Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Grupa - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 czerwca 2026
3479 pkt
punktów Virtualo

Grupa - ebook

Internet nauczył, jak tropić morderców. Prawdziwy świat pokazał, czym to grozi.

Wciągający thriller inspirowany głośną zbrodnią w uniwersyteckim miasteczku, która rozpaliła internetowe społeczności true crime. Nowa powieść bestsellerowej Ashley Winstead, autorki W snach to ja trzymam nóż oraz Posłuszna.

Jane Sharp trafia do internetowej społeczności true crime. Dla niej to sposób na poradzenie sobie z żałobą. Dla pozostałych – obsesja. Kiedy dochodzi do brutalnego potrójnego morderstwa studentek, sprawa w ciągu godzin staje się medialną sensacją. Jane i czworo ludzi, których zna wyłącznie z sieci, zauważają szczegóły pomijane w oficjalnych doniesieniach. Zaczynają łączyć fakty i decydują się działać poza forum. Kiedy w Delphine Falls dochodzi do kolejnego morderstwa, łudząco podobnego do poprzedniego, Jane decyduje się pojechać na miejsce. Tam granica między obserwatorką a uczestniczką wydarzeń zaczyna się zacierać. Co naprawdę wydarzyło się w sprawie potrójnego morderstwa studentek – i dlaczego ktoś zrobi wszystko, by prawda nie wyszła na jaw?

Nie da się jej odłożyć. Fani true crime pochłoną ją bez reszty. – Amy Tintera, autorka bestsellerowych thrillerów YA i adult

Mój ulubiony thriller Ashley Winstead. Absolutnie wciągający. – Robyn Harding, autorka bestsellerów „New York Timesa”

Winstead mistrzowsko trzyma czytelnika w niepewności. – Publishers Weekly

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Horror i thriller
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-851-5
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

NOTA OD AUTORKI

Drodzy czytelnicy.

Trzymacie w rękach książkę o true crime, zrodzoną z mojej szczerej fascynacji, współczucia, a po części także przerażenia tym, jak społeczności pasjonujące się wspomnianym gatunkiem reagują na przedstawiane przez siebie zbrodnie. Nie ukrywam, że fragmenty mojej książki dotyczą nie tylko autentycznych ciężkich zbrodni i reakcji na nie poważnych mediów, lecz także otwartości z jaką bliscy ofiar rozmawiali z dziennikarzami i społecznościami tak zwanych detektywów amatorów, w nadziei, że uda się nagłośnić te przypadki i pociągnąć winnych do odpowiedzialności. Chodzi między innymi o sprawy Uniwersytetu Idaho, Gabby Petito, Golden State Killera czy Abrahama Shakespeare’a. Uprzedzam o tym czytelników uwrażliwionych na drastyczne szczegóły tych akurat odrażających zbrodni.

Piszę o tym, ponieważ poruszyła mnie do głębi sprawa Uniwersytetu Idaho, o której dowiedziałam się, opłakując śmierć ukochanego ojca. W tamtym okresie zmagałam się ze stratą rodzica, który moim zdaniem odszedł stanowczo zbyt wcześnie, przez co zafiksowałam się na tragedii czworga ofiar, które były od niego dużo młodsze. Przytłoczyły mnie dziwaczne reakcje najnikczemniejszych postaci społeczności true crime, ale co ważniejsze: zainspirował mnie sposób, w jaki krewni i przyjaciele ofiar rozmawiali z mediami, dzieląc się opowieściami o ludziach, których utracili, i o złożoności przeżywanej żałoby. Otwartość, z jaką podchodzili do tej sprawy ci, którzy ocaleli, a także pisarze i inni artyści opisujący swoje cierpienia, pozwoliła mi nie tylko zwalczyć poczucie osamotnienia, lecz też zrozumieć, że dzięki takim postawom prywatne tragiczne doznania stają się powszechnie znane i że przy całej złożoności tego problemu warto pochylić się nad zjawiskiem znanym powszechnie jako „fenomen true crime”. I choć moja książka nie ma być dziełem non-fiction, to starałam się ze wszystkich sił, aby opisane w niej szczegóły były tak bliskie prawdy, jak to tylko możliwe. Modlę się też, by w sprawie Uniwersytetu Idaho, która nadal trwa, sądy wymierzyły winnym sprawiedliwość.

Chciałabym również, aby czytelnicy zdali sobie sprawę, że prócz czerpania inspiracji z prawdziwych spraw i wiążących się z nimi scen brutalnej przemocy był to dla mnie sposób na poradzenie sobie z traumą po utracie rodzica. Proszę, uważajcie na siebie.

Z wyrazami miłości

Ashley Winstead1

Jeśli to czytasz, istnieją też spore szanse, że przeskakując kanały telewizyjne, trafiłeś na mnie i zobaczyłeś, jak jestem zmuszana do uklęknięcia na gołej ziemi, jak wykręcają mi obie ręce za plecy, gdy wokół roi się od uzbrojonych agentów FBI, którzy rzędami niczym mrówki wbiegają i wybiegają ze stojącego za nami trzykondygnacyjnego budynku. Bóg jeden raczy wiedzieć, co musiały głosić paski widoczne poniżej mojej twarzy. Pewnie było coś o morderstwie albo o zaskakujących zwrotach akcji czy spiskach powiązanych z najsłynniejszą falą przestępczości w Ameryce.

To bardzo prowokujący wstęp, jak sądzę. Nic więc dziwnego, że masz pytania. Zwłaszcza że historia, którą powtarzano ci od tamtego pamiętnego dnia, jest pełna luk, niekonsekwencji i pytań, na które brak odpowiedzi. Nie zdziwiłabym się, gdyby wyprowadzało cię to z równowagi.

Chcesz, abym przestała milczeć i wyjawiła ci prawdę. Wiem o tym dobrze – dostałam twoje listy, te wszystkie błagania albo groźby śmierci. Głód, który cię dręczy, jest czytelny i bardzo znajomy. Chcesz tego samego co ja kiedyś, tak samo pragniesz odpowiedzi, to chyba najbardziej ludzka z potrzeb. Od tego zaczęła się przecież i moja podróż. Nasze chęci uporządkowania niepoznanego, dotknięcia nieosiągalnego, rzucenia światła na to, co w cieniu – jest uniwersalne. Czujemy się nieswojo w obliczu niejednoznaczności, żyjąc w zawieszeniu gdzieś tam, w bałaganie świata.

Widziałeś też ludzi, których FBI rzuciło na kolana obok mnie. Oni także pragnęli odpowiedzi, może nawet bardziej niż ja. Przywykliśmy do życia na internetowych grupach true crime, gdzie wypisywaliśmy własne teorie, wertując zapomniane dokumenty, spekulując na temat kąta, pod jakim zadano cios nożem albo wystrzelono kulę. Byliśmy kimś w rodzaju słynnych naukowców z epoki oświecenia, którzy przesuwali granice wiedzy ku nowej erze, pewni mocy ludzkich umysłów i własnych umiejętności. Właśnie dlatego czytaliśmy, pisaliśmy, śledziliśmy i przejawialiśmy fascynację. Uważaliśmy, że każdy dzień przybliża nas do lśniącego miasta na szczycie góry, gdzie wszystko zostanie ujawnione i gdzie w końcu zdołamy zaznać spokoju. Nazwij je Grodem Niebios albo Sprawiedliwości czy Rozgrzeszenia. Możesz mi zaufać, my naprawdę wierzyliśmy, że tam właśnie dotrzemy. Na szczyt, do samiuśkiego gorzkiego końca, ale prowadzone przez nas eksperymenty wymknęły się spod kontroli i wybuchły nam prosto w twarz.

Wybacz, że wybiegam w przyszłość. Wielu ludzi, którzy nie byli tak blisko tej sprawy, z czasem zyskało sławę dzięki rozpowszechnianym kłamstwom, a ty zasługujesz na prawdę. Może jesteś sępem i czytasz to tylko dlatego, by móc żerować na moich zwłokach. A może należysz do nielicznych ludzi, którzy są ciekawi świata. Tak czy inaczej, wyjawię ci wszystkie brudy związane z tą sprawą. Czyż nie taki jest sens każdej opowieści? Czas wyjąć wszystkie trupy z szafy.

Ale pozwól, że zrobię to po swojemu. Daję słowo: tak będzie najlepiej. Pamiętaj: byłam kiedyś tobą. Wiem zatem, że nie chcesz, by wkładano ci do głowy wyłącznie suche fakty. Pragniesz zrozumieć co, jak i dlaczego, chcesz nawet wiedzieć jaka pogoda była tamtego dnia. Jakie panowały wtedy nastroje. Jakie buty nosili, co zjedli na śniadanie. Kogo nienawidzili i w kim się kochali. Co poczuli przy pierwszym ciosie i jak przełknęli gorycz zdrady. Chcesz odkryć korzenie tej sprawy, pójść za nimi na najodleglejsze krańce i wrócić, cieszyć się każdym szczegółem. Jeśli chodzi o historie takie jak ta, którą ja opowiadam, jeżeli chodzi o tak wielką tajemnicę, jedną z tych, która zasługuje na nazwanie zbrodnią stulecia, chcesz się nią nasycić. Chcesz tak wiele kolorytu, ile zdołasz znieść.

Zaufaj mi, będziesz tym wszystkim rzygał zanim dojdziemy do końca.

A teraz zacznijmy.

Moja opowieść zaczyna się od ciała, choć nie tego, o którym teraz myślisz.2

W czwartek, 31 sierpnia 2023 roku, o godzinie 22:45 przeprowadziłam rozmowę telefoniczną, która odmieniła moje życie. Była to parna noc, tak charakterystyczna dla okolic Orlando. Nagrzana całodziennym upałem ziemia oddawała temperaturę, sprawiając, że powietrze po zmroku było gorące, jakby pochodziło z wnętrza kuchenki mikrofalowej. Impreza, na którą trafiłam, odbywała się w Afton Oaks, kompleksie mieszkalnym, który był niezwykle popularny wśród studentów Uniwersytetu Centralnej Florydy, do których i ja podówczas należałam. Uczestników było tak wielu, że część musiała przebywać na zewnątrz, a co za tym idzie, szklane drzwi łączące kuchnie z podwórzem zostały uchylone na całą noc, zamieniając wnętrza apartamentu w saunę. Pamiętam pot ściekający mi po karku i plecach, jakbym po części przeczuwała, co się niedługo wydarzy. Śpiewaliśmy na cały głos Gangsta’s Paradise Coolio, wtórując granej na cały regulator muzyce – dzisiaj wzdragam na samą myśl, że wybraliśmy ten właśnie utwór. Siedziałam w ścisku obok Gabby Maldonado*, mojej najlepszej przyjaciółki w tamtym okresie, przeżywając jakże typową dla studentów, upojną noc.

W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że nigdy nie byłam typową studentką. Wszyscy goście tego przyjęcia należeli do kręgu znajomych Gabby, a ja robiłam, co mogłam, by się do nich dopasować. Przeniosłam się na tę uczelnię zaledwie rok wcześniej, ze szkoły pomaturalnej. W dodatku rozpoczęłam naukę dwa lata później niż moi rówieśnicy, przez co byłam dwudziestoczteroletnią staruszką w tłumie dwudziestodwulatków z ostatniego roku studiów. Z powodu tych dwóch faktów traktowano mnie jak kogoś trędowatego, ale tylko do czasu, gdy Gabby wzięła mnie pod swoje skrzydła. Studenci UCF nie byli okrutni, raczej zobojętniali – jak my wszyscy ostatnio – zbyt zapatrzeni w siebie i roztrzepani, by zauważać cokolwiek spoza baniek, w których żyli. Nauczyłam się dzięki temu, że ludzka skłonność do zajmowania się sobą jest oszałamiająca, nawet w kontekście brutalnej zbrodni, jaką niewątpliwie było zamordowanie Sary Altman, która zginęła w samym środku kampusu, a mimo to nie znalazł się choćby jeden tego świadek**. Wracając do tematu, UFC było ogromną uczelnią, uczęszczało tam aż pięćdziesiąt osiem tysięcy studentów. To prawdziwe miasto w mieście.

Po przenosinach czułam się tam tak osamotniona, że zaczynałam rozważać, i to poważnie, rezygnację z dalszej nauki. Byłam naprawdę bliska spakowania rzeczy i powrotu z podkulonym ogonem do domu rodziców. Ćwiczyłam już nawet, co powiem ojcu, gdy stanę w progu. Potem jednak pewna dziewczyna, która okazała mi odrobinę zainteresowania podczas zajęć z psychologii – wspólnie przewracałyśmy oczami, gdy profesor rzucał jakąś żenującą uwagę – zapytała, czy nie poszłabym z nią na lancz. Gabby okazała się jedną z tych rzadkich niestety osób, które rodzą się z czułym sercem, takim, którego żadne przeżycia nie będą w stanie zahartować, po prostu kimś, za kogo my, introwertycy, powinniśmy dziękować Bogu. Niedługo później w weekendowe wieczory wyciągała mnie na imprezy odbywające się głównie poza kampusem i zanim się obejrzałam, nawiązałyśmy nić przyjaźni z rodzaju tych, które widujesz wyłącznie w telewizji, takiej, która sprawia, że dwoje ludzi uzależnia się od siebie wzajemnie. Z jej powodu zdecydowałam się na kontynuowanie nauki. Najbardziej cieszyło mnie jednak to, że nie zniszczę nadziei ojca. On nie ukończył nawet szkoły średniej, a dla mnie chciał wszystkiego, czego sam nie zdołał osiągnąć.

Motywem przewodnim wspomnianej imprezy w Afton Oaks był „powrót do lat dziewięćdziesiątych”, stąd wziął się tam Coolio. Gabby wyglądała niedorzecznie w zbyt dużej flanelowej bluzie, ja założyłam pod sukienkę na cienkich ramiączkach białą koszulkę z krótkim rękawem, dokładnie taką, jaką nosiła bohaterka serialu _Słodkie zmartwienia_. Bez przerwy zerkałyśmy na siebie i zanosiłyśmy się śmiechem, po części ze względu na ubiór, po części z powodu wypitej beczki piwa. W takim właśnie momencie zadzwoniła mama.

Ostatnio coraz częściej marzę, by cofnąć się w czasie do tamtego momentu – do tych kilku sekund przed naciśnięcie klawisza odbioru połączenia. Jeden ruch palca prowadzący do tak wielkich konsekwencji. Dotychczas moje największe obawy dotyczyły tego, czy przyjaciele Gabby mnie zaakceptują, tak jak ona wcześniej. Zaznacz to w mojej biografii czy innej książce, którą napiszą o mnie eksperci od true crime. Afton Oaks, Orlando, Floryda, 31 sierpnia: ostatnia chwila niewinności Janeway Sharp.

Głos matki łamał się histerycznie.

– Twój ojciec – łkała – Jane, on chyba miał zawał serca. Jadę teraz samochodem, za karetką, która wiezie go do szpitala. Kochanie, proszę, módl się za niego.

Jeśli nie usłyszałeś nigdy czegoś podobnego przez telefon, pozwól, że wyjaśnię ci jedno: w takim momencie czujesz się, jakby ktoś wylał ci na głowę kubeł lodowatej wody. Całe ciało tężeje, każda komórka się budzi, wszystkie synapsy płoną, zupełnie jakby ktoś podszedł i przystawił ci pistolet do skroni. Z głowy wywiewa ci wszystkie inne myśli prócz tej jednej. Zastanawiasz się tylko, jak przeżyć ten kryzys.

– Nic mu nie będzie, zobaczysz – wydusiłam z siebie. – Wszystko dobrze się skończy. Przyjadę za dwie godziny. Do zobaczenia.

Wierzyłam w to święcie. Nie miałam innego wyboru.

Gabby upierała się, że mnie odwiezie, choć przyjęcie u niej dopiero się rozkręcało, co więcej, nie poznała nigdy moich rodziców i nie cierpiała siadać za kółkiem. Tak działało to jej miękkie serce. Milczałam podczas jazdy, kiwałam się tylko w fotelu pasażera, szepcząc pod nosem:

– Wszystko będzie dobrze, tatusiu. Wyliżesz się z tego.

Nie mówiłam tak na niego od czasów wczesnego dzieciństwa, aż do tamtej chwili, gdy strach sprawił, że znów poczułam się bezradnym szkrabem.

Zanim dojechałyśmy na miejsce, musiałam powtórzyć te zdania z kilkaset razy. Byłam przekonana, że stanie się najgorsze, gdy tylko zamilknę, jakby ta mantra była jedynym, co mogło ocalić życie mojego ojca. Później dowiedziałam się, że nawet najbardziej pragmatyczni z nas w obliczu podobnego zagrożenia często skłaniają się ku takim właśnie zabobonom. Kołysałam się więc i szeptałam bez końca, posyłając te słowa gdzieś w przestrzeń, nie tylko do jego uszu, lecz także tego, kto tam rządzi, aby wiedział, że tata jest kochanym człowiekiem i powinien być oszczędzony.

Nie chciałbyś, aby tak to działało? Aby miłość mogła nas w jakiś sposób chronić?

Po czterdziestu pięciu minutach jazdy mama zadzwoniła po raz drugi. Tym razem zobaczyłam na wyświetlaczu jej imię i od razu poczułam nadzieję.

– Mamo?

– Jane… – Głos miała urywany. – On już się nie wybudził. Próbowali wszystkiego…

– Nie. To nieprawda. Wyjdzie z tego!

– Jane…

– Nic mu nie będzie. Wybudzi się niedługo.

– Przestań, Jane! Nie zniosę tego dłużej.

Później dowiedziałam się także, że uporczywe zaprzeczanie jest niezwykle częstą reakcją na poczucie nagłej straty. Szczerze mówiąc, wszystko, co zrobiłam tamtej nocy, wszystko, co miałam zrobić albo pomyśleć w kolejnych dniach i tygodniach, było zgodne z ogólnie znanymi zasadami żałoby. Może zabrzmi to śmiesznie, ale czułam się dziwnie osamotniona w tym bólu, odnosiłam nawet wrażenie, że mój żal jest tak dojmujący i ogromny, iż nikt nigdy wcześniej nie przeżył czegoś podobnego. Problem w tym, że każda drobinka tego, czego doświadczałam, była znajoma miliardom ludzi żyjących na przestrzeni ostatnich dziesięciu tysięcy lat. Śmierć towarzyszy nam od zarania dziejów. Ja po prostu byłam ostatnia w kolejce.

Umarła najbliższa mi osoba, która kochała mnie najbardziej. Odeszła nagle i niespodziewanie, a po czymś takim nic już nie może być takie jak wcześniej. To właśnie z powodu tego wydarzenia kolejne etapy mojego życia przebiegały w dziwny i zarazem brzemienny w skutki sposób.

* To nie jest jej prawdziwe nazwisko. Użyłam pseudonimu „Gabby”, by uchronić ją od powiazań ze mną.

** Albo sprawa Kitty Genovese, kobiety zadźganej nożem w 1964 roku w Queens na oczach trzydziestu ośmiu świadków, z których żaden nie wezwał policji.3

Po wejściu do niskiego, bogato zdobionego domu rodziców, pomalowanego na typowy dla południowej Florydy jaskrawożółty kolor, zastałam matkę siedzącą po ciemku przy stole w jadalni. Miała na sobie bawełniana koszulę nocną i torebkę przewieszoną wciąż przez ramię. Sam dom, zazwyczaj schludnie posprzątany, wyglądał jak pobojowisko – fotele i szafki poprzesuwano, lampa została przewrócona, jakby przez pomieszczenia przeszedł huragan. Po włączeniu światła i zobaczeniu mamy w takim stanie kazałam Gabby zabrać mój samochód i wracać do Orlando. Protestowała, ale nie odpuściłam. Byłam młoda, nie umiałam zachować się w obliczu śmierci, ale rozumiałam, że to, co wydarzy się już za moment, będzie bardzo osobistym przeżyciem, którego nie powinien widzieć nikt spoza członków najbliższej rodziny.

Padłam na kolana, ledwie zamknęły się za nią drzwi, wtuliłam się w nogi matki i zaczęłam płakać. Bycie tuż przy niej przynosiło mi ulgę, ale uwalniało też piętrzące się od godziny uczucia. Dźwięki, które obie wydawałyśmy, brzmiały naprawdę nieziemsko. Płakałyśmy tak długo, że straciłam poczucie czasu, wiedziałam tylko, że słońce musiało już wschodzić, bo za oknami zaczynało jaśnieć.

Wysłuchałam jej opowieści pomimo licznych przerw i przestojów. Opowiem ją wam w taki sposób, w jaki nauczyłam się to robić podczas rozmów ze świadkami: usuwając cały ból i skupiając się na najistotniejszych szczegółach.

To był najzwyklejszy dzień życia moich rodziców. Oboje poszli do pracy, po powrocie odgrzali na kolację to, co zostało z wczoraj – czyli zupę z soczewicy, ponieważ oboje przeszli na dietę wegańską. Gdy kładli się spać, ojciec zaczął narzekać na ból brzucha, ale niedogodności nie minęły, choć położył się wygodnie w okularach do czytania i z książką w ręku. Mama stwierdziła, że skoczy do apteki po Pepto–Bismol. Ojciec prosił, by tego nie robiła, ale ona się uparła. Nie chciała, by niepotrzebnie cierpiał, skoro sprawę mógł załatwić tak krótki wypad.

Najbliższa apteka znajdowała się niecałe trzy kilometry od ich domu. Nie było jej więc przez mniej więcej dwadzieścia minut. Po powrocie zaczęła go wołać, ale nie odpowiadał. Przeszła więc niewielki dystans dzielący drzwi frontowe i sypialnię i zobaczyła, że ojciec leży na łóżku z szeroko otwartymi oczami i książką na piersi. Nie rozumiała, dlaczego nie odpowiadał, gdy pokazywała mu opakowanie leku i zapewniała, że zaraz mu go poda. Wyobrażam sobie, że to właśnie ten moment, do którego chciałaby wrócić, gdyby było to możliwe – do tych kilku sekund, gdy znów była z nim, nie zdając sobie jeszcze sprawy, że coś jest nie tak.

Ale już wtedy, pomimo przemożnej chęci, by wszystko skończyło się dobrze, nie mogła nie zauważył bąbelków piany w kącikach jego ust. Upuściła reklamówkę i podbiegła do ojca, wołając jego imię, wpatrując się w nieruchome oczy, próbując wyczuć palcami puls, którego nie było. Zaczęła krzyczeć, zadzwoniła na numer alarmowy, wykonała resuscytację pod dyktando dyspozytora z centrali, zanim karetka zdążyła podjechać pod dom. Ratownicy pojawili się dwadzieścia minut później, wpadli hurmem do sypialni i natychmiast otoczyli ojca, odpychając matkę na bok, gdzie czekała, czując zarazem ulgę i przerażenie. Pod jej stopami leżała reklamówka z lekiem na ból brzucha, całkowicie nieskutecznym na przypadłość, która zabiła tatę.

Ratownicy także nie wykryli pulsu ani oddechu. Matka przypuszczała, że użyją defibrylatora. Oni jednak rozłożyli tylko nosze i przenieśli go na nie, oczywiście w trójkę. Zaraz też wywieźli go z domu. To właśnie wtedy musieli poprzesuwać meble, tak przynajmniej uważała mama, choć nie była tego pewna. Sama wskoczyła do samochodu i pognała za jadącą na sygnale karetką, dzwoniąc do mnie i prosząc o modlitwę. Nie była religijna, nie wiedziałam nawet, czy wierzy w Boga, ale uznała, że jeśli jest gdzieś tam we wszechświecie siła, która może pomóc jej mężowi, to muszę być nią ja, dziecko z przypadku, dzięki któremu Daniel Sharp został ojcem; osoba, dzięki której znalazł sens życia.

Prawda wyglądała niestety tak, że tata zmarł długo przed tym, nim mama zdążyła wrócić do domu. Błagała, bym się za niego modliła, a ja potraktowałam ten obowiązek bardzo poważnie i nie przestawałam mamrotać, pragnąc, by przetrzymał kryzys, choć on już od dawna nie żył. Byłam też wściekła na siebie za to, że śpiewałam na cały głos, bawiąc się na durnej studenckiej imprezie, i nawet nie poczułam, iż tata umiera. Gdy kogoś kochasz, wierzysz, że jego odejście z tego świata porazi cię jak – nie przymierzając – zakłócenie Mocy. Właśnie dlatego czułam się tak, jakbym go zdradziła tym, że nic nie poczułam, jakbym nie kochała go wystarczająco mocno.

Mama siedziała przy tym samym stole, gdy jej przyjaciele, dowiedziawszy się o śmierci ojca, przyszli w odwiedziny, jak to zwykle bywa, przynosząc jedzenie. Ja natomiast leżałam w łóżku ojca, było to bowiem ostatnie miejsce, w którym przebywał za życia.

Co czujesz, gdy tracisz rodzica? Leżąc w jego łóżku, gapiłam się w ścianę, próbując wyobrazić sobie ostatnią rzecz, którą zobaczył przed śmiercią. W pewnym momencie uznałam, że będę traktować go jak kogoś, kto zaginął, a nie zmarł. Dorastał w zupełnie innej epoce, był nieśmiałym chłopcem z niewielkiego miasteczka we wschodniej części Tennessee, tak prowincjonalnego i biednego, że większość urodzonych tam ludzi nigdy go nie opuszczała. Był jednym z nielicznych, którym udało się wyrwać, zdołał osiągnąć prędkość wylotową, robiąc coś, czego żaden z jego krewnych się nie spodziewał: dokładnie w dniu osiemnastych urodzin wkroczył śmiałym krokiem do biura rekrutacyjnego marynarki wojennej i za cenę sześciu lat życia wyrwał się na wolność. Wojsko przyjęło go z otwartymi rękami, choć nie był w najlepszej formie, a rodzeństwo przezywało go nawet „Królem Yoo-hoo”, nie wspominając o tym, że nigdy wcześniej nie przekroczył granicy stanu i nie widział na własne oczy oceanu. W taki właśnie sposób pewien nieśmiały chłopak z głębi lądu został marynarzem.

Dwa lata później w bazie marynarki wojennej w wiecznie zagonionym, tłocznym Neapolu – bardzo daleko od domu – wbiegał na górę wznoszącą się nad Morzem Tyrreńskim, zaledwie kilka kilometrów od Wezuwiusza, i tam wpadł na moją mamę, także traktującą służbę we flocie jako formę ucieczki od dawnego życia. Nie dałoby się wybrać dwojga bardziej różnych ludzi: ona była nadzwyczaj gadatliwą dziewczyną z Nowego Jorku o ognistorudych włosach. On był milczkiem z głębokiej prowincji, wysokim, ciemnowłosym i tak łagodnym jak ona była śmiała. Zakochali się w sobie niemal natychmiast. Niecały rok później przyszłam na świat. Za rodziców miałam parę dwudziestojednolatków mieszkających w obcym kraju, ludzi, którzy dopiero wykuwali lepszy los i byli potwornie przerażeni faktem, że urodziło im się dziecko. Jeszcze bardziej obawiali się tylko jednego: że mogą mnie zawieść. Tata zwykł mawiać, że dwukrotnie przeżył miłość od pierwszego wejrzenia: w chwili, gdy ujrzał moją mamę, i później, gdy wynoszono mnie ze szpitala. Były to dwa niesamowite wydarzenia w jego skądinąd przeciętnym i szarym życiu.

Ale żeby było jasne, dodam, że ja nigdy nie uważałam go za przeciętniaka.

Mama opuściła szeregi marynarki, by mnie wychowywać, ojciec pozostał na służbie przez kolejne lata, nawet po naszym powrocie do Ameryki, gdzie bez przerwy przenosiliśmy się z wybrzeża na wybrzeże. Przywykłam do takiego stylu życia: przez sześć miesięcy był w domu, potem znikał na kolejne pół roku. Gdy byłam mała, przywoził mi zagraniczne monety, którymi mogłam się bawić. Przyglądałam im się z ogromną uwagą, jakby mogły mi zdradzić sekrety dalekiego świata.

Tak właśnie się czułam, leżąc w łóżku taty. Jakby wyruszył w kolejny rejs, ale tym razem zaginął gdzieś na morzu. Tylko w taki sposób mój mózg mógł tłumaczyć jego nieobecność. Wiedziałam też, że poruszyłby niebo i ziemię, gdybym to ja zniknęła. I to właśnie zamierzałam zrobić dla niego.

Sturlałam się z łóżka i pobiegłam do mamy.4

Z krzesła ściągnęła ją kolejna fala zapłakanych przyjaciółek z zapiekankami. Niezbyt uprzejmie wykorzystałam pierwszą przerwę w ich rozmowie, by zapytać:

– Mamo, gdzie jest tata?

Zaskoczyłam ją kompletnie.

– O co ci chodzi? Jest w szpitalu.

– Mogę go zobaczyć?

Dwie kobiety, z którymi rozmawiała wcześniej, wymieniły znaczące spojrzenia. To musiała być bardzo nietypowa prośba.

– Nie, kochanie… Przewieziono go już do kostnicy, jak sądzę.

Kostnica. Zimne, sterylne miejsce przeznaczone dla osób, które przestały być ludźmi. Wyobraziłam sobie ojca w jednej z szuflad. Musiał czuć się tak samotnie.

– Chcę go zobaczyć na własne oczy.

Nie umiałam im wytłumaczyć, że nie uwierzę w jego śmierć i przez całą resztę życia będę go szukała, jeśli nie pozwolą mi go zobaczyć albo dotknąć.

Mama zmrużyła przekrwione oczy. Była wyczerpana, a ja nie ułatwiałam jej życia.

– Nie wiem, jak to załatwić, kochanie.

Jedna z jej przyjaciółek, ta, która nad nią stała, wtrąciła w tym momencie:

– Możesz poprosić o taką wizytę, ale dopiero po wykonaniu autopsji i przekazaniu ciała Dana do domu pogrzebowego. Oni go tam… – odchrząknęła, by oczyścić krtań – …ubiorą i umalują odpowiednio, ale to niestety będzie kosztowało nieco drożej.

Mama skupiła się na wizjach skalpeli i dusznych domów pogrzebowych, ale ja miałam przed oczami najłatwiejszą z przedstawionych mi przeszkód.

– Zapłacę za to, mamo. Z pieniędzy zarobionych w Starbucksie – Harowałam tam od momentu podjęcia nauki w szkole pomaturalnej do czasu przeniesienia na UCF i odłożyłam trochę grosza. – Proszę, proszę.

Skrzywiła się mocniej.

– Widziałam go, Jane. Wpuścili mnie na salę, żebym mogła się pożegnać, i… on nie wyglądał już tak jak zazwyczaj. Nie chcę, abyś tak go zapamiętała.

– Mam to gdzieś. Ja po prostu chcę być przy nim.

Mojego ojca nic by nie powstrzymało. Zniósłby wszystko, gdybym nawet zginęła śmiercią tak straszną, że nie dałoby się mnie poskładać.

– Dobrze – zgodziła się umęczona mama. – Możemy rozważyć taką wizytę. Ale tylko ty tam pójdziesz. Wolałabym nie oglądać go po raz kolejny w takim stanie.

Tylko ty tam pójdziesz, śpiewał głos w mojej głowie, ten sam, który mamrotał słowa mające go ocalić. Nie zaginął.

Ogarniające mnie poczucie ulgi było tak silne, że zaczęło stwarzać problemy. Teraz wyraźnie to widzę. Świadomość, że ponownie go zobaczę, uspokoiła mnie do tego stopnia, że po wyjściu koleżanek, gdy zostałam sam na sam z mamą i pozostawionymi przez nie lazaniami, mogłam usiąść na kanapie i włączyć telewizor. Jak zahipnotyzowana przełączałam kolejne kanały. Po raz pierwszy tego okropnego niekończącego się dnia ból osłabł na tyle, że udało mi się zamknąć oczy.

Mówię ci o tym, abyś zrozumiał, dlaczego wstrząsnęło mną to, co się wydarzyło później. Jeśli chcesz, jak twierdzisz, znaleźć przyczynę tego wszystkiego, oto pierwsza kostka domina, która wprawiła w ruch całą resztę: mówię o śmierci ojca i mojej desperacji, by coś począć z tym fantem. Nieważne, co głoszą na ten temat inni, nieważne, co napisała w swojej obrzydliwej książce Ta-Której-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać*, nieważne, co powiedziała Nina Grace i inne gadające głowy z telewizji – taki był prawdziwy początek tej sprawy.

Moje zmysły wyostrzały się powoli. Światła w domu zostały pogaszone, matka spała po drugiej stronie salonu, na rozłożonym fotelu La-Z-Boy, niezdolna do stawienia czoła miejscu zgonu, którym było jej własne łóżko, podczas gdy ja tego desperacko pragnęłam. Nie wiem, co wyrwało mnie ze snu, ale w pierwszej kolejności dotarł do mnie przenikliwy głos prezentera telewizyjnego, który mówił:

– A teraz przejdźmy do przerażającego odkrycia nad jeziorem Okeechobee, gdzie pewien wędkarz, który wybrał się tego popołudnia na ryby, trafił na coś wyjątkowo okropnego.

Skupiłam wzrok na ekranie. Zniknął z niego wymuskany prezenter, zastąpiły go trzciniaste brzegi odległego o sześćdziesiąt pięć kilometrów akwenu. Policjanci, w tym jeden trzymający na smyczy owczarka niemieckiego, otaczali kręgiem ciemny przedmiot leżący na piasku. Granatowe wody jeziora ciągnęły się za nimi aż po horyzont.

– Sześćdziesięciodwuletni Ray Stevens wsiadł do swojej łódki, jak robił to w każdy piątek od chwili przejścia na emeryturę. – Głos prezentera dobiegał zza kadru, na którym jeden z funkcjonariuszy przyklękał właśnie obok ciemnego kształtu. – Tym razem jednak zamiast wielkiego okonia, tak charakterystycznego dla tych czystych wód, jego haczyk zaczepił o wielki czarny worek na śmieci. Po jego wyciągnięciu na powierzchnię pan Stevens od razu się zaniepokoił, ponieważ wspomniany przedmiot był bardzo ciężki, a jego zawartość potwornie cuchnęła.

Kamera zrobiła zbliżenie na czarny worek, taki sam, jakiego używali moi rodzice po strzyżeniu trawników. Wyprostowałam się.

– Po otwarciu worka pan Stevens ujrzał makabryczny widok. W środku znajdowały się rozczłonkowane ludzkie szczątki.

W tym worku ktoś jest. Tam, na piasku.

– Pechowy wędkarz natychmiast wrócił na brzeg i powiadomił odpowiednie służby – kontynuował prezenter. – Policja prosi o pomoc w ustaleniu sprawców tej zbrodni.

Na ekranie pojawiła się ogorzała twarz mężczyzny w policyjnym mundurze. Napis na pasku poniżej głosił: „Detektyw sierżant Clint Abrams, ODP”. Człowiek ten mrużył niebieskie oczy, spoglądając pod słońce, a ja pochyliłam się nad krawędzią kanapy.

– Mamy do czynienia z ogromną tragedią – rzucił szorstkim tonem. – Z okrutną niesprawiedliwością.

Tak, krzyczał głos w mojej głowie, zadowolony z faktu, że ktoś zdołał to w końcu wyartykułować. Niesprawiedliwość. Poczułam to całą sobą.

– Z zimną krwią i bez cienia litości odebrano nam szanowanego członka lokalnej społeczności.

Wyobraziłam sobie ojca leżącego samotnie w kostnicy, gdzieś w ciemnych piwnicach szpitala. To jest zimne i bezlitośne, bez dwóch zdań.

– Potrzebujemy odpowiedzi – warczał detektyw. – Potrzebujemy także waszej pomocy. Jeśli ktokolwiek posiada informacje na ten temat, nawet z pozoru nieistotne, prosimy o zadzwonienie do wydziału kryminalnego naszego departamentu. Podaję numer: osiem, sześć, trzy, pięć, pięć, pięć, zero, jeden, zero, zero.

Potrzebujemy odpowiedzi. Po raz pierwszy w życiu doznałam czegoś, co mój ojciec nazywał olśnieniem. Ja potrzebuję odpowiedzi. To ciało nie powinno trafić w głębiny jeziora, tak jak mój tata nie powinien trafić do kostnicy. Dlaczego musieli umrzeć oni, a nie ktoś inny, i to tak nagle, zanim byli na to gotowi? Czy można było ich ocalić?

Nie umiałam oderwać wzroku od ekranu. Świadomość, że znowu mam cel, była tak intensywna, że poczułam pieczenie w klatce piersiowej, jakby ktoś przywrócił mnie do życia, używając do tego celu defibrylatora.

– Rozwiążemy tę sprawę. – Detektyw spoglądał przeszywającym wzrokiem prosto w obiektyw kamery. – Razem doprowadzimy sprawców przed oblicze sprawiedliwości i zapewnimy spokój zrozpaczonej rodzinie ofiary.

Gdzieś tam były odpowiedzi, czekały na mnie. Wystarczyło rozwikłać tę zagadkę.

Wcisnęłam klawisz pauzy i cofnęłam wiadomości do samego początku.

3 Prawnicy poradzili mi, bym nie wymieniała tej osoby z imienia i nazwiska.6

Mama, otwierając drzwi do własnej sypialni, zaskoczyła mnie tak bardzo, że upuściłam smartfon, nie odczytawszy nawet połowy wątku o Indirze Babatunde.

– Wybrałam zakład pogrzebowy. Tato zostanie tam przewieziony jeszcze dzisiaj.

Zgramoliłam się z łóżka, czując wstyd, że leżę na jej miejscu, gdy ona nadal nie umie przekroczyć progu.

– Znalazłaś odpowiednie miejsce?

– Lekarz sądowy zadzwonił dzisiaj rano. Wykonał sekcję zwłok i pytał, gdzie mają odesłać ciało. – Przełknęła ślinę. – Uznałam, że lepiej samemu wybrać niż robić z tego problem.

– Co wykazała autopsja?

Jaka była przyczyna śmierci, dopytywał głos w mojej głowie. Brzmiał teraz jak chór użytkowników Real Crime Network.

– Zator tętnicy wieńcowej prowadzący do zawału mięśnia sercowego. – Zmrużyłam oczy. – Atak serca – wyjaśniła zwięźlej – spowodowany nagromadzeniem zmian miażdżycowych w tętnicy.

Spojrzałyśmy sobie w oczy i od razu zobaczyłam w nich to, czego nie dopowiedziała: spowodowany jego wagą. Otyłość ojca była najboleśniejszym tematem poruszanym w tym domu. Z biegiem czasu wysportowany marynarz, którego mama poznała, przestał ćwiczyć – cóż, przestał, znowu zaczął i jeszcze raz przestał – po czym tragicznie przybrał na wadze. Próbowali razem wszystkiego: ćwiczenia w parach, wyzwań fitnessowych, diet, nawet przeszli na weganizm, ale niewiele to pomagało. Żeby nie wiem jak bardzo się starał – a to jak bardzo zależało głównie od tego, kto pytał – pozostawał otyły.

To dla mnie prawdziwa zagwozdka. Ojciec był bardzo aktywnym i silnym człowiekiem. Mógł skosić trawę na całym podwórzu, i to za jednym zamachem. Odżywiał się zdrowo, z tego, co widziałam, a jeśli liznął gałkę lodów albo zjadł kawałek ciasta na imprezie u sąsiada, to przecież ludzka rzecz. Ale nawet tak drobne uchybienia zaczęły się kumulować w ostatnich miesiącach przed moim wyjazdem na UCF. Pewnej nocy napięcie w domu sięgnęło zenitu, słyszałam na własne uszy, jak mama wykrzyczała mu w twarz, że zmarnował życie, zdradził ją, łamiąc obietnicę, iż zestarzeją się razem, i narażał swoje zdrowie na szwank. A teraz nie żyje. Cóż za męka – mieć w takiej sytuacji rację.

Wzięłam głęboki wdech i zacisnęłam dłonie na kołdrze.

– Bardzo cierpiał?

Długo zwlekała z odpowiedzią.

– Nie, kochanie. Nie sądzę.

Zamilkłyśmy. Chyba zrozumiała po mojej minie, jak bardzo boleję, bo poczuła się w obowiązku, by dodać:

– Doktor błagał go, by zaczął brać leki na obniżenie ciśnienia. Twierdził, że wyniki są zatrważające i tylko leczenie może ocalić mu życie. Ale ojciec odmówił.

Spoglądałam na nią, nic nie rozumiejąc.

– Dlaczego to zrobił?

– Naprawdę nie wiem. – Głos mamy zaczyna się łamać. – Ojciec lubił robić wszystko po swojemu. Nie mogłam podjąć za niego decyzji, choćbym bardzo tego chciała.

Siedziałam tam, odczuwając wtórne wstrząsy szoku. Dlaczego odmawiał wzięcia leku, który mógł ocalić mu życie? Czyżby chodziło o jakieś straszliwe skutki uboczne? Nie wierzył, że jego stan jest aż tak poważny, by się nim przejmować? W mojej głowie pojawiła się kolejna mroczna myśl, zanim zdołałam ją powstrzymać: nie zależało mu, żeby żyć?

Mama przestąpiła w końcu przez próg i pokazała mi trzymaną w dłoni ulotkę. „Waldorf, usługi pogrzebowe i krematoryjne”, z niewielkim ananasem wydrukowanym w lewym górnym narożniku. Na Florydzie nawet grabarze muszą pozować na tropiki.

– To miejsce, które wybrałam – powiedziała. – Co o nim myślisz?

W tym momencie mogłam myśleć tylko o jednym: dlaczego tato nie chciał zażywać tego cholernego lekarstwa? Nie dawało mi to spokoju, ale ona patrzyła na mnie tak błagalnie, że przemogłam się i wzięłam ulotkę.

– Chciał, żeby go skremować – dodała.

Przeglądałam listę dostępnych usług, dopóki mój wzrok nie trafił na następujący zapis: „Odwiedziny. Zapewnimy wam ustronne miejsce, w którym możecie pożegnać ukochane osoby. Zmarli zostaną przygotowani zgodnie z waszymi wytycznymi, ubierzemy ich także w dostarczone przez was rzeczy. Możecie wybrać wystawienie ciała w trumnie albo mniej formalnie, na katafalku, oczywiście pod stosownym całunem. Wizyta z powodów sanitarnych może trwać maksymalnie dziewięćdziesiąt minut. Cena: 300 dolarów”.

Zakręciło mi się w głowie. Ledwie mogłam to pojąć. Poczułam nagłą potrzebę powrotu do czarno-czerwonego świata forum poświęconego true crime.

– Wygląda na porządne miejsce – stwierdziłam półgłosem. – A ja nadal chciałabym go odwiedzić.

– Okej – odpowiedziała równie cicho. – Poinformowali mnie, że będzie to możliwe, ale dopiero jutro. Idź może do szafy ojca i wybierz rzeczy, w które ma być ubrany.

@

Ludzie nie doceniają siły odwracania uwagi. Tamtej nocy walczyłam ze słowami i obrazami wirującymi w mojej głowie – ukochane osoby, powody sanitarne, ale odmówił – a robiłam to, otwierając apkę z sudoku. Rozwiązywałam je na komórce przez siedem bitych godzin, od dwudziestej do trzeciej nad ranem, jedno po drugim, uzależniając się od otępienia, jakie fundowały mi łamigłówki. Rozwiązywałam, rozwiązywałam, rozwiązywałam, aż w końcu udało mi się zasnąć.7

Zakład pogrzebowy Waldorf miał charakterystyczny zapach, jakby w zbyt malej przestrzeni użyto zbyt wiele odświeżacza powietrza. Był to spory teren obsadzony drzewami – dało się zauważyć, że ten, kto go zbudował, chciał stworzyć coś ładnego, ale jego starania przyniosły bardzo odmienne, raczej smutne efekty. Mama zaprosiła na odwiedziny rodzinę ojca i jego przyjaciół, ale zgodnie z moimi przewidywaniami tylko ja zdołałam się przemóc. Tyle przygotowań i cała para poszła w gwizdek, bo w zakładzie pogrzebowym zjawiła się tylko jedna osoba. Trzysta dolarów, to chyba największe pieniądze, jakie zapłaciłam, kupując coś tylko dla siebie, w tym wypadku możliwość bycia sam na sam z tatą.

Przed wejściem do tego pomieszczenia trzęsłam się z nerwów. Przydzielona mi pracownica Waldorfa rzuciła energicznym tonem:

– Pamiętaj, masz tylko dziewięćdziesiąt minut. Poinformuj, proszę, tych, którzy przyjdą później, że nie możemy przedłużyć tego terminu. Trzymamy ciało zmarłego w chłodni, zatem, co zrozumiałe, nie możemy zagwarantować, że po tak długim czasie spędzonym w temperaturze pokojowej nie zacznie gorzej pachnieć.

– Będę tylko ja.

Wskazała dłonią uchylone drzwi, uśmiechając się współczująco, jakby nie mówiła o moim ojcu, tylko kawałku mięsa, któremu kończy się termin przydatności do spożycia.

Rozsypałam się natychmiast po wejściu do pomieszczenia i zobaczeniu go na katafalku w szortach i bordowej koszulce polo, którą sama wybierałam – tak wyglądał jego zwyczajowy codzienny strój.

– Och, tatusiu! – zawołałam, padając na kolana.

Jego fizyczna obecność – sam fakt, że nadal istniał – była tak pocieszająca i głęboko uspokajająca. Wyglądał, jakby spał. Miał zamknięte oczy, dłonie splecione na piersi, całunem nakryto go tylko do pasa. Nigdy wcześniej nie targały mną tak silne i sprzeczne emocje. Z jednej strony czułam oszałamiającą ulgę, że w końcu go znalazłam, ale z drugiej zdawałam sobie sprawę, że już go nie ma, i ta świadomość przeradzała się w narastające szybko przerażenie, gdy podchodziłam na paluszkach do katafalku. To ciało było i nie było zarazem moim ojcem.

Nigdy wcześniej nie widziałam zwłok człowieka. Wiem, że zakrawa to na ironię, zwłaszcza w świetle tego, z czego zasłynęłam później, ale każdy musi od czegoś zacząć, jak sądzę. Przed tym dniem śmierć była dla mnie pojęciem abstrakcyjnym – momentem zakończenia czyjejś obecności na Ziemi, wniebowstąpieniem duszy i tym podobnymi cudami. Po raz pierwszy zostałam skonfrontowana z materialnością zgonu. Przede wszystkim z twarzą mojego taty było coś nie tak. Za życia był przystojnym mężczyzną i pozostał nim pomimo zaawansowanego wieku i sporej tuszy – zanim wyłysiał, miał ciemne kręcone włosy, do tego żywe, błyszczące piwne oczy i rzymski nos. Teraz jednak cała twarz utraciła część rysów, ponieważ była dziwnie napuchnięta, a ciemne rzęsy dziwnie sterczały, jakby ktoś próbował poprzyklejać je do skóry (dużo później dowiedziałam się, że powieki zmarłych są często zszywane, aby uniknąć nieoczekiwanego otwarcia oczu), a gdy przyjrzałam się bliżej jego rękom, tym dłoniom, w których trzymał mnie, gdy byłam maleńka, zauważyłam, że czubki palców pod paznokciami całkiem poczerniały.

Właśnie dlatego matka nie chciała, bym oglądała go w takim stanie: pomimo wszystkich tych eleganckich teorii, arcydzieł sztuki i lotów na Księżyc, pomimo wszystkich tych skomplikowanych uczuć, którymi się darzymy – na koniec istoty ludzkie zostają i tak zredukowane do kawałka gnijącego mięsa. Przypomniałam sobie w tym momencie o Real Crime Network i pragmatyzmie, z jakim ci ludzie rozmawiali o rozczłonkowywaniu ciała. Oni znali prawdę. Radzili sobie z nią bez względu na to, jak mogła być paskudna albo niepokojąca. Nagle wydało mi się to bardzo odważne.

Ale tak właśnie kochałam ojca: patrzyłam na jego opuchnięte dłonie z czerniejącymi koniuszkami palców, przypominając sobie, jak bardzo lubił być przytulany, że dorastał w licznej rodzinie, w której nie okazywano sobie zbyt wiele czułości i dlatego nadrabiał to później, z nami. Dzięki temu zdołałam odrzucić strach i złapać go za ręce. Były nienaturalnie zimne. Wręcz lodowate. Ściskałam je mocno, choć moje ciepło nie zdołało ich ogrzać, i powtarzałam w kółko, jak bardzo go kochałam. Powiedziałam, że jest mi przykro, iż został obrabowany z życia, ze wszystkiego, czego miał jeszcze dokonać i doświadczyć. Zapytałam, dlaczego nie chciał brać tych lekarstw, dlaczego nie robił wszystkiego, co w jego mocy, by móc być nadal ze mną. Głos mi się łamał pod ciężarem tych słów, ale nie zamilkłam, dopóki nie wylałam z siebie wszystkiego, i dopiero wtedy go puściłam.

Spędziłam z nim tylko dwadzieścia z przysługujących mi dziewięćdziesięciu minut.9

Podbudowana wyrazami wsparcia z forum, już następnego ranka pojechałam Hyundaiem mojej mamy pod dom Indiry. Miałam do odegrania kluczową rolę. Real Crime Network liczyło na mnie.

Mama, rzucając mi kluczyki do ręki, nie omieszkała przypomnieć, że prochy ojca będą gotowe do odebrania już popołudniu, przed jutrzejszym pogrzebem. Wszystko działo się tak szybko. Jadąc do Indiantown, tak bardzo starałam się nie wyobrażać sobie procesu kremacji, że naprawdę niewiele brakowało, bym minęła zjazd prowadzący do dzielnicy, w której mieszkała Indira.

Wziąwszy się w garść, przejechałam jej ulicą, rejestrując każdy szczegół. Na Florydzie jest mnóstwo rozległych, starannie rozplanowanych osiedli wyglądających, jakby wyjęto je prosto z planu _Miasteczka Pleasantville_. Niektóre z nich sponsoruje Disney, inne są własnością sieci kurortów, ale wszystkie wyglądają identycznie: rząd za rzędem takich samych domów, dzielnice typu kopiuj-wklej. Dom Indiry był jednym z nich, nawet strelicje na trawniku od frontu nie różniły się niczym od tych, które rosły u sąsiadów. Poczułam dreszcz emocji dopiero, gdy mijałam zaniedbany sklep spożywczy z wielkimi neonami głoszącymi: „Piwo” i „Lód”. Nad wejściem zamontowano prostą kamerę CCTV – Citizen miał rację. Jest monitoring.

Podjechałam pod dom Indiry, czując się jak stalkerka, jak ktoś, kogo nie powinno tu być. Na samym domu nie zauważyłam nic, co wskazywałoby, że mieszkała w nim niedawno zamordowana kobieta – żadnej żółtej taśmy ani kręcących się policjantów. Zwolniłam, potem zawróciłam na pętli kończącej ślepą uliczkę i wróciłam tą samą drogą. Citizen w tym także się nie mylił – nie było stąd innego wyjazdu.

Zatrzymałam się przed sklepem spożywczym i spojrzałam na kamerę. Miała dwa obiektywy, jeden skierowano na drzwi, drugi obejmował polem widzenia ulicę. To dobrze wróżyło. Zaczęłam wysiadać, ale zamarłam w pół ruchu. Mam tam wejść ot tak, po prostu, i poprosić sprzedawcę o udostępnienie nagrań? Powinnam zdradzić, że chodzi o śledztwo w sprawie zamordowania Indiry Babatunde, czy zataić ten fakt?

Siedziałam tak do momentu, w którym zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę mam gdzieś, czy wyjdę na głupka. Mój ojciec dopiero co zmarł. Czy może mi się przydarzyć coś jeszcze gorszego? Nie spodziewałam się, że żałoba może być tak niesamowicie wyzwalająca. Wkroczyłam do sklepu pewnym krokiem. Sprzedawcą był nastolatek z twarzą pokrytą jątrzącym się trądzikiem, na który nie pomagały zapewne opary tłuszczu unoszące się znad podgrzewarki pełnej lśniących parówek do hot dogów.

– Cześć, Chris – rzuciłam, odczytawszy imię z plakietki. – Może to pytanie zabrzmi dziwnie, ale chciałabym wiedzieć, czy te kamery na zewnątrz działają?

Posłał mi zaniepokojone spojrzenie.

– Ty chyba… nie myślisz o… obrabowaniu naszego sklepu?

– Ależ skąd. Nie zamierzam was obrobić. – Zaśmiałam się nerwowo, co jeszcze bardziej go zaniepokoiło. – Kilka dni temu zabito moją przyjaciółkę. Mieszkała niedaleko stąd, a policja poprosiła nas o pomoc.

Większość z tego, co mówiłam, teoretycznie było prawdą, a jemu od razu zaświeciły się oczy.

– Mówisz o tej kobiecie, którą znaleziono w worku na śmieci?

Ktoś stanął za mną w kolejce.

– Miała na imię Indira, ale tak, należę do grupy zajmującej się badaniem jej sprawy. Niedawno odkryliśmy, że nagrania z twojego sklepu mogą pomoc w ustaleniu przebiegu zdarzeń.

Nigdy wcześniej nie czułam się tak ważna. Wyprężyłam dumnie pierś.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij