-
nowość
Halny - ebook
Halny - ebook
Julia Lis wygrywa sprawy, których nikt inny nie chce prowadzić. Nie umie tylko jednego: odpoczywać. Kiedy szef odbiera jej służbowy laptop i wysyła ją na sześć tygodni do Zakopanego, Julia traktuje urlop jak kolejne zlecenie. Już drugiego dnia rusza w adidasach na Kościelec. Z oblodzonego zbocza sprowadza ją ratownik TOPR, który mówi mniej, niż musi, i patrzy na nią jak na lawinę, która dopiero się zbiera. Wieczorem okazuje się, że mieszka piętro niżej. Gorący, zabawny i wzruszający romans o kobiecie, która nie umie się zatrzymać, i mężczyźnie, który boi się, że ktoś na niego zaczeka. Książka zawiera sceny erotyczne. Dla czytelników pełnoletnich.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 993 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Przy budce, w której kupiłam bilet do parku narodowego, wisiała tablica z pomarańczową trójką. Mniejszymi literami ktoś wyjaśnił, że chodzi o zagrożenie lawinowe w skali od jednego do pięciu. Trzy na pięć. Tak słabej oceny nie dostałam od pierwszej klasy podstawówki, więc uznałam, że mnie to nie dotyczy.
Był czwarty stycznia, dziesięć po ósmej rano, drugi dzień urlopu, którego nie chciałam.
Mecenas Dobrowolski wręczył mi go tak, jak wręcza się wypowiedzenie. Zamknął drzwi gabinetu, co robił tylko przy zwolnieniach i przy rozwodach wspólników, usiadł naprzeciwko mnie zamiast za biurkiem i poinformował, że od poniedziałku mam sześć tygodni wolnego. Potem wyciągnął rękę po mój służbowy laptop.
– W piątek mam rozprawę – powiedziałam.
– W piątek masz Nowickiego, który pojedzie za ciebie.
– Piotr nie zna akt.
– Piotr zna je lepiej, niż ty znałaś je w październiku. – Zdjął okulary i przetarł je końcem krawata, czego zawsze nienawidziłam. – Ty już ich nie czytasz, Julio. Ty je przewracasz.
O windzie nie wspomniał. Nie musiał. Ktoś z recepcji na pewno mu doniósł, że w środę jeździłam nią przez czterdzieści minut, z parteru na dwudzieste trzecie piętro i z powrotem, z kubkiem stygnącej kawy w ręce, i nie potrafiłam wysiąść na żadnym z nich. Sama zorientowałam się dopiero wtedy, kiedy kurier z paczkami zapytał, czy wszystko w porządku. Powiedziałam, że testuję windę. Był na tyle uprzejmy, że udał, że mi wierzy.
Zakopane wybrała za mnie Marta. Twierdziła, że w górach nie da się myśleć o pracy, bo człowiek przez cały czas myśli o tym, czy przeżyje, i że lepszej terapii nie zna. Marta ma dwoje dzieci poniżej piątego roku życia i od lat nie widziała żadnej góry wyższej niż sterta prania, ale w tamtym tygodniu nie miałam siły się z nikim kłócić. Pokój znalazłam w ogłoszeniu bez zdjęć: „Pokój z widokiem na Giewont. Cisza, domowe obiady. Tylko dla spokojnych”. Zadzwoniłam, żeby zapytać, co znaczy „spokojnych”, i kobieta, która przedstawiła się jako Krystyna, wyjaśniła, że chodzi o takich, co nie piją po dziesiątej wieczorem. Zapewniłam ją, że nie piję w ogóle, bo nie mam kiedy. Zaśmiała się tak, jakbym powiedziała coś smutnego.
Do odpoczynku podeszłam jak do każdego zlecenia. Pierwszego dnia rozpakowałam walizkę, ułożyłam swetry kolorami, kupiłam w Żabce wodę, sześć batoników i plastry na pęcherze, a wieczorem rozpisałam w zeszycie plan na sześć tygodni, z podziałem na cele główne i poboczne. Na dzień drugi wyznaczyłam sobie Kościelec. Na mapie wyglądał na coś, co da się zaliczyć przed obiadem, a w rozmowie brzmiał lepiej niż Gubałówka.
Miałam na sobie legginsy do biegania, kurtkę, w której chodziłam do sądu przy minus pięciu, i białe adidasy kupione na siłownię, na której nigdy nie byłam.
Pierwsza godzina poszła dobrze. Szłam przez las szybciej niż ludzie z kijkami. Wyprzedziłam rodzinę z dwójką dzieci w kombinezonach, potem parę emerytów, którzy co pięćdziesiąt metrów zatrzymywali się, żeby coś sobie pokazać, i pomyślałam, że jak na kogoś, kto od trzech lat nie ma czasu na nic poza pracą, radzę sobie całkiem nieźle. Liczyłam kroki, bo zawsze liczę. Kiedy las się skończył i ścieżka wyszła na otwarte zbocze, miałam ich trzy tysiące osiemset dwanaście i zorientowałam się, że przez cały ten czas ani razu nie pomyślałam o pracy. Natychmiast o niej pomyślałam.
Słońce wyszło akurat zza grzbietu i oświetliło wszystko naraz: biały stok, ciemne świerki w dole i Giewont po drugiej stronie doliny, który z bliska wyglądał zupełnie inaczej niż na magnesach z Krupówek. Był większy i bardziej obojętny. Patrzyłam na niego dłużej, niż wypadało, aż zmarzły mi uszy.
Dopiero potem spojrzałam pod nogi.
Ścieżka na zboczu była przysypana śniegiem, ale pod śniegiem leżał lód, twardy i gładki jak lodowisko na Torwarze, tylko przechylony. Pierwszy raz pośliznęłam się po dwudziestu krokach i zdążyłam złapać równowagę. Drugi raz usiadłam. Kiedy wstałam, okazało się, że nie mam po co. Każdy krok w górę zsuwał mnie o pół kroku w dół, a w dół nie dało się iść w ogóle, bo zbocze opadało w stronę doliny, która z tego miejsca wyglądała na bardzo głęboką. Stanęłam bokiem, tak jak ludzie na filmach przyrodniczych, wbiłam krawędzie butów w śnieg i znieruchomiałam.
Minęła mnie para w kaskach, z czekanami przypiętymi do plecaków. Kobieta spojrzała na moje buty, potem na mnie.
– Wszystko w porządku? – zapytała.
– Tak, dziękuję. Robię przerwę.
Poszli dalej. Kolce pod ich butami chrzęściły na lodzie równo i pewnie, jak na żwirze.
Wyjęłam telefon, żeby sprawdzić na mapie, ile zostało do schroniska. Sześć procent baterii. Zanim aplikacja się załadowała, były cztery. W notatkach miałam numer, który Marta kazała mi zapisać przed wyjazdem, ale numery alarmowe są dla ludzi, którym coś się stało. Mnie nic się nie stało. Po prostu nie mogłam się ruszyć z miejsca, a to, w moim przekonaniu, była kwestia techniczna, nie ratunkowa. Telefon zgasł, zanim zdążyłam przeanalizować ten argument do końca.
Palców w cienkich rękawiczkach przestałam czuć gdzieś w piątej minucie. Stopy w mokrych skarpetkach czułam aż za dobrze. Zaczęłam w myślach układać pismo do dyrekcji parku w sprawie oznakowania szlaków, bo to uspokaja mnie lepiej niż oddychanie przeponą, i doszłam do punktu trzeciego, kiedy ktoś zaczął schodzić z góry.
Najpierw zobaczyłam czerwoną kurtkę, potem sposób, w jaki szedł: równo, bez pośpiechu, jakby lód był zwykłym chodnikiem. Zatrzymał się dwa metry nade mną. Był wysoki, szeroki w ramionach, miał krótką, jasną brodę oszronioną wokół ust i twarz człowieka, który wstał przed piątą i nie ma ochoty z nikim rozmawiać. Spojrzał na moje buty. Patrzył na nie długo, jak radiolog na zdjęcie, na którym widać coś, czego wolałby nie widzieć.
– Dzień dobry – powiedziałam, bo ktoś tu musiał zachować formy.
– Dokąd?
– Słucham?
– Dokąd pani idzie.
Nie zabrzmiało to jak pytanie.
– Na Kościelec.
Milczał tak długo, że zaczęłam się zastanawiać, czy dobrze mnie usłyszał.
– Na Kościelec – powtórzył w końcu. – W adidasach. Przy trójce.
– Trójka dotyczy zagrożenia lawinowego. Nie obuwia.
– Na Kościelcu jednego i drugiego.
Zdjął plecak, postawił go na śniegu i zaczął w nim czegoś szukać. Wyjął dwie gumowe nakładki z łańcuszkami i krótkimi kolcami pod spodem. Wyglądały jak coś, co zakłada się zimą psom, tylko groźniej.
– Nogę.
– Słucham?
– Nogę mi pani da. Najpierw lewą.
– Nie ma takiej potrzeby. Właśnie miałam…
– Wiem, co pani miała. Widziałem z góry. – Przyklęknął przede mną na jednym kolanie, na lodzie, jakby to był dywan w przedpokoju. – Lewą.
Dałam mu lewą. Ściągnął zębami rękawicę, chwycił mnie za kostkę i jednym ruchem naciągnął gumę na but, drugim poprawił łańcuszek pod podeszwą. Miał duże dłonie, czerwone od mrozu, z twardymi odciskami u nasady palców. Nawet przez mokrą skarpetkę czułam, że są ciepłe. Zanotowałam to tak, jak notuje się w aktach nieistotny szczegół, i odłożyłam na bok.
– Prawą.
Z prawą poszło szybciej. Wstał, otrzepał kolano i podał mi rękawice. Swoje, grube, jeszcze ciepłe w środku.
– Przecież to pana.
– Wiem.
– A pan?
– Ja mam drugie. – Wyjął z kieszeni drugą parę. – Zawsze mam drugie. I zapasowy rozum, na wszelki wypadek.
– Jeśli to była aluzja, to nietrafiona.
– To nie była aluzja.
Włożyłam rękawice, bo palce bolały mnie już tak, że nie było sensu udawać. W środku pachniały zimnem i czymś jeszcze, czego nie umiałam nazwać, ostrym i czystym, jak świeżo przecięta deska.
– Ile jestem panu winna?
Spojrzał na mnie tak, jakbym zaproponowała mu łapówkę w obecności świadków.
– Za co?
– Za te… – wskazałam swoje stopy – nakładki. Za rękawice. Za całą interwencję.
– Raczki są do oddania. Rękawice też. Pomoc w Tatrach jest za darmo. – Zarzucił plecak na ramię. – Głupota na razie też, ale słyszałem, że pracują nad ustawą.
Przez sekundę szukałam riposty. Nie znalazłam. Zdarza mi się to rzadko i zwykle wtedy, kiedy druga strona ma rację.
– Schodzimy – powiedział.
– Ja idę w górę.
– Pani schodzi.
Wyprostowałam się, na ile pozwalało zbocze.
– Proszę pana. Jestem osobą pełnoletnią, w pełni władz umysłowych, i mam prawo…
– Ma pani prawo. – Kiwnął głową. – Ma pani też mokre skarpetki, telefon, który pewnie już nie działa, i kurtkę za cienką o dwie zimy. Na Hali wieje, po południu ma sypać, a za Halą zaczyna się teren, gdzie ta trójka dotyczy właśnie pani. – Odwrócił się i zrobił dwa kroki w dół. – Może pani iść w górę. Wtedy spotkamy się jeszcze raz, później. Tylko że wtedy nie będę już sam i nie będzie tak miło.
Patrzyłam na jego plecy i próbowałam sobie wyobrazić, jak u niego wygląda „mniej miło”.
– Pan jest ratownikiem? – zapytałam.
Nie odpowiedział. Zszedł jeszcze kawałek, zatrzymał się i czekał, nie odwracając głowy, aż zrobię pierwszy krok.
Zrobiłam. Kolce weszły w lód z cichym chrzęstem i trzymały. Zrobiłam drugi. Po dziesiątym przestałam patrzeć pod nogi i zaczęłam patrzeć na jego plecy. Na lewym rękawie, tuż pod ramieniem, miał naszywkę z czterema literami, które znałam z wiadomości. Zwykle z tych, po których zmieniałam kanał.
W lesie zrobiło się cieplej i głośniej. Mówię, kiedy się denerwuję, a denerwowało mnie to, że on się nie denerwuje. Opowiedziałam mu więc o liczeniu kroków i o Marcie, i o tym, że w ogłoszeniu był Giewont, a z mojego okna widać głównie komin sąsiadów. Zapytałam, ile lat chodzi po górach, dlaczego na tablicy w Kuźnicach nie piszą wprost, czego dotyczy trójka, i czy to prawda, że za zejście ze szlaku można w Tatrach dostać mandat, bo jeśli tak, to chętnie poznam podstawę prawną.
Odpowiadał na co trzecie pytanie, zwykle jednym słowem. Na pytanie o mandat nie odpowiedział wcale.
– Jest pani prawniczką – stwierdził po jakimś czasie. W jego ustach zabrzmiało to jak diagnoza.
– Adwokatką.
– To jakaś różnica?
– Zasadnicza.
– Mhm.
O nic więcej nie zapytał. Przez kilkaset metrów słychać było tylko nasze kroki i strumień płynący gdzieś pod śniegiem. Po raz pierwszy od dawna ktoś nie był ciekaw, ile godzin rozliczam miesięcznie, jak się pracuje u Dobrowolskiego i czy to prawda, że bierze tysiąc dwieście za godzinę. Było to jednocześnie obraźliwe i dziwnie przyjemne.
Przy drewnianej ławce, w miejscu, gdzie ścieżka na chwilę się wypłaszczała, zatrzymał się, zdjął plecak i wyjął termos. Odkręcił kubek, nalał do pełna i podał mi bez słowa.
– Nie trzeba – powiedziałam.
– Trzęsą się pani ręce.
Trzęsły się. Wzięłam kubek w obie dłonie. Herbata była gorąca, bardzo słodka i pachniała malinami, tak jak pachniało w kuchni mojej babci na Ochocie, zanim babcia umarła, a matka w ciągu miesiąca sprzedała jej mieszkanie.
– Z sokiem malinowym? – zapytałam.
– Domowym.
– Nie piję słodkiej herbaty.
– Widzę.
Wypiłam wszystko do dna i oddałam mu kubek. Nalał sobie do tego samego i wypił duszkiem, nie wycierając brzegu. Patrzyłam na jego gardło dłużej, niż powinnam, i zrzuciłam to na niedotlenienie. Zakręcił termos, schował go do plecaka i ruszył, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
– Czy teraz wpisze mnie pan do jakiegoś rejestru? – zapytałam po kilku minutach, bo milczenie zaczynało mi ciążyć bardziej niż mokre skarpetki.
– Jakiego rejestru?
– Nie wiem. Turystów, którzy… – Szukałam słowa, które nie byłoby obraźliwe dla mnie samej. – Którzy przeszacowali swoje możliwości.
– Nie ma takiego rejestru.
– To dobrze.
– Jest zeszyt.
Zerknęłam na niego, ale szedł dalej z tą samą twarzą.
– Jaki zeszyt?
– Na dyżurce. Zapisujemy najlepszych. Na koniec sezonu jest głosowanie.
– Żartuje pan.
Nie odpowiedział i do samych Kuźnic nie byłam pewna, czy żartował.
Na zakręcie, gdzie ścieżka schodziła stromo między korzeniami, poślizgnęłam się mimo raczków. Nie zdążyłam nawet krzyknąć. Złapał mnie za kaptur jednym ruchem, tak jak się łapie kota, który próbuje wyskoczyć przez okno, i postawił z powrotem na nogi. Trwało to sekundę. Jego ręka została na moim karku o pół sekundy za długo, a potem cofnął ją i poszedł dalej.
– Dziękuję – powiedziałam do jego pleców.
– Patrzeć pod nogi.
– Patrzyłam.
– To patrzeć lepiej.
Kiedy między drzewami pokazały się dachy Kuźnic, zatrzymał się i wyciągnął rękę. Przez moment myślałam, że chce się pożegnać jak normalny człowiek. Chciał rękawic. Oddałam mu je i moje palce od razu zaczęły marznąć.
– Raczki niech pani zatrzyma do jutra. Na mieście też jest ślisko.
– Komu mam je oddać?
– Zostawi pani w kasie parku. Niech pani powie, że dla Chowańca.
– Chowaniec to pana nazwisko?
– Pół Zakopanego się tak nazywa. Ktoś odbierze.
Odszedł, zanim zdążyłam cokolwiek dodać. Patrzyłam, jak wsiada do starej terenówki zaparkowanej w miejscu, w którym, jestem tego pewna, parkować nie wolno, i odjeżdża w dół, w stronę miasta. Dopiero kiedy auto zniknęło za zakrętem, przypomniałam sobie, że mu nie podziękowałam. Nie tak naprawdę. W sądzie dziękuję zawsze, nawet wtedy, kiedy przegrywam.
Do pokoju wróciłam busem, z raczkami w reklamówce z Żabki na kolanach. Kierowca słuchał disco polo i wyprzedzał na zakrętach. W szybie widziałam swoje odbicie: czerwony nos, włosy wysypujące się spod czapki, ślad po śniegu na udzie. Wyglądałam jak ktoś, kto przegrał, i przez całą drogę nie potrafiłam ustalić, dlaczego nie jest mi z tym tak źle, jak powinno.
Zdjęłam mokre skarpetki, postawiłam adidasy na kaloryferze i położyłam się na chwilę pod kołdrą, żeby rozgrzać stopy.
Obudziłam się, kiedy za oknem było już ciemno. Spałam prawie cztery godziny. Ostatni raz spałam w dzień na drugim roku studiów, kiedy miałam anginę, i wtedy też miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Leżałam teraz i patrzyłam w drewniany sufit. Deski były dopasowane tak równo, że nie dało się znaleźć szczeliny, w której mogłabym zaczepić wzrok. W całym pokoju pachniało drewnem. Wczoraj tego nie zauważyłam.
Telefon, podłączony do ładowarki, pokazywał dwie wiadomości. Marta pytała, czy żyję i czy już odpoczywam, w tej kolejności. Piotr pisał, że w piątek wszystko poszło dobrze, sędzia był w humorze i żebym się o nic nie martwiła, a na końcu postawił buźkę, której nie stawiał od roku. Marcie odpisałam, że tak i że nie wiem. Piotrowi nie odpisałam.
Zeszyt z planem leżał na parapecie, tam gdzie go wczoraj zostawiłam. Przy punkcie „Dzień 2: Kościelec” postawiłam znak zapytania. Potem go skreśliłam i dopisałam niżej: „Raczki – oddać”. Był to pierwszy punkt w tym zeszycie, który nie był celem.
O szóstej zeszłam na obiad. W ogłoszeniu były domowe obiady, a ja przez cały dzień zjadłam jeden batonik, w lesie, ukradkiem, kiedy on nie patrzył.
Kuchnia pani Krystyny zajmowała pół parteru. Pachniało w niej kapustą, wędzonką i dymem z kaflowego pieca, w którym coś cicho trzaskało. Pod oknem stał długi stół z jasnego drewna, tak gładki, że zanim usiadłam, odruchowo przesunęłam po nim dłonią. Nie było na nim ani jednej rysy, tylko słoje, które biegły od jednego końca do drugiego jak woda.
– Siadajcie, siadajcie. – Pani Krystyna postawiła przede mną talerz zupy, w którym mogłabym się wykąpać. – Kwaśnica. Na żeberkach. Jedzcie, póki gorąca.
Miała około sześćdziesiątki, siwy warkocz upięty wokół głowy i fartuch w kwiaty. Mówiła do mnie per „wy”, jak do kogoś starszego albo ważniejszego, i było w tym coś tak staroświecko uprzejmego, że nie umiałam jej poprawić. Usiadła naprzeciwko z kubkiem herbaty i patrzyła, jak jem, z zadowoleniem kogoś, kto karmi ludzi od czterdziestu lat i nadal to lubi.
Kwaśnica była kwaśna, tłusta i tak dobra, że przez chwilę nie myślałam o niczym innym. W Warszawie jadłam lunche z pudełek nad aktami, a kolacje, jeśli w ogóle, na stojąco przy blacie. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio ktoś postawił przede mną talerz i usiadł, żeby patrzeć, czy mi smakuje.
– Pokój wygodny? – zapytała pani Krystyna.
– Bardzo. Tylko z okna widać głównie komin.
– Komin jest Gąsieniców. – Machnęła ręką, jakby sąsiedzi byli zjawiskiem atmosferycznym. – Giewont też widać, trzeba otworzyć okno i wychylić się w lewo. W ogłoszeniu napisałam „z widokiem”. Nie napisałam, że z łóżka.
Trudno było się z tym nie zgodzić. Sama pisałam umowy dokładnie w ten sposób.
– Sami przyjechaliście? – Pani Krystyna przyjrzała mi się znad kubka z uwagą, której nie powstydziłby się żaden sędzia. – Bez męża?
– Bez.
– Bez narzeczonego?
– Bez nikogo.
– A to dobrze. – Pokiwała głową z aprobatą, której się nie spodziewałam. – Z chłopem się nie odpoczywa. Z chłopem się tylko gotuje.
– Byliście w górach?
– Krótko. – Nabrałam zupy, żeby nie musieć mówić więcej.
– Krótko to dobrze. Teraz ślisko. – Pokiwała głową. – Mój syn mówi, że zimą ceprzy w adidasach są gorsi od lawin. Lawina przynajmniej nie gada.
Podkuliłam stopy pod krzesło. Na nogach miałam filcowe kapcie, które pani Krystyna wręczyła mi wczoraj przy wejściu, czerwone, z wyszytym góralskim serduszkiem. Moje adidasy schły na górze. Nikt nie mógł ich stąd zobaczyć.
– Dzisiaj rano sprowadzał jedną z Upłazu – ciągnęła pani Krystyna, wyraźnie zadowolona, że ma słuchaczkę. – Wariatka. Szła na Kościelec, wyobrażacie sobie? W samych tenisówkach. Mówi, że gadała całą drogę jak radio, a jak jej powiedział, że trzeba schodzić, to chciała od niego podstawy prawnej.
Kwaśnica była bardzo gorąca. Przełknęłam ją za szybko i przez chwilę nie mogłam złapać tchu.
– Syn jest przewodnikiem? – zapytałam, kiedy już mogłam.
– Ratownikiem. Piętnaście lat w TOPR-ze, jak ojciec. – Coś przemknęło jej po twarzy i znikło, zanim zdążyłam to nazwać. – A tak na co dzień to stolarz. Ten stół to on robił. I schody. I łóżko, na którym śpicie.
Odłożyłam łyżkę.
Trzasnęły drzwi do sieni. Ktoś długo i starannie otrzepywał buty ze śniegu, potem wszedł do kuchni, zdejmując czapkę, i zatrzymał się w progu. Nie miał już czerwonej kurtki, tylko gruby szary sweter z podwiniętymi rękawami. Na przedramieniu miał świeże zadrapanie, a we włosach trociny. Bez kurtki wydawał się jeszcze większy, a kuchnia pani Krystyny o połowę mniejsza.
Popatrzył na mnie. Potem na kapcie z serduszkiem. Potem znowu na mnie.
– Wojtuś, siadaj, póki ciepłe – powiedziała pani Krystyna, już wstając po drugi talerz. – To jest pani Julia. Z góry. Z Warszawy.
– Wiem, mamo.
Odsunął krzesło naprzeciwko mnie i usiadł. Sięgnął po chleb, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Pani Julia jest mi winna raczki.ROZDZIAŁ 2WOJTEK
Stałem nad nią dobre dziesięć minut, zanim zszedłem.
Zobaczyłem ją jeszcze spod Przełęczy między Kopami: granatowa kurtka na środku Upłazu, nieruchoma, i dwie białe plamy pod spodem. Z daleka wziąłem je za śnieg na butach. Z bliska okazało się, że to są buty.
Nie zszedłem od razu, bo chciałem zobaczyć, co zrobi. Na lodzie ludzie albo zawracają, albo wołają o pomoc. Są jeszcze tacy, którzy udają, że nic się nie dzieje, i tych jest najwięcej. Ona nie zawróciła i nie wołała. Stała bokiem do stoku, z krawędziami butów wbitymi w śnieg, jak na rysunku z poradnika. Minęła ją para w kaskach. Widziałem, jak kobieta się zatrzymuje, i widziałem, jak tamta prostuje plecy i kręci głową. Słów nie słyszałem. Nie musiałem. Takie plecy zawsze mówią to samo: wszystko w porządku, dziękuję, robię przerwę.
W Tatrach najdrożej kosztuje nas turysta, u którego wszystko jest w porządku. Ten, który krzyczy, krzyczy wcześnie, kiedy jeszcze da się go sprowadzić na własnych nogach. Ten, u którego wszystko jest w porządku, dzwoni o zmroku ze żlebu, w którym nie ma zasięgu. Albo nie dzwoni wcale i szukamy go do rana.
Dlatego zszedłem.
Powiedziała mi „dzień dobry” tonem, jakim moja matka mówi do księdza po kolędzie, kiedy ten za długo siedzi. Zapytałem, dokąd idzie. Powiedziała, że na Kościelec. Przez chwilę naprawdę myślałem, że żartuje.
Przez resztę drogi gadała. Liczyła też kroki pod nosem, kiedy myślała, że nie słyszę, a gdzieś w okolicach tysiąca dwustu pomyliła się i zaczęła od nowa. Odpowiadałem na co trzecie pytanie, bo na pozostałe dwa miałem odpowiedzi, które by jej się nie spodobały. Raz, na zakręcie nad Kuźnicami, poleciała mi do tyłu i złapałem ją za kaptur. Kark miała ciepły, chociaż cała reszta była zmarznięta na kość. Pamiętałem o tym przez całą drogę do auta i nie wiedziałem, co z tym zrobić, więc nie zrobiłem nic.
Wieczorem siedziała w kuchni mojej matki, w kapciach z serduszkiem, i jadła kwaśnicę tak, jakby ktoś miał jej ją zaraz zabrać.
------------------------------------------------------------------------
Matka zrozumiała po trzech sekundach. Widziałem, jak jej się wszystko układa w głowie: Upłaz, tenisówki, podstawa prawna, pani z Warszawy, która mieszka na górze i zapłaciła z góry za cały pobyt. Zrobiła się czerwona od szyi w górę, jak zawsze, kiedy palnie coś przy ludziach.
– Jezus Maria – powiedziała.
– Nic się nie stało – odezwała się Julia. – Pani syn ma rację co do butów. Co do reszty jeszcze nie zdecydowałam.
– Sernik. – Matka wstała tak szybko, że zaskrzypiało krzesło. – Muszę zobaczyć, czy sernik nie… – I wyszła do spiżarni, zanim zdążyła wymyślić, co takiego mógłby zrobić sernik.
Zostaliśmy sami. Jadłem. Ona też jadła, ale już wolniej, z łyżką trzymaną tak, że w każdej chwili mogła ją odłożyć i wstać.
– Nie wiedziałam, że pan tu mieszka – powiedziała w końcu.
– Ja wiedziałem, że pani tu mieszka.
Podniosła brwi.
– Od wczoraj – dodałem. – Mama mówiła, że jakaś pani z Warszawy. Spokojna.
– Jestem spokojna.
– Mhm.
– Jestem bardzo spokojna. Wszyscy w kancelarii to mówią.
Nie skomentowałem tego. Po chwili odłożyła łyżkę i położyła dłoń płasko na blacie. Przesunęła nią wzdłuż słojów, od siebie i z powrotem, powoli, tak jak się głaszcze konia, którego się jeszcze nie zna.
– Z czego jest ten stół?
– Z jesionu.
– Sam pan go zrobił?
– Mhm.
– Ile się robi taki stół?
– Zależy.
– Od czego?
– Od drewna. I od tego, czy człowiek się spieszy.
– A pan się spieszy?
– W pracowni nigdy.
– A w górach?
– W górach też nie. W górach idę szybko.
Popatrzyła na mnie uważnie, sprawdzając, czy kpię. Nie kpiłem. Patrzyłem na jej rękę na blacie. Miała krótko obcięte paznokcie, a na środkowym palcu, z boku, twarde zgrubienie od długopisu, jakie zostaje ludziom, którzy dużo piszą ręcznie i za mocno ściskają. Ojciec miał podobne na kciuku, od dłuta. Pomyślałem o tym i od razu przestałem.
– To musi być przyjemne – powiedziała. – Nie spieszyć się.
Nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem, czy to było pytanie.
Wstała, zabrała swój talerz, chociaż nikt jej o to nie prosił, i zaniosła go do zlewu. Przy drzwiach się zatrzymała.
– Dziękuję – powiedziała. – Za dzisiaj. Nie podziękowałam panu porządnie.
– Podziękowała pani. Dwa razy. Raz moim plecom.
– Pana plecy były wtedy bardziej rozmowne niż pan.
Wyszła. Słyszałem, jak wchodzi po schodach, ostrożnie, w kapciach za dużych o dwa numery, i jak na górze zamyka drzwi. Zamknęła je cicho, tak jak zamykają ludzie, którzy nie chcą, żeby ktokolwiek zauważył, że w ogóle są.
Matka wróciła ze spiżarni z pustymi rękami.
– Gdzie sernik? – zapytałem.
– Nie ma sernika.
– Wiem, że nie ma.
– To po co pytasz? – Usiadła ciężko na krześle, z którego przed chwilą wstała Julia, i popatrzyła na mnie tak, jak patrzyła, kiedy miałem dwanaście lat i wracałem do domu z rozbitym kolanem. – Mogłeś powiedzieć.
– A wy mogliście nie mówić „wariatka”.
Do matki mówię per „wy”. Tak mówił ojciec do swojej matki, a ona do swojej, i nikt w tym domu nie widział powodu, żeby to zmieniać. Ludzie z dołu się dziwią. Mnie wydaje się to zwyczajne.
– Ładna jest – powiedziała matka.
– Mamo.
– Ja nic nie mówię.
– Mówicie.
– Mówię, że ładna. I że chuda, bo jak się nie je, to tak się wygląda. – Zabrała mi talerz, chociaż trzymałem jeszcze łyżkę. – Coś jej jest, Wojtek. Ona tu nie przyjechała po góry.
– Każdy ceper przyjeżdża, bo coś mu jest. Inaczej siedziałby w domu.
Matka nie odpowiedziała. Odkręciła wodę i zaczęła zmywać, plecami do mnie. Znam te plecy dłużej niż jakiekolwiek inne i wiem, kiedy mówią, że rozmowa się nie skończyła, tylko została odłożona na później.
------------------------------------------------------------------------
Poszedłem do pracowni.
Stodołę za domem przerobiłem dwanaście lat temu, kiedy stało się jasne, że nigdzie nie wyjadę. Dziadek trzymał w niej siano i wóz, ojciec narty i liny, ja trzymam drewno. Jest tu piec, który rozpalam w październiku i gaszę w kwietniu, warsztat po dziadku i zapach, którego nie czuję, bo czuję go od urodzenia. Klienci z Krakowa mówią, że pachnie tu lasem. Mnie pachnie po prostu robotą.
Na warsztacie czekała komoda dla pani notariusz z Krakowa. Pani notariusz chciała, żeby w tej komodzie było „czuć las”. Od trzech tygodni zastanawiałem się, w którym miejscu orzecha czuć las, a w którym tylko orzech. Tego wieczoru też się nad tym zastanawiałem, przez jakieś pięć minut. Potem stanąłem przy oknie i patrzyłem na dom.
W jej oknie paliło się światło.
Nie powinno mnie to obchodzić. Matka wynajmuje pokoje od dziewiętnastu lat i przez ten czas przewinęło się przez górę kilkaset osób. Rodziny z dziećmi, studenci, emeryci z Bydgoszczy, którzy przyjeżdżali co roku na te same dwa tygodnie w lutym, aż któregoś lutego przyjechała już tylko ona. Raz był Japończyk, który przez tydzień codziennie fotografował nasz płot. Żadna z tych osób mnie nie obchodziła i tak było prościej. Ludzie przyjeżdżają i wyjeżdżają, ja schodzę z gór, jem kwaśnicę i idę do pracowni. Nikt na nikogo nie czeka.
W tym domu raz już ktoś czekał. Wystarczy.
Wróciłem po pierwszej. Moje mieszkanie jest na dole, w starej części domu, za ścianą kuchni, a sypialnia wypada dokładnie pod pokojami gości. Kiedy dwanaście lat temu kładłem tam stropy, nie przyszło mi do głowy, że kiedyś będę leżał pod czyimiś krokami i je liczył.
Leżałem i liczyłem. Chodziła od okna do drzwi i z powrotem. Na trzeciej desce od progu za każdym razem skrzypiało. Sam tę deskę kładłem i przez dwanaście lat nie znalazłem czasu, żeby ją poprawić.
Przestała chodzić kwadrans przed drugą. Ja zasnąłem później.
------------------------------------------------------------------------
Wstaję o piątej, codziennie, od piętnastu lat. Tego dnia miałem wolne do południa i postanowiłem pierwszy raz od miesięcy pospać do siódmej.
O szóstej dziesięć obudził mnie huk.
Potem syk, długi i coraz głośniejszy, jak z parowozu, który ktoś zostawił na stacji i zapomniał zakręcić. Potem kobiecy głos, wyraźny i dobrze artykułowany, który powiedział:
– To jest skandal. Po prostu skandal.
Matka chodzi zimą na siódmą do kościoła i wstaje kwadrans wcześniej, więc szósta dziesięć była dla niej jeszcze środkiem nocy. Wciągnąłem spodnie od dresu i poszedłem do kuchni boso.
Julia stała przy blacie w grubych skarpetach i swetrze, który sięgał jej do połowy ud, z włosami skręconymi na czubku głowy w coś, co trzymało się na jednym ołówku. Trzymała przed sobą kubek jak tarczę. Spod ekspresu do kawy buchała para, na podłodze leżała tacka ociekowa, a po całym blacie rozsypane były fusy, cienką równą warstwą, jak mąka na stolnicy.
Zakręciłem pokrętło. Syk ucichł.
– Dzień dobry – powiedziała. Znowu tym tonem.
– Szósta dziesięć.
– Wiem, która jest godzina. Wstaję o wpół do szóstej. Od siedmiu lat. – Odstawiła kubek. – Pani Krystyna powiedziała, że mogę korzystać z kuchni.
– Z kuchni tak. Z tego nie.
– To jest ekspres do kawy.
– To jest pomnik.
Ekspres stał na blacie od pięciu lat. Agnieszka kupiła go matce na imieniny, kiedy jeszcze myślała, że będzie w tym domu mieszkać. Matka użyła go dwa razy, potem wróciła do kawy w szklance, a ekspres został, bo nikt nie chciał o nim rozmawiać. W tym domu wszystko, co zostawili inni, stoi i czeka.
– Czy w tym domu jest jakaś normalna kawa? – zapytała.
Nastawiłem czajnik. Wyjąłem z szafki szklankę w metalowym koszyczku, wsypałem do niej dwie czubate łyżeczki mielonej, zalałem wrzątkiem, zamieszałem i przykryłem spodkiem.
– Co pan robi?
– Kawę.
– To jest zawiesina.
– To jest kawa. Za trzy minuty fusy opadną.
– Trzy minuty?
– Trzy.
Postawiłem szklankę przed nią. Popatrzyła na nią, potem na mnie, potem odsunęła spodek i spróbowała od razu. Skrzywiła się. Spróbowała jeszcze raz. Fusy przykleiły jej się do górnej wargi i zlizała je, nie patrząc na mnie, a ja odwróciłem się do czajnika, który nagle wymagał mojej uwagi bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
– Mówiłem, trzy minuty – powiedziałem do czajnika.
– Nie umiem czekać.
– Widać.
Wypiła do połowy, do miejsca, gdzie zaczynały się fusy, i tam przestała. Szybko się uczyła. Zgarnęła dłonią fusy z blatu do zlewu, podniosła z podłogi tackę i wsunęła ją z powrotem pod ekspres, nie pytając, gdzie jest jej miejsce. Ludzie, którzy coś zepsują, zwykle przepraszają i czekają, aż ktoś inny to posprząta. Ona nie przeprosiła, tylko posprzątała.
– Raczki oddam dzisiaj w kasie – powiedziała, wycierając ręce w ścierkę. – Tak jak się umawialiśmy.
– Leżą w sieni.
– Wiem, gdzie leżą. Sama je tam położyłam.
– Mieszka pani piętro nade mną, a kasa jest w Kuźnicach. Może je pani po prostu zostawić na schodach.
– Umówiliśmy się na kasę.
– Niczego się nie umawialiśmy. Powiedziałem, gdzie można je zostawić.
– Pan zaproponował, a ja przyjęłam. – Odwiesiła ścierkę na haczyk, równo, rogiem do rogu. – W prawie cywilnym nazywa się to umową.
Wyszła. Słyszałem, jak na schodach szeptem liczy stopnie. Doliczyła do czternastu. Zgadzało się. Sam je robiłem.
Spojrzałem na ekspres. Pierwszy raz od pięciu lat ktoś go ruszył i jak na pomnik zniósł to całkiem nieźle.
------------------------------------------------------------------------
Przed jedenastą wyjechałem do centrali na szkolenie z detektorów lawinowych.
Przy rondzie, na przystanku, z którego jeżdżą busy do Kuźnic, stała Julia. W tej samej granatowej kurtce i w tych samych adidasach, z reklamówką z Żabki trzymaną oburącz przed sobą jak teczka z aktami. Chodnik był oblodzony aż do krawężnika, a ona stała na nim bardzo prosto, z lekko rozstawionymi nogami, i nie ruszała się wcale. Wyglądało to na metodę.
Zwolniłem. Nie zamierzałem się zatrzymywać. Zatrzymałem się.
Opuściłem szybę od strony pasażera.
– Podwieźć?
Pochyliła się do okna. Nos miała czerwony, a usta zaciśnięte, jak ktoś, kto od kwadransa udaje, że nie marznie.
– Nie, dziękuję. Bus jedzie co dziesięć minut.
– Co dwadzieścia. Zimą co dwadzieścia pięć.
– To poczekam.
– Pani nie umie czekać.
– Uczę się. – Wyprostowała się. – Poza tym, gdyby mnie pan tam zawiózł, byłoby to obejście umowy.
– Jakiej umowy?
– Miałam oddać raczki w kasie. Nie panu w samochodzie.
Ktoś za mną zatrąbił. Zamknąłem szybę i ruszyłem. W lusterku widziałem ją jeszcze przez chwilę: stała na tym lodzie sama, z reklamówką, i patrzyła nieruchomo w stronę, z której miał przyjechać bus. Później sprawdziłem w rozkładzie, że następny był za dwadzieścia dwie minuty. Nie wiem, po co sprawdzałem.
W centrali Kuba Zych, najmłodszy na naszej zmianie, czekał na mnie w drzwiach z uśmiechem, który znam i którego nie lubię.
Wczoraj zgłosiłem przez radio, że sprowadzam turystkę z Upłazu. Do wieczora wiedziała o tym cała centrala, a Kuba wiedział więcej niż cała centrala, bo Kuba zawsze wie więcej, niż się wydarzyło.
– Słyszałem, że sprowadzałeś wczoraj prawniczkę w tenisówkach.
– Adwokatkę.
– To jakaś różnica?
– Zasadnicza.
Kuba popatrzył na mnie z otwartymi ustami. Józek Galica, który siedział pod oknem i smarował ślizgi, nic nie powiedział, ale podniósł głowę znad nart i patrzył na mnie trochę dłużej, niż było trzeba. Józek chodził z moim ojcem na jednej zmianie przez dwadzieścia lat. Patrzy na mnie w ten sposób od dwudziestu trzech.
– Ładna? – zapytał Kuba.
– Dawaj detektor.
Kuba zakopał nadajnik za centralą, w zaspie pod płotem, i odliczał mi czas. Detektor piszczał coraz szybciej, cyfry na wyświetlaczu spadały: dwanaście metrów, osiem, trzy. Klęknąłem, sondowałem, trafiłem za drugim razem. Kuba zatrzymał stoper.
– Cztery dwadzieścia.
– Za długo.
– Za długo to by było dla Józka. – Kuba wyszczerzył się w stronę okna. – Ty masz jeszcze zapas.
Nie ma żadnego zapasu. Po kwadransie pod lawiną większość ludzi jeszcze żyje. Po pół godzinie większość już nie. Uczą nas tego pierwszego dnia i powtarzają na każdym szkoleniu, aż przestaje to brzmieć jak statystyka, a zaczyna jak zegar, który się nosi w kieszeni. Ojciec przeleżał pod śniegiem czterdzieści minut. Szukało go jedenastu ludzi, w tym Józek.
Potem ja zakopałem nadajnik dla Kuby. Znalazł go w trzy pięćdziesiąt i do końca dnia nie dało się z nim wytrzymać.
------------------------------------------------------------------------
Koło trzeciej zadzwoniła Basia z kasy w Kuźnicach. Basia siedzi w tej kasie, odkąd pamiętam, i zna wszystkich ratowników po imieniu, a większość po imionach ich matek.
– Wojtuś, masz tu przesyłkę. Jakaś pani zostawiła. Elegancka. W adidasach.
– Wiem, kto.
– Jest jeszcze koperta.
– Jaka koperta?
– Przyjedź, to zobaczysz.
Pojechałem po szkoleniu, kiedy było już szaro. Basia podała mi przez okienko reklamówkę z Żabki i kopertę i patrzyła, co zrobię, z miną kogoś, kto czekał na to cały dzień.
Raczki były czyste. Ktoś je umył, wysuszył i ułożył łańcuszki równo, jak sztućce w szufladzie. W kopercie było sto pięćdziesiąt złotych w trzech banknotach i kartka wyrwana z zeszytu w kratkę. Pismo miała drobne i równe, pochylone w prawo, jak u kogoś, kto zawsze pisze szybciej, niż myśli.
Wypożyczenie raczków (1 doba)
Wypożyczenie rękawic (ok. 2 godz.)
Herbata z sokiem malinowym (1 kubek)
Interwencja
Z góry dziękuję i proszę nie odmawiać.
J. Lis
Przeczytałem to dwa razy. Przy „z góry” coś mi drgnęło koło ust i Basia to zauważyła, bo Basia zauważa wszystko.
– Śmiejesz się – powiedziała takim tonem, jakby zobaczyła kozicę na Krupówkach.
– Nie.
– Śmiejesz się, Wojtuś. Pierwszy raz od…
– Basiu. Gdzie jest puszka?
Westchnęła i wskazała brodą półkę za sobą. Puszka na ratownictwo stoi tam od lat, obok mapek i biletów. Wrzuciłem do niej wszystkie trzy banknoty. Kartkę złożyłem na pół i schowałem do kieszeni kurtki. Nie wiedziałem po co.
Dowiedziałem się wieczorem.
W kuchni było ciemno, matka już spała. Na górze, w jej oknie, paliło się światło. Usiadłem przy stole, wyjąłem kartkę i obróciłem ją na drugą stronę. Ołówek stolarski noszę zawsze w kieszeni. Pisze grubo i krzywo, ale nie ściera się z drewna, więc z papieru też się nie zetrze.
Napisałem: „Oddać w całości. Na koniec urlopu”.
Wsunąłem kartkę między raczki, zawiązałem reklamówkę i poszedłem na górę. Pod jej drzwiami było cicho. Raz tylko coś zaszeleściło, jakby przewracała stronę. Postawiłem reklamówkę tak, żeby rano nie mogła jej nie zauważyć.
Wracając, ominąłem trzecią deskę od progu.ROZDZIAŁ 3JULIA
Reklamówka stała pod moimi drzwiami o wpół do szóstej rano, oparta o framugę tak, że musiałam się o nią potknąć.
Poznałam ją od razu, bo to była moja reklamówka. Z Żabki, zawiązana na dwa supły, z tych, których nie da się rozwiązać bez zębów. W środku leżały raczki, czyste i suche, z łańcuszkami ułożonymi dokładnie tak, jak je wczoraj ułożyłam, a między nimi moja kartka z zeszytu w kratkę, złożona na pół.
Rozłożyłam ją na łóżku. Z jednej strony był mój rachunek, cztery pozycje i podpis. Z drugiej ktoś napisał grubym, miękkim ołówkiem, tak mocno, że litery odbiły się na mojej stronie jak przez kalkę:
Oddać w całości. Na koniec urlopu.
Bez podpisu. Ludzie nie podpisują pism z dwóch powodów: albo są pewni, że wiadomo, od kogo, albo chcą, żeby nie było wiadomo. Tu chodziło o pierwsze.
Przeczytałam to kilka razy, tak jak czytam klauzule, które ktoś napisał za krótko, żeby były jasne. „Oddać” stało w bezokoliczniku, bez podmiotu, co w moim zawodzie oznacza polecenie skierowane do wszystkich i do nikogo. „W całości” wydawało się proste, raczki były dwa i oba kompletne. Przy „na koniec urlopu” zatrzymałam się dłużej. Ktoś, kto chce się czegoś pozbyć, nie wyznacza terminu za sześć tygodni.
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------
------------------------------------------------------------------------