Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Grudniowy blask - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 grudnia 2025
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Grudniowy blask - ebook

„Grudzień to czas, kiedy grzane wino roztapia lód w sercach a sny pachną gorącą czekoladą. Czas, kiedy myśli wędrują poza niemożliwość i proszą o ukojenie. Czas, w którym już nikt nie musi niczego udawać. Czas, w którym żegnamy czarne jak smoła momenty robiąc miejsce dla światła.”

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-132-3
Rozmiar pliku: 1,9 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Grudzień

Jesienne liście skruszyły się w pył a wielobarwne dywany pokrył szron. Chłód zmroził łzy poranka malując białe pejzaże na polach i lasach. Grudniowe tchnienie zabiło ostatnie szepty listopadowych wieczorów. Przed nami lodowe noce i światełka w okiennicach… Ludzie naznaczeni magią i kroplą życzliwości, która może tym razem przetrwa cały, okrągły rok.

Grudzień… Czas zamykania rozdziałów książek, obierania celów podróży, słania tysiąca życzeń. Czas, w którym ludzie czują nadzieję bardziej niż kiedykolwiek, choć chłód mrozi krew w żyłach a spod zamarzniętych już powiek nieśmiało skapują wzruszenia.

Świat okrywa się białą kołdrą i zapada w głęboki sen. Aby uspokoić rozdygotane szajby i demony, aby przeczekać koniec i wraz z nadejściem stycznia — stworzyć Nowy Początek.

Grudzień to czas, kiedy grzane wino roztapia lód w sercach a sny pachną gorącą czekoladą. Czas, kiedy myśli wędrują poza niemożliwość i proszą o ukojenie. Czas, w którym już nikt nie musi niczego udawać. Czas, w którym żegnamy czarne jak smoła momenty robiąc miejsce dla światła.

Niechaj ten blask lśni przez kolejny rok, w każdej sekundzie istnienia…1. Diagnoza

Julia zapamiętała ten dzień tak, jak zapamiętuje się obrazy ze snu: fragmentaryczne, rozmyte, ale utkane z detali, które ranią ostrzej niż całe wspomnienie. Chłód szpitalnego korytarza, biel ścian aż rażąca w oczy, zapach środków dezynfekujących, który wdzierał się w nozdrza i zostawał na języku jak gorzka tabletka.

Lekarz mówił spokojnie, jakby odczytywał fragment instrukcji obsługi. „Rak piersi. Stadium drugie. Konieczna jest operacja. Potem leczenie uzupełniające.” Słowa układały się w szereg, w logiczny porządek, ale w głowie Julii mieszały się jak rozsypane puzzle. Nie słyszała wszystkiego. Pojedyncze wyrazy wypadały z jego ust jak kamienie do lodowatej wody: rak, chemia, konieczne, ryzyko…

Przez chwilę próbowała się uśmiechnąć, kiwać głową jak ktoś dobrze wychowany, kto nie chce sprawiać kłopotu. Potem usłyszała w sobie cichy trzask, jakby coś w niej pękło.

„Ma pani pytania?” — zapytał lekarz, przesuwając w jej stronę kartkę pełną niezrozumiałych nazw i terminów.

Julia skinęła głową, choć nie miała siły zapytać o nic. Pytania były, ale ugrzęzły w gardle.

Czy będę żyć? Czy zobaczę, jak Ola idzie do liceum? Czy zdążę nauczyć Grzesia jeździć na rowerze bez bocznych kółek? Czy będę jeszcze kobietą, czy tylko blizną?

Gdy wyszła z gabinetu, korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Czuła, że stawia kroki, ale jakby nie dotykała podłogi. Po drodze minęła kobietę w chustce, chudą jak cień, i wtedy nagle zabrakło jej tchu. To była przyszłość. To było odbicie, które dopiero miało stać się jej własnym.

Na parkingu długo nie mogła znaleźć samochodu. Wszystko było takie samo: szare auta, mokry asfalt, grudniowe niebo zawieszone nisko jak betonowa płyta. A jednak coś się zmieniło nieodwracalnie.

Julia zamknęła się w aucie, ścisnęła kierownicę i pozwoliła łzom płynąć bezgłośnie.

Nie płakała z bólu. Płakała z lęku. Bo pierwszy raz naprawdę poczuła, że życie nie jest dane raz na zawsze, że święta, które nadchodziły, mogą być jej ostatnimi.

Telefon dzwonił w torebce trzy razy, zanim odważyła się go wyciągnąć. „Wojtek” — imię męża pulsowało na ekranie jak wyrzut sumienia. Przez chwilę zastanawiała się, czy odebrać. Co miała powiedzieć? Jak ująć w kilku słowach coś, co w jednej chwili rozsypało jej świat?

Nacisnęła zieloną słuchawkę.

— No i? — głos Wojtka był pełen napięcia. — Julka, powiedz coś.

Otworzyła usta, ale zamiast słów usłyszała tylko własny oddech, szybki i płytki, jakby biegła.

— Rak — wydusiła w końcu, prawie szeptem. — Rak piersi.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Tak długa, że Julia poczuła, iż musi mówić dalej, by nie oszaleć od tego milczenia.

— Będzie operacja. Potem chemia. Nie wiem co jeszcze…

— Dobrze — usłyszała w końcu. — Wracaj, czekamy na ciebie.

Wracaj. Jakby wracała z zakupów, a nie z miejsca, gdzie odebrano jej pewność jutra.

W drodze do domu świat wydawał się groteskowo normalny. Kierowcy trąbili w korku, reklamy zachęcały do świątecznych promocji, z radia brzmiało radosne „Last Christmas”. Julia ściszyła dźwięk do zera i prowadziła w ciszy, patrząc tępo na migające światła.

Kiedy otworzyła drzwi domu, poczuła znajomy zapach pierników. Ola i Grześ zaczęli już swoje grudniowe wypieki. W salonie migotały choinkowe lampki — w tym roku dzieci ubłagały, aby ubrać drzewko wcześniej niż zwykle.

— Mamo! — Grześ wybiegł na korytarz z rękami oblepionymi ciastem i przytulił się do niej mocno. — Zobacz, robimy bałwanki z lukru!

Julia uśmiechnęła się krzywo, ale w oczach miała coś, co nie pasowało do tego obrazu. Była rozdarta: między ciepłem domowego chaosu a ciężarem słów, które niosła w sobie jak kamień.

Wojtek pojawił się w progu, spojrzał na nią krótko. Ich oczy spotkały się na sekundę — wystarczającą, by wiedzieli oboje co czują. Dzieci biegały, mówiły, śmiały się, a oni wymienili jedno spojrzenie, w którym było wszystko: strach, bezsilność i pytania, na które nie mieli odpowiedzi.

Julia zdawała sobie sprawę, że nie powie dziś całej prawdy. Nie przy tej choince, nie przy zapachu pierników i śmiechu dzieci. Ale wiedziała też, że od tej chwili każdy dzień będzie naznaczony niewidzialnym cieniem.

I że grudzień — ten grudzień — zapamięta do końca życia. Jakkolwiek długie będzie.

Kobieta zdjęła buty w korytarzu, ale nie miała siły ściągnąć płaszcza. Stała chwilę, jakby sparaliżowana, wciąż trzymając kluczyki w dłoni. Wojtek podszedł bliżej, ostrożnie, jakby zbliżał się do kogoś, kto może się rozpaść od najmniejszego dotyku.

— Chodź kochanie — powiedział cicho i wziął od niej torebkę.

Dzieci wpadły do przedpokoju, jedno przez drugie opowiadały o swoich wypiekach. Grześ machał lepkimi dłońmi, Ola śmiała się, tłumacząc mu, że lukier nie nadaje się do toczenia kulek. Julia patrzyła na nich, jakby byli bohaterami filmu, którego nie potrafiła już dosięgnąć.

— Mama jest zmęczona — powiedział Wojtek stanowczo, choć spokojnie. — Dajcie jej chwilkę, potem do was dołączy.

Ola zmrużyła oczy i spojrzała na matkę uważnie. Miała w tym spojrzeniu coś, czego Julia się bała — dziecięcą przenikliwość, która widzi więcej, niż powinna.

— Wszystko dobrze? — zapytała niepewnie.

Julia spróbowała uśmiechu, ale wyszło jej coś kruchego, jak cienka skorupka lodu.

— Tak, kochanie. Tylko… długi dzień.

Ola skinęła głową, ale w jej oczach czaiło się niedowierzanie. Grześ za to już pędził do kuchni, krzycząc, że musi dokończyć swojego „największego na świecie piernikowego bałwana”.

Kiedy zostali sami w korytarzu, Wojtek ujął Julię za ramiona. Nie powiedział nic. Wystarczyło, że trzymał ją mocno. Jej ciało było sztywne, zimne, jakby nie należało do niej.

— Póżniej… — wyszeptała. — Póżniej ci powiem.

Przytaknął, choć oboje wiedzieli, że „później” może być jeszcze trudniejsze. Ale teraz, w tej chwili, przy zapachu pierników i wesołych krzykach dzieci, słowa były nie do wypowiedzenia.

Julia weszła do salonu. Choinka migotała do niej kolorowymi światełkami, odbijającymi się w bombkach. Ten widok, który co roku ją cieszył, teraz kłuł jak wyrzut sumienia. Święta miały być czasem nadziei, a ona miała wrażenie, że niesie w sobie tylko cień.

Usiadła na kanapie, oparła głowę o poduszkę i zamknęła oczy. W tle słyszała gwar domu, odgłosy mieszania lukru, śmiech Grzesia, podekscytowany głos Oli… Dla nich to był zwyczajny, grudniowy wieczór. Dla niej — początek czegoś, czego nie chciała nawet nazywać.

Przez moment Julia wyobraziła sobie Wigilię. Stół nakryty białym obrusem, świece, zapach barszczu. I ona — z uśmiechem przyklejonym na siłę, próbująca udawać, że wszystko jest tak, jak dawniej. W tej wizji zabrakło jednego — przyszłości. Wszytko kończyło się na tamtym stole, na tamtej nocy. Dalej była tylko pustka.

Otworzyła oczy i spojrzała na choinkę. Migające światełka mieniły się złotem i czerwienią, jakby drwiły z jej ciemności. Wtedy poczuła, jak po policzku spływa pojedyncza łza. Szybko starła ją dłonią, żeby dzieci nie zobaczyły.

Ale Wojtek widział. Stał w progu kuchni, z ręcznikiem w dłoni, udając, że wyciera blat. Ich spojrzenia zderzyły się jeszcze raz. I znów nie padło ani jedno słowo.

***

Noc była gęsta i cicha, przecięta jedynie szumem wentylatora w łazience i oddechem dzieci, które spały za cienką ścianą. Julia leżała na plecach w łóżku, nieruchoma, z oczami utkwionymi w sufit. Wojtek oddychał równo obok niej, odwrócony plecami, jakby sen był jego jedyną ucieczką.

Przez chwilę zazdrościła mu tego snu. Tego, że mógł zamknąć oczy i na kilka godzin zapomnieć. Ona nie mogła. W jej głowie w kółko powracały obrazy: twarz lekarza, kobieta w chustce na korytarzu, choinka migocząca obojętnie w salonie.

Rak.

Słowo powtarzało się w niej jak echo, jakby ktoś wybijał młotem jeden dźwięk w pustej hali. Rak. Rak. Rak.

Próbowała sobie wyobrazić, jak powiedzieć dzieciom. Grzesiowi? On nawet nie zrozumie. A Ola? Już podejrzewa, już patrzy inaczej. Może lepiej kłamać? Może lepiej udawać, że to tylko zmęczenie? Ale ile można udawać?

Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie pozwoliła im popłynąć. Bała się, że obudzi Wojtka. Bała się, że jeśli zacznie płakać, nie będzie mogła przestać.

„Czy będę jeszcze tą samą kobietą? — pytała siebie w myślach. — Czy po operacji, po bliznach, po wszystkim, będę jeszcze Julią? Czy zostanie ze mnie coś więcej niż strach i pustka?”

Obróciła się na bok i otuliła szczelniej kołdrą. Wpatrywała się w ciemność, szukając w niej kształtów, które mogłyby ją uspokoić. Nic takiego nie znalazła. Tylko nicość, głucha i nieprzenikniona.

A jednak — w pewnym momencie, nie wiadomo skąd — do pokoju wdarł się słaby refleks świątecznych lampek z choinki, zostawiając na suficie złotawe plamy. Julia patrzyła na nie długo, jakby były jedynym dowodem, że świat jeszcze ma w sobie trochę światła.

Zasnęła dopiero nad ranem, z tym obrazem pod powiekami — światła w ciemności, tak kruchego, że bała się, iż zniknie, gdy tylko otworzy oczy.2. Blizny

Światło poranka wpadało przez zasłony wąskim strumieniem, oświetlając fragment szafki nocnej, na której stała szklanka wody. Julia odwróciła głowę, próbując nie patrzeć na swoje ciało. Ale wzrok sam uciekał w stronę lustra zawieszonego na szafie.

Powoli, z wahaniem, odsunęła koszulę nocną z ramienia. Blizna ciągnęła się jak ciemniejsza kreska, jeszcze świeża, tkliwa. Skóra była obca, nierówna, naznaczona czymś, co miało jej przypominać o wszystkim, czego nie chciała pamiętać.

Dotknęła miejsca dłonią — ostrożnie, jakby to nie było jej własne ciało, tylko pęknięta porcelana.

To teraz ja — pomyślała. — Nie kobieta, nie żona, nie matka. Tylko ta blizna.

Z sypialni obok dobiegł cichy tupot stóp. Grześ szukał swoich kapci. Za chwilę usłyszała jego śmiech, a potem głos Oli:

— Ubierz się szybko, bo się spóźnimy!

Julia zamknęła oczy. Dźwięki codzienności były takie same, a jednak nic już nie było takie jak dawniej.

Wojtek wszedł do pokoju, niosąc na tacy herbatę. Postawił ją obok łóżka, a potem zatrzymał wzrok na jej twarzy. Wiedział, że patrzyła w lustro.

— Daj sobie czas — powiedział miękko. — Zagoi się…

Chciała odpowiedzieć, ale w gardle rosła gula. Zamiast słów wyrwał jej się pusty śmiech.

— Zagoi? — powtórzyła. — Wojtek, tego się nie da zagoić. To już zostanie…

Usiadła na łóżku i ukryła twarz w dłoniach. Łzy płynęły same, bez jej zgody. Wojtek objął ją niezdarnie, jakby bał się, że dotknie w złym miejscu.

— Jesteś… to nadal jesteś ty — wyszeptał. — Dla mnie, dla dzieci. Zawsze ty. Piękna i niesamowita.

Julia nie potrafiła w to uwierzyć. W jej oczach blizna była wszystkim, czym się stała. Każde spojrzenie w lustro mówiło: straciłaś część siebie.

Nagle Ola zapukała cicho do drzwi.

— Mamo, możemy wejść?

Julia wytarła łzy, poprawiła koszulę i zaprosiła dzieci do pokoju.

Weszli oboje — Ola z włosami jeszcze rozczochranymi, Grześ z pluszowym misiem w ręku. Usiadł na brzegu łóżka i położył maskotkę obok niej.

— On będzie z tobą, mamo — powiedział poważnie. — Jak się boisz w nocy.

Julia poczuła, jak coś w niej mięknie, jakby w pęknięciu blizny zaczęło pojawić się światło. Nie nadzieja — jeszcze nie — ale pierwszy oddech, który nie bolał aż tak.

***

Dni mijały, ale Julia miała wrażenie, że stoi w miejscu. Czas płynął gdzieś obok — w rytmie szkolnych obowiązków dzieci, list zakupów, planów świątecznych. Ona tkwiła w ciszy, pogrążona w szarości, której nie potrafiła rozgonić.

Czasem siedziała w kuchni godzinami, patrząc na parującą herbatę, której nie miała siły wypić. Głos Wojtka, nawoływania dzieci, telewizor grający w tle — wszystko docierało do niej jak zza grubej szyby.

Najtrudniejsze były poranki. Lustro w łazience stało się wrogiem. Patrzyła w swoje odbicie i widziała nie siebie, ale „chorobę”. Jakby blizna przejęła władzę nad jej twarzą, jej oczami, całym ciałem.

Wkładała sweter, aby ukryć ślady, choć nikt poza Wojtkiem ich nie widział. Zaczęła unikać przyjaciółek. Telefon dzwonił, a ona odkładała go na półkę, czekając, aż ucichnie. Z zaproszeń na kawę rezygnowała, tłumacząc się zmęczeniem. W rzeczywistości nie potrafiła już rozmawiać o zwyczajnych rzeczach. Świat koleżanek — ich rozmowy o pracy, dzieciach, zakupach — wydawał jej się nagle absurdalnie daleki.

Wojtek próbował zgadywać, podsuwać tematy, czasem żartować. Ale Julia gasła jeszcze bardziej. Każda jego próba brzmiała w jej uszach jak wymuszony optymizm. Widział w niej kobietę, którą była kiedyś. Ona wiedziała, że tej kobiety już nie ma.

Ola coraz częściej obserwowała ją ukradkiem, jakby szukała odpowiedzi, których nikt nie wypowiadał głośno. Grześ nadal przynosił swoje rysunki — domki, choinki, bałwanki — i przyklejał je na lodówce, dodając:

— Żeby było wesoło, mamo.

Julia uśmiechała się wtedy blado, ale w środku czuła ciężar. Była matką, która nie potrafiła się cieszyć. Kobietą, która nie potrafiła być żoną. Czuła się ciężarem — dla Wojtka, dla dzieci, dla samej siebie.

Wieczorami, gdy dom cichł, najczęściej siadała w fotelu przy oknie i patrzyła na uliczne latarnie. Ich światło wydawało się bezduszne, obojętne. Nie niosło w sobie ciepła ani nadziei. Patrzyła tak długo, aż obraz rozmywały łzy.

Depresja nie przyszła nagle. Przypełzała powoli — jak mgła, która wślizguje się przez szpary w oknach i otula wszystko grubą, duszącą warstwą. A Julia nie miała już siły jej odpędzać.

Wojtek coraz częściej obserwował żonę ukradkiem. Kiedyś witała go w drzwiach uśmiechem, a teraz najczęściej siedziała przy stole, skulona, z dłonią podpierającą głowę. Kiedyś narzekała, że dzieci zostawiły bałagan w salonie, dziś nie reagowała nawet wtedy, gdy Grześ rozsypał klocki pod samą choinką.

Był człowiekiem praktycznym, wierzył w rozwiązania: naprawić, załatwić, zorganizować. Ale tego nie potrafił „naprawić”. Choroba zabrała jej zdrowie, a teraz — odbierała coś jeszcze: radość życia.

Czasem w nocy słyszał jej cichy szloch. Udawał, że śpi, bo nie wiedział, jak zareagować. Bał się, że jeśli ją obejmie, to będzie jak dotknięcie zimnej tafli szkła — nic nie przeniknie do środka. Albo, że pod jego dotykiem ta tafla pęknie, rozpadnie się na miliony kawałków. A jednak bolało go to bardziej niż własny strach.

Rano zakładał maskę. Żartował przy śniadaniu, dopingował dzieci, organizował dzień. Ale w środku nosił coraz większą bezradność. Miał poczucie, że traci Julię na raty — nie przez raka, ale przez ciemność, która opanowała jej wnętrze.

Pewnego wieczoru spróbował rozmowy. Siedzieli w kuchni, dzieci już spały. Julia obracała w dłoniach kubek z herbatą, jakby trzymała coś cięższego niż porcelana.

— Julka — odezwał się ostrożnie. — Wiem, że jest ci ciężko. Ale jesteś tu. Z nami. Z dziećmi. Z… ze mną. Nie zostawiaj nas… Nie odtrącaj…

Unikała jego wzroku.

— Wojtuś, ja… ja już nie mam siły. — Jej głos był tak cichy, że ledwo go usłyszał. — Nie umiem być matką, nie umiem być twoją żoną. Ja… jestem tylko ciężarem dla was.

Słowa ugodziły go jak nóż. Miał ochotę krzyknąć, zaprzeczyć, przytrzymać ją mocno, aż uwierzy. Ale jedyne, co zdołał, to chwycić jej dłoń. Była zimna, jakby nie należała do żywego ciała.

— Nigdy nie będziesz ciężarem — wyszeptał. — Nigdy!

Julia nie odpowiedziała. Patrzyła w kubek herbaty, a jej cisza bolała bardziej niż słowa.

Tego wieczoru Wojtek po raz pierwszy poczuł, że nie wystarczy być silnym. Że jego ramiona nie ochronią jej przed tym, co wdarło się do środka. A najgorsze było to, że nie miał pojęcia, jak walczyć z niewidzialnym przeciwnikiem.

Kilka dni później, w chłodny, mlecznobiały poranek, Julia otworzyła skrzynkę pocztową. Spodziewała się rachunków, ulotek reklamowych i może kartki świątecznej od dalekiej ciotki.

Leżała tam jednak mała, złożona kartka, bez koperty, bez nadawcy.

Drżącymi palcami rozwinęła papier. Kilka słów, zapisanych równym, spokojnym pismem:

„Nie jesteś sama. Nawet w najdłuższą noc grudnia, światło zawsze powraca.”

Julia rozejrzała się wokół, ale ulica była pusta. Tylko śnieg skrzypiał pod butami przechodnia po drugiej stronie ulicy.

Kartka była zwyczajna, a jednak kobieta poczuła, jak coś w niej drgnęło. Maleńki ruch, jakby w głębokim wnętrzu ciemnej wody pojawiła się iskra. To nie była nadzieja — jeszcze nie — ale coś, co nie pozwalało jej pogrążyć się całkowicie.

Schowała liścik do kieszeni, tak jakby to był sekret tylko dla niej. Weszła do domu, gdzie czekał na nią zapach pierników i śmiech dzieci.

Po raz pierwszy od tygodni poczuła, że chce oddychać trochę głębiej.3. Cisza

Śnieg spadał powoli, cicho, jakby nie chciał obudzić miasta. Zasłaniał białą kołdrą dachy, gałęzie drzew i ulice. Płatki lekko unosiły się w powietrzu — jak pióra aniołów, niespiesznie opadając potem na ziemię, gdzie układały się w kruche, nietrwałe wzory. Julia patrzyła na nie przez szybę, z kubkiem zimnej już herbaty w dłoni.

W salonie rozbrzmiewały głosy dzieci. Ola nuciła kolędę, próbując nauczyć Grzesia melodii. Śmiali się, kłócili, a potem znów śmiali — zwykła codzienność grudnia, zwykły dom w oczekiwaniu na święta.

A jednak dla Julii nic nie było zwyczajne. W jej głowie trwała nieustanna wojna.

„Chcę zostać. Chcę być z nimi jak najdłużej. Muszę zobaczyć, jak Ola dorasta, jak Grześ kończy szkołę. Muszę być przy nich, muszę…”

Ale zaraz przychodził inny głos, ciemniejszy, natrętny.

„Nie dasz rady. Oni poradzą sobie bez ciebie. Jesteś ciężarem. Patrzysz na ich radość i tylko psujesz obraz. Twoja obecność to cień, a cienie zawsze giną w świetle.”

Julia zamknęła oczy, przycisnęła kubek do ust. Herbata dawno wystygła, miała gorzki smak.

Z pokoju dobiegł śmiech Grzesia.

— Mamo! — zawołał. — Chodź, zobacz! Zrobiliśmy łańcuch z papieru, sięga prawie do sufitu!

Julia chciała pójść. Naprawdę chciała. W sercu miała tęsknotę, by pobiec do nich, zachwycić się, objąć ich mocno. Ale nogi były ciężkie jak z betonu. Słowa utknęły w gardle.

To depresja — mówił jej rozum. — To choroba, nie ty.

Ale w środku czuła coś innego: poczucie winy, że nawet miłość do dzieci nie potrafi wyrwać jej z mroku.

Spojrzała znów na śnieg. Płatki wirowały w świetle latarni, tańczyły jak białe iskry spadające z nieba. Były piękne, kruche, chwilowe.

— Tak jak ja — pomyślała. — Kiedyś opadnę, zniknę. Rozpłynę się w ziemi i zostanie po mnie tylko mokra plama.

Łzy napłynęły do oczu, rozmazując obraz świata za szybą. W tym momencie do pokoju wbiegła Ola, z czerwonymi policzkami i kawałkiem papierowego łańcucha w dłoniach.

— Mamo, zobacz! — Jej oczy błyszczały radością. — Musisz to zobaczyć!

Julia spojrzała na córkę, a serce ścisnęło się boleśnie. Było w nim wszystko naraz — miłość tak ogromna, że brakowało tchu, i rozpacz, że ta miłość nie wystarcza, by przegnać ciemność.

Przyciągnęła Olę do siebie, przytuliła mocno. Dziewczynka pachniała cynamonem i papierem barwionym farbkami. Julia ukryła twarz w jej włosach, szepcząc:

— Kocham cię.

Ola odwzajemniła uścisk bez pytań, bez wątpliwości.

Za oknem płatki wciąż spadały, wolne i ciche, jakby cały świat na chwilę zamilkł, by nie zakłócić tego kruchego momentu — ciszy, w której w sercu Julii rozbłysła maleńka, delikatna iskra.

***

Julia siedziała przy biurku w agencji reklamowej, stukając bezwiednie w klawiaturę. Na ścianach wisiały plakaty — uśmiechnięte rodziny, kolorowe drinki nad basenem, hasła w rodzaju „Twoje marzenia są na wyciągnięcie ręki!”. Kolor gonił kolor, uśmiech gonił uśmiech.

A ona — w środku — czuła się szarością.

Zadzwonił telefon.

— Agencja Nova, dzień dobry — odezwała się automatycznie, modulując głos tak, jakby naprawdę cieszyła się, że może pomóc. — Oczywiście, przygotuję dla pana ofertę… tak, świąteczna kampania… wyślę plik jeszcze dziś.

Kiedy odłożyła słuchawkę, spojrzała na notatnik. Ręka drżała tak, że litery były rozmazane. Westchnęła cicho i poprawiła zapis.

W pokoju obok ktoś się śmiał. Zespół kreatywny omawiał nowe slogany — pełne energii, błyskotliwe, lekkie. „Życie jest piękne!”, „Podaruj radość!”, „Święta w twoim stylu!”. Julia słyszała każde słowo i czuła, jak coraz bardziej zapada się w siebie. Życie jest piękne… dla kogo?

Patrzyła w monitor. Miała przygotować prezentację dla klienta: błyszczące grafiki, zdjęcia szczęśliwych ludzi pod choinką. Klikając kolejne slajdy, poczuła, jak rośnie w niej coś w rodzaju gniewu. To wszystko fikcja. Uśmiechy kupione w banku zdjęć. Świat, którego nie ma.

A potem przyszło zmęczenie. Tak ogromne, że ręce stały się ciężkie, powieki ciążyły jak z ołowiu. Julia wiedziała, że jeśli się nie otrząśnie, ktoś zauważy. A ona nie mogła sobie na to pozwolić.

Założyła więc maskę — tę samą, którą codziennie wkładała w pracy. Uśmiech. Krótkie żarty przy ksero. Energiczny krok po kawę do kuchni. „Jestem w porządku, dam radę” — mówiła gestem, tonem, miną.

Ale gdy wróciła do domu i zamknęła się w łazience, wreszcie mogła zsunąć tę maskę. Oparła się o zimne kafelki, patrząc na swoje odbicie. Twarz była obca, oczy puste.

„Chcę żyć dla dzieci. Chcę ich prowadzić przez świat. Chcę być przy nich jak najdłużej.”

A zaraz potem ten sam głos, ten sam mrok:

„Nie dasz rady. Oni zasługują na matkę pełną światła, nie na cień.”

Za oknem wciąż padał śnieg. Płatki wirowały w świetle latarni, spadały miękko na chodniki. Julia patrzyła na nie długo, aż obraz zniknął za taflą łez.

***

Miasto powoli stroiło się na święta. Na rynku stanęła ogromna choinka, a kolorowe lampki oplatały kamienice, tworząc świetlistą koronę nad brukowanym placem. Z każdym dniem w powietrzu czuło się coraz więcej zapachu pieczonych kasztanów, grzanego wina i słodkich gofrów sprzedawanych w budkach jarmarku.

Julia szła obok Wojtka, trzymając Grzesia za rękę. Ola biegła przodem, podekscytowana, bo za chwilę miała wystąpić z chórem szkolnym.

— Mamo, nie spóźnij się na mój występ! — wołała, machając czapką z pomponem.

Julia uśmiechnęła się, choć serce miała ściśnięte. Chciała wierzyć, że będzie obecna, naprawdę obecna. Że nie pozwoli depresji odebrać sobie tej chwili.

Plac zapełniał się ludźmi. Rodziny tuliły się do siebie, dzieci podskakiwały w rytm kolęd puszczanych z głośników. Śnieg prószył gęsto, osiadając na płaszczach i włosach, jakby niebo rozsypywało tysiące anielskich piór.

Kiedy dzieci stanęły na scenie, Julia poczuła ukłucie w piersi. Ola, w czerwonym szaliku, śpiewała z zapałem, a Grześ — młodszy, mniej pewny — stał obok z grupą pierwszaków, nucąc półgłosem i co chwilę zerkając w stronę mamy.

Julia pomachała mu, a on rozpromienił się i od razu zaśpiewał głośniej.

Łzy napłynęły jej do oczu. To nie były łzy rozpaczy — raczej mieszanina miłości i bólu. Oni są całym moim światem. Muszę zostać. Muszę.

Ale zaraz pojawiła się ta druga myśl, ciemna i nieubłagana: a jeśli nie dam rady? A jeśli choroba znów wróci, a depresja pochłonie mnie całkiem?

Wojtek objął ją ramieniem. Poczuła jego ciepło i przez moment, krótki jak mrugnięcie, uwierzyła, że może się jeszcze uda.

Gdy dzieci zaśpiewały ostatnią kolędę, nad rynkiem rozbrzmiały dzwony pobliskiego kościoła. Ludzie bili brawo, a z nieba wciąż spadał śnieg — gęsty, cichy, jak obietnica, że nawet w najciemniejszym mroku może znaleźć się miejsce na światło.

Julia trzymała mocno dłonie dzieci i przez chwilę, choć tak krótką, poczuła coś, co przypominało nadzieję.4. Pęknięcia

W kolejne dni grudnia dom wypełniały przygotowania do świąt. Na kuchennym stole piętrzyły się foremki do pierników — gwiazdki, choinki, serca. Ola rozwałkowywała ciasto z zapałem, a Grześ nieustannie podjadał kawałki, które miały trafić do piekarnika.

— Grześ, nie podjadaj! — śmiała się Ola, odsuwając miskę.

— Ale to dla Mikołaja! — tłumaczył się chłopiec z pełnymi policzkami.

Julia stała obok, obserwując ich zabawy. Uśmiechała się, nawet wzięła do ręki lukier, by ozdobić kilka ciasteczek. Ale w środku miała wrażenie, że robi to wszystko zza szyby — jakby ktoś inny kierował jej rękami. Gdy dzieci śmiały się głośno, w jej sercu wciąż pulsował cichy, uporczywy smutek.

Wieczorami chodzili na jarmark. Lampki błyszczały, w powietrzu unosił się zapach cynamonu i pomarańczy. Wojtek kupował dzieciom gorącą czekoladę z bitą śmietaną, a Julia trzymała kubek tylko po to, by ogrzać dłonie. Smak nie docierał.

— Popatrz, mamo, renifer z drewna! — Grześ ciągnął ją w stronę stoiska z rękodziełem. — Możemy go kupić? Do postawienia pod choinką!

Julia przytaknęła. Uśmiechała się, by dzieci nie widziały, że jej oczy są puste.

Pewnego popołudnia spotkała na rynku panią Marię, starszą sąsiadkę z kamienicy obok. Kobieta niosła koszyk pełen pierogów i makowców.

— Julka, kochana — zagadnęła z troską — jak się trzymasz? Widziałam, że rzadziej się pokazujesz.

Julia wymusiła uśmiech.

— Praca mnie przytłacza, wie pani… i przygotowania do świąt.

Pani Maria ujęła ją za rękę.

— Pamiętaj, dziecko, że nie wszystko trzeba robić samej. Czasem warto pozwolić, by ktoś inny pomógł.

Słowa sąsiadki odbiły się w Julii głębiej, niż chciała przyznać. Pozwolić, by ktoś pomógł… czy ja w ogóle umiem jeszcze prosić o pomoc?

Tego wieczoru, gdy dzieci układały się do snu, Julia stała przy oknie i patrzyła, jak śnieg wiruje w świetle latarni. Płatki spadały wolno, miękko. Miała wrażenie, że każdy z nich niesie jakąś małą wiadomość — o kruchości, o chwili, o tym, że świat toczy się dalej mimo wszystkiego.

Wciągnęła głęboko powietrze i po raz pierwszy od dawna poczuła, że choć depresja wciąż oplata ją ciężką mgłą, dzieci i grudniowe drobiazgi — ich śmiech, pieczenie pierników, roziskrzony rynek — są jak drobne iskry, które jeszcze nie pozwalają ciemności wygrać całkowicie.

***

Julia siedziała przy biurku w agencji, wpatrując się w monitor. Na ekranie migotała prezentacja: świąteczna kampania dla dużej sieci sklepów. Uśmiechnięte twarze rodzin, kolorowe paczki, slogany o radości i magii.

Magia. Radość. Bliskość. — czytała w myślach, a każde słowo brzmiało jak szyderstwo.

Od rana udawała. Odpowiadała na telefony, rozsyłała maile, kiwała głową w rytm rozmów kolegów z działu kreatywnego. „Tak, świetny pomysł!”, „Oczywiście, zaraz prześlę”, „Jasne, wszystko pod kontrolą”. Ale w środku czuła, że jej świat właśnie się rozsypuje na drobne kawałki.

Palce drżały, gdy przesuwała myszką. Litery na ekranie zlewały się w plamy. Przez sekundę miała ochotę po prostu wstać i wyjść, nie oglądając się za siebie.

— Julia, wszystko w porządku? — usłyszała głos Kasi, koleżanki z biura.

Podniosła głowę. Kasia patrzyła na nią z niepokojem — widocznie zauważyła, że Julia blada jest jak papier. Julia uśmiechnęła się odruchowo, maską, którą ćwiczyła codziennie.

— Tak, tylko… za dużo kawy.

Kasia nie wyglądała na przekonaną, ale nie drążyła. Wróciła do swojego biurka, a Julia odetchnęła z ulgą.

Nie mogę pęknąć tu, w pracy. Muszę być normalna. Muszę.

Ale tego samego dnia, podczas zebrania, kiedy szef opowiadał o „budowaniu radosnych emocji klientów”, Julia poczuła, jak coś w niej puszcza. Siedziała w sali konferencyjnej, otoczona ludźmi mówiącymi o kampaniach, kolorach i hasłach, i nagle miała wrażenie, że brakuje jej powietrza.

Radosne emocje… a ja nawet nie umiem się ucieszyć, że żyję. Łzy napłynęły jej do oczu. Szybko pochyliła się nad notatnikiem, udając, że coś zapisuje. Ręka jej drżała.

— Julia, notujesz? — zapytał szef, odwracając się w jej stronę.

— Tak, oczywiście — odparła z wysiłkiem. Jej głos brzmiał obco, jakby mówił ktoś inny.

Po spotkaniu zamknęła się w łazience. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze: twarz zmęczoną, oczy czerwone, usta bez wyrazu. Czuła, że traci grunt pod nogami.

Z kieszeni wyjęła małą karteczkę — tę, którą znalazła wcześniej w skrzynce pocztowej. „Nie jesteś sama. Nawet w najdłuższą noc grudnia światło zawsze powraca.”

Przycisnęła ją do serca. Była rozdarta między pragnieniem zniknięcia a tęsknotą, by zostać — dla dzieci, dla Wojtka, dla siebie samej.

Za oknem, wysoko nad dachami, spadały płatki śniegu. Wolne, miękkie, jakby ktoś zsypywał z nieba biały, gołębi puch.

***

To był zwyczajny zimowy poranek. Dzieci szykowały się do szkoły — Ola biegała po domu w poszukiwaniu czapki, Grześ nie chciał zapiąć kurtki, a Wojtek podawał im kanapki do plecaków. Julia, z kubkiem kawy w dłoni, starała się nadążyć za tym chaosem, ale czuła, że coś w jej ciele nie gra.

Najpierw było osłabienie. Potem zawroty głowy, jakby ktoś nagle zgasił światło w jej wnętrzu. Kiedy sięgnęła po szalik z wieszaka, nogi odmówiły posłuszeństwa. Upadła, a kubek roztrzaskał się o podłogę, rozsypując kawałki porcelany po kuchni.

— Mamo! — krzyknęła Ola, biegnąc do niej. — Mamo, co się dzieje?!

Wojtek od razu uklęknął obok, podtrzymując jej głowę. Julia próbowała powiedzieć, że wszystko w porządku, ale usta odmówiły posłuszeństwa. Widziała tylko przerażone oczy dzieci i rozmywający się obraz lampek choinkowych, które mrugały w kącie pokoju.

W szpitalu panował ten sam chłód co zawsze, a jednak teraz Julia czuła go mocniej. Siedziała na łóżku w izbie przyjęć, owinięta w szpitalny koc. Za oknem, przez duże okno, widziała jak śnieg wiruje na tle szarych bloków, zasłaniając ich brzydotę białym płaszczem.

Lekarz wszedł do sali z teczką w dłoni. Twarz miał poważną, zbyt poważną, by mogła mieć nadzieję. Julia wstrzymała oddech, jeszcze zanim usłyszała słowa.

— Pani Julio — zaczął powoli. — Wyniki badań są jednoznaczne. Niestety… choroba powróciła.

Cisza była gęsta, przerywana tylko tykaniem zegara i odległym dźwiękiem kolęd dochodzących z radiowęzła szpitalnego. „Cicha noc” — śpiewał dziecięcy chór, jakby ktoś specjalnie wybrał najokrutniejszy kontrast dla tej chwili.

Julia patrzyła w okno. Śnieg sypał coraz mocniej, biel zasnuwała świat na zewnątrz. W jej wnętrzu jednak panowała ciemność.

Powrócił. Znowu. Znów muszę przez to przejść. Znów mogę nie zdążyć…

Wojtek siedział obok, ściskając jej dłoń tak mocno, że aż bolało. Chciał coś powiedzieć, ale nie umiał. Zamiast słów miał w oczach rozpacz i obietnicę, że nie zostawi jej samej ani na chwilę.

Julia poczuła, jak łzy spływają jej po policzkach. Nie dla siebie — dla Oli i Grzesia. Myśl o tym, że mogłaby nie zobaczyć ich dorastania, bolała bardziej niż sama diagnoza.

Za oknem świat bielił się coraz bardziej, a w radiu śpiewano: „Lulajże, Jezuniu, moja perełko”.

Julia zamknęła oczy. Czuła, że zapada się w mrok, ale gdzieś głęboko, bardzo głęboko, próbowała uchwycić tę melodię, jak tonący chwyta się kawałka drewna.5. Pytania

Wieczór był cichy, zimowy, jakby świat przykryto grubym kocem ze śniegu. W salonie pachniało choinką i cynamonem, a w tle migotały światełka zawieszone na gałęziach. Julia siedziała w fotelu, owinięta pledem, z książką w dłoniach. Obok niej Wojtek, a na dywanie, wtuleni w poduszki, Ola i Grześ.

— „Był to człowiek skąpy, twardy jak krzemień, zamknięty w sobie…” — czytała Julia, głosem spokojnym, choć zmęczonym. Gdy opowiadała o Scrooge’u, dzieci słuchały uważnie, a na ich twarzach odbijał się blask lampek choinkowych.

Nagle Grześ uniósł głowę. Jego duże, poważne oczy zwróciły się ku niej.

— Mamo… a dlaczego ty się tak zmieniłaś? — zapytał cicho. — Nie masz już włosów. I często jesteś taka… zmęczona.

W salonie zapadła cisza. Julia poczuła, jak serce ściska jej się boleśnie. Spojrzała na Wojtka, szukając wsparcia. Ola wbiła wzrok w podłogę, jakby znała odpowiedź, ale nie chciała jej wypowiadać.

Julia spróbowała się uśmiechnąć.

— Widzisz, Grzesiu… czasem człowiek się męczy bardziej niż zwykle. Tak bardzo, że nawet włosy się obrażają i uciekają na jakiś czas.

Chłopiec zmarszczył brwi.

— Ale wrócą?

Wojtek pochylił się i wziął syna za rękę.

— Tak, synku. Wrócą. — mówił spokojnie, z ciepłem, które potrafił wyczarować w najtrudniejszych chwilach. — Ludzie czasami się męczą, bo za dużo pracują. A czasem zdarza się też, że chorują. I wtedy potrzebują odpoczynku i leczenia. Ale po chorobie można wrócić do zdrowia.

Grześ patrzył jeszcze chwilę na mamę, a potem przytulił się do niej mocno.

— To dobrze, bo ja chcę, żebyś zawsze była z nami.

Julia objęła go, czując, jak do oczu napływają jej łzy. Ola podniosła głowę i dorzuciła poważnie:

— Mamo, nawet jeśli jesteś zmęczona, to i tak jesteś najlepsza na świecie.

W salonie znów rozbrzmiał cichy głos Julii, która wróciła do czytania Opowieści wigilijnej. Ale w jej sercu coś się poruszyło. Choć słabość odbierała jej siły, to słowa dzieci były jak światełka na choince — małe, drżące, ale rozpraszające mrok.

Za oknem padał śnieg, zasnuwając miasto miękką ciszą. W tej ciszy Julia poczuła, że walka, którą toczy, ma sens. Bo walczyła nie tylko dla siebie. Walczyła dla swojej rodziny.

***

Atmosfera w salonie była już bardzo świąteczna. Choinka migotała, a na stole stał talerz z piernikami, z którego Grześ wyjadł już połowę. Julia gładziła jego włosy, wciąż czując echo pytania, które padło przed chwilą: dlaczego się zmieniłaś, mamo?

Z zamyślenia wyrwał ich dźwięk dzwonka do drzwi. Wojtek spojrzał pytająco na Julię, ale ta wzruszyła ramionami — nikogo się nie spodziewali.

Kiedy otworzyli, w progu stała jej mama. Owinięta w wełniany szal, z policzkami zaróżowionymi od mrozu, obładowana torbami, z których wystawały bochenki chleba, słoiki i zapach makowca.

— Mamo to babcia! — wykrzyknęła Ola, rzucając się jej na szyję.

— Babciu, babciu! — wtórował Grześ, łapiąc jedną z toreb i ledwo utrzymując równowagę.

Mama weszła, zdejmując czapkę i rękawiczki. Jej obecność od razu wypełniła dom — ciepłem, zapachem domu rodzinnego Julii, czymś znajomym i bezpiecznym.

— Julka, kochanie — powiedziała, podchodząc do córki. — Wiedziałam, że ci się przydam. Nie ma Wigilii bez babcinego stroika i pierogów.

Na stole wylądował stary, ozdobiony gałązkami stroik — ten sam, który stał na rodzinnym stole, odkąd Julia pamiętała. Świece były trochę nierówne, igliwie przyschnięte, ale w tym przedmiocie była cała historia ich domu.

Julia spojrzała na niego i poczuła ścisk w gardle. Ile jeszcze razy zobaczę ten stroik? Czy za rok znów go zapali?

Dzieci natychmiast zaciągnęły babcię do swojego pokoju i zaangażowały w zabawę świąteczną kolejką. Wojtek rozpakowywał w tym czasie obfite torby, przywiezione przez teściową, a Julia stała w drzwiach opierając się o framugę i obserwując z uśmiechem poczynania Oli i Grzesia. Takie chwile były bezcenne, pełne ciepła i miłości.

Późnym wieczorem, gdy dzieci już spały, Julia i jej mama siedziały w kuchni przy filiżankach herbaty. Zza okna dochodziło stłumione bicie dzwonów kościelnych, a w powietrzu unosił się zapach goździków.

— Wiem, że się boisz — zaczęła mama, kładąc dłoń na ręce córki. — Ja też się boję. Ale pamiętaj, że to nie pierwszy raz. Już raz walczyłaś. I wygrasz znowu.

Julia spuściła wzrok.

— Mamo, a jeśli nie? I jeśli dzieci zapamiętają mnie tylko jako chorą, smutną, bez sił?

Mama westchnęła.

— Dzieci zapamiętają twoją miłość. Nie twoje włosy, nie twoje łzy, tylko to, że byłaś dla nich. Że śpiewałaś im kołysanki, że uczyłaś je czytać, że przytulałaś. Tego nie zabierze im żadna choroba.

Słowa matki brzmiały jak stara mądrość, którą niosą pokolenia — proste, ale prawdziwe. Julia poczuła, że w jej sercu otwiera się szczelina, przez którą wpada odrobina światła.

***

Na drugi dzień, gdy wszyscy razem lepili pierogi, Julia nagle zasłabła. Nogi ugięły się pod nią, a świat zawirował. Wojtek złapał ją w ostatniej chwili, a mama odsunęła dzieci, mówiąc spokojnie, choć w oczach miała strach:

— Nic się nie martwcie, babcia zajmie się mamą.

Julia usiadła, biorąc głęboki oddech. Widziała ich twarze — Oli poważną, dorosłą ponad wiek, i Grzesia, szeroko otwarte oczy pełne lęku.

Wojtek otarł jej czoło z zimnego potu a mama podała kubek wody.

— Kochanie — powiedziała cicho — twoje ciało jest słabsze, ale twoja siła jest w sercu. Nie walcz sama. My jesteśmy tu razem.

Julia spojrzała na ich twarze — Wojtka, mamy, dzieci. I po raz pierwszy od dawna poczuła, że nie jest sama w tej walce. Że nawet jeśli jej siły gasną, oni stanowią płomień, który podtrzymuje jej światło.

Za oknem wiatr rozwiewał śnieg, tworząc w powietrzu srebrzyste smugi. I w tym obrazie Julia dostrzegła coś więcej niż zimno — dostrzegła ruch, życie, nieustanne trwanie.

***

Dom pachniał świętami — igliwiem, wanilią i barszczem, który mama Julii gotowała w dużym garnku, nucąc pod nosem kolędy. W tle radio grało „Pada śnieg”, a w kuchni panował chaos: Ola kroiła ciasto na pierniczki z powagą godną szefa kuchni, a Grześ z uporem wyjadał surowe kawałki, zostawiając po sobie ślady mąki na blacie i na czubku nosa.

Julia siedziała w salonie, owinięta kocem. Była świeżo po chemii, słaba, z trudem podnosiła filiżankę herbaty. Każdy łyk miał metaliczny posmak, każdy ruch był wysiłkiem. A jednak patrzyła na tę scenę z mieszaniną bólu i czułości — jej dzieci rosły szybciej, niż się spodziewała, ucząc się dorosłości zbyt wcześnie.

Ola coraz częściej przejmowała odpowiedzialność.

„Mamo, odpocznij, ja nakryję do stołu”, „Babciu, naucz mnie robić farsz” — powtarzała z powagą, która nie pasowała do dziecka w jej wieku. Wieczorami zamykała się w pokoju i długo coś pisała. Julia domyślała się, że to pamiętnik, ale nie pytała. Bała się odpowiedzi.

Grześ radził sobie inaczej. Budował dla mamy „lekarstwa” z klocków lego — kolorowe wieże, które nazywał „maszyną do zdrowienia”. Albo rysował obrazki: mamę uśmiechniętą, z włosami zrobionymi z gwiazdek, stojącą przy wielkiej choince. — Tak będzie, jak już wyzdrowiejesz — tłumaczył z powagą, podając jej kolejne kartki.

Te drobne gesty były jak plasterki na sercu Julii — wzruszające, a jednocześnie bolesne. Bo wiedziała, że dzieci próbują chronić ją, tak jak ona powinna chronić je.

***

Pewnego popołudnia, kiedy za oknem sypał gęsty śnieg, cała czwórka siedziała w salonie. Choinka błyszczała, a na stole piętrzyły się jeszcze ciepłe pierniczki. Mama Julii przyniosła swój stary stroik, zapaliła świeczkę i powiedziała:

— Widzicie, kochani, święta to nie tylko prezenty i jedzenie. To światło, które stawiamy razem, by pamiętać, że nawet w najciemniejszą noc może być jasno.

Ola słuchała uważnie, Grześ dmuchał w płomień, śmiejąc się, że „aniołki się obrażą”. A Julia czuła, że jej mama miała rację — w tym prostym geście było więcej mądrości niż w tysiącu słów lekarzy.

Julia została w domu. Wojtek, dzieci i mama wyruszyli na zakupy, a ona leżała na kanapie, owinięta kocem, z kubkiem niedopitej herbaty stojącym na stoliku. W salonie mrugały lampki choinkowe, w kącie pachniała sosna, a z głośników cicho płynęła świąteczna muzyka. Wszystko wyglądało tak, jak powinno w grudniu — dom pełen ciepła, światło, rodzinne ozdoby. A jednak dla niej każdy błysk światełek przypominał przesypującą się klepsydrę.

Jak długo jeszcze będę to oglądać? — myślała.

Każda bombka, każdy świerkowy zapach był jednocześnie pięknem i ostrzem. Pięknem, bo mówił: życie trwa, to jest właśnie radość, chwila. Ostrzem, bo przypominał: to wszystko kiedyś odejdzie. Może szybciej, niż myślą.

Leżała tak, patrząc na choinkę, i czuła, jak czas przesypuje się przez palce — delikatny, niemożliwy do zatrzymania, jak śnieg topniejący na dłoni.

***

W tym samym czasie w centrum handlowym panował gwar. Ludzie pchali wózki pełne prezentów, w tle słychać było kolędy, a z wysokiego sufitu zwieszały się błyszczące girlandy. Na środku galerii stała ogromna choinka, wysoka aż po dach, cała w złotych bombkach i świetlistych łańcuchach.

Ola i Grześ patrzyli na nią z zachwytem, otwierając oczy szeroko, jakby stanęli przed żywą bajką.

— Tato, zobacz, tam jest renifer! — krzyczał Grześ, wskazując na wielką figurę z migającym nosem.

— A tam można usiąść z Mikołajem! — Ola ciągnęła babcię za rękę.

Dla dzieci ten świat był cudowny — pełen świateł, obietnic prezentów i radości. Dla Wojtka — ciężki.

Kiedy dzieci pobiegły zobaczyć choinkę z bliska, Wojtek został z teściową przy sklepowym korytarzu. Schował ręce w kieszeniach, wzdychając ciężko.

— Martwię się o nią — powiedział cicho. — Jest taka krucha, mamo. Boję się, że się podda. Że zabraknie jej siły, żeby walczyć.

Teściowa spojrzała na niego uważnie. W jej oczach było zmęczenie, ale i spokój, jaki mają tylko ludzie, którzy wiele już przeżyli.

— Wojtku, twoja Julia zawsze była silniejsza, niż sądziła. Teraz też walczy. Tylko że ta walka jest inna — bardziej w środku niż na zewnątrz. Musisz jej dać wiarę, nawet wtedy, gdy sama ją traci.

Wojtek skinął głową, choć w gardle miał gulę. Patrzył na dzieci, które biegały wokół ogromnej choinki, krzycząc coś o „najpiękniejszych świętach na świecie”. Ta scena bolała go najbardziej — radość dzieci, tak czysta i niewinna, kontrastowała z tym, co działo się w ich domu.

***

Julia tymczasem przymknęła oczy, wsłuchując się w ciszę domu. Bez dzieci i Wojtka wydawał się pusty, zbyt duży. Patrzyła na światełka, które odbijały się w szybie, i myślała o przemijaniu.

Każdy dzień to okruch. Każdy poranek, każdy wieczór — jak kartki książki, które można odwrócić tylko raz. Ile jeszcze stron zostało w mojej?

Wstała powoli, podeszła do okna. Za szybą wirował śnieg, białe płatki wirowały w powietrzu jak spóźnione anioły, które nie zdążyły na czas.

Świat wyglądał tak pięknie, że aż bolało. Bo piękno najbardziej rani wtedy, gdy człowiek zaczyna się z nim żegnać.

***

Dzieci biegały po galerii z wypiekami na twarzach, pokazując babci i ojcu bombki w kształcie serc i gwiazd. Wojtek uśmiechnął się do nich, ale serce miał ciężkie. Jego teściowa położyła mu rękę na ramieniu.

— Pamiętaj, Wojtku — szepnęła — nawet jeśli Julia teraz się chwieje, twoja siła i miłość mogą ją podtrzymać. Nie odpuszczaj.

Wojtek skinął głową. W duchu przysiągł sobie, że choćby choroba zabierała Julię kawałek po kawałku, on nie pozwoli, by została sama.

***

Kiedy wrócili do domu, dzieci wbiegły do salonu, przynosząc siatki pełne bombek, światełek i drobiazgów. Ich śmiech rozbrzmiewał jak dzwonki sań, a Julia patrzyła na nich, blada, ale uśmiechnięta.

W tej chwili zrozumiała coś, co wcześniej umykało: życie może się wymykać, ciało może słabnąć, ale chwile — te małe, pełne śmiechu, zapachu pierników, widoku dzieci przy choince — pozostają. I to one są wieczne.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij