Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Hearless. Consigliere - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 lutego 2026
49,90
4990 pkt
punktów Virtualo

Hearless. Consigliere - ebook

Dla świata Santino Brassi był złotym chłopcem Hollywood reżyserem, producentem i playboyem, który bryluje na czerwonych dywanach i nie zna słowa „nie”.
Dla mafii bezlitosnym consigliere
człowiekiem od brudnej roboty nowego capo, zarządcą klubów, sędzią wydającym wyroki i strażnikiem najciemniejszych sekretów organizacji.
Dla Avy Mancuso… koszmarem, przed którym udało jej się uciec. A przynajmniej tak sądziła.

Gdy los ponownie wciąga ją w jego świat, Ava odkrywa, że jej mąż bo ich małżeństwo nigdy nie zostało unieważnione jest jeszcze groźniejszy niż przed laty. Santino z kolei przekonuje się, że jego żona nie jest już cichą, zranioną dziewczyną, którą tak łatwo było złamać.

Ava ma plan: odzyskać wolność i raz na zawsze zerwać więzy, których nigdy nie chciała.
Santino jednak pragnie ją zatrzymać
bez względu na cenę.

Gdy nienawiść splata się z pożądaniem, a zemsta z pragnieniem… rozpoczyna się gra, w której oboje mogą stracić wszystko.

W świecie mafii nic nie dzieje się przypadkiem, a każdy ruch niesie konsekwencje.
Powrót Avy Mancuso może zburzyć imperium, które Santino budował przez całe życie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68587-44-9
Rozmiar pliku: 659 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Santino

Teraźniejszość

Opar­ty ra­mie­niem o szy­bę spo­gląda­łem na znaj­du­jącą się pi­ętro ni­żej klu­bo­wą salę. Unio­słem do ust drin­ka, zer­ka­jąc jed­no­cze­śnie na ze­ga­rek na nad­garst­ku dru­giej ręki. Nie­dłu­go to miej­sce wy­pe­łni się go­śćmi pra­gnący­mi ode­rwać się od pro­ble­mów dnia co­dzien­ne­go. Będą pić, obła­piać pa­nien­ki, a ci, któ­rych na to stać, za­li­czą za­je­bi­sty seks. Kil­ka dziew­czyn już sie­dzia­ło przy dłu­gim ba­rze, ra­cząc się bez­al­ko­ho­lo­wy­mi drin­ka­mi. Było za wcze­śnie na klien­tów, a pi­cie pro­cen­tów przed pra­cą rów­na­ło się wy­wa­le­niu z biz­ne­su.

Opa­rłem gło­wę o szy­bę i za­mknąłem na chwi­lę oczy. Od ja­kie­goś cza­su czu­łem dziw­ny nie­po­kój. Na­gle pod po­wie­ka­mi jak echo prze­szło­ści zo­ba­czy­łem zie­lo­ne oczy. Za­kląłem siar­czy­ście, gdy nie­chcia­ne wspo­mnie­nie w ułam­ku se­kun­dy wy­pe­łni­ło mój umy­sł. Ode­rwa­łem się od szy­by i prze­ta­rłem twarz dło­nią. _Cho­le­ra, co się dzie­je?_

– We­jść! – krzyk­nąłem, sły­sząc dwa ude­rze­nia w drzwi.

Po­ci­ągnąłem po­rząd­ny łyk whi­sky, któ­ra przy­jem­nie pa­li­ła w gar­dle, i spoj­rza­łem na wcho­dzące­go do ga­bi­ne­tu mężczy­znę.

– Sze­fie, Da­rio i Ar­tu­ro są już w Reno.

Po­ka­za­łem, żeby usia­dł, i sam za­jąłem miej­sce w głębo­kim fo­te­lu, za­do­wo­lo­ny, że będę mógł sku­pić się na czy­mś in­nym niż prze­szło­ść.

Umber­to był jed­nym z dwóch ka­pi­ta­nów i pra­co­wał bez­po­śred­nio ze mną. Od­po­wia­dał za dziew­czy­ny i całą ochro­nę w klu­bach. Jego brat bli­źniak, Igna­cio, pe­łnił z ko­lei funk­cję ka­pi­ta­na przy­szłe­go bos­sa, Se­ba­stia­na Riny.

– Mają to­war?

– Młod­szą – wy­ja­śnił spo­koj­nie. – Star­sza jest jesz­cze w pra­cy, ale zgar­ną ją, gdy tyl­ko wró­ci do domu.

Kiw­nąłem gło­wą. Dwie nowe dziew­czy­ny mia­ły zo­stać przy­wie­zio­ne do Los An­ge­les, aby spła­cić dług za­ci­ągni­ęty przez oj­czul­ka. Wczo­raj­szej nocy, gdy w mo­jej miej­skiej po­sia­dło­ści od­by­wa­ło się przy­jęcie, Rina z lo­do­wa­tym spo­ko­jem ma­fij­ne­go eg­ze­ku­to­ra od­strze­lił go­ścia. Na­le­ża­ło się fra­je­ro­wi. Nikt nie będzie okra­dał or­ga­ni­za­cji. Po­zwo­lisz raz, nie wy­ci­ągniesz kon­se­kwen­cji, a wszyst­kie men­dy z oko­licz­nych ka­na­łów uzna­ją, że mo­żna nas dy­mać na kasę.

– W po­rząd­ku. Jak przy­ja­dą, umie­ść je w po­ko­jach, na ra­zie od­dziel­nie, niech tro­chę skru­sze­ją. – Unio­słem ra­mio­na, roz­ci­ąga­jąc ze­sztyw­nia­łe mi­ęśnie. – Uprze­dź chło­pa­ków, że mają nie ru­szać to­wa­ru, bo Rina ich za­bi­je. Po­tem za­de­cy­du­ję, gdzie będą pra­co­wa­ły. Przy­pil­nuj otwar­cia, zja­wię się za go­dzi­nę.

Zgar­nąłem z bla­tu te­le­fon. Wy­sze­dłem z biu­ra i ko­ry­ta­rzem do­ta­rłem do pry­wat­nej części. Często zo­sta­wa­łem w nocy w klu­bie, więc wo­la­łem mieć ka­wa­łek wła­snej prze­strze­ni, do któ­rej żad­na pa­nien­ka nie mia­ła do­stępu.

Wzi­ąłem prysz­nic i wło­ży­łem czar­ne ma­te­ria­ło­we spodnie oraz sza­ro­błękit­ną ko­szu­lę. Do­bra­łem do tego czar­ne buty od Her­mèsa i scho­wa­łem te­le­fon do kie­sze­ni, go­to­wy do wy­jścia. Zsze­dłem do klu­bu, któ­ry za­pe­łnił się już go­śćmi. Za­jąłem miej­sce przy ba­rze i ob­ser­wo­wa­łem, kto się zja­wił i z kim roz­ma­wia. Sy­tu­acja z dnia na dzień ro­bi­ła się co­raz bar­dziej na­pi­ęta, a w po­wie­trzu wi­siał smród nad­ci­ąga­jących kło­po­tów. Węszące po na­szych klu­bach szczu­ry na­le­ża­ło mieć na oku. Wro­gów nam nie bra­ko­wa­ło, tym bar­dziej że zbli­ża­ło się prze­jęcie wła­dzy.

Dzi­siej­szej nocy wy­jąt­ko­wo pa­no­wał spo­kój. Kiw­nąłem Umber­to­wi, żeby pil­no­wał wszyst­kie­go, i ru­szy­łem do części biu­ro­wej. Mi­ja­łem po dro­dze uśmiech­ni­ęte dziew­czy­ny wy­cho­dzące z gar­de­ro­by. _Jak per­so­nel jest za­do­wo­lo­ny, to i biz­nes się kręci_ – po­my­śla­łem.

Ja­kiś czas pó­źniej prze­ci­ągnąłem się i od­su­nąłem na bok ca­łkiem spo­rą ster­tę do­ku­men­tów. Tego wła­śnie nie zno­si­łem w ca­łym tym biz­ne­sie – cho­ler­nych pa­pie­rów, ra­chun­ków i za­mie­sza­nia z nimi zwi­ąza­ne­go. Gdy­bym pro­wa­dził zwy­kły klub, za­trud­ni­łbym ksi­ęgo­we­go, albo ja­kie­goś ogar­ni­ęte­go me­ne­dże­ra i miał wszyst­ko w du­pie. Nie­ste­ty, gdy jest się od­po­wie­dzial­nym za kil­ka­na­ście klu­bów, któ­re na­le­żą do Cosa No­stry, trze­ba sa­me­mu za­ła­twiać pew­ne rze­czy. Prze­gląda­łem wła­śnie ko­lej­ne fak­tu­ry, gdy roz­dzwo­nił się te­le­fon. Do­cho­dzi­ła czwar­ta nad ra­nem, więc tyl­ko Se­ba­stia­no albo sa­mo­bój­ca zde­cy­do­wa­łby się dzwo­nić o ta­kiej po­rze. Nie pa­trząc na ekran, ode­bra­łem.

– Cze­go?

Po dru­giej stro­nie ktoś wstrzy­mał od­dech. Od­su­nąłem te­le­fon od ucha i zer­k­nąłem na wy­świe­tlacz. Nu­mer, któ­re­go nie zna­łem.

– O co cho­dzi? – wark­nąłem.

– To… ja.

Za­le­d­wie ci­chy szept, ale za­dzia­łał na mnie jak do­tyk roz­ża­rzo­ne­go do czer­wo­no­ści pręta prze­su­wa­jące­go się po na­gim cie­le. Po­de­rwa­łem się, prze­wra­ca­jąc fo­tel, na któ­rym sie­dzia­łem, i z fu­rią za­ci­snąłem pal­ce na obu­do­wie te­le­fo­nu. Ten głos! Ten pie­przo­ny głos! Otchłań wspo­mnień otwo­rzy­ła się nie­ocze­ki­wa­nie i po­chło­nęła mnie, wy­du­sza­jąc z płuc ka­żdy haust po­wie­trza. Kur­wa mać! Chy­ba się prze­sły­sza­łem! Z tru­dem opa­no­wa­łem sza­le­jące we mnie emo­cje.

Szyb­ki od­dech po dru­giej stro­nie był je­dy­nym dźwi­ękiem, jaki sły­sza­łem. Co to mia­ło być? Przez trzy lata mia­łem spo­kój. Po co te­raz dzwo­ni­ła?

– Mam kło­po­ty.

Za­śmia­łem się. Mrocz­nym, okrut­nym śmie­chem. Nie za­mie­rza­łem po­zwo­lić, żeby otchłań po­now­nie po­ci­ągnęła mnie w swo­je lo­do­wa­te ra­mio­na, do miej­sca, z któ­re­go nie będzie już po­wro­tu.

– Wiesz, gdzie mam two­je kło­po­ty? Da­łem ci szan­sę, w za­mian ocze­ku­jąc tyl­ko jed­ne­go. Nie wcho­dź mi w dro­gę, w prze­ciw­nym wy­pad­ku zro­bię to, co po­wi­nie­nem był zro­bić tam­te­go dnia. Za­bi­ję cię.

– Do­brze.

Zdzi­wio­ny spoj­rza­łem na ekran, gdy usły­sza­łem prze­ci­ągły dźwi­ęk. Noż kur­wa mać! Pró­bo­wa­łem od­dzwo­nić, ale roz­le­gał się ko­mu­ni­kat: „Abo­nent cza­so­wo nie­do­stęp­ny…”.

_W co ona so­bie po­gry­wa?!_1

Ona

Przeszłość

Sta­łam w ciem­nym ko­ry­ta­rzu w ci­ężkiej, źle do­pa­so­wa­nej suk­ni ślub­nej. Po ple­cach spły­wał mi pot. Mi­nęły za­le­d­wie trzy go­dzi­ny od chwi­li, gdy wy­po­wie­dzia­łam sło­wa przy­si­ęgi. Z tru­dem wy­szły z mo­ich ust.

W świe­cie, w któ­rym przy­szło mi żyć, ma­łże­ństwo z przy­mu­su to coś po­wszech­ne­go, jed­nak wszyst­ko się we mnie bun­to­wa­ło prze­ciw­ko na­rzu­co­nej mi, nie­chcia­nej roli żony. Ci wszy­scy lu­dzie, któ­rzy ba­wi­li się te­raz w naj­lep­sze, przy­szli tu­taj, by się upew­nić, że dwie po­tęgi ich ma­fij­ne­go świa­ta fak­tycz­nie łączą się za po­mo­cą węzła ma­łże­ńskie­go. Bez zna­cze­nia by­łam ja, moje uczu­cia, pla­ny i to, przez ja­kie pie­kło prze­szłam. Nie pierw­sza i nie ostat­nia pan­na mło­da. Mu­sia­łam się przy­zwy­cza­ić i stać przy­kład­ną żoną wło­skie­go _capo_, któ­ry te­raz obej­mo­wał rządy nad dwie­ma sil­ny­mi ro­dzi­na­mi. Miał stwo­rzyć po­tęgę, z któ­rą ka­żdy będzie mu­siał się li­czyć. I tego cho­ler­nie mu za­zdro­ści­li.

Tak, zde­cy­do­wa­nie ten mężczy­zna miał do tego pre­dys­po­zy­cje. Mó­wio­no, że był dru­gim po eg­ze­ku­to­rze czło­wie­kiem w or­ga­ni­za­cji. On i eg­ze­ku­tor po­wo­li przej­mo­wa­li wła­dzę i przy­go­to­wy­wa­li się do nie­po­dziel­nych rządów nad Cosa No­strą w Sta­nach. Ra­zem two­rzy­li nie­ro­ze­rwal­ny zwi­ązek. Nie­jed­no­krot­nie sły­sza­łam po­wta­rza­ne szep­tem hi­sto­rie o ich be­stial­stwie i czy­nach, do ja­kich po­su­wa­li się dla or­ga­ni­za­cji, zgod­nie z przy­si­ęgą „krew za krew, ży­cie za ży­cie”.

I w tym ca­łym ma­fij­nym sy­fie, gdzie ka­żdy ka­żde­mu przy­sta­wi­łby broń do gło­wy i, uśmie­cha­jąc się, jed­nym po­ci­ągni­ęciem roz­bry­zgał mózg prze­ciw­ni­ka na ścia­nie, przy­szło mi żyć i w je­den dzień stra­cić wszyst­ko, o czym ma­rzy­łam. Przez splot nie­ocze­ki­wa­nych wy­da­rzeń, któ­re na­zwa­ła­bym pe­chem, utknęłam w ma­fij­nej klat­ce.

„Do­pó­ki śmie­rć was nie roz­łączy”. Te sło­wa wci­ąż brzęcza­ły mi w gło­wie. Pręty klat­ki, w któ­rej się zna­la­złam, od­bie­ra­ły mi wolę wal­ki. Wie­dzia­łam, czym sko­ńczy­łby się prze­jaw bun­tu. Wci­ąż czu­łam ka­żdy si­niak i cios. Tak oto w tych cza­sach przy­go­to­wy­wa­no pan­nę mło­dą do ślu­bu – gło­dów­ką i pi­ęścią.

Z dołu do­ta­rła do mnie ko­lej­na sal­wa śmie­chu. Za­gar­nąw­szy ob­szer­ne fa­łdy suk­ni, we­szłam do jed­ne­go z po­koi wy­na­jętych dla go­ści. Nikt na­wet nie spo­strze­gł, że na sali nie było ma­rio­net­ki ubra­nej jak ksi­ężnicz­ka – w ki­lo­me­try ko­ro­nek i je­dwa­biu, z war­tym kil­ka­dzie­si­ąt ty­si­ęcy do­la­rów dia­de­mem i wiel­kim dia­men­tem na pal­cu. Par­sk­nęłam śmie­chem. Pie­prze­ni kłam­cy! Tacy są dum­ni z tego, że za­ka­za­li han­dlu lu­dźmi, a sprze­da­wa­li wła­sne dzie­ci za trak­ta­ty po­ko­jo­we, spła­tę dłu­gów czy – jak w moim przy­pad­ku – za po­łącze­nie dwóch ro­dzin. Jed­nym uści­skiem dło­ni nisz­czy­li ży­cie có­rek. Mło­tek, ude­rze­nie i okrzyk ksi­ędza: „Sprze­da­na na wiecz­no­ść!”. Tak po­win­ny brzmieć sło­wa przy­si­ęgi! Gdy­bym do­sta­ła się na ostat­nie pi­ętro ho­te­lu i sko­czy­ła, to cie­ka­we, kie­dy by się zo­rien­to­wa­li, że ta le­żąca na chod­ni­ku w ka­łu­ży krwi bie­dacz­ka w bia­łej suk­ni to szczęśli­wa pan­na mło­da. Hi­po­kry­ci i kłam­cy!

Tacy sami jak mężczy­zna, któ­re­mu zo­sta­łam sprze­da­na. Za obiet­ni­cę po­ko­ju po­mi­ędzy ro­dzi­na­mi. Za obiet­ni­cę utrzy­ma­nia na­zwi­ska dla na­stęp­nych po­ko­leń. Moje dzie­ci mia­ły­by odzie­dzi­czyć na­zwi­sko, przez któ­re zo­sta­łam to­wa­rem nie­pod­le­ga­jącym zwro­to­wi i w tej chwi­li szcze­rze nim gar­dzi­łam.

Nie chcia­łam wra­cać do tych wszyst­kich lu­dzi, któ­rzy pa­trzy­li na mnie jak na ofia­rę. Mężczy­źni ze źle skry­wa­nym obrzy­dze­niem i li­to­ścią, a ko­bie­ty… Tak, ko­bie­ty, gdy­by mo­gły, za­bi­ły­by mnie, za­nim po­sta­wi­łam nogę w ko­ście­le. Ka­żda z nich bez wa­ha­nia po­pe­łni­ła­by mor­der­stwo, aby zna­le­źć się na moim miej­scu i na­le­żeć do tego, któ­ry stał się moim mężem. A ra­czej to ja by­łam jego wła­sno­ścią.

Przez tych kil­ka mie­si­ęcy, któ­re mi­nęły od za­ręczyn aż do dnia ślu­bu, do­bit­nie mi uświa­do­mił, jak mało dla nie­go zna­czę. Uwie­rzy­cie, że ani razu z nim nie roz­ma­wia­łam? Chy­ba że przy­si­ęga ma­łże­ńska li­czy się jako kon­wer­sa­cja. Pie­rścio­nek przy­słał mi przez jed­ne­go ze swo­ich lu­dzi, ale do­sta­łam go do­pie­ro przed we­jściem do ko­ścio­ła. Przez cały ten czas na­le­żał do oso­by, któ­ra mia­ła do nie­go wi­ęk­sze pra­wa niż ja, a przy­naj­mniej po­wta­rza­ła to od wie­lu ty­go­dni. Ka­żde­go dnia pa­trzy­ła mi w oczy, ma­cha­jąc dło­nią, na któ­rej lśnił wiel­ki dia­ment.

_Boże, czy to moja wina, że ona się po­spie­szy­ła, a śmie­rć przy­szła zbyt pó­źno?_

Po­trząsnęłam gło­wą. Już nic nie mo­głam zro­bić. Obe­szłam moją klat­kę z ka­żdej stro­ny, szu­ka­jąc spo­so­bu na wy­do­sta­nie się na ze­wnątrz, ale poza śmier­cią nie było in­nej dro­gi. Na myśl o nad­cho­dzących la­tach zbie­ra­ło mi się na mdło­ści. Nie zna­łam mężczy­zny, któ­ry od te­raz miał do mnie pra­wo po­twier­dzo­ne przez uścisk dło­ni i przy­si­ęgę. Po­dwój­ne kaj­da­ny przy­trzy­mu­jące mnie w miej­scu: ma­fia i Bóg. Nie­na­wi­dzi­łam jed­ne­go i dru­gie­go. Prze­sta­łam wie­rzyć w Boga, bo wszyst­kie moje mo­dli­twy tra­fia­ły do bo­skie­go śmiet­ni­ka. Nie za­słu­ży­łam na­wet na śmie­rć, o któ­rą mo­dli­łam się przez mi­nio­ne ty­go­dnie. Wi­docz­nie mu­sia­łam bar­dzo na­grze­szyć w swo­im pra­wie osiem­na­sto­let­nim ży­ciu, że Bóg po­sta­no­wił ze­słać na mnie po­ku­tę w po­sta­ci ży­cia z mężczy­zną, któ­ry mnie le­d­wo to­le­ro­wał. Jak z ta­kie­go zwi­ąz­ku mają na­ro­dzić się dzie­ci? Syn, któ­ry zgod­nie z umo­wą miał prze­jąć ro­do­we na­zwi­sko?

Pie­przyć ich wszyst­kich.

Gdy za­gar­nęłam fa­łdy tej ab­sur­dal­nie ob­fi­tej suk­ni, ja­koś uda­ło mi się usi­ąść na sze­ro­kim pa­ra­pe­cie. Przez otwar­te okno sły­sza­łam dźwi­ęki mu­zy­ki do­bie­ga­jące z sali ba­lo­wej. Niech się ba­wią. Niech piją. Może przy odro­bi­nie szczęścia za­pom­ną o mnie? Opa­rłam gło­wę o ścia­nę, prze­kli­na­jąc wbi­ja­jący się w czo­ło dia­dem. Z obo­jęt­no­ścią prze­su­nęłam wzro­kiem po nie­du­żym po­ko­ju z za­le­d­wie kil­ko­ma me­bla­mi i pu­cha­tym dy­wa­nem po­kry­wa­jącym pra­wie całą podło­gę. Okno bez fi­ran, któ­re da­wa­ły­by na­miast­kę pry­wat­no­ści. Uwa­gę zwra­ca­ło spo­re łó­żko wspar­te na czte­rech ko­lum­nach, zu­pe­łnie nie­pa­su­jące wy­mia­ra­mi do tak ma­łe­go po­miesz­cze­nia. Ten po­kój wy­glądał jak do­dat­ko­wa sy­pial­nia głów­ne­go apar­ta­men­tu i może rze­czy­wi­ście tak wła­śnie było? Znu­żo­na za­mknęłam po­wie­ki, od­ci­na­jąc się od tego ca­łe­go cyr­ku. Po­trze­bo­wa­łam chwi­li spo­ko­ju na po­ukła­da­nie wła­snych my­śli, za­nim bez sło­wa dam się na wiecz­no­ść za­mknąć w ma­łże­ńskim wi­ęzie­niu.

Mu­sia­łam chy­ba przy­snąć, bo obu­dził mnie gło­śny ko­bie­cy śmiech i to­wa­rzy­szący mu męski głos. Mężczy­zna wła­ści­wie mru­czał ochry­płym szep­tem, pod­czas gdy ko­bie­ta śmia­ła się pi­skli­wie. Wstrząsnął mną dreszcz obrzy­dze­nia, gdy zda­łam so­bie spra­wę, do kogo na­le­żał ten głos. Za­sko­czo­na ro­zej­rza­łam się, nie wie­dząc, skąd do­kład­nie do­cho­dzi­ły od­gło­sy. Wte­dy ich za­uwa­ży­łam. Znaj­do­wa­li się na ta­ra­sie bie­gnącym wzdłuż ca­łe­go pi­ętra, co zna­czy­ło, że wy­szli przez sąsia­du­jącą z tym po­ko­jem sy­pial­nię. Gwa­łtow­nie pod­nio­słam się z pa­ra­pe­tu, aby mnie nie za­uwa­ży­li. Opar­ta o drew­nia­ną ko­lum­nę łó­żka ob­ser­wo­wa­łam to, co wła­śnie dzia­ło się na ze­wnątrz.

Nie po­win­nam być zdzi­wio­na tym wi­do­kiem. Wi­dzia­łam wy­raz per­fek­cyj­nej twa­rzy ko­bie­ty, gdy szłam nawą ko­ścio­ła – a ra­czej by­łam ci­ągni­ęta, ale to szcze­gół, któ­re­go chy­ba nikt nie za­uwa­żył. Uwa­gę go­ści przy­ku­wał przede wszyst­kim bo­ha­ter tego przed­sta­wie­nia sto­jący przed ołta­rzem w to­wa­rzy­stwie świad­ka. Jed­nak jej twarz – i to, co zo­ba­czy­łam w jej oczach – na chwi­lę zu­pe­łnie mnie zmro­zi­ła i wy­trąci­ła z rów­no­wa­gi. Je­że­li li­czy­łam, że po tej ca­łej szop­ce będę mia­ła świ­ęty spo­kój z dala od tej tok­sycz­nej, nie­zrów­no­wa­żo­nej emo­cjo­nal­nie i psy­chicz­nie oso­by, to naj­wy­ra­źniej bar­dzo się my­li­łam.

Czy mo­żna aż tak nie­na­wi­dzić? Wte­dy my­śla­łam, że nie, że czło­wiek nie może ży­wić tak bar­dzo de­struk­cyj­nych uczuć. Choć mie­si­ące po­prze­dza­jące ten dzień po­win­ny były mi uświa­do­mić, że na­iw­nie wie­rzy­łam w coś tak abs­trak­cyj­ne­go jak odro­bi­na do­bro­ci, to prze­ko­na­łam się o tym do­pie­ro dużo pó­źniej. W dniu ślu­bu jesz­cze nie­śmia­ło tli­ło się we mnie prze­ko­na­nie, że w ko­ńcu się uwol­nię, a jej nie za­brak­nie od­wa­gi – że wsta­nie, a po­tem wszem i wo­bec oświad­czy, że to ona po­win­na zna­le­źć się na moim miej­scu. Nie zro­bi­ła tego.

A te­raz pa­trzy­łam, jak się śmie­je, wsu­wa­jąc zu­chwa­łe dło­nie w roz­pi­ęte spodnie mężczy­zny. Prze­kli­na­łam ją za by­cie ta­kim tchó­rzem. Po­wo­li uklękła, nie ba­cząc na dro­gą suk­nię, któ­rą ku­pi­ła za moje pie­ni­ądze. Spo­gląda­jąc w górę, wy­jęła z roz­por­ka jego męsko­ść. Głębo­kie, ochry­płe mru­cze­nie wy­do­sta­jące się z męskie­go gar­dła wstrząsnęło mną, wy­wo­łu­jąc dreszcz na ca­łym cie­le.

Z trud­ną do okre­śle­nia fa­scy­na­cją ob­ser­wo­wa­łam, jak po­ru­sza­jąc gło­wą co­raz szyb­ciej, spra­wia­ła mężczy­źnie przy­jem­no­ść usta­mi. Jego pal­ce wplo­tły się w jej wło­sy i przy­ci­ągnęły gło­wę do bio­der. Od­głos krztu­sze­nia się, prze­rwa­ny ochry­płym jękiem, wy­pe­łnił ci­szę. Ża­ło­wa­łam, że nie za­mknęłam okna, przy­naj­mniej oszczędzi­ła­bym so­bie tych wszyst­kich dźwi­ęków.

Przez chwi­lę po­dzi­wia­łam jego oświe­tlo­ną bla­skiem ksi­ęży­ca syl­wet­kę. Był na­praw­dę przy­stoj­ny. Ciem­ne wło­sy miał po­tar­ga­ne na wszyst­kie stro­ny – ewi­dent­ny do­wód na to, że już nie­jed­ne ko­bie­ce pal­ce zbu­rzy­ły ich po­cząt­ko­wą per­fek­cję. Czar­na ma­ry­nar­ka pod­kre­śla­ła sze­ro­kie ra­mio­na i wąską ta­lię, a opusz­czo­ne w tej chwi­li spodnie uka­zy­wa­ły umi­ęśnio­ne uda. Jed­nak mój wzrok naj­bar­dziej przy­ku­wa­ła jego twarz. Kon­trast pra­wie czar­nych wło­sów, ciem­ne­go za­ro­stu na kwa­dra­to­wej szczęce i ja­sno­nie­bie­skich oczu wy­da­wał się po­ra­ża­jący. Zim­ne jak lód spoj­rze­nie, w któ­rym były tyl­ko pust­ka i obo­jęt­no­ść. Oczy de­mo­na.

Po­de­szłam do drzwi. Po­dej­rze­wa­łam, że w chwi­li, gdy je otwo­rzę, zo­rien­tu­ją się, że ktoś ob­ser­wo­wał ich wy­czy­ny. Może nie ona, zbyt za­ab­sor­bo­wa­na swo­ją ust­ną ro­bót­ką, ale by­łam dziw­nie prze­ko­na­na, że mężczy­zna na bal­ko­nie do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę z ota­cza­jące­go go świa­ta i tego, co się do­oko­ła dzia­ło. Mu­sia­łam po­cze­kać na od­po­wied­nią chwi­lę, gdy po­grążo­ny w przy­jem­no­ści na mo­ment stra­ci czuj­no­ść. Z dło­nią na klam­ce sta­łam i cze­ka­łam.

Mężczy­zna za­ci­snął szczęki i bru­tal­nie przy­trzy­mał gło­wę ko­bie­ty w bez­ru­chu, pod­czas gdy jego bio­dra roz­po­częły sza­le­ńczą sza­rżę w jej ustach. Wbi­jał się nie­ubła­ga­nie, nie zwra­ca­jąc uwa­gi na to, że się dła­wi­ła. Jej kunsz­tow­nie uło­żo­ne wło­sy roz­sy­pa­ły się na ple­cach, bu­rząc wcze­śniej­szą per­fek­cję.

Te­raz. Ten mo­ment, gdy jak sa­mot­ny ak­tor na sce­nie na chwi­lę przy­mknął po­wie­ki, po­grążo­ny w eks­ta­zie. Wy­mknęłam się na ko­ry­tarz ni­czym zło­dziej ucie­ka­jący z miej­sca prze­stęp­stwa. Nie po­win­nam była się tak czuć, bo prze­cież nie zro­bi­łam ni­cze­go złe­go. A jed­nak lo­do­wa­ty strach spętał mnie, moje ru­chy sta­ły się po­wol­ne i nie­zdar­ne. W chwi­li, gdy sta­łam już poza sy­pial­nią, coś ka­za­ło mi pod­nie­ść gło­wę. Mój wzrok na­po­tkał nie­bie­skie tęczów­ki mężczy­zny.

Zo­ba­czył mnie. Świad­czy­ły o tym wbi­te we mnie de­mo­nicz­ne spoj­rze­nie i gry­mas za­ci­śni­ętych ust. Uśmiech­nęłam się z iro­nią i spo­koj­nie za­mknęłam drzwi. Nie rzu­ci­łam się do sza­le­ńczej uciecz­ki. Przed tym mężczy­zną i tak nie zna­la­zło­by się miej­sce do ukry­cia. Miał cy­ro­graf na moją du­szę, pod­pi­sa­ny krwią.

Scho­dząc sze­ro­ki­mi scho­da­mi do sali ba­lo­wej, przy­wo­ła­łam na twarz ma­skę, z któ­rą pra­wie się zro­słam. Emo­cje w tych oko­licz­no­ściach były nie­wska­za­ne. Emo­cje to sła­bo­ść, to pew­na śmie­rć w tym świe­cie.

Wsu­nęłam się do środ­ka. Rze­czy­wi­ście nikt nie za­uwa­żył mo­jej nie­obec­no­ści. Może była szan­sa, żeby dys­kret­nie wy­jść i po pro­stu się roz­pły­nąć? Znik­nąć? Zro­bi­łam za­le­d­wie dwa kro­ki w kie­run­ku wy­jścia, gdy sil­ny uścisk wbi­tych w ra­mię pal­ców za­trzy­mał mnie w miej­scu.

Sta­nęłam ze spusz­czo­ną gło­wą, bo na­gle wszy­scy żywo za­in­te­re­so­wa­li się moją oso­bą. Och! By­łam zbyt za­ro­zu­mia­ła. To nie ja spo­wo­do­wa­łam ten na­gły zwrot ak­cji, lecz mężczy­zna sto­jący za mo­imi ple­ca­mi i trzy­ma­jący mnie w sta­lo­wym uści­sku.

– Wy­bie­rasz się gdzieś?

Pra­wie pod­sko­czy­łam, gdy usły­sza­łam ten ochry­pły głos i po­czu­łam go­rący od­dech na szyi. Unio­słam pod­bró­dek i spoj­rza­łam przed sie­bie. Nikt, a w szcze­gól­no­ści on, nie będzie świad­kiem mo­jej po­ra­żki. Ni­g­dy!

Po­trząsnęłam tyl­ko gło­wą, po­nie­waż sło­wa nie chcia­ły mi prze­jść przez gar­dło. Kątem oka wi­dzia­łam sze­ro­kie ra­mię za­sła­nia­jące mnie częścio­wo przed wzro­kiem cie­kaw­skich. Pró­żny trud, bo to, co mie­li na­dzie­ję zo­ba­czyć, już zo­ba­czy­li. Wie­ść po­szła w świat i będzie po­wta­rza­na z ust do ust przez naj­bli­ższe ty­go­dnie, a na­wet mie­si­ące. A to, że ci­ągnąc mnie po scho­dach na górę, po­ni­żał mnie jesz­cze bar­dziej, do­pe­łnia­ło ich wy­obra­że­nie tego, jak będzie wy­gląda­ło te­raz moje ży­cie.

Za­uwa­ży­łam mężczy­znę, któ­ry stał się mi­mo­wol­nym świad­kiem mo­je­go upodle­nia. Stał nie­da­le­ko scho­dów, z dło­ńmi scho­wa­ny­mi w kie­sze­niach spodni, i przy­glądał mi się uwa­żnie. Ko­lej­ne tego dnia lo­do­wa­te spoj­rze­nie, tym ra­zem zie­lo­ne jak szkło pu­stej bu­tel­ki. Prze­sze­dł mnie dreszcz. Ten mężczy­zna spra­wiał wra­że­nie, jak­by przez war­stwy suk­ni był w sta­nie do­strzec wszel­ką brzy­do­tę oraz po­kry­wa­jące cia­ło i du­szę bli­zny. Od­wró­ci­łam wzrok i za­ci­snęłam usta. Nie miał pra­wa mnie oce­niać! Nic o mnie nie wie­dział!

Po­ty­ka­jąc się o ob­szer­ne fa­łdy suk­ni, do­ta­rłam na pi­ętro. Mężczy­zna, któ­ry wła­śnie zro­bił z nas wi­do­wi­sko na oczach dzie­si­ątek prze­szczęśli­wych ga­piów, prak­tycz­nie wrzu­cił mnie do sy­pial­ni i za­trza­snął za nami drzwi. Pu­ścił moje ra­mię, jak­by trzy­mał coś obrzy­dli­we­go. Bra­ko­wa­ło tyl­ko, żeby wy­ta­rł dłoń. Prze­kli­na­jąc, pod­sze­dł do okna i jed­nym szarp­ni­ęciem za­ci­ągnął gru­be za­sło­ny.

– Lu­bisz pod­glądać, jak wi­dzę – syk­nął, opie­ra­jąc się o ścia­nę po­mi­ędzy okna­mi.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, prze­no­sząc wzrok na wi­szący na ścia­nie ob­raz. Za­chcia­ło mi się śmiać, po­nie­waż przed­sta­wiał ja­kieś abs­trak­cyj­ne gów­no. Do­sko­na­ła iro­nia, je­śli wzi­ąć pod uwa­gę sy­tu­ację, w któ­rej się zna­la­złam. Jed­no gów­no na ścia­nie, dru­gie w sy­pial­ni. Nie mia­łam za­mia­ru tłu­ma­czyć się z mo­jej wcze­śniej­szej obec­no­ści w tym po­ko­ju. Do­kład­nie tego sa­me­go ocze­ki­wa­łam od nie­go z tej pro­stej przy­czy­ny, że zu­pe­łnie mnie nie ob­cho­dzi­ło, co ro­bił ani z kim. Nie zna­łam go i nie chcia­łam po­znać.

– Patrz na mnie, jak do cie­bie mó­wię! – wark­nął, ro­bi­ąc krok w moją stro­nę.

Wes­tchnęłam, od­wra­ca­jąc po­słusz­nie wzrok.

Po raz pierw­szy tak na­praw­dę mia­łam oka­zję zo­ba­czyć go z bli­ska. Nie­bie­skie oczy pło­nęły wście­kło­ścią. Za­mie­rzał ją wy­ła­do­wać na mnie. Ży­cie w ma­fii przy­zwy­cza­iło mnie do ta­kich wła­śnie sy­tu­acji i do­kład­nie tego się spo­dzie­wa­łam. Prze­moc w na­szym świe­cie nie ogra­ni­cza­ła się tyl­ko do wro­gów. Bi­cie żony na­le­ża­ło do stan­dar­dów w ro­dzi­nach, tak jak i bi­cie có­rek, gdy trze­ba było je do cze­goś zmu­sić. O tech­ni­kach, ja­kie sto­so­wa­no, mo­gła­bym na­pi­sać dok­to­rat, gdy­by dali mi szan­sę na na­ukę.

Ko­bie­ty ma­fii nie mia­ły nic do po­wie­dze­nia. Jak po­zba­wio­ne wol­nej woli ma­rio­net­ki pod­ska­ki­wa­ły, kie­dy wła­ści­ciel po­ci­ągał za sznur­ki. Ubie­ra­ły się tak, jak od­po­wia­da­ło mężom, za­cho­wy­wa­ły się tak, żeby nie przy­nie­ść im wsty­du, a przede wszyst­kim roz­kła­da­ły nogi wte­dy, gdy mężom ode­chcia­ło się pie­przyć dziw­ki i ko­chan­ki. Je­śli nie chcia­ły, w ka­żdej chwi­li mo­gły zo­stać do tego zmu­szo­ne. By­ły­śmy ich wła­sno­ścią. Jak para ka­lo­szy wy­ci­ąga­na w desz­czo­we dni, a w po­zo­sta­łe scho­wa­na w mało wi­docz­nym miej­scu.

Dziw­ka mia­ła wi­ęcej swo­bo­dy niż ko­bie­ta uro­dzo­na w tym świe­cie.

– Co? Za­po­mnia­łaś języ­ka w gębie? Czy tak się na­pa­trzy­łaś, że ode­bra­ło ci mowę? Za­zdro­ścisz? Chcia­ła­byś być na jej miej­scu? Chcia­ła­byś, że­bym to two­je usta ze­rżnął? – za­kpił.

Pra­wie mnie ze­mdli­ło. Jak ka­żda ko­bie­ta mia­łam ra­czej buj­ną wy­obra­źnię, ale tego na­wet moja nie po­tra­fi­ła przy­swo­ić. Wresz­cie zro­zu­mia­łam te wszyst­kie ko­men­ta­rze i po­wta­rza­ne szep­tem hi­sto­rie, jak ten mężczy­zna od­no­si się do ko­biet. Sły­sza­łam, że jest be­stią w łó­żku i do­kład­nie w taki spo­sób trak­tu­je part­ner­ki. Rżnie do krwi i tak dłu­go, jak ma na to ocho­tę.

– Gdy­byś mo­gła za­jść w ci­ążę od ob­ci­ąga­nia, mia­ła­byś już mo­je­go fiu­ta w ustach. Tra­fi­ła mi się żona, na któ­rą z tru­dem pa­trzę, ale będę mu­siał kie­dyś za­płod­nić – mruk­nął, jak­by do sie­bie, zu­pe­łnie za­po­mi­na­jąc o tym, że sto­ję przed nim. Otrząsnął się po swo­ich sło­wach i po­kręcił gło­wą. – Mam za­miar prze­ci­ągać to tak dłu­go, jak tyl­ko mo­żli­we, ale na pew­no nie pój­dę z tobą do łó­żka. Ro­zu­miesz?

Kiw­nęłam gło­wą, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać żad­nych emo­cji, a zwłasz­cza ulgi. Tego ba­łam się naj­bar­dziej: że prędzej czy pó­źniej będę mu­sia­ła wy­pe­łnić swo­je obo­wi­ąz­ki względem tej ro­dzi­ny, sta­jąc się in­ku­ba­to­rem dla męskie­go na­sie­nia. Wa­gi­ną, w któ­rej on umie­ści swo­ją sper­mę w fi­zycz­nym ak­cie po­zba­wio­nym ja­kich­kol­wiek uczuć. Ja na­zwa­ła­bym to gwa­łtem, po­nie­waż wie­dzia­łam, że ni­g­dy nie wy­ra­zi­ła­bym na to zgo­dy. Jed­nak w na­szym świe­cie gwa­łt na żo­nie był nor­mą. Z dziw­ka­mi się pie­przy­li, żony gwa­łci­li.

Czy spra­wił mi przy­kro­ść swo­imi sło­wa­mi? Nie, by­łam szczęśli­wa, że wła­śnie tak o mnie my­ślał. Da­wa­ło mi to cho­ler­ną gwa­ran­cję, że szyb­ciej do­cze­kam się wi­zy­ty w ga­bi­ne­cie i za­płod­nie­nia in vi­tro niż nie­chcia­nej obec­no­ści w mo­jej sy­pial­ni.

Mój plan oka­zał się ide­al­ny.

– Masz zo­stać tu­taj – po­wie­dział, pod­cho­dząc do drzwi. – Moi lu­dzie będą sta­li na ze­wnątrz. Ka­żda pró­ba opusz­cze­nia tego po­ko­ju spo­tka się z nie­mi­ły­mi dla cie­bie kon­se­kwen­cja­mi. Sie­dź tu­taj, aż przy­ślę po cie­bie ko­goś ju­tro rano.

Wy­sze­dł, na­wet na mnie nie pa­trząc. Gdy­by nie słusz­na oba­wa, że w sy­pial­ni mogą znaj­do­wać się ka­me­ry, od­ta­ńczy­ła­bym ta­niec zwy­ci­ęstwa i śmia­ła­bym się z tego mężczy­zny i jego ego, któ­re prze­ży­wa­ło z pew­no­ścią ja­kąś za­pa­ść. Miał po­wód, aby czuć się oszu­ka­ny, przy­naj­mniej w jego mnie­ma­niu. Od kil­ku lat był naj­lep­szą par­tią w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych oraz na Sy­cy­lii, a wła­śnie się zo­rien­to­wał, że po­ślu­bił wstręt­ną gru­ba­skę. Ja­kiż to mu­siał być dla nie­go cios!

Tro­chę po­trwa­ło, za­nim zdjęłam z sie­bie tę prze­klętą suk­nię ślub­ną. Rzu­ci­łam dia­dem w kąt, sta­nęłam naga pod prysz­ni­cem i prze­cze­sa­łam dło­nią dłu­gie, czar­ne jak smo­ła wło­sy. Cie­pła woda przy­jem­nie roz­lu­źnia­ła na­pi­ęte mi­ęśnie i spły­wa­ła czer­nią z mo­ich ko­smy­ków. Po­far­bo­wa­nie ich przed tą szop­ką chy­ba spe­łni­ło swo­ją rolę. Ten ko­lor zde­cy­do­wa­nie nie pa­so­wał do mo­jej kar­na­cji i ra­czej nie spodo­bał się sa­me­mu za­in­te­re­so­wa­ne­mu. Uda­ło mi się prze­trwać chy­ba je­den z naj­gor­szych dni w moim ży­ciu. Jesz­cze nie chwa­li­łam dnia, bo do pó­łno­cy zo­sta­ło tro­chę cza­su i De­mon z pie­kła ro­dem, a ra­czej z Hol­ly­wo­od, mógł po­ja­wić się po­now­nie. Może i nie zna­łam tego mężczy­zny, ale wie­dzia­łam, że nie zła­mie da­ne­go mi sło­wa i będzie się trzy­mał z dala ode mnie i mo­je­go łó­żka. Moja w tym gło­wa, żeby ni­g­dy nie zmie­nił zda­nia.

Le­żąc w ciem­no­ści, sły­sza­łam cho­dzących po ko­ry­ta­rzu ochro­nia­rzy. O pó­łno­cy, wraz z pierw­szym wy­bi­ciem ze­ga­ra za­mknęłam oczy i, za­ci­ska­jąc pal­ce na ko­łdrze, cze­ka­łam na ostat­ni dźwi­ęk. Ode­tchnęłam, szep­cząc w ciem­no­ści:

– Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go z oka­zji osiem­na­stych uro­dzin, Avo.

Ży­cze­niom to­wa­rzy­szył gło­śny ryk mo­je­go męża, któ­ry spędzał swo­ją noc po­ślub­ną w sąsied­niej sy­pial­ni, pie­prząc się z moją ku­zyn­ką.

– Naj­gor­sze­go na no­wej dro­dze ży­cia, skur­wie­lu – do­da­łam.3

Santino

Teraźniejszość

Od uro­dze­nia wie­dzia­łem, kim kie­dyś będę. Za­nim za­cząłem mó­wić, już ba­wi­łem się pla­sti­ko­wy­mi pi­sto­le­ta­mi i roz­bi­ja­łem na dy­wa­nie czar­ne sa­mo­cho­dy. W te­le­wi­zji za­miast ba­jek Di­sneya na okrągło le­cia­ły fil­my ak­cji czy ta­kie kla­sy­ki jak _Oj­ciec chrzest­ny_. Sie­dzia­łem na dy­wa­nie, oto­czo­ny przez uzbro­jo­nych po zęby ochro­nia­rzy, któ­rzy ro­bi­li za nia­ńki, i chło­nąłem ten cu­dow­ny świat fil­mów. Gdy­bym wie­rzył w mi­ło­ść, to śmia­ło mó­głbym przy­znać, że za­ko­cha­łem się wte­dy po raz pierw­szy… Ale nie wie­rzę, więc przyj­mij­my po pro­stu, że to była fa­scy­na­cja.

W świe­cie, w któ­rym przy­szło mi żyć, rządzi­ły ma­fij­ne za­sa­dy. Twar­de i nie do ru­sze­nia. Uro­dzi­łem się jako je­dy­ny syn i spad­ko­bier­ca jed­nej z naj­star­szych ro­dzin ma­fij­nych w Sta­nach. Mój oj­ciec nie był już mło­dzie­niasz­kiem. Gdy przy­sze­dłem na świat, li­czył so­bie pra­wie pi­ęćdzie­si­ąt dwa lata, a moja mat­ka mia­ła za­le­d­wie dzie­wi­ęt­na­ście. Zo­sta­łem _capo_ jako sie­dem­na­sto­la­tek. Oj­ciec zgi­nął, gdy pew­ne­go dnia wy­cho­dził nad ra­nem z domu ko­chan­ki.

Oczy­wi­ście mo­głem prze­jąć po nim in­te­re­sy. Ale wie­cie, co zro­bi­łem? Od­da­łem wszyst­ko w ręce Da­nie­la Ri­va­sa, bos­sa ame­ry­ka­ńskiej Cosa No­stry. Jak to mó­wią „na prze­cho­wa­nie”. Wie­dzia­łem, że kie­dy przyj­dzie pora, przej­mę wła­dzę nad ro­dzi­ną. Nie śpie­szy­ło mi się jed­nak do tego.

Mia­łem zu­pe­łnie inne pla­ny na ży­cie. Pla­ny, w któ­rych głów­ną rolę od­gry­wał Se­ba­stia­no Ri­vas-Rina, spad­ko­bier­ca Da­nie­la. Do­ra­sta­li­śmy ra­zem, ra­zem uczy­li­śmy się ma­fij­ne­go rze­mio­sła i wie­dzie­li­śmy, że kie­dyś będzie­my rządzić tym na­szym świa­tem.

Nie było mi­ędzy nami ry­wa­li­za­cji. Nie za­kła­da­li­śmy się, nie ci­ągnęli­śmy za­pa­łek, żeby usta­lić pierw­sze­ństwo. To dla nas bez zna­cze­nia: ja, on czy wspól­nie. Wa­żne było, żeby po wszyst­kim usi­ąść ze szkla­necz­ką zna­ko­mi­tej whi­sky, wy­ło­żyć nogi na stół i stwier­dzić, że ko­lej­ny dzień upły­nął nam do­brze.

Ob­ser­wu­jąc cały ten ma­fij­ny biz­nes, do­szli­śmy do wnio­sku, że nie wszyst­ko nam się w nim po­do­ba. Na po­cząt­ku były to tyl­ko ja­kieś lu­źne, głup­ko­wa­te po­my­sły, rzu­ca­ne od nie­chce­nia. Aż któ­re­goś dnia stwier­dzi­li­śmy, że pew­ne rze­czy po pro­stu trze­ba zmie­nić.

Do­bre po­cząt­ki miał oj­ciec Se­ba­stia­na. Wci­ąż na­le­ża­łem do dzie­cia­ków, gdy Da­nie­lo siłą wpro­wa­dził nowe pra­wa, ale do­sko­na­le za­pa­mi­ęta­łem, jak mój sta­ry się o to pie­klił. Miał o co, bo ci­ągnął nie­złą kasę z pro­sty­tu­cji, i cho­ciaż to mój oj­ciec, śmia­ło mogę po­wie­dzieć, że był pie­przo­nym pe­do­fi­lem. Za­czął sy­piać z moją mat­ką, gdy ta mia­ła za­le­d­wie pi­ęt­na­ście lat, i przez lata utrzy­my­wał swo­je nie­let­nie ko­chan­ki.

Wy­rok śmier­ci wy­dał Da­nie­lo, gdy do­star­czy­łem mu do­wo­dy na to, że sta­ry da­lej han­dlu­je dzie­ćmi. Nie mia­łem z tego po­wo­du wy­rzu­tów su­mie­nia. Pra­wo jest pra­wem, a ka­żdy, kto je ła­mie, nie za­słu­gu­je na ży­cie. Tego na­uczył mnie oj­ciec, więc nie ro­zu­miem, dla­cze­go był tak za­sko­czo­ny, gdy zo­ba­czył mnie ze splu­wą w dło­ni. Już nie zdąży­łem go o to za­py­tać.

Cza­sy, gdy ma­fia kry­ła się po rynsz­to­kach i za­py­zia­łych me­li­nach, daw­no mi­nęły. Te­raz pro­wa­dzi­my in­te­re­sy na le­ga­lu. Do­kład­nie tak, jak Da­nie­lo. Za­ło­żył kon­sor­cjum, za­trud­nia ty­si­ące pra­cow­ni­ków, a wszyst­ko to tyl­ko przy­kryw­ka dla nie­le­gal­nych in­te­re­sów.

Se­ba­stia­no po­sze­dł o krok da­lej. Sko­ńczył stu­dia, za­ło­żył wła­sny biz­nes i już przed trzy­dziest­ką prze­sko­czył sta­re­go co naj­mniej o kil­ka mi­lio­nów rocz­nie.

Tam­te­go dnia, gdy wspól­nie po­sta­no­wi­li­śmy zmie­nić nasz świat, za­pa­dły mi­ędzy nami ko­lej­ne usta­le­nia. Sko­ro chcie­li­śmy być kró­la­mi, po­trze­bo­wa­li­śmy mieć kon­tro­lę nad czy­mś wi­ęcej niż nad kil­ku­na­sto­ma ma­fij­ny­mi ro­dzi­na­mi i do­cho­do­wym biz­ne­sem.

Mu­sie­li­śmy kon­tro­lo­wać me­dia: sta­cje te­le­wi­zyj­ne, roz­gło­śnie ra­dio­we, pra­sę. Mieć wła­dzę i pie­czę nad wszyst­kim, co mo­gło­by za­szko­dzić na­sze­mu wi­ze­run­ko­wi. Mnie ku­sił duży ekran: blask, świa­tła i nie­sko­ńcze­nie wiel­kie mo­żli­wo­ści. Nie łak­nąłem sła­wy, nie pra­gnąłem za­szczy­tów, bo dla mnie fa­mi­lia i to, co bu­do­wa­li­śmy z Riną, były naj­wa­żniej­sze. Uko­ńczy­łem stu­dia na kie­run­ku re­ży­se­ria i w dwa lata zro­bi­łem wi­ęk­szą ka­rie­rę niż nie­je­den przez całe ży­cie. I nie, nie po­mo­głem so­bie eli­mi­no­wa­niem lub prze­ku­py­wa­niem co bar­dziej opor­nych. Kil­ku wci­ąż jesz­cze żyje.

Wspa­nia­łe lata… Pi­ęk­ne ko­bie­ty, któ­re za szan­sę za­gra­nia cho­ćby naj­mniej­szej roli obie­cy­wa­ły nie­bo, a po­tem fak­tycz­nie – po­tra­fi­ły do­ko­nać ta­kie­go cudu, i to nie­je­den raz. Kasa tak wiel­ka, że za­sta­na­wia­li­śmy się, ja­kim cu­dem nikt przed nami tego nie zro­bił. Kil­ku pró­bo­wa­ło, nie­któ­rym coś tam się uda­ło, ale ża­den nie osi­ągnął tego, co my stwo­rzy­li­śmy w za­le­d­wie parę lat.

Tak jak Se­ba­stia­no, ja rów­nież mu­sia­łem na­uczyć się żyć w dwóch świa­tach jed­no­cze­śnie. On dla wszyst­kich wie­rzących w Świ­ęte­go Mi­ko­ła­ja i UFO był zło­tym dziec­kiem, cu­dow­nym, fe­no­me­nal­nym biz­nes­me­nem. Se­ba­stia­nem Ri­va­sem. Tyl­ko nie­licz­ni wie­dzie­li, kim tak na­praw­dę był, a na­zwi­sko Rina zna­czy wi­ęcej niż mi­liar­dy, któ­re po­sia­da Ri­vas.

Ja mia­łem nie­co ła­twiej. Wci­ąż po­zo­sta­łem sobą, San­ti­nem Bras­sim. Dla jed­nych re­ży­se­rem i cu­dow­nym dziec­kiem Hol­ly­wo­od, dla in­nych – bez­względ­nym ma­fio­sem. Pa­so­wa­ły mi oby­dwie opi­nie.

Świat do­oko­ła zmie­niał się tak szyb­ko, że nim się spo­strze­głem, mia­łem już pra­wie trzy­dziest­kę na kar­ku, kasy wi­ęcej, niż by­łem w sta­nie wy­dać, mnó­stwo ko­biet na ski­nie­nie ręki… i wro­gów licz­niej­szych niż przy­ja­ciół. Tak w za­sa­dzie mia­łem tyl­ko jed­ne­go przy­ja­cie­la.

A te­raz ra­zem z Se­ba­stia­nem przej­mo­wa­li­śmy wła­dzę. Mia­ło być ina­czej. Mia­łem mieć kil­ka mie­si­ęcy na za­bez­pie­cze­nie na­sze­go te­re­nu do dnia prze­ka­za­nia wła­dzy, a na­gle wal­nął pio­run i do­sta­łem za­le­d­wie mie­si­ąc. To nie tak, że nie uda mi się ogar­nąć te­ma­tu, ale lu­bię mieć ca­łko­wi­tą kon­tro­lę, a za­mie­sza­nie, ja­kie Rina spo­wo­do­wał swo­ją de­cy­zją, roz­wa­li­ło wszyst­ko.

Le­d­wo star­cza­ło mi cza­su na spra­wy zwi­ąza­ne z klu­ba­mi, a jesz­cze mu­sia­łem wspie­rać Se­ba­stia­na i usta­lać nowe wa­run­ki so­ju­szy z na­szy­mi sprzy­mie­rze­ńca­mi: Mac­Ken­ną, przy­wód­cą Ir­land­czy­ków, i Glo­omem, pre­ze­sem Sha­dow Ri­ders MC. W czym rzecz? Wia­do­mo, że jak coś się sy­pie, to za­wsze sie­dzi w tym _pa­khan_, a ra­czej nowy szef Bra­tvy, któ­ry w ra­mach ini­cja­cji po­sta­no­wił wkur­wić nie tych lu­dzi, co po­wi­nien.

Wła­śnie dzi­siaj na po­le­ce­nie Riny or­ga­ni­zo­wa­łem spo­tka­nie w Blue Hell, jed­nym z na­szych bur­de­li. Mu­sia­łem za­dbać o do­brą i przy­ja­zną at­mos­fe­rę do oma­wia­nia in­te­re­sów. Al­ko­hol jak zwy­kle ten sam. Rzad­ko si­ęga­my po czy­stą czy też inne wy­na­laz­ki, pre­fe­ru­je­my spraw­dzo­ną moc i smak Ma­cal­la­na.

Spoj­rza­łem przez szy­bę na salę i roz­wa­ża­łem, któ­re dziew­czy­ny umi­lą nam spo­tka­nie. Pro­blem w tym, że Mac­Ken­na i jego za­stęp­ca, Evans, już od kil­ku dni ba­wi­li się w na­szych klu­bach i po­zna­wa­li w sen­sie bi­blij­nym pra­cu­jące dla nas dziew­czy­ny. Wy­bór za­czy­nał ro­bić się ogra­ni­czo­ny.

Zer­k­nąłem za sie­bie, na sto­jące­go przy drzwiach mężczy­znę.

– Umber­to, zdej­mij te dwie z baru. Będą dzi­siaj na gó­rze. – Wska­za­łem na blon­dyn­ki trzęsące biu­stem przed twa­rza­mi sie­dzących przy ba­rze go­ści.

– A kogo mam po­sta­wić za ba­rem, sze­fie? Sam wi­dzisz, że jak na wto­rek, jest duży ruch. Jak nie chce szef tra­cić kasy na dar­mo­we drin­ki w ra­mach re­kom­pen­sa­ty za dłu­gie ocze­ki­wa­nie, to mu­szę mieć dwie na za­stęp­stwo.

– Weź te dwie nowe – rzu­ci­łem bez za­sta­no­wie­nia.

– Ir­land­ki?

– Nie, te z Reno. Wi­dzia­łem ich zdjęcia. Te dziew­czy­ny nie są złe, choć lep­sze mamy na sali. Na­praw­dę będę miał duży pro­blem, żeby umie­ścić je w ta­kim miej­scu, aby od­ro­bi­ły dług ta­tu­sia. Ta młod­sza jest nie­zła, ale star­sza…

Ta­kie jak ona mo­żna było spo­tkać w ka­żdym pod­rzęd­nym ba­rze. Po­spo­li­ta twarz, coś wy­zy­wa­jące­go w oczach i wy­dęte w gry­ma­sie usta. Pa­nien­ka na szyb­kie rżni­ęcie w klu­bo­wym ki­blu. U nas pra­co­wa­ły ta­kie, któ­re po­tra­fi­ły za­chwy­cić, a fa­ce­ci wra­ca­li po wi­ęcej. Nikt nie za­pła­ci za coś, co może do­stać za dar­mo.

– Może cho­ciaż są do­bre w czy­mś in­nym? – za­su­ge­ro­wał.

Po­kręci­łem gło­wą.

– Nie wiem, nie wi­dzia­łem ich oso­bi­ście – wy­zna­łem, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Sam wi­dzisz, co się te­raz dzie­je. Do wy­jaz­du Ory­gi­na­łów dziew­czy­ny pra­cu­ją za ba­rem. Może i mniej za­ro­bią, ale będą bez­piecz­ne.

– Ja­sne, sze­fie. Za­raz spro­wa­dzę nowe i przy­pro­wa­dzę po­zo­sta­łe na górę.

Pew­nie Rina będzie na mnie wście­kły za tę małą dziw­kę, któ­rą wy­bra­łem dla mo­to­cy­kli­stów, a któ­rą on ostat­niej nocy praw­do­po­dob­nie prze­le­ciał w swo­im apar­ta­men­cie. Ni­g­dy wcze­śniej tego nie zro­bił i był przez to na mnie wkur­wio­ny. Jed­nak po­trze­bo­wa­łem dla na­szych go­ści do­brych dziew­czyn, a ta aż rwie się do pra­cy. Wró­żę jej ka­rie­rę, o ile po spła­ce­niu dłu­gu będzie chcia­ła da­lej ro­bić w seks­biz­ne­sie.

Ostat­ni raz się upew­ni­łem, czy wszyst­ko jest na miej­scu, i choć mia­łem ocho­tę prze­le­cieć na od­stre­so­wa­nie jed­ną czy dwie du­pecz­ki, grzecz­nie ru­szy­łem do baru. Mu­sia­łem cze­kać, aż Rina ra­czy przy­wlec swój ty­łek na miej­sce. Przy­słał mi wła­śnie SMS-a, że jest w dro­dze.

_Da­waj, bo cip­ki cze­ka­ją_ – od­pi­sa­łem, uśmie­cha­jąc się pod no­sem.

Unio­słem szklan­kę i od razu po­ja­wi­ła się po­moc­na dłoń, któ­ra uzu­pe­łni­ła szkło rudą. Od nie­chce­nia spraw­dza­łem, co sły­chać w wy­twór­niach i u pra­cu­jących dla nas re­ży­se­rów. By­łem cie­ka­wy, czy wie­ść o przy­je­ździe Ory­gi­na­łów krąży już po Los An­ge­les, czy da­lej po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą.

W ko­ńcu Se­ba­stia­no się po­ja­wił i at­mos­fe­ra w klu­bie od razu się zmie­ni­ła. Ślicz­ne oczęta prze­ska­ki­wa­ły ze mnie na nie­go, da­jąc znać, że ich wła­ści­ciel­ki są bar­dziej niż chęt­ne na bli­ższą zna­jo­mo­ść. Za­nim Rina do­ta­rł do baru, kiw­nąłem do bar­man­ki. Od­wró­ci­ła się do mnie bo­kiem, gdy na­le­wa­ła whi­sky na trzy pal­ce do dwóch ni­skich szkla­ne­czek.

Za­dzi­wia­jące… To ta nowa, któ­rą ka­za­łem Umber­to­wi po­sta­wić za ba­rem. Przez chwi­lę ob­ser­wo­wa­łem, jak się po­ru­sza, i mu­sia­łem przy­znać, że dziew­czy­na zu­pe­łnie do­brze so­bie ra­dzi­ła. Może i nie do­rów­ny­wa­ła uro­dą swo­jej sio­strze, ale ewi­dent­nie mia­ła coś w so­bie. Po­pra­wi­łem fiu­ta w spodniach, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go stoi jak pie­przo­ny maszt. Nie słu­chaj­cie Riny, bo to nie­praw­da, że mój ku­tas jest twar­dy dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny na dobę. Kie­dyś mu­szę też wy­po­czy­wać, a si­ka­nie z twar­dą fu­ja­rą nie na­le­ży do przy­jem­no­ści.

– Czu­jesz to? – ode­zwa­łem się, gdy Se­ba­stia­no sta­nął przede mną.

Jak zwy­kle w swo­ich ulu­bio­nych czar­nych ko­lo­rach, jak­by sam fakt, że jego du­sza ma ko­lor smo­ły, nie wy­star­czał. Po­da­łem mu drin­ka. Za­śmia­łem się na wi­dok jego roz­anie­lo­nej miny, któ­ra mó­wi­ła, że nie ma nic lep­sze­go niż pierw­szo­rzęd­na whi­sky.

– Chy­ba że smak pierw­szo­rzęd­nej cip­ki… – po­wie­dzia­łem gło­śno nasz wspól­ny żar­cik.

_Ra­zem pi­je­my, ra­zem pie­przy­my pa­nien­ki i ra­zem roz­je­bie­my ru­ską swo­łocz._
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij