-
nowość
-
promocja
Groble - ebook
Groble - ebook
Arcydzieło horroru.
Klasyka współczesnej powieści grozy i ukoronowanie bogatej i różnorodnej twórczości porównywanego z H.P. Lovecraftem Michaela McDowella. Mroczna saga rodzinna, której akcja rozgrywa się na przestrzeni pięćdziesięciu lat w miasteczku Perdido w stanie Alabama, gdzie w Niedzielę Wielkanocną 1919 roku podczas wielkiej powodzi pojawia się tajemnicza nieznajoma…
Rok 1922. Po powodzi, która spustoszyła Perdido, powstaje pomysł budowy grobli, by ochronić miasto przed kolejnymi klęskami. Największym jego orędownikiem jest Oscar Caskey. Inni mieszkańcy popierają to przedsięwzięcie – wszyscy, poza żoną Oscara, która nie chce pozwolić, by poskromiono rzeki. A kiedy wkrótce w Perdido pojawiają się robotnicy i miasto zamienia się w plac budowy, Elinor Caskey realizuje własny plan: zaczynają znikać ludzie, a rzeki pokazują, na co je stać.
Saga „Blackwater”, po latach odkryta na nowo, stała się bestsellerem w wielu krajach – w samej Europie sprzedano ponad 2 miliony egzemplarzy.
Wyjątkowa niespodzianka dla miłośników literatury grozy w najlepszym, klasycznym stylu. Wspaniałe – wysmakowane estetycznie i edytorsko – ilustrowane wydanie sześciotomowej sagi „Blackwater” Michaela McDowella, cenionego przez Stephena Kinga scenarzysty (autora między innymi scenariuszy do „Soku z żuka” i „Miasteczka Halloween” Tima Burtona, serialu telewizyjnego „Opowieści z krypty”, czy filmowej adaptacji powieści „Chudszy” Kinga) oraz powieściopisarza, tworzącego głównie horrory w nurcie amerykańskiego południowego gotyku.
Fascynująca. Przerażająca. Po prostu wspaniała!
Stephen King
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8439-092-4 |
| Rozmiar pliku: | 11 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
(1950–1999)
Amerykański pisarz pochodzący z Alabamy, często porównywany do H.P. Lovecrafta. Studiował anglistykę na Harvardzie, a w 1978 roku uzyskał tytuł doktora literatury angielskiej na Uniwersytecie Brandeisa.
Zadebiutował w 1979 roku powieścią _The Amulet_, ale największą popularność przyniosły mu horrory napisane w stylu nazywanym „gotykiem amerykańskiego Południa”: _Cold Moon Over Babylon_, _Żywiołaki_ oraz cykl _Blackwater_. Łącznie – pod własnym nazwiskiem i pseudonimami – McDowell napisał ponad 30 powieści. Jego ostatnią książkę, Candles Burning, dokończyła po śmierci pisarza żona Stephena Kinga, Tabitha King.
W 1985 roku zaczął pisać scenariusze dla telewizji: do seriali Opowieści z ciemnej strony, Opowieści z krypty i Alfred Hitchcock przedstawia. Jest również autorem scenariuszy filmowych, między innymi do Soku z żuka Tima Burtona oraz do słynnego filmu animowanego _Miasteczko Halloween_.INŻYNIER
– Boże, strzeż nas przed powodzią, ogniem, wściekłymi zwierzętami i uciekającymi czarnuchami.
Taką modlitwę zmawiała Mary-Love przed każdym posiłkiem. Nauczyła się jej od matki, która ukrywała srebra, niewolników i kurczaki przed zachłannością głodujących jankeskich grabieżców. Lecz ostatnimi czasy modlitwa zarówno Mary-Love, jak i Siostry o ochronę przed czterema zagrożeniami została uzupełniona o: „Boże, chroń nas przed Elinor Dammert Caskey”.
Elinor bez wątpienia należało się bać. Wniosła w spokojne, uregulowane życie rodziny Caskeyów z Perdido w Alabamie element zaskoczenia i niepewności. Zjawiła się w hotelu Osceola w samym środku wielkiej powodzi z 1919 roku, rzuciła urok na szwagra Mary-Love, Jamesa Caskeya, a następnie na jej syna, Oscara, którego wkrótce poślubiła wbrew jej woli. Elinor o włosach w kolorze czerwonego mułu rzeki Perdido nie miała rodziny ani majątku. I w końcu odebrała Mary-Love Oscara, zaciągnęła go do nowego domu, zbudowanego na tej samej działce, i zostawiła swoje dziecko jako zapłatę za prawo do wyprowadzenia się. Zdaniem jej teściowej był to oczywisty dowód, że Elinor nie cofnie się przed żadną ofiarą, żeby zwyciężyć na polu bitwy. Była groźną przeciwniczką dla Mary-Love, która nigdy wcześniej nie spotkała nikogo, kto zdołałby podważyć jej władzę absolutną.
Mary-Love i Siostra od samego początku wykazywały nadzwyczajną opiekuńczość wobec małej Miriam, ale teraz strzegły jej ze wzmożoną czujnością. Minęły dwa tygodnie od wyprowadzki Oscara i jego żony i jak dotąd Elinor nie wykazywała ani śladu skruchy z powodu dobitego targu. Mary-Love skończyła pięćdziesiąt jeden lat i nie mogła już mieć własnych dzieci. Siostra dobiegała trzydziestki i jak dotąd nie rysowały się przed nią widoki na małżeństwo; było więc mało prawdopodobne, by doczekała się dziecka innego niż to, które zostawiła jej bratowa. Mary-Love i jej córka nawet na moment nie zostawiały dziewczynki samej w obawie, że Elinor – która bez wątpienia obserwowała ich dom zza niedawno powieszonych zasłon w swoim saloniku – przybiegnie, chwyci Miriam w ramiona i wymknie się z triumfalnym uśmiechem na twarzy. Ani Mary-Love, ani Siostra nie miały najmniejszego zamiaru wyrzec się tego dziecka, choćby żądał od nich tego cały świat i jego wszystkie prawa.
Z początku przygotowywały się na ciągłe wizyty Elinor, pewne, że będzie je zarzucać uwagami na temat wychowywania jej dziecka; że wybuchnie płaczem i zacznie błagać, aby pozwolono jej zabrać Miriam chociaż na godzinkę każdego ranka; że będzie się snuć wokół kołyski i bez końca szukać okazji, by ją porwać. Lecz Elinor niczego podobnego nie robiła. Nie zjawiła się ani razu, żeby odwiedzić córkę. Kołysała się spokojnie w bujanym fotelu na werandzie swojego nowego domu i poprawiała wymowę Zaddie Sapp, która siedziała u jej stóp z czytanką dla szóstej klasy. Pozdrawiała uprzejmym skinieniem głowy szwagierkę i teściową, kiedy je zobaczyła, a przynajmniej kiedy nie mogła udawać, że ich nie widzi, ani razu jednak nie poprosiła, żeby pozwolono jej zobaczyć Miriam.
Mary-Love i Siostra, które dotąd w żadnej sprawie nie były tak jednomyślne, konferowały, zastanawiając się, czy żonie Oscara można ufać, czy nie. W końcu uznały, że dla bezpieczeństwa powinny traktować jej wyniosłą postawę jako taktykę obliczoną na uśpienie ich czujności. Nadal więc niezmordowanie pełniły straż przy kołysce Miriam.
W niedziele chodziły do kościoła na zmianę. Jedna zawsze zostawała w domu, podczas gdy druga siedziała w ławce obok Elinor, kiwała uprzejmie głową i wymieniała z nią kilka zdań, jeśli nadarzyła się okazja. Potem jednak, aby jeszcze bardziej dokuczyć synowej, Mary-Love zasugerowała, że powinny obie z Siostrą pójść na mszę. Widząc je razem, Elinor zrozumie, że mała Miriam została w domu wyłącznie pod opieką Ivey Sapp, ale nie wybiegnie przecież z kościoła, żeby porwać córkę. Mary-Love i Siostra nigdy nie wyszły z domu, dopóki się nie upewniły, że Oscar i jego żona wyjechali razem do kościoła, bały się bowiem, że Elinor może celowo zostać w domu i wykraść córkę, zanim one na mszy odśpiewają pierwszy hymn.
Pewnej niedzieli jednak zdarzyło się, że zarówno Mary-Love, jak i Siostra odeszły od okna akurat w chwili, gdy Oscar odjeżdżał spod domu. Uznały, że Elinor pojechała razem z nim, lecz w kościele ku swej ogromnej rozpaczy odkryły, że została w domu, żeby opiekować się Zaddie, która zachorowała na świnkę. Podczas śpiewania hymnów drżały im głosy, nie słyszały ani jednego słowa z kazania, zapomniały się podnieść, kiedy powinny wstać, i stały dalej, kiedy powinny usiąść.
Wpadły do domu niczym wicher i znalazły Miriam śpiącą spokojnie na bocznej werandzie, a Ivey Sapp stała nad kołyską i nuciła jakąś piosenkę. W sąsiednim domu na werandzie siedziała Elinor Caskey z książką w ręce. Bez najmniejszego trudu mogła przejść przez podwórze, podejść do córki, surowym głosem powstrzymać Ivey, wyjąć Miriam z kołyski i wrócić z dzieckiem do domu. Ale niczego takiego nie zrobiła.
Tak więc Mary-Love i Siostra doszły do wniosku, że Elinor po prostu nie chce odzyskać swojego dziecka. Przekonane, że zrezygnowała z odzyskania córki – choć coś takiego nie mieściło im się w głowie – zaczęły się zastanawiać, co o tej sprawie myśli Oscar. Czasem je odwiedzał, ale nigdy nie jadał z nimi posiłków i – jak zauważyła Siostra – nigdy nie wchodził do domu. Ograniczał wizyty do spotkań na bocznej werandzie. Niekiedy późnym popołudniem, gdy widział je na dworze, przychodził i siadał na huśtawce, zamieniał kilka słów z matką i Siostrą, po czym pochylał się nad kołyską.
– Co u ciebie słychać, Miriam? – pytał, zupełnie jakby się spodziewał, że półroczne dziecko odpowie mu w tym samym tonie.
Nie wyglądał na szczególnie zainteresowanego córką; reagował zaledwie skinieniem głowy i powściągliwym uśmiechem, kiedy Siostra opisywała mu jakieś komiczne lub zaskakująco dojrzałe zachowanie Miriam. Po czym oznajmiał, że Elinor będzie się zastanawiać, gdzie się podział, i odchodził, rzucając na pożegnanie:
– No to tymczasem, mamo. Na razie, Siostro. Do zobaczenia, Miriam.
Widząc ten powtarzający się scenariusz, który pokazywał, jak mało znaczyło dla niego ich towarzystwo, Siostra i Mary-Love zrozumiały, że zyskując Miriam i odtrącając Elinor, straciły również Oscara.
W wielkim nowym domu tuż przy granicy miasta Oscar i Elinor tłukli się po swoich szesnastu pokojach. Wieczorami siadali przy stole w pokoju śniadaniowym i zjadali zimne resztki z obiadu. Drzwi do kuchni zostawiali otwarte, żeby Zaddie, która jadła taki sam posiłek, stojąc przy kuchennym blacie, nie czuła się osamotniona. Co kilka dni, kiedy zmieniał się repertuar w kinie, wybierali się wieczorem do Ritza. Chociaż wstęp kosztował tylko pięć centów, zawsze dawali Zaddie ćwierć dolara, żeby kupiła sobie bilet na balkon dla kolorowych, niezależnie od tego, czy zamierzała iść, czy nie. Po powrocie do domu siadali na jednej z czterech huśtawek na największej werandzie i po krótkiej chwili, podczas gdy Oscar jedną nogą od niechcenia odpychał się od podłogi, Elinor kładła mu głowę na kolanach i razem patrzyli przez siatki przeciw komarom na mieniącą się w blasku księżyca Perdido, płynącą niemal bezszelestnie na tyłach domu. Jeśli Oscar w ogóle się odzywał, to na temat pracy albo oszałamiających przyrostów dębów wodnych – które po dwóch latach miały już prawie dziesięć metrów wysokości – lub o plotkach usłyszanych tego ranka u golibrody.
Nigdy nie wspominał o Miriam, mimo że z miejsca, gdzie bujali się na huśtawce, widać było jej pokój. Czasem paliło się w nim światło i obok okna przechodziła Siostra albo Mary-Love, robiąc coś przy jego córce, która była dla niego tak nieosiągalna, jakby porwali ją Cyganie lub utonęła w rzece.
Elinor znowu spodziewała się dziecka, tym razem jednak Oscar odnosił wrażenie, że ciąża przebiega wolniej niż poprzednia – brzuch jego żony rósł opieszale i był znacząco mniejszy niż poprzednio. Oscar zasugerował więc, żeby odwiedziła doktora Benquitha, co Elinor uczyniła i wróciła z wiadomością, że wszystko jest w najlepszym porządku. Niemniej przystała na życzenie męża, by jesienią odeszła ze szkoły, i ku jego zaskoczeniu wydawała się całkiem zadowolona, że może spędzać w domu całe dnie. Ze względu na konwenanse, a także dla spokoju ducha swego męża zrezygnowała również z porannych kąpieli w rzece. Jednak ani te środki ostrożności, ani zapewnienia doktora Benquitha nie zdołały uśmierzyć niepokoju Oscara.
Mary-Love Caskey pragnęła, żeby całe Perdido uznało jej zwycięstwo nad synową. Bo czyż mogło go nie uznać, skoro to ona pozostała w posiadaniu łupu? Nawet jeśli wygrała Miriam kosztem uczuć własnego syna, to przecież Oscar wcześniej czy później i tak opuściłby dom rodzinny, ożenił się i wyprowadził z tą czy inną kobietą. Poza tym czy jakikolwiek syn odsunął się kiedyś od matki na całe życie? Mary-Love ani przez chwilę nie wątpiła, że pewnego dnia Oscar do niej wróci, a wtedy jej zwycięstwo nad Elinor będzie doprawdy pełne i wspaniałe!
Jednak ku konsternacji Mary-Love Perdido wcale nie widziało sprawy w ten sposób. Według mieszkańców miasteczka, kiedy opadł kurz, Elinor siedziała na szczycie wzgórza i wymachiwała nietkniętą i niezakrwawioną flagą. Owszem, dała za wygraną i poniechała swojego jedynego dziecka, lecz sądząc z pozorów, bynajmniej się tym nie przejęła. Co zaś najważniejsze, wcale nie sprawiała wrażenia kobiety pokonanej. Wprawdzie nie odwiedzała już teściowej ani szwagierki, ani porzuconej córki, ale przy ludziach zawsze zachowywała się wobec nich uprzejmie i życzliwie. Nic w jej tonie głosu nie pobrzmiewało ironią czy sarkazmem, nic nie sugerowało płonącej nienawiści; nikt nigdy nie słyszał z jej ust ani jednego słowa wypowiedzianego przeciwko Siostrze czy Mary-Love. Nie nakłaniała Caroline DeBordenave czy Mandy Turk do buntu przeciwko Mary-Love, nie próbowała nawiązywać bliższych stosunków z nimi ani ich córkami.
Elinor nigdy nie protestowała przeciwko odwiedzinom Oscara u matki i nie próbowała wywoływać w nim wyrzutów sumienia z tego powodu. Wysyłała Zaddie ze skrzynkami brzoskwiń i butelkami własnej roboty soku z czarnej porzeczki. Ale nigdy nie postawiła stopy w domu Mary-Love, nigdy nie wypytywała o zdrowie swojej córki, nie zaprosiła też teściowej ani szwagierki do obejrzenia jej nowo wykończonego i umeblowanego domu.
Upewniwszy się, że Elinor nie podejmie żadnych prób odzyskania córki, Mary-Love uznała, że synowa nie okazała dość pokory, i zaczęła szukać sposobów, aby ją pognębić.
Półtora roku wcześniej, nazajutrz po ogłoszeniu przez Elinor pierwszej ciąży, do Perdido przyjechał niejaki Early Haskew, trzydziestoletni mężczyzna o spalonej słońcem skórze, silnych ramionach i długich nogach. Miał kasztanowe włosy, brązowe oczy oraz gęste, ciemne wąsy, a jego garderoba zdawała się składać wyłącznie ze spodni khaki i białych koszul. Studiował na Uniwersytecie Alabamy i został lekko ranny nad Marną. W czasie służby we Francji nauczył się wszystkiego, co można wiedzieć o robotach ziemnych. Wydawało się wręcz, że ziemia przenika całą jego świadomość, tak że czuł się swobodnie i komfortowo tylko wtedy, gdy stał obiema nogami mocno na ziemi. Miał ją chyba również zawsze za paznokciami i w zmarszczkach opalonej skóry, lecz nikomu, kto na niego patrzył, nie przyszłoby do głowy przypisać tego zaniedbaniu higieny osobistej. Ziemia stanowiła po prostu nieodłączną część jego osobowości i jako taka nie budziła najmniejszych zastrzeżeń. Był inżynierem i przyjechał do Perdido, żeby zbadać, czy w mieście dałoby się wybudować system wałów przeciwpowodziowych wzdłuż brzegów Perdido i Blackwater, który ochroniłby mieszkańców przed wylewami.
Z pomocą dwóch studentów z Politechniki Auburn Early Haskew sporządził szczegółowy plan miasta, zbadał koryta obu rzek, zmierzył wysokość nad poziomem morza różnych punktów okolicy, przestudiował dokumentację w archiwum ratusza i odnotował wszystkie zanikające ślady po poziomie, do którego podniosły się wody w czasie ostatniej powodzi. Rozmawiał z pracownikami tartaków, którzy zajmowali się spławianiem drewna rzeką, zrobił zdjęcia rejonów miasta leżących w pobliżu rzek, wysłał listy z zapytaniami do inżynierów w Natchez i Nowym Orleanie i wziął honorarium w wysokości nieznanej nikomu poza członkami rady miasta, wypłacone w całości przez Jamesa Caskeya.
Po ośmiu tygodniach, w czasie których zdawał się wszechobecny ze swoimi mapami, przyrządami, notatnikami, aparatami fotograficznymi, ołówkami i asystentami, Early Haskew zniknął. Obiecał, że w ciągu trzech miesięcy przygotuje szczegółowe plany inwestycji, lecz wkrótce po jego wyjeździe James Caskey dostał list z informacją, że nie zdoła dotrzymać terminu z powodu jakiejś pracy dla wojska, której zażądano od niego w Camp Rucca. Early Haskew nadal był bowiem rezerwistą.
Teraz jednak ostatecznie wywiązał się ze wszystkich obowiązków wobec wojska i wracał do Perdido, aby jak najszybciej ukończyć obiecane plany. W końcu kto wie, jak szybko wody się znowu podniosą?
Do niedawna Early Haskew mieszkał z matką w maleńkim miasteczku o nazwie Pine Cone, na granicy obszaru Wiregrass w Alabamie, ale ostatnio matka zmarła i Early nie czuł potrzeby wracania do Pine Cone. Sprzedał jej dom i napisał do Jamesa Caskeya z pytaniem, czy byłby tak uprzejmy i znalazł mu jakieś miejsce do zamieszkania. Miał nadzieję nie tylko ukończyć plany, ale również nadzorować budowę grobli – jeśli rada miasta uzna go za odpowiedniego kandydata do tej roli – więc niewykluczone, że zostanie w mieście nawet dwa lata. A dwa lata to wystarczająco dużo czasu, by warto było kupić dom.
James Caskey wspomniał o tym któregoś wieczoru w domu Mary-Love. Osobiście uważał to za interesującą, lecz niezbyt istotną ciekawostkę, więc prawie go przestraszyła gwałtowność, z jaką naskoczyła na niego bratowa.
– Och, James, nie pozwól temu człowiekowi kupić tu domu! – zawołała.
– A to czemu? – spytał łagodnie James. – Jeśli chce i ma pieniądze?
– To pieniądze wyrzucone w błoto – stwierdziła.
– A co według ciebie ma zrobić ten człowiek, mamo? – spytała Siostra, która siedziała na krześle bokiem do stołu i podrzucała na kolanie Miriam, podczas gdy dziewięcioletnia Grace wyciągała palce, żeby dziecko mogło się ich trzymać.
– Nie chcę, żeby wyrzucał pieniądze w błoto – oświadczyła Mary-Love. – Niech zamieszka u nas. Mamy wolny pokój, który należał do Oscara, z własną łazienką i salonikiem, do którego można wstawić stół kreślarski. Mogłabym nawet pojechać i sama kupić taki stół – myślała na głos, a może tylko udawała, że właśnie przed chwilą wpadł jej ten pomysł do głowy. – Zawsze chciałam coś takiego mieć.
– Nieprawda – rzuciła Siostra, jakby mówiła: „Proszę, podaj mi groszek”.
– Właśnie że prawda!
– Mary-Love, dlaczego chcesz, żeby pan Haskew u was zamieszkał? – spytał James.
– Ponieważ czujemy się z Siostrą samotne, a on potrzebuje mieszkania. Na pewno nie chce mieszkać zupełnie sam. Kto mu będzie gotował? Kto mu będzie prał ubrania? To miły człowiek. Był u nas kiedyś na obiedzie, pamiętasz? James, napisz do niego i powiedz mu, że może zamieszkać w naszym pięknym, dużym domu.
– Jadł groszek nożem – zauważyła Siostra. – A ty burczałaś, że żaden porządny człowiek nie robi takich rzeczy przy ludziach. Zastanawiałaś się, z jakiego domu pochodzi. Tylko ja byłam dla niego miła. Któregoś wieczoru pan Haskew przyszedł porozmawiać z Oscarem, a wtedy Elinor natychmiast wstała z krzesła i wyszła… nie pozwoliła mu się nawet przedstawić. Nigdy w życiu nie widziałam takiego nieuprzejmego zachowania.
– Jak myślisz, czemu to zrobiła? – spytał James, który nagle zaczął się domyślać, co się kryje za tą niespodziewaną i euforyczną propozycją bratowej.
– Nie wiem – odparła szybko Mary-Love. – Ale chcę wiedzieć, czy napiszesz ten list, czy ja mam to zrobić.
James wzruszył ramionami, choć nie miał pojęcia, co może z tego wyniknąć.
– Napiszę go jutro w biurze...
– Dlaczego nie dzisiaj?
– Mary-Love, skąd ty wiesz, że ten człowiek się zgodzi? Może nie chcieć tu zamieszkać.
– Czemu miałby nie chcieć?
– Może... na przykład nie chcieć mieszkać w jednym domu z małym dzieckiem, które ciągle płacze.
– Miriam wcale nie płacze – oznajmiła oburzona Siostra.
– Wiem. Ale dzieci zwykle to robią. Early Haskew nie może wiedzieć, że mamy tu do czynienia z wyjątkowym przypadkiem.
– W takim razie mu to uprzytomnij – zażądała Mary-Love.
Jej szwagier w końcu zgodził się napisać list wieczorem po powrocie do domu. Kiedy wychodził, zatrzymała go w drzwiach.
– Jeszcze jedna sprawa, James. Ani słowa Oscarowi i Elinor – nakazała szeptem. – Chcę, żeby wszystko zostało uzgodnione, zanim się dowiedzą. Niech to będzie wielka niespodzianka!