Grzybiarka - ebook
„Grzybiarka” to opowieść mroczna, gęsta, przejmująca, a zarazem zaskakująco precyzyjna w rozpoznawaniu mechanizmów zła. Nie chodzi tu wyłącznie o zbrodnię, choć zbrodnia stanowi oś fabularną. Chodzi o to, co zbrodnię poprzedza, co ją uzasadnia w oczach sprawcy i co zostaje po niej w ludzkiej pamięci. Książka została utworzona z pomocą AI
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8455-872-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Nieczęsto trafia się powieść, która od pierwszych stron działa jednocześnie na trzy rejestry: na nerwy, na sumienie i na intelekt. Jeszcze rzadziej zdarza się książka, która potrafi połączyć rytm rasowego kryminału z gęstością reportażu, psychologiczną przenikliwością i teologicznym niepokojem. Ta właśnie taka jest. To opowieść mroczna, gęsta, przejmująca, a zarazem zaskakująco precyzyjna w rozpoznawaniu mechanizmów zła. Nie chodzi tu wyłącznie o zbrodnię, choć zbrodnia stanowi oś fabularną. Chodzi o to, co zbrodnię poprzedza, co ją uzasadnia w oczach sprawcy i co zostaje po niej w ludzkiej pamięci. A to już obszar znacznie trudniejszy i znacznie ciekawszy niż samo pytanie: kto zabił.
Największa siła tej książki polega na tym, że nie zadowala się prostą konstrukcją sensacyjną. Owszem, mamy tu wszystko, czego czytelnik oczekuje od świetnego kryminału: narastające napięcie, konsekwentnie budowany szlak zbrodni, charyzmatycznego śledczego, ślady rozsiane z zimną wyrachowaną logiką, oraz coraz bardziej klaustrofobiczne poczucie, że mordercy są zawsze o krok przed tymi, którzy próbują ich zatrzymać. Ale pod tą warstwą pulsuje coś głębszego. To książka o tym, jak zło organizuje sobie język. Jak wchodzi w rytuał. Jak przywdziewa maskę wiary, troski, pocieszenia, bliskości czy niewinnej codzienności. I jak chętnie ludzie wierzą w te maski, zwłaszcza wtedy, gdy są samotni, porzuceni, zawstydzeni albo zwyczajnie zmęczeni życiem.
Autor bardzo dobrze rozumie coś, co od dawna wiedzą zarówno psychologowie sądowi, jak i teologowie zajmujący się złem moralnym: prawdziwe zło rzadko przychodzi z rykiem. Znacznie częściej przychodzi cicho. Przysiada się do stolika. Zadaje uprzejme pytanie. Przynosi herbatę. Oferuje duchową pomoc. Wysłucha. Nie oceni od razu. Da chwilowe poczucie ulgi. A potem zacznie przejmować język ofiary, jej pamięć, jej poczucie rzeczywistości i jej nadzieję. W tej książce właśnie to jest najstraszniejsze: nie sam akt zabijania, ale wcześniejsze rozbieranie człowieka z obron, z godności, z zaufania do własnych uczuć. Morderstwo fizyczne okazuje się tu często ostatnim, niemal technicznym etapem procesu, który zaczął się dużo wcześniej — od manipulacji, od odczytania cudzej samotności, od moralnej deprawacji przebranej za czułość lub duchowy autorytet.
Osobny podziw budzi sposób sportretowania pary sprawców. To jedne z bardziej przekonujących, a przy tym niepokojąco wiarygodnych postaci, jakie można spotkać we współczesnej polskiej prozie gatunkowej. Autor nie poprzestaje na prostym przeciwstawieniu „potwora” i „wspólniczki”. Dostajemy dużo bardziej złożony układ zależności: relację opartą na wzajemnym pasożytowaniu, rywalizacji, uzależnieniu i chorym współtworzeniu sensu. Ich wspólnota nie jest romantyczna, nie jest nawet klasycznie przestępcza. To rodzaj liturgii dwojga ludzi, którzy wzajemnie wzmacniają swoje najciemniejsze impulsy. On nadaje zbrodni pozór wzniosłości, obrzędu, metafizycznego znaczenia. Ona nadaje jej rytm, katalog, pamięć, materialną postać. On potrzebuje sceny. Ona potrzebuje zbioru. On chce panować. Ona chce zatrzymywać. W efekcie otrzymujemy portret zła nie tylko czynnego, ale również systematycznego — zła, które nie wybucha, lecz uprawia się je jak ogród.
I właśnie dlatego motyw grzybów okazuje się tak literacko nośny i tak przejmujący. To nie jest jedynie efektowny, makabryczny rekwizyt. To metafora całej opowieści. Grzyb w tej książce wyrasta z rozkładu, ale nie jest samym rozkładem. Jest jego cichym świadectwem. Jest tym, co rośnie tam, gdzie coś zostało zakopane, wyparte, przemilczane. Można powiedzieć, że cała ta historia jest właśnie o takich miejscach w człowieku i w społeczeństwie — o piasku, pod którym zalegają rzeczy, o których wolelibyśmy nie wiedzieć. O tym, że natura przyjmuje wszystko: śmierć, kłamstwo, pychę, przemoc, i przerabia je na pozornie niewinne formy. To szczególnie mocny obraz w epoce mediów społecznościowych, kiedy nawet ślad po zbrodni może zostać podany w estetyce hobby, lokalnej ciekawostki albo niewinnego zdjęcia z wycieczki.
Warto zatrzymać się przy jeszcze jednym walorze tej książki: przy znakomitym wykorzystaniu pejzażu. Polskie Wybrzeże zostało tu pokazane w sposób daleki od folderowej tandety. Nie ma tu wakacyjnej pocztówki, nie ma banalnej nostalgii, nie ma taniego sentymentalizmu. Jest za to listopadowe, opustoszałe, surowe wybrzeże — przestrzeń, która sama w sobie jest liminalna, graniczna, zawieszona między lądem a wodą, życiem a rozpadem, sezonem a martwym czasem po sezonie. To krajobraz idealny dla opowieści o ludziach, którzy żyją na granicy tożsamości i sumienia. Autor bardzo świadomie wybiera miejsca nieoczywiste: wydmy, porty, kempingi, opuszczone sanatoria, przesmyki, trzcinowiska, skraje lasów, klify, obrzeża promenad. To geografia psychiczna, nie tylko geografia fizyczna. Każde miejsce odpowiada jakiejś formie porzucenia, jakiejś szczelinie w świecie, do której można zsunąć ciało i o której inni szybko zapomną.
Na tym tle bardzo mocno wybrzmiewa postać śledczego. Krzysztof Zamorski nie jest superbohaterem i całe szczęście. Nie jest też jednowymiarowym zgorzkniałym policjantem, jakich literatura kryminalna wyprodukowała już na pęczki. To człowiek doświadczony, zmęczony, ale nie cyniczny. Twardy, ale nie nieczuły. Rozumie procedurę, a jednocześnie ma intuicję, bez której nie da się prowadzić spraw, w których zło nie chce być tylko złapane, ale także zrozumiane, zobaczone i nazwane. Autor trafnie pokazuje, że śledczy w tego typu sprawie nie walczy wyłącznie z przestępcą. Walczy też z własnym zmęczeniem, z bezsennością, z wdzieraniem się cudzej przemocy do własnej psychiki, z ryzykiem, że między nim a ściganymi wytworzy się niebezpieczny rodzaj relacji. To jeden z najmocniejszych elementów tej prozy: świadomość, że patrzenie w otchłań nie jest metaforą literacką, tylko codziennym doświadczeniem ludzi, którzy zawodowo muszą oglądać najgorsze odsłony ludzkiego życia.
Z perspektywy teologicznej ta książka jest równie interesująca jak z perspektywy kryminalnej. Nie dlatego, że próbuje wygłaszać morały, lecz dlatego, że bardzo dobrze pokazuje, czym jest religijna obłuda doprowadzona do postaci skrajnej. W opowieściach o zbrodni łatwo popaść w tani antyklerykalizm albo równie tani moralizm. Tutaj autor unika obu pułapek. Nie atakuje wiary jako takiej. Nie szydzi z religii. Przeciwnie — pokazuje, że to właśnie język świętości, wypaczony i użyty narcystycznie, może stać się jednym z najbardziej wyrafinowanych narzędzi przemocy. Człowiek, który chce rządzić duszami, nie potrzebuje od razu noża. Czasem wystarczy mu fraza o cierpieniu, grzechu, winie i odkupieniu. W tym sensie jest to także bardzo dojrzała książka o profanacji — nie tylko rytuału, ale i samego zaufania, jakim ludzie obdarzają tych, którzy mówią w imieniu sensu.
Jednocześnie, i to trzeba podkreślić, nie jest to powieść chłodna. Mimo całego mroku, mimo brutalności, mimo katalogu ludzkich upokorzeń i deformacji, autor nie traci z oczu ofiar. To nie są tylko „zwłoki”, „przypadki”, „materiał dowodowy”. To konkretni ludzie z konkretnym bólem, historią, naiwnością, tęsknotą, wstydem, potrzebą bliskości. Właśnie ta czułość wobec ofiar odróżnia dobrą literaturę kryminalną od literackiej nekrofilii. Tu zbrodnia nie służy epatowaniu. Służy odsłonięciu. Czytelnik ma odczuć ciężar tego, co zostało zniszczone — nie tylko biologicznie, ale relacyjnie, psychicznie, duchowo.
Czyta się tę książkę z napięciem, ale też z rosnącym poczuciem niepokoju, że opowiada ona o czymś znacznie bliższym niż wydaje się na początku. Bo „Grzybiarka” nie jest tylko historią o parze seryjnych zabójców. To również opowieść o epoce, w której każdy może stworzyć sobie personę, narrację, mikroświat znaczeń i wrzucać jego fragmenty do sieci z pozorem niewinności. O epoce, w której można latami mówić pięknym językiem i jednocześnie żywić się cudzym cierpieniem. O epoce, w której samotność stała się towarem łatwym do rozpoznania i jeszcze łatwiejszym do wykorzystania.
Jestem przekonany, że to książka ważna i mocna. Taka, która zostaje z czytelnikiem długo po odłożeniu ostatniej strony. Zostają obrazy, zostają zdania, zostaje krajobraz. Zostaje też bardzo niewygodne pytanie: ile z tego zła rozpoznalibyśmy, gdyby usiadło obok nas w barze, na ławce, w pensjonacie, pod pozorem zwykłej rozmowy? I czy naprawdę umiemy odróżnić niewinny ślad od znaku, że pod powierzchnią świata rozkłada się coś, czego nie chcemy widzieć?
To znakomita książka. Gęsta, inteligentna, odważna i konsekwentna. Kryminał, który nie boi się metafizyki. Opowieść o zbrodni, która nie rezygnuje z człowieka. I portret zła, które nie wrzeszczy, tylko rośnie cicho — jak grzyb w piasku.ROZDZIAŁ 5: MRZEŻYNO — Prom, który nie odpłynął
Mrzeżyno jest miejscem, które istnieje dzięki rzece. Rega wpada tu do Bałtyku — szeroka, leniwa, brązowa jak herbata z mlekiem — i przecina miejscowość na dwie połowy, które łączy most pontonowy, rozbierany co roku na zimę i składany co roku na lato, jakby Mrzeżyno samo nie mogło się zdecydować, czy chce być jednym miasteczkiem czy dwoma. Po zachodniej stronie Regi są pensjonaty, smażalnie i promenada. Po wschodniej — port rybacki, stocznia jachtowa i kilka budynków, które wyglądają, jakby pamiętały czasy, kiedy Mrzeżyno nazywało się jeszcze Deep i należało do Prus.
Port w Mrzeżynie to trzy betonowe nabrzeża, rdzewiejąca dźwignia, której nikt nie używał od dekady, i cztery kutry rybackie, z których dwa pływały, jeden służył za magazyn sieci, a czwarty — „Jantar” — stał odwrócony dnem do góry na suchym doku od trzech lat, czekając na remont, którego nikt nie planował, bo właściciel umarł, spadkobiercy mieszkali w Norwegii i nie odpowiadali na listy.