-
nowość
Gwiazdozbiór Psa - ebook
Gwiazdozbiór Psa - ebook
Wkrótce film w reżyserii Ridleya Scotta!
W świecie po końcu świata, nadzieja staje się najodważniejszym aktem człowieczeństwa
Po globalnej epidemii grypy, która niemal doszczętnie zmiotła ludzkość z powierzchni ziemi, Hig pozostaje jednym z nielicznych ocalałych. Jego najbliżsi – żona, przyjaciele – odeszli. Samotnie zamieszkuje opuszczone lotnisko, dzieląc hangar jedynie z wiernym psem i milczącym, uzbrojonym sąsiadem, który nie szuka kontaktu z nikim.
Codzienność Higa to rutynowe patrole starym samolotem Cessna 182 i krótkie wyprawy w góry, gdzie wśród natury próbuje odnaleźć choć namiastkę dawnego życia. Pewnego dnia z zakłóconego sygnału radiowego wyłania się coś niespodziewanego – znak, że gdzieś tam, poza znanym mu światem, może istnieć inna rzeczywistość. Ta krucha iskra nadziei popycha go do ryzykownej decyzji: wyrusza w nieznane, bez gwarancji powrotu.
„Gwiazdozbiór Psa” to historia człowieka, który – mimo straty i bólu – nie przestaje wierzyć, że warto szukać bliskości, miłości i sensu, nawet gdy wszystko wokół zdaje się temu przeczyć.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68337-03-7 |
| Rozmiar pliku: | 2,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Utrzymuję Bestię na chodzie, trzymam pod ręką zapas niskoołowiowej setki, przewiduję ataki. Nie jestem za stary, nie jestem za młody. Dawniej niewiele rzeczy lubiłem bardziej niż łowić pstrągi.
Na imię mi Hig, jedno imię. Duży Hig, jeżeli potrzebujesz dwóch.
Jeśli obudziłem się kiedyś z płaczem w środku nocy, a nie mówię, że tak było, to dlatego że pstrągi zniknęły co do sztuki. Źródlane, tęczowe, potokowe, trocie, łososie Clarka, co do sztuki.
Odszedł tygrys, słoń, małpy człekokształtne, pawian, gepard. Sikorka, fregata, pelikan (indyjski), synogarlica (turecka), pływacz. Przykre, ale. Nie płakałem, dopóki ostatni pstrąg nie odpłynął w górę rzeki w poszukiwaniu być może chłodniejszej wody.
Melissa, moja żona, była starą hipiską. Nie taką znowu starą. Dobrze wyglądała. W tej historii mogła być Ewą, ale ze mnie żaden Adam. Bliżej mi do Kaina. Nie mieli takiego brata jak ja.
Czytasz czasem Biblię? Po prostu siadasz i czytasz jak zwykłą książkę? Przejrzyj Lamentacje. Jesteśmy na tym etapie, w zasadzie. W zasadzie to lamentujemy. W zasadzie to rozpaczamy nad własnym losem.
Mówili, że na koniec po ociepleniu zrobi się zimniej. Dużo zimniej. Na razie nic z tego. Staruszka ziemia jest pełna niespodzianek, jedna duża niespodzianka za drugą nawet zanim porzuciła księżyc, który krąży i krąży jak partner ustrzelonej gęsi.
Nie ma już gęsi. Kilka. Poprzedniego roku w październiku usłyszałem po zmroku znane okrzyki i zobaczyłem je, pięć na tle chłodnego, zmytego krwią błękitu nad krawędzią dachu. Pięć przez całą jesień, tak mi się wydaje, później w kwietniu żadnej.
Kiedy nie ma słońca, ręcznie pompuję niskoołowiową benzynę lotniczą ze starej lotniskowej cysterny a jest jeszcze cysterna, która dostarczała paliwo. Więcej paliwa, niż Bestia wypali za mojego życia, jeśli ograniczę się do lokalnych wypadów, a tak ma być, tak musi być. To mały samolot, cessna 182, rocznik 1956, istne cacko. Niebiesko-kremowa. Podejrzewam, że umrę, zanim Bestia wyda ostatnie tchnienie. Kupię tę farmę. Osiemdziesiąt akrów łąk i pól kukurydzy w miejscu, gdzie z liliowych gór wciąż wypływa zimny strumień pełen pstrągów.
Wcześniej będę robił swoje rundy. Tam i z powrotem.
*
Mam sąsiada. Jednego. Tylko nas dwóch na małym wiejskim lotnisku kilka mil od gór. Teren szkoleniowy z domami dla ludzi, którzy nie zasnęliby z dala od swoich samolocików, jak golfiści, którzy mieszkają na polach golfowych. Bangley to imię z dowodu rejestracyjnego jego starego pikapa, który już nie jeździ. Bruce Bangley. Wyłowiłem go ze schowka, szukając miernika ciśnienia opon, który mógłbym zabrać na Bestię. Adres w Wheat Ridge. Ale nie nazywam go tak, bo i po co, jest nas tu tylko dwóch. Tylko my dwaj w promieniu przynajmniej ośmiu mil, czyli na otwartej prerii dzielącej nas od pierwszych zarośli jałowców u podnóża góry. Mówię po prostu: Hej. Nad jałowcami rosną dęby a wyżej czarne drzewa. A właściwie brązowe. Ogołocone przez chrząszcze i uschnięte. Stoją teraz martwe, kołysząc się jak armia szkieletów, wzdychając jak armia duchów, ale nie wszystkie. Zdarzają się kępy zielonych drzew, którym kibicuję ze wszystkich sił. Zagrzewam je do walki tu, na płaskowyżu. Dalej Dalej Dalej Wyżej Wyżej Wyżej! To nasza pieśń bojowa. Skanduję ją przez okno, przelatując nisko ponad nimi. Zielone kępy z roku na rok są coraz większe. Życie przetrwa, wystarczy mu odrobina zachęty. Mógłbym przysiąc, że mnie słyszą. Machają w odpowiedzi, machają w przód i w tył pierzastymi ramionami spuszczonymi wzdłuż pni, przypominają mi kobiety w kimonach. Kroczki małe albo żadne, falujcie falujcie opuszczonymi dłońmi.
Wspinam się tam, kiedy tylko mogę. Do zieleńszej części lasu. Zabawnie to brzmi: nie muszę przecież zmieniać żadnych planów. Idę tam oddychać. Innym powietrzem. To niebezpieczne, to przypływ adrenaliny, bez którego mógłbym się obejść. Widziałem ślad łosia. Nie taki stary. O ile są tu jeszcze łosie. Zdaniem Bangleya, nie ma mowy. Jest mowa, ale. Nigdy żadnego nie widziałem. Za to mnóstwo jeleni. Biorę trzysta ósemkę, zabijam łanię i targam ją z powrotem w kadłubie kajaka. Odpiłowałem wierzch, więc teraz to sanie. Moje zielone sanie. Jelenie zostały, tak jak króliki i szczury. Nadal rośnie trawa, najwyraźniej to wystarcza.
Zanim tam pójdę, robię dwa kursy Bestią. Jeden w dzień, jeden w nocy w goglach. W goglach całkiem nieźle widać między drzewami, o ile nie są zbyt gęste. Ludzie wyglądają jak pulsujące zielone cienie, nawet gdy śpią. Lepsze to niż wcale nie sprawdzić. Potem robię pętlę na południe i wschód, wracam od północy. Trzydzieści mil, przynajmniej dzień drogi dla koczownika. Wszędzie otwarta przestrzeń, wszędzie równiny, szałwia i trawa i krzewy i stare farmy. Brązowe kręgi pól niczym odciski kuli inwalidzkiej płowiejące na prerii. Żywopłoty i wiatrochrony, połowa drzew połamana, powalona, kilka wciąż zielonych nad wysiękiem lub wzdłuż strumienia. Potem mówię Bangleyowi.
Dwie godziny ciągnę puste sanie przez osiem mil prerii, później jestem kryty. Jeszcze mogę się ruszać. Ale czeka mnie długi powrót z łanią. Przez odkryty teren. Bangley osłania mnie od połowy drogi. Wciąż jeszcze mamy krótkofalówki, które udaje się naładować, używając paneli. Japońska konstrukcja, na szczęście. Bangley rozstawił karabin snajperski cheytac kaliber .408 na własnoręcznie zbudowanej platformie. I dalmierz. Taki fart. Fanatyk broni. Naprawdę wredny fanatyk broni. Twierdzi, że potrafi zabić człowieka z odległości mili. Już to robił. Widziałem nieraz. Zeszłego lata zastrzelił dziewczynę, która goniła mnie na otwartej przestrzeni. Młoda dziewczyna, chucherko. Usłyszałem wystrzał, zatrzymałem się, zostawiłem sanie i zawróciłem. Odrzuciło ją na skałę. Zamiast talii miała dziurę, rozerwało ją niemal na pół. Oddychała ciężko, dysząc z wykręconą na bok głową. Czarne, lśniące oko patrzyło na mnie bez strachu, tylko pytająco, natarczywie, jakby ze wszystkich rzeczy, jakie widziało, ta jedna była nie do wiary. Właśnie tak. Bo kurwa dlaczego?
O to samo zapytałem Bangleya, kurwa dlaczego.
Mogła cię dogonić.
To co? Ja miałem broń, ona mały nożyk. Pewnie dla ochrony przede mną. Może potrzebowała jedzenia.
Może. Może poderżnęłaby ci gardło w środku nocy.
Wpatrywałem się w niego, myśli poniosły go gdzieś daleko, gdzie środek nocy, ja i ona. Jezu. Mój jedyny sąsiad. Co mam powiedzieć Bangleyowi? Wiele razy ratował mi skórę. Ratowanie mi skóry to jego praca. Ja mam samolot, więc patrzę, on ma broń, więc strzela. Wie, że ja wiem, że on wie: on nie potrafi latać, ja nie mam serca do zabijania. Inaczej pewnie ostałby się tylko jeden z nas. Albo żaden.
Jest ze mną jeszcze Jasper, syn Daisy, a to najlepszy system wczesnego ostrzegania.
Więc kiedy znudzą nam się króliki i rybki ze stawu, idę po jelenia. Najbardziej chcę po prostu tam pójść. To uświęcone, chłodne miejsce, jak kościół. Martwy las rozkołysany szeptami, zielony las pełen westchnień. Piżmowy zapach legowisk jeleni. Strumienie, w których zawsze wypatruję pstrągów. Jednej młodej rybki. Jednego starego, dorodnego niedobitka, którego zielony cień zamajaczy na tle zielonych cieni skał.
Osiem mil odkrytego terenu do podnóża gór, pierwszych drzew. Nasze pogranicze. Strefa bezpieczeństwa. Za to odpowiadam.
Dzięki temu on może skupić siłę ognia na zachodzie. Tak rozumuje Bangley. Bo w innych kierunkach mamy trzydzieści mil, płaskowyż, ponad dobę drogi, a od pierwszych drzew na zachodzie tylko parę godzin. Rodziny mieszkają dziesięć mil na południe, ale nie stwarzają problemów. Tak ich nazywam. Około trzydziestu menonitów z chorobą krwi, która zaatakowała po grypie. Jak epidemia, ale zabija powoli. Chyba coś w rodzaju AIDS, może bardziej zaraźliwe. Dzieci przyszły z tym na świat, a choroba odbiera im siły i co roku kilkoro umiera.
Mamy pogranicze. Ale gdyby ktoś się ukrył. W starych zagrodach. W kępach szałwii. Wierzbach wzdłuż strumienia. Wyschniętych korytach z podmytymi brzegami. Kiedyś mnie o to zapytał: skąd wiem. Skąd wiem, że gdzieś na naszym pograniczu, na całym tym pustkowiu, nie czai się ktoś, kto chce nas zaatakować? Tyle że ja dużo widzę. Nie jak na dłoni, to zbyt proste, ale jak w książce, którą czytałem setki razy, może jak niektórzy dawniej Biblię. Ja bym to poznał. Niepasujące zdanie. Lukę. Dwie kropki tam, gdzie powinna być jedna. Ja wiem.
Chyba wiem: jeśli umrę – żadne Jeśli – to podczas jednej z tych wypraw w góry. Ciągnąc pełne sanie przez otwartą przestrzeń. Od strzały w plecach.
Bangley już dawno dał mi kuloodporną, jedną ze swojej kolekcji kamizelek. Ma tego chłamu na pęczki. Powiedział, że powstrzyma każdy pistolet i strzałę, ale z karabinem może być różnie, lepiej nie kusić losu. Zastanawiałem się nad tym. Oprócz rodzin jesteśmy chyba jedynymi ludźmi na przestrzeni przynajmniej kilkuset mil kwadratowych, jedynymi, którym udało się przeżyć, lepiej nie kusić losu. Więc noszę kamizelkę, bo mi w niej ciepło, ale w lecie rzadko. Kiedy ją noszę, czuję się tak, jakbym na coś czekał. Czy stałbym na peronie i czekał na pociąg, który nie przyjeżdża od wielu miesięcy? Może. Czasami właśnie tak się z tym wszystkim czuję.
*
Na początku był Strach. Wtedy już nie tyle grypa, wtedy już chodziłem, mówiłem. Nie tyle mówiłem, ale zdrowy na ciele – i na umyśle, zostawiam to waszej ocenie. Bite dwa tygodnie gorączki, czterdzieści stopni przez trzy dni, musiało usmażyć mi szare komórki. Zapalenie mózgu czy coś w tym rodzaju. Gorąco. Myśli dawniej uporządkowane, dopasowane do siebie, teraz były skonsternowane, niepewne, przygnębione, jak te kudłate norweskie kucyki, które rosyjski profesor wywiózł na Syberię, czytałem o tym przedtem. Próbował odtworzyć epokę lodowcową, mnóstwo trawy i zwierząt i mało ludzi. Gdyby wiedział, co się szykuje, znalazłby sobie inne hobby. Połowa kucyków zdechła, podejrzewam, że z tęsknoty za lasami Skandynawii, a druga połowa kręciła się przy stacji badawczej, dostawała ziarno a potem i tak zdechła. Tak czasem zachowują się moje myśli. Kiedy jestem zdenerwowany. Kiedy coś mnie dręczy i nie chce odpuścić. Są w miarę w porządku, to znaczy działają, ale często wydają się zagubione, trochę smętne, jakby zastanawiały się, czy nie powinny być dziesięć tysięcy mil stąd w miejscu, gdzie milion mil kwadratowych porastają chłodne świerki. Czasem nie mam pewności, czy moje myśli nie pierzchną w zarośla. Pewnie to nie mój mózg, pewnie to normalne w tej sytuacji.
Nie chcę się w tym pogubić: minęło dziewięć lat. Grypa zabiła prawie wszystkich, potem choroba krwi zabiła następnych. Większość z tych, którzy przeżyli, jest Niezbyt Miła, dlatego mieszkamy na płaskowyżu, dlatego każdego dnia latam na patrol.
Przez ataki zacząłem spać na ziemi. Ocalali, miałem wrażenie, że wyszukują to miejsce na mapie. Nad dużym strumieniem, zgadza się. Czyli woda, zgadza się. Musi tam być paliwo, zgadza się. Bo to dawne lotnisko, zgadza się. Każdy, kto cokolwiek przeczytał, wiedział, że działał tu model energii odnawialnej, zgadza się. Panele na każdym domu i Stacja Obsługi Lotniska zasilana głównie wiatrem. Zgadza się. Stacja Obsługi Lotniska. Mogli to nazwać po prostu: Goście, Którzy Prowadzą Lotnisko. Gdyby wiedzieli, co się szykuje, przestaliby wszystko komplikować.
Intruzi przychodzili najczęściej nocą. Przychodzili pojedynczo albo grupami, uzbrojeni w sztucery, w noże, zlatywali się jak ćmy do światła, które zostawiałem włączone na werandzie.
Mam cztery sześćdziesięciowatowe panele na domu, w którym nie śpię, więc jedna lampa LED włączona na całą noc to żaden problem.
Nie było mnie w domu. Spałem pod kocami na odkrytym terenie za nasypem jakieś sto jardów dalej. To stare lotnisko, cały teren jest odkryty. Ciche warknięcie Jaspera. To mieszaniec australijskiego psa pasterskiego, ma świetny węch. Budzę się. Daję Bangleyowi sygnał krótkofalówką. Dla niego to chyba było jak sport. Jakby w ten sposób oczyszczał umysł, jak ja w górach.
To był wysoki nasyp, zwykły kopiec ziemi, podsypaliśmy go jeszcze wyżej. Można za nim przejść. Bangley wspina się i sadowi obok mnie na górze, skąd ja patrzę już przez gogle i czuję jego chrapliwy oddech. On też je ma, gogle, właściwie ma ze cztery pary, swoje dostałem od niego. Powiedział, że przy naszym tempie diody starczą na dziesięć lat może dwadzieścia. A co potem? W zeszłym roku obchodziłem czterdzieste urodziny. Jasper dostał wątrobę (łani), ja zjadłem puszkę brzoskwiń. Zaprosiłem Melissę a ona pojawiła się jak to ma w zwyczaju w szepcie i dreszczu.
Za dziesięć lat dodatek do benzyny przestanie działać i paliwo się zestarzeje. Za dziesięć lat nie będę musiał się tym wszystkim martwić. Może.
Często, jeśli świeci księżyc albo jest jasno od gwiazd i śniegu, Bangley nie potrzebuje gogli, ma swoją czerwoną kropkę, po prostu umieszcza czerwoną kropkę na poruszających się postaciach, na tych które stoją nieruchomo, kucają, szepczą, umieszcza ją na cieniu za starym kontenerem na śmieci, celuje czerwoną kropką w czyjąś klatkę piersiową. Paf. Nie spieszy się, planuje całą serię, paf paf paf. Tuż przedtem oddycha ciężej, bardziej chrapliwie. Jakby zaraz miał kogoś zerżnąć, co w zasadzie się zgadza.
Największa grupa miała siedem osób. Słyszałem, jak Bangley liczy pod nosem, leżąc obok mnie. Szlag by to, mruknął i zachichotał jak zwykle, kiedy jest niezadowolony. To znaczy o wiele bardziej niezadowolony niż zazwyczaj.
Hig, szepnął, będziesz musiał się włączyć.
Mam półautomatyczny karabin AR-15, dobrze sobie z nim radzę, dał mi do niego noktowizor. Ja po prostu.
Zrobiłem to.
Początkową salwę przeżyło trzech a potem mieliśmy pierwszą prawdziwą wymianę ognia. Ale nie mieli noktowizorów i nie znali terenu, więc nie trwało to długo.
Tak to się zaczęło, spanie na zewnątrz. Nie zamierzałem dać się zaskoczyć w domu. Smok śpi na swoich skarbach, ale nie ja. Ja trzymam się z daleka.
Po drugim lecie zrobiło się ich mniej, jakby ktoś zakręcił kurek, kap kap. Najwyżej jeden przybysz na sezon, potem żadnych gości. Nikogo przez niemal rok a później banda czterech straceńców, którzy prawie wysłali nas na tamten świat. Wtedy zacząłem latać regularnie jak w pracy.
Teraz nie muszę spać na ziemi. Mamy swój system, jesteśmy spokojni. Strach jest jak wspomnienie mdłości. Nie pamiętasz, jak źle się czułeś ani że niemal marzyłeś o śmierci. Ale i tak to robię. Śpię na ziemi. Zimą pod stertą koców, które ważą pewnie ze dwadzieścia funtów. Podoba mi się to. Nie w zamknięciu. Nadal śpię za nasypem, nadal zostawiam zapalone światło na werandzie, Jasper nadal kładzie mi się w nogach, nadal skomle przez sen, nadal drży pod własnym kocem, ale wydaje mi się, że jest już prawie głuchy i bezużyteczny jako alarm, z czym nigdy nie zdradzimy się przed Bangleyem. Z Bangleyem nigdy nie wiadomo. Jest skryty. Może mu się nie spodobać, że dzielę się mięsem kto wie. Dla niego wszystko musi być po coś.
Kiedyś miałem książkę o gwiazdach, ale już nie mam. Pamięć mi dopisuje, ale nie do gwiazd. Dlatego wymyśliłem gwiazdozbiory. Stworzyłem Niedźwiedzicę i Koziorożca, ale chyba nie tam, gdzie ich miejsce, stworzyłem kilka dla zwierząt, które kiedyś istniały, tych, o których wiem. Stworzyłem jeden dla Melissy, całą jej sylwetkę uśmiechniętą i wysoką, spogląda na mnie z góry w zimowe noce. Patrzy, jak mróz oszrania mi rzęsy i brodę. Stworzyłem jeden dla Aniołka.
*
Melissa i ja mieszkaliśmy nad jeziorem w Denver. Tylko siedem minut od miasta, dużej księgarni, restauracji, kina, podobało nam się to. Widzieliśmy trawę, wodę, góry przez duże okno małego domku. Gęsi. Mieliśmy miejscowe stado i stado bernikli kanadyjskich, które przylatywały jesienią i wiosną ogromnymi kluczami, łączyły się z okolicznymi ptakami, być może rozmnażały, potem odlatywały. Podrywały się do lotu wrzaskliwymi falami. Potrafiłem odróżnić przelotne od dzikich. Tak mi się wydawało.
W październiku, listopadzie, spacerując wokół jeziora przed kolacją, pokazywaliśmy je sobie nawzajem. Moim zdaniem myliła się za każdym razem. Strasznie się na to wściekała. Była taka mądra, ale nie znała gęsi jak ja. Nigdy nie uważałem się za specjalnie bystrego, ale rzadko myliło mnie przeczucie.
Kiedy kupiliśmy Jaspera, wyszło na moje: szczeniak gonił te dzikie, płochliwe, a nie okoliczne zadziory. Przynajmniej zgodnie z moją teorią.
Nie mieliśmy dzieci. Ona nie mogła. Poszliśmy do lekarza. Próbował sprzedać nam leczenie, którego odmówiliśmy. Było nam dobrze tylko we dwoje. A potem udało jej się, to był cud. Zajść w ciążę. Przyzwyczailiśmy się do tamtego i nie byłem pewny, czy umiałbym pokochać kogoś bardziej. Patrzyłem na nią, kiedy spała, i myślałem: kocham cię ponad wszystko.
Czasami w tamtych dniach, łowiąc z Jasperem ryby w Sulphur, osiągałem swój kres. To znaczy miałem wrażenie, że serce mi pęknie. Pęknięte to nie to samo co złamane. Jakby nie było w stanie pomieścić jak piękne. Też nie to, nie tylko piękno. Jakieś moje dopasowanie. To nieduże zakole z gładkich kamieni, pochyłe ściany skał. Zapach świerków. Mały łosoś Clarka, który krążył cicho w ciemnej wodzie stawu. I nawet nie trzeba dziękować. Wystarczy być. Wystarczy łowić. Wystarczy pójść nad strumień, ciemnieje, chłodnieje, to wszystko jest częścią. Mnie, w jakiś sposób.
Melissa w tym samym kręgu. Ale inna, bo los powierza nam opiekę nad pewnymi duszami. Jakbym mógł trzymać ją ostrożnie w złączonych dłoniach, jakby nieść ją ostrożnie ostrożnie, okolicy nie mogę, ale ją mogę, a może przez cały czas to ona trzymała mnie.
Szpital św. Wincenta stał dokładnie po drugiej stronie jeziora. Tam lądowały pomarańczowe helikoptery. Pod koniec zastanawialiśmy się, czy nie polecieć na zachód, ale było za późno i mieliśmy ten szpital, poszliśmy do szpitala. Do jednego z przejętych budynków. Zapełniających się zmarłymi.
*
Bangley po prostu się pojawia. Wymieniam olej. Mógłby zastukać w stalowy siding ale nie stuka lubi przyprawiać mnie o atak serca. Pojawia się obok jak duch.
Co znowu za kombinacje?
Jezu, kto będzie latał na patrol jak dostanę zawału?
Kogoś by się znalazło prawda? Przez ogłoszenie w gazecie.
Szeroki uśmiech na jego twarzy nigdy w oczach.
Poza tym założę się że umiałbym polecieć tym rzęchem.
Mówi tak od czasu do czasu. Brzmi jak ostrzeżenie. Przed czym? Gdyby chciał to wietrzne miejsce dla siebie, już by. Dawno temu. Teraz Jasper obudził się na swoim zakurzonym kocu i warczy. Jasper nie znosi Bangleya chyba że mamy niechcianych gości wtedy trzyma język za zębami, jest graczem zespołowym. Kiedyś zaraz po tym jak pojawił się Bangley Jasper złapał go zębami za rękę a Bangley wyciągnął z kabury pistolet wielkości rondla i wycelował a ja wrzasnąłem. Jedyny raz. Powiedziałem Zastrzel psa a wszyscy zginiemy.
Bangley zamrugał miał na twarzy ten uśmiech. Jak to wszyscy zginiemy?
Bo to ja patroluję teren z powietrza, tylko w ten sposób możemy zabezpieczyć pogranicze.
To słowo. Ono jedno trafiło do celu. Niemal widziałem jak wpada mu do ucha i nerwami do mózgu. Pogranicze. Jedyny sposób żeby zabezpieczyć. Zamrugał. Poruszył szczęką. Śmierdział. Jak stara krew jak przy zarzynaniu jelenia.
Tylko dzięki temu jeszcze żyję. Jak myślisz jak daję tu sobie radę sam?
I tak zawarliśmy układ. Bez żadnych negocjacji. Nie padło więcej słów. Ja latałem. On zabijał. Jasper warczał. Tolerowaliśmy się nawzajem.
Wracając do tematu: zmieniam olej w Bestii a on zjawia się obok mnie jak duch.
Po co latasz do Druidów? pyta.
Nie są Druidami to menonici.
Chrząka.
Odkładam klucz do filtra. Kładę go na skrzynce. Biorę cęgi do drutu zabezpieczającego.
Bangley stoi obok. Czuję jego zapach, zanim go zobaczę. Wsuwam drut przez otwór w kołnierzu u podstawy filtra, skręcam go cęgami. To drut zabezpieczający. Przytrzymuje filtr na wszelki wypadek. Wszystko zgodnie z regulacjami Federalnej Administracji Lotnictwa. Nie chciałbym, żeby przez wibracje filtr oleju obluzował się, odpadł, wypuścił cały olej w powietrzu i rozsadził silnik. Zdarzało się. Podobno wszystkie zasady Federalnej Administracji wzięły się z prawdziwych wypadków. Więc ten drut zabezpieczający o średnicy 0,032 cala może upamiętniać jakiegoś pilota. A może i jego rodzinę.
Bangley dłubie drzazgą w zębach, patrzy na mnie. Na skrzynce na narzędzia leży szmata, kwadratowy kawałek starego T-shirtu. Nadruk jest sprany, ale widzę rzędy poplamionych rysunków kobiet: z dużymi piersiami z małymi piersiami wszystkich kształtów a pod spodem „melony” „brzoskwinie” „balony” „śliwki” „rodzynki” u góry spory napis „Cabo”. Czytam nazwy wszystkich owoców zanim sięgnę, żeby jeszcze raz wszystko wytrzeć. Ukłucie bólu. To wystarczy. Składam ją. Rysunek. Że jesteśmy tak zaprogramowani. Że dwa małe łuki albo kółka rysunkowych cycków mogą wywołać wspomnienie, gorączkę, zmianę, ścisk żołądka, mrowienie w kroczu. Zadziwia mnie to. Przełykam ślinę, przez chwilę stoję bez ruchu, oddycham.
Melissa miała kantalupy.
Cabo leży na krańcu dziewięćsetmilowego półwyspu. Pewnie mnóstwo ryb. Czy jakiś rozbitek taki jak ja siedzi tam na starym miejskim lotnisku i wymienia olej w zabytkowym maule’u, codziennie lata na rekonesans, a jako szmaty używa T-shirtu z ośrodka narciarskiego w Kolorado? Łowi wieczorami ryby na jakimś rozpadającym się molo, które nadal śmierdzi kreozotem? Zastanawia się, jak to jest jeździć na nartach.
Dlaczego na koszulkach z Kolorado nigdy nie było piersi? pytam Bangleya.
Poczucie humoru nie jest mocną stroną starego B.
Podchodzę do północnej ściany hangaru zsuwam ze sterty skrzynkę jednosezonowego oleju Aeroshell. Stawiam ją na drewnianym stołku. Promienie słońca cofają się po betonowej płycie w stronę otwartego wejścia. Bangley ma przy sobie tę gigantyczną spluwę. Dniem i nocą. Kiedyś poszedł nad staw w dole strumienia łowić sumy a zza krzewu oliwnika wyłonił się brodacz wielki jak tur i zaatakował go. Tak mówi. Bangley strzelił mu prosto w ten zarośnięty łeb. Przyniósł z powrotem całą nogę jeszcze w strzępach trzech par spodni i zabandażowanym bucie. Lewą. Cisnął ją na ziemię przed hangarem.
Dla psa powiedział. Zły. Bo nie wykonałem swojego obowiązku. Wobec niego. Nie zabezpieczyłem pogranicza.
Po co latasz do mormonów? pyta jeszcze raz. Chce mnie wkurwić. Stoi wyprężony jak struna i wychyla się bardzo delikatnie do przodu kiedy jest wściekły.
Ciągnę za klapę kartonu oleju silnikowego. Klej trzyma mocno, rozrywam pudło rwę drugą stronę, cztery rzędy po trzy czarne kwarty. Wzdłuż każdej wysokiej prostokątnej butelki biegnie woskowata półprzezroczysta linia do odczytywania poziomu, przypominają mi spodnie smokingowe. Pojedyncza lamówka. Dwunastu małych panów młodych.
Skąd wiesz że latam?
Bangley robi się zły stopniowo ze wzrostem ciśnienia wewnętrznego, jak wulkan. Czerwienieją mu żyły na nosie. To znaczy bardziej zły. Przypomina jeden z tych wulkanów w Ekwadorze, który zawsze grozi erupcją, nawet jeśli szczyt wygląda na zasnuty chmurami jak zwykła góra.
Umówiliśmy się, mówi. Sejsmolodzy z Amerykańskiej Służby Geologicznej czy innej agencji dostrzegają złowieszcze wstrząsy na wykresie. Na czole tuż pod krawędzią wojskowej czapki Ducks Unlimited zaczyna pulsować znajoma żyła.
Nie, to ty się umówiłeś. Ze sobą.
Teren zakazany. To teren zakazany.
A kim ty jesteś? Dowódcą Bazy?
Nie powinienem tak mówić do Bangleya. Wiem o tym już w chwili, gdy się odzywam. Po prostu mam dosyć takiego nastawienia serdecznie dosyć. Rusza szczęką w przód i w tył.
Odkładam lejek, zwykłą butelkę po oleju przeciętą na pół, z powrotem na resztę kwart. Odwracam się do niego.
Słuchaj Bangley uspokój się. Chcesz colę?
Raz na dwa miesiące ląduję na wykarczowanym bulwarze w Commerce City i uzupełniam zapas oleju o dziesięć skrzynek. Któregoś dnia po drodze natknąłem się na ciężarówkę z colą. Zawsze przywożę cztery skrzynki, dwie dla niego dwie dla mnie. Skrzynkę sprite’a dla rodzin, o czym mu nie mówię. Większość puszek zamarzła za dużo razy i pękła, ale plastikowe butelki przetrwały. Bangley zawsze zużywa swój przydział dużo szybciej.
Zabijesz nas obu. Umówiliśmy się.
Podaję mu colę. Masz uspokój się. To ci szkodzi na serce.
Miał miażdżycę. Ma. Kiedyś powiedział: jestem bombą zegarową. Nie musiał mi mówić.
Otwieram ją żeby nie miał wyboru. Słysząc trzask nakrętki i syk bąbelków krzywi się, jakby jeszcze jedna wypita cola, o jedną mniej na świecie.
Proszę.
Hig zabijesz nas. Pije, nie może się opanować. Widzę jak przesuwa mu się w gardle i wpada do szerokiej klatki piersiowej.
Powstrzymuje się przed opróżnieniem butelki. Wiesz że nawet jedno kaszlnięcie, ciągnie. Tak mówili na koniec. Nie tylko przez krew.
Wymiana płynów ustrojowych. Nie pieprzę się z żadną menonitką.
Kaszel to płyn ustrojowy. Wpadnie ci do oka. Otworzysz usta żeby się odezwać.
Chyba nie było na to dowodów.
Co za kurwa różnica czy były dowody. Chcesz dotrzeć tak daleko i umrzeć na krew?
Tak daleko. Myślę to nie mówię. Tak daleko. Bangley i Jasper i dieta niskotłuszczowa. No cóż.
Nie możesz podjąć za mnie decyzji Hig.
Oddycham.
Ryzykujemy na każdym kroku. Od czasu do czasu potrzebują mojej pomocy.
Po co? Kurwa po co? Ile im zostało? Dwa, trzy, pięć lat? Największym szczęściarzom? Co parę miesięcy któryś umiera. Poznaję po tym, jak się snujesz. I po co? Dla czyraków i wysypki i krwawego kaszlu i pieczenia?
To ludzie. Próbują przeżyć dzień po dniu. Może niektórym uda się przetrwać. Podobno były takie przypadki.
Nadal stoi wychylony do przodu, nadal z pulsującą żyłą na czole ze strużką świeżej coli na zarośniętej brodzie.
Nie są dla nas zagrożeniem Bruce.
Dźwięk własnego imienia rozszerza mu źrenice. Nigdy mi go nie zdradził, zawsze tylko Jestem Bangley, którego jak już wspomniałem rzadko używam.
Rodziny wiedzą, że mają się trzymać piętnaście stóp ode mnie. Przeszkoliłem je. Nigdy ani razu nie okazały mi agresji, tylko wdzięczność, trochę krępującą wdzięczność, kiedy naprawiam pompę albo pokazuję im, jak zastawić pułapkę na ryby w strumieniu. Prawdę mówiąc, robię to w równej mierze dla nich co dla siebie: dzięki temu coś we mnie taje. Co prawie zamarzło.
Bangley porusza szczęką wpatruje się we mnie. Ta ostatnia część – jakbym przeszedł na płynny japoński, cały fragment kończąc lekkim ukłonem. Jakby po pierwsze nie mógł kurwa uwierzyć że to powiedziałem, a po drugie nie zrozumiał ani jednej sylaby. Duchowość i psychologia interesują go, cóż, mniej niż wcale.
Kiedyś zapytałem czy jego zdaniem istnieje coś więcej. Piliśmy dwie bezcenne cole na werandzie mojego domu, do którego nigdy nie wchodzę, pod włączaną na noc żarówką, która dawniej przyciągała napastników jak magnes. Był wieczór, a październikowe słońce zmierzało ku górom. Jak para starych ludzi, którzy chcą odpocząć. Dwa wiklinowe fotele z odrapaną farbą skrzypiące przy każdym ruchu. Jego miał pewien rytm, jakby przypomniał sobie, jak się siedzi w fotelu bujanym. Jedyny raz, kiedy powiedział mi cokolwiek o swoim wcześniejszym życiu. Dorastał w Oklahomie. Właśnie to mi powiedział.
To nie tak jak myślisz, dodał. Długo by mówić.
To wszystko. Dość enigmatyczne. Właściwie się nad tym nie zastanawiałem. Nigdy nie rozwinął tematu. Mimo to miałem wrażenie, jakbyśmy zbliżyli się do siebie o setki mil.
Powiedziałem mu, że dawniej budowałem domy.
Jakie domy?
Szkieletowe. Z cegły suszonej. Dziwactwa na zamówienie. Napisałem też książkę.
Książkę o budowie domów.
Nie. Mały tomik. Wiersze. Nikt ich nie przeczytał.
Cholera? Upił ostrożny łyk coli, nie spuszczając ze mnie wzroku kiedy przechylał butelkę, nie spuszczając ze mnie wzroku kiedy odstawiał ją na udo, przyglądając mi się z nowym nastawieniem, nie wiadomo dobrym czy złym. Korygując kontekst.
Od czasu do czasu do magazynów. Głównie o łowieniu ryb, plenerowych historiach.
Ulga ona omiotła mu twarz jakby rozwiewając ciemne chmury. Prawie się roześmiałem. Widać było obracające się trybiki: Uff, plenerowe historie, Hig nie jest pedałem.
Dorastając, chciałem być pisarzem. Wielkim pisarzem. Latem pracowałem na budowie, przy konstrukcjach szkieletowych. I tak. Trudno utrzymać się z pisania. Poza tym pewnie nie byłem zbyt dobry. Ożeniłem się kupiłem dom. Krok po kroku po kroku.
Długo by mówić, powiedziałem.
Bangley trzymał swoją colę obiema dłońmi na kolanach. Tak jakby zapadł się w sobie może we wspomnienia. Nagle daleki, jakby jego myśli wycofały się na bezpieczniejszą odległość. Żeby obserwować. Z pewnej odległości. Nadal bujając się w niebujanym fotelu.
Długo się nie odzywaliśmy. Słońce musnęło jeden z wyższych szczytów, powoli pękło jak krwistoczerwone żółtko. Dokładnie w tym momencie wiatr poruszył, zachrzęścił wyschniętym krzewem. Zimno.
Zapytałem go czy ma czasem wrażenie, że istnieje coś więcej niż to, niż trwanie dzień po dniu. Rekonesans, naprawa samolotu, uprawa pięciu warzyw, łapanie zająca w sidła. Jakby na co my czekamy?
Jego fotel, skrzyp skrzyp, zatrzymał się. Zastygł bez ruchu jak myśliwy, który zwietrzył ofiarę. Blisko. Jakby się obudził.
Powtórz.
Więcej niż to. Dzień po dniu.
Zaciskał szczękę, jego minerałowe oczy szarzały w gasnącym świetle. Jakbym posunął się za daleko.
Muszę iść powiedział. Wstał. Wsunął palec do kieszeni na piersi flanelowej koszuli, wyłowił nakrętkę, zakręcił butelkę. Zniósł swoją colę z werandy, pęknięty stopień trzasnął pod butem.
To było chyba w drugim roku. Więc teraz w hangarze wiem, że tekst o wewnętrznym odtajaniu nie spotka się ze zrozumieniem. Przy Bangleyu najczęściej myślę o tym wszystkim czego nie powinienem pod żadnym pozorem mówić.
Otwieram kwartę oleju i przechylam ją nad lejkiem z przeciętej butelki i wsuwam w bliźniaczą formę. Zostawiam do opróżnienia. Odwracam się do niego.
Kto wie może któregoś dnia my będziemy potrzebować ich. Nigdy nie wiadomo.
Ha. Pogardliwe prychnięcie lekceważenie. Niemożliwe Hig. Nadają się najwyżej na pogrzeb.
Skazał ich, chciał tego. Śmierci ich wszystkich.
Chcesz być jedynym który przeżyje? Dla ciebie to bez różnicy. Jedynym cholernym człowiekiem na ziemi.
Jeśli tak się ułoży. Lepsze od alternatywy. A poza tym mam ciebie. Przechylił colę patrzył na mnie przez plastik.
Chodziło mu o alternatywę że wszyscy umrą. Tak myślę. Nie powiedziałem tego: Któregoś dnia wejdę do Bestii i polecę na zachód i nie zawrócę.
Nie zrobisz tego powiedział.
Czego?
Tego co pomyślałeś. Nie ma innego bezpiecznego miejsca. Może na całej planecie. Mamy pogranicze, wodę, energię, jedzenie, siłę ognia. Mamy góry dość blisko gdyby trudno było o mięso. Nie mamy żadnych wewnętrznych sporów polityki do roztrząsania. Jak mormoni jak wszyscy inni którzy już nie żyją. Nie komplikujmy spraw to damy radę.
Uśmiecha się.
Wiejskie chłopaki dają radę.
Jego ulubione powiedzenie.
Patrzę na mojego jedynego przyjaciela na ziemi. Chyba jest moim przyjacielem.
Nie pozabijaj nas, mówi i odchodzi.
*
Mimo to latam do nich, kiedy proszą. Patrol prowadzi na zachód do ściany gór, potem na południe. Lecę wzdłuż linii drzew wyznaczających rzekę. Na wysokości kominów elektrowni i zbiornika odbijam znów na północny zachód. Menonici mieszkają nad strumieniem. Na dawnej fermie indyków. Osiem metalowych szop w dwóch rzędach po cztery ustawionych pod kątem niczym samochody zaparkowane na ukos. Wysokie, stuletnie drzewa rozrzucone wzdłuż wiatrochronu i zbite w kępę, pośrodku której chyli się asfaltowy dach dużego ceglanego domu. Dwa stawy zasilane strumieniem. W jednym widzę pływaki, pusty kajak. Szereg paneli słonecznych na południe od szop i dwa wiatraki, jeden mechaniczny do czerpania wody. Dlatego w ogóle się tu osiedlili.
Na podwórzu, na polanie, maszt na trzydzieści stóp, flaga już dawno zniknęła, może posłużyła za kocyk dla dziecka. Kiedy potrzebują pomocy, wciągają podarty czerwony owerol. Sygnał i wskaźnik wiatru. Na silnym wietrze rozrzuca sztywne nogi i ręce jak bezgłowy człowiek.
Ląduję na prostym gruntowym podjeździe odchodzącym od starej drogi okręgowej na zachód. Widzę jak owerol łopocze na wietrze. U szczytu podjazdu przydrutowali do dwóch słupów metalowy znak ma czerwoną czaszkę i skrzyżowane kości głosi NIEBEZPIECZEŃSTWO CHORUJEMY NA KREW. Podjazd zalewa woda, żłobią koleiny. Wychodzą z łopatami i zasypują dziury. Konserwacja im nie idzie, najczęściej są zbyt słabi, ale ten prowizoryczny pas do lądowania to jedyne co porządkują. Prawie zawsze silny boczny wiatr kierunek powiedzmy 330. Wprowadzam Bestię w ślizg więc schodzi przekrzywiona, prawie zawsze ukosem do podjazdu, lewe skrzydło nisko, dziób przechylony mocno na południe, potem wyrównuję ją w ostatniej chwili, dzieci na podwórzu podskakują, z dwustu stóp widzę jak się śmieją, to jedyny moment, kiedy widzę ich śmiech.
*
Dawniej Jasper wskakiwał do kokpitu teraz nie potrafi. W czwartym roku pokłóciliśmy się. Wymontowałem przedni fotel pasażera ze względu na wagę i ładowność i położyłem na podłodze flanelowy śpiwór we wzór z myśliwym który strzela raz po raz do bażanta i jego psem na trzech łapach, w stójce, z przodu. Nie wiem dlaczego nie zrobiłem tego wcześniej. Ten pies nie wygląda jak Jasper, ale mimo wszystko. Wniosłem go. Położyłem na wzorze z myśliwym i psem.
Ty i ja w innym życiu mówię mu.
Lubi latać. I tak nie zostawiłbym go samego z Bangleyem.
Kiedy wymontowałem fotel, wpadł w depresję. Nie mógł siedzieć i wyglądać. Wie, że musi trzymać się z dala od pedałów steru. Kiedyś przez uskok wiatru ześlizgnął się na nie i prawie nas zabił. Później skleciłem coś na kształt czterocalowego drewnianego płotka, ale wyrzuciłem go po tym, jak przyjrzał mu się i wyskoczył z samolotu i odmówił latania, bez jaj. Poczuł się urażony. Całą tą sprawą. Dawniej martwiłem się rykiem silnika i jazgotem śmigła, noszę słuchawki chociaż nie ma z kim rozmawiać przez radio, bo tłumią hałas, ale martwiłem się o Jaspera, próbowałem nawet zrobić mu specjalne ochraniacze na uszy, coś w rodzaju hełmu, ciągle spadały. Pewnie dlatego teraz jest prawie głuchy.
Kiedy zabierałem olej itepe, przekładałem kapę na szczyt sterty, żeby mógł wyglądać.
Widzisz? mówiłem. Masz dobrze przynajmniej czasami. Większość z nas nie może liczyć nawet na tyle.
I tak uważał, że to obciach, widziałem to po nim. Dużo mniejszy entuzjazm. Tak że teraz, kiedy nie uzupełniam, tylko latam, a tak jest najczęściej, przykręcam fotel z powrotem, zajmuje to tylko kilka minut. Czasu nam przecież nie brakuje. Za pierwszym razem usiadł znów prosto i zerknął na mnie w stylu Co tak długo? a potem spojrzał przed siebie z poważną miną i zmarszczonym czołem jak drugi pilot. Poprawa jego nastroju wyraźna jak pogody.
Starzeje się. Nie liczę lat. Nie mnożę przez siedem.
Wyhodowali rasy do wszystkiego innego, nawet do nurkowania po ryby, dlaczego nie wyhodowali psów, które żyłyby dłużej, tyle co człowiek?
Ciąg dalszy w wersji pełnej