił, cokolwiek to, u diabła, było.

Podała jedno piwo Grady’emu. Chłopak pocałował ją w policzek i wziął puszkę.

_Wygląda na starszego_, pomyślała. _Ale w niezbyt dobrym znaczeniu tego słowa._

Beth nie miała nic złośliwego na myśli. Kochała Grady’ego, przynajmniej kiedyś. Teraz nie była już tego taka pewna. Miasto przedwcześnie ich postarzało, niczym zniedołężniały wampir wysysało z nich siły życiowe z każdym monotonnym, wyniszczającym ich dniem.

Zauważyła, że Grady coś do niej mówi.

– Co? – spytała.

– Wszystko ok?

– Tak sobie tylko myślałam.

– O czym?

– O Maggie Wall – odparła. Spodziewała się, że chłopak ją wyśmieje, ale tego nie zrobił.

– Hmm – mruknął tylko.

– No.

Upiła łyk piwa. Tego typu rozmowy stawały się coraz bardziej powszechne. No bo co można ciągle mówić tym samym osobom każdego dnia, zanim w waszych wzajemnych relacjach zapanuje banalność?

Grady spojrzał w kierunku torów, skąd Steve i Alice przywoływali ich niecierpliwym machaniem.

– Chyba lepiej, żebyśmy wracali do gry – zauważył.

– No. Fajnie się gadało.

Pokręcił głową.

– Nie zaczynaj. Nie dzisiaj.

Popatrzyła na niego i spróbowała odgrzebać stare uczucia. Czy wciąż go kochała? Nadal był tym samym chłopięco przystojnym durniem, w którym się zabujała lata temu – pod tym względem nic a nic się nie zmienił. Ale może na tym właśnie polegał problem? Zresztą co by się stało, gdyby ze sobą zerwali? I tak by się widywali każdego pieprzonego dnia. Nie dało się tego uniknąć.

Boże, jak ona nie znosiła tej głupiej mieściny.

– Be-eth, twoja kolej! – krzyknął Steve, otoczywszy usta dłońmi.

Upchnął swoje zwaliste ciało w zestaw złożony z dżinsów i koszulki, a znad paska wylewał mu się niegdyś umięśniony brzuch. Brzmiał na wkurzonego, ale zawsze tak brzmiał. Taki już po prostu był. W innych okolicznościach nigdy by się nie zakumplowali, ale jak się jest jedną z czworga nastolatków w całym miasteczku, to się człowiek uczy tolerować innych ludzi.

Nawet dupków.

Beth wcisnęła Grady’emu do ręki swoje piwo i dwa razy z rzędu wcelowała kulą do rynny. Nie przejęła się tym. Nie znosiła kręgli. Nikt ich nie lubił. Ale kręgielnia była jedynym miejscem w miasteczku, gdzie można było kupić piwo, a Jack sprzedawał je tylko tym, którzy grali. Stary Jack, szczwany lis, do samego końca zachowywał się jak rasowy biznesmen.

Steve, jak zwykle, zarechotał, widząc, jak Beth nie radzi sobie w grze, a ona, jak zwykle, go olała. Niepostrzeżenie przysunęła się do swojej najdawniejszej przyjaciółki, Alice Burman, i usiadła obok niej. Podobnie jak Grady’emu Alice przydałoby się strzyżenie. Wyglądała na zmęczoną, ale przynajmniej ona miała ku temu dobry powód.

– Jak tam? – spytała Beth.

Alice uniosła z wdzięcznością piwo.

– Dobrze znów tego spróbować. Nawet nie wiesz, jak trudno mi było mieszkać tutaj i przez dziewięć miesięcy ani razu się nie schlać.

– Nawet nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić.

Alice spojrzała z uwielbieniem na butelkę piwa Peroni.

– Dzięki temu cholerstwu życie staje się znośniejsze.

– Jesteś pijana – zauważyła Beth.

– To moje pierwsze – odparła Alice. – A twoje?

– Straciłam rachubę. – Zerknęła na zegarek. Nie było nawet szóstej.

_Lepiej przystopuj, bo wylądujesz w łóżku przed ósmą._

Ale czy to byłoby takie złe? Ile to już piątkowych wieczorów przebimbała – podobnie jak oni wszyscy – pod cieknącym dachem kręgielni, słuchając rockowych ballad i miarowego stukotu kaloryferów, a także życząc sobie, by coś – cokolwiek! – się wydarzyło? Ile ich jeszcze musi minąć, zanim Beth zerwie więzy z tym miejscem bez perspektyw i poukłada sobie życie na nowo? Miała swoje ambicje. Była utalentowaną artystką, zawsze sądziła, że pójdzie na akademię sztuk pięknych.

_Jesteś największą artystką w Auchenmullan, ale to nic nie znaczy. Myślisz, że dałabyś radę stanąć w szranki z najlepszym, co ma do zaoferowania reszta świata?_

Dopiła piwo małymi łyczkami i beknęła. Grady obrzucił ją ukradkowym spojrzeniem, a ona się uśmiechnęła.

_Wszystko gra. Urodziliśmy się tutaj i tutaj umrzemy, a życie potoczy się dalej bez nas. Wszystko w porząsiu. My jesteśmy zapomnianymi dzieciakami z Auchenmullan!_

Zwróciła uwagę z powrotem na Alice.

– A tak poważnie, to jak się miewasz? Czy macierzyństwo rzeczywiście okazało się spełnieniem twoich snów?

– Owszem. Jest dokładnie tak bardzo gówniane, jak się obawiałam.

– Dobrze wyglądasz – powiedziała Beth. Kolejne kłamstwo. Jakże łatwo jej ostatnimi czasy przychodziły.

Alice wskazała palcem ciemne wory pod oczami.

– Też byś mogła tak dobrze wyglądać, jakbyś spała po trzy godziny na dobę. Znaczy wiesz, kocham tego malucha, ale zeszłej nocy co godzinę wstawałam, żeby go nakarmić. Powinnaś zobaczyć, w jakim stanie są moje sutki. – Zaśmiała się.

– Słucham? – krzyknął Steve. Steve często krzyczał. Cisza była dla niego niedogodnością. Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Czy ktoś tu wspominał o sutkach?

– Suchych, popękanych i obolałych – odparła Alice, a chłopak zrobił zniesmaczoną minę i się odwrócił.

Beth nie wiedziała, co jeszcze mogłaby powiedzieć, a to było dziwne, bo przyjaźniły się z Alice od przedszkola. Ale teraz jej najlepsza przyjaciółka była matką i Beth nic nie mogła poradzić na to przeczucie, że ich wzajemne relacje się zmieniły. Alice była teraz oficjalnie dorosła, nawet jeśli nie zawsze się tak zachowywała. Ojciec dziecka, pryszczaty chłopak imieniem Kevin, wyjechał tydzień po tym, jak dowiedział się o ciąży, a jego rodzice zostawili w Auchenmullan niesprzedany dom i zaczęli układać sobie życie od nowa gdzie indziej, co wydawało się nieco przesadzoną reakcją. Jak dotąd wszystkie próby, które Alice podjęła, by wyśledzić chłopaka, spełzły na niczym, a jako że ze względu na otaczające miasteczko góry internet miał tu słaby zasięg, wyglądało na to, że jeszcze przez jakiś czas tak pozostanie.

– Przynajmniej masz mamę do pomocy – powiedziała Beth, wyczuwszy panującą pomiędzy nimi niezręczność. Czy one także się od siebie oddalały? Najpierw Grady, potem Alice. Wkrótce jej jedynym przyjacielem pozostanie Steve, a przecież nawet nie darzyła go sympatią.

Alice uśmiechnęła się smutno.

– No w sumie. Powinnaś kiedyś wpaść i poznać Erica. Och, zapomniałam ci powiedzieć, roześmiał się! Wiesz, to było takie słodkie, on… Beth, czy ty mnie w ogóle słuchasz?

– Hę? A, no tak, sorki. Chyba po prostu mam teraz dużo na głowie.

– Przytłacza cię szybkie tempo życia w Auchenmullan?

– No, coś w tym stylu.

– Chodzi o Grady’ego, prawda?

Beth przygryzła wargę.

– Za dobrze mnie znasz.

– Chcesz o tym pogadać?

Beth wzruszyła ramionami. Zarazem chciała i nie chciała, bo się bała, że gdyby rzeczywiście porozmawiały, to cokolwiek by powiedziała, odnosiłoby się także do Alice.

– Chodzi o to miasteczko – stwierdziła w zamian. – Nie znoszę go. Naprawdę chcesz wychowywać Erica w takim miejscu?

– Nie mam za wielkiego wyboru, co nie? – powiedziała Alice. Beth uważała, że przyjaciółka miała wybór, ale to też postanowiła przemilczeć. Lepiej było unikać niepotrzebnych zadrażnień. Po prostu zachowywać się uprzejmie. Ze wszystkimi żyć w zgodzie. Zabijać czas.

Co innego miała do roboty?

------------------------------------------------------------------------

_KONIEC DARMOWEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij