-
nowość
Hańba. Piast Zdobywca. Tom 4 - ebook
Hańba. Piast Zdobywca. Tom 4 - ebook
Choć letnia nawałnica Popiela została odparta, okrutny książę wciąż żyje i przepełnia go żądza zemsty. Nieraz udowodnił już, że jego ręce sięgają daleko w głąb plemienia dawnych poddanych…
Rozbieżności dzielące przyjaciół walczących dotychczas ramię w ramię z Goplanami pogłębiają się do rozmiarów przepaści. Ścibor i Samboja zostają uwięzieni przez siepaczy Piasta i w niewoli każdego dnia oczekują swego końca, jednak świeżo obrany wódz Polan utrzymuje ich przy życiu. Być może jego karzącą rękę powstrzymuje świadomość, że na swoją okazję do zemsty czekają inni wrogowie: rozjuszeni członkowie bratniego plemienia z południa oraz potężna wiedźma Małomira.
Nie wystarczy już ostry grot włóczni i męstwo w sercu. Potrzebna będzie przebiegłość lisa i bezwzględność żmii.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68742-58-9 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Elwira Dresler-Janik
cykl Leszygród
Tom 1. Córki bogini Mokosz
Tom 2. Topielica z mokradeł
Tom 3. Opiekun lasu
Tom 4. Szczodry wieczór
Anna Musiałowicz
Wyrzuciła ją rzeka
Ewelina Kasiuba
Wybranka boga słońca
Krzysztof Jagiełło
cykl Piast zdobywca
Tom 1. Przysięga
Tom 2. Wieszczba
Tom 3. Nawałnica
Tom 4. Hańba
Robert Socha
Kwiat Peruna
Agnieszka Kulbat
cykl Dziedzictwo stróża Nawii
Tom 1. Wezwanie Żmija
Tom 2. Wola Żmija
Lucie Ortega
cykl Szept moczarów
Tom 1. Światła nad moczarami
Agata Suchocka
Klątwa południcy
Anna Musiałowicz
Płachytka
Iwona Poczopko
Na imię mi zemsta1
Przejechałem kciukiem po krawędzi noża. Po raz setny sprawdziłem jej ostrość. Jakkolwiek bym nie próbował, wciąż pozostawała żałośnie tępa. Niemniej sztych był wydłużony i wąski, zdatny do nadziewania twardego mięsa. W razie potrzeby mógłbym rozpłatać nim komuś gardło. Albo przynajmniej sobie samemu.
Chłód i twardość żelaza działały osobliwie kojąco. Bawiłem się podkradzionym nożem niczym jednym z talizmanów wołchwa Czabora. Pozwalał mi mieć nadzieję, że kiedy nadejdzie czas, zginę niczym wojownik, z bronią w ręku. Choćby tak lichą jak stary, wyszczerbiony nóż, ledwo zdatny do jedzenia. Zawsze to lepiej niż drewniane łychy, z którymi podawano nam posiłki.
Wspomnienie jedzenia zakłuło boleśnie w żołądku. Przy ledwo tlącym się, oświetlającym wnętrze więziennej izby ognisku wciąż leżały dwa puste drewniane półmiski. Pochłonęliśmy z Samboją ich zawartość już kilka chwil po tym, jak zostały przyniesione. Niestety nie pozwoliły na zaspokojenie najpilniejszego nawet głodu. Rudowłosa chociaż zasnęła podle ogniska. Ja nie zdołałem nawet zmrużyć oka.
Przednówek zawsze był okresem pełnym wstrzemięźliwości i burczących brzuchów. Ale końcówka najgorszego w plemiennej pamięci roku przynosiła trudy gorsze niźli najdłuższa susza czy olbrzymia powódź. Zniszczenia poczynione przez zdradzieckich Goplan pozostawiły naszą wspólnotę na krawędzi zagłady.
Na szczęście, jak zawsze wspomogły nas lasy oraz rzeki. Ostatni posiłek złożony ze świeżo złowionej ryby oraz dzikich roślin wykręcał może trzewia, ale wypełniał żołądek choć odrobinę. Po ponad księżycu niewoli zdołałem się już przyzwyczaić do zebranych jeszcze jesienią kaszy z manny, gotowanych bulw storczyków, kawałków kąkola, szczyru, trzemuchy czy rdestu. Lada chwila miały urozmaicić je szczaw czy lebioda. Moja słuszna postura wojownika nikła w oczach. Choć barki pozostawały szerokie i nic nie mogło odebrać mi znacznej rosłości, ubrania na mnie wisiały.
Najgorsza była jednak świadomość utraty sił. Głód odbierał wigor, zmuszał do bezczynnego siedzenia. Co więcej, pojono nas zwykłą wodą, urozmaicaną czasem brzozowym sokiem. Prędzej czy później musiało się to wszystko skończyć chorobą.
Było to tym smutniejsze, iż wódz powrócił niedawno z udanej łupieżczej wyprawy. Załoga grodu oraz mieszkańcy Lipowej Góry spłukali gardła pysznym piwem oraz słodkimi miodami. Pomimo jednak łączącej nas niegdyś przyjaźni, Piast nie zdecydował się napoić nimi swych więźniów.
Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o sprawianie dobrego wrażenia, zawsze miał doskonałe wyczucie chwili. Przybył z łupami na dzień przed Świętem Swaroga. Mieszkańcy osady uznali to zapewne za niechybny znak błogosławieństwa Pana Przychylności, władcy wszechpotężnego słońca. Po dopełnieniu modlitw ludzie zasiedli do wspólnej biesiady, pozostawiając mnie oraz Samboję samych z pilnującymi nas strażnikami.
– Dobre to piwsko – mruknął jeden z nich, zwalisty Mazowszanin. Nawet przez zamknięte drzwi rozpoznałem chrapliwy głos mężczyzny. Był równie nieprzyjemny jak jego oszpecona starą blizną, zaniedbana twarz. Kiedy nas pilnował, zawsze starał się nam jak najboleśniej dokuczyć.
– Ano – zgodził się drugi wartownik, krępy Jaćwing. Słabo mówił po naszemu, a jeśli już, czynił to z nieprzyjemnym zaśpiewem. Jego słowa niemal drapały wnętrze uszu. – Wódz się sprawił.
– W samą porę – zawtórował mu pierwszy strażnik. – Nie wypada dziękować Swarogowi o suchym pysku.
– Ano – zarechotał Jaćwing. – Piękne święto.
– Co w nim takiego pięknego? – zdziwił się Mazowszanin. – Zimno, ciemno i jeszcze każą nam tu bez powodu sterczeć.
– Kobiety – wyjaśnił drugi strażnik.
– Ah, no tak. – Mazowszanin zrozumiał. – Pięknie nam korodowały dziewoje. Aż się człowiekowi ciepło robiło. Oj, poswawoliłoby się.
– Tymczasem jesteśmy sami. – Jaćwing głęboko westchnął.
– Chyba żeby jedną capnąć, poświętować wspólnie – rzucił pierwszy wartownik.
– Nieee – szybko zaprzeczył jego towarzysz. – Wódz kazałby z nas drzeć skórę pasami. On do gniewu chybki.
– Racja – westchnął Mazowszanin. Zamilkli. Jednak po dłuższej chwili chrapliwy głos odezwał się ponownie: – Ale może by tak skorzystać z okazji?
– Hę?
– Mamy tu tę rudą pokrakę – wytłumaczył Mazowszanin. – Może ona by nam dotrzymała towarzystwa.
Zamarłem. Dranie mówili o Samboi.
– Nieee – zaprzeczył Jaćwing. – Ona chuda jak szkapa.
– Aj tam, żeś się wybredny zrobił… Zamkniesz oczy.
– Tam Ścibor.
– No i co z tego? – parsknął Mazowszanin. – Jak chcesz to ci go odstąpię.
– On groźny – warknął drugi wartownik.
– Może z żelazem w dłoni. Teraz jest niczym dziecko. Jak się będzie stawiał, to dostanie po łbie toporkiem.
Zacisnąłem mocniej palce na drewnianej rękojeści noża. Jeżeli zamierzali skrzywdzić mą ukochaną, zabiję ich, choćby miała to być ostatnia rzecz, jakiej dokonam.
– Wódz się wścieknie – rzekł Jaćwing.
– A tam – parsknął Mazowszanin. – Pewnie nawet się ucieszy, że rozwiązaliśmy jego kłopot.
Ucichli. Przez dłuższą chwilę jedynym dźwiękiem wypełniającym uszy był trzask ogniska oraz wycie wiatru.
– No dobra. – Drugi wartownik uległ. – Byle szybko. Inni ciągle tu łażą.
Po drugiej stronie grubych dębowych drzwi zachrzęściło ocierane o siebie żelazo. Skrzydło uchyliło się, wpuszczając do środka zimne powietrze wymieszane z zapachem przetrawionego piwa i starego potu. Sylwetka postawnego Mazowszanina przysłoniła wejście. Był ubrany w grubą przeszywanicę i ciepłą jelenią skórę, za pasem miał zatknięty toporek. Jego błyszczące od trunków oczy natychmiast spoczęły na mnie.
– Witaj, Ściborze. – Wyszczerzył resztki zębów. – Chcieliśmy chwilę pogawędzić z twoją towarzyszką. Nie wstawaj, a wszystko będzie dobrze.
– Odejdź – odparłem, podnosząc się z klepiska.
– Nie będziesz mi mówił, co mam robić – warknął Mazowszanin, dobywając topora.
Do chaty wszedł drugi z mężczyzn. Jaćwing obszedł mnie z boku, pochylił się i położył dłoń na żeleźcu toporka za pasem.
– Odejdź – powtórzyłem, cofając delikatnie prawą nogę.
Bez żadnego ostrzeżenia zwalisty Mazowszanin wystrzelił ku mnie. Szybko przemknął dwa dzielące nas kroki i sieknął na odlew. Niezręcznie oraz wolno. Piwo stępiło jego zmysły, uczyniło ruchy niezgrabnymi.
Gdy tylko ostrze siekiery zaczęło opadać, zrobiłem krok do przodu i chwyciłem lewą ręką za nadgarstek zmierzającej ku mnie prawicy. Niemal równocześnie dźgnąłem wolną dłonią ku jego szyi. Spiczasty nóż przebił krtań i rozorał grdykę. Gdy pociągłym ruchem wyrwałem ostrze z ziejącej rany, buchnęła jucha.
Głośno rzężąc, strażnik padł na klepisko, zaczął ryć nogami piach. Wciąż trzymałem go za nadgarstek. Odrzuciłem nóż, chwyciłem trzonek topora przeciwnika i wyrwałem broń z jego palców. Stanąłem naprzeciw brodatego, wybałuszającego oczy Jaćwinga. Rozejrzał się panicznie na boki, lecz nie mógł umknąć ku przejściu, nie przechodząc obok mnie.
– Pomocy! – wrzasnął, równocześnie cofał się w róg chaty. – Mordują!
Kolory odpłynęły z jego lica. Począł drżeć, a obie jego dłonie zaciskały się kurczowo na trzonku topora. Głupiec. Nawet bez tarczy należało używać siekiery jednorącz. Miała wówczas większy zasięg.
– Co się dzieje? – spytała wybudzona ze snu Samboja.
– Przyszli cię skrzywdzić – warknąłem.
– Nie – ryknął Jaćwing. – Ja tylko… Nic nie zrobiłem!
Samboja powstała z siennika, chwyciła za kawałek osmalonego polana i stanęła krok za mną, lekko po lewej stronie. Gdy tylko to uczyniła, usłyszeliśmy tupot ciężkich buciorów.
– Rzuć broń! – rozkazał włócznik, który pierwszy stanął w przejściu.
Wkrótce potem za jego plecami pojawiło się czterech kolejnych. Wszyscy zaciskali dłonie na włóczniach tak kurczowo, że aż bielały im knykcie. Żaden jednak nie wszedł do izby.
– Odłożę ją dopiero, gdy wymierzycie temu warchołowi sprawiedliwość – odparłem chłodno.
– Cóż żeś zrobił? – zapytał najstarszy włócznik.
– Ja nic… – zaczął tłumaczyć się Jaćwing. – To wszystko Czcirad!
– Chcieli pohańbić Samboję – rzuciłem.
– To Czcirad! – powtórzył trzęsący się wartownik.
Leżący pod moimi stopami Mazowszanin przestał ryć nogami ziemię. Wydał z siebie ostatni charkot i znieruchomiał.
– Skoro tak, czemu stoisz w środku? – spytał włócznik.
– Ja… nie wiem! – zaczął tłumaczyć Jaćwing. – To wszystko stało się za szybko!
– Odłóż broń, Ściborze – nalegał wojownik.
Było ich pięciu. Sześciu, jeśli liczyć trzęsącego się Jaćwinga. Jednak żaden nie przestąpił progu izby. Groty włóczni trzymali pochylone nisko, jak gdybym miał za chwilę rzucić się na nich w szaleńczym ataku.
– Najpierw on – zażądałem.
– Zapomnij – zaskrzeczał Jaćwing.
Zbiegali się kolejni zbrojni załogi Lipowej Góry. Niektórzy mieli na sobie kolczugi, inni przybyli w rozchełstanych koszulach i spodniach. Zaczynali między sobą szeptać, przekazywać wieści. Jednak żaden z nich nie odważył się wkroczyć do więziennej chaty. Ich zwycięstwo było pewne. Lecz nikt nie chciał być tym, którego zabierzemy ze sobą ku pastwiskom Wołosa. Zadowalali się więc coraz gorętszym nawoływaniem do rzucenia topora.
Aż do czasu przybycia Piasta.
Mój dawny przyjaciel przebił się przez rosnący na zewnątrz chaty tłumek, stanął przy wejściu i głośno westchnął. Był wysokim, nad wyraz przystojnym młodzieńcem o równo przystrzyżonej brodzie oraz włosach. Choć nie miał na sobie żadnej zbroi ni broni, wszedł pewnym krokiem do izby i wściekle zapytał:
– Cóż znów żeś uczynił, Ściborze?
– Ten warchoł zamierzał pohańbić Samboję – syknąłem. – Póki mogę stać, nie pozwolę na to.
– Najwyraźniej już nigdy nie spróbuje – splunął. – Zabiłeś go. Po cóż więc to całe zamieszanie?
– Jego towarzysz również się zamierzał – warknąłem, wskazując toporem na Jaćwinga.
– To nieprawda, dobrodzieju – zawył cudzoziemiec.
– Czemu zatem jesteś w środku chaty? – spytał Piast. – Po coś tu właził, skoro wyraźnie tego zabroniłem?
– To Czcirad! – wysapał Jaćwing. – To wszystko on.
– Odpowiedz na moje pytanie! – ryknął wódz.
– No… Czcirad chciał poswawolić – tłumaczył wartownik. – Ja tylko wszedłem…
– Zostanie ukarany. – Piast zwrócił się ku mnie. – Odłóż broń.
– Nie, póki on ją wciąż dzierży – odparłem.
– Żądam ostatni raz – warknął Piast. – Rzuć topór albo zginiesz.
Zaciskał szczękę i wpatrywał się we mnie ostrym, nieprzyjaznym spojrzeniem. Wszystkie mięśnie jego twarzy wykrzywiał grymas ledwo skrywanej wściekłości. Nie zwodził. Był naprawdę przygotowany do pozbycia się uciążliwego więźnia.
A może skończyć to wszystko? Zginąć z bronią w ręku niczym prawdziwy wojownik? Dołączyć do Björna lub własnych przodków i wreszcie przestać zamartwiać się ciosami zadanymi przez życie?
Upadek żeleźca siekiery wydał z siebie głuchy odgłos. Jeżeli doszłoby do walki, Samboja zapewne wtrąciłaby się i również zginęła. Nie powinna ponosić kary za moje przewiny.
– Pochwyćcie tego głupca – rzucił Piast, wskazując dłonią na Jaćwinga. – Wymierzcie mu dwadzieścia razów, zabierzcie broń i wypędźcie z osady.
– Nie! – zaszlochał wciąż dzierżący topór wartownik. – Ja nic nie zrobiłem!
– Jeżeli by stawiał opór, przebijcie go włócznią. – Piast splunął. – I zabierzcie Ściborowi nóż oraz toporek.
Pokręcił głową i gwałtownie wyszedł z więziennej chaty. Zbrojni rozstępowali się przed nim, spuszczając wzrok pod jego gniewnym spojrzeniem. W jego miejsce do izby weszło kilku włóczników. Wyprowadzili pochlipującego Jaćwinga, zabrali ciało Mazowszanina, jego topór, a także zakrwawiony nóż. Wraz z nim pomieszczenie opuściła nadzieja.2
Usiadłem ciężko na ziemi, oparłem plecy o nieobrobione bale budujące ścianę chaty. Były zimne i wilgotne, ich chropowata powierzchnia szarpała odzienie, wypustki wbijały się w skórę. Położyłem łokcie na kolanach, skrzyżowałem ramiona i zatopiłem pomiędzy nimi głowę.
– Ściborze? – szepnęła siedząca nieco dalej Samboja.
– Tak? – odpowiedziałem, nie unosząc czoła.
– Dziękuję.
Zacisnąłem mocniej powieki. Zmusiłem się do kilku głębszych oddechów.
– Przepraszam, lisiczko – odparłem po chwili.
– Za uratowanie mnie? – zdziwiła się.
– Za to, że tu jesteśmy – wyjaśniłem.
– Przecież to nie twoja wina – parsknęła. – Chyba że chcesz mi powiedzieć, iż jednak ubiłeś tamtej nocy Lederga.
– Gdyby nie ja, wciąż cieszyłabyś się wolnością – odrzekłem, podnosząc głowę. – A twój ojciec zapewne dalej by żył.
– Wszyscy dokonujemy wyborów. – Wzruszyła ramionami.
– Ale siedzimy tu przeze mnie – westchnąłem.
– Wszyscy, Ściborze – podkreśliła. – Ja również.
Nikły blask dogasającego paleniska oświetlał jej wychudzoną, zmęczoną twarz. Paskudna blizna szpecąca prawy policzek wystawała spod kosmyków ogniście rudych włosów. Pozostanie z nią na zawsze, niczym pamiątka po karze, jakiej doznała za pokochanie mnie.
Nie przyjęła ostrzeżenia. Pozostała ze mną, narażając się na kolejne niebezpieczeństwa. Jak tak mądra niewiasta mogła być jednocześnie równie beztroska w swych życiowych wyborach? Powinna opuścić mnie i uciec jak najdalej. Wszystkich moich bliskich dosięgał nieuchronny gniew bogów. A jednak nieugięcie przy mnie tkwiła. Pomimo wyraźnych znaków nieprzychylności istot wyższych, wciąż wyśmiewała moje obawy. Pozostawała tak uparta jak jej ojciec.
Björn. Gdyby wciąż tu był, wszystko wyglądałoby inaczej. Piast nie odważyłby się tak nas potraktować. Obiecałem umierającemu wojownikowi, że zaopiekuję się jego córką. Kolejne zadanie, w którym zawiodłem.
Niemniej może mogłem temu jakoś zaradzić? Gdy Piast nas uwięził, byłem przekonany o tym, że szybko zostaniemy straceni. Tymczasem upłynął niemal pełen księżyc, a my wciąż tkwiliśmy w jego lochu. Miał doskonałą okazję, by się mnie pozbyć. Zabiłem jego człowieka, byłem uzbrojony i groźny. Tymczasem nie tylko zaniechał pomszczenia go, ale wyraźnie wściekł się na nieposłusznego Jaćwinga. Mogło to oznaczać, że zapewne mylnie oceniłem zamiary wodza. Może naprawdę wierzył, że zabiłem Lederga.
Jeżeli tak, z pewnością chciał mnie ukarać. Samboja nie była mu zatem do niczego potrzebna. Być może naprawdę obawiał się, że rudowłosa zdecyduje się na wyrwanie mnie z jego łap. Ale zachowanie strażników wyraźnie go zniesmaczyło. Zapewne czuł się winny. I mogłem to wykorzystać, spróbować złagodzić jego decyzję. Musiało to jednak nastąpić szybko, zanim wydarzenia wieczora wyblakną w jego pamięci.
– Strażniku! – zawołałem nagle.
– Czego? – odkrzyknął wartownik zza zamkniętych drzwi.
– Chcę się widzieć z Piastem – ryknąłem. Samboja posłała mi zdziwione spojrzenie.
– Wódz jest zajęty.
– To pilne! – zagrzmiałem. – Muszę go zobaczyć natychmiast. Powiedz mu, że jutro może być już za późno.
Za zamkniętymi drzwiami rozbrzmiał długi ciąg soczystych przekleństw. Strażnik złorzeczył na cały świat, wszystkich przyjaznych oraz wrogich mu ludzi, ich matki oraz babki. Dzięki bogom, obelgi były coraz cichsze. Bluźniący wartownik musiał oddalać się od drzwi.
– Cóż żeś znów wymyślił? – spytała ostro Samboja.
– Nie możemy tu zostać oboje – odparłem zgodnie z prawdą. – Postaram się przekonać Piasta, by to zmienił.
– Niby czemu miałby to zrobić? – zakpiła rudowłosa. – Ze względu na tych dwóch?
– Znam go od dziecka – odpowiedziałem. – Może się udać.
– To ciekawe – parsknęła. – Zważywszy na to, że siedzimy teraz w jego celi.
– Zobaczysz. – Nie ustępowałem. – Uda się.
Dziewczyna pokręciła z powątpiewaniem głową i ułożyła się do snu. Tymczasem ja czekałem na powrót wartownika.
Czas rozciągał się niczym gęsty miód. Zdążyłem ułożyć sobie w głowie tuzin możliwych dyskusji z Piastem, a strażnik wciąż nie powracał. Powieki stały się ciężkie i lepiące.
Nie wiem, jak długo drzemałem. Ze snu wyrwał mnie chrobot żelaznej zasuwy. Drzwi otworzyły się i stanął w nich wartownik z pochodnią w dłoni.
– Chodź z nami – rzucił. – Wódz cię przyjmie.3
Nie prowadzono mnie do książęcej chaty.
Zamiast niej strażnik ruszył ku niskim budynkom opartym jedną ścianą o wały grodziska Lipowej Góry. Ich dachy były na tyle płaskie, by utrzymały ziemię oraz porastający ją mech. Stanowiły świetną zaporę przed ognistymi strzałami, często towarzyszącymi oblężeniom.
Włócznik załomotał w drzwi jednej z niskich chat. Kiedy się otworzyły, machnął ręką, wskazując, bym wszedł do środka. Wewnątrz było ciepło i ciemnawo. Niewielkie palenisko ogrzewało mieszkalną izdebkę, przytłoczoną przez długi drewniany stół. Jego nierówna powierzchnia zajęta była przez misy wypełnione fasolkami bobu. Obierały go dwie młode niewiasty siedzące na siedziskach z połówek pniaków. Jedna spuściła wzrok na mój widok, ale druga skinęła głową i uśmiechnęła się.
– Witaj, Ściborze – rzekła.
– Witaj, Rzepicho – odparłem, odwzajemniając ukłon.
Jej brzemienny brzuch oraz biodra stały się znacznie okrąglejsze, jednak reszta ciała wyraźnie straciła na kształtach. Najwyraźniej głód nie oszczędzał nawet ukochanej wodza.
– Słyszałam, co się stało – powiedziała. – Mam nadzieję, że z Samboją wszystko dobrze?
– Owszem – przytaknąłem. – To twarda niewiasta.
– Chciałabym, abyś wiedział, że bardzo nam przykro – dodała. – Prawda, Piaście?
Wódz siedział na skrzyni pod przeciwległą ścianą, przy przejściu do mniejszej, sypialnej izby. Pochłonięty był polerowaniem swojego lamelkowego pancerza. Zdarłem go z ciała mordercy naszych rodzin, lecz szybko oddałem rzadką zbroję przyjacielowi. W porównaniu do kolczugi była zanadto ciężka, a także wymagała nadmiernej pracy, by trzymać ją bezpieczną od rdzy. Wolałem mój hauberk. Żelazne kółeczka miały przyjemny zwyczaj samooczyszczania się podczas marszu.
– Prawda – odburknął, nie odwracając wzroku od stalowych płytek pancerza.
– Tym razem udało się powstrzymać niegodziwców – rzekłem. – Ale mogą spróbować ponownie.
– Dokładamy wszelkich starań, byście byli traktowani godnie – oznajmiła Rzepicha.
– Za co jesteśmy wdzięczni. – Ukłoniłem się. – Jednak, jak sama widzisz, to może nie wystarczyć.
– Ściborze, to naprawdę nie takie… – zaczęła tłumaczyć kobieta.
– Rzepicho – wtrącił Piast. – Nasz gość z pewnością jest głodny. Czy możesz zabrać Kazimierę i poszukać mu jakiej strawy? Powinno coś jeszcze zostać po świętowaniu.
– Naturalnie – przytaknęła niewiasta. – W drodze powrotnej odwiedzę jeszcze Suligniewę. Obiecała mi odłożyć nieco przędzy.
– Dziękuję, ukochana. – Młodzieniec skinął głową.
Dwie kobiety odłożyły noże, którymi obierały bób, wytarły ręce o leżący na stole materiał i wyszły z chaty. Kiedy to uczyniły, Piast wskazał mi dłonią miejsce na siedzisku. Sam spoczął po przeciwnej stronie ławy.
– Skomantas został wybatożony i wygnany – powiedział. – Drugiego z winowajców ukarałeś samodzielnie.
– Nie miałem wyjścia. – Zacisnąłem zęby.
– Być może. – Piast wzruszył ramionami. – Przez tych głupców mamy dwóch wojowników mniej.
– Mówiłem ci, że na wyzwoleńcach nie można polegać – rzekłem.
– Ja zaś powtarzałem, iż nie możemy sobie pozwolić na zbytek wyboru – odparł. – Toczymy wojnę.
– I dlatego chcesz pozwolić, by twoi ludzie pohańbili niewiastę, która wielokrotnie wybawiła cię z opresji? – syknąłem.
– To był błąd. – Spuścił wzrok. – Od teraz będą strzegli was wyłącznie zaufani zbrojni.
Kąciki jego warg drżały. Miałem rację. Piasta gryzło sumienie. Żałował, iż uwięził Samboję.
– To za mało. – Pokręciłem głową.
– Czegóż chcesz więcej? – zdziwił się.
– Wypuść ją – zażądałem.
– Niemożliwe! – Wódz huknął pięścią w stół. Łupiny bobu podskoczyły, niektóre pospadały na podłogę.
– Czemu? – zdziwiłem się.
– Ściborze, zabiłeś Lederga – zagrzmiał. – Jeszcze gdybyś go zarżnął gdzieś w głuszy… Ale ty rozpłatałeś mu gardło podczas plemiennej narady. Przybył na moje zaproszenie, rozumiesz?
– Niczego takiego nie uczyniłem.
– Któż więc to zrobił?
– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Nie ja.
– Wiec to oceni – odrzekł.
– Zwołaj zatem wiec – zażądałem. – Chcę mieć szansę na udowodnienie swojej niewinności.
– Nie mogę – nieomal krzyknął. Zaczerpnął głębokiego oddechu, po czym dodał: – Już ci mówiłem, toczymy wojnę.
– I?
– I nie ma czasu, by ściągać ludzi na pierdolone zgromadzenia. Musimy walczyć.
– Łżesz – rzuciłem.
– Że co? – Wytrzeszczył oczy.
– Znam cię od małego – wyjaśniłem. – Kłamiesz. Nie chcesz zwołać wiecu.
Jego lico gwałtownie poczerwieniło. Powstał z siedziska, pochylił się nad stołem i wystrzelił ku mnie rękoma. Zanim zdążyłem zareagować, jedną dłonią złapał za moje włosy, a drugą zacisnął na szyi. Zwykle nosiłem się krótko, lecz w więziennej izbie nie miałem możliwości zadbania o wygląd. Skóra na czubku głowy zapłonęła kłującym bólem.
Nie pozostałem mu dłużny. Lewą dłonią ścisnąłem nadgarstek duszącej mnie ręki, prawą chwyciłem za długie włosy Piasta. Szarpnąłem ku sobie, wódz zawył.
– Ty niewdzięczny kutasie! – wyryczał.
– Zasrany łgarzu! – odkrzyknąłem.
Gdyby nie dzielący nas stół, zapewne obalilibyśmy się nawzajem na ziemię, a starcie przybrałoby bardziej krwawy obrót. Szeroka ława utrudniała jednak uzyskanie jakiejkolwiek przewagi. Mocowaliśmy się zatem, ciężko ciągnąc oraz szarpiąc za włosy, żaden nie zamierzał ustąpić.
Aż nagle skrzypnęły uchylane drzwi, a chwyt Piasta wyraźnie osłabł. Puściłem jego włosy i obejrzałem się. W przejściu stała młoda, wyraźnie speszona Kazimiera. Ręce zajęte miała drewnianym półmiskiem i glinianym dzbanem.
– Przepraszam – wykrztusiła z siebie.
– Nie ma za co – rzucił Piast. – Jeśli możesz, postaw strawę przed Ściborem.
Dziewczyna dygnęła i ułożyła przede mną naczynia. Pozbywszy się ciężaru, błyskawicznie opuściła chatę. Zanim trzasnęły drzwi, miałem już w dłoniach łychę.
– Służba? – spytałem pomiędzy kęsami parującej kaszy okraszonej kawałkami wędzonej wołowiny.
– Branka – wyjaśnił Piast, poprawiając swoje uczesanie. – Rzepicha prosiła, by jej zostawić jakąś pomocnicę.
– Goplanka?
– Obrzanka. – Młodzieniec pokręcił głową. – Z jesiennej wyprawy odwetowej.
– Nawet ją traktujesz lepiej od swych dawnych przyjaciół – wyrzuciłem.
– Mówiłem ci już, Ściborze – warknął. – Mam związane ręce. Zabiłeś człowieka, który przybył do mnie w gościnę. Nie mogę cię tak po prostu wypuścić.
– Po pierwsze, wcale go nie zabiłem – odrzekłem, upiwszy kilka łyków zsiadłego mleka z dzbana. – Po drugie, nie proszę o wypuszczenie mnie, a Samboi.
– Która dwukrotnie wyswobodziła cię z pędów… – Westchnął.
– Ciebie również – naciskałem.
– Raz omal nie spaliwszy Kozienic – dodał Piast.
– Zatem dam ci słowo, że poniecham ucieczki – powiedziałem.
Lico młodzieńca ponownie poczerwieniało. Wszystkie mięśnie twarzy wykrzywiły się w grymasie gniewu.
– Twoje słowo jest warte tyle, co muł z rzeki – ryknął.
Zaczerpnąłem głębokiego oddechu. Nie mogłem ponownie ulec wściekłości.
– Zatem Samboja da słowo – wycedziłem. – Ona chyba w niczym ci nie uchybiła?
– Przykro mi, Ściborze. – Piast zacisnął szczękę. – Nie mogę tego uczynić.
Wstał i zaczął chodzić w tę i z powrotem po niewielkiej izbie. Zwykł tak się wiercić podczas chwil znacznej niepewności.
– Znakomicie sobie poradziłeś, Ściborze – rzekł w końcu.
– Z czym? – spytałem.
– Obroniłeś swoją kobietę – odpowiedział.
– Miałem nóż – syknąłem.
– Wciąż… – Pokręcił głową. – Tamten miał topór.
– Teraz jestem bezbronny. – Wzruszyłem ramionami.
– Przykro mi, Ściborze – powtórzył. – Zjesz to wszystko?
– Zabiorę nieco Samboi – odparłem. – Głodujemy.
– Wszyscy jesteśmy niedożywieni – przytaknął Piast. – Zatem jedz, ja dokończę pielęgnację zbroi.
Usiadł z powrotem na swojej skrzyni, wciągnął pancerz na uda i jął szlifować go nasączonym olejem kawałkiem materiału. Trząsł się przy tym gwałtownie i pochylał nisko głowę. Czynność pochłonęła go tak zupełnie, iż w ogóle przestał zwracać na mnie uwagę. Mógłbym teraz chwycić za leżący na stole nóż i błyskawicznie pokonać kilka dzielących nas kroków. Zanim zdążyłby zawołać o pomoc, leżałby na ziemi w kałuży krwi.
Nóż.
Tuż przede mną, przy misie nieobranego bobu leżał nóż. Jego brudne, wyszczerbione ostrze odbijało blask paleniska. Czyżby Piast podżegał mnie do zaatakowania go? Może za drzwiami izby sypialnej czaili się strażnicy z obnażonymi klingami? Zapewne na to liczyli. Gdybym ruszył do przodu, udowodniłbym ponad wszelką wątpliwość swoją winę.
Nieomal parsknąłem. Myśl zdawała się głupia. Izba była niezwykle mała, gdybym chwycił za broń, mógłbym pozbawić Piasta życia, zanim ktokolwiek otworzyłby drzwi. Nie mówiąc już o powstrzymaniu mnie. Chyba że młodzieniec miał pod ubraniem kolczugę. Splecione ze sobą żelazne kółeczka potrafiły powstrzymać silne pchnięcie nawet bez grubej przeszywanicy.
Zawsze jednak mogłem dźgnąć w szyję. Piast doskonale o tym wiedział, wszak wciąż miałem na rękach krew jego zbrojnego uśmierconego podobnym sposobem. Nie ryzykowałby swojego upadku. Był świadomy, że pozostanę na swym miejscu.
W celi więził bowiem mą ukochaną. Piast znał mnie zbyt dobrze. Wiedział, że nigdy bym jej umyślnie nie naraził. Jeżeli zabiłbym wodza, Samboja zostałaby natychmiast zgładzona. Nikt nie czaił się za drzwiami.
Skoro tak, czemu zostawił na stole nóż? Czyżby zwyczajnie o nim zapomniał? Wątpliwe. Przecież siedział naprzeciw mnie, nawet chwilę się szarpaliśmy. Z pewnością dostrzegł błysk żelaza leżącego pośród łupin bobu.
Chyba że umyślnie się oddalił. Zostawił nóż tuż pod moim nosem. Nie po to, by wystawić mnie na próbę. Chciał zapewnić mi broń, gdyby powzięte przez niego działania zawiodły w zapewnieniu nam bezpieczeństwa.
Wstrzymałem oddech. Czy Piast istotnie próbował mi pomóc? Jeśli tak, czemu zwyczajnie nie wypuścił nas z lochu?
Niezależnie od zamiarów wodza, nie mogłem przepuścić takiej okazji. Choć serce łomotało jak szalone, sięgnąłem po dzban i nalałem sobie piwa. Odstawiając naczynie, położyłem je tuż obok ostrza. Cofając rękę, nakryłem dłonią nóż, pociągnąłem go ku sobie. Gdy był tuż przy mojej misce, chwyciłem go i schowałem za przyszwę buta.
Piast pozostawał niewzruszony. Szorował płytki zbroi, jakby losy świata zależały od jej czystości.
– Najadłem się – rzuciłem. – Chyba zabiorę resztę kaszy Samboi.
– Dobrze – odparł wódz. – Dobrobąd odprowadzi cię z powrotem.
Skinąłem głową i opuściłem chatę. Zimny wiatr postawił mi wszystkie włosy na ciele. Opierający się o belki pobliskiej zagrody wierzchowców, włócznik wstał. Ruszyliśmy w drogę powrotną ku mojemu więzieniu. Przy każdym kroku żelazny nóż wędrował po prawym trzewiku. Jego twarda, zimna powierzchnia nieprzyjemnie obcierała skórę.
Nie dbałem o niewygody. Jeżeli ktoś zamierzał nas ponownie niepokoić, czekało go srogie zdziwienie.4
Nikt nie próbował nas niepokoić.
Ilekroć rozlegało się chrobotanie zasuwy, spinałem całe ciało i chwytałem za rękojeść noża. Jednak czynili to zawsze strażnicy, którzy przynosili nam jedzenie, wymieniali misy z odchodami oraz sprawdzali, czy jeszcze żyjemy. Za każdym razem mieliśmy nadzieję, że wspomną coś o nadchodzącym plemiennym zgromadzeniu. Wzruszali jedynie ramionami.
Dni i noce zlewały się ze sobą. Cztery odrapane ściany wypełniły całość życia. Gdyby nie wolno rosnąca broda oraz włosy, mógłbym przysiąc, że tkwimy w zamknięciu od wielu księżyców, a nawet lat. Na szczęście przynoszono nam świąteczne poczęstunki. Dzięki nim mogliśmy w ogóle śledzić upływ czasu.
Gdyby nie widoczne nawet przez szpary chaty łuny stosów rozpalonych wokół Lipowej Góry, nie uwierzyłbym, że minął dopiero tydzień. Jednak tak właśnie było. Stary Jaryło złożył swe życie, narodził się nowy, a wraz z nim przyszedł początek roku.
Noce przestawały być chłodne, a dni stawały się coraz cieplejsze. Zaniechaliśmy podsycania ognia w palenisku przed wieczorem. Za światło służyło nam prześwitujące przez nieszczelne ściany słońce. Nie żebyśmy jakoś specjalnie go potrzebowali. Znaliśmy na pamięć każdy sęk, każdą krzywiznę bali budujących chatę.
Podobnie jak siebie nawzajem. Wysłuchałem chyba wszystkich opowieści przekazanych kiedykolwiek Samboi przez Björna. Poznałem dziwnie brzmiące nazwy zamorskich krain i zapamiętałem ich cudaczne zwyczaje. Ale wkrótce znałem już wszystkie te historie, zaprzestaliśmy więc rozmów.
Nieomal zapomniałem, że istniało kiedykolwiek życie inne niż to wiedzione pośród czterech odrapanych ścian. Przestałem wypytywać strażników o wiec. W ogóle poniechałem odzywania się. Nie było to do niczego konieczne.
Jednak pewnego popołudnia chata wypełniła się niespodziewanie stłumionymi, kobiecymi śpiewami. Niewieści pochód obszedł całą osadę, włącznie z wnętrzem grodu. Sławiły imię Mokoszy i prosiły Matkę Urodzaju o przychylność. Wówczas stało się jasne, że byliśmy uwięzieni już ponad dwa pełne księżyce.
Świadomość, że przez tyle czasu nie tylko zaniechano zwołania wiecu, ale i pozostawiono nas samych sobie, piekła niczym sól na skaleczonej dłoni. Tego wieczora oczy podeszły mi wilgocią i zachlipałem. Kiedy obudziłem się następnego poranka, coś we mnie pękło. Przestałem czekać na wiec.
Jakby w akcie zemsty za ominięcie niewieściego pochodu kilka dni po Wielkiej Mokoszy Samboja zachorowała. Zaczęła kichać i kaszleć, jej czoło było rozpalone. Choć uciążliwe, objawy się nie wzmagały. Jednak brakowało również jakiejkolwiek poprawy. Kiedy tylko Piast powrócił z odwiedzin południowych osad, strażnicy natychmiast go sprowadzili. Wódz zamierzał posłać po okolicznego wołchwa, jednak sprzeciwiłem się mu. Nie ufałem nikomu, kto przybywał od Piasta. Zażądałem, aby zbadał ją Czabor.
Posłano więc do Gdecza konnego. Po kilku dniach pod Lipową Górą pojawił się mój przyjaciel. Obejrzał rudowłosą, sporządził ziołowy napar i nakazał ściągnąć do chaty Piasta. Młodzieniec przybył bezzwłocznie.
– Obejrzałeś ją? – spytał drżącym głosem.
– Owszem – przytaknął guślarz.
– Co z nią?
– Trawi ją choroba – odparł spokojnie Czabor.
– Jaka? – podjął Piast, niezrażony lekceważącym tonem wołchwa.
– Jest osłabiona, gdyż siedzi tu zbyt długo – wyjaśnił guślarz. – Ludzie winni spędzać dnie na powietrzu, chłonąć boski żar. A nie siedzieć w zamknięciu czterech ścian.
– To niemożliwe. – Wódz się zasępił. – Muszą czekać, aż wiec podejmie decyzję co do ich winy.
– Zwołaj zatem wiec – zagrzmiałem.
– Mówiłem ci już – wysyczał Piast. – Nie mogę.
– Ona umiera – warknąłem. – Nie widzisz, głupcze?
– Bez przesady. – Młodzieniec spuścił wzrok. – To tylko zwykły katar.
– To nie jest zwykłe katarzysko. – Czabor pokręcił głową. – Ciało Samboi tęskni za światem, za przyrodą. Ona była jej bliżej niż ktokolwiek z was.
– Przykro mi. – Piast zacisnął szczękę. – Nie mogę was wypuścić.
– A po co chcesz ich wypuszczać? – zdziwił się wołchw.
Serce mocniej zatrzepotało w piersi. Czyżby Czabor również był zdrajcą jak Morzysław? Mężem podstawionym przez Piasta, aby zdobyć moje zaufanie?
– Czy nie tego właśnie żądałeś? – zdziwił się wódz.
– Powiedziałem, że powinni zażyć nieco świeżego powietrza. – Guślarz jął przyglądać się swym brudnym paznokciom. – Nie musisz ich od razu wypuszczać.
– Cóż zatem? – spytał młodzieniec.
– Pozwól im na spacery – wytłumaczył Czabor. – Niechaj przez przynajmniej ćwierć dnia mogą chodzić po okolicy.
– To niemożliwe – zaprzeczył Piast. – Są…
– Uwięzieni – przytaknął wołchw. – Nie musisz puszczać ich samopas. Daj im do towarzystwa kilku wartowników.
Wódz pogładził się po brodzie i spojrzał na mnie zmrużonymi oczami. Wyglądał jak handlarz próbujący oszacować zdrowie nabywanego cielaka.
– Niech tak będzie. – Westchnął w końcu. – Jeśli to naprawdę postawi ją na nogi, pozwolę im opuścić chatę. Towarzyszyć wam będzie jednak kilku włóczników, którym przykażę, że w razie jakichkolwiek wątpliwości mają najpierw dźgać, a dopiero potem się zastanawiać.
– Dziękuję – wysapała Samboja.
– Każ im wpierw zajść do izby łaziennej – rzucił wołchw. – Śmierdzą tak, że nie idzie wytrzymać.
*
Polałem rozgrzane kamienie wodą. Natychmiast zaczęły syczeć, izba wypełniła się świeżą parą. Strugi potu jęły mocniej ściekać po ciele, wyganiały z niego choroby i słabość. Chlasnąłem plecy brzozową witką. Przyjemne pieczenie rozlało się wzdłuż kręgosłupa niczym wiosenna powódź.
– Tego mi było trzeba – rzuciła Samboja, siedząca na ławeczce pod jedną ze ścian. Podwinęła nogi i opierała głowę o kolana. – Czuję się znacznie lepiej.
– Czabor zna się na leczeniu jak mało kto – przyznałem.
– Albo na ludziach. – Samboja wzruszyła ramionami. Widząc moje pytające spojrzenie, dodała: – Błyskawicznie marnieliśmy w zamknięciu.
– Niczym diduch na gromnicę – przyznałem. – Wciąż nie mogę uwierzyć, że Piast wyraził na to zgodę.
– Czemu? – zdziwiła się.
– Bo twoja choroba była mu zapewne na rękę. – Zacisnąłem szczękę.
– Ale dlaczego? – Rozwarła szeroko oczy. – Gdyby tak było, nie pozwoliłby nam na spacery lub skorzystanie z łaźni.
– Nie zwołuje wiecu – wyjaśniłem, drapiąc się po licu. Wreszcie mogłem je zgolić, jak miałem w zwyczaju. Ugryzienia wszy wciąż jednak swędziały. – Gdyby chciał dla nas dobrze, uczyniłby to.
– Albo wręcz przeciwnie – westchnęła rudowłosa.
– Jak to?
– Może nie chce zwoływać wiecu, bo wie, że skończyłby się dla nas źle – odparła, chłoszcząc swe plecy brzozową gałązką.
– To bez sensu. – Pokręciłem głową. – Jeżeli ma tyle wsparcia, by narzucić swoją wolę wiecowi, mógłby równie dobrze nas uniewinnić.
– Chyba że nie ma tylu sojuszników, ilu sądzisz.
– Wówczas tym trudniej by mu było przewidzieć wydarzenia wiecu.
– Może wie, że kto inny ma.
– Niby kto? – parsknąłem. – Głowa Izbygniewa zgniła nad wrotami Kozienic.
– Wiedźma. – odparła.
– Małomira? – spytałem.
Zapewne osłabienie głodem i długotrwałym więzieniem zaćmiło mój umysł. Wymieniłem miano tej, której nie należy przyzywać. Splunąłem przez ramię i okręciłem się trzykrotnie wokół swojej osi.
– Właśnie ona – przytaknęła Samboja. – Może Piast chce cię przed nią obronić.
– Bzdura – warknąłem. – On nie chce niczego przyzwoitego.
– Jesteś na niego wściekły – kontynuowała. – Przepełnia cię gorycz i smak bezsilności.
– Ano.
– Jednak nawet ty zdajesz sobie sprawę z dziwnego zachowania Piasta.
– Już od dawna go nie rozumiem – westchnąłem.
– Może nigdy tak naprawdę nie rozumiałeś? Mnie Piast jawi się jako człowiek rozdarty. Chciałby nas obronić, jednocześnie sprawia wrażenie, jakby pozostawało to poza jego wpływem.
– Jeśli życzyłby nam dobrze, nie zostalibyśmy uwięzieni.
– Może wówczas poddał się wściekłości. – Chlasnęła się wierzbową witką. – Albo wiedźma zmusiła go do tego. Ale nie sprawia wrażenia osoby, która chce dla nas źle.
– Pomijając trzymanie w zamknięciu – szydziłem.
– Pozwolił ci zachować nóż… – zaczęła.
– Nie wiadomo, czy w ogóle go zauważył – wtrąciłem.
– Ukarał tych, którzy chcieli wyrządzić nam krzywdę – ciągnęła niezrażona. – Gdy zachorowałam, wezwał Czabora. Pozwolił nam opuszczać ciemnicę. Wygląda mi na to, że Piast wcale nie chce twojej zguby.
Słowa rudowłosej zadudniły głucho niczym dźwięk dochodzący przez taflę wody. Cała łaźnia delikatnie zawirowała, nogi stały się miękkie. Zapewne Bannik dawał nam do zrozumienia, iż siedzimy w izbie zbyt długo. Potrzebowałem zaczerpnąć świeżego powietrza.
Chwiejnym krokiem podszedłem do paleniska. Chwyciłem za mech uszczelniający dziurę nad piecem i wyciągnąłem go. Chłodne powietrze owiało mi twarz, ocuciło. Po krótkiej chwili osłabienie minęło. Wyłożyłem z powrotem szparę mchem i ponownie polałem rozgrzane kamienie wodą.
Samboja miała nieco racji. Zachowanie Piasta było pełne sprzeczności. Niby trzymał nas w zamknięciu, a jednocześnie nie nastawał na moje życie, czego podskórnie oczekiwałem. Sądziłem dotychczas, że trawi go poczucie winy za uwięzienie Samboi. Ale może istotnie nie dostrzegałem wielu ukrytych okoliczności.
Tak czy inaczej, nie mogliśmy opierać naszej przyszłości na chybotliwym usposobieniu Piasta. Skoro obecnie był łaskawy, powinniśmy skorzystać z jego chwilowej przychylności i znaleźć drogę do odzyskania wolności. Jeżeli istotnie poza naszym wzrokiem toczyła się jakaś ukryta potyczka, mogła porodzić zarówno słodkie, jak i trujące owoce. Nie będąc w stanie ocenić, jak przebiega, musieliśmy wykorzystać nowo pozyskaną swobodę oraz podjąć próbę ucieczki.
Z drugiej strony, jeżeli zniknęlibyśmy bez słowa przed osądzeniem przez wiec, Piast zyskałby potwierdzenie swoich oskarżeń. Wódz mógłby zarzucić, iż ucieczka jest niczym innym, jak przyznaniem się do winy.
Być może tego właśnie oczekiwał mój dawny przyjaciel? Poluźniał nam sznur o tyle, byśmy się z niego zerwali. A wówczas mógłby upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pozbyłby się nas po kres swych dni, a jednocześnie nie musiałby nurzać rąk we krwi druhów. Byłby to utarty sposób Piasta, by wyjść z opałów. Pozwolić komuś innemu zwarzyć maślankę, a później samemu ją spić.
To jedno było pewne ponad wszelką wątpliwość. Piast nie zamierzał nas zwyczajnie pozbawiać życia. Być może martwił się o szacunek pobratymców, zamierzał jeszcze użyć mych umiejętności czy chciał, byśmy sami rozwiązali jego kłopot. Niemniej wciąż oddychaliśmy, choć wódz miał wiele okazji, by nas potraktować żelazem lub trucizną. Jeżeli jednak spostrzeżenia Samboi były słuszne, stan ten mógł ulec zmianie w dowolnym momencie.
Nie mieliśmy wyjścia. Musieliśmy podjąć próbę czmychnięcia. Książę Poznan wyraził niegdyś swoją przychylność wobec mnie. Być może moglibyśmy osiedlić się pośród Polan Zachodnich. Powinniśmy skorzystać ze świeżo uzyskanej swobody i znaleźć drogę ucieczki.
– O czym tak mędrkujesz? – spytała nagle rudowłosa. Jej wilgotna skóra zdawała się lśnić w blasku paleniska. Widok był nader przyjemny.
– O niczym ważnym. – Wzruszyłem ramionami. – Mówiłaś, że czujesz się już lepiej?
Ciąg dalszy w wersji pełnej