-
nowość
Grunwald 1410. Szpieg przyszłości - ebook
Grunwald 1410. Szpieg przyszłości - ebook
Rok 1971. Kraków pod butem III Rzeszy. Doktor historii otrzymuje od nazistów zadanie: dowieść, że klęska Jagiełły pod Grunwaldem była dziejową koniecznością. Gdy porywa go ruch oporu, staje przed szansą ostatecznej zemsty. Wysłany do 1410 roku jako szpieg z przyszłości, musi wejść w łaski króla i zmienić bieg dziejów świata. Czy jeden człowiek zdoła naprawić historię i sprawić, by niemiecki kanclerz w końcu padł na kolana przed Polakami? Porywająca podróż w czasie!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 464 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Korytarze Ministerstwa Kultury Generalnego Gubernatorstwa w Krakowie pachniały starym kurzem, tanim środkiem do czyszczenia podłóg i strachem. Zapach ten był wszechobecny, nieusuwalny. Wsiąkł w tapety i brązowe linoleum; w betonowe ściany pomalowane na kolor ergonomicznej szarości oraz w oddech setek ludzi, którzy tu przychodzili, aby codziennie udawać, że życie toczy się dalej. Marcin Wolski, trzydziestoośmioletni doktor historii, wcielał się w tę rolę od kilku lat.
Jego biurko, jedno z wielu w otwartej sali zwanej ironicznie przez pracowników Schreibtischfeld – polem biurek – tonęło w stertach niemieckojęzycznych dokumentów. Były to między innymi akta dotyczące dotacji na Völkische Tanzabende – czyli wieczory tańca ludowego, organizowane w podkrakowskich wsiach. Miały one udowodnić słowiańską radość z nowego ładu i oderwać młodzież od „szkodliwych wpływów polskich bandytów”, jak nazywano partyzantów z AK. Obok leżały raporty z kontroli treści kazań głoszonych w kościołach. Dalej wnioski o zgodę na drukowanie kalendarzy z reprodukcjami germańskich bogiń. Papierologia niewoli.
Przez okno z zabrudzonego, matowego szkła wpadało szare, listopadowe światło 1971 roku. Odbijało się od mosiężnej popielniczki z wygrawerowanym orłem – Reichsadlerem, który trzymał w szponach swastykę. Marcin podniósł pióro mechaniczne z niemieckim logo zwane Kugelschreiber, które dostawał każdy urzędnik w rocznicę „przywrócenia ładu na Wschodzie”.
Jego ręka zawisła w powietrzu. Każdy podpis na formularzu był małą, codzienną zdradą. Każde wymuszone, ciche Heil, które musiał wykrztusić, gdy przechodził koło niego esesman z administracji, było jak sztylet wbijany w pamięć o ojcu. O tacie, który zginął w Warszawie, w 1944 roku, walcząc z tym właśnie „ładem”. Który w ostatnim liście, przemyconym przez łączniczkę, napisał tylko: „Nie daj się złamać, synu. Pamiętaj, że jesteś Polakiem”.
Ale on się złamał. Jego świat skurczył się do czterech ścian biura przy ulicy Podwale i jednopokojowego mieszkania przy Kanoniczej. Jego przyszłość ograniczała się do następnej sterty papierów, do kolejnego podpisu, do dnia, w którym przestanie czuć ten metaliczny posmak wstydu na języku. Był żywym archiwum, kustoszem własnej klęski. Siedział nieruchomo, wpatrzony w blankiet wniosku o dotację dla zespołu folklorystycznego „Lachy”, gdy nagle, z głębi korytarza, dobiegł go ostry stukot obcasów. Dźwięk kroków, które nie pytały o pozwolenie, tylko ogłaszały swoją obecność. To były kroki woźnego – folksdojcza o kamiennej twarzy, byłego Polaka, który wybrał współpracę. Kroki zbliżyły się do biurka Marcina. Kroki, które zwykle zwiastowały kłopoty. Marcin odłożył pióro. Jego dłoń była sucha, ale na plecach poczuł zimną wilgoć potu.
„Jeszcze jeden dzień” – pomyślał bezsilnie. – „Przeżyć jeszcze tylko jeden kolejny dzień”.
Gdzieś za ścianą, z głośnika umieszczonego na korytarzu, cicho zaczęła grać marszowa muzyka – codzienna, południowa „godzina umacniania ducha”. Dźwięki były stłumione, ale dostatecznie wyraźne, by przypomnieć, w czyim domu się gości.
Woźny stał już przy jego biurku, nie patrząc mu w oczy. Jego usta poruszyły się, wypuszczając szept, który brzmiał jak wyrok.
– Pan doktor Wolski. Leiter Vogel prosi do siebie. Sofort. – Natychmiast – przetłumaczył w duchu doktor nauk historycznych. To oczywiste.
Drzwi do gabinetu Vogla były zrobione z ciemnego dębu, masywne, pozbawione jakiejkolwiek tabliczki z nazwiskiem. Istniały tu tylko numery i tytuły. Ludzi zawsze można było wymienić. Marcin stanął na progu, który zdawał się być granicą między światem biurowej nijakości, a miejscem ostatecznego przeznaczenia.
Wnętrze było zimne w całej swej istocie. Urządzone w stylu „nowego klasycyzmu” Rzeszy. Surowe, kanciaste kolumny w narożnikach, gigantyczny dębowy stół, tak ogromny, że człowiek za nim zdawał się być jedynie dodatkiem, mechanizmem uruchamiającym narzędzia władzy. Na ścianie, naprzeciwko wejścia, wisiał portret Führera w polowym mundurze. Oczy dyktatora, choć wykonane farbą, zdawały się śledzić wchodzącego z każdego kąta pomieszczenia. Obok, zajmując całą pozostałą powierzchnię ściany, rozpościerała się mapa Europy. Wielka, precyzyjna, narysowana twardą ręką kartografa-zdobywcy.
Na tej mapie Polska nie istniała. Tam, gdzie niegdyś była Rzeczpospolita, rozlewała się teraz szara, jednolita plama z napisem „Generalgouvernement für die besetzten polnischen Gebiete”. Na zachodzie, wchłaniając Śląsk, Wielkopolskę i Pomorze, ciągnęły się żółte obszary Reichsgau. Na wschód od szarej plamy, aż po horyzont mapy, sięgały bezkresne, zielone tereny Reichskommissariate: Ukraina i Ostland. Linie kolejowe i autostrady, grube, czerwone arterie, przecinały ten nowy organizm, łącząc Berlin z Kijowem, Hamburg z Mińskiem. To była wizja wieczności, odlana w kolorze i na papierze.
Za biurkiem, pod tą mapą, siedział dr Ernst Vogel. Nie wstał. Nie podniósł nawet głowy, gdy Marcin wchodził. Siedział pochylony nad jakimś dokumentem, wpatrzony w niego przez grube szkła okularów w rogowej oprawie. Szkła te powiększały jego zimne, niebieskie, aryjskie oczy, nadając im pozór bezmyślnej, owadziej czujności. Twarz miał szczupłą, pozbawioną zbędnego tłuszczu i emocji. Włosy, przerzedzone i już lekko siwiejące, przylizane były do skroni idealnym przedziałkiem według zawsze obowiązującej mody. Mundur SS-Sturmbannführera, choć służbowy, leżał na nim idealnie, każdy guzik lśnił matowo w świetle sufitowych lamp.
Vogel odłożył pióro. Nie patrząc na Marcina, wskazał krótkim, suchym gestem ręki twarde, proste krzesło stojące przed biurkiem. Gest nie zapraszał, nie proponował. Nakazywał zajęcie pozycji.
– Doktor Wolski – powiedział w końcu, a jego głos był równie sterylny, co całe pomieszczenie. Brzmiał jak szelest przekładanych kartek w archiwum. – Pan siada.
Drewno krzesła było twarde, niewygodne, zmuszające do prostowania pleców. Cisza, niemal fizyczna, przytłaczała, przerywana tylko ledwo słyszalnym tykaniem wielkiego, ściennego zegara w mosiężnej obudowie. Vogel przez długą chwilę milczał. Jego wzrok przesuwał się od twarzy Marcina, przez jego ręce splecione na kolanach, po zniszczone buty i wytarty rękaw marynarki. To było badanie okazu, narzędzia, którego użyteczność zdecyduje o jego losie.
Następnie, bez słowa, Vogel wysunął szufladę po swojej prawej stronie. Wyjął z niej kartkę papieru, grubego, o charakterystycznym, urzędowym odcieniu kremowej bieli. Przytrzymał ją na blacie, a drugą ręką sięgnął po ciężką, okrągłą pieczęć. Uniósł ją i z wyraźnym, głośnym stuknięciem, które w ciszy gabinetu zabrzmiało jak wystrzał, przybił ją na dole kartki. Dopiero wtedy podsunął dokument na środek biurka, w zasięg wzroku Marcina.
– Otrzyma pan specjalne zadanie – oznajmił, a jego głos wciąż nie zdradzał żadnego zainteresowania. – Nie mam potrzeby, ani ochoty, tłumaczyć jego historycznej i politycznej wagi. Jest to rozkaz z samej Kancelarii Rzeszy, przesłany przez Osobisty Sztab Reichsführera-SS, Sekcja ds. Umacniania Historycznej Świadomości Narodu Niemieckiego i Ludów Zależnych.
Palce Vogla, cienkie i długie, o starannie spiłowanych paznokciach, odsunęły się od dokumentu i zaczęły miarowo stukać w gładką taflę dębowego blatu. Rytm był powolny, precyzyjny, niepokojący.
– Proszę czytać – powiedział Vogel, a w jego powiększonych oczach, za szkłami, mignął wreszcie błysk. Błysk zimnej, badawczej ciekawości. Czekał na reakcję, obserwował. Marcin spojrzał na kartkę. Na górze, drukowanymi, gotyckimi literami widniał napis:
„GEHEIME REICHSSACHE”
Tajna Sprawa Rzeszy.
Poniżej, napisana czerwonym tuszem, odręczna parafka: „H. Himmler”. Serce Marcina zabiło gwałtownie. Powoli, zmuszając oczy do skupienia, zaczął czytać maszynowy tekst poniżej.
Stuk. Stuk. Stuk. Palce Vogla wybijały swój miarowy, metaliczny rytm. Dźwięk wnikał w czaszkę Marcina, zagłuszając własny oddech, synchronizując z przyspieszonym biciem serca. Powietrze w gabinecie zdawało się gęstnieć.
„W odniesieniu do rozkazu ostatecznego umocnienia niemieckiej świadomości historycznej na Wschodzie (Führer-Erlass 771/44) oraz w ramach przygotowań do obchodów 600-lecia triumfu Zakonu Niemieckiego w roku 1980, Sekcja B-IV/3 Kancelarii Rzeszy zleca co następuje:
1. Należy niezwłocznie przygotować kompleksową ekspertyzę naukową na temat: «Taktyczne i strategiczne błędy Władysława II Jagiełły podczas kampanii pruskiej 1410 roku, ze szczególnym uwzględnieniem decyzji prowadzących do katastrofalnej klęski sił polskich i litewskich w bitwie pod Tannenberg (Grunwald) dnia 15 lipca 1410 roku».
2. Analiza musi w sposób niebudzący wątpliwości wykazać nieodłączne, etnicznie uwarunkowane wady słowiańskiego przywództwa: brak dyscypliny linearnej, chaotyczną, klanową strukturę dowodzenia, emocjonalność i przesądy w miejsce chłodnej, aryjskiej kalkulacji oraz chroniczną niezdolność do wykorzystania taktycznej i liczebnej przewagi, nawet gdy została ona przypadkowo osiągnięta.
3. Należy uwypuklić przeciwieństwo w postaci niemieckiego geniuszu organizacyjnego Zakonu, którego dyscyplina, posłuszeństwo i zimna kalkulacja stanowią odwieczny wzór dla wszystkich ludów germańskich. Klęska Słowian pod Tannenbergiem jest punktem zwrotnym w historii Europy Środkowej, fundamentem późniejszego ładu pruskiego i logicznym preludium do obecnego stanu rzeczy.
4. Ekspertyza, po zatwierdzeniu, zostanie opublikowana w kolejnym numerze Ostland-Forschungen jako praca referencyjna, a następnie, w formie skróconej, rozpowszechniona w podręcznikach szkół ludowych (Volksschulen) Generalnego Gubernatorstwa.
5. Do dyspozycji autora zostaną oddane niezbędne archiwa Rzeszy, w tym zdeponowane w Berlinie oryginalne kroniki krzyżackie (m.in. Kronika Wiganda von Marburga, Annales Thorunensis). Nadzór merytoryczny: SS-Stubaf. Dr Ernst Vogel.
Termin wykonania: 30 dni.
Sieg Heil”
Marcin przeczytał tekst do końca. Potem jeszcze raz, wolniej, jakby szukając jakiejś furtki, sformułowania, które zmieniłoby znaczenie. Nie znalazł nic. Każde zdanie było gładkie, ostre i ostateczne. „Katastrofalna klęska”. „Etnicznie uwarunkowane wady”. „Fundament obecnego stanu rzeczy”. Słowa wirowały mu przed oczami, łącząc się w jeden, potworny sens. Miał napisać akt wieczystej hańby. Naukowe, urzędowe potwierdzenie, że jego naród zasłużył na swoją niewolę, że była ona zapisana w genach, w historii i w samej bitwie, która uznana została za najważniejszą bitwę średniowiecza.
Podniósł wzrok znad kartki. Spotkał się ze spojrzeniem Vogla. Za szkłami okularów, w tych niebieskich, powiększonych oczach, nie było nienawiści, ani nawet pogardy. Była tam tylko chłodna, naukowa ciekawość. Jak u entomologa obserwującego chrząszcza wspinającego się po gałązce. Vogel przestał stukać palcami. Złożył dłonie na blacie, splatając długie palce.
– No cóż, Herr Doktor – zaczął, a w jego głosie pojawiła się nuta, którą można by uznać za coś w rodzaju profesjonalnej satysfakcji. – Widzi pan skalę zadania. To nie jest kolejny artykuł o folklorze. To jest historiografia w służbie dziejów. Geschichtsschreibung im Dienste der Geschichte – powiedział. – Proces historyczny jest jak maszyna. My odkrywamy jej prawa, a następnie… pomagamy innym je zrozumieć. Dla ich własnego dobra.
Marcin milczał. Gardło miał ściśnięte, język przyklejony do podniebienia. Wiedział, że musi coś powiedzieć. Cokolwiek. Nie mógł. Vogel nachylił się nieco do przodu, a światło lampy odbiło się w jego okularach.
– Ma pan wszelkie pozory naukowego obiektywizmu – ciągnął powoli. – Pana polskie nazwisko, pana… zrozumienie lokalnego kontekstu. To nada pracy wiarygodność. To sprawi, że będzie miała odpowiedni ciężar. Praca napisana przez niemieckiego historyka byłaby od razu odrzucona przez… hm, przez bardziej opornych przedstawicieli ludności tubylczej, jako propaganda. Ale praca ich własnego, wykształconego człowieka… – urwał, pozwalając, by niedopowiedzenie zawisło w ciężkim powietrzu. – To będzie akt prawdziwego, naukowego wyzwolenia z mitów. Z mitów, które was osłabiają, które karmią bezsensownymi nadziejami.
– Herr Doktor Vogel… – zaczął wreszcie Marcin, a jego głos zabrzmiał chrapliwie. – Materiały źródłowe… kroniki krzyżackie… czy są kompletne? Czy…
– Są kompletne i jednoznaczne – przerwał mu Vogel, a jego głos stał się znowu suchy i rozkazujący. – Nie ma tam miejsca na wątpliwości. My pracujemy na faktach. Die Geschichte schreiben die Sieger. Historię piszą zwycięzcy, bo to jest prawo natury. A my… – uśmiechnął się wąsko, bez udziału mięśni wokół oczu. – Jesteśmy spadkobiercami tych zwycięzców. I ich pracy. Rozumie pan?
„Rozumie pan?” – to nie było pytanie. To było sprawdzenie połączenia z maszyną, która powinna zadziałać po naciśnięciu odpowiedniego przycisku. Marcin skinął głową. Czuł, że ten ruch jest zdradą większą niż dotychczasowe.
– Jawohl – wyszeptał. – Tak jest. Rozumiem.
Słowo Jawohl zawisło w powietrzu. Vogel skinął zadowolony, jak inżynier po pomyślnym montażu kluczowej części.
– Doskonale. Widzę, że pojmuje pan wagę chwili. To nie będzie zwykła publikacja. To ma być Grundstein. Kamień milowy w historiografii dla tej części Europy. Ostateczny dowód, że porządek, dyscyplina i niemiecki geniusz organizacyjny zawsze, ale to zawsze, triumfowały nad słowiańskim chaosem. Nawet wtedy, gdy liczby, teren, a nawet chwilowe szczęście były przeciwko nam i naszym przodkom.
Przerwał, by wyjąć z szuflady teczkę i położyć ją obok rozkazu. Na okładce widniał napis: „TANNENBERG 1410 – Quellenmaterial”.
– Pan, jako historyk z… polskim rodowodem – ciągnął, akcentując lekko ostatnie słowo – jest pan idealny do tego zadania. Wasza wewnętrzna znajomość mentalności poddanych analizie nada pracy wiarygodność. Wasza… sentymentalna wrażliwość pozwoli panu precyzyjnie wskazać te punkty zwrotne, gdzie emocje, próżność, brak karności przechyliły szalę. To jest praca dla chirurga, który zna anatomię pacjenta.
Marcin wpatrywał się w teczkę. Wyobrażał sobie, co jest w środku. Kroniki Wiganda von Marburga. Annales Thorunensis. Suche, lakoniczne zapisy zwycięzców.
„Dominus magister Ulrich cum suis viris fortibus in fugam verterunt Polonos et Lythwanos, multa milia occidientes…” – „Wielki Mistrz Ulryk wraz ze swymi dzielnymi mężami obrócili w ucieczkę atak Polaków i Litwinów, wiele tysięcy zabijając…”
– Cel jest jasny – głos Vogla przeciął jego myśli. – Publikacja w Ostland-Forschungen. To pismo czytają historycy z całego Reichs, a także ci nieliczni, dopuszczeni do nauki, z krajów zależnych. Będzie to praca referencyjna. Potem… skróty trafią do szkół. Do młodzieży. Młodzi muszą zrozumieć dlaczego świat wygląda tak, a nie inaczej. Muszą pojąć nieuchronność. Die Unausweichlichkeit. Obiektywizm naukowy musi zatriumfować nad sentymentami.
Ostatnie zdanie wypowiedział wolno, z naciskiem na każdy wyraz, a jego wzrok, teraz znów widoczny spod szkieł, wbił się w Marcina. To była otwarta groźba, owinięta w celofan biurokratycznej nowomowy. „Obiektywizm” oznaczał posłuszeństwo zaś „sentymenty” – opór. Marcin zrozumiał to dokładnie.
– Rozkaz… bezpośrednio z Kancelarii Rzeszy – powtórzył Vogel, jakby chcąc przypieczętować bezalternatywność sytuacji. – To nie jest dyskusja akademicka, panie Wolski. To jest polityka historyczna w swej najczystszej formie. My nie interpretujemy historii. My ją kreujemy na podstawie faktów. Faktów, które służą trwałości nowej Zjednoczonej Europy. Zjednoczonej pod naszym kierownictwem. Verstehen Sie?
Nie czekając na potwierdzenie Vogel wyprostował się w fotelu, poprawił mundur.
– Miesiąc – wypalił krótko, jak wybijając stempel na kalendarzu. – Dreißig Tage. Mam nadzieję, że dokument będzie gotowy. SS-Unterscharführer Schmidt będzie pańskim… łącznikiem.
Marcin chrząknął.
– Publikacja tej ekspertyzy… – usłyszał swój własny, zduszony głos. – Czy będzie… pod moim nazwiskiem?
– Oczywiście – odparł SS-Sturmbannführ, jakby to było najnormalniejsze w świecie. – To przecież praca naukowa. Musi mieć autora. A pan będzie jej autorem. Będzie to pana… wkład w budowę stabilnej, pokojowej Zjednoczonej Europy, opartej na jasnych, naukowych zasadach. – Jego wzrok stał się przenikliwy. – Czy to pana… niepokoi?
– To… zaszczyt – wykrztusił Wolski, a słowa paliły go jak gorąca oliwa. – Wielka odpowiedzialność.
– Świetnie. Proszę zabrać rozkaz i teczkę. Schmidt odwiedzi pana jutro rano, by ustalić szczegóły dostępu do archiwum w Berlinie. To wszystko.
Marcin podniósł się z krzesła. Nogi miał jak z waty, ale jakoś utrzymał równowagę. Sięgnął po kartkę z pieczęcią i teczkę. Czuł jej ciężar nie tylko w dłoni, ale i na swojej duszy.
– Miesiąc, panie Wolski. Heil Hitler.
– Heil Hitler.
Marcin odwrócił się i skierował ku drzwiom.
– Die Vergangenheit ist der Schlüssel zur Zukunft. Und wir haben den Schlüsselbund – usłyszał jeszcze. – Przeszłość jest kluczem do przyszłości. A my mamy cały pęk tych kluczy.
Wolski wracał na swoje stanowisko powoli. Korytarz zdawał się ciągnąć kilometrami. Po drodze minął grupkę niemieckich sekretarek. Ich śmiech, ostry i donośny, urwał się na moment, gdy go zobaczyły. Marcin spuścił wzrok, przyśpieszył kroku. Czuł na karku ich spojrzenia, gorące i kłujące jak szpilki.
Jego biurko, zaledwie godzinę temu miejsce jego codziennej, przygnębiającej rutyny, wydawało się teraz sceną przyszłej zbrodni. Usiadł i ukrył twarz w dłoniach.
„Jak?” – myślał, a myśl ta była jak obsesyjny refren. – „Jak znaleźć słowa, by opisać moment, który otworzył bramę do tego całego koszmaru? Jak opowiedzieć o tej tragedii, podkreślając zalety wroga?”
Nie chciał. Ale musiał.
„W świetle źródeł krzyżackich, niepodważalnych w swej wiarygodności…” – zbyt pokornie, niczym podlizywanie się.
„Bitwa pod Tannenbergiem, zwana w polskiej mitologii «Grunwaldem», stanowi klasyczny przykład…” – brzmiało lepiej, choć użycie słowa „mitologia” od razu ustawiało ton. Może jednak lepiej zacząć od źródeł?
Otworzył teczkę. Wewnątrz znajdowała się „prawda”. Obiektywna, naukowa, zwycięska prawda. Na wierzchu leżał maszynowy odpis kroniki Wiganda von Marburga, wiernego kronikarza Zakonu. Nie było tu polskich przekładów z nutą patosu. Była twarda, sucha, urzędowa łacina zwycięzcy.
„Anno Domini 1410, in vigilia sancti Jacobi apostoli, magister Ulrich…” – „Roku Pańskiego 1410, w wigilię św. Jakuba Apostoła, Mistrz Ulryk ze wszystkimi braćmi i rycerzami swymi oraz z posiłkami z różnych narodów zebrali się na polu zwanym Tannenberg, przeciwko Władysławowi, królowi Polski, i Witoldowi, księciu Litwy, którzy z niezliczoną mnogością Polaków, Litwinów, Rusinów, Tatarów i innych pogan przybyli…”
„Mnogość pogan…” – dla nich to była obrona cywilizacji przed barbarzyńcami. Tak to przedstawiał kronikarz. I tak miał to przedstawić Marcin. Poszukał opisu bitwy. Znalazł.
„…et cum magna virtute et ordine frattes et milites Theutonici impetum fecerunt in aciem Polonorum…” – „…z wielką dzielnością i w porządku bracia i rycerze niemieccy uderzyli na szyk Polaków. I za pierwszym natarciem, chorąży króla Polski, wraz ze znakiem królewskim, padł i wielu Polaków zostało zabitych. Wtedy strach ich ogarnął tak wielki, iż zaczęli uciekać w popłochu, pola ustępując…”.
Odłożył pióro. Nie mógł. Jeszcze nie. Wstał i podszedł do okna. Musiał ochłonąć. Zacznie jutro. Zresztą, dzień pracy się skończył. Czas wracać do domu. Raz jeszcze spojrzał na szufladę, w której schował dokumenty i wyszedł.
Wieczorne, listopadowe powietrze uderzyło go wilgocią i chłodem. Ulica Podwale była niemal pusta. Kilka postaci spieszyło się do domów, stawiając wyżej kołnierze płaszczy. Na rogu, pod latarnią, stał zwyczajowy patrol Feldgendarmerie – żandarmów polowych. Marcin skierował się w stronę Plant. Jego nogi same niosły go znaną trasą do domu przy Kanoniczej. W głowie kotłowały się myśli.
– Rex Poloniae fugit – szepnął do siebie. – Król Polski uciekł. Państwo co prawda przetrwało kilka wieków, ale jako kadłubowy, zależny organizm. Tak, ta bitwa zmieniła wszystko.
Wolski przeszedł obok Wawelu. Na wieży powiewała wielka flaga ze swastyką, oświetlona osobno, by była widoczna z daleka. Przechodząc obok kościoła św. Idziego, usłyszał stłumione dźwięki organów. Wieczorna msza. Przez chwilę zawahał się. Może wejść? Schronić się w półmroku, w zapachu kadzidła, w dźwiękach łaciny, która nie była łaciną kronikarzy, ale liturgii? Ale co by tam znalazł? Uspokojenie? A może tylko kolejne przypomnienie – że Kościół też musi tańczyć, jak mu zagrają? Arcybiskup Sapieha, choć szanowany, też chodzi po linie. Wszyscy chodzą po bardzo cienkiej linie.
Wreszcie dotarł do domu. Gdy otwierał ciężką bramę, usłyszał za sobą czyjeś kroki. Odwrócił się gwałtownie. To był tylko listonosz, stary Franciszek, który znał go od dziecka. Ciemność klatki schodowej przyniosła chwilową ulgę. Zapach wilgoci, kapusty i mydlin. Znane, banalne, bezpieczne. Wspiął się po schodach, dotarł do swoich drzwi. Klucz w zamku zgrzytnął głucho.
Mieszkanie było zimne i ciche. Zapalił światło. Jedna żarówka pod sufitem oświetliła skromny pokój: wąskie łóżko, półki z książkami, stół zarzucony papierami, na komodzie fotografia rodziców. Ojciec w wojskowym mundurze z przedwojennej fotografii, matka uśmiechnięta, nieświadoma przyszłości. Podszedł do komody. Wziął fotografię ojca. Patrzył na tę twarz, na pewne siebie, mądre oczy. Co by na to wszystko powiedział? Pewnie to, co napisał w ostatnim liście: „Nie daj się złamać”.
Cisza w mieszkaniu była przytłaczająca. Nagle, z oddali, od strony Wawelu, dobiegł dźwięk syren fabrycznych, wyznaczający koniec zmiany. Potem – ciężki, miarowy krok patrolu. Dźwięk butów na bruku. Znany, wieczorny rytuał miasta. Marcin wstał, podszedł do okna i patrzył w dół na ulicę. Patrol przeszedł, nie zatrzymując się. Ulica znów zapadła w ciszę. Marcin sięgnął po butelkę, by zapomnieć.
Ranek przywitał go kacem. Przed wyjściem znów spojrzał na fotografię rodziców. Matka uśmiechała się łagodnie. Ojciec patrzył prosto przed siebie, z tym swoim stanowczym spojrzeniem. Wolski wyszedł na klatkę schodową. Na pierwszym piętrze usłyszał odgłos radia Deutsche Welle. Donośny, pewny siebie głos spikera obwieszczał kolejne sukcesy na froncie… gdzie? W Afryce? Na Bliskim Wschodzie? Marcin nie słuchał. Te „sukcesy” były częścią tej samej machiny, która codziennie go zgniatała.
Na ulicy było chłodno i wilgotno. Poranek jak co dzień. Ludzie szli do pracy, z głowami wtulonymi w kołnierze, z torbami w dłoniach. Unikali spojrzeń. Taka była norma. Marcin wtopił się w ten tłum. Jego kroki automatycznie skierowały się w stronę Ministerstwa.
Gdy mijał Planty, zobaczył coś, co sprawiło, że na moment przystanął. Grupa niemieckich dzieci, w mundurach Hitlerjugend, maszerowała w szyku pod opieką dorosłego Führera. Szli w stronę Wawelu, na „lekcję historii i kultury germańskiej na Wschodzie”. Mieli być przyszłością. Tą samą przyszłością, którą on miał umocnić swoim raportem.
Gdy dotarł pod gmach Ministerstwa, poczuł falę mdłości. Budynek wydawał się teraz większy, bardziej groźny, niczym mauzoleum, do którego wraca, by dokonać własnego pochówku. Wartownik przy drzwiach, codziennie ten sam młody esesman, spojrzał na jego legitymację i skinął głową. Ten sam gest. Rutyna. Marcin wszedł do środka. Gdy otwierał drzwi do swojej sali, usłyszał za sobą głos:
– Ah, Herr Doktor Wolski. Guten Morgen.
To był Schmidt. SS-Unterscharführer Schmidt. Młody, tęgi mężczyzna o płaskiej, bezmyślnej twarzy i krótko przystrzyżonych blond włosach. Jego mundur był idealnie wyprasowany. Marcin obrócił się powoli.
– Guten Morgen, Unterscharführer.
– Leiter Vogel prosił mnie, bym zapytał o postępy. I bym przekazał materiały. – Schmidt trzymał pod pachą kolejną, jeszcze grubszą teczkę. – Materiały archiwalne z Berlina. Oryginały Kroniki Wielkich Mistrzów. Bardzo cenne – dodał, jakby podkreślając niezwykłość sytuacji. Oto polski urzędnik dostał do rąk relikwię.
Marcin wziął teczkę. Była cięższa od poprzedniej. Prawie upuścił ją ze słabości w dłoniach.
– Danke. Ich… ich beginne heute. – Dziękuję. Ja… zacznę dzisiaj.
Schmidt przyjrzał mu się uważnie. Jego małe, jasne oczy przesunęły się po spuchniętej twarzy Marcina, po jego nieświeżej koszuli. Wyraz twarzy Schmidta nie zmienił się. Był to wyraz chłodnej obserwacji, a nawet lekkiej pogardy.
– Der Leiter erwartet erste Entwürfe in einer Woche. – Leiter oczekuje pierwszych szkiców za tydzień. Nie ma pan dużo czasu. Niech pan go nie marnuje.
– Jawohl – wyszeptał Marcin.
Schmidt skinął głową, wyprostował się i odszedł, jego buty stukając głośno po linoleum. Wolski usiadł, sięgnął po pióro i zaczął pisać:
„Die Schlacht bei Tannenberg (1410) als Beweis struktureller Schwäche der slawischen Kriegführung…” – „Bitwa pod Tannenbergiem (1410) jako dowód strukturalnej słabości słowiańskiej sztuki wojennej…”
I tak się zaczęło.
* * *Telewizor
Kolejne dni mijały, wypełnione gorączkowym, bezdusznym pisaniem. Marcin stał się maszyną do przerabiania łacińskich kronik na niemieckie tezy. Stworzył już zarys pracy: rozdział o „chaotycznej strukturze dowodzenia wojsk sojuszu”, rozdział o „wpływie emocjonalnych i religijnych czynników na decyzje Jagiełły”, rozdział o „przewadze krzyżackiej dyscypliny liniowej”. Zabierał się za kolejny, gdy telefon na biurku zadzwonił.
– Wolski – przedstawił się.
– Mein lieber Wolski – głos Vogla w słuchawce był jeszcze bardziej metaliczny. – Kommen Sie zu mir. Mit dem, was Sie bisher haben. – Przyjdzie pan do mnie. Z tym, co ma już napisane.
Marcin spojrzał na stos kartek przed sobą. Pierwsze szkice trzech rozdziałów były obrzydliwe w swojej logice. Złożył je w teczkę. To nie była rutynowa kontrola. To musiało być coś innego.
Przy drzwiach prowadzących do skrzydła z gabinetami dygnitarzy stali strażnicy w szaro-zielonych mundurach Ordnungspolizei. Stali nieruchomo, jak posągi, ich twarze pod hełmami były pozbawione wyrazu, oświetlone tylko bladym światłem lampy. Spojrzeli na niego, a jeden z nich bez słowa skinął głową w stronę znanego korytarza. Marcin szedł dalej. Gdy zatrzymał się przed masywnymi dębowymi drzwiami, wciągnął powietrze. Podniósł rękę, by zapukać, ale uprzedził go głos Vogla.
– Herein.
Wolski nacisnął mosiężną klamkę. Drzwi ustąpiły, wpuszczając go do gabinetu.
Pomieszczenie było pogrążony w lekkim półmroku. Jedynym źródłem światła była zielonkawa poświata z lampki biurkowej. Vogel stał przy niewielkim, mahoniowym barku. Miał rozpiętą koszulę wojskową, bez krawata, a mundurowa kurtka wisiała na oparciu fotela. W dłoniach trzymał dwa kieliszki do koniaku, szerokie, z kryształu ciętego w geometryczne wzory. W świetle lampy kryształ lśnił jak lód.
– Ach, Wolski. Proszę wejść i zamknąć drzwi – powiedział, nie odwracając się. Jego głos był inny niż zazwyczaj. Mniej urzędowy. – Wieczór sprzyja… refleksji, nieprawdaż? Oderwaniu od codziennego gwaru biurokracji.
Marcin stał niepewnie, trzymając teczkę przed sobą jak tarczę. Vogel wreszcie się odwrócił. Jego twarz przez chwilę wydała się bardziej ludzką.
– Pan się rozluźni. To nie jest narada sztabowa. – Podszedł i podał jeden z kieliszków Marcinowi. – To z magazynów we Francji. Podbój ma swoje… materialne korzyści. Cywilizacja niesie ze sobą pewne przywileje dla tych, którzy stoją u jej steru.
Marcin, zaskoczony, sięgnął po kieliszek. Jego palce spotkały się z palcami Vogla. Skóra nazisty była sucha i chłodna, podobnie jak dotyk kryształu. Trzymał delikatną czaszę niezgrabnie, jakby bał się, że ją stłucze.
– Na zdrowie. I za naszą… owocną współpracę.
Marcin, działając instynktownie, również uniósł kieliszek. Poczuł, jak ognista, gładka ciecz spływa mu do gardła, rozlewając się gorącą falą w klatce piersiowej. To było wykwintne, drogie, obce. I zupełnie nie na miejscu. Zrozumiał nagle z całą jasnością: to nie jest spotkanie służbowe lecz przesłuchanie w miękkich, jedwabnych rękawiczkach.
– No dobrze. Proszę usiąść. – Vogel wskazał ręką dwa głębokie skórzane fotele stojące naprzeciwko siebie, oddzielone niskim stolikiem. – I odłożyć tę teczkę. Na razie. Najpierw… porozmawiajmy jak ludzie kultury. Historycy, którzy rozumieją wagę chwili.
Marcin, posłuszny, położył teczkę na stoliku i opadł ciężko w skórzany fotel. Vogel usiadł naprzeciwko, rozsiadając się z pozorną swobodą.
– Mówi pan po łacinie, Wolski – zaczął Vogel, popijając koniak. – Lingua franca uczonych, dyplomatów, duchownych. I… zwycięzców. Historia vitae magistra. Historia nauczycielką życia. Cyceron. Często o tym myślę, patrząc na te wszystkie dokumenty. – Jego wzrok prześlizgnął się po teczce Marcina. – Pan ma w sobie coś, Wolski… coś nie do końca złamanego. Widzę to w pańskich notatkach. Wyczuwam w nich nutę… Walki – uśmiechnął się, jakby odkrył coś fascynującego. – To może być zaletą. Wada surowca, która w rękach dobrego rzemieślnika staje się cechą charakterystyczną, nadaje dziełu autentyczność. To można oszlifować. Poprawić.
Marcin słuchał, sparaliżowany. Każde słowo Vogla było jak dotknięcie rozgrzanym żelazem. Ten pseudo-ojcowski, mentorski ton był jednak gorszy niż krzyk. Kusił najgorszą z pokus: zrozumieniem. Zaproszeniem do współtworzenia.
– Ja… staram się być obiektywny, Herr Doktor – wykrztusił w końcu Marcin, unikając jego wzroku. – To trudny materiał. Wymaga… starannej analizy.
– Oczywiście, że wymaga! – Vogel zaśmiał się cicho, sucho. – I właśnie dlatego wybrałem pana. Ta wewnętrzna walka, ten dysonans… Niech pan tego nie tłumi. Niech pan pokaże tę walkę na papierze: to, jak emocja przegrywa z logiką, jak mit rozpada się pod ciężarem faktów.
Marcin zrozumiał, że Vogel nie chciał posłusznego skryby. Chciał świadka, który sam siebie przekona i w ten sposób stanie się najskuteczniejszym narzędziem. Chciał, by Marcin „uwierzył” w to, co pisze, by jego wewnętrzna męka stała się atutem propagandy. Uniósł kieliszek do ust, by ukryć drżenie warg. Alkohol już nie grzał. Tylko palił. Nagle, jakby znudzony własną retoryką, Vogel odstawił kieliszek i podszedł do wielkiego, dębowego kredensu.
– A to, mój drogi Wolski… – zaczął, a w jego głosie pojawiła się nuta dumy – …to jest właśnie przyszłość. Narzędzie, które uczyni z teorii praktykę. Które przemówi do milionów. W każdym domu.
Otworzył drzwiczki. W środku, zamiast zestawu alkoholi, stało duże pudło z ciemnego, lśniącego bakelitu. Jego front zdobiło ogromne, lekko wypukłe szkło w kolorze szarym. Pod spodem widać było rząd pokręteł i przycisków.
– Volksfernseher V4 – urzędnik wymówił to z namaszczeniem, głaszcząc dłonią powierzchnię obudowy. – Dowód niemieckiego geniuszu. To odbiornik ludowy. Seryjna produkcja. Za rok, może dwa, będzie w każdym niemieckim domu. Nie tylko w Starej Rzeszy. Wszędzie. Rodziny nie będą już zbierać się przy kominkach, ale przy tym! – Obrócił się, a jego oczy, odbite w czarnej szybie ekranu, wyglądały jak podwójne, płonące punkty. – Niepotrzebne nam watykańskie zabobony. To będzie nową amboną. Bo kto kontroluje ten ekran, kto kontroluje obrazy i dźwięki, które z niego płyną… ten kontroluje wyobraźnię. Kontroluje samą tkankę teraźniejszości!
Kiedy z ceremonialnym namaszczeniem nacisnął jeden z przycisków, rozległ się suchy, mechaniczny „klik”, a potem ciche, narastające buczenie transformatorów. Urządzenie ożyło. Na czarnej tafli ekranu pojawiła się mała, świetlna plamka. Rozszerzała się, falowała, tworząc migotliwą, szarą mgłę. Vogel stał obok, z rozłożonymi rękami, niczym kapłan obserwujący objawienie.
– Sygnał jest już testowo nadawany. W niektórych miastach. Na szczęście dla nas obu, Krakau jest jedynym takim miastem w Guberni. Kino wymaga wychodzenia z domu. Radio – to tylko dźwięk. Gazeta – to tylko słowo. To… – wskazał ekran – …to jest synteza. Obraz, dźwięk i głos. Wszystko naraz. Wchłaniane bez wysiłku, w zaciszu własnego mieszkania. To nie jest przekaz dla intelektualistów. To jest przekaz dla mas.
Obraz na ekranie był czarno-biały, nieco ziarnisty, ale i na swój sposób wyrazisty. Najpierw zobaczyli archiwalne nagranie: Hitler, młodszy, o ostrych rysach i hipnotyzującym, teatralnym geście, przemawiający do morza sztandarów i zachwyconych twarzy.
„…unserem Volk den ihm gebührenden Platz an der Sonne zu erkämpfen! Ein Reich, ein Volk, ein Führer! Der Drang nach Osten ist kein Zufall, er ist geschichtliche Notwendigkeit…„ – „…wywalczyć naszemu ludowi należne mu miejsce pod słońcem! Jedna Rzesza, jeden lud, jeden wódz! Pęd na Wschód nie jest przypadkiem, jest historyczną koniecznością…”
Nagle obraz się zmienił. Przerwany szybkim cięciem montażowym, pokazał kolumny czołgów PzKpfw IV, sunące w idealnym, żelaznym szyku przez rozległe, płaskie równiny. Ujęcie było niskie, kamera umieszczona prawie na ziemi, tak że stalowe gąsienice i potężne wieżyce zdawały się wypełniać cały ekran, sunąć prosto na widza. To była siła. Zmaterializowana, mechaniczna, niepowstrzymana siła.
I wtedy kolejne cięcie. Nagłe, szokujące. Ekran wypełnił się obrazem polskich ułanów. Było to wyraźnie inne, starsze nagranie, może z kroniki filmowej. Ułani, w liczbie może trzydziestu, galopowali przez jakieś pole, w tle widać było drzewa i dym. Montaż był diabelsko perfidny. Jakże przekonująco atakowali czołgi szablami. Co za głupi ruch. Tylko szaleńcy mogli tak zrobić…
Z głośnika popłynął głos, sterylny, pewny siebie. Brzmiał jak głos Boga relacjonującego oczywiste fakty.
„…und so wiederholt sich das unausweichliche Gesetz der Geschichte: Der Triumph des Willens…” – „…i tak oto powtarza się nieuchronne prawo historii: triumf woli, techniki i porządku nad chaosem przeszłości. Tak wygląda postęp. Tak wygląda przyszłość.”
Film, zapętlony, znów pokazał Hitlera. Vogel wyłączył urządzenie. Obraz zwinął się do małej plamki, która wkrótce zgasła.
– Widzi pan? – zapytał Vogel w panującej ciszy. – Pod Tannenbergiem to nie był epizod. To był archetyp. On się powtarza w historii raz za razem. Porządek kontra chaos. Wola kontra bezład. Przyszłość kontra przeszłość. A pańskim zadaniem, Wolski, jest utrwalić ten archetyp w najtrwalszym z materiałów: w języku nauki. W języku, który przetrwa wieki. Rozumie pan, Wolski?
– Ja… – zaczął Marcin, a jego głos był ochrypły, obcy. – Ja rozumiem… wagę zadania, Herr Doktor.
– Świetnie. Na dziś to wszystko.
Marcin wstał, odłożył szklankę, odwrócił się i skierował ku drzwiom. Nie oglądał się za siebie. Gdy drzwi gabinetu zamknęły się za nim, stanął w ciemnym korytarzu, opierając się o chłodną, kamienną ścianę. Po chwili ruszył automatycznie w stronę wyjścia. Przeszedł obok strażników. Nie spojrzeli na niego. Był już częścią krajobrazu, jednym z tych, którzy zostają po godzinach, którzy mają „specjalne zadania”. Nie był już podejrzany. Był użyteczny. Powrotu do domu nie pamiętał, pogrążony całkowicie w swoich myślach. Mieszkanie znów było zimne i ciche jak grób. Nie zapalił światła. Przeszedł przez pokój w ciemności, potrącając o krzesło. Stanął przy oknie, wpatrzony w noc.
* * *Książka
Ciężar wieczoru z Voglem i maszyną pokazującą obraz wciąż przytłaczał Marcina, jak zmokły, ołowiany płaszcz. Stał przez długą chwilę w ciemności, wpatrzony w mrok, oddychając ciężko. Zapach koniaku, zmieszany z wonią ministerstwa wciąż czuł na własnej skórze. Musiał się zresetować. Zapomnieć.
W końcu, jak automat, podszedł do starej dębowej szafy. Z wysiłkiem zaczął ją odsuwać. Mebel odsłonił fragment ściany pokrytej szarym, popękanym tynkiem. W połowie wysokości, widać było niewielką szczelinę, nierówność w strukturze tynku, którą można było wziąć za zwykły uskok lub ślad po starym gwoździu. Nikt obcy nie zwróciłby na to uwagi. To była jego ostatnia reduta.
Przyklęknął na twardej podłodze, czując chłód desek przez materiał spodni. Jego palce przesunęły się po szorstkiej powierzchni tynku. Szukał. Na pozór było to bezcelowe macanie, ale jego dłoń znała drogę. Po chwili opuszki palców wyczuły prawie niewyczuwalne wgłębienie. Nacisnął. Rozległ się cichy, suchy „klik”, mechaniczny dźwięk małej sprężyny. Płytka imitująca tynk ujawniła sporą wnękę. W środku, owinięty w kawałek woskowanego płótna, leżał przedmiot, który dla Marcina miał wartość życia. Przedmiot, którego istnienie było jego największą tajemnicą i ostatnią, rozpaczliwą linią obrony przed unicestwieniem, które postępowało za dnia w gmachu ministerstwa. Oddech Marcina stał się płytki. Otworzył skrytkę jak relikwiarz i wyjął jego zawartość, niczym kapłan podnoszący hostię. Był to gruby, brulionowy zeszyt w twardej oprawie z wyprawionej, ciemnobrązowej skóry, pozbawiony napisów czy ozdób.
Wolski usiadł na podłodze, oparty plecami o szafę. Otworzył zeszyt. Strony były zapisane gęstym, starannym pismem odręcznym. Atrament, zależnie od fragmentu, miał różne odcienie brązu i czerni – świadectwo upływu czasu i pracy wielu rąk. Była to kopia kopii, ogniwo w łańcuchu potajemnego przepisywania, który mógł kosztować życie każdego z tych nieznanych kopistów.
Dzieło, które trzymał w rękach, nie istniało w oficjalnym obiegu. W świecie Generalnego Gubernatorstwa, autor – Henryk Sienkiewicz – figurował jako pisarz zakazany, a jego twórczość określona była jako slawische historische Phantastik – słowiańska fantastyka historyczna, mającą na celu podtrzymanie chorego nacjonalizmu tubylców. Tytuł, wypisany prostym pismem na pierwszej, wewnętrznej stronie zeszytu, brzmiał:
KRZYŻACY
Marcin przewracał kolejne strony. Chłonął opowieść, w której Władysław Jagiełło pokonał Krzyżaków. Zatrzymał się w miejscu, które znał na pamięć – na rozdziale opisującym bitwę. Jego oczy, zmęczone dziennym wpatrywaniem się w niemieckie druki, z lubością przebiegały po polskich, odręcznych literach. Jego wzrok skakał po tekście, szukając ulubionych fragmentów.
„A król wysłuchał msze dwie, cierpliwie, spokojnie, gdy nieprzyjaciel mdlał w słońcu…”
„…i padł Wielki Mistrz Ulryk, przeszyty oszczepem litewskim, a chorągiew wielka Zakonu runęła w proch i błoto…”