Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Harrow z Dziewiątego - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 sierpnia 2026
6090 pkt
punktów Virtualo

Harrow z Dziewiątego - ebook

Odpowiedziała na wezwanie Cesarza.
Przybyła ze swoją magią kości, sprytem i jedyną przyjaciółką.
Triumf obrócił jej świat w popiół.

Harrowhark Nonagesimus, ostatnia nekromantka Dziewiątego Domu, zostaje zaangażowana przez swego Cesarza do walki w wojnie, której nie da się wygrać. Ramię w ramię z pogardzaną rywalką Harrow musi udoskonalić swoje umiejętności i stać się aniołem Nieśmierci. Niestety jej zdrowie podupada, od miecza nieustannie wymiotuje i nie może już ufać nawet własnemu umysłowi.

Zamknięta w gotyckim, mrocznym Mitreum, azylu Cesarza, razem z trójką nieprzyjaznych nauczycieli, nawiedzana przez zjawę zamordowanej planety, Harrow musi sobie odpowiedzieć na dwa niewygodne pytania: Czy ktoś próbuje ją zabić? I czy jeśli osiągnie cel, to wszechświatowi wyjdzie to na lepsze?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-692-1
Rozmiar pliku: 2,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

OSOBY

CESARZ DZIEWIĘCIU DOMÓW

“A.L.”, jego strażnik

AUGUSTYN Z PIERWSZEGO

Alfred Quinque, jego Kawaler

PIERWSZY ŚWIĘTY SŁUGA KRÓLA NIEUMARŁEGO

MERCYMORNA Z PIERWSZEGO

Cristabel Oct, jej Kawaler

DRUGA ŚWIĘTA SŁUŻEBNICA KRÓLA NIEUMARŁEGO

ORTUS Z PIERWSZEGO

Pyrra Dve, jego Kawaler

TRZECI ŚWIĘTY SŁUGA KRÓLA NIEUMARŁEGO

Kasjopeja z Pierwszego

Nigella Shodash, jej Kawaler

CZWARTA ŚWIĘTA SŁUŻEBNICA KRÓLA NIEUMARŁEGO

Cyrus z Pierwszego

Valancy Trinit, jego Kawaler

PIĄTY ŚWIĘTY SŁUGA KRÓLA NIEUMARŁEGO

Ulisses z Pierwszego

Tytania Tetra, jego Kawaler

SZÓSTY ŚWIĘTY SŁUGA KRÓLA NIEUMARŁEGO

Cyterea z Pierwszego

Loveday Heptane, jej Kawaler

SIÓDMA ŚWIĘTA SŁUŻEBNICA KRÓLA NIEUMARŁEGO

Anastazja z Pierwszego

Samael Novenary, jej Kawaler

IANTHE Z PIERWSZEGO

Naberius Tern, jej Kawaler

ÓSMA ŚWIĘTA SŁUŻEBNICA KRÓLA NIEUMARŁEGO

HARROWHARK Z PIERWSZEGO

DZIEWIĄTA ŚWIĘTA SŁUŻEBNICA KRÓLA NIEUMARŁEGO_Jeden dla Cesarza spośród wszystkich pierwszego._

_Jeden dla Liktorów, co odpowiedzieli na wezwanie jego._

_Jeden dla jego świętych, dawno temu wybranych._

_Jeden dla jego Rąk i mieczy przez nie trzymanych._

_Drugi dla dyscypliny niczym niewzruszonej._

_Trzeci dla śmiechu i radości nieznużonej._

_Czwarty dla wierności, śmiało w przyszłość spogląda._

_Piąty dla tradycji spłaty wobec duchów żąda._

_Szósty dla prawdy, choć to kłamstwo niesie ukojenie._

_Siódmy dla piękna, jak ulotnego motyla wcielenie._

_Ósmy dla zbawienia jedną prostą drogą kroczy._

_Dziewiąty dla Grobowca i tego, co śmierci całun mroczy._NOC POPRZEDZAJĄCA ZABÓJSTWO CESARZA

POMIESZCZENIE JUŻ DAWNO pogrążyło się w całkowitej ciemności, która zagarnęła wszystko, co mogło odwrócić twoją uwagę od wstrząsającego łup-łup-łup, odgłosów ciał rzucających się jedno za drugim na masę, która oblepiała kadłub. Widać nie było nic, okna szczelnie zakryły osłony, ale mogłaś czuć te straszne drgania, słyszałaś zgrzytanie chityny trącej o metal, kataklizmiczne rozdzieranie stali zagrzybionym pazurem.

Było bardzo zimno. Warstwa migotliwego szronu powlekała twoje policzki, włosy, rzęsy. W tej duszącej ciemności twój oddech ukazywał się jako smugi wilgotnego, szarego dymu. Czasami krzyczałaś, i nie budziło to już w tobie wstydu. Rozumiałaś reakcję ciała na bliskość. Krzyk to najmniej, co mogło się wydarzyć.

Z komunikatora dobiegł bardzo spokojny głos Boga:

– Dziesięć minut do uszkodzenia poszycia. Zostało pół godziny chłodzenia, potem pracujecie w piecu. Drzwi zablokowane do wyrównania ciśnienia. Zachowajcie temperaturę ciała, każde z was. Harrow, twoje drzwi zostawiam zamknięte na tak długo, jak to możliwe.

Chwiejąc się na nogach, trzymając zebrane w garści przezroczyste spódnice, brnęłaś ostrożnie w stronę komunikatora. Szukając w myślach błyskotliwego przekleństwa, warknęłaś:

– Dam sobie radę!

– Harrowhark, jesteś potrzebna w Rzece, a podczas przebywania w Rzece twoja nekromancja nie działa.

– Jestem Liktorią, panie – usłyszałaś swój głos. – Jestem twoją świętą. Jestem twoimi palcami, twoimi gestami. Jeśli potrzebowałeś Ręki, która chowa się za drzwiami nawet w takiej sytuacji, to mylnie cię oceniłam.

Usłyszałaś, jak wzdycha w swoim odległym, osadzonym głęboko w Mitreum sanktuarium. Wyobraziłaś sobie, jak spoczywa na tym swoim wysiedzianym, połatanym fotelu, sam, i pociera skroń prawym kciukiem, tym samym, którym pocierał ją zawsze.

– Harrow, proszę, nie spiesz się tak do śmierci – rzekł po krótkiej chwili.

– Nie lekceważ mnie, Nauczycielu – odpowiedziałaś. – Zawsze przeżywałam.

Ostrożnie wróciłaś przez koncentryczne kręgi startych panewek biodrowych, które ułożyłaś na ziemi, przez drobno zmielone warstwy kości udowej, stanęłaś w środku i oddychałaś. Głęboki wdech nosem, głęboki wydech przez usta, tak jak cię uczono. Szron już zaczął topnieć w wilgoć, która delikatnie osiadała mgiełką na twojej twarzy i karku. Pod szatami zaczęło ci się robić gorąco. Usiadłaś ze skrzyżowanymi nogami, a twoje dłonie spoczęły bezczynnie na kolanach. Kosz rapiera napierał na biodro jak zwierzę domagające się karmienia, więc w nagłym napadzie irytacji rozważałaś odpięcie żelastwa i ciśnięcie nim na drugi koniec pomieszczenia. Tylko po co? Nie poleciałby daleko. Kadłub zadrżał pod ciężarem kilkuset kolejnych Heroldów piętrzących się na jego powierzchni. Wyobraziłaś sobie, jak pełzają po sobie, niebiescy od blasku asteroid, żółci od światła najbliższej gwiazdy.

Drzwi do twojej kwatery otworzyły się z antycznym westchnieniem pneumatycznych siłowników. Ale intruz nie uruchomił zębatych pułapek, wmontowanych przez ciebie we framugę, ani gulek regenerujących się kości, którymi oblepiłaś próg. Przekroczył go, unosząc pajęczynowe spódnice aż po uda, balansując jak tancerka. W tej ciemności rapier gościa robił wrażenie czarnego, a kości prawego ramienia połyskiwały tłusto-złoto. Zamknęłaś oczy, żeby nie widzieć przybyłej.

– Mogłabym cię ochronić, wystarczyło, żebyś poprosiła – rzekła Ianthe z Pierwszego.

Letnia strużka potu spłynęła ci po żebrach.

– Wolałabym, żeby wyrywano mi ścięgna jedno po drugim, rozdzielając je na moich pogruchotanych kościach na pojedyncze niteczki – powiedziałaś. – Wolałabym być obdarta żywcem ze skóry i obtoczona w soli. Wolałabym, żeby mi własnym kwasem trawiennym zakraplano oczy.

– A więc z tego, co słyszę… być może – skwitowała Ianthe. – No, pomóż mi. Nie wstydź się.

– Nie udawaj, że jesteś tu po coś poza dopilnowaniem inwestycji.

– Przyszłam cię ostrzec.

– Ostrzec? – Twój głos brzmiał płasko i beznamiętnie nawet dla ciebie samej. – Teraz?

Druga Liktoria się zbliżyła. Nie otworzyłaś oczu. Zaskoczona usłyszałaś chrzęst kości, gdy przechodziła przez twój metryczny wzór, a potem bez wahania uklękła na pylistym, brudnym dywanie. Normalnie nie wyczułabyś tanergii Ianthe, ale mrok jakby obdarzył cię ogromnym wyczuleniem na jej strach. Wiedziałaś, że na jej ramionach jeżą się włoski, słyszałaś dudnienie jej wilgotnego, ludzkiego serca i wyczuwałaś napięcie mięśni pleców, gdy ściągała łopatki. Owiał cię smrodek jej potu i perfum – piżma, róży i wetywerii.

– Nikt nie przybędzie cię uratować, Nonagesimus. Ani Bóg. Ani Augustyn. Nikt. – W tonie Ianthe nie było kpiny, tylko inne nuty, może podniecenia, może niepokoju. – Przeżyjesz góra pół godziny. Jesteś tarczą strzelniczą. Jeśli nie ma czegoś w tych listach, o których nie wiem, to nie masz opcji.

– Nigdy w życiu nie zostałam zamordowana i nie zamierzam teraz zmieniać nawyków.

– To twój koniec, Nonagesimus. Kres twojej drogi.

Aż otworzyłaś oczy, zszokowana dotykiem Ianthe na swojej twarzy. Ujęła w dłonie twój podbródek rozgorączkowanymi palcami, kontrastującymi z chłodem pozłacanych kości śródręcza, i oparła mięsisty kciuk w kącie twojej żuchwy. Przez moment zakładałaś, że to halucynacja, ale to założenie obaliła zimna bliskość jej postaci. Ianthe Tridentarius klęczała przed tobą w niewątpliwym geście uległości. Jasne włosy opadły jej na twarz niczym woal, a skradzione oczy wpatrywały się w ciebie z rozpaczą na poły błagalną, na poły pogardliwą – błękitne tęczówki nakrapiane plamkami jasnego brązu przypominały agat.

Zaglądając w te oczy, oczy Kawalera, którego zamordowała, dostrzegłaś, nie po raz pierwszy i nie bez niechęci, jaka Ianthe Tridentarius jest piękna.

– Odwróć się – szepnęła. – To wystarczy, Harry. Wiem, co zrobiłaś, i wiem, jak to cofnąć, wystarczy, że poprosisz. Poproś, to przecież takie proste. Umieranie jest dla frajerów. Obie w pełni sił mogłybyśmy rozszarpać tę Bestię Zmartwychwstania i wyjść z tego bez szwanku. Mogłybyśmy ocalić galaktykę. Cesarza. Niech mówią w domu o Ianthe i Harrowhark, niech łkają, mówiąc o nas. Przeszłość jest martwa, oni są martwi, ale ja i ty żyjemy.

– Czym są oni? Czym są, jeśli nie kolejnym trupem, którego za sobą wleczemy?

Usta Ianthe były spękane i czerwone. Na jej twarzy malowała się naga prośba. Czyli podniecenie, nie niepokój.

Wtedy pojęłaś mgliście ten psychologiczny moment.

– Pierdol się – rzuciłaś.

Heroldowie spadli na kadłub niczym deszcz. Oblicze Ianthe ścięło się znowu w białą, szyderczą maskę. Puściła cię, odjęła te swoje gorączkowe palce razem z ohydnymi, okutymi złotem kośćmi.

– Moim zdaniem to nie moment na sprośną gadkę, ale co mi tam – stwierdziła. – Daj mi klapsa.

– Wynoś się.

– Zawsze uważałaś upór za kardynalną cnotę – zauważyła całkiem nie à propos. – Dochodzę do wniosku, że to raczej ty powinnaś zginąć w Domu Kanaan.

– Powinnaś zabić swoją siostrę – powiedziałaś. – Oczy nie pasują ci do twarzy.

W głośniku komunikatora odezwał się głos Cesarza, tak samo spokojny jak wcześniej.

– Cztery minuty do zderzenia. – A potem Cesarz dorzucił tonem nauczyciela karcącego krnąbrne dzieci: – Dopilnujcie, dziewczęta, żeby pozostać na swoich miejscach.

Ianthe odwróciła się bez gwałtowności. Wstała i powiodła swymi ludzkimi palcami po ścianie twojej kwatery, chłodnym, ażurowym łuku, gładkich metalowych panelach, kościanych inkrustacjach.

– No cóż, próbowałam. Nikt mi nie zarzuci, że się nie starałam.

Przeszła przez łuk i zniknęła w korytarzu. Drzwi się za nią zamknęły. Zostałaś przejmująco sama.

Temperatura wzrosła. Stacja musiała być już całkiem zaduszona, owinięta wijącym się całunem tułowi, skrzydeł, żuwaczek i czułków – martwych posłańców wygłodniałego gwiezdnego widma. Twój komunikator zatrzeszczał, lecz po drugiej stronie nikt się nie odezwał.

Cisza zalegała w uroczych korytarzach Mitreum i gorąca, spocona cisza zalegała w twojej duszy. Gdy krzyknęłaś, zrobiłaś to bezgłośnie, twoje mięśnie krtani napięły się jałowo.

Pomyślałaś o pelurowej kopercie zaadresowanej do ciebie i opisanej „Otworzyć w razie niechybnej śmierci”.

– Naruszają kadłub – powiedział Cesarz. – Wybaczcie mi, dzieci. I… zróbcie im piekło.

Z odległej części stacji dobiegł chrzęst miażdżonego metalu i pleksi. Zmiękły ci kolana, ugięłyby się pod tobą, gdybyś nie siedziała. Palcami zamknęłaś swoje powieki i zmusiłaś się do bezruchu. Ciemność pociemniała jeszcze bardziej i ochłodła, gdy otoczyła cię pierwsza warstwa osłony z wiecznej kości – akt głupoty, bezsensowny, skazany na rozpad w momencie zanurzenia – a potem druga i trzecia, aż pokryłaś się nieprzeniknionym, bezpowietrznym kokonem. W Mitreum zamknęło się jednocześnie pięć par oczu, w tym twoje. Tylko w przeciwieństwie do tamtych twoje miały się już nie otworzyć. Za pół godziny – mimo nadziei Nauczyciela – będziesz martwa.

Liktorzy Cesarza Wskrzesiciela rozpoczęli swoją mozolną wędrówkę przez Rzekę ku miejscu, gdzie tuż poza orbitą Mitreum przyczaiła się Bestia Zmartwychwstania, półżywa, półmartwa, robaczywa, liminalna masa. Brnęłaś wraz z nimi, ale ty zostawiłaś swoje bezbronne mięso za sobą.

– Modlę się, by Grobowiec po wsze czasy pozostał zawarty… – usłyszałaś swój głos, choć był tylko zduszonym szeptem. – Modlę się, by kamień wiecznie spoczywał na miejscu nieruszony. Modlę się, by to, co pogrzebane, takim pozostało, niezmienione, w nieskończonym spoczynku, z zawartymi oczyma i stężałym mózgiem. Modlę się, by żyło… Truchło Zapieczętowanego Grobowca – improwizowałaś gorączkowo. – Umiłowany umarły, usłysz swą służebnicę. Kochałam cię całym swoim przegniłym, godnym pogardy sercem… Kochałam ciebie i tylko ciebie… Pozwól mi żyć tak długo, bym mogła skonać u twych stóp.

A potem zanurzyłaś się, by stoczyć walkę z Piekłem.

* * *

Piekło wypluło cię z powrotem. W porządku.

Nie ocknęłaś się po przejściu do tanergetycznej przestrzeni, wyłącznej domeny umarłych oraz świętych nekromantów walczących z umarłymi. Ocknęłaś się w korytarzu przed swoją kwaterą, leżąc na boku, na podłodze, rozpalona, łapczywie chwytając powietrze, przesiąknięta potem – własnym. I krwią – własną. Ostrze – własnego – rapiera sterczało ci z brzucha, wrażone od tyłu. Rana nie była złudzeniem ani majakiem, krew była mokra, a ból straszliwy. Pole widzenia już ciemniało na brzegach, gdy próbowałaś zamknąć rozdarcie, pozszywać trzewia, koagulować naczynia, ustabilizować narządy grożące zatrzymaniem funkcji. Jednak proces zaszedł już za daleko. Nawet gdybyś teraz chciała, listu do otwarcia w razie niechybnej śmierci nie zdołałabyś już odczytać. Mogłaś tylko leżeć w kałuży własnych płynów ustrojowych, zbyt silna, by umrzeć szybko, zbyt słaba, by się uratować. Byłaś tylko pół-Liktorem, a Pół-Liktor to gorzej niż wcale nie Liktor.

Widok na gwiazdy za pleksi blokowała ruchliwa, brzęcząca masa Heroldów Bestii Zmartwychwstania, bijąca wściekle skrzydłami, by ugotować wszystko, co w środku. Zdawało ci się, że gdzieś z bardzo daleka dobiega metaliczny szczęk ostrzy i drgałaś za każdym razem, gdy metal tarł o metal. Nienawidziłaś tego dźwięku od urodzenia.

Przygotowałaś się do śmierci z modlitwą Zapieczętowanego Grobowca na ustach, lecz twoje głupie, umierające wargi wymówiły trzy inne sylaby, w dodatku takie, których sama nie rozumiałaś.CZTERNAŚCIE MIESIĘCY PRZED ZABÓJSTWEM CESARZA

W MILIONOWYM ROKU PANOWANIA NASZEGO PANA, dziesięciotysięcznym roku Króla Nieumarłego, naszego Wskrzesiciela, pełnego litości Najpierwszego Wielebna Córka Harrowhark Nonagesimus siedziała na sofie swej matki, obserwując swojego czytającego Kawalera. Mechanicznym ruchem przesuwała paznokciem po zniszczonej brokatowej czaszce na okładce, bezmyślnie w ciągu paru sekund niszcząc wiele lat pracy jakiegoś oddanego anachorety.

Kawaler, wyprostowany jak struna, siedział na krześle w gabinecie. Nikt o porównywalnej posturze nie zajmował go od dawna i obecnie siedzisku groziło niebezpieczeństwo ostatecznego rozpadu. Kawaler trzymał swe pokaźne cielsko w granicach mebla, jakby przekroczenie ich mogło spowodować Incydent. A Harrow doskonale wiedziała, że Ortus nienawidzi Incydentów.

– Żadnych służących. Żadnych pomocników i famulusów – odczytał Ortus Nigenad, składając papier z uniżoną dbałością. – Zatem będę ci służył sam, lady Harrowhark?

– Tak – odpowiedziała, przysięgając sobie zachować cierpliwość tak długo, jak to możliwe.

– Bez marszałka Cruxa? Bez kapitan Aiglameny?

– W istocie. Żadnych służących. Żadnych pomocników. Żadnych famulusów – powiedziała Harrowhark, tracąc jednak cierpliwość. – Ufam, że rozszyfrowałeś już ten niezwykle złożony szyfr. Tylko ty, Pierwszy Kawaler, oraz ja, Wielebna Córka Domu Dziewiątego. Tylko my. Dwoje. Co uważam za… sugestywne.

Ortus najwyraźniej nie widział w tym żadnej sugestii. Spuścił ciemne oczy i osłonił gęstymi, czarnymi rzęsami, takimi, jakie wedle wyobrażeń Harrow mogły posiadać jakieś miłe domowe zwierzątka. Na przykład wieprzki. Ten wiecznie opuszczony wzrok nie wynikał ze skromności. Delikatne kurze łapki wydeptane pod każdym okiem były liniami smutku, a drobne zmarszczki na czole – starannie pielęgnowanym aktem tragedii. Ale Harrow cieszyła się, że ktoś, być może jego matka, ckliwa siostra Glauryka, pomalował Ortusowi twarz tak, jak niegdyś robił to jego ojciec, z całkiem uczernioną żuchwą, symbolizującą Bezustną Czaszkę. Nie żeby miała jakiś szczególny sentyment do Bezustnej Czaszki, tego rodzaju sakramentu malowania. Po prostu w przypadku Ortusa biała farba na żuchwie sprawiała, że wyglądał jak czaszka w depresji.

– Pani, nie mogę ci pomóc zostać Liktorią – oznajmił nieoczekiwanie po krótkiej chwili.

Była tak zaskoczona, iż śmiał wyrazić swoją opinię, że nie zostało w niej miejsca na jakąś inną emocję.

– Być może tak jest.

– A więc zgadzasz się ze mną. Dobrze. Dziękuję za litość, wasza łaskawość. Nie mogę reprezentować cię w formalnym pojedynku, nie z mieczem, nie z krótkim mieczem ani łańcuchem. Nie mogę stanąć w szeregu Pierwszych Kawalerów i twierdzić, że jestem im równy. Fałszywość tego by mnie załamała. Nie umiem nawet zacząć sobie tego wyobrażać. Nie będę w stanie za ciebie walczyć, pani.

– Ortusie – przemówiła Harrowhark. – Znam cię całe moje życie. Czy naprawdę sądziłeś, że żywię jakiekolwiek złudzenia, iż w ciemności jakikolwiek pies, nawet z demencją, który nigdy nie widział ostrza, mógłby cię omyłkowo wziąć za szermierza?

– Pani, zwę się Kawalerem wyłącznie dla uczczenia pamięci mego ojca – stwierdził Ortus. – Noszę to miano jedynie przez wzgląd na matkę i z powodu niedostatku swego Domu. Nie posiadam żadnej cnoty Kawalera.

– Nie wiem, ile razy jeszcze muszę ci powtórzyć, że mam tego pełną świadomość – rzekła Harrowhark, wyskubując spod paznokcia włókienko lśniącej nitki. – Zważywszy, iż stanowi to sto procent naszych rozmów odbytych przez nas w ciągu tych wszystkich lat, muszę przyjąć, że może zmierzasz do jakiegoś nowego celu. I zaczynam odczuwać podniecenie.

Ortus pochylił się do przodu, splatając swoje niespokojne, długie palce. Jego dłonie były duże i miękkie. Cały Ortus był duży i miękki, jak wielka puchowa poducha. A potem rozłożył te gąbczaste bochny w błagalnym geście. Harrow wbrew sobie poczuła zaintrygowanie. Stało się coś, na co nigdy dotąd się nie ośmielił.

– Pani – podjął głosem obniżonym nieśmiałością – nie ośmieliłbym się podjąć tego tematu, ale… Skoro obowiązkiem Kawalera jest dzierżyć miecz… Skoro jego obowiązkiem jest zginąć od ostrza… To czy rozważałaś kiedyś może kandydaturę ORTUSA NIGENADA?

– Co?

– Pani, zwę się Kawalerem wyłącznie dla uczczenia pamięci mego ojca – stwierdził Ortus. – Noszę to miano jedynie przez wzgląd na matkę i z powodu niedostatku swego Domu. Nie posiadam żadnej cnoty Kawalera.

– Hm, mam wrażenie, że prowadziliśmy już tę rozmowę. – Harrowhark przycisnęła do siebie kciuki, z ryzykowną przyjemnością testując, jak daleko zdoła wygiąć swoje paliczki dalsze. Jeden fałszywy ruch i po nerwie. Było to ćwiczenie, które dawno nakazali jej rodzice. – Za każdym razem nowina, że nie zaprawiałeś się w bojach i nie wyrabiałeś w sobie cnót wojownika, robi na mnie mniejsze wrażenie. No ale dobrze. Zaskocz mnie. Czekam zwarta i gotowa.

– Żałuję, że nasz Dom nie wydał na świat szermierza godniejszego naszych dni chwały – zaczął Ortus w zadumie, zawsze skory do rozważania alternatywnej rzeczywistości, w której nikt nie żądał od niego służby ani niczego, co uważał za trudne. – Żałuję, że nasz Dom nie został ogłoszony _„_tymi, którzy nadają się tylko, by ostrza trzymać w pochwach”.

Harrowhark pogratulowała sobie w duchu, że nie wypomniała mu, iż bezpośrednią odpowiedzialnością za owo „niewydawanie na świat” obarczyć można było trzy rzeczy – jego matkę, jego samego oraz „Noniadę”, niekończący się epicki poemat poświęcony Matthiasowi Noniuszowi. Podejrzewała, że to górnolotne zdanie, które zdołał ująć w udźwiękowione znaki cudzysłowu, pochodziło z tego właśnie poematu, mającego już osiemnaście ksiąg i niewykazującego oznak najmniejszego spowolnienia przyrostu. Jeśli już, to zdawał się raczej nabierać rozpędu, przypominając śmiertelnie nudną lawinę. Układała w myślach ripostę, gdy zauważyła stojącą w bibliotece ojca siostrę służebną.

Harrow nie słyszała jej pukania ani nie widziała wejścia, co nie stanowiło problemu. Problemem było to, że szara farba upiększała piękną martwą twarz Ciała.

Dłonie Harrow zwilgotniały. W tym scenariuszu albo siostra była rzeczywista, a jej twarz nie, albo siostra była nierzeczywista. Nie dało się tak na oko ocenić ilości masy kostnej znajdującej się w pomieszczeniu, ponieważ kości w mięsie wytwarzały tyle tanergii, że tylko głupiec by się na to porwał. Harrow wróciła spojrzeniem do Ortusa, licząc, że jego zachowanie zdradzi stopień prawdziwości tej rzeczywistości. Jednak jego wzrok pozostał wbity w podłogę.

– „Ci, którzy nadają się tylko, by trzymać ostrza w pochwach” dobrze służą naszemu Domowi – rzekła Harrow zrównoważonym tonem. – A zresztą, gdybyś nie wiedział, ten wers nie ma rytmu ani taktu. Nikt się nie zdziwi, że jesteś guzdrałą.

– To enneametr. Tradycyjny format. „Ci, którzy nadają się tylko, by trzymać ostrza w pochwach”…

– To wcale nie jest dziewięć stóp.

– „…nigdy nie obnażając ich, by zaznały krwi bitewnej”.

– Przez kolejne dwanaście tygodni będziesz trenował z kapitan Aiglameną – oznajmiła Harrowhark, pocierając dłońmi w dół i w górę, aż nasada kciuka zrobiła się gorąca. – Musisz sprostać absolutnemu minimum tego, czego można wymagać od Pierwszego Kawalera Domu Dziewiątego. Co na całe szczęście oznacza obecnie, żebyś był wystarczająco szeroki jak wysoki i miał bary zdolne dźwigać ciężar. Ale ja… potrzebuję od ciebie znacznie więcej… niż samego miecza, Nigenadzie.

Siostra służebnica zamajaczyła na krawędzi pola widzenia Harrow. Ortus uniósł głowę, ale nie zareagował na obecność siostry, co komplikowało sprawy. Wpatrywał się w Harrow z tym ledwie uchwytnym rodzajem litości, którą, jak podejrzewała, zawsze ku niej żywił, litości, która czyniła z niego outsidera we własnym Domu, a czyniłaby jeszcze większym w Domu pochodzenia jego matki. Harrow nie miała pojęcia, co sprawia, że Ortus jest Ortusem. Był zagadką, jednak zbyt nudną, by ją rozgryzać.

– A co to jest, to więcej? – zapytał z lekką goryczą.

Harrowhark zamknęła oczy, odcinając się od nerwowej, zatroskanej twarzy Ortusa i cienia Ciałotwarzej siostry służebnej, który padł na biurko. Cień nic jej nie mówił. Dowody materialne zwykle były pułapką. Odcinając się, wykluczyła też nowy, pokryty rdzą rapier, który skrzypiał w pochwie u boku Ortusa. Odcięła się też od kojącego zapachu kurzu nagrzanego stojącym w kącie, buczącym piecykiem, woni, która mieszała się z nutami świeżo mielonego atramentu w kałamarzu. Kwas taninowy, sole ludzkiego ciała.

– Nie tak się to dzieje – oświadczyło Ciało.

Co dodało Harrow nieoczekiwanej siły.

– Musisz ukrywać moją ułomność – rzekła. – Bo widzisz, jestem obłąkana.DZIEWIĘĆ MIESIĘCY PRZED ZABÓJSTWEM CESARZA

PEWNEGO RAZU, BLISKO milionowego roku naszego Pana – tego odległego Króla Nekromantów, błogosławionego Wskrzesiciela Świętych! – wzięłaś do ręki miecz. To był twój pierwszy poważny błąd.

Miecz nie znosił, kiedy go dotykałaś. Długa rękojeść parzyła twoje nagie dłonie, jakby miał temperaturę gwiazdy. Próżnia kosmosu na zewnątrz nie dawała ani odrobiny tanergii, ale to nie miało znaczenia. Już jej nie potrzebowałaś. Schłodziłaś dłonie, owijając je grubymi pasmami chrząstki, i spróbowałaś ponownie.

Tym razem rękojeść zdawała się lodowata niczym śmierć i tak samo ciężka. Uniosłaś miecz i twoje łokcie się zablokowały, a ty starałaś się złapać balans. Wypróbowałaś nową sztuczkę – wysunęłaś wąską wstążkę ze swego żywego śródręcza, łagodnie otoczyłaś fragment ścięgna zginacza i przeplotłaś pasmo, przebijając środek dłoni. Nie drgnęłaś. To było coś nowego. Rozprostowałaś nowe kostne palce i zamknęłaś je na rękojeści, a potem zacisnęłaś. Uniosłaś ostrze, można by rzec, z pomocą kipiącego, klekoczącego kosza ośmiu stawów paliczkowych.

Teraz mogłaś skierować drżąco ostrze pod ostrym kątem. Czekałaś. Niczego jednak nie czułaś – żadnego olśnienia, mistrzostwa, wiedzy. Nadal byłaś tylko nekromantką, a to nadal był tylko miecz.

Broń wysunęła ci się z ręki, grzmotnęła o podłogę, a ty zgięłaś się gwałtownie wpół i wyrzygałaś się na szpitalne płytki.

W sali było wiele osób w uniformach, ale przywykli do takich wybryków. Harrowhark z Pierwszego, dziewiąta święta służąca Cesarzowi Nieumarłemu mogła sobie haftować, ile się jej podobało. Byłaś chodzącym sakramentem, nawet jeśli twój pierwszy wkład w liktorstwo polegał jedynie na odkrywaniu nowych, różnorodnych sposobów na rzyganie. Interweniowali tylko w chwilach, gdy robiłaś wrażenie, że możesz się udławić własnymi wymiocinami – litościwy koniec, który zawsze niewyraźnie uznawałaś za wstydliwy.

* * *

Za pierwszym razem, kiedy człowiek zwany przez ciebie Bogiem, przybył w tym, jak ci się zdawało, aspekcie Łagodnego Księcia, wyłącznie łagodnego, i przyniósł ci miecz, wpadłaś w głęboki stupor, z którego nigdy do końca się nie otrząsnęłaś. Może miecz jawił ci się jako urealnienie żalu wykute w dwóch metrach stali. Znienawidziłaś tę trzykroć przeklętą klingę od pierwszego wejrzenia, co mogło być niesprawiedliwe, zanim okazało się, że miecz nienawidzi cię ze wzajemnością.

Mimo to nieustannie próbowałaś nim władać z takim samym skutkiem. Każde dotknięcie kończyło się pokolorowaniem płytek zawartością twojego żołądka. Twoje dni rozpraszały się jak prochy przed wentylatorem, rozsypane bez najmniejszej nadziei na odzyskanie, wdmuchiwane w twarz albo ulatujące wysoko poza twój zasięg. Czasami się podnosiłaś, chwytałaś za klingę, jakbyś czegoś oczekiwała. Ale nigdy nic się nie stało, nie czułaś nic poza pustą nienawiścią miecza, o której już wtedy wiedziałaś, że jest rzeczywista. Ty i miecz kipieliście obopólną goryczą i wściekłością, a następnie zawsze kończyłaś z oparzonymi dłońmi, rzygając.

Szczegóły układały się w niezręczne obrazki kantami do siebie. Leżałaś w tym łóżku już od jakiegoś czasu, w nie swoich ubraniach. Czasem łaskotanie przy uszach i skroniach przyprawiały cię o panikę, zanim uświadomiłaś sobie, że to twoje włosy. Z dala od nożyczek Mogilnicy urosły aż obscenicznie. Obcinałaś je sama, a mimo to wciąż znajdowałaś za uszami jakieś niesforne kosmyki – a może wcale ich nie obcinałaś? Czasami sięgając do nich, przypominałaś sobie o braku wymalowanej czaszkowej maski oraz szat. Nikt nie dał ci farb, a na całym statku nie było ani odrobiny tłuszczu, a zresztą nawet gdyby, to nie byłby właściwie pobłogosławiony.

Za pierwszym razem w szale wzburzenia i wstydu porwałaś poszewkę na jasiek i zakryłaś nią głowę. Nadal jednak pozostawała odkryta większość czoła, nie licząc włosów. Poza tym miałaś na sobie poszewkę. Sięgnęłaś po poetyckie wyjście i skorzystałaś z ostatniej opcji czarnej westalki – podcięłaś sobie żyłę i drżąc, choć ani z bólu, ani z utraty krwi, na oślep namalowałaś na twarzy zarys sakralnej czaszki Niechlubnej Maski.

Ludzie w medycznych uniformach zawsze zajmowali się jakimiś rzeczami, ale nie tobą. Czasem byłaś uniżenie proszona, żebyś usiadła i rozchyliła swe prowizoryczne welony, by dało się nakarmić cię klarowną zupą, ale te wspomnienia ginęły w otchłani wątpliwości. To, że znów jadłaś, zdawało się niewłaściwe. Bywało, że ludzie kręcili się wokół, a ty leżałaś na łóżku zdumiona, drżąca przed gwiezdną panoramą za oknem. Gruba warstwa pleksi zdawała się zbyt krucha, by cię chronić. Za nią przestrzeń kosmosu otwierała swą czarną gardziel, a to przerażało cię do szpiku kości.

W takich chwilach jakimś cudem zapadałaś w sen i jakimś cudem się z niego budziłaś. Już dawno przestałaś się przejmować ludzkimi głosami, które mamrotały niezrozumiałe modlitwy: „Uzupełnić… Trzy tysiące jednostek… To jest na liście zaopatrzenia… Wyrzucić ten zapas… Amunicja to przyjmie”…

W dawnym życiu może by cię to zaciekawiło. Ale prześladowały cię inne odgłosy, poza tymi dobiegającymi do twych uszu. Potężne, nierytmiczne dudnienie wilgotnych bębnów, które przyprawiało cię o panikę, zanim uzmysłowiłaś sobie, co przyniosło spokój, że słyszysz wysiłek siedmiuset ośmiu bijących serc. Że słyszysz pracę siedmiuset ośmiu mózgów drgających w płynie mózgowym. Nie musiałaś nic robić, żeby wiedzieć, że trzysta cztery z tych serc należą do nekromantów – ich mięsień sercowy pracował inaczej, słabiej, kurczył się mniej gwałtownie. Wyczuwałaś żywych. Gdy rozpracowałaś źródło dźwięku, stałaś się świadoma całej reszty: kurzu osiadającego na czarnych, lśniących płytkach podłogowych, rozprężania się własnych płuc, zasysania tlenu przez miękki szpik w kościach. Pomimo całej tej kakofonii nie mogłaś pozostać przytomna.

Czasami odkrywałaś nagle, że stoisz ze ściśniętym gardłem, wpatrując się w pozostawiony niedbale na podłodze nagi miecz. Nie pamiętałaś, że wstałaś. Nie pamiętałaś, jak się tam znalazł. Czasami zapominałaś nawet, kim jesteś, a gdy sobie przypominałaś, płakałaś jak dziecko.

W tym procesie trawiennym czasu pojawiało się Ciało. Kładło ci chłodne, martwe dłonie na czole i opuszkami przymykało powieki tak, byś nie widziała ani miecza, ani kręcących się wokół ludzi.

To był wielki zaszczyt. Wielka łaska. Ciało zawsze przychodziło do ciebie ze swobodną powściągliwością, a ty byłaś wdzięczna, czułaś ulgę. Dłonie Ciała były szare od śmierci, takie miękkie i takie znajome, tak bardzo, że byłaś absolutnie pewna, że je czujesz, że ta pieszczota jest rzeczywista. A kiedy Ciało odwracało się tak, że mogłaś zobaczyć twarz, za każdym razem zdumiewało cię to nienaruszone oddechem piękno.

Potem Ciało prowadziło cię z powrotem do łóżka i nakazywało spać. Dla niego starałaś się być posłuszna, choć raz w całym swoim pogrążonym w mrokach niewiedzy życiu, bo zdawało ci się, że opór jest niegodny. Kiedy pojawiało się Ciało, czas działał tak, jak powinien, nie topniał jak kawałki lodu, by pojawić się potem w nieoczekiwanych miejscach. Ale w tych chwilach mózg nieustannie się pilnował, by pozostać świadomym. Fakt, że Ciało do ciebie przyszło, wydawał się niezwykle istotny. Gdybyś tylko mogła pozostać przytomna, żeby zrozumieć dlaczego.

Twarz swędziała cię od zaschniętej krwi, a wokół szeptali ludzie: „Tysiąc kilogramów osseo… stare… zachowaj to, to pierwsze, czego zabraknie… Nie, sierżancie, zostaw to, i tak mamy już tyły”.

* * *

Twój świat był białym, sterylnym pudełkiem. Pudełkiem stała się sala szpitalna na „Erebosie”. „Erebos” był okrętem flagowym klasy Behemot, należącym do Cesarza Nieumarłych. Tych faktów trzymałaś się jak duszący się człowiek ostatniego haustu powietrza. Żyłaś w chłodnym, pozbawionym kolorów pomieszczeniu, w którym poza nagimi łóżkami i kartonami znajdowały się krzesło i miecz. Miecz próbowali raz zabrać, chcieli zrobić to pod pretekstem, którego nawet nie pamiętałaś, i to wspomnienie mgliście cię niepokoiło, było czerwone, mokre i niewyraźne.

Potem już nie dotykali twego oburęcznego miecza. Pojawiał się, a potem znów się pojawiał w innym miejscu, gdzie go porzuciłaś. Zazwyczaj w tajemniczym towarzystwie zapachu wymiocin. Teraz spałaś z nim, jakby był wielkim, stalowym niemowlęciem. Tak naprawdę najchętniej cisnęłabyś miecz w rozpalone jądro Dominikusa, bo nienawidziłaś go i wierzyłaś, że próbuje ci wyrządzić krzywdę, ale wiedziałaś, że najważniejsze, by nie trafił w cudze ręce.

Nie powstrzymało cię to jednak od tępienia ostrza, szczerbienia poleru i generalnie psucia krawędzi – jak przez mgłę pamiętałaś, że to twoja sprawka. O mieczach wiedziałaś niewiele, nigdy o nie nie pytałaś. Ledwie widziałaś między nimi różnice. Jedne były wąskie, inne szerokie, jeszcze inne krótkie albo długie. Ten oburęczny żołnierski miecz był wielki, nienormalny, autentycznie złośliwy i wstrętnie obarczał cię za siebie pełną odpowiedzialnością, mimo że każde dotknięcie wywoływało potężne torsje.

Czasami klękałaś przy łóżku i próbowałaś się modlić. Gdy Ciało było z tobą, nie miałaś komu dziękować ani o co prosić. Największy spokój odnajdywałaś w tym narkotycznym stanie półsnu pod zimnymi, białymi gwiazdami, podtrzymując powolne bicie serca, chora z wściekłości, zapominająca o egzystowaniu, wypaczona przez opętanie. Wokół ciebie kręcili się ludzi, obchodząc cię jak najszerszym łukiem, ignorując cię do tego stopnia, że nabierałaś przekonania, że jesteś martwa. A przekonanie to przynosiło ci ogromną ulgę.WIELEBNA CÓRKA Harrowhark Nonagesimus powinna zostać trzysta jedenastą Wielebną Matką ze swego rodu. Była osiemdziesiątą siódmą Noną ze swego Domu, pierwszą Harrowhark. Imię otrzymała po ojcu, który został nazwany po swej matce, również dziedziczce imienia jakieś ponurej zewnętrznej pokutniczki zaprzysiężonej do milczącego łoża małżeńskiego Zapieczętowanego Grobowca. Tradycja. Mogilnica nigdy nie praktykowała czystości Zmartwychwstania. Jedynym celem Dziewiątego było podtrzymanie nieprzerwanej nekromanckiej linii opiekunów grobowca. Teraz cała ta krew, która przetrwała, płynęła w żyłach Harrow. To ona była ostatnią nekromantką oraz ostatnią żyjącą dziedziczką rodu.

Jej narodziny były kosztowne. Osiemnaście lat wcześniej, aby wyrwać ostatni pąk z tej zamierającej osi, jej rodzice wymordowali wszystkie dzieci Domu w celu zapewnienia mu potomka nekromanty. Harrow została powołana do życia w godzinie _pallor mortis_, chwili, gdy dusze innych dzieci wydostawały się z ciał, a jej początek był zainicjowany zapłonem tanergii momentu umierania, który jej rodzice mozolnie obliczyli. Nic z tego przed nią nie ukrywali. Tłumaczono to Harrow rok po roku od czasu, gdy nauczyła się, kiedy mówić, a kiedy milczeć. A umiejętność ta przychodziła dzieciom z Dziewiątego bardzo wcześnie.

Jako dziecku pozwalano jej zdjąć kapę i wejść do łóżka dopiero po ukończeniu odmawiania czterdziestopięciominutowych wieczornych modlitw nadzorowanych przez okropne ciotki, Lakrimortę i Aisamortę. Były surowymi nauczycielkami dziecięcego katechizmu, a ich obecność silnie motywowała Harrow do recytowania modlitw wiernie, by nie zaczynać za każdą pomyłką od nowa i nie przedłużać konieczności przebywania w towarzystwie cuchnących kadzidłem i próchniejącymi zębami matron. Artykułowała wyraźnie, bez seplenienia modły według ich własnego pomysłu: „Będę służyła Grobowcowi po kres moich dni, a potem niech pochowają mnie w dwustu grobach…”, co uważały za uroczo żartobliwą formę, stosowną dla małej dziewczynki.

Poza tym Harrowhark pozostawiano samej sobie. Wstawała dobrze przed Pierwszym Dzwonem i modliła się w kaplicy, zanim jeszcze włączano ogrzewanie, przesuwając koraliki modlitewne zgrabiałymi palcami. Potem zaszywała się w jednej z bibliotek z lampą zasilaną baterią, kocem i książkami. Naukę nekromancji rozpoczęła samodzielnie, a jej nauczycielami i mentorami byli umarli.

Harrow nie miała świadomości, jak trudne jest zrozumienie tego, co robili dorośli nekromanci, wobec czego nie bała się podejmować prób pojęcia tego. Jej rozwój nie cierpiał ani z powodu ego, ani z powodu obaw. Czasem wieczorem rodzice kazali jej recytować swoje teoremy albo tworzyć kości łokciowe z czaszki zmielonej na proszek. Albo prosili starego marszałka Cruxa, by zrzucił jakiegoś świeżego trupa z najwyższego poziomu, by truchło spadło na sam dół, a następnie zadawali Harrow ćwiczenie połączenia kości na ślepo, przez skórę i mięso. Potem otwierali ciało, żeby zobaczyć, jak dobrze lub źle sobie poradziła, ale tak czy inaczej ich aprobatą była głównie ulga. W jej geniuszu otrzymali to, za co tak drogo zapłacili.

Crux mówił jej, że kiedyś rodzice byli inni. To musiało być, zanim dopuścili się tej drobnej masakry dzieci. Harrow nie była szczególnie zainteresowana tym faktem; nigdy nie potrafiła sobie przypomnieć rodziców innych niż wyzutych z radości. Matka rzadko się odzywała, a jeśli już, to zwracała się prawie wyłącznie do olbrzymiego Kawalera, człowieka, który wyglądał, jakby chciał zapłakać, gdyby tylko wiedział, jak to zrobić. Najwyraźniejsze wspomnienie Harrow związane z matką to jej dłonie prowadzące dziecięce rączki nad nieudolnie odwzorowanym fragmentem czaszki, palce chwytające tłuściutkie nadgarstki niemowlęce, zaciskające się w kajdany, by wskazać prawidłową technikę.

Ojciec był tym rozmowniejszym rodzicem. Wieczorami czytywał swojej małej rodzinie czasem kazania, czasem starożytne listy rodzinne. To było kolejne wspomnienie Harrow – światło elektryczne za fotelem ojca, ona sama siedząca na trzynogim taborecie obok matki i monotonny głos, który nie milkł, zanim Kawaler lekkim dotykiem nie dawał znać, że można już przestać. Harrow kuliła się we wnętrzu czarnej kościelnej szaty z kapturem i ćwiczyła tworzenie małych kawałków kości pomiędzy palcem wskazującym a kciukiem, wciskając je w miękkie opuszki, i mentalnie rozdzielała swe ciało na dwieście fragmentów relikwiarzowych.

A potem nagle wszystko się zmieniło i to już na zawsze. Harrowhark zakochała się po uszy.

* * *

No, może nie od razu „po uszy”. To był długi proces. Zanurzała się w nim powoli, stopień po stopniu schodziła w głąb, forsowała wytrychem zamki, otwierała kolejne drzwi, aż w końcu włamała się do samego serca.

Jej życie obracało się wokół Zapieczętowanego Grobowca, a to, co w nim spoczywało, skupiało jej myśli od momentu, gdy pojęła, co to jest – pogrążone w wiecznym śnie ciało leżące w ruinach Dziewiątego Domu. Nauczono ją miłości do Cesarza, który dziesięć tysięcy lat wcześniej uwolnił wszystkich od śmierci, na jaką nikt nie zasługiwał, z Grobowca uczynił symbol swego zwycięstwa i końca. Matka i ojciec Harrow bali się tego, co spoczywało w tej zamkniętej mogile. Okropne babki cioteczne czciły to, lecz cześć ta wynikała z desperacji, jakby zbiorowa trwożna adoracja mogła skłonić to coś do oszczędzenia Boga. Nikt nigdy nie pragnął otworzyć drzwi i zobaczyć, co się za nimi kryje. Wrota te otwarto dla ciała, które wniesiono do środka, i miały zostać otwarte w jakimś momencie bliżej nieokreślonej katastrofy dla jego wydostania.

Harrow miała zakaz wchodzenia tam, tak samo jak miała zakaz wchodzenia na najwyższy taras szybu i uderzania młotkiem w mechanizmy śluzy tlenowej – ponieważ to oznaczało koniec.

Większość życia upływała Harrow w ciszy. Bywały dni, gdy życie wydawało się jej trudne. Nużące. A w najgorszych dniach – jałowe. Pamięć przywoływała teraz to, co się stało, w wersji bezkrwawej, a szczegóły nie miały znaczenia. Pewnego bardzo złego dnia, kiedy wydawało się, że cały świat jej nienawidzi i że ma do tego pełne prawo, zaciskając pióro w poranionych, poobijanych knykciach, napisała list pod dyktando złamanego serca, w którym wyjaśniała powody swego samobójstwa. Potem zeszła na dół i otworzyła drzwi. Całkiem niespodziewanie nie padła od tego trupem. A co jej nie zabijało, to budziło jej ciekawość.

Próg przekroczyła dopiero, kiedy była znacznie starsza. Wszystko tam zastawiono pułapkami, ale pułapki były pułapkami Dziewiątego, stworzonymi z kości i szczerzącego się szkieletu, a Harrow posługiwała się takimi, odkąd nauczyła się raczkować. Ostatecznie doświadczenie okazało się zaledwie pouczające. Pokonała jaskinię – pełną pułapek, przeszła przez fosę czarnej wody – pełną pułapek, wdrapała się na wyspę – tak, też zapułapkowaną, i dotarła do lodowego mauzoleum – zapułapkowanego w stopniu absurdalnym. A ponieważ nadal żyła, mogła zajrzeć do odkrytej trumny, w której spoczywał powód jej istnienia.

Zwycięstwem i zarazem śmiercią Cesarza okazała się dziewczyna. No, kobieta. W tamtym czasie Harrowhark nie potrafiła tego precyzyjnie określić, a przypisanie płci zostało podyktowane jedynie własnym interesem. Ciało obleczone w białą szatę trzymało w splecionych dłoniach miecz i zostało umieszczone w lodzie. Było piękne. Świetna muskulatura, każda kończyna jak rzeźbione odwzorowanie kończyny doskonałej, każda z bezkrwistych stóp o wysoko wysklepionym łuku była symulakrum ideału stopy. Każda z czarnych, oszronionych rzęs spoczywających na policzku rysowała się na nim perfekcyjną nieruchomą czernią, a nos – nos był ukoronowaniem tego, czym nos być powinien. Nic z tego nie złamałoby ducha Harrow, gdyby nie usta, doskonale niedoskonałe usta. Lekko krzywe z wgłębieniem w dolnej wardze, jakby ktoś zrobił je, naciskając opuszkiem palca. Harrow, która przyszła na świat tylko i wyłącznie po to, by czcić tego trupa, pokochała go od pierwszego wejrzenia miłością nieokiełznaną.

A więc śmierć Boga była jednocześnie śmiercią Harrow. Stała się nieostrożna podczas swych wizyt i rodzice… odkryli… co zrobiła, jaki rodzaj grzechu popełniła i zareagowali tak, jakby roztrzaskała młotem system podtrzymywania życia. W obliczu apokalipsy wybrali śmierć z rąk własnych, zanim inna śmierć położy na nich ręce. Nawet nie byli rozgniewani. Ze spokojem i pogodzeniem matka i ojciec oraz ich Kawaler zawiązali pięć pętli – jedną dla matki, jedną dla ojca, dwie dla Mortusa i jedną dla Harrow. A potem się powiesili niemal bez westchnienia, bez szamotaniny. Byłoby lepiej, żeby Harrow do nich dołączyła. A jeszcze lepiej, gdyby wczołgała się do krypty, położyła przy ukochanej kobiecie i pozwoliła resztę zrobić mrozowi.

Ale Harrowhark – Harrow, która była kondensacją śmierci dwustu dzieci, Harrow, która kochała coś, co nie żyło normalnym życiem od dziesięciu tysięcy lat – Harrowhark Nonagesimus zawsze ponad wszystko pragnęła żyć. Kosztowała zbyt dużo, by umrzeć.

* * *

Miłość przełamała jej życie na dwie odrębne części – tę, zanim otworzyła drzwi, i tę po tym. Po tym nienawidziła siedzieć w apsydzie podczas śpiewów i wsłuchiwać się w dziwny, dudniący grzmot, który zakłócał modły wiernych, odległy łomot z tyłu głowy, którego źródła upatrywała w kimś spóźnionym. Słyszała trzaskanie drzwi gdzieś w korytarzach, gdzie drzwi nie otwierano ani nie zamykano. Jej ciało oblatywał strach, mózg wzbierał frustracją. Przeżywała męki zmuszona siedzieć obok starzejącego się marszałka Cruxa, którego karmiono łyżeczką – upierał się, że musi jeść. Nieustannie zadawała jedno pytanie: „To dzieje się naprawdę?” dla połowy rzeczy, które słyszała. A on odpowiadał: „Tak, pani” albo „Nie, pani” i wtedy mogła być zadowolona.

Rujnowało to cały jej spokój. Nawet w długie samotne dni spędzane w bibliotekach czy w jej laboratorium, gdzie parzyła sobie palce tłustymi prochami, słyszała i widywała rzeczy tuż na granicy postrzegania, rzeczy, których tam nie było. Czasami zdawało się jej, że własne ręce chwytają ją za gardło i ściskają tchawicę, aż widziała czarne plamy. Widywała wiszące pętle, zapominała, gdzie jest, i gubiła całe poranki nauki, zastępując je fałszywymi wspomnieniami.

Pierwszego roku po śmierci rodziców często widywała Ciało, gdy spała albo gdy się budziła, co jednocześnie napawało ją ulgą i frustrowało. Ciało odbierało jej spokój, ale w obecności Ciała traciła poczucie czasu. Siadywała z ręką w pobliżu suchej, martwej dłoni swej obsesji, a kiedy podnosiła wzrok, okazywało się, że minęło kilka godzin. Albo sprawdzała czas i ze zdumieniem odkrywała, że trwała tak zaledwie parę minut. Kiedy jej przysadka mózgowa rozpoczęła produkcję, Ciało przestało przychodzić na jawie, ale inne halucynacje trwały.

Harrow była wściekła, że przechodzi coś tak… niskiego jak dojrzewanie.

Jednak owo dojrzewanie zmieniło ją ponownie; czy to w wyniku działania hormonów, czy upływu czasu, a może jednego i drugiego, zdołała odzyskać częściowo względny porządek w pożartym przez larwy umyśle. Często się modliła. Jej mózg odnajdywał spokój w rytuałach. Czasem pościła albo całymi miesiącami jadła jedną potrawę, ułożoną w konkretny wzór na talerzu, spożywając w tej samej kolejności. Malowaną maskę sakralną nosiła częściej niż którakolwiek zakonnica, nawet kiedy była sama, a bywało, że w niej spała. Odbita w lustrze własna nieumalowana twarz stała się dla niej nudna, potworna, bezsensowna i jakaś taka nierzeczywista, a jednocześnie haniebnie do niej przywiązana. Harrow rzadko płakała, ale czasami siedziała w swoim łóżku za zasłonami i godzinami kiwała się energicznie, gwałtownie w przód i w tył.

Nauka nekromancji stała się trudna, gdy uświadomiła sobie tę trudność, ale to dało się pokonać, zwiększając wkładany w nią wysiłek. Czasami przez dwa tygodnie badała jeden teorem. Poruszała ojcem i matką po całym Domu jak figurami szachowymi, rok za rokiem próbując ich udoskonalić, zmniejszyć sztywność, nienaturalność chodu. Sadzała ich w kaplicy, gdzie ludzie prosili Wielebnych Rodziców o wskazówki, których sama nie potrafiła im udzielić. Tyle że pokutnicy i oddani mieszkańcy Zapieczętowanego Grobowca się starzeli, więc w końcu odkryła, że chcą usłyszeć jedno. Coraz częściej stawała pomiędzy trupami rodziców przy czyimś łożu śmierci, recytując słowa ostatniej posługi i obserwując, jak pokutnik wydaje ostatnie tchnienie. Umierali szczęśliwi. Uwielbiali to. Miała prawdziwy talent. Harrowhark bywała przy tylu łożach śmierci i wygłaszała tyle uroczystych mów o śmierci i obowiązku, że sama zaczęła wierzyć w ich słowa.

Seniorzy z Dziewiątego Domu stawali się sędziwymi starcami z Dziewiątego Domu, a sędziwi starcy z Dziewiątego Domu stawali się martwymi z Dziewiątego Domu. Harrowhark widziała odejście większości z nich, poza wyjątkami, którzy umierali na zawał płuc. Już w wieku czternastu lat potrafiła podtrzymać ich życie na tyle długo, by zdążyć odprawić dla nich ostatni rytuał. Gardziła magią tkanek miękkich, ale miała smykałkę do aorty. Później, kiedy mięso znikało, osobiście animowała ich odmięsowione szkielety, żeby mogły pracować przy wyżymaczkach czy uprawie zimowych porów w górnych częściach Mogilnicy. Większość swojej nekromancji szlifowała codzienną harówką przy geriatrycznej śmierci, grobach, czaszkach, siedząc z przeżartymi osteoporozą kośćmi i wypełniając ich braki, żeby tworzone konstrukty nie zmieniały się w chaos żebrowy noszony na rozpadających się w proch kończynach. Jej rodzice wiedzieli, co robią, powołując do życia geniusza opartego na fundamencie śmierci dwustu dzieci. Trzeba było geniusza, żeby uchronić Dom przed obróceniem się w stertę kości i ofiar zapalenia płuc.

Ale nawet geniusz mógł co najwyżej podtrzymać istniejący stan rzeczy. Dziewiąty Dom nie posiadał technologii ani jej nie rozumiał, ani nie było w nim magów ciała mogących obsługiwać sztuczne macice. Populacja posiadająca te naturalne była zbyt stara, by rodzić dzieci, i ograniczała się do sztuk dwóch z Harrow włącznie. Harrow mogła tylko dziękować Bogu, że ten obowiązek nigdy nie spadł na nią.

Jedynym realnym źródłem zdrowych chromosomów XY w Dziewiątym Domu był Pierwszy Kawaler, chłopak starszy od niej o lat siedemnaście. Wtedy postrzegała go jako samobieżny ludzki garnitur oblekający przyzwoitą konstrukcję wapniowo-węglową, a wiedziała, że on żywił do niej przelękniony szacunek, jaki można mieć wobec nieuniknionego dziedzicznego raka. Na całe szczęście ich małżeństwo mogłoby nieodwracalnie splątać linie rodowe dziedziczki i Kawalera Mogilnicy, ponieważ Ortus Nigenad był jedynakiem. Harrowhark tak skutecznie sprawiła, że jej rodzice zmiażdżyli myśl o tym w zarodku, że ojcu aż pękł od tego ząb. Jedyną dziewicą, której dzięki temu ulżyło bardziej niż jej, był Ortus.

Tak więc lata mijały w nierozgrzeszeniu, zaskorupiając się i wysychając, jak to bywa. Harrowhark obserwowała, jak Crux się starzeje, a potem jeszcze starzeje się bardziej i bardziej, i próbowała wszelkich sztuczek, które miała na stanie, żeby utrzymać go w pionie – miał koszmarne złogi w tętnicach i udawał, że nie widzi, jak Harrow je skuwa. Harrow wiedziała, że kiedy złoży ostatniego opiekuna w jego niszy grobowej, straci ostatnią osobę, która pilnowała jej rozsądku. A co, jeśli znów dostałaby obłędu? W każdej chwili mogła poprosić o pomoc siostrzane Domy. W każdej chwili mogła zażądać interwencji Kohorty, a oni stawiliby się następnego dnia ze skrzynkami do hodowania płodów, ochotniczymi pokutnikami, pożyczkami, próbkami roślin – a także nieodrzucalnymi sugestiami, że Harrowhark powinna poślubić syna Drugiego Domu albo córkę Piątego Domu – a potem Harrow musiałaby patrzeć, jak obok żałobnego proporca z czaszką Czarnego Anachorety wieszane są kolorowe chorągiewki. A to byłby koniec Dziewiątego Domu i to jeszcze bardziej ostateczny i jeszcze bardziej miażdżący niż młotek uderzający w maszynę utrzymującą tlen w szybie.

Potrzebowali wskrzeszenia. Potrzebowali cudu. Harrowhark przez całe lata studiowała cuda i pewnego razu jeden sam wpadł jej do rąk – szansa na zostanie Liktorią. Szansa na służenie Cesarzowi-Bogowi, szansa na stanie się pięścią i gestem, okazja na zostanie nieśmiertelnym sługą i rzecznikiem Mogilnicy. Szansa na odnowę Dziewiątego na własnych warunkach, ze skałą nigdy nieodtoczoną i miłością jej życia oraz śmierci nienapastowaną, leżącą w spokoju w kamiennym sanktuarium śmierci. Przez kolejne dziesięć tysięcy lat samotności. Strzeżona przez następną linię Wielebnych Matek i Wielebnych Ojców.

Harrowhark wzięła nieprzygotowanego Kawalera ze swojego Domu i chwyciła tę szansę obiema rękami.

Ale tak jak pierwsza miłość, tak proces stania się Liktorią poszedł fatalnie. Kawaler oddał się jej z obojętną gotowością, która nadal paliła ją na popiół wstydem. Nawet dysponując tą gotowością, Harrow popełniła w trakcie niewybaczalny grzech. Zebrała materię duszy Ortusa Nigenada i nie była w stanie całkowicie go zdusić. I znów była tą Harrowhark stojącą samotnie przed lustrem, beznadzieją, potworem, obcą geometrią. Nienawistnym skrzekiem osoby. Miała dziewięć lat i popełniła błąd. Miała siedemnaście lat i popełniła błąd. Historia się powtarzała. Jakby Harrow potykała się o własne nogi przez całą swoją egzystencję, sunąc gładko w pętli totalnego spierdolenia.

Była jeszcze jedna dziewczynka, która dorastała w tym samym czasie co Harrow, ale zmarła, zanim Harrow się narodziła.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij