Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • Empik Go W empik go

Harry Potter i Czara Ognia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
31 października 2023
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Harry Potter i Czara Ognia - ebook

W tym roku w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart rozegra się Turniej Trzech Czarodziejów, na który przybędą uczniowie z Bułgarii i Francjii. Zgodnie z prastarymi regułami w turnieju uczestniczyć ma trzech uczniów - reprezentantów każdej ze szkół, wybranych przez Czarę Ognia. Dziwnym zbiegiem okoliczności wybranych zostaje czterech.

Kategoria: Juvenile Literature
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-1-78939-244-9
Rozmiar pliku: 2,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dom Riddle’ów

Mieszkańcy wioski Little Hangleton nadal nazywali go „Domem Riddle’ów”, choć upłynęło już wiele lat, odkąd mieszkała w nim rodzina o tym nazwisku. Stał na wzgórzu ponad wioską. Część okien zabito deskami, w dachu ziały dziury, a na fasadzie rozplenił się bluszcz. Kiedyś piękny dwór, największy i najbardziej okazały budynek w całej okolicy – teraz był ponurą, opuszczoną ruiną.

Mieszkańcy Little Hangleton byli przekonani, że w tym starym domu straszy. Pół wieku temu wydarzyło się w nim coś dziwnego i strasznego, coś, o czym starsi lubili rozprawiać, kiedy już nie było o kim plotkować. Opowieść tę powtarzano tyle razy i w tak wielu domach, że nikt nie był pewny, co się naprawdę tam wydarzyło. Każda wersja zaczynała się jednak w tym samym czasie i miejscu: pięćdziesiąt lat temu, pewnego letniego poranka, kiedy Dom Riddle’ów był jeszcze zadbany i zamieszkany. Tego ranka służąca weszła do salonu i zastała wszystkich troje Riddle’ów martwych.

Dziewczyna pobiegła z krzykiem do wioski i pobudziła tylu ludzi, ilu zdołała.

– Leżą tam z otwartymi szeroko oczami! Zimni jak lód! Nadal w strojach do kolacji!

Wezwano policję, a w całym Little Hangleton zawrzało. Wszyscy wychodzili ze skóry, żeby się czegoś dowiedzieć. Nikt nawet nie próbował udawać, że żałuje Riddle’ów, bo w wiosce nie darzono ich sympatią. Państwo Riddle’owie byli bogatymi, zarozumiałymi snobami, a ich dorosły syn, Tom, był jeszcze gorszy. Wszystkich obchodziła tylko tożsamość mordercy – było bowiem oczywiste, że troje zdrowych ludzi nie mogło umrzeć śmiercią naturalną w ciągu jednej nocy.

Tego wieczoru w miejscowej gospodzie Pod Wisielcem utarg był wyjątkowo wysoki: zeszła się tu cała wioska, by podyskutować o potrójnym morderstwie. Porzucenie wygodnych foteli przed kominkami zostało wynagrodzone, kiedy w gospodzie pojawiła się kucharka Riddle’ów, i w ciszy, która zapadła na jej widok, oznajmiła, że właśnie aresztowano Franka Bryce’a.

– Frank! – zawołało kilka osób. – To niemożliwe!

Frank Bryce był ogrodnikiem Riddle’ów. Mieszkał samotnie w zrujnowanym domku na terenie ich posiadłości. Wrócił z wojny ze sztywną nogą i ogromną niechęcią do tłumu i hałasu i od tego czasu pracował u Riddle’ów.

W gospodzie zrobił się ruch, bo wszyscy zaczęli stawiać kucharce drinki, żeby dowiedzieć się czegoś więcej.

– Ja tam zawsze uważałam, że on jest jakiś dziwny – oświadczyła po czwartym kieliszku sherry. – Taki odludek. Ze sto razy mu proponowałam, żeby napił się ze mną herbaty, a on zawsze odmawiał. Nie chciał się z nikim zadawać, ot co.

– Trudno się dziwić biedakowi – zauważyła jakaś kobieta stojąca przy barze. – Musiał wiele przeżyć na wojnie, to i chce mieć spokój. Nie widzę powodu, żeby...

– A niby kto prócz niego miał klucz od tylnych drzwi? – warknęła kucharka. – Od kiedy pamiętam, zapasowy klucz zawsze wisiał w domku ogrodnika! Drzwi nie były wyważone! Wszystkie szyby całe! Wystarczyło, że wśliznął się do środka, kiedy wszyscy spali...

Zebrani w gospodzie mieszkańcy wioski wymienili ponure spojrzenia.

– Zawsze uważałem, że jemu źle z oczu patrzy, no i proszę – mruknął mężczyzna przy barze.

– Ta wojna pomieszała mu w głowie, jakby mnie kto pytał – stwierdził właściciel gospody.

– Pamiętasz, Dot, jak ci mówiłam, że co jak co, ale Frankowi tobym nie chciała podpaść? – odezwała się podekscytowana kobieta w kącie.

– Charakterek to on ma – przyznał Dot, potakując skwapliwie. – Pamiętam, kiedy był chłopcem...

Następnego ranka prawie wszyscy mieszkańcy Little Hangleton byli już przekonani, że to Frank Bryce zamordował Riddle’ów.

Tymczasem w pobliskim miasteczku Great Hangleton, na ponurym i obskurnym posterunku policji, Frank uparcie powtarzał, że jest niewinny i że jedyną osobą, którą widział tamtego dnia w pobliżu domu, był jakiś nieznany mu wyrostek, czarnowłosy i blady. Nikt poza nim jednak nie widział chłopaka odpowiadającego rysopisowi, więc policjanci byli przekonani, że Frank po prostu go wymyślił.

I kiedy sytuacja Franka wyglądała już bardzo poważnie, nadszedł protokół oględzin zwłok Riddle’ów, protokół, który zmienił wszystko.

Policjanci jeszcze nigdy nie czytali tak dziwnego orzeczenia. Po zbadaniu ciał zespół lekarzy orzekł, że żadna z ofiar nie została otruta, pchnięta nożem, zastrzelona, zadławiona, uduszona, nie stwierdzono też (przynajmniej w świetle dokonanych przez nich oględzin) żadnych innych uszkodzeń ciał. Wręcz przeciwnie, lekarze z ogromnym zdumieniem stwierdzili, że wszyscy Riddle’owie sprawiali wrażenie całkowicie zdrowych – oczywiście pomijając fakt, że byli martwi. Odnotowali tylko (jakby chcąc za wszelką cenę znaleźć jakąś anomalię), że twarze ofiar zastygły w wyrazie przerażenia. Oczywiście takie stwierdzenie niewiele dało policji, bo czy kto kiedykolwiek słyszał, żeby trzy osoby umarły ze strachu?

Ponieważ nie stwierdzono niczego, co by wskazywało na to, że Riddle’owie zostali zamordowani, policja była zmuszona Franka wypuścić. Riddle’ów pochowano na cmentarzu w Little Hangleton, a ich groby przez jakiś czas były obiektem powszechnego zainteresowania. Ku zaskoczeniu wszystkich i w atmosferze podejrzeń Frank Bryce wrócił do domku ogrodnika na terenie posiadłości Riddle’ów.

– Jeśli o mnie chodzi, to mogę się założyć, że to Frank ich zamordował i guzik mnie obchodzi, co na ten temat mówi policja – oświadczył Dot w gospodzie Pod Wisielcem. – I gdyby miał choć odrobinę przyzwoitości, to wyniósłby się stąd, wiedząc, że my o tym wiemy.

Ale Frank nie opuścił wioski. Został, by nadal zajmować się ogrodem, najpierw dla nowej rodziny, która zamieszkała w Domu Riddle’ów, potem dla następnych – bo nikt nie wytrzymywał tam długo. Być może częściowo z powodu obecności Franka, każdy nowy właściciel stwierdzał, że w tym domu wyczuwa się coś paskudnego. Opustoszała posiadłość wkrótce zaczęła popadać w ruinę.

*

Ostatni właściciel Domu Riddle’ów ani w nim nie mieszkał, ani go nie wynajmował, a był na tyle bogaty, że mógł sobie na to pozwolić. W wiosce mówiono, że trzyma dom „ze względu na podatki”, choć nikt nie wiedział, na czym to właściwie polega. Płacił jednak Frankowi za doglądanie ogrodu. Frank zbliżał się do swoich siedemdziesiątych siódmych urodzin, przygłuchł, noga mu jeszcze bardziej zesztywniała, ale nadal, przynajmniej w ładną pogodę, widywano go przy rabatach kwiatów, które zaczęły już zarastać chwastami.

Walczył nie tylko z chwastami. Jego prawdziwym utrapieniem byli chłopcy z wioski. Wybijali szyby w oknach Domu Riddle’ów, jeździli rowerami po trawnikach, których utrzymanie kosztowało Franka tyle trudu. Raz czy dwa włamali się do starego domu, żeby zrobić mu na złość. Wiedzieli, że jest bardzo przywiązany do posiadłości, i sprawiało im uciechę, kiedy kuśtykał przez ogród, wymachując laską i pomstując na nich ochrypłym głosem. Jeśli chodzi o samego Franka, to był przekonany, że chłopcy dręczą go złośliwie, bo podobnie jak ich rodzice i dziadkowie uważają go za mordercę. Tak więc, kiedy pewnej sierpniowej nocy obudził się i zobaczył, że w starym domu dzieje się coś dziwnego, uznał to za jakiś nowy wybryk łobuziaków, pragnących go ukarać za domniemaną zbrodnię.

Obudził go rwący ból w nodze, tak silny, że podobnego jeszcze nie doznał w swym podeszłym wieku. Wstał i zszedł do kuchni, zamierzając zmienić wodę w termoforze, którym ogrzewał kolano, by złagodzić bolesną sztywność. Stojąc przy zlewie i napełniając czajnik, spojrzał na Dom Riddle’ów i zobaczył migające na piętrze światło. Od razu pomyślał, że to ci nieznośni chłopcy włamali się znowu do domu, a sądząc po migotaniu światła, na pewno go podpalili.

Frank nie miał telefonu, a zresztą i tak nie ufał policji od czasu, gdy go aresztowano i przesłuchiwano w sprawie śmierci Riddle’ów. Natychmiast odstawił czajnik, wdrapał się po schodach na górę tak szybko, jak mu na to pozwalała sztywna noga, ubrał się i wrócił na dół. Zdjął z haka przy drzwiach zardzewiały klucz, chwycił opartą o ścianę laskę i wyszedł w ciemną noc.

Na frontowych drzwiach Domu Riddle’ów nie odkrył śladów włamania, podobnie jak na żadnym z okien. Pokuśtykał na tył domu i dotarł do drugich drzwi, prawie całkowicie ukrytych pod bluszczem, wyjął stary klucz, wsunął go w dziurkę i cicho je otworzył.

Wszedł do dużej, mrocznej kuchni. Było bardzo ciemno, ale choć nie zaglądał tu od lat, pamiętał, gdzie są drzwi do przedpokoju, więc ruszył ku nim, czując wstrętną woń rozkładu, i wytężając słuch, by wyłowić jakikolwiek dźwięk dochodzący z góry. W przedpokoju było nieco jaśniej, ponieważ po obu stronach drzwi frontowych były duże okna przedzielone w środku kamiennymi słupkami. Zaczął się wspinać po schodach, błogosławiąc grubą warstwę kurzu pokrywającego kamienne stopnie, bo tłumiła jego kroki i postukiwanie laski.

Na podeście zwrócił się w prawo i natychmiast zlokalizował intruzów: drzwi na samym końcu korytarza były uchylone, a przez szparę wylewała się na czarną posadzkę długa smuga złotego, rozmigotanego światła. Frank zaczął się skradać powoli w tym kierunku, zaciskając palce na lasce. Znalazłszy się kilka stóp od drzwi, zobaczył przez szparę kawałek pokoju.

Na kominku palił się ogień. To go zaskoczyło. Zamarł w bezruchu i nasłuchiwał uważnie, bo z pokoju dobiegł go męski głos, pokorny i zalękniony.

– Jeśli mój pan i mistrz wciąż jest głodny, to w butelce jeszcze trochę zostało.

– Później – odpowiedział drugi głos. Też należał do mężczyzny, ale był dziwnie wysoki i zimny, jak nagły powiew lodowatego wiatru. Było w nim coś, co sprawiło, że rzadkie włosy na karku Franka stanęły dęba. – Przysuń mnie bliżej kominka, Glizdogonie.

Frank zwrócił ku drzwiom prawe ucho, żeby lepiej słyszeć. Rozległ się stuk butelki stawianej na jakiejś twardej powierzchni, a później szuranie, jakby po podłodze przesuwano ciężkie krzesło. Frank uchwycił spojrzeniem drobnego mężczyznę, odwróconego plecami do drzwi i popychającego fotel. Miał on na sobie długi czarny płaszcz, a na czubku jego głowy bielała łysina. Po chwili zniknął z pola widzenia.

– Gdzie jest Nagini? – zapytał zimny głos.

– Ja... ja nie wiem, panie – odpowiedział lękliwie pierwszy głos. – Chyba wybrała się na zwiedzanie domu...

– Musisz ją wydoić, zanim udamy się na spoczynek, Glizdogonie – rzekł drugi głos. – W nocy będziesz musiał mnie nakarmić. Ta podróż bardzo mnie zmęczyła.

Zmarszczywszy brwi, Frank przybliżył swoje dobre ucho jeszcze bardziej do drzwi, wytężając słuch. Po chwili ciszy znowu zabrzmiał głos Glizdogona.

– Panie mój, czy mogę zapytać, jak długo tu zostaniemy?

– Tydzień – odrzekł zimny głos. – Może dłużej. To dość wygodne miejsce, a na razie musimy powstrzymać się od działania. Byłoby głupio zabrać się do urzeczywistnienia naszego planu przed zakończeniem Mistrzostw Świata w Quidditchu.

Frank wsadził do ucha sękaty palec i mocno nim pokręcił. Pewno nagromadziło się sporo woskowiny, pomyślał, bo usłyszałem „quidditch”, a przecież nie ma takiego słowa...

– Mistrzostw Świata w Quidditchu – powtórzył Glizdogon. (Frank jeszcze gorliwiej pogrzebał w uchu). – Wybacz mi, panie, ale... nie rozumiem... dlaczego mielibyśmy czekać na zakończenie Mistrzostw Świata?

– Dlatego, głupcze, że właśnie w tej chwili zjeżdżają się do kraju czarodzieje z całego świata i każdy tajniak z Ministerstwa Magii jest na służbie, wypatrując jakichkolwiek oznak niezwykłości i sprawdzając tożsamość każdego, kto mu się nawinie. Będą wariować na punkcie bezpieczeństwa, żeby mugole czegoś nie zauważyli. Dlatego musimy czekać.

Frank przestał sobie czyścić ucho. Wyraźnie usłyszał słowa: „Ministerstwo Magii”, „czarodzieje” i „mugole”. Nie ulegało wątpliwości, że te wyrażenia mają jakieś tajne znaczenie, a Frankowi przychodziły do głowy tylko dwa rodzaje ludzi, którzy mogliby mówić szyfrem: szpiedzy i przestępcy. Zacisnął dłoń na lasce i wytężył słuch.

– A więc wasza lordowska mość jest zdecydowany? – zapytał cicho Glizdogon.

– Tak, Glizdogonie, jestem zdecydowany. – W zimnym głosie zabrzmiała nuta groźby.

Nastąpiła chwila milczenia, a później przemówił Glizdogon, wyrzucając z siebie szybko słowa, jakby się bał, że straci odwagę, zanim je wypowie.

– Panie mój, to można zrobić bez Harry’ego Pottera.

Znowu pauza, tym razem dłuższa, a potem...

– Bez Harry’ego Pottera, powiadasz? – powtórzył drugi głos z jadowitą łagodnością. – Ach tak, rozumiem...

– Panie, nie mówię tego ze względu na chłopaka! – zawołał piskliwym głosem Glizdogon. – Nic dla mnie nie znaczy, nic a nic! Uważam tylko, że gdybyśmy wykorzystali innego czarodzieja albo czarownicę... kogokolwiek... to moglibyśmy dokonać tego o wiele szybciej! Gdybyś mi pozwolił, panie, oddalić się na jakiś czas... a wiesz, że potrafię zmienić się tak, że nikt mnie nie rozpozna... wróciłbym tu za dwa dni z jakąś odpowiednią osobą...

– Tak, to prawda... – powiedział cicho drugi głos. – Mógłbym użyć innego czarodzieja...

– Panie mój, to naprawdę rozsądne wyjście. – W głosie Glizdogona dało się wyczuć wyraźną ulgę. – Trudno by było porwać Pottera, jest tak dobrze strzeżony...

– A ty chciałbyś pójść na ochotnika po kogoś innego? Zastanawiam się, Glizdogonie... czy nie zmęczyło cię już pielęgnowanie mojej osoby... czy ta propozycja nie jest czasem próbą porzucenia mnie na zawsze?

– Panie! Mistrzu! Ja... ja wcale nie chcę cię opuścić, ależ skąd...

– Nie kłam! – zasyczał drugi głos. – Przede mną nie można kłamać, zawsze to wykryję! Żałujesz, że w ogóle do mnie wróciłeś, Glizdogonie! Czujesz do mnie odrazę! Widzę, jak się wzdrygasz, gdy na mnie spojrzysz, czuję, jak drżysz, kiedy mnie dotykasz...

– Nie! Moje przywiązanie do waszej lordowskiej mości...

– Twoje przywiązanie to zwykłe tchórzostwo. Nie byłoby cię tu, gdybyś miał dokąd pójść. Jak mam tu przetrwać bez ciebie, skoro muszę być karmiony co kilka godzin? Kto wydoi Nagini?

– Jesteś już o wiele silniejszy, mój panie...

– Kłamiesz – wycedził zimny głos. – Wcale nie jestem silniejszy, a jak ciebie nie będzie przez parę dni, to utracę i tę odrobinę zdrowia, którą odzyskałem pod twoją niezdarną opieką. Zamilcz!

Glizdogon, który bełkotał coś niewyraźnie, natychmiast umilkł. Przez kilka sekund Frank słyszał tylko trzaskanie ognia w kominku. Potem drugi mężczyzna znowu przemówił, tym razem szeptem przywodzącym na myśl syk węża.

– Jak już ci wyjaśniałem, mam swoje powody, dla których chcę użyć właśnie tego chłopca. Chcę jego i tylko jego. Czekałem na to trzynaście lat. Parę miesięcy więcej nie stanowi różnicy. Wiem, że chłopiec będzie wyjątkowo dobrze chroniony, ale wszystko dokładnie zaplanowałem. Potrzebna mi jest tylko twoja odwaga, Glizdogonie, i tę odwagę musisz w sobie znaleźć, jeśli nie chcesz odczuć pełni gniewu Lorda Voldemorta...

– Panie, pozwól coś powiedzieć swemu wiernemu słudze! – przerwał mu Glizdogon, a w jego głosie zabrzmiało prawdziwe przerażenie. – Przez całą naszą podróż rozmyślałem nad tym planem... Panie mój, przecież wkrótce zauważą, że Berta Jorkins zniknęła, a jeśli posuniemy się dalej, jeśli rzucę zaklęcie...

– Jeśli? – zasyczał drugi głos. – Jeśli? Jeśli będziesz postępował zgodnie z planem, Glizdogonie, ministerstwo nigdy się nie dowie, że ktoś jeszcze zniknął. Zrobisz to po cichu, bez zamieszania... Bardzo bym chciał zrobić to sam, ale w moim obecnym stanie... Pomyśl, Glizdogonie, trzeba tylko pokonać jeszcze jedną przeszkodę i droga do Harry’ego Pottera stanie przed nami otworem. Nie żądam od ciebie, żebyś zrobił to sam. Wkrótce pojawi się mój wierny sługa...

– Ja jestem twoim wiernym sługą – rzekł Glizdogon, a w jego głosie zabrzmiała nuta ponurego rozżalenia.

– Glizdogonie, potrzebny mi jest ktoś z tęgą głową, godny zaufania i do końca mi oddany, a ty nie spełniasz żadnego z tych warunków.

– Odnalazłem cię, panie – powiedział Glizdogon, teraz już wyraźnie nadąsany. – To ja ciebie odnalazłem. To ja ci sprowadziłem Bertę Jorkins.

– To prawda – rzekł drugi mężczyzna z lekkim rozbawieniem. – To wyczyn, którego się po tobie nie spodziewałem, Glizdogonie... chociaż, prawdę mówiąc, kiedy ją złapałeś, na pewno nie wiedziałeś, jak bardzo okaże się pożyteczna, co?

– Ja... ja myślałem, że ona się może przydać, panie...

– Kłamiesz – powtórzył drugi głos jeszcze wyraźniej szyderczym tonem. – Nie przeczę jednak, że jej informacje okazały się bardzo cenne. Bez niej nie obmyśliłbym naszego planu. Otrzymasz za to nagrodę, Glizdogonie. Pozwolę ci wykonać dla mnie bardzo ważne zadanie, tak ważne, że każdy z moich zwolenników dałby sobie odrąbać prawą rękę, byle je otrzymać...

– N-naprawdę, mój panie? Co... – Teraz w głosie Glizdogona ponownie zabrzmiało przerażenie.

– Ach, Glizdogonie, chyba nie chcesz, żebym ci zepsuł niespodziankę? Swoją rolę odegrasz na samym końcu... ale przyrzekam ci, będziesz miał zaszczyt okazania się równie użytecznym, jak Berta Jorkins.

– A więc... a więc... – wyjąkał Glizdogon ochrypłym głosem, jakby nagle zaschło mu w ustach – zamierzasz... mnie również... zabić?

– Och, Glizdogonie, Glizdogonie – rzekł łagodnie zimny głos – czemu miałbym cię zabijać? Zabiłem Bertę, bo musiałem to zrobić. Po przesłuchaniu nie nadawała się już do niczego. A zresztą mogłyby paść niewygodne pytania, gdyby wróciła do Ministerstwa Magii i oznajmiła, że podczas urlopu spotkała właśnie ciebie. Czarodzieje uważani za zmarłych chyba nie powinni spotykać w przydrożnej gospodzie czarownic z Ministerstwa Magii, prawda?

Glizdogon mruknął coś tak cicho, że Frank nie dosłyszał słów, ale drugi mężczyzna roześmiał się – a był to śmiech zimny jak jego mowa, całkowicie pozbawiony wesołości.

– Powiadasz, że mogliśmy zmodyfikować jej pamięć? Potężny czarodziej potrafi przełamać każde zaklęcie zapomnienia, co udowodniłem, kiedy ją przesłuchiwałem. Byłoby ujmą dla jej pamięci, gdybyśmy nie wykorzystali informacji, które z niej wydarłem, Glizdogonie.

Frank, przyczajony za drzwiami, poczuł nagle, że jego ręka ściskająca laskę zrobiła się śliska od potu. Ten człowiek o lodowatym głosie zabił jakąś kobietę. Mówi o tym bez żadnych skrupułów – z rozbawieniem. To groźny szaleniec! Szaleniec, który planuje nowy mord... Ten chłopiec, Harry Potter, kimkolwiek jest... znajduje się w śmiertelnym niebezpieczeństwie...

Wiedział, co powinien zrobić. Nadszedł czas, aby iść na policję. Wykradnie się z domu i pospieszy ile sił w nogach do budki telefonicznej w wiosce... Ale zimny głos ponownie przemówił i Frank zamarł, zamieniając się w słuch.

– Jeszcze jedno zaklęcie... wierny sługa w Hogwarcie... i Harry Potter jest mój, Glizdogonie. To już postanowione. Nie życzę sobie żadnych sprzeciwów. Ale cicho... chyba słyszę Nagini...

I nagle jego głos się zmienił. Zaczął wydawać z siebie takie dźwięki, jakich Frank jeszcze nigdy nie słyszał: syczał i prychał bez zaczerpnięcia oddechu. Frank pomyślał, że to jakiś atak apopleksji.

A później usłyszał coś za sobą w ciemnym korytarzu. Odwrócił się i sparaliżowało go ze strachu.

Coś pełzło ku niemu po podłodze mrocznego korytarza, a kiedy zbliżyło się do pasma światła padającego przez szparę, przeszył go dreszcz przerażenia. Miał przed sobą olbrzymiego węża, mierzącego co najmniej dwanaście stóp. Frank, skamieniały z przerażenia, wpatrywał się w wijące się cielsko, które zbliżało się coraz bardziej i bardziej, pozostawiając szeroki, kręty ślad na zakurzonej posadzce... Co robić? Dokąd uciec? Jedyne miejsce ucieczki to pokój, w którym dwaj mężczyźni planują morderstwo... ale jeśli nie ruszy się z miejsca, wąż z pewnością go uśmierci...

Zanim jednak zdążył podjąć decyzję, wąż już się z nim zrównał, a potem – nie do wiary! – minął go, wabiony sykiem wydobywającym się z ust tamtego mężczyzny, i po chwili w szparze drzwi zniknął koniec jego ogona, nakrapiany lśniącymi jak diamenty plamkami.

Po czole Franka spływały strużki potu, a ręka dzierżąca laskę dygotała. W pokoju wciąż rozlegało się syczenie i prychanie, a Franka nawiedziła dziwna, zupełnie niewiarygodna myśl... Ten człowiek potrafi rozmawiać z wężami.

Frank nic z tego nie rozumiał. W tej chwili pragnął tylko jednego: znaleźć się z powrotem w łóżku z butelką gorącej wody pod kołdrą. Kłopot w tym, że nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Za nic nie chciały się poruszyć. I kiedy tak stał, próbując opanować dygotanie, zimny głos przemówił, znowu po angielsku:

– Nagini przyniosła interesującą wiadomość, Glizdogonie.

– N-naprawdę, mój panie?

– Naprawdę – rzekł zimny głos. – Nagini twierdzi, że za drzwiami stoi jakiś stary mugol i podsłuchuje, co tu mówimy.

Frank nie miał żadnych szans na ucieczkę. Usłyszał zbliżające się kroki i drzwi otworzyły się gwałtownie na całą szerokość.

Stał przed nim niski, łysiejący mężczyzna z resztką siwych włosów, długim, spiczastym nosem i wodnistymi oczkami; na jego twarzy malowała się mieszanina czujności i strachu.

– Zaproś go do środka, Glizdogonie. Gdzie się podziały twoje dobre maniery?

Zimny głos dobiegał ze starego fotela stojącego przed kominkiem, ale Frank nie widział tego, kto w nim siedzi. Wąż zwinął się na przegniłym dywaniku przed kominkiem, jak jakaś straszna parodia domowego psa.

Glizdogon gestem zaprosił Franka do pokoju. Choć Frank wciąż był okropnie wstrząśnięty, ścisnął mocniej laskę i przekuśtykał przez próg.

Jedynym źródłem światła był ogień z kominka, który rzucał na ściany długie, pająkowate cienie. Frank wlepił oczy w oparcie fotela. Siedzący w nim mężczyzna musiał być jeszcze niższy od swojego sługi, bo Frank nie widział czubka jego głowy.

– Słyszałeś wszystko, mugolu? – odezwał się zimny głos.

– Jak mnie nazwałeś? – zapytał Frank wyzywającym tonem, bo teraz, kiedy już znalazł się w środku i nadszedł czas, by działać, poczuł przypływ odwagi. Na wojnie było tak samo.

– Nazwałem ciebie mugolem – odrzekł chłodno głos. – To oznacza, że nie jesteś czarodziejem.

– Nie wiem, co przez to rozumiesz – powiedział Frank nieco pewniejszym tonem. – Wiem tylko, że usłyszałem dość, aby zainteresować tym policję. Tak, mój panie. Popełniłeś jakieś morderstwo i planujesz następne! I powiem ci coś jeszcze – dodał, bo nagle przyszło mu to do głowy. – Moja żona wie, że tu jestem, i jeśli nie wrócę...

– Nie masz żony – przerwał mu spokojnie zimny głos. – Nikt nie wie, że tu jesteś. Nie powiedziałeś nikomu, dokąd idziesz. Nie kłam przed Lordem Voldemortem, mugolu, bo on to pozna... zawsze poznaje...

– Czyżby? – zapytał szorstko Frank. – A więc mamy do czynienia z lordem? Jakoś nie widzę, żebyś miał lordowskie maniery. Bo niby dlaczego nie odwrócisz się i nie spojrzysz mi w oczy jak człowiek?

– Bo ja nie jestem człowiekiem, mugolu – zasyczał zimny głos, a Frank ledwo go dosłyszał wśród trzasku szczap płonących w kominku. – Jestem kimś o wiele, wiele większym. Ale... dlaczego nie? Pokażę ci swoją twarz... Glizdogonie, odwróć mój fotel.

Sługa jęknął cicho.

– Słyszałeś, co powiedziałem?

Powoli, z takim grymasem na twarzy, jakby wolał zrobić wszystko, tylko nie zbliżać się do swojego pana i do dywanika, na którym spoczywał wąż, drobny człowieczek podszedł do fotela i zaczął go odwracać. Wąż uniósł swój ohydny, trójkątny łeb i zasyczał cicho, kiedy nogi fotela zawadziły o dywanik.

Sługa odwrócił fotel i Frank wtedy zobaczył, kto, albo raczej co w nim siedzi. Laska wypadła mu z ręki i z łoskotem wylądowała na podłodze. Otworzył usta i krzyknął. Krzyczał tak głośno, że nie słyszał słów, które wypowiedziało to coś w fotelu, kiedy podniosło różdżkę. Błysnęło zielone światło, huknęło, i Frank Bryce zgiął się wpół. Kiedy upadł na podłogę, był już martwy.

Dwieście mil od tego miejsca pewien chłopiec, który nazywał się Harry Potter, przebudził się nagle, dygocąc ze strachu.ROZDZIAŁ DRUGI

Blizna

Harry leżał na plecach, oddychając z trudem, jakby się zadyszał po biegu. Przebudził się z bardzo realistycznego snu, z dłońmi przyciśniętymi do twarzy. Stara blizna na czole, w kształcie błyskawicy, paliła go tak, jakby ktoś przed chwilą przyłożył mu do czoła rozgrzany do białości pręt.

Usiadł, wciąż dotykając jedną ręką blizny, a drugą sięgając w ciemności po okulary leżące na szafce przy łóżku. Założył je i zobaczył wyraźniej sypialnię, oświetloną mglistym, pomarańczowym blaskiem ulicznej latarni, sączącym się przez zasłony.

Jeszcze raz pomacał bliznę. Wciąż czuł ból. Zapaliwszy lampkę, wygramolił się z łóżka, przeszedł przez pokój, otworzył szafę i zerknął w lustro na wewnętrznej stronie drzwi. Zobaczył chudego, czternastoletniego chłopca o zdziwionych, jasnozielonych oczach, spoglądających na niego spod rozczochranej czarnej czupryny. Przyjrzał się uważnie bliźnie w kształcie błyskawicy. Wyglądała tak jak zawsze, ale wciąż piekła.

Harry spróbował sobie przypomnieć, o czym śnił, zanim się przebudził. To było takie żywe, takie realne... Dwaj znajomi ludzie i jeden, którego nie znał... Zmarszczył brwi, starając się sobie przypomnieć...

Nawiedził go niewyraźny obraz jakiegoś pokoju... przypomniał sobie węża zwiniętego na dywaniku przed kominkiem... drobnego człowieczka... tak, to Peter o przezwisku Glizdogon... i zimny, piskliwy głos... głos Lorda Voldemorta. Na samą myśl o nim Harry poczuł się tak, jakby do żołądka opadła mu bryła lodu...

Zacisnął powieki, usiłując sobie przypomnieć, jak wyglądał Voldemort, ale okazało się to niemożliwe... Pamiętał tylko, że w tej samej chwili, kiedy odwrócono fotel Voldemorta i on, Harry, zobaczył, co w nim siedzi, przeszył go spazm przerażenia i obudził się... A może obudził go ten piekący ból?

I kim był ten starzec? Bo na pewno był tam jakiś starzec: widział, jak upada na podłogę. Ale wszystko się zacierało... Harry zasłonił twarz dłońmi, odgradzając się od sypialni, by zatrzymać pod powiekami obraz tamtego mrocznego pokoju, ale szczegóły wyciekały z jego pamięci tak szybko jak woda ze stulonych dłoni, tym szybciej, im bardziej starał się je zatrzymać... Voldemort i Glizdogon rozmawiali o kimś, kogo zabili, ale Harry nie mógł sobie przypomnieć jego imienia... i planowali nowe morderstwo... ale kto miał być ofiarą?... zaraz... tak, on sam!

Harry odjął ręce od twarzy, otworzył oczy i rozejrzał się po sypialni, jakby się spodziewał, że ujrzy coś niezwykłego. Tak się złożyło, że w tym pokoju było mnóstwo niezwykłych rzeczy. U stóp łóżka stał otwarty wielki drewniany kufer, w którym mieścił się kociołek, miotła, czarne szaty i kilka ksiąg z zaklęciami. Część biurka zajmowała wielka pusta klatka, w której zazwyczaj siedziała jego sowa śnieżna, Hedwiga, a pozostała część zawalona była zwojami pergaminu. Na podłodze obok łóżka leżała otwarta książka, którą czytał przed zaśnięciem. Ilustracje w książce były ruchome: pojawiali się na nich i znikali z pola widzenia ludzie w pomarańczowych szatach, śmigając na miotłach i podając sobie małą czerwoną piłkę.

Harry podniósł książkę, by popatrzeć, jak jeden z czarodziejów zdobywa wspaniałego gola, przerzucając piłkę przez obręcz na słupku wysokości pięćdziesięciu stóp. Potem zatrzasnął książkę. Nawet quidditch – według Harry’ego najlepsza gra sportowa na świecie – nie potrafił go w tym momencie oderwać od ponurych myśli. Odłożył W powietrzu z Armatami na stolik przy łóżku, podszedł do okna i rozchylił zasłony, żeby zobaczyć, co się dzieje na ulicy.

Uliczka Privet Drive wyglądała dokładnie tak, jak powinna wyglądać porządna uliczka podmiejskiego osiedla we wczesnych godzinach sobotniego poranka. Zasłony we wszystkich oknach były zaciągnięte. Było co prawda ciemno, ale nigdzie nie dostrzegł żywej duszy, ba, nawet żadnego kota.

A jednak... a jednak... Harry usiadł na łóżku, ponownie dotykając palcem blizny na czole. Nadal odczuwał niepokój, ale wcale nie z powodu bólu. Do bólu i kontuzji był przyzwyczajony. Kiedyś stracił wszystkie kości w prawej ręce i przez całą noc znosił ból towarzyszący ich czarodziejskiemu odrastaniu. Wkrótce potem to samo ramię przebił jadowity, długi na stopę kieł. W ubiegłym roku spadł z latającej miotły z wysokości pięćdziesięciu stóp. Był przyzwyczajony do dziwnych wypadków i urazów; trudno ich było uniknąć, jeśli się uczęszczało do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart i miało się dużą skłonność do wpadania w kłopoty.

Tym, co niepokoiło Harry’ego, była świadomość, że kiedy ostatnio rozbolała go blizna na czole, stało się tak z powodu bliskości Voldemorta... Ale przecież Voldemorta nie mogło tu teraz być... Voldemort czający się w ciemnościach na Privet Drive? To absurdalne, to niemożliwe...

Harry wsłuchał się w otaczającą go ciszę. Czyżby jednak spodziewał się usłyszeć trzeszczenie schodów albo szelest płaszcza? Aż podskoczył, gdy w sąsiednim pokoju zachrapał głośno jego kuzyn Dudley.

Otrząsnął się i skarcił w duchu: co za głupota, przecież w tym domu nie ma nikogo poza wujem Vernonem, ciotką Petunią i Dudleyem, którzy wciąż smacznie śpią i z całą pewnością nie dręczą ich żadne senne koszmary.

Harry lubił Dursleyów najbardziej, kiedy spali; kiedy nie spali i tak nie było z nich żadnego pożytku. Wuj Vernon, ciotka Petunia i Dudley, jego jedyni żyjący krewni, byli mugolami (zwykłymi, niemagicznymi ludźmi). Nie tolerowali magii pod żadną postacią, co oznaczało, że w swoim domu traktowali Harry’ego jak trędowatego. Od trzech lat spędzał z nimi tylko wakacje, bo przez resztę roku mieszkał w jednym z domów uczniowskich w Hogwarcie. Ukrywali ten fakt, opowiadając wszystkim, że ich siostrzeniec przebywa w „Świętym Brutusie”, czyli w Ośrodku Wychowawczym dla Młodocianych Recydywistów. Dobrze wiedzieli, że jako niepełnoletniemu czarodziejowi nie wolno mu używać czarów poza Hogwartem, ale mimo to obwiniali go o wszystkie wypadki i awarie w domu. Harry nie miał do nich za grosz zaufania i nigdy im nie opowiadał o swoim życiu w świecie czarodziejów. Już sama myśl, by pójść do nich, kiedy się obudzą, i oznajmić, że boli go blizna i że lęka się Voldemorta, wydawała się po prostu śmieszna.

A jednak to właśnie z powodu Voldemorta Harry znalazł się w domu Dursleyów. Gdyby nie Voldemort, nie miałby na czole tej blizny w kształcie błyskawicy. Gdyby nie Voldemort, nadal miałby rodziców...

Harry miał zaledwie rok tamtej nocy, kiedy Voldemort – najpotężniejszy czarnoksiężnik w tym stuleciu, przez jedenaście lat stopniowo rosnący w siłę i moc – przybył do domu jego rodziców, by ich zamordować. Kiedy tego dokonał, skierował różdżkę na Harry’ego i wypowiedział zaklęcie, którym pozbył się już wielu dorosłych czarodziejów i czarownic na drodze do pełni władzy. Trudno w to uwierzyć, ale zaklęcie nie podziałało. Zamiast uśmiercić maleńkiego chłopczyka, ugodziło samego Voldemorta. Harry przeżył, i z tego strasznego spotkania pozostała mu tylko na czole blizna w kształcie błyskawicy, podczas gdy Voldemort uszedł z tego starcia ledwie żywy, pozbawiony mocy. Zaszył się gdzieś, a tajna społeczność czarodziejów i czarownic przestała wreszcie żyć w nieustannym strachu; poplecznicy Voldemorta rozpierzchli się po świecie, a Harry Potter zyskał powszechną sławę.

Harry przeżył głęboki wstrząs, kiedy w swoje jedenaste urodziny dowiedział się, że jest czarodziejem, a poczuł jeszcze większe zakłopotanie, kiedy odkrył, że w czarodziejskim świecie każdy zna jego imię i nazwisko. Kiedy trafił do Hogwartu, wszyscy się za nim oglądali i nieustannie towarzyszyły mu podniecone szepty. Teraz już do tego przywykł; pod koniec lata miał rozpocząć czwarty rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa i już liczył dni dzielące go od powrotu do Hogwartu.

Ale od upragnionego wyjazdu do szkoły dzieliły go jeszcze dwa tygodnie. Rozejrzał się z rozpaczą po pokoju i jego wzrok spoczął na kartkach urodzinowych, które przysłała mu pod koniec lipca dwójka jego najlepszych przyjaciół. Co by powiedzieli, gdyby im napisał, że znowu rozbolała go blizna?

Natychmiast usłyszał w głowie głos Hermiony Granger, piskliwy i pełen przerażenia:

– Boli cię blizna? Harry, to bardzo poważna sprawa... Napisz do profesora Dumbledore’a! A ja zaraz sprawdzę w Najczęstszych magicznych dolegliwościach i schorzeniach... Może tam jest coś o bliznach spowodowanych zaklęciami...

Tak, Hermiona na pewno doradziłaby mu zwrócenie się do dyrektora Hogwartu i, oczywiście, przewertowanie kilku książek. Harry spojrzał przez okno na atramentowe, prawie czarne niebo. Wątpił, by mogła mu teraz pomóc jakakolwiek książka. Z tego, co wiedział, był jedyną żyjącą osobą, której udało się przeżyć tak silne, złowrogie zaklęcie; odnalezienie nękających go objawów w Najczęstszych magicznych dolegliwościach i schorzeniach było więc bardzo mało prawdopodobne. A jeśli chodzi o zwrócenie się o radę do dyrektora, to i tak nie miał pojęcia, gdzie Albus Dumbledore spędza tegoroczne letnie wakacje. Uśmiechnął się w duchu, kiedy sobie wyobraził Dumbledore’a, z jego długą srebrną brodą, w sięgającej stóp szacie czarodzieja i spiczastym kapeluszu, wyciągniętego gdzieś na plaży i wcierającego sobie krem do opalania w długi, haczykowaty nos. Co prawda, gdziekolwiek by Dumbledore przebywał, Hedwiga na pewno by go odnalazła – jeszcze nigdy nikogo nie zawiodła, nawet kiedy nie znała adresu... Ale co by miał mu napisać?

Szanowny Panie Profesorze, proszę mi wybaczyć, że Pana niepokoję, ale dziś rano rozbolała mnie blizna. Z wyrazami szacunku, Harry Potter.

Zabrzmiało to bardzo głupio, nawet w jego głowie.

Spróbował więc wyobrazić sobie reakcję swojego najlepszego przyjaciela, Rona Weasleya, i natychmiast ujrzał długą, piegowatą, przerażoną twarz Rona.

– Boli cię blizna? Ale... ale chyba Sam Wiesz Kogo nie ma gdzieś w pobliżu, co? To znaczy... wiedziałbyś o tym, prawda? Chyba nie próbuje zrobić tego jeszcze raz? No, nie wiem, Harry... ale może takie blizny po zaklęciach zawsze trochę bolą... Zapytam tatę...

Pan Weasley był wykwalifikowanym czarodziejem pracującym w Ministerstwie Magii, w Departamencie Niewłaściwego Użycia Produktów Mugoli, ale chyba nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w zakresie złowrogich zaklęć. W każdym razie Harry’emu niezbyt podobał się pomysł, by cała rodzina Weasleyów dowiedziała się, że on, Harry, wpada w histerię, bo coś go rozbolało. Pani Weasley przeraziłaby się jeszcze bardziej od Hermiony, a bliźniacy, Fred i George, bracia Rona, którzy mieli już po szesnaście lat, mogliby pomyśleć, że ma pietra. Weasleyowie byli rodziną, którą Harry uwielbiał; miał też nadzieję, że lada dzień zaproszą go do siebie na resztę wakacji (Ron wspominał o Mistrzostwach Świata w Quidditchu) i jakoś nie miał ochoty na to, by w czasie jego wizyty wciąż wypytywano go o tę bliznę.

Postukał knykciami w czoło. Naprawdę pragnął kogoś (choć z trudem się do tego przyznawał nawet przed samym sobą), kto by był jak... jak ojciec: dorosły czarodziej, którego mógłby zapytać o radę, nie czując się przy tym głupio, ktoś, kto by się nim zaopiekował, ktoś mający doświadczenie w walce z czarną magią...

I nagle wpadło mu do głowy rozwiązanie. Proste i tak oczywiste! Aż trudno mu było uwierzyć, że wcześniej o tym nie pomyślał. Syriusz!

Harry zeskoczył z łóżka, przebiegł przez pokój i usiadł przy biurku. Przysunął sobie kawałek pergaminu, umaczał orle pióro w atramencie, napisał: „Drogi Syriuszu...”, i przerwał, zastanawiając się, jak tu ująć swój problem, i wciąż dziwiąc się, że od razu nie pomyślał o Syriuszu. No ale może jednak nie było to aż tak dziwne, bo w końcu o tym, że Syriusz jest jego ojcem chrzestnym, dowiedział się zaledwie dwa miesiące temu.

Przyczyna, dla której ojciec chrzestny Harry’ego uprzednio zniknął z jego życia, była prosta – Syriusz przez wiele lat przebywał w Azkabanie, przerażającym więzieniu dla czarodziejów, strzeżonym przez istoty zwane dementorami, ślepe demony wysysające z ludzi dusze. Kiedy w końcu udało mu się uciec, podążyły za nim do Hogwartu, by go schwytać. Syriusz był niewinny – morderstwa, za które został skazany, popełnił Glizdogon, poplecznik Voldemorta, którego prawie wszyscy uważali za zmarłego. Harry, Ron i Hermiona znali prawdę, bo w ubiegłym roku sami spotkali Glizdogona, choć prócz profesora Dumbledore’a nikt nie chciał im uwierzyć.

Wtedy, w ubiegłym roku, przez jedną cudowną godzinę Harry był przekonany, że opuści na zawsze dom Dursleyów, ponieważ Syriusz zaproponował mu, by zamieszkali razem, kiedy już zostanie oczyszczony z zarzutu zbrodni. Szansy tej został jednak wkrótce pozbawiony, bo Glizdogon zniknął, zanim zdołali go oddać w ręce przedstawicieli Ministerstwa Magii, a Syriusz musiał znowu uciekać, by ratować życie. Harry pomógł mu uciec na grzbiecie hipogryfa zwanego Hardodziobem i odtąd Syriusz ukrywał się gdzieś, wiodąc żałosne życie ściganego zbiega. Myśl o domu, który mógł wreszcie mieć, gdyby Glizdogon nie uciekł, nawiedzała Harry’ego przez całe lato. Było mu bardzo ciężko powrócić do Dursleyów ze świadomością, że tak mało brakowało, a opuściłby ich dom na zawsze.

A jednak, mimo że nie udało im się zamieszkać razem, Syriusz zdołał mu już trochę pomóc. To dzięki niemu Harry miał teraz w sypialni swoje podręczniki i inne przybory szkolne. W poprzednich latach Dursleyowie nigdy mu na to nie pozwalali, bo po pierwsze, od samego początku traktowali go podle, znęcając się nad nim i odmawiając mu wszelkich przyjemności, a po drugie, po prostu bali się jego niezwykłych mocy czarodziejskich. Dlatego za każdym razem, kiedy wracał na letnie wakacje, zamykali jego szkolny kufer w komórce pod schodami. Zmieniło się to dopiero tego lata, kiedy się dowiedzieli, że ojcem chrzestnym Harry’ego jest niebezpieczny morderca – a Harry sprytnie zapomniał im powiedzieć, że Syriusz jest niewinny.

Od czasu powrotu na Privet Drive dostał dwa listy od Syriusza. Oba zostały dostarczone nie przez sowy (jak było przyjęte w świecie czarodziejów), ale przez wielkie, barwnie upierzone ptaki tropikalne. Hedwiga nie była zachwycona pojawieniem się tych pstrych intruzów; z najwyższą niechęcią pozwoliła im napić się wody ze swojej miseczki, zanim odleciały z powrotem. Natomiast Harry’emu bardzo się podobały: przywodziły na myśl palmy i biały piasek, co pozwalało mu mieć nadzieję, że gdziekolwiek Syriusz teraz się znajduje (nigdy o tym nie wspominał, obawiając się, że listy mogą wpaść w ręce jego prześladowców), czuje się tam dobrze i bezpiecznie. Harry’emu jakoś trudno było wyobrazić sobie dementorów przebywających zbyt długo w jasnym słońcu – może właśnie dlatego Syriusz uciekł gdzieś na południe? Listy od Syriusza, ukryte w bardzo użytecznej skrytce pod obluzowaną deską podłogi pod łóżkiem Harry’ego, pełne były otuchy i w obu Syriusz przypominał, że Harry może go wezwać, gdyby tylko potrzebował jego rady czy pomocy. A przecież właśnie teraz tego potrzebuje...

Lampa jakby przygasła, bo zimne szare światło poprzedzające wschód słońca powoli wpełzło do pokoju. Kiedy w końcu wzeszło słońce i całą sypialnię wypełniła złota poświata, a z pokojów wuja Vernona i ciotki Petunii dały się słyszeć zwykłe poranne odgłosy, Harry uprzątnął z biurka pomięte kawałki pergaminu i ponownie przeczytał swój list.

Drogi Syriuszu,

Dziękuję Ci za Twój ostatni list. Ten ptak był ogromny, ledwo się przecisnął przez okno.

Tutaj wszystko po staremu. Dudley źle znosi dietę. Wczoraj ciotka wykryła, że przemycał do swojego pokoju pączki. Zagrozili, że obetną mu kieszonkowe, jeśli będzie to robił, więc okropnie się rozzłościł i wyrzucił przez okno swoją konsolę do gier. To takie komputerowe urządzenie, którym gra się w różne gry. Zrobił głupio, bo teraz nie ma nawet swojej Super-Rozwalanki III, żeby czymś się zająć i zapomnieć o głodzie.

U mnie wszystko w porządku, głównie dlatego, że Dursleyowie bardzo się boją, że nagle się pojawisz i zamienisz ich w nietoperze, jeśli Cię o to poproszę.

Dziś rano wydarzyło się coś dziwnego. Moja blizna znowu mnie rozbolała. Ostatnim razem bolała mnie, kiedy Voldemort wdarł się do Hogwartu. Ale przecież to niemożliwe, żeby był w pobliżu, prawda? Jak sądzisz, czy blizny po złowrogich zaklęciach mogą czasem boleć po tylu latach?

Wyślę ten list przez Hedwigę, kiedy wróci, bo akurat gdzieś poleciała. Pozdrów ode mnie Hardodzioba.

Harry

Tak, pomyślał, chyba całkiem nieźle. Nie ma sensu wspominać o tym śnie; nie chciał sprawiać wrażenia, że zbytnio się boi. Zwinął pergamin i odłożył na biurko, żeby mieć go pod ręką, kiedy Hedwiga wróci. Potem wstał, przeciągnął się i ponownie otworzył szafę. Tym razem nie spojrzał na swoje odbicie, tylko zaczął się ubierać, by zejść na dół na śniadanie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij