Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Grzechy Przeszłości. Pokuta - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
47,99
4799 pkt
punktów Virtualo

Grzechy Przeszłości. Pokuta - ebook

Każdy grzech ma swoją cenę.

Historie kobiet niosących spustoszenie rzadko trafiały do kronik. Przez lata funkcjonowały jedynie w świecie niechętnie przekazywanych legend – zapomniane, zbyt mroczne, by je opisać. Aż do teraz.

Bianca, po zamachu, którego była świadkiem, zaczyna przejawiać niepokojącą fascynację krwią. Nastoletnie błędy skutkują decyzjami, które nasilają jej nową obsesję – niebezpieczną, pociągającą, wymykającą się spod kontroli.
Agnes, szlachcianka z kazirodczego rodu, jest gotowa na wszystko, by przejąć władzę. Dosłownie wszystko. Gdy zaczyna zgłębiać tajniki alchemii, musi zdecydować, przeciw komu jej użyć – przeciw innym rodom, cesarzowi, a może… własnej rodzinie?

Adelle to wiedźma, która sprzedała duszę demonowi. Początkowo jego wpływ wydaje się niegroźny, ale z czasem mroczne podszepty zmieniają się w żądania. Czy pakt z demonem okaże się wybawieniem, śmiertelną pomyłką czy jedyną drogą do zdobycia prawdziwej mocy?

Każda z tych kobiet ma w sobie pierwiastek zniszczenia. Każda podąża ścieżką, która wiedzie tylko w jednym kierunku… A z tego miejsca, choćby się bardzo chciało, nie ma powrotu.

16+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-370-2
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Nastia Tytarenko

Kassaria Zachodnia

_Żadne pokolenie tak bezmyślnie nie przelewało krwi jak nasi spadkobiercy. Zabijają dla ambicji, potęgi, sławy, wiary, przyjemności. Nigdy nie robią tego w obronie rodziny, kraju, honoru _– przemknęło przez myśl leżącej na ziemi kobiety. Czuła jej szorstkość pod policzkiem, ale nie mogła się ruszyć. Obrazy rozmywały się przed oczami, a powietrze wypełniał gryzący odór spalenizny – zwęglone ciało, włosy i gleba nasiąknięta krwią. Zaczęła kaszleć. Płuca piekły jak po wciągnięciu gorącego popiołu. Wciąż nie rozumiała, co się stało. Próbowała skupić myśli, lecz szok rozrywał je na strzępy. Nie wiedziała nawet, czemu przypomniał jej się właśnie ten cytat. Ból przyszedł nagle, jakby ktoś wlał jej wrzątek pod skórę. Lewe ramię pulsowało, rozgrzane do czerwoności. Próbowała poruszyć ręką – na próżno. Widziała własne palce, jak się prostują i zginają, ale nie czuła ich. Na przedramieniu wykwitły pęcherze wypełnione żółtawym płynem. Ich faliste krawędzie drżały przy każdym ruchu ciała.

Kilkanaście metrów dalej zaczynał się las – a raczej to, co z niego zostało. Z zagajnika zachowały się jedynie zgliszcza, wypalone do czerni kikuty drzew i martwa ziemia. W zasięgu wzroku nie było żadnej roślinności. Z kłębowiska dymu, który unosił się nad ciężkimi smugami, wystrzeliwały zielone, niedopalone liście. Wirowały na wietrze, tańczyły lekko, jakby nic się nie stało.

Usiadła z trudem, łapiąc głęboki haust powietrza. Płuca wypełniły się dymem i żarem, zmuszając ją do kaszlu. Rozejrzała się, powoli obejmując wzrokiem ogrom zniszczeń. Olbrzymie pole bitwy zamienione w bezkresne morze popiołu, zwęglonych ciał i spalenizny. W oddali wciąż dogasały płomienie, a echa walki nie cichły. Ktoś krzyczał, panicznie błagając o litość. Inny wydzierał się w agonii. Jęki i wrzaski mieszały się w jeden nieznośny hałas, wir dźwięków, od którego kręciło się w głowie. Dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że jej lewe ucho kompletnie nie rejestruje odgłosów.

Ocknęła się z letargu i skupiła na najbliższym otoczeniu. Tutaj panowała już względna cisza, przerywana jedynie cichym skomleniem umierających. Obok niej leżał cesarski gwardzista. Szabla tkwiła głęboko w jego podbrzuszu, a część twarzy była spalona do kości. Powieki nawet nie zdążyły opaść, a wysuszone gałki oczne sterczały nieruchomo, wpatrzone w pustkę. Przełknęła ślinę. Bała się odwrócić wzrok, bała się zobaczyć zamordowanych członków rodziny. Znalazła się w centrum cmentarzyska – cesarskie trupy leżały jeden na drugim, pomieszane z kilkoma poległymi Kassarami. Ich białe koszule były pokryte warstwą sadzy i zaschniętej krwi, gdzieniegdzie stopione razem ze skórą. Żaden z bliskich jej ludzi nie miał jednak na sobie czerwonej opaski, której tak usilnie szukała.

Wstała ostrożnie, podpierając się o spory konar drzewa, któremu zawdzięczała życie. Każdy ruch przypominał jej o bólu.

– Spocziwaj spokojno, cesarski hamracie – wyszeptała, składając hołd poległemu przeciwnikowi.

Bez wahania wyrwała swoją szablę z jego trzewi. Jeszcze ciepła krew chlusnęła na ziemię. Nie czuła już strachu. Tylko otępienie. Ruszyła przed siebie, snując się po pobojowisku. Mijała kolejne zwęglone ciała. Czuła, jak ból, smutek i żal mieszały się ze wspomnieniami sprzed bitwy – wspomnieniami tak odległymi, jakby należały do innego życia.

***

Kilka godzin wcześniej odpoczywali w lesie, otoczeni gęstwiną drzew. Powietrze było ciężkie, nasycone zapachem wilgotnej ziemi i dymu z wojskowych ognisk. Siedzieli w milczeniu, ze świadomością, że przegrana z poprzedniego starcia była już przesądzona. Oddziały Zjednoczonego Cesarstwa przedzierały się przez Wielką Kreszynę. Rzeka powstrzymała ich na całą noc, lecz to tylko odwlekało nieuniknione.

Było już późne popołudnie. Obóz wojskowy wokół nich tętnił życiem, ale wszyscy czuli, jak w powietrzu wisi nadchodzący koniec. Ostatni zryw. Ostatnia chwila chwały. Wojna weszła w końcową fazę. Pogromu kassarskiej armii już nie dało się zatrzymać i każdy z nich dawno się z tym pogodził. Nie wiedzieli tylko, jak długo jeszcze potrwa ta katorga. Godziny? Tygodnie? W najlepszym wypadku miesiące…

Ognisko tliło się w niewielkim kręgu ułożonym z kamieni. Płomienie lizały powietrze, rzucając tańczące cienie na pobliskie drzewa. Nad ogniem Nastia wraz z rodziną piekła upolowane wcześniej bażanty. Ich skóra skwierczała, wydzielając kuszący zapach.

Kassarzy zawsze tłumili przedbitewny stres miodem i tańcem. Niektórzy jedli w milczeniu, jakby chcieli zapamiętać smak ostatniego posiłku, inni trenowali, tnąc powietrze szablami i doskonaląc technikę strzału z łuku. Codzienne obowiązki toczyły się jak zwykle. Kobiety robiły pranie, gotowały, mężczyźni trenowali dzieci, ucząc je pojedynkowania i celności. A jednak coś było inne. Napięcie wsiąkało w powietrze jak dym z ognisk. Każdy dorosły to czuł – złowroga aura spowiła las, ciężka i duszna, jakby sama ziemia wstrzymywała oddech przed nadciągającą burzą.

Bohdanek wyskoczył na tatę z małą szabelką i zaczął siekać na prawo i lewo, uderzając z całą siłą, jaka drzemała w czteroletnim ciele. Jego ojciec cofnął się zręcznie, z łatwością parując kolejne ciosy.

– Pryjmij mój cios! – wykrzyknął chłopiec z radością.

– Ne! Ty ne mas ze mną szans! – Vasyl sparował uderzenie i lekko przekierował impet ciosu, pozwalając poczuć synowi iluzję przewagi.

– Tato! – Bohdanek zamachnął się dziarsko.

Mężczyzna cofnął się o dwa kroki, po czym teatralnie runął na ziemię, udając porażkę. Złapał syna w locie i pociągnął go ze sobą, tarzając się po miękkim mchu.

– Ratujte! Mój syn mnie pohonał! – wołał dramatycznie, zrywając przy tym boki.

Chłopczyk, nieświadomy przypadkowego sukcesu, śmiał się i okładał go małymi piąstkami po torsie. Próbował powstrzymać ojca przed złapaniem szabli i cieszył się z każdej udanej próby.

Nagle ze skraju lasu dobiegł ich głuchy dźwięk bębna wojennego. Znane im aż za dobrze rytmiczne uderzenia kassarskiego dobosza oznaczały początek bitwy. Wszyscy zerwali się na równe nogi. Przez krótką chwilę panował lekki popłoch – jedni chwytali za swoje szable, inni dopijali w pośpiechu ostatnie krople miodu. Ktoś zapinał rozchełstaną koszulę, jakby nagle jej luźny krój stał się przeszkodą w walce.

Całe napięcie oczekiwania zniknęło w jednej sekundzie. Nie było już miejsca na wątpliwości. To była ich chwila. Ostatni zryw Kassarów. Ostatnia nadzieja na obronę pobliskiej rzeki i powstrzymanie ekspansji cesarstwa.

Nastia pośpiesznie podała każdemu z członków rodziny czerwoną opaskę. Założyli je zgodnie na prawe ramię, by rozpoznać się w bitewnym chaosie. Ramię w ramię ruszyli na skraj gęsto zarośniętego lasu. Wśród tłumu pobratymców szli wszyscy: dojrzali mężczyźni, starsze kobiety, a nawet dzieci. Bohdanek kroczył dumnie u boku Vasyla, ściskając swoją małą szabelką. Ruszyli naprzeciw potędze cesarstwa w obronie wszystkich wartości, jakie wyznawali.

***

Na polu pobitewnych zgliszczy leżały splątane ciała Kassarów i gwardzistów. Wielki ogień szczególnie dotkliwie pochłonął jej lud. Walczyli jak zawsze w samych koszulach, ufając szybkości i swobodzie ruchu. Dziś ta tradycja stała się ich zgubą. Brak ochrony przed ogniem przesądził o klęsce.

Snując się po polu trupów, Nastia nagle dostrzegła czerwoną przepaskę na ramieniu jednego z poległych mężczyzn. Jej serce przyspieszyło. Ruszyła w jego stronę, lecz w pół kroku potknęła się o bezwładne ciało. Upadła ciężko na ziemię, ale ból uderzenia był niczym w porównaniu z palącym cierpieniem, które przeszyło jej ciało. Skóra zapiekła niemiłosiernie, jakby ktoś właśnie zerwał z niej cienką warstwę tkanki. Z piersi kobiety wyrwał się głośny ryk. Zwinęła się w sobie, zacisnęła pięści i wstrzymała oddech. Musiała wstać. Ból był nie do zniesienia – każdy ruch zdawał się rozrywać ją na nowo. Zebrała w sobie resztki sił i ruszyła dalej, tym razem niemal biegnąc. Czerwona opaska była teraz wszystkim. Ostatnią nadzieją.

Dopadła go i chwyciła kurczowo, niecierpliwie obracając zwęglone zwłoki. Jedna strona twarzy była czarna, spopielona, skurczona niemal do kości. Druga – prawie nietknięta, zaskakująco spokojna. Jakby połowa jego istnienia została pochłonięta przez płomienie, a druga wciąż tkwiła w świecie żywych.

Widok martwego Vasyla uderzył ją jak cios w skroń. Przez chwilę świat zawirował, nogi ugięły się pod nią, a serce zamarło w klatce piersiowej. Wiedziała, że tego dnia wszyscy mogą umrzeć. Była na to gotowa. Ale żadna matka nie jest gotowa na widok bezwładnego ciała swojego dziecka. Rozpłakała się. Łzy spływały po poparzonej skórze, a każdy ich ślad palił jak rozgrzany do czerwoności nóż.

– Wraże syny! – wykrzyknęła, zaciskając pięści.

Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Żywi, którzy jeszcze tu byli, wciąż tkwili w szoku lub myśleli tylko o ucieczce. Dopiero teraz, gdy spojrzała na pole bitwy, zrozumiała. Wielki ogień pochłonął wszystko w jednej chwili. Serce podeszło jej do gardła. Zaczęła szukać pozostałych. Panikę poczuła dopiero teraz. Jej myśli skupiły się na jednej osobie.

– Bohdanek! – krzyczała, biegnąc przez pole trupów. Z przerażenia przestała zwracać uwagę na niemiłosierny, piekący ból. W jej głowie była tylko jedna myśl: odnaleźć go.

Minęła mężczyznę z twarzą zwęgloną do czerni. Szedł powoli, jakby błądził w martwym świecie, w którym już nic nie miało znaczenia. Nawet na nią nie spojrzał. Wszyscy ocaleni wyglądali jak zjawy. Ci, którzy jeszcze żyli, błąkali się wśród zgliszczy, jakby postradali rozum. Kilkanaście metrów dalej dostrzegła ciała – jej mąż, niedaleko niego leżała zwęglona synowa. Gula stanęła jej w gardle, oddech się zatrzymał, a serce zaczęło bić szybciej. Spod jej ciała wystawała mała rączka. Bohdanek… Leżał przyciśnięty do ziemi, jego drobne ciało osłonięte ostatnim gestem matczynej miłości. Kateryna poświęciła własne życie, by ochronić syna.

Zadrżała. Przez ułamek sekundy nie mogła się ruszyć. Potem rzuciła się do przodu. Jej dłonie trzęsły się, gdy odsuwała zwęglone ciało synowej. Po chwili ujrzała niewinną twarzyczkę z zamkniętymi oczami. Szybko przyłożyła głowę do klatki piersiowej wnuka. Jego serce biło! Uderzenia były słabe, ale były! Z gardła wyrwał jej się szloch. Nie myśląc o niczym więcej, objęła chłopca i uniosła go na ręce. Ból ciała stał się nagle niczym. Nie liczyło się już nic. Tylko on. Zapomniała o cierpieniu, zapomniała o polu bitwy.

Co sił w nogach ruszyła w stronę spalonego lasu jak najdalej od tego przeklętego miejsca. Oddalała się od stosów martwych ciał, od krwi, od zgliszczy… ale obrazy, które widziała, wciąż tkwiły jej pod powiekami. Trzymała Bohdanka mocno, jakby sam dotyk jej wnuka dodawał jej sił. Ale ciało zaczynało odmawiać posłuszeństwa. Skóra kobiety była spalona, lecz mimo to czuła, jak tworzą się kolejne pęcherze. Dreszcze wstrząsały jej wychudzoną sylwetką – dziwne, przerażające zimno przenikało ją do szpiku kości. To nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia, poza nim.

Ratując wnuka, co chwilę zerkała na jego bladą twarzyczkę, wciąż szukając oznak życia. Jakiegokolwiek drgnięcia powiek, poruszenia warg, czegokolwiek. Chłopak nadal był nieprzytomny. Każdy kolejny krok był coraz trudniejszy, coraz bardziej wyczerpujący.

Otaczały ją tyczkowate, zwęglone drzewa; niektóre wciąż dymiły. Powietrze było przesycone duszącą wonią spalenizny i śmierci. Nie widziała ognia, ale czuła jego obecność – żar ukryty w popiele, iskry tlące się pod czarną warstwą zniszczenia. W zgliszczach lasu było znacznie więcej martwych rodzin. Dzieci – dziewczynki i chłopcy – leżały w bezruchu, ciała pokryte sadzą, oczy nieruchomo wpatrzone w wypalone niebo. Niektóre z nich wyglądały, jakby nadal oddychały, zawieszone gdzieś między światem żywych i umarłych. Matki musiały kazać im walczyć na tyłach, próbując uchronić je przed tragicznym losem. Nadzieja okazała się naiwna. Widok stosu spalonych dzieci przyprawił ją o mdłości. Żołądek zacisnął się w bolesnym skurczu, gardło wypełniła żółć. Oczy zaszły jej łzami, ale zmusiła się, by nie zwolnić. Jedynie myśl o Bohdanku pomogła jej powstrzymać wymioty. Nie mogła się zatrzymać.

Maszerowała przez świeże pole bitwy, a szloch wstrząsał jej ciałem z każdym krokiem. To nie była jej pierwsza bitwa w ostatnich latach, lecz była to pierwsza, która przyniosła tak tragiczne w skutkach żniwo. Nie pamiętała już, kiedy ostatni raz zwyciężyli nad cesarskimi. Od lat ich świat się kurczył, granice cofały się coraz bardziej, a Kassarzy ustępowali krok po kroku, oddając ziemię, domy, życie. Tym razem nie mieli szans. Nie dało się walczyć z wielkim ogniem, największą potęgą cesarstwa.

Szok bitewny, ból, zmęczenie i strach sprawiły, że nie zauważyła ich nadejścia. Cesarscy gwardziści zaszli ją od boku. Nim zdążyła zareagować, zimne ostrze dotknęło jej gardła. Zamarła.

– Odstaw chłopaka na ziemię, jeszcze zdążymy was uratować.

Nie tego się spodziewała. W jej świadomości cesarscy byli bezwzględnymi rzeźnikami dobijającymi konających. Nie takimi, którzy ratują. Przez ułamek sekundy się wahała. Nie chciała oddać Bohdanka. Nie mogła. A jednak… czy miała wybór? Ich sytuacja i tak była beznadziejna. Nie miało znaczenia, czy zginą teraz, czy zostaną dobici w jakimś rowie. Mimo to czuła w głębi duszy, że nie powinna tego robić. Choć jej ciało postąpiło całkiem inaczej, wbrew jej woli, jakby odruchowo. Ostrożnie się schyliła i położyła Bohdanka na ziemi. Gdy tylko dotknęła rękojeści szabli, ostrze przy jej gardle natychmiast się napięło. Uniosła broń i podała ją swoim wrogom.

– Durne chodoki. Bohdanek to bagadyr.

– Tak, tak. Bohater. – Mężczyzna skinął głową, przytakując z kpiącą wyższością. – Dla was nawet dziecko to bohater, byle tylko dać mu szablę i posłać na śmierć. – Wziął głęboki oddech, jakby napawał się własnymi słowami, po czym dodał z wyższością: – Nic dziwnego, że porównują was do dzikusów.

Jeden z gwardzistów podszedł do Bohdanka, podniósł go ostrożnie i ruszył się w stronę obozu polowego. Nastia również została tam zaprowadzona, choć przez całą drogę czuła zimne ostrze przy gardle. Podróż trwała kilkanaście minut. Po drodze gwardziści nie szczędzili sobie okrutnej przyjemności – dobijali konających Kassarów, nie okazując krzty litości. Niektórzy ginęli od kopnięć, inni od mieczy, a kilku zamordowano jej własną szablą. Oczywiście dla Nastii zabijanie kogoś, kto nie może się bronić, było jawną oznaką tchórzostwa. Kassar w tej sytuacji honorowo poczekałby, aż przeciwnik wyzdrowieje, a potem pozwoliłby mu umrzeć z bronią w ręku.

W obozie cesarskich ujrzała widok, który jej nie zdziwił – chaos. Cesarscy cyrulicy biegali w popłochu po zabłoconym gruncie, niemal przewracając się na rannych rozłożonych bez jakiegokolwiek planu. Ludzie leżeli wszędzie – w kałużach, na wilgotnej ziemi, wzdłuż namiotów. Jedni krzyczeli z bólu, inni płakali, jeszcze inni nie wydawali już żadnych dźwięków. Przed jednym z namiotów gwardzista darł się na cyrulików:

– Za mało sprzętu! Za mało leków! Za mało ludzi, cholera jasna!

Kawałek dalej dwóch rzuciło jej spojrzenia pełne pogardy i śmiechu.

– Teraz zostaniesz cesarską dziwką, chodoczko. – Jeden z nich splunął na ziemię.

Nie odpowiedziała. Nie miało to sensu.

W kompletnym zamęcie żołnierze zrywali z siebie zbroje i polewali wodą przypalone rany. Próbowali bezmyślnie ukoić ból bez pomocy cyrulików. Co chwila ktoś niósł kolejnego rannego na noszach, a jego ciało było beznamiętnie odkładane wzdłuż dróżki – jak kolejne narzędzie zużyte w bitwie.

Gwardziści przeprowadzili ją przez prowizoryczną palisadę i ruszyli w głąb obozu zbudowanego na planie koła. W samym jego centrum, w największym namiocie, rezydował jeden z białych magów. Nastia ujrzała go od razu. Stał pochylony nad rannym gwardzistą ze swoim kosturem. Na czubku drzewca znajdował się Luminax – żółty kwiat o podłużnych, zwisających liściach, który tego dnia powalił na kolana całą armię Kassarów. Drewniana główka podtrzymywała sporych rozmiarów okrągły kwiat. Roślina żarzyła się żółtawą poświatą, podobnie jak rana cesarskiego szeregowca leżącego przed czarodziejem.

Gwardzista stojący obok odchrząknął i odezwał się szorstkim tonem:

– Magu Wilhelmie, mamy młodego chłopca. Jest nieprzytomny.

Mężczyzna w białej, choć przesiąkniętej brudem i krwią, szacie dokończył leczenie rannego żołnierza i powoli ruszył w ich stronę. Jego twarz była zmęczona, oczy zapadnięte, ale w spojrzeniu wciąż tliła się siła – ta sama, która dzisiaj rzuciła jej lud na kolana. Bez słowa uniósł kostur i przyłożył kwiat do ciała Bohdanka. Roślina po chwili błysnęła na żółto, oślepiając zebranych. Serce Nastii zaczęło bić szybciej, gdyż Luminax kojarzył jej się tylko z wielkim ogniem.

Po chwili jednak jej wnuczek poruszył się niespokojnie, a następnie ociężale otworzył oczy. Mrugnął kilka razy, wpatrując się w maga. Był oszołomiony, zagubiony. Nie wiedział, gdzie jest, i nie rozumiał, co się wydarzyło.

– Bohdanek! – wyrwało się uradowanej Nastii, jednakże ostrze przyłożone do jej szyi powstrzymało chęć uściskania wnuczka.

– Tę kobietę czeka proces. Zabezpieczcie ją – polecił Wilhelm. – Chłopaka zabierzcie, a jak wyzdrowieje, to wyślijcie na pustynię. Za tak młodego niewolnika lud Jabal z pewnością dobrze zapłaci.

Kobieta zaczęła się szarpać, próbowała wyrywać się z rąk oprawców, ale ich uścisk był zbyt silny. Panicznym odruchem rzuciła się do przodu, lecz nim zdążyła zrobić cokolwiek, kajdany zatrzasnęły się na jej nadgarstkach, wbijając w skórę zimne żelazo. Było po wszystkim.

Po kilku minutach wrzucono ją na wóz. Pojazd miał przytwierdzoną metalową klatkę, taką jak dla dzikich zwierząt. Tym właśnie teraz dla nich była. Zwierzęciem. Trzask zamka przypieczętował jej los. Rozpłakała się. Nie mogła przestać myśleć o zmarłej rodzinie. O ciałach rozrzuconych po polu bitwy, o twarzach, których nigdy więcej nie zobaczy. O jej Bohdanku potraktowanym jak zwykły towar. Niewolnik. Surowiec, który można sprzedać. Koła wozu potoczyły się po ziemi, wprawiając klatkę w nieprzyjemne wibracje. Każde szarpnięcie wbijało kajdany mocniej w jej nadgarstki, ale to nie ból fizyczny był najgorszy. Nastia nie wiedziała, gdzie ją zabierają. Nie wiedziała, po co. Jej serce zostało rozdarte na myśl o chłopaku, jej ciało za to domagało się odpoczynku. Szlochała pod nosem przez kilkanaście minut. Walczyła z własnymi myślami. Nie wiedziała, czemu los pokarał ją taką traumą. Nie rozumiała, dlaczego to właśnie ona musiała oglądać te zgliszcza. Chciała po prostu umrzeć podczas bitwy jak cały jej lud. Zmęczenie i ból jednak dały się dosyć szybko we znaki. Nie wiedziała, czy mdleje, czy zasypia. Ciemność ogarnęła ją całkowicie, a czas przestał mieć nagle znaczenie.ROZDZIAŁ 2

Bianca Tirado Velez

Asmal, siedziba rodziny Velez

Bianca podeszła żwawym krokiem do zdobionego srebrnego lustra. Delikatnie uchyliła okiennicę – misternie rzeźbiony dodatek, który nadawał zwierciadłu unikalny, pustynny charakter. Całe pomieszczenie było przesiąknięte stylem ludu Jabal – pięknym i surowym zarazem.

Przeczesała włosy koniuszkami palców, a kiedy jeden niesforny kosmyk opadł jej na twarz, dmuchnęła lekko, by się go pozbyć. Uśmiechnęła się do swojego odbicia. Spojrzała w lustro i ujrzała młodą dziewczynę, czternasto-, może piętnastoletnią. Miała ciemne, kawowe włosy, podkreślające jej turkusowe oczy, i długie, ciemne rzęsy. Jej oliwkowa cera doskonale współgrała ze smukłymi ustami wysmarowanymi pszczelim woskiem o intensywnym śliwkowym odcieniu. Całą jej dziecięcą, pustynną urodę dopełniał delikatnie szpiczasty nos, który zwężał się ku dołowi, zachowując idealne proporcje względem reszty twarzy. Subtelne krzywizny nosa gładko przechodziły w wysokie, wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Bianca raz jeszcze uniosła kącik ust, zadowolona z tego, co widzi, po czym zamknęła okiennicę i skierowała się na niższą kondygnację budynku.

Zawsze, gdy schodziła po schodach, przeciągała zewnętrzną stroną długiego paznokcia po ścianie. Był to jej nawyk, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. W domach ludu Jabal ściany pozostawały gładkie, chłodne i puste. Całe zdobienia skupiały się na meblach, tkaninach i ubraniach, więc nikt nie dostrzegał delikatnych rys pozostawionych przez jej paznokcie.

Może to właśnie ze względu na aurę ciepła nikt nie zdobi tych ścian? Chociaż nie! Co by miała do tego temperatura powietrza? Może nie mamy tak dobrych artystów? – pomyślała dziewczyna, pokonując ostatnie kilka schodków.

Lucia siedziała na zdobionym, tapicerowanym krześle. Nie zważając na służącą, kiwnęła ręką do córki, gdy tylko ją zauważyła. Kobieta czesząca Lucię wypuściła z ręki grzebień, po czym podskoczyła lekko zestresowana. Trzymając dłonie na policzkach, spojrzała z pokorą na swoją panią. Schyliła się po grzebień i wróciła do pracy. Bianca, zbliżając się do matki, dostrzegła jej ponure spojrzenie – to samo, którym zawsze obdarzała służbę.

– Pójdziesz do Sali Kupieckiej w Pałacu Ma’bad al-Zalim. Przekażesz ojcu, że Layla wróci z wyprawy, gdy słońce będzie w zenicie – powiedziała stanowczym, ponurym tonem. – Jeden z gońców dostarczył rano list o jej położeniu. Specjalnie na polecenie twojej siostry jechał nocą.

– Jak sobie życzysz, matko. – Bianca uniosła delikatnie kącik ust, starając się nadać głosowi lekkość. – Czy wracając, mogę zajrzeć na targ? Uwielbiam zgiełk miasta. Chciałabym znaleźć coś dla Layli na powitanie. – Tym razem uśmiechnęła się już szeroko, od ucha do ucha.

Lucia z nieprzeniknionym spojrzeniem skinęła na służącą, nakazując jej wyjść. Kobieta szybko odłożyła grzebień na toaletkę i pośpiesznie wyszła z pomieszczenia. Bianca wiedziała, że nie wróży to nic dobrego. Nieśmiało odprowadziła wzrokiem służącą. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w falującą w przejściu białą zasłonę, wsłuchując się w ciszę, która nagle wypełniła pokój.

– Skąd biorą się w twojej głowie takie pomysły? – Lucia uniosła głowę z wyższością, spoglądając na córkę z lekką dezaprobatą. – Ile razy mam ci to powtarzać? Należysz do rodziny Velez! – podkreśliła. – Myślisz, że to odpowiednie miejsce dla ciebie? Nasza rodzina od wieków cieszy się szacunkiem w kręgach kupieckich – dodała bardziej stanowczo. – W kręgach kupieckich, które zaopatrują całe miasta. Nie dla nas jest przebywanie na miejskim targu wśród jakichś podrzędnych kupczyków – rzekła Lucia, cały czas spoglądając na reakcję córki. Obawiała się wpływu, jaki mogli mieć na Biancę uliczni handlarze. Drżała na myśl o nieeleganckich matactwach, sztuczkach czy kombinacjach, których mogłaby nauczyć się w takim miejscu. – Zdecydowanie to nie jest miejsce dla kogoś takiego jak ty – dorzuciła po chwili zastanowienia.

Bianca skuliła się nieznacznie, opuszczając wzrok. Nie mogła dać po sobie poznać, jak bardzo nienawidziła tej stanowczości. Lucia od razu wyczuła, że nie chodziło tylko o prezent dla siostry. Bianca zacisnęła pięści, walcząc ze sobą. Była zła, że znów nie może robić tego, co chce.

Kiedyś z nią nie wytrzymam – pomyślała i przygryzła wnętrze policzka. Uwielbiała gwar miasta, jego zgiełk, chaotyczny rytm. Uliczna kultura pulsowała życiem – zupełnie innym niż chłodne, zdystansowane korytarze jej domu. Tam czuła, że żyje. Jednak nie miała wpływu na decyzje matki. Jak zawsze potulnie oddaliła się z pokoju, aby wykonać powierzone zadanie.

***

Przed Biancą rozciągała się długa droga przez miasto. Musiała dotrzeć do Pałacu Magów, który wznosił się w samym sercu miasta – monumentalny, owiany tajemnicą, pełen intryg. Przechodząc przez podwórze, kątem oka dostrzegła swojego brata, Karima. Ćwiczył szermierkę z instruktorem, a jego ruchy były precyzyjne, wyważone. Ostatnio niemal nie rozstawał się z mieczem – to zajęcie pochłaniało cały jego wolny czas.

– Sama chętnie poćwiczyłabym szermierkę… – wyszeptała do siebie, ledwie poruszając ustami.

Pałac w zasadzie zaczynał się już na placu modlitewnym. Olbrzymi, wybrukowany teren otaczało szesnaście smukłych wieżyczek, strzegących jego granic jak kamienni strażnicy. W samym centrum placu wznosiła się mównica ze schodami prowadzącymi z każdej strony – serce, z którego rozbrzmiewały słowa wiary, władzy i prawa. Plac zbudowano na planie koła, a kilka szerokich wejść prowadziło w różne części miasta. Jedno z nich otwierało drogę do Pałacu Magów.

Wznosił się nad miastem jak kamienny kolos – jedna centralna wieża, otoczona przez kilkanaście potężnych kondygnacji, połączonych misternie z jej podstawą. Struktura przypominała gigantyczne koncentryczne pierścienie, które zdawały się wrastać w ziemię i jednocześnie sięgać nieba. To właśnie w jednej z tych kondygnacji, w Sali Kupieckiej, najczęściej można było znaleźć ojca Bianki.

Było to miejsce, gdzie dopinali interesy kupcy z wyższych sfer. Ludzie, którzy nie bali się rozmachu w skali całego kraju. Fahad i jemu podobni zaopatrywali w surowce miasta, klany i armie. Nie trudnili się detalicznym handlem. Ich towar trafiał w ręce innych kupców – tych, którzy później wnosili go na ulice.

Rozmowa z ojcem, jak zwykle, była krótka i konkretna, ale tym razem przyjemniejsza i ciekawsza niż z matką. Bianca szybko załatwiła swoje sprawy, a potem, korzystając z okazji, spróbowała namówić go na lekcje szermierki.

– Tato, tak przy okazji… – Spuściła głowę i utkwiła wzrok w podłodze, jakby ta nagle stała się wyjątkowo interesująca. – Chciałabym mieć lekcje szermierki. Tak jak Karim.

Fahad uniósł brew.

– Twój brat dostaje lekcje, bo jest mężczyzną. – Jego głos był surowy, ale kącik ust drgnął mu w lekkim uśmiechu. – Nie widzę powodu, by wzbudzać w tobie męskie odruchy.

– Ale tato… – Bianca westchnęła, ale w duchu już czuła, że to nie będzie takie trudne, jak z matką. Wiedziała, jak go przekonać. – Zawsze robię to, co mi każecie, jestem posłuszna. Staram się, jak mogę. Zresztą takie lekcje to nie tylko rozrywka. To dobra nauka. Jeśli kiedykolwiek znalazłabym się w niebezpieczeństwie…

– Wiesz, że matka będzie wściekła, gdy się dowie. – Zamyślił się przez dłuższą chwilę, jakby analizował sytuację. – Utrzymaj to jak najdłużej w tajemnicy. Zgadzam się.

Bianca poczuła, jak radość rozlewa się po jej ciele niczym ciepła fala. Ojciec zawsze nagradzał posłuszeństwo i wykonywanie powierzonych jej obowiązków. Ekscytacja kłębiąca się w umyśle nastolatki doprowadziła ją tam, gdzie zawsze. Na targ.

Targ był zatłoczony, pulsujący życiem. W powietrzu unosił się zapach ulicznego jedzenia – pieczonego mięsa, świeżo wypiekanego chleba, korzennych przypraw. Zapachy przenikały się, tworząc intensywną, oszałamiającą mieszankę. Na stoiskach można było znaleźć wszystko – chrupiący chleb, gęsty, złocisty miód, orzechy, granaty, limonki, niezliczone odmiany cebul. Mięso? To najlepiej kupować w formie żywego inwentarza.

Największym powodzeniem cieszyły się tkaniny – jedwabie, barwione lny, bogato zdobione szale – oraz wyroby z odległych krain centralnych, które przyciągały kupców niczym magnes. W gęstym tłumie łatwo było natknąć się na złodziejaszków, którzy niczym nie wyróżniali się spośród przechodniów. Bianca z pełną więc świadomością nie zabrała ze sobą żadnych pieniędzy.

Tego dnia większość rozmów na targu krążyła wokół wieczornych walk na arenie. Mieszkańcy żywo dyskutowali o nowym gladiatorze, schwytanym na stepach daleko na wschód od cesarstwa. Biedak został przewieziony na drugi koniec świata i zmuszony do walki na śmierć i życie – ku uciesze tłumu.

Bianca nie dostrzegała w tym niczego dziwnego. Tak funkcjonował ich świat. Lud Jabal słynął z handlu. Ich bogactwo opierało się zarówno na rzeźbionych arcydziełach rzemieślników, jak i na żywym towarze. Niewolnicy byli na pustyni walutą, symbolem statusu, wartością, którą dało się zmierzyć. Im więcej ich posiadałeś, tym większy miałeś wpływ. Ich lud pokochał system niewolniczy do tego stopnia, że cały świat zjeżdżał się tutaj, by handlować ludźmi.

Mijając kolejne wąskie alejki i stragany, natknęła się na stoisko pełne cesarskiej biżuterii. Pozłacane pierścienie, ciężkie naszyjniki, delikatne bransoletki, spinki do włosów wysadzane kamieniami, kolczyki o misternych wzorach. Każdy przedmiot był małym dziełem sztuki. Serce zabiło jej szybciej. Chciała to mieć. Najlepiej tu i teraz. Sięgnęła po jeden z kolczyków i zaczęła go oglądać, gdy nagle poczuła czyjąś rękę na ramieniu.

– Panienka mogłaby odłożyć to na swoje miejsce?

Głos był chłodny, pełen wyuczonej uprzejmości, pod którą kryła się jawna kpina. Bianca podniosła wzrok, a jej oczom ukazał się Mulat, łysy kupiec ze złotym przednim zębem. Jego spojrzenie było aroganckie, a sposób, w jaki wymawiał słowa „panienka”, był w tym aspekcie raczej obelgą.

– Tak, tak… – Zawahała się przez chwilę, ściskając kolczyk w palcach. – Już odkładam.

– Panienka wybaczy, ale nie wygląda panienka na kogoś, kogo stać na coś takiego. – Kupiec uśmiechnął się kpiąco, błyskając złotym zębem. – Jeszcze śmiałbym pomyśleć, że zamierzałaś to ukraść.

Bianca zamarła. Spojrzała odruchowo za swoje prawe ramię, potem za lewe. Nie miała nikogo, kto natychmiast by się odezwał i przywołał kupca do porządku. Odwróciła się do niego z lekkim zdziwieniem, jakby dopiero teraz uświadomiła sobie swoją pozycję.

– Ach… tak – mruknęła cicho. – Nie ma ze mną żadnej służby.

Kupiec nie odpowiedział. W tym momencie przy jego straganie pojawili się zbrojni. Jak zawsze o tej porze, zbierali od kupców daninę na rzecz czarnych magów. Była ceną za wolność od cesarstwa, za możliwość posiadania niewolników i wszelkie korzyści, jakie się z tym wiązały. Nikt nigdy się tej daninie nie sprzeciwiał, choć była dosyć wysoka. Nawet jak na standardy stolicy pustyni, drugiego najbogatszego miasta na świecie. Bianca wykorzystała sytuację, by ulotnić się z tego miejsca i uniknąć dalszej, niezręcznej rozmowy z dziwnym kupcem.

Nie zdążyła zrobić nawet kilku kroków, gdy nagle coś – albo ktoś – uderzyło w nią z impetem. Rozległo się głuche łupnięcie, a świat wokół niej zawirował. Poczuła jedynie gwałtowne szarpnięcie, a jej umysł zarejestrował tylko pierwszy moment utraty równowagi. Nie pamiętała, co się stało przez ostatnie kilka chwil. Jakby sam Memfid wyrwał jej z umysłu część wspomnień. Czuła tylko pulsujący ból w skroniach i szorstką, piekącą skórę na zdartych łokciach.

– Hej. Nic ci nie jest?

Siedziała na kamiennym chodniku, a przed sobą zobaczyła chłopaka w podobnym wieku. Rozejrzała się wokół. Tłum przechodził obok, jakby była niewidzialna.

– Nie. Nic mi nie jest. – Wzdrygnęła się i złapała się za głowę. – Co się stało?

– Wyskoczyłaś nagle ze straganu i wpadłaś na mnie. Przewróciliśmy się i… – Przerwał na chwilę i podrapał się po swoich czarnych włosach. – Chyba zemdlałaś. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Bianca zmrużyła oczy.

– To nie wiesz, czy zemdlałam? – Jej głos zabrzmiał ostrzej, niż zamierzała. Pokręciła głową i uniosła podbródek. – A tak poza tym to twoja wina. Gdybyś tu nie stał, nic by mi się nie stało. – Odruchowo podniosła głos jak na jednego ze służących.

– Tak, tak. Przepraszam – speszył się.

Chłopak pomógł jej wstać, a nawet poczęstował ją kilkoma łykami zimnej wody ze swojego bukłaka. Po chwili jednak zniknął w tłumie bez pożegnania i zostawił Biancę samą na ulicy. Rozglądała się przez chwilę za nim, lecz brak efektów sprawił, że szybko zrezygnowała. Obróciła się w stronę uliczki, która prowadziła do domu.

Nagle poczuła dziwnie znajomy dotyk na ramieniu. Obróciła się zdezorientowana, a jej oczom ukazał się zdenerwowany kupiec ze stoiska z biżuterią i kilku zbrojnych.

– Eee…? Coś nie tak? – zapytała, czując, jak jej serce zaczyna bić szybciej.

– „Nie tak”?! Złodziejka! – krzyknął stanowczo, a na targu zapadła kompletna cisza. Wszyscy w okolicy skupili swój wzrok na nich.

– Ale ja przecież nic nie ukradłam. – Podświadomie rozłożyła szeroko ręce. – Skąd panu to przyszło do głowy? – Otworzyła szeroko oczy w wyraźnym zdziwieniu.

– Nic nie ukradła. – Kupiec przewrócił oczami, jakby miał już dość tego przedstawienia. – Na Memfida! A ten kolczyk to co?! – Wskazał energicznie palcem na wybrukowaną ścieżkę. – Oddawaj drugi!

Bianca spojrzała w dół. Na ziemi, tuż przy jej stopie, leżał kolczyk, który wcześniej oglądała. Ale przecież ona go nie ukradła.

Skąd on się tam wziął? – pomyślała, rzucając ciekawskie spojrzenie na kupca i na zbrojnych. Jej twarz zrobiła się czerwona ze wstydu, złości i strachu. Nie przejęła się teraz tym, jak wygląda i jak ją postrzegają. W końcu nikt, kogo znała, jej nie widział. Bez dłuższego zastanowienia rzuciła się do ucieczki, popychając kilku zaskoczonych przechodniów. Jej serce zaczęło mocno bić, gdy słyszała biegnących za sobą zbrojnych. Strąciła w tłumie dwie kobiety na ziemię. Do jej uszu dotarł dźwięk tłukącego się naczynia. Nie miała czasu na wyrzuty sumienia.

Skręciła w pierwszą lepszą uliczkę i przyspieszyła. Czuła strach podsycany przekleństwami rzucanymi w jej kierunku przez napastników. Minęła kilka szerokich uliczek. Zdecydowała się skręcić w jedną z bardzo wąskich i ciemnych ścieżek między wysokimi, gęsto zabudowanymi budynkami. Znała to miasto jak własną kieszeń, lecz tutaj nigdy nie była. Powietrze nagle stało się chłodniejsze, a wilgoć osiadła jej na skórze. Wysokie mury zacieniały przejście, a ulice wydawały się opustoszałe, ponure, obskurne. I wtedy poczuła dreszcz na plecach. Coś było nie tak.

Przestrzeń była tak ciasna, że ledwie mogły się tu zmieścić obok siebie dwie osoby. A właśnie dwie stały kilkanaście kroków przed nią, rozmawiając w półcieniu. Jeden z mężczyzn wyglądał dosyć szemranie. Drugi natomiast był dziwny, jakiś taki… podekscytowany. Wiele więcej nie mogła dostrzec przez te kilka sekund. Pochyliła się w biegu, a gdy mijała mężczyzn, chwyciła ich za ręce i uniosła je, jednocześnie rozpychając ich na boki. Zaskoczeni, nawet nie zdążyli zareagować. W powietrze wzbiły się długie, poszarpane liście – jeden z mężczyzn najwyraźniej coś sprzedawał drugiemu.

Nie zastanawiała się nad tym. Wybiegła na szeroką ulicę. Skręciła gwałtownie i wbiegła w kolejną wąską uliczkę. Ta okazała się jeszcze węższa, jeszcze bardziej klaustrofobiczna. Tu ledwie mieściła się jedna osoba. W panice krzyknęła na przechodnia, który był przed nią. Nie obracała się jednak za siebie. Mimo że z tyłu było dziwnie cicho. Mężczyzna odruchowo przykleił się plecami do ściany i przepuścił dziewczynę.

Po chwili Bianca zwolniła, a następnie się zatrzymała. Ciekawość nie dawała jej spokoju. Obróciła się za siebie i jej oczom ukazał się przekomiczny widok. Zbrojny mijał mężczyznę, a dziewczyna dostrzegła, jak ten podkłada mu nogę. Gruchot metalu naramienników odbił się echem od ścian, gdy żołnierz z impetem walnął o bruk. Bianca parsknęła śmiechem, zasłaniając dłonią usta. Nie zauważyła zaskakującego faktu – to był jedyny zbrojny w uliczce. Nikt więcej już jej nie gonił. Żołnierz zaczął podnosić się wściekły z ziemi. Łysy jegomość z wąsem, który jej pomógł, uśmiechnął się teraz do Bianki.

Poprawił sztylet przy swoim pasie i pokazał jej kciuka do góry. Uśmiechając się, kopnął zbrojnego w tyłek, by ten znów padł na ziemię. W okamgnieniu rzucił się do ucieczki w drugą stronę wąskiej uliczki. Dziewczyna stała jak wryta i patrzyła, jak zbrojny zrezygnował z gonitwy za niesłusznie oskarżoną złodziejką. Zamiast tego zerwał się i pobiegł za tamtym mężczyzną.

***

Minęło zaledwie kilka chwil od szalonego pościgu, gdy Bianca wchodziła, jak gdyby nigdy nic do swojego domu – małego pałacyku z podwórzem otoczonym wysokim bazaltowym murem. W środku wiele się nie zmieniło. Jej brat nadal ćwiczył szermierkę, a na nią już czekała matka.

Kolejna lekcja, dawana osobiście przez Lucię, była niepokojąco nużąca. Od najmłodszych lat uczono ją handlu i targowania się, zarządzania towarami i niewolnikami. Uczyła się czytać, pisać, liczyć. Znała już zasady rynków, cen, układów kupieckich. Ale to wszystko było dziełem wynajętych nauczycieli – ludzi, których można było kupić za odpowiednią cenę, tak samo jak towary, którymi handlowała jej rodzina. Jednym z nich był Sigmor – znany na całe Asmal, a może i całą pustynię Harr, kostiumograf. Był prawdziwym znawcą tkanin, mistrzem materiałów, stylistą ubioru.

Teraz miał pojawiać się też instruktor fechtunku, ale lepiej, żeby Lucia jeszcze o tym nie wiedziała. Jedynymi zajęciami, które matka przeprowadzała osobiście, były lekcje tak zwanej dyplomacji nieformalnej. W dużym uproszczeniu matka uczyła Biancę, jak wykorzystać swoją urodę i inteligencję w interakcjach z mężczyznami. Nie po to, by im zaimponować, lecz by wywrzeć na nich wpływ polityczny.

Domowa sala lekcyjna była chłodna i zaciemniona. Do środka wpadało zaledwie kilka promyków słońca przez białą zasłonę w małym oknie przy suficie. Ściany były gładkie i puste jak w każdym pomieszczeniu. Tylko na środku sali znajdował się misternie haftowany dywan. Na zdobionym pokryciu podłogowym ustawiona była fajka wodna, z której czasami palił ojciec. Dookoła dywanu poukładane były poduszki. Cały stos poduszek zasłaniający niemalże całą podłogę. Większość z nich była głównie w białym i szarym kolorze, jednakże można było dostrzec kilka żółtych, zielonych i czerwonych.

Matka przechadzała się zamyślona wokół dywanu, podczas gdy Bianca siedziała między poduszkami ze skrzyżowanymi nogami. W pomieszczeniu obok, za kolejną białą zasłoną, w pośpiechu pałętała się niewolnica, szykując wszystko, co będzie potrzebne do lekcji. Były to głównie przeróżne starannie poskładane ubrania.

– Czego będę się dzisiaj uczyła? – spytała niepewnie Bianca.

– Dzisiaj, moja droga, przećwiczymy kilka rzeczy. W zasadzie powtórzymy to, co już potrafisz, a na koniec sprawdzimy, jak ci idzie dobieranie ubioru do sytuacji. Zacznijmy od… – zamyśliła się na chwilę – zwrócenia na siebie uwagi. Jak to zrobisz?

– To zależy od sytuacji – odparła ostrożnie.

– Wymyśl sobie coś. Chcę, żebyś się dzisiaj wykazała pełną inwencją twórczą.

– No dobrze. – Dziewczyna zaczęła niemalże recytować. – Załóżmy, że znajduję się na spotkaniu handlowym w Sali Kupieckiej. Z pewnością ubiorę burkę, aby okazać szacunek innym mężczyznom. Moje ubranie nie będzie się wyróżniało wśród pozostałych kobiet. – Przerwała na chwilę i wzięła głęboki oddech. – Wszystkie będą miały zakryte całe ciało. Oczywiście mogę podkreślić jedyną widoczną część twarzy, ale wszystkie kobiety zrobią to samo, więc makijaż oczu nie zapewni mi wyróżnienia. Atutem będzie zapach. Mogę wykorzystać mieszankę przeróżnych olejków eterycznych, żywic, a nawet przypraw. Zdolna kobieta potrafi wyrobić idealną mieszankę zapachową z popularnie dostępnych składników. Sama staram się jednak wykorzystywać te same na każdą okazję. Pozwala mi to wzbudzić miłe wspomnienia w rozmówcy podczas kolejnych spotkań.

– Konkrety – ponagliła ją Lucia, machając ręką.

– Zdecydowałabym się na mieszankę jaśminu, szafranu i benzoesu. Jednakże w tej sytuacji to nie zapach pomógłby mi uzyskać sukces. Tym razem zachowanie. Z pewnością każda kobieta będzie raczej cicha i posłuszna. Natomiast ja muszę zrobić coś zaskakującego. Podczas takiego spotkania spróbowałabym potencjalnego wspólnika oczarować żartem i skupić na sobie lekką uwagę – zaczęła mówić pewnie i żwawiej. – Później skupiłabym się na nawiązywaniu innych znajomości i zostawiła przedsmak rozmowy ze swoim celem w głowie. Myślę, że w pewnym momencie udałabym niezdarę, oblewając się czymś. Nieistotne czym. W każdym razie zmusiłabym się chociaż do odsłonięcia twarzy i włosów. Bez zwracania uwagi na mój drobny wypadek zwyzywałabym niewolników, że nie mają nic do okrycia na zapas i jednocześnie zwróciłabym na siebie uwagę trzykrotnie.

– Zaczynasz mówić chaotycznie. Tam też będziesz tak mówić?

– Przykułabym uwagę jako słodka niezdara… – Bianca zapowietrzyła się zestresowana, gdy matka przerwała jej wypowiedź. Po chwili kontynuowała już spokojniej. – Oraz zdecydowana i pewna siebie zarządczyni. Jako piękna, młoda kobieta z długimi kawowymi włosami i złotymi kolczykami. – Ponownie przerwała i wzięła głęboki oddech. – Następne podejście do potencjalnego wspólnika zrobiłabym dopiero kilka dłuższych chwil po tej wymuszonej scence.

Lucia stała i w bezruchu wpatrywała się w córkę, od czasu do czasu kiwając głową z niesmakiem na ustach, by na koniec lekko się uśmiechnąć.

– Dobrze, dobrze. Nie musisz kontynuować, reszta w twoim stylu. Udawana pewność siebie. Głośna, krzykliwa, działająca bez namysłu. Powiedz mi za to: jakie ten twój plan ma wady? – zapytała córkę.

– Ten plan… – Ucichła na dłuższą chwilę, zagryzła wargę i spuściła głowę. – Ten plan nie ma żadnych wad, jeśli spełni odpowiednie warunki. Musi to być nowe miejsce i nowi ludzie. Czegoś takiego nie mogę zainicjować więcej niż raz. Myślę, że jeśli nie zrobię dobrego pierwszego wrażenia, to skończy się to źle. Wyjdę tylko na idiotkę, która nie ubiera się odpowiednio. Do tego na niezdarę. Ale… na kupieckim spotkaniu nie ma dużego pola do popisu, więc ten pomysł jest wystarczająco dobry, by przykuć uwagę swoją osobą. Pozwala szybko zyskać przewagę nad innymi kobietami i do tego sprawić, by wszystko wyglądało naturalnie. Oczywiście ten pomysł jest dobry, tylko gdy chcę nawiązać kontakt z konkretną osobą. Gdybym była tam po informacje, raczej działałabym całkiem inaczej.

– Zgodzę się z tobą. Chociaż nie podoba mi się twój zawadiacki, prymitywny i skomplikowany tok myślenia. Przyznaję ci tym razem rację. Jesteś przygotowana do tego, by działać w sposób oryginalny i zaskakujący.

Do pomieszczenia weszła starsza niewolnica w szarym czadorze. Była w wieku Lucii i trzymała przed sobą otwartą szkatułkę z biżuterią. Za nią weszło kilka młodszych kobiet ubranych na biało. Każda z nich niosła co najmniej kilka ubrań, a ostatnie dwie niosły duże lustro. Bianca spojrzała w zwierciadło ustawione pod ścianą. Widziała swoje odbicie od stóp do głów.

– Teraz zostawiam cię tutaj ze służbą. Przyjdę niebawem zobaczyć postępy prac. Masz się przygotować na przyjazd twojej siostry. Gdy Layla i ojciec już będą w domu, z pewnością wybierzemy się całą rodziną na kazanie pod Pałacem Ma’bad al-Zalim, a następnie na arenę. Fahad z pewnością będzie chciał podczas dzisiejszego święta obejrzeć walki gladiatorów. – Cicho parsknęła śmiechem. – Pewnie już obstawił jakieś zakłady.

Po wielu przymiarkach Bianca była gotowa do wyjścia. Miała na sobie luźne szarawary w czarnym kolorze. Sięgały zaledwie przed kostki, tak by wyeksponować złotą bransoletkę na nodze z wizerunkiem węża – bardzo popularnego w tych stronach. Na górę wybrała bluzkę lekko odsłaniającą brzuch z luźnymi przezroczystymi, ciemnymi rękawami, ozdobioną złotymi cekinami. Całość podkreśliła czerwonymi espadrylami na nogach i długą chustą przewiązaną od łokcia do nadgarstka.

Chusta w zasadzie niezbyt pasowała, ale idealnie nadawała się do nakrycia głowy podczas kazania. Włosy pozostawiła rozpuszczone, jednakże wsunęła w nie nad uchem złotą spinkę. Również z wizerunkiem węża. Bianca nie zamierzała zakrywać całego swojego ciała pomimo wizyty w Pałacu Magów. Była skupiona na walkach gladiatorów i klimacie z nimi związanym.

Do pokoju niespodziewanie weszła Layla, a zaraz za nią Lucia. Zabawne, że matka już wyglądała na zdenerwowaną, podczas gdy jej druga córka była ubrana bardzo podobnie, z odróżnieniem kolorystycznym. Siostra nastolatki, w przeciwieństwie do Bianki, nie unikała słońca. Jej ciemniejsza cera lepiej zgrywała się z jasnymi kolorami. Zdecydowała się jednak na nieco praktyczniejsze buty w postaci sandałków i brak chusty na twarz. Jedna z niewolnic, która weszła za nimi, trzymała jej chustę w dłoni. Nawet pobyt w Zjednoczonym Cesarstwie nie oduczył jej wysługiwania się niewolnicami.

– Witaj, moja mała siostrzyczko. – Layla uśmiechnęła się radośnie.

Bianca bez namysłu rzuciła się jej w ramiona i uściskała z całych sił.

– Jak pobyt w cesarstwie? Opowiadaj! Ludzie są tam tak dziwni i inni, jak mówią? Naprawdę nie mają tam słońca? Ciężko było się przedostać z powrotem na pustynię Harr? Naprawdę cesarz nie przepuszcza nikogo przez granicę?

– Cisza! – uniosła się zirytowana matka. – Nie mamy teraz czasu na takie opowieści. Musimy wyruszać. Z pewnością ojciec i Karim czekają już na nas na Placu Świątynnym.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij