Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Heartless. Nie(chciana) - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
18 czerwca 2026
3334 pkt
punktów Virtualo

Heartless. Nie(chciana) - ebook

Santino Brassi przez lata traktował swój związek jak błąd, o którym najchętniej by zapomniał. Wszystko się zmienia, gdy Ava wraca i żąda unieważnienia małżeństwa.

Problem w tym, że ich nazwiska ponownie przyciągają niebezpieczeństwo, a jedynym sposobem, by przetrwać, jest odegranie roli idealnej pary.

Tyle że Ava nie jest już kobietą, którą kiedyś zignorował. Nie pozwala się kontrolować i chroni swoją niezależność. A Santino coraz bardziej zatraca się w pragnieniu odkrycia prawdy o ich przeszłości… i samej Avie.

W świecie, gdzie każde uczucie ma swoją cenę, jedno potknięcie może kosztować wszystko.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68916-10-2
Rozmiar pliku: 909 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Santino

– Bras­si, chło­pie! – Wzdry­gnąłem się, sły­sząc pi­jac­ki be­łkot Tho­ra, ale na wi­dok jego ucha­cha­nej i za­ro­śni­ętej gęby na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się sze­ro­ki uśmiech. Ale go, kur­wa, schla­łem. – Mu­si­my to po­wtó­rzyć, sta­ry!

– Ja­sne, już pędzę – mruk­nąłem, ale tak, aby mnie usły­szał.

– Lu­bię cię, su­kin­sy­nu! – huk­nął, wa­ląc mnie w ple­cy. Nie by­łem mu dłu­żny i po moim czu­łym klep­ni­ęciu za­bra­kło mu na chwi­lę tchu w tym wiel­kim ciel­sku. – Ja pie­przę, chło­pie. Masz ty parę!

– Da­waj, Thor! – Do­ta­rł do nas krzyk Glo­oma. – Bo będziesz się czo­łgał, pi­ja­ny gno­ju.

Reszt­ką sił utrzy­my­wa­łem pio­no­wą po­zy­cję. Prze­cież nie zbła­źnię się przed tym wi­kin­giem, na Boga! Jesz­cze przyj­dzie mu do tej pu­stej łe­pe­ty­ny myśl, że dał mi radę. No nie ma ta­kiej mo­żli­wo­ści, aby po­ko­nał mnie ja­kiś tam bi­ker.

– Kur­wa! Dzi­ęki Bogu – sap­nąłem.

Trzech pi­ja­ków wła­do­wa­ło się do auta. Thor jak na­rąba­na pa­nien­ka wy­chy­lił się przez okno i ma­chał do nas wci­ąż z tym sze­ro­kim, pi­jac­kim uśmie­chem. Nasi lu­dzie mie­li od­wie­źć ich na­rąba­ne ty­łki do sie­dzi­by, niech tam zaj­mą się nimi klu­bo­we pa­nien­ki.

Ode­tchnąłem z ulgą, gdy wóz znik­nął z za­si­ęgu wzro­ku, i w ko­ńcu mo­głem dać wspar­cie wła­snym no­gom.

– Ja pier­do­lę – sap­nąłem, opie­ra­jąc się o naj­bli­ższą ścia­nę. Zwie­si­łem gło­wę, od­dy­cha­łem głębo­ko chłod­nym po­wie­trzem. Wci­ąż była noc, ale nie­bo już się roz­ja­śnia­ło, za­po­wia­da­jąc ko­lej­ny fan­ta­stycz­ny dzień i nie­ocze­ki­wa­ne wy­zwa­nia, któ­rym będę mu­siał spro­stać. – Ni­g­dy wi­ęcej, sta­ry.

– Słab­niesz, bra­cie.

Unio­słem gło­wę, po­ko­nu­jąc sil­niej­szą niż za­zwy­czaj gra­wi­ta­cję, i spoj­rza­łem ze zło­ścią na sto­jące­go obok mnie Rinę. Gdy mu się przyj­rza­łem, stwier­dzi­łem, że bez wspar­cia w po­sta­ci muru nasz boss le­ża­łby na par­kin­gu i do­go­ry­wał.

Roz­go­nie­nie pi­ja­ne­go to­wa­rzy­stwa to coś, co na wie­ki po­zo­sta­je w męskiej pa­mi­ęci. Te uści­ski, te wy­lew­ne po­że­gna­nia… Za­wsze mi się wy­da­wa­ło, że to do­me­na ko­biet, ale – jak się wła­śnie prze­ko­na­łem – i nam, fa­ce­tom, się to zda­rza. Ni­g­dy wcze­śniej nie do­szło do ta­kiej sy­tu­acji, ale i ni­g­dy nie było ta­kiej im­pre­zy. Po­trząsnąłem gło­wą, śmie­jąc się ci­cho pod no­sem. Da­lej wkur­wiał mnie ten blon­das, ale już nie pla­no­wa­łem roz­wa­lić go moją gi­we­rą. To zna­czy ocho­tę mia­łem, i to wiel­ką, go­rzej nie­ste­ty z sa­mym wy­ko­na­niem. Te­raz za ka­żdym ra­zem mu­sia­łem so­bie przy­po­mi­nać, że to nasz so­jusz­nik i ja­koś nie­po­li­tycz­nie będzie wy­gląda­ło, je­śli zbry­zgam krwią Tho­ra nasz bra­ter­ski pakt z bi­ke­ra­mi.

Dla wy­ja­śnie­nia – to sło­wa Riny, nie moje. By­łem pe­wien, że ina­czej by śpie­wał te swo­je mądro­ści, gdy­by to na jego ko­bie­cie za­wie­sił oko ten prze­klęty Thor.

– Przy oka­zji… Dzi­ęki za przy­pie­prze­nie mi w szczękę. – Przy­po­mnia­łem so­bie i dla lep­sze­go efek­tu po­ma­so­wa­łem opuch­ni­ęte miej­sce. – Mo­żesz być pe­wien, że ci się od­wdzi­ęczę.

– Na­le­ża­ło ci się jesz­cze za ten lunch z Ale­xią – wy­pluł z sie­bie ury­wa­nym gło­sem. – Kur­wa, ale się na­je­ba­łem.

– Pa­mi­ętli­wy su­kin­syn – mruk­nąłem.

Wal­nąłbym gno­ja, ale po cho­le­rę? Za dużo ener­gii mu­sia­łbym wło­żyć w ten cios, a efekt i tak by mnie nie usa­tys­fak­cjo­no­wał, przy­naj­mniej nie wte­dy, gdy by­łem w ta­kim sta­nie. Jak wa­lić, to po­rząd­nie, a piesz­czo­ty zo­sta­wić dla mo­jej Avy.

Wró­ci­ła do mnie roz­mo­wa z bi­ke­rem. Opa­rłem gło­wę o ścia­nę i przy­mknąłem oczy, za­sta­na­wia­jąc się, jak za­py­tać o to, co pod­su­nął mi Thor.

– Te, Rina, po­wiedz mi coś. Uwo­dzi­łeś swo­ją la­lecz­kę czy tak po pro­stu ją so­bie wzi­ąłeś?

Po­czu­łem na so­bie spoj­rze­nie Se­ba­stia­na i od­wró­ci­łem się w jego stro­nę. Na przy­stoj­nej ja­dacz­ce wi­dać było wy­ra­źne śla­dy nie­prze­spa­nej nocy i wy­pi­te­go al­ko­ho­lu.

– Masz za­miar uwie­ść Avę?

– Zde­cy­do­wa­nie – od­po­wie­dzia­łem bez za­sta­no­wie­nia.

– A co z roz­wo­dem?

– Za­po­mnij o tym – rzu­ci­łem. – Żad­ne­go roz­wo­du nie będzie.

– Ro­zu­miem, że roz­ma­wia­łeś o tym z Avą i to wa­sza wspól­na de­cy­zja?

_Daj­cie mi odro­bi­nę cier­pli­wo­ści, bo przy­si­ęgam, moja pi­ęść na­praw­dę spo­tka się z jego gębą._

– A przy­je­bać ci? – wark­nąłem, wi­dząc na jego twa­rzy zło­śli­wy uśmiech.

Rina par­sk­nął śmie­chem, ale za­raz po­tem spo­wa­żniał. Ani tro­chę nie po­do­ba­ła mi się wi­zja tego, co za­mie­rzał po­wie­dzieć.

– Sant, mo­że­my so­bie żar­to­wać, ale wiesz do­sko­na­le, że ona chce unie­wa­żnić wa­sze ma­łże­ństwo. Moja zgo­da na wy­stąpie­nie do sądu to dla niej tyl­ko for­mal­no­ść. Ma w po­wa­ża­niu na­sze tra­dy­cje i całą or­ga­ni­za­cję. Udo­wod­ni­ła już, że świet­nie so­bie ra­dzi bez ma­fii za ple­ca­mi. Zro­bi, co będzie chcia­ła, a jak znaj­dzie łeb­skie­go praw­ni­ka, ten po­pro­wa­dzi ją bez pro­ble­mu.

Ci­śnie­nie wy­sko­czy­ło mi poza ska­lę. _Że niby co? Praw­nik? Po­gi­ęło go?_

– Nie, do cho­le­ry! – Zde­ner­wo­wa­łem się, wbi­ja­jąc wzrok w Se­ba­stia­na. – Ona jest moja. Z pa­pier­kiem czy bez, ta dziew­czy­na na­le­ży do mnie. Nie ma mo­żli­wo­ści, żeby znik­nęła z mo­je­go ży­cia.

– Ja pie­przę, Sant… Zno­wu cię wzi­ęło – usły­sza­łem. – Słu­chaj, przy­je­dź do mnie po po­łud­niu, to po­ga­da­my. Ale po po­łud­niu, a nie za dwie go­dzi­ny. Mu­szę wy­trze­źwieć.

– A po cho­le­rę? – za­py­ta­łem, ma­jąc w pa­mi­ęci plan uwie­dze­nia żony.

Ta wi­zja za­go­ści­ła w mo­jej gło­wie na do­bre. Może i ten za­ro­śni­ęty wi­king miał ra­cję? Co dziw­ne, nie cho­dzi­ło mi o samą fi­zycz­no­ść. Sam by­łem tym zdzi­wio­ny, gdy do­ta­rło do mnie, że to tej dziew­czy­ny chcę. Z sek­sem czy bez nie­go. To Ava, moja nisz­czy­ciel­ka męskich ma­rzeń, była w tym naj­wa­żniej­sza.

– Po­ga­da­my z moim oj­cem. Może ma coś, co ci po­mo­że.

– Niby w czym? – Par­sk­nąłem pi­jac­kim śmie­chem. – Mam się za­py­tać two­je­go ojca, jak uwie­ść wła­sną żonę?

– Sant, przy­po­mi­nam ci, że łączy cię z nią pie­przo­ny kon­trakt sta­re­go Man­cu­so. Sam po­wie­dzia­łeś, że nie wiesz do­kład­nie, co w nim było, a mam po­wo­dy przy­pusz­czać, że oj­ciec wie wi­ęcej, niż nam się wy­da­je.

Kiw­nąłem, przy­zna­jąc Ri­nie ra­cję. Mia­łem się tym za­jąć, ale wy­szły w mi­ędzy­cza­sie inne spra­wy i ca­łko­wi­cie wy­le­cia­ło mi to z gło­wy. Pa­pier­ki były w po­sia­da­niu Fran­co. Po­nie­waż da­lej był praw­ni­kiem or­ga­ni­za­cji, po­zo­sta­wi­łem wszyst­ko w jego rękach. Ten ich praw­ni­czy be­łkot był dla mnie nie do zro­zu­mie­nia.

Za­ci­snąłem po­wie­ki, wy­rzu­ca­jąc z umy­słu de­struk­cyj­ne my­śli o tym, że Ava odej­dzie. _Nie do­pusz­czę do tego!_ To nie pie­przo­ny ka­prys czy na­głe olśnie­nie. To nie mi­nie, na­wet za sto pie­przo­nych lat. Na­le­ża­ła do mnie. Jak żad­na przed nią i żad­na po niej. Albo Ava, albo nikt. In­nej opcji ani dro­gi w ży­ciu nie wi­dzia­łem. Mo­żna po­wie­dzieć, że do­sta­łem po­rząd­ne­go kopa i się ock­nąłem. Zde­cy­do­wa­nie nie dla­te­go, że do­wie­dzia­łem się praw­dy i że ży­cie Avy było w nie­bez­pie­cze­ństwie.

Lu­dzie, to te cho­ler­ne oczy i to, co ta dziew­czy­na robi ze mną od lat. Czas, abym w ko­ńcu wy­rzu­cił ze łba wszyst­kie wi­zje. Nie by­łem, nie je­stem i ni­g­dy nie będę ta­kim skur­wie­lem jak mój sta­ry. Ni­g­dy!

Za­mil­kli­śmy, po­grąża­jąc się we wła­snych my­ślach, do­pó­ki nie pod­je­cha­ły wozy z ob­sta­wą. Zi­gno­ro­wa­łem za­sko­czo­ne spoj­rze­nie mo­je­go ka­pi­ta­na, po­że­gna­łem się z Se­ba­stia­nem i wła­do­wa­łem swo­je pi­ja­ne dup­sko do auta. Za­mknąłem oczy, od­gra­dza­jąc się od wszyst­kie­go.

Po­trze­bo­wa­łem do­bre­go pla­nu. Ta­kie­go z po­lo­tem i nie­tu­zin­ko­we­go. Na wi­ęk­sze za­lo­ty będę miał czas, na ra­zie mu­sia­łem po­móc Avie wy­jść z kosz­ma­ru wspo­mnień. Nie­ste­ty, by­łem tak na­wa­lo­ny, że chwi­la­mi zu­pe­łnie wy­łącza­łem my­śle­nie, wpa­tru­jąc się tępo w noc­ny wi­dok Los An­ge­les za szy­bą. W ta­kim sta­nie to ra­czej po­wi­nie­nem się mo­dlić, żeby nie zje­bać się ze scho­dów we wła­snym domu, a nie ukła­dać plan uwie­dze­nia żony.

Zim­ny prysz­nic i kil­ka go­dzin snu nie po­sta­wi­ły mnie na nogi. _Chy­ba je­stem już za sta­ry na ta­kie im­pre­zy_ – po­my­śla­łem, gdy po wy­pi­ciu kil­ku fi­li­ża­nek kawy wci­ąż zie­wa­łem. Za­uwa­ży­łem spoj­rze­nia, ja­kie rzu­ca­ła w moją stro­nę dziw­nie mil­cząca dzi­siaj So­fia. Prze­ta­rłem twarz dło­nią i ma­su­jąc pal­ca­mi skroń, sta­łem z po­chy­lo­ną gło­wą. Mo­dli­łem się, żeby ta upar­ta dziew­czy­na w ko­ńcu po­ja­wi­ła się w pie­przo­nej kuch­ni. Już daw­no mi­nęła pora, gdy scho­dzi­ła na śnia­da­nie, a przy­naj­mniej ta­kie od­no­si­łem wra­że­nie. Stwier­dzi­łem, że ten dom jest za duży, przez co mi­ja­li­śmy się z Avą jak dwa stat­ki na pe­łnym mo­rzu.

– So­fio? – Spoj­rza­łem na moją go­spo­dy­nię. – Nie chcia­ła­byś się wy­brać do cór­ki i wnu­ków?

– Mia­ła­bym zo­sta­wić cię sa­me­go? – prych­nęła, wzru­sza­jąc wątły­mi ra­mio­na­mi. – Tym bar­dziej te­raz, gdy cała słu­żba znik­nęła?

Skrzy­wi­łem się, bo szcze­rze mó­wi­ąc, tak skon­cen­tro­wa­łem się na Avie, że zu­pe­łnie za­po­mnia­łem o tej kwe­stii. Ode­rwa­łem się od bla­tu, o któ­ry się opie­ra­łem, i pod­sze­dłem do sta­rusz­ki.

– Moja wina, ko­bie­to – przy­zna­łem, uśmie­cha­jąc się na wi­dok jej zmie­sza­nia. No cóż, sam by­łem za­sko­czo­ny wła­sny­mi sło­wa­mi. Pierw­szy, ale za­pew­ne nie ostat­ni raz przy­zna­łem się do błędu. – Po­pro­szę Avę, żeby ci po­mo­gła. Umber­to do­star­czy li­stę osób, a wy wy­bie­rze­cie, do­brze?

Pro­blem z za­trud­nia­niem od­po­wied­nich lu­dzi po­le­gał na tym, że nie mo­gli­śmy zgło­sić się do biu­ra pra­cy. Nie bra­li­śmy ni­ko­go z uli­cy, żad­nych osób z ogło­sze­nia czy po­le­ce­nia. Tyl­ko nasi. Tyl­ko uro­dze­ni w na­szym świe­cie, któ­rzy do­sko­na­le zda­wa­li so­bie spra­wę z tego, z kim i gdzie przyj­dzie im pra­co­wać. Trzy­ma­nie języ­ka za zęba­mi za­pew­nia­ło ich ro­dzi­nom spo­kój i ochro­nę ca­łej or­ga­ni­za­cji. Te­raz, gdy zro­bi­łem czyst­kę, wy­wa­la­jąc sta­ry per­so­nel, zde­cy­do­wa­nie będę po­trze­bo­wał po­mo­cy Avy. Ale… Może nie tak od razu?

To całe uwo­dze­nie, któ­re pod­su­nęła mi ta za­ro­śni­ęta men­da na mo­to­cy­klu, mo­gło się udać. By­łem w cho­le­rę cier­pli­wym fa­ce­tem, a pla­no­wa­nie to moja do­me­na. Roz­wa­le­nie ru­skiej ban­dy? Nic prost­sze­go. Zor­ga­ni­zo­wa­nie im­pre­zy? No do­bra, to aku­rat gów­nia­ny przy­kład, ale nie ma co się sku­piać na de­ta­lach, a na ca­łej or­ga­ni­za­cji. Przy­pom­nę tyl­ko, że to nie im­prez­ki urządza­ne last mi­nu­te, gdy sta­rzy wy­by­wa­ją na week­end. To nie wie­czo­ry przy pi­wie i ogląda­niu fut­bo­lu. To za­pew­nie­nie ochro­ny sa­me­mu bos­so­wi i na­szym so­jusz­ni­kom. To moja re­pu­ta­cja jako dia­bel­nie do­bre­go _con­si­glie­re_.

Ale żeby była ja­sno­ść – nie za­le­ża­ło mi tyl­ko na fi­zycz­nym aspek­cie uwo­dze­nia. Ja pra­gnąłem Avy. Ca­łej. Jej hu­mor­ków, któ­re nie­ocze­ki­wa­nie ja­ra­ły mnie jak nie wiem co. Jej em­pa­tii, któ­rej rów­nież chcia­łbym do­świad­czyć. Pra­gnąłem zo­ba­czyć w jej cud­nych oczach coś wi­ęcej niż smu­tek.

Jed­ne­go by­łem pe­wien – nie ma rze­czy, któ­rej bym nie zro­bił, aby zdo­być uczu­cia tej dziew­czy­ny. Mo­gła mnie da­lej nie­na­wi­dzić pod wa­run­kiem, że będzie mnie też ko­chać.

– So­fio, spa­kuj się i jedź do cór­ki – po­le­ci­łem.

– Al, chłop­cze…

– Bez dys­ku­sji, ko­bie­to. Na ja­kiś czas za­my­kam po­sia­dło­ść, a ty za­słu­ży­łaś na od­po­czy­nek. Spra­wą no­we­go per­so­ne­lu zaj­mie­my się za kil­ka ty­go­dni.

– Niby gdzie masz za­miar te­raz miesz­kać, co? – Spoj­rza­ła na mnie, kła­dąc ręce na bio­drach. Ta poza może i dzia­ła­ła, gdy by­łem ma­łym gnoj­kiem, ale na Boga! Mia­łem trzy­dziest­kę na kar­ku, a ta ko­bie­ta wci­ąż trak­to­wa­ła mnie jak ma­łe­go chłop­ca. – Może w jed­nym z tych two­ich klu­bów?

– Prze­pro­wa­dzę się do apar­ta­men­tu. Ra­zem z Avą – do­da­łem z sze­ro­kim uśmie­chem.

_Dla­cze­go nie po­my­śla­łem o tym wcze­śniej, do li­cha?_ Ten wiel­ki dom oka­zał się dla Avy do­sko­na­łą kry­jów­ką. Gdy miesz­ka­ła w od­dziel­nym skrzy­dle, była w sta­nie nie wi­dy­wać mnie ca­ły­mi ty­go­dnia­mi. Co praw­da mój apar­ta­ment w mie­ście po­sia­dał kil­ka sy­pial­ni, więc na do­brą spra­wę rów­nież mógł po­słu­żyć jej za kry­jów­kę, ale pla­no­wa­łem ja­koś ogar­nąć spra­wę. Ma­lo­wa­nie, tyn­ko­wa­nie, pęk­ni­ęta rura w ła­zien­ce czy coś. Kre­atyw­ny ze mnie gość.

– Na­resz­cie za­czy­nasz ro­bić coś sen­sow­ne­go – mruk­nęła. – Ten dom to nie jest dla niej do­bre miej­sce.

Nie­ocze­ki­wa­nie w kuch­ni po­ja­wił się Teo. Już sam jego wzrok wy­star­czył, że­bym się wku­rzył. _Sło­wo daję, je­że­li to te cho­ler­ne sy­cy­lij­skie psy, to roz­ka­żę strze­lać do nich jak na strzel­ni­cy. Mój dom, moje za­sa­dy, a jak ko­muś to nie pa­su­je…_

– Sze­fie, ma pan go­ścia. Pa­ńska mat­ka przy­je­cha­ła – oznaj­mił ta­kim to­nem, jak­by wła­śnie ogło­sił świa­to­wą za­ra­zę.

Jęk­nąłem, za­my­ka­jąc na chwi­lę oczy. _Se­rio?_

Ze wszyst­kich mo­żli­wych kosz­ma­rów aku­rat ten mu­siał stać się rze­czy­wi­sto­ścią? Mimo wszyst­ko wo­la­łbym chy­ba Sy­cy­lij­czy­ków. Przy­naj­mniej mia­łbym ja­kąś roz­ryw­kę. Rina wy­dał sta­now­czy roz­kaz. Nie pro­wo­ko­wać do mor­do­bi­cia, do­pó­ki sy­tu­acja z Avą i za­bi­ciem Got­tie­go ja­koś nie przy­schnie. Szko­da, bo z chęcią utrąci­łbym kil­ka łbów. Po­zo­sta­ło mi je­dy­nie wer­bal­ne szczu­cie Sy­cy­lij­czy­ków i na­dzie­ja, że to oni pierw­si wy­sko­czą z ła­pa­mi.

Wy­sze­dłem z kuch­ni i skie­ro­wa­łem się do głów­ne­go holu. To nie tak, że nie­na­wi­dzi­łem wła­snej mat­ki. By­łem w sta­nie zro­zu­mieć, że prze­cho­dzi­ła przez pie­kło, gdy żył oj­ciec, ale pew­nych rze­czy nie mo­głem za­ak­cep­to­wać, tym bar­dziej ro­bio­nych za mo­imi ple­ca­mi. Mru­cząc pod no­sem prze­kle­ństwa, wy­sze­dłem na ze­wnątrz. Pa­trzy­łem, jak pod­jaz­dem zbli­ża się bia­ły Ben­tley.

Nie mia­łem pie­przo­ne­go po­jęcia, po jaką cho­le­rę się zja­wi­ła. Po­win­na być te­raz gdzieś w Eu­ro­pie, o ile do­brze pa­mi­ęta­łem. Wi­dy­wa­li­śmy się góra dwa razy do roku, i to z przy­mu­su. Mat­ka nie ak­cep­to­wa­ła tego, co ro­bię ani kim je­stem w or­ga­ni­za­cji, nie ro­zu­mia­ła, że za chu­ja nie chcę być bos­sem, a tego wła­śnie pra­gnęła. Syna jako _capo di tut­ti capi_. Splen­do­ru, sza­cun­ku i wła­dzy, jak­by to ona sama mia­ła rządzić całą Cosa No­strą.

Wiel­kie auto za­trzy­ma­ło się przed głów­nym we­jściem, a ochro­na wy­sy­pa­ła się z ja­dące­go za nim wozu. Par­sk­nąłem śmie­chem, ob­ser­wu­jąc ich idio­tycz­ne za­cho­wa­nie, gdy roz­gląda­jąc się do­oko­ła, z oci­ąga­niem otwo­rzy­li drzwi Ben­tleya i po­mo­gli wy­si­ąść mo­jej mat­ce. Ja pier­do­lę, to już na­praw­dę za­czy­na­ło być co naj­mniej dziw­ne. Mat­ka za­cho­wy­wa­ła się, jak­by była pierw­szą damą! A te mi­ęśnia­ki, któ­rych za­trud­ni­ła, to niby ma­fij­ne Se­cret Se­rvi­ce?

– San­ti­no, mój dro­gi. – Eg­zal­to­wa­ny głos za­świsz­czał mi koło uszu, gdy skła­da­ła mat­czy­ne po­ca­łun­ki za­le­d­wie kil­ka mi­li­me­trów od mo­ich po­licz­ków. Wstrzy­ma­łem od­dech, czu­jąc chmu­rę ostrych, du­szących per­fum. – Mar­nie wy­glądasz.

Zi­gno­ro­wa­łem ostat­nie sło­wa i ski­nąłem gło­wą na Teo, żeby za­jął się lu­dźmi, z któ­ry­mi przy­je­cha­ła – mia­łem na­dzie­ję, że na bar­dzo krót­ką wi­zy­tę ogra­ni­cza­jącą się do po­wi­ta­nia i ewen­tu­al­nie wy­pi­cia fi­li­żan­ki kawy. Od­ha­czo­ne, za­ła­twio­ne, mo­że­my spo­tkać się w przy­szłym roku.

– Co cię spro­wa­dza do Sta­nów? – za­py­ta­łem, gdy tyl­ko roz­sia­dła się w sa­lo­nie.

Nie umknęło mi, jak prze­su­nęła wzro­kiem po ścia­nach. Spraw­dza­ła ro­do­wy ma­jątek czy ja­kie li­cho? A może spo­dzie­wa­ła się zo­ba­czyć śla­dy ja­kie­jś za­cnej ba­lan­gi? Zmie­rzy­łem wzro­kiem mat­kę, za­uwa­ża­jąc, że od ostat­niej wi­zy­ty prze­szła co naj­mniej kil­ka za­bie­gów. Jak tak da­lej będzie ro­bi­ła, pew­ne­go dnia roz­sy­pie się na sto­le chi­rur­gicz­nym w cza­sie ope­ra­cji. Wy­my­śl­cie ja­kiś za­bieg, a od razu wam po­wiem, że go mia­ła, i to na­wet kil­ka razy. Do­bie­ga­ła pi­ęćdzie­si­ąt­ki, a wy­gląda­ła, jak­by nie prze­kro­czy­ła dwu­dzie­stu pi­ęciu lat. Przy­naj­mniej te­raz. Twarz, szy­ja i de­kolt bez jed­nej bo­daj zmarszcz­ki, wszyst­ko wy­gła­dzo­ne, wy­mu­ska­ne, sztucz­ne. Na­wet uśmiech, któ­rym mnie ura­czy­ła.

– Przy­le­cia­łam cię od­wie­dzić, czy to nie wy­star­czy?

_No ra­czej nie wy­star­czy_ – po­my­śla­łem, za­cho­wu­jąc nie­wzru­szo­ny wy­raz twa­rzy. Ta ko­bie­ta ni­g­dy nie ro­bi­ła ni­cze­go, co nie przy­no­si­ło ko­rzy­ści. Za­wsze mia­ła cel i za­zwy­czaj była to kasa, któ­rą ci­ągnęła ode mnie, uwa­ża­jąc, że ma do niej pra­wo. No cóż, za­dba­łem o to, aby ni­cze­go jej nie za­bra­kło, zwi­ęk­szy­łem rocz­ny do­chód, któ­ry oj­ciec zo­sta­wił dla niej w te­sta­men­cie, ku­pi­łem apar­ta­ment… Nie zli­czę tych drob­no­stek, na ja­kie la­ta­mi wy­ci­ąga­ła ode mnie pie­ni­ądze. Nie je­stem skne­rą, nie ża­ło­wa­łem wła­snej mat­ce kasy, ma­jąc kil­ka kont, na któ­rych for­sa le­ża­ła jak na pla­ży w tro­pi­kach.

Sęk w tym, że im wi­ęcej jej da­wa­łem, tym wi­ęcej chcia­ła. Nie in­te­re­so­wa­ło mnie do tej pory, na co wy­da­wa­ła wszyst­kie pie­ni­ądze, a wie­dzia­łem do­sko­na­le, że wi­ęcej niż kil­ka razy do roku by­wa­ła pod kre­ską, co zmu­sza­ło mnie do uzu­pe­łnia­nia jej kon­ta. Vini trzy­mał rękę na pul­sie i za moją zgo­dą za­wsze wpła­cał od­po­wied­nią kwo­tę. Dzi­ęki temu oszczędzał mi nie­wąt­pli­wie nad­pro­gra­mo­wych wi­zyt mat­ki, za co by­łem mu wdzi­ęcz­ny. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że po­wi­nie­nem to ukró­cić, po­nie­waż za ka­żdym ra­zem kwo­ta sta­wa­ła się co­raz wy­ższa. Zbie­ra­łem się do tego już od ja­kie­goś cza­su, czu­łem, że wła­śnie nad­sze­dł ten dzień. Jak to mó­wią? Zły czas, złe miej­sce?

_Ja pie­przę, jak ja nie­na­wi­dzę dra­ma­tów, bab­skich łez i hi­ste­rii._

– Naj­wi­docz­niej nie wy­star­czy. Od­po­wiedz na py­ta­nie.

– San­ti­no, ko­cha­nie…

Wi­dząc, jak nie­spo­koj­nie za­częła się kręcić, uni­ka­jąc pa­trze­nia mi w oczy, wie­dzia­łem, że tym ra­zem będzie chcia­ła na­praw­dę du­żej kwo­ty. Ja pier­do­lę, cza­sa­mi czu­łem się jak pie­przo­ny fun­dusz za­po­mo­go­wy, spe­łnia­jący wszyst­kie jej za­chcian­ki. Dla­cze­go, do dia­bła, nie wy­szła za mąż? Przy­naj­mniej mia­łbym ją z gło­wy, a tak mu­sia­łem się z nią uże­rać.

– Może na­pi­je­my się kawy? – Uśmiech­nęła się do mnie, zu­pe­łnie jak­bym to ja znaj­do­wał się w jej domu. – Za­raz wy­dam dys­po­zy­cje i Ana­sta­zja przy­nie­sie nam tacę do sa­lo­nu.

Za­śmia­łem się ci­cho i usia­dłem na­prze­ciw­ko mat­ki ze skrzy­żo­wa­ny­mi w kost­kach no­ga­mi. Do­sko­na­le wie­dzia­łem, że wkur­wi się na mnie za to, bo we­dług niej taki gest świad­czył o lek­ce­wa­że­niu. Pier­do­le­nie, w ko­ńcu by­łem u sie­bie. Zmarsz­czy­ła brwi, ale chy­ba przy­po­mnia­ła so­bie, że jest po za­bie­gu, bo od razu wy­gła­dzi­ła czo­ło, prze­su­wa­jąc pal­ca­mi po skó­rze. Szwy jesz­cze się trzy­ma­ły, ale jak ma za­miar się roz­sy­pać, to nie w moim pie­przo­nym domu.

– A to może być trud­ne, bo już tu­taj nie pra­cu­je.

Mat­ka spoj­rza­ła na mnie, jak­bym prze­mó­wił do niej w nie­zna­nym języ­ku. Cze­ka­łem na to, co się wy­da­rzy, bo to ona za­trud­ni­ła tę cho­ler­ną dzie­wu­chę. Nie prze­szka­dza­ło jej, że pie­przę się z po­ko­jów­ka­mi, wręcz temu przy­kla­ski­wa­ła. Za­sta­na­wia­łem się dla­cze­go. Ja pier­do­lę, za­częły dręczyć mnie dziw­ne my­śli, wszyst­kie zwi­ąza­ne z tym, co sta­ło się w noc tam­te­go przy­jęcia. Nie pa­mi­ęta­łem, ale chy­ba w nim uczest­ni­czy­ła. Hm… Zna­łem mat­kę. Poza kasą, któ­rej wiecz­nie jej mało, li­czy­ła się dla niej tyl­ko wła­dza. Nie była za­do­wo­lo­na, gdy don Da­nie­lo ka­zał mi po­ślu­bić Avę. Dość po­wie­dzieć, że wręcz pa­ła­ła wście­kło­ścią, ob­no­sząc się na ka­żdym kro­ku ze swo­ją od­ra­zą do dziew­czy­ny.

– Jak to nie pra­cu­je? Zwol­ni­ła się?

– Mo­żesz uznać, że tak – od­po­wie­dzia­łem spo­koj­nie. – Do­sta­ła zde­cy­do­wa­nie lep­szą pro­po­zy­cję, bar­dziej od­po­wia­da­jącą jej do­świad­cze­niu, i bez wa­ha­nia ją przy­jęła. Po­wiedz mi, mat­ko… – Po­chy­li­łem się, bacz­nie ob­ser­wu­jąc jej lal­ko­wa­tą twarz. By­łem nie­zwy­kle cie­ka­wy. – Czy mia­łaś coś wspól­ne­go z tym, jak słu­żba w tym domu trak­to­wa­ła Avę? To ty ich za­trud­ni­łaś, a przy­naj­mniej wi­ęk­szo­ść z nich.

– Avę? – Za­mru­ga­ła. – Jaką Avę?

– Se­rio? Py­tasz mnie, jak ma na imię moja żona? – Par­sk­nąłem śmie­chem.

– A więc to praw­da, że przy­jąłeś ją z po­wro­tem – wy­sy­cza­ła przez za­ci­śni­ęte gniew­nie usta. – Cie­ka­we, z kim te­raz się pu­ści ta mała dziw­ka.

Za­pło­nął we mnie ku­rew­ski ogień wście­kło­ści. Wbi­łem w nią spoj­rze­nie, pod wpły­wem któ­re­go zbla­dła prze­ra­żo­na. Chy­ba się zo­rien­to­wa­ła, że po­wie­dzia­ła za dużo. Za­ci­snąłem pi­ęść, opie­ra­jąc ją o udo, a fu­ria do­słow­nie za­częła mnie du­sić. _Ja­kim, kur­wa, pra­wem po­wie­dzia­ła coś ta­kie­go?_

– Ra­dzę ci się do­brze za­sta­no­wić nad na­stęp­ny­mi sło­wa­mi, któ­re opusz­czą two­je usta, mat­ko – wark­nąłem. – Znie­wa­ża­jąc moją żonę, znie­wa­żasz mnie.

– Sant, ko­cha­nie… Prze­cież ja nie chcia­łam – za­częła nie­skład­nie się tłu­ma­czyć, jak­by ze wszyst­kich sił chcia­ła wy­ma­zać to, co po­wie­dzia­ła. – Ale sam mu­sisz przy­znać, że po­ja­wie­nie się tej dziew­czy­ny nie może być przy­pad­ko­we. Je­steś te­raz kimś wa­żnym w or­ga­ni­za­cji. Masz wła­dzę i…

– Mam żonę, któ­rej na­le­ży się sza­cu­nek – wark­nąłem, prze­ry­wa­jąc mat­ce jej wy­po­wie­dź. Za­czy­na­ła mnie wkur­wiać tym pie­prze­niem.

– Żonę, któ­rej na­wet nie do­tknąłeś – syk­nęła, uno­sząc wy­zy­wa­jąco bro­dę.

– To nie two­ja spra­wa, mat­ko. Po raz ko­lej­ny py­tam: czy mia­łaś coś wspól­ne­go z tym, jak słu­żba trak­to­wa­ła Avę?

Za­czy­na­łem tra­cić cier­pli­wo­ść.

– Nie mam po­jęcia, o czym mó­wisz – od­po­wie­dzia­ła, ale za cho­le­rę jej nie uwie­rzy­łem.

– Skąd wie­dzia­łaś, że Ava wró­ci­ła? – zmie­ni­łem te­mat, uwa­żnie przy­gląda­jąc się ka­żde­mu gry­ma­so­wi, jaki po­ja­wiał się na jej twa­rzy.

– Plot­ki o tym, co sta­ło się w noc prze­ka­za­nia wła­dzy przez don Da­nie­la, obie­gły prak­tycz­nie cały nasz świat – od­pa­rła nie­chęt­nie. – Nie ukry­jesz zbrod­ni, gdy są świad­ko­wie.

_Po­wi­nie­nem był to prze­wi­dzieć_ – po­my­śla­łem, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o wy­so­kie opar­cie fo­te­la. Od razu wie­dzia­łem, że nie tęsk­no­ta za mną czy za Los An­ge­les przy­gna­ła ją z ba­jecz­nie dro­gich wo­ja­ży, za któ­re to ja pła­ci­łem. Może i mie­li­śmy na pie­ńku z na­szy­mi bra­ćmi z Sy­cy­lii, ale to nie ozna­cza­ło, że od­ci­ęli­śmy się od nich ca­łko­wi­cie. Wie­le ro­dzin da­lej utrzy­mu­je kon­tak­ty z Sy­cy­lią, mają tam bli­ską i dal­szą ro­dzi­nę. Na wy­spie wci­ąż żyją dwie sio­stry i oj­ciec mat­ki, któ­ry ma prze­ka­zać wła­dzę nad ro­dzi­ną swo­je­mu je­dy­ne­mu sy­no­wi. Sam wie­le lat temu do­słow­nie sprze­dał swo­ją nie­let­nią cór­kę _capo_ z Los An­ge­les, dużo star­sze­mu od niej. Pie­przo­ny Do­na­to Bras­si ta­kie wła­śnie lu­bił. Mło­de, nie­do­świad­czo­ne, prak­tycz­nie jesz­cze dzie­ci.

Wsta­łem po­wo­li, pa­trząc z góry na drob­ną ko­bie­tę. Wci­ąż na­praw­dę pi­ęk­ną, ale w tym sztucz­nym zna­cze­niu. Mia­łem za­miar się do­wie­dzieć, czy prze­czu­cia mnie nie mylą. Do­pie­ro te­raz tak na­praw­dę zro­zu­mia­łem Rinę, gdy sta­nął twa­rzą w twarz z wła­sną mat­ką chcącą za­bić jego ko­bie­tę.

Pod­sze­dłem do fo­te­la, w któ­rym sie­dzia­ła ni­czym kró­lo­wa w cza­sie au­dien­cji z pod­da­ny­mi i pa­trzy­ła na mnie z lek­kim uśmie­chem. Nie po­tra­fi­ła jed­nak ukryć cie­nia w nie­bie­skich oczach. Bała się…

– Ostrze­gam cię, mat­ko. Je­że­li się do­wiem, że to zro­bi­łaś, nie za­wa­ham się.

– Czy ty mnie stra­szysz, San­ti­no? – Jej twarz była jak lo­do­wa ma­ska opa­no­wa­nia. _Uda­je?_ Była świet­ną ak­tor­ką, o czym prze­ko­na­łem się cho­ćby kil­ka mi­nut temu, ale czy by­ła­by w sta­nie zro­bić coś tak po­twor­ne­go? – Je­stem two­ją mat­ką, na Boga! Nie mo­żesz sta­wiać ja­kie­jś tam dzie­wu­chy wy­żej niż wła­snej mat­ki.

– Kil­ka ty­go­dni temu za­sta­na­wia­łem się, czy po­tra­fi­łbym, tak jak Se­ba­stia­no, za­bić wła­sną mat­kę, gdy­by skrzyw­dzi­ła moją ko­bie­tę. Wów­czas tego nie wie­dzia­łem, ale te­raz od­po­wiem – rze­kłem twar­dym gło­sem. – Bez wa­ha­nia i bez za­sta­no­wie­nia. Ava nosi moje na­zwi­sko i jest pod moją ochro­ną. Dla wszyst­kich, na­wet dla cie­bie, jest nie­ty­kal­na. Nie ra­dzę ci po­dej­mo­wać żad­nych dzia­łań czy nie­prze­my­śla­nych kro­ków, bo stra­cisz nie tyl­ko swo­ją po­zy­cję, ale i ży­cie. Zro­zu­mia­łaś?

Spoj­rza­łem na sto­jące­go w pro­gu sa­lo­nu Teo, da­jąc mu znak, że nie­ocze­ki­wa­na wi­zy­ta wła­śnie do­bie­gła ko­ńca. Ktoś, kto nie sza­nu­je Avy, nie ma pra­wa prze­by­wać z nią pod jed­nym da­chem. Nie za­re­ago­wa­łem pięć lat temu, a na­wet da­łem wszyst­kim nie­me przy­zwo­le­nie na to, jak po­tem ją trak­to­wa­li, ale nie po­pe­łnię po­now­nie tego błędu.

– Za­nim wyj­dziesz… – rzu­ci­łem, gdy z wy­so­ko unie­sio­ną bro­dą kro­czy­ła w stro­nę wy­jścia. Za­trzy­ma­ła się, ale nie spoj­rza­ła w moją stro­nę. – Za­pa­mi­ętaj, pro­szę, że to Ava jest pa­nią tego domu. To ona de­cy­du­je o wszyst­kim i to ona w ka­żdej chwi­li może wy­pro­sić cię za próg. Nie zja­wiaj się nie­za­po­wie­dzia­na, to unik­niesz wsty­du i po­ni­że­nia, bo ta­kie za­cho­wa­nie i sło­wa, ja­kie przed chwi­lą usły­sza­łem, nie będą to­le­ro­wa­ne. Teo od­pro­wa­dzi cię do wy­jścia. Two­ja wi­zy­ta wła­śnie się sko­ńczy­ła. Że­gnam.

Nie ogląda­jąc się na za­sko­czo­ną mat­kę, wy­sze­dłem z sa­lo­nu i wbie­głem po scho­dach na pi­ętro miesz­kal­ne. Sta­ra­łem się, jak mo­głem, na­pra­wić wła­sne błędy, a ta­kie sy­tu­acje uzmy­sła­wia­ły mi, jak wiel­kim skur­wie­lem by­łem przez te cho­ler­ne dwa lata, gdy Ava jesz­cze miesz­ka­ła w tym domu. Ilu rze­czy zwi­ąza­nych z nią nie za­uwa­ży­łem?

Za­sta­na­wia­łem się, kto jesz­cze będzie nie­za­do­wo­lo­ny z jej po­wro­tu? Mia­łem tyle ta­jem­nic do roz­wi­kła­nia i wszyst­kie one do­ty­czy­ły tej ru­do­wło­sej dziew­czy­ny. Uzna­łem, że zde­cy­do­wa­nie po­wi­nie­nem przy­spie­szyć do­cho­dze­nie w jej spra­wie. Prze­cież nie będę jej prze­trzy­my­wał, tłu­ma­cząc się pie­przo­ny­mi środ­ka­mi bez­pie­cze­ństwa.

Poza tym chcia­łem wie­dzieć, z czym do­kład­nie przyj­dzie mi się zmie­rzyć, za­nim za­cznę na­ci­skać na Avę. Chcia­łem, by za­ufa­ła mi na tyle, aby wy­znać, co dzia­ło się w jej domu za­rów­no za ży­cia ojca, jak i po­tem. Nie by­łem ja­ki­mś pie­przo­nym fu­ria­tem, któ­ry będzie la­tał jak opęta­ny po Los An­ge­les, strze­la­jąc do lu­dzi. Tych szczur­ków w piw­ni­cy nie li­czy­łem. Po­wiedz­my, że to był wy­pa­dek przy pra­cy. Tak, ta­kie tłu­ma­cze­nie jest w po­rząd­ku. Do cze­go zmie­rzam?

A tak. Nie by­li­śmy osie­dlo­wym gan­giem, któ­ry tłu­cze się z kim po­pad­nie w imię ja­ki­chś wy­my­ślo­nych za­sad. By­li­śmy mło­dym po­ko­le­niem sta­rych ma­fij­nych za­sad. Eg­ze­ku­cja mu­sia­ła mieć swo­je uza­sad­nie­nie. Tak, aby ża­den su­kin­syn nie do­ma­gał się uro­jo­ne­go od­szko­do­wa­nia za do­mnie­ma­ne stra­ty.

Coś czu­łem, że wie­le się zmie­ni w na­szym świe­cie. Zwi­ązek Se­ba­stia­na i Ale­xii to po­tęga, przed któ­rą wszy­scy będą mu­sie­li skło­nić ma­fij­ne gło­wy. Pew­nie nie w smak będzie im nie­ocze­ki­wa­na unia z Ro­sja­na­mi i łączące nas z nimi wi­ęzy krwi. Nie sądzi­łem, aby Rina chciał ujaw­nić świa­tu swo­je po­cho­dze­nie, poza tym ni­ko­go to nie po­win­no ob­cho­dzić. Dla wszyst­kich jest bos­sem i jego sło­wo jest pra­wem.

Za­sta­nów­my się… Kto mó­głby zy­skać, gdy­by in­for­ma­cja o cór­ce don Da­nie­la wy­pły­nęła? Ile ro­dzin uzna­ło­by, że może pod­nie­ść swo­je zna­cze­nie w or­ga­ni­za­cji, gdy­by ich sy­no­wie oże­ni­li się z je­dy­ną dzie­dzicz­ką ro­dzi­ny Ri­vas? Na­praw­dę wie­le i to nie tyl­ko w Sta­nach. Do­kład­nie tyle samo, ile par­szy­wych łapsk by wy­ci­ągni­ęto po moją Avę, gdy­by była wol­na.

Mi­nąłem ko­ry­tarz pro­wa­dzący do apar­ta­men­tów i szyb­kim kro­kiem ru­szy­łem w stro­nę skrzy­dła, w któ­rym miesz­ka­ła moja żona. Już z da­le­ka wi­dzia­łem sto­jące­go przed drzwia­mi Car­la, czy­li Ava jesz­cze nie wy­szła z po­ko­ju.

– Mo­żesz ze­jść na dół. Do­pil­nuj ra­zem z Teo, żeby moja mat­ka opu­ści­ła po­sia­dło­ść jak naj­szyb­ciej.

– Roz­kaz, sze­fie.

Za­pu­ka­łem w dębo­we drzwi i opie­ra­jąc się ra­mie­niem o ścia­nę, cze­ka­łem, aż w ko­ńcu się otwo­rzą. Zmarsz­czy­łem brwi, gdy ze środ­ka nie do­cie­ra­ły do mnie żad­ne od­gło­sy krząta­ni­ny. Zer­k­nąłem na ze­ga­rek – po je­de­na­stej, więc nie było mo­żli­wo­ści, aby Ava wci­ąż spa­ła, praw­da? Za­pu­ka­łem po­now­nie, zde­cy­do­wa­nie gło­śniej i bar­dziej na­tar­czy­wie. Kie­dy w gło­wie mi bły­snęło, że może Ava za­sła­bła albo po­śli­zgnęła się i leży te­raz nie­przy­tom­na, do­słow­nie wy­rwa­łem skrzy­dło z pie­przo­nych za­wia­sów i wpa­dłem do apar­ta­men­tu.

– Ava?

W pa­ni­ce ro­zej­rza­łem się po sy­pial­ni. Łó­żko było po­sła­ne, żad­nych śla­dów dziew­czy­ny w po­ko­ju. W ła­zien­ce za­uwa­ży­łem kil­ka ko­sme­ty­ków sto­jących przy lu­strze i po­now­nie po­czu­łem dziw­ny uścisk w pier­si. Ona mia­ła tak cho­ler­nie mało rze­czy. Nie tyl­ko ubrań, któ­rych na gwa­łt po­trze­bo­wa­ła, ale do­słow­nie wszyst­kie­go. Zgrzy­ta­jąc zęba­mi, wró­ci­łem do sy­pial­ni i zbli­ży­łem się do otwar­tych drzwi bal­ko­no­wych.

– Ava?

Wy­sze­dłem na ta­ras bie­gnący prak­tycz­nie przez całą sze­ro­ko­ść domu. Poza sto­li­kiem i le­ża­kiem nie było tu­taj nic, co pod­po­wie­dzia­ło­by mi, gdzie jest Ava. Może ze­szła do kuch­ni, gdy roz­ma­wia­łem z mat­ką? Nie, cho­le­ra! Gdy­by wy­szła z po­ko­ju, Car­lo nie tkwi­łby na po­ste­run­ku przed we­jściem. Wy­szarp­nąłem z kie­sze­ni te­le­fon i wbie­ga­jąc do apar­ta­men­tu, cze­ka­łem, aż Teo ra­czy ode­brać. _Czy ist­nie­je mo­żli­wo­ść, że Ava ucie­kła?_ Do­słow­nie mnie zmro­zi­ło, bo nie po­do­ba­ło mi się, że mo­gła­by bez ochro­ny opu­ścić po­sia­dło­ść. Nie, kur­wa, nie prze­pu­ści­li­by jej przez bra­mę, do dia­bła.

– Sze­fie, pa­ńska mat­ka…

– W du­pie mam mat­kę – wark­nąłem przez za­ci­śni­ęte zęby, wsze­dłem do swo­jej sy­pial­ni, od razu kie­ru­jąc się do gar­de­ro­by. Z sej­fu wy­jąłem broń i jed­ną ręką wsu­nąłem ją za pa­sek spodni na ple­cach. – Ava znik­nęła. Po­staw wszyst­kie po­ste­run­ki na nogi i ma­cie ją, kur­wa, zna­le­źć.

– Ale sze­fie…

– Za­pła­ci­cie wła­sny­mi łba­mi, je­że­li ona ucie­kła, zro­zu­mia­no?

– Ba­sen – sap­nął. – Za­raz spraw­dzę, czy nie ma jej przy ba­se­nie.

Opa­rłem się o ścia­nę, czu­jąc, jak od­dech za­czy­na mi się uspo­ka­jać. Przez te kil­ka mi­nut, gdy my­śli o tym, że Ava ucie­kła, ma­sa­kro­wa­ły moją gło­wę, pra­wie nie od­dy­cha­łem. _Kur­wa mać!_ Zno­wu się za­czy­na­ło i było na­wet go­rzej niż przed laty. Po­trząsnąłem gło­wą, moc­no za­ci­ąga­jąc po­wie­trze. By­łem to­tal­nym idio­tą, cho­le­ra! Prze­cież wie­dzia­łem, że bez tej ma­łej Ava nie uciek­nie. Fakt, ka­za­łem prze­nie­ść ją w bez­piecz­ne miej­sce, ale sko­ro ni­g­dy wcze­śniej nie była w Los An­ge­les, nie będzie w sta­nie po­wie­dzieć, gdzie do­kład­nie się znaj­du­je. Poza tym Ava nie mia­ła kasy, do­ku­men­tów, do­słow­nie ni­cze­go. Nie sądzę, aby ry­zy­ko­wa­ła, nie te­raz, gdy jej in­stynkt opie­ku­ńczy sku­pił się na tej dziew­czy­nie.

– Stój! – wark­nąłem, pro­stu­jąc się, jak­by przez ścia­nę prze­pły­nął prąd pod wy­so­kim na­pi­ęciem.

_Ja pier­do­lę!_ Sko­ro mo­gła być nad ba­se­nem, to albo się kąpa­ła, albo opa­la­ła. Czy­li co, do dia­bła? _Jest ro­ze­bra­na, kur­wa!_

– Ani mi się waż zbli­żyć do pie­przo­ne­go ba­se­nu! Skąd wiesz, że tam może być? – za­py­ta­łem, wy­cho­dząc przez drzwi bal­ko­no­we. Zmru­ży­łem oczy i za­ło­ży­łem oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, bo sło­ńce pra­wie mnie ośle­pi­ło.

– Co­dzien­nie tam jest, sze­fie.

_Że. Kur­wa. Co?!_

Wark­nąłem, roz­gląda­jąc się, ale pie­przo­ne krza­ki za­sła­nia­ły mi wi­dok. Jak­bym miał ma­cze­tę, oso­bi­ście zrów­na­łbym ten pie­przo­ny busz do po­zio­mu tra­wy. Ba­sen! Ja pie­przę, kto to w ogó­le wy­my­ślił? Po chuj mi to gów­no, sko­ro na pal­cach jed­nej ręki mó­głbym po­li­czyć, ile razy się w nim kąpa­łem.

Zsze­dłem po scho­dach z ta­ra­su. Idąc w stro­nę wiel­kie­go ba­se­nu, uwa­żnie śle­dzi­łem oto­cze­nie. Je­że­li Ava na­praw­dę tam była, za­bi­łbym ka­żde­go skur­wie­la, któ­ry miał czel­no­ść i od­wa­gę kręcić się w po­bli­żu. A po­tem oso­bi­ście do­pil­no­wa­łbym za­sy­pa­nia tego gów­na, żeby już nie ku­si­ło Avy.

Za­uwa­ży­łem ją, gdy tyl­ko mi­nąłem pie­przo­ne krza­ki, i w jed­nej se­kun­dzie ci­śnie­nie sko­czy­ło mi poza ska­lę. _Jezu Chry­ste!_ Z dzi­kim war­cze­niem na­ra­sta­jącym w gar­dle przy ka­żdym kro­ku wy­pa­try­wa­łem cza­jących się po za­ro­ślach skur­wie­li. Nie za­uwa­ży­łem ni­ko­go, więc spoj­rza­łem na le­żącą na wiel­kim ma­te­ra­cu ko­bie­cą po­stać. _Ta dziew­czy­na mnie, kur­wa, wy­ko­ńczy!_ Już z da­le­ka mo­głem stwier­dzić, że z pew­no­ścią spędza­ła na sło­ńcu dużo cza­su. Jej ślicz­na bla­da skó­ra – do­pro­wa­dza­jąca mnie do pie­przo­ne­go sza­le­ństwa – przy­bra­ła zło­ty od­cień.

Z tru­dem prze­łk­nąłem, od­kle­ja­jąc język od su­che­go pod­nie­bie­nia, do któ­re­go się przy­kle­ił na wi­dok jej cia­ła. Pra­gnie­nie po­sia­da­nia tej dziew­czy­ny od­bie­ra­ło mi ro­zum. Ku­rew­sko jej pra­gnąłem i rów­nie ku­rew­sko moc­no nie­na­wi­dzi­łem sie­bie za stra­co­ne pięć lat na­sze­go ży­cia. Pie­przo­ny mo­kry sen i ma­rze­nie ka­żde­go fa­ce­ta! Moja sła­bo­ść i po­mie­sza­nie zmy­słów.

Zmy­słów, któ­re na wi­dok na­gich pier­si piesz­czo­nych przez pro­mie­nie sło­ńca pra­wie po­wa­li­ły mnie na ko­la­na. Za­gry­złem usta, zdu­sza­jąc jęk i sta­ra­jąc się zi­gno­ro­wać cho­ler­ną erek­cję. Zde­cy­do­wa­nym kro­kiem pod­sze­dłem do mo­je­go celu.2

Ava

Le­ża­łam nad ba­se­nem i ma­cha­łam so­bie sto­pą, czu­jąc, jak ka­li­for­nij­skie sło­ńce pie­ści moje cia­ło. Ota­cza­ły mnie ci­sza i spo­kój, jak­by sam fakt, że miesz­ka tu­taj nie­bie­sko­oki De­mon, trzy­mał z da­le­ka wszel­kie owa­dy i inne ży­jące stwo­rze­nia. Taka pie­kiel­na pust­ka, w któ­rej nikt nie śmiał za­kłó­cić mu spo­ko­ju.

_Na szczęście mnie to nie do­ty­czy_ – po­my­śla­łam, po­gła­śnia­jąc mu­zy­kę w te­le­fo­nie. To wła­śnie była ta spra­wa, o któ­rej za­po­mnia­łam, gdy obu­dzi­łam się tam­te­go ran­ka. Te­le­fon od Glo­oma. Mu­siał wy­pa­ść mi z kie­sze­ni, gdy ten gbur bez ser­ca, Bras­si, wy­no­sił mnie z sa­mo­cho­du. Do­brze, że zna­la­zł go Umber­to i od­dał mi moją wła­sno­ść. Mia­łam pra­wo przy­pusz­czać, że gdy­by tra­fił w ręce jego wred­ne­go sze­fa, ten spe­cjal­nie w od­we­cie roz­trza­ska­łby go o naj­bli­ższą ścia­nę. No wie­cie, taki mały akt prze­mo­cy za to ślicz­ne au­tko.

W głębi du­szy cie­szy­łam się z nad­cho­dzące­go week­en­du, bo to ozna­cza­ło, iż Bras­si uda się do swo­ich klu­bów. Jak zwy­kle będzie się ba­wił, pił i pie­przył. Bóg z nim. W domu wte­dy było tak ci­cho, że nie mu­sia­łam za­my­kać się na cały dzień we wła­snej sy­pial­ni, by unik­nąć nie­spo­dzie­wa­ne­go spo­tka­nia. Będę mia­ła czas, żeby na spo­koj­nie się za­sta­no­wić, jak wy­rwać Ta­nyę z jego klat­ki. Ko­lej­na kłót­nia ra­czej nie pchnie spra­wy do przo­du, a mu­sia­łam pa­mi­ętać, że za kil­ka ty­go­dni dziew­czy­na musi wró­cić na stu­dia, więc czas ra­czej na­glił.

Od tam­te­go in­cy­den­tu, gdy w przy­pły­wie ja­kie­jś nie­wy­obra­żal­nej głu­po­ty rzu­ci­łam w nie­go cho­ler­nym Osca­rem, mi­nęło kil­ka dni. Na­zy­wam to głu­po­tą, po­nie­waż do­pie­ro po fak­cie przy­szło mi do gło­wy, że mo­głam go prze­cież za­bić. Mó­wią, że złe­go dia­bli nie bio­rą, ale kto go tam wie? Zna­jąc mo­je­go pe­cha, za­bi­ła­bym go, a don Rina w od­we­cie za śmie­rć wier­ne­go w grze­chu kom­pa­na ska­za­łby mnie na wiecz­ne męki w jed­nym z tych ich słyn­nych ma­ga­zy­nów. Już chy­ba wo­la­ła­bym, żeby mnie za­mor­do­wał. Przy­naj­mniej oszczędzi­łby mi wi­do­ku swo­ich zim­nych oczu, któ­ry­mi za ka­żdym ra­zem mro­ził mnie do szpi­ku ko­ści.

Mu­szę przy­znać, że w tym wy­pad­ku mia­łam wi­ęcej szczęścia niż ro­zu­mu. Dzi­ęki Bogu, po moim olim­pij­skim rzu­cie Bras­si do­stał ja­kie­goś ata­ku i mia­łam czas dać nogę z bi­blio­te­ki. Za­mknęłam się na czte­ry spu­sty we wła­snej sy­pial­ni i na wszel­ki wy­pa­dek za­ba­ry­ka­do­wa­łam drew­nia­ne skrzy­dło ko­mo­dą. Wiem, wiem… Jak wście­kły, to i z tym by so­bie po­ra­dził, ale tak już mia­łam.

O dzi­wo, nie było ob­lęże­nia, wście­kłe­go do­bi­ja­nia się do drzwi, gró­źb wy­krzy­ki­wa­nych z ko­ry­ta­rza czy pró­by wy­wa­że­nia zam­ka. Ta ci­sza po dru­giej stro­nie była chy­ba gor­sza, niż gdy­by fak­tycz­nie urządził na­tar­cie. Dziw­na i tak nie­spo­dzie­wa­na. Do­sko­na­le wie­dzia­łam, że przez cały czas ci­ągnęłam De­mo­na za ogon. Bras­si był jak la­ska tro­ty­lu z nie­wiel­kim lon­tem. Miał krót­ki za­pal­nik i po­rząd­nie hu­czał przy wy­bu­chu, o czym prze­ko­na­łam się trzy lata temu. Li­czy­łam na to, że jak na­praw­dę go wku­rzę, to sam mnie wy­ko­pie z domu. Wie­cie – tak już osta­tecz­nie, z pod­pi­sa­nym za­ma­szy­ście unie­wa­żnie­niem ma­łże­ństwa. _See you ne­ver, Ava. End of sto­ry._

Nie uda­ło się… Su­kin­syn za­grał kar­tą, któ­rej się nie spo­dzie­wa­łam. Ta­nya… Chy­ba już się zo­rien­to­wał, że dla tej dziew­czy­ny by­łam go­to­wa na wszyst­ko. Py­ta­nie, któ­re nie opusz­cza­ło mnie już od ja­kie­goś cza­su, brzmia­ło: czy to obej­mu­je rów­nież po­zo­sta­nie w zwi­ąz­ku z mężczy­zną, któ­re­go nie­na­wi­dzę? Ostat­nio na­wet bar­dziej, bo ro­bił wszyst­ko, żeby mnie wku­rzyć, a ja nie wie­dzia­łam, co się wy­klu­wa w tej jego ma­fij­nej gło­wie. Dla­cze­go, do li­cha, nie po­tra­fi­my czy­tać w ludz­kich umy­słach?

Krót­ko mó­wi­ąc… Pa­ńcio ostat­nio mnie uni­kał, o czym świad­czy­ły wszyst­kie jego sa­mo­cho­dy po­cho­wa­ne w ga­ra­żach. Chy­ba na­wet nie miesz­kał w re­zy­den­cji, ale nie mia­łam za­mia­ru ni­ko­go o to py­tać. Nie in­te­re­so­wał mnie ten fa­cet.

Unio­słam gło­wę, zer­ka­jąc, czy ochro­na jest w za­si­ęgu wzro­ku, po czym, nie wi­dząc ży­wej du­szy, zdjęłam sta­nik. Co? Ka­li­for­nia, lu­dzie! Na­praw­dę ża­ło­wa­łam, że nie mam pie­ni­ędzy, bo zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła­bym po­sma­żyć się na pla­ży, a nie nad ba­se­nem. Przy­naj­mniej skne­ra wy­dał tro­chę gro­sza na po­rząd­ny sprzęt. Sze­ro­ki ma­te­rac był tak dia­bel­nie wy­god­ny, że mo­gła­bym tu­taj spać. Wi­dząc ja­śniej­sze śla­dy po ra­mi­ącz­kach, wark­nęłam ze zło­ścią. Za­mknęłam oczy, za­sta­na­wia­jąc się, jak dłu­go będę jesz­cze uwi­ęzio­na w tym do­misz­czu. Pla­no­wa­łam swo­je ży­cie z dala od Bras­sie­go. Ode­tchnęłam głębo­ko, czu­jąc na ca­łym cie­le cie­płe pro­mie­nie.

Mu­sia­łam chy­ba przy­snąć, po­nie­waż obu­dzi­ły mnie pie­cze­nie skó­ry i cień, któ­ry za­wi­snął nade mną. Nie otwo­rzy­łam oczu, mruk­nęłam, prze­kręca­jąc się na brzuch, i prze­su­nęłam w bok, aby wy­do­stać się z cie­nia. Ci­chy, wi­bru­jący głos za­ła­sko­tał mnie w gar­dło, gdy z głębo­kim od­de­chem po­czu­łam po­now­ne dzia­ła­nie ożyw­czej wi­ta­mi­ny D. Przez chwi­lę mia­łam wra­że­nie, że wci­ąż mru­czę, ale już nie tak miło. Dziw­ne… Prze­cież nic nie ro­bi­łam, a jed­nak ten cha­rak­te­ry­stycz­ny dźwi­ęk wci­ąż brzęczał mi w uszach.

Unio­słam po­wie­ki, a po­nie­waż le­ża­łam zwró­co­na twa­rzą w stro­nę domu, wi­dzia­łam sze­ro­ki pas zie­le­ni. Żad­nych dzi­kich zwie­rząt, któ­re mo­gły­by wy­da­wać tak gro­źne od­gło­sy. Gro­źne, po­nie­waż z ka­żdą chwi­lą to mru­cze­nie zmie­nia­ło się w war­cze­nie. A może to ja­kieś urządze­nie, któ­re­go uży­wa ochro­na albo ogrod­nik? Już mia­łam zi­gno­ro­wać te ha­ła­sy, gdy kątem oka do­strze­głam no­gaw­kę spodni. Ca­łkiem od­je­cha­nych spodni z tak ostrym kan­tem, że mo­żna by się za­sta­no­wić, czy da się ich użyć do pod­ci­ęcia ko­muś gar­dła. Naj­le­piej wła­ści­cie­lo­wi owych por­te­czek.

_Pro­szę, pro­szę… Ksi­ęciu­nio z roz­bi­tym sa­mo­cho­dzi­kiem ra­czył za­wi­tać do swo­je­go zam­ku_ – po­my­śla­łam. Cie­ka­we, jak dłu­go ten wstręt­ny fa­cet mnie ob­ser­wo­wał. Do­dam, że jesz­cze kil­ka chwil temu le­ża­łam z na­gim biu­stem, do li­cha! Wes­tchnęłam, prze­ci­ąga­jąc się jak kot­ka, i za­mknęłam oczy. Mia­łam za­miar igno­ro­wać obec­no­ść Bras­sie­go tak dłu­go, jak to tyl­ko mo­żli­we.

Chwi­la­mi do­cho­dzi­łam do wnio­sku, że ja na­praw­dę po­win­nam za­si­ęgnąć po­ra­dy ja­kie­goś spe­cja­li­sty. Coś mu­sia­ło być ze mną nie tak, sko­ro jak ma­gnes przy­ci­ąga­łam ta­kie kre­atu­ry. Przy­znam, że Bras­si nie był naj­gor­szym, ja­kie­go prze­zna­cze­nie wrzu­ci­ło w moje ży­cie. Mia­łam do czy­nie­nia z praw­dzi­wy­mi po­two­ra­mi i mimo to wy­szłam z tego cało. Te­raz ła­two się z tego śmiać czy żar­to­wać, ale trzy lata temu, gdy obu­dzi­łam się na podło­dze wła­snej sy­pial­ni, po­si­nia­czo­na i za­krwa­wio­na, nie pa­mi­ęta­jąc ni­cze­go, co sta­ło się w nocy… Wierz­cie, nie było mi do śmie­chu. Przez ja­kiś czas ze wszyst­kich sił sta­ra­łam się przy­po­mnieć so­bie co­kol­wiek. Twarz, za­pach, głos. My­śla­łam, że dzi­ęki temu znaj­dę od­po­wie­dzi, któ­rych szu­ka­łam. Po­tem do­szłam do wnio­sku, że los jed­nak był dla mnie ła­ska­wy, wy­ma­zu­jąc te wspo­mnie­nia. Po­zo­stał lęk przed lu­dźmi, z któ­rym nie mia­łam na­wet za­mia­ru wal­czyć. Nie po tym, co wy­da­rzy­ło się w moim ży­ciu.

– Może dość już, kur­wa, tego przed­sta­wie­nia?!

Drgnęłam gwa­łtow­nie, gdy nade mną roz­le­gł się war­czący głos. Tak po­grąży­łam się w my­ślach, że za­po­mnia­łam o nie­mi­łym to­wa­rzy­stwie. Unio­słam gło­wę i spoj­rza­łam przez ra­mię na sto­jące­go obok mężczy­znę. Lu­dzie świ­ęci! Z nie­ba lał się pie­przo­ny żar, roz­ta­pia­jąc wszyst­ko i wszyst­kich, a ksi­ęciu­nio jak zwy­kle w ko­szu­li z dłu­gim ręka­wem, wspo­mnia­nych spodniach i oczy­wi­ście w od­je­cha­nych bu­tach. Je­dy­nym od­stęp­stwem był wi­dok lu­strza­nych oku­la­rów, w któ­rych przez chwi­lę wi­dzia­łam od­bi­cie wła­snej twa­rzy i gór­nej części cia­ła.

Cie­ka­we, czy Bras­si zda­wał so­bie spra­wę z tego, że za­re­je­stro­wa­łam, gdzie w da­nym mo­men­cie się gapi. Może jesz­cze tego nie wy­ła­pał, ale mój ty­łek nie po­tra­fi mó­wić, więc nie było po­trze­by tak się na nie­go lam­pić.

– Za­sła­niasz mi sło­ńce – mruk­nęłam, kła­dąc gło­wę po­now­nie na ma­te­rac.

– Avo, do ja­snej cho­le­ry… Nie masz na so­bie pie­przo­ne­go sta­ni­ka!

Wzdry­gnęłam się, sły­sząc nad sobą to prze­pe­łnio­ne wście­kło­ścią wark­ni­ęcie. Co mu do tego? Nie uwie­rzę, że jesz­cze ni­g­dy nie wi­dział ko­bie­cych cyc­ków w pe­łnym sło­ńcu. Na­pa­trzył się na nie przez wszyst­kie te lata, wy­ma­cał pew­nie też, więc o co się te­raz pru­je?

– Ja­koś nie mam z tym pro­ble­mu – od­pa­rłam, da­lej go igno­ru­jąc.

– Avo, do cho­le­ry! – ryk­nął, po­chy­la­jąc się nade mną. – W za­sa­dzie, ko­cha­nie – wy­mru­czał w moja szy­ję – to ja chy­ba też.

Po­czu­łam na kar­ku go­rący od­dech i cie­pło ema­nu­jące z jego cia­ła. Za bli­sko… Za dusz­no…

Zro­bi­ło mi się sła­bo, ob­le­pił mnie lo­do­wa­ty pot, mro­żąc mi­ęśnie. W gar­dle od razu po­ja­wi­ła się prze­szko­da, blo­ku­jąc do­stęp po­wie­trza. Za­ci­snęłam pal­ce na brze­gu ma­te­ra­ca, czu­jąc nad­cho­dzący atak pa­ni­ki. _Nie, nie, nie! Nie zno­wu!_

W ułam­ku se­kun­dy po­now­nie za­la­ły mnie wspo­mnie­nia. Noc, od­gło­sy mu­zy­ki, któ­ra jak tru­jący roz­pu­stą dym snu­ła się po ko­ry­ta­rzach re­zy­den­cji. Stu­kot bu­tów i śmiech… Ci­sza, mgła ści­ska­jąca moje ser­ce, jak­by mia­ła ręce.

– Od­dy­chaj, ko­cha­nie…

Ten ci­chy, ochry­pły szept przeda­rł się przez od­głos dzi­ko bi­jące­go ser­ca. Pisz­czący dźwi­ęk brzmiał w mo­jej gło­wie jak nie­prze­rwa­ny od­głos gwizd­ka. Taki cien­ki, wku­rza­jący, wwier­ca­jący się głębo­ko w cia­ło. Jed­nak gdy sły­szysz go we wła­snych my­ślach, któ­re przy­wo­łu­ją ob­ra­zy z prze­szło­ści, pra­wie po­zba­wia­jąc cię przy­tom­no­ści, nie je­steś w sta­nie z nim wal­czyć. Wie­dzia­łam, że wi­zje te nie są praw­dzi­we, że to tyl­ko wy­twór mo­jej wy­obra­źni, któ­ra pod wpły­wem prze­ra­że­nia i stra­chu pod­su­nęła mi je w pa­mi­ęci.

– Avo, ko­cha­nie, od­dy­chaj!

W nie­prze­rwa­nym, od­bie­ra­jącym od­dech pi­sku zno­wu po­ja­wi­ło się coś, co ode­rwa­ło moją uwa­gę od prze­szło­ści. Dy­sząc ci­ężko, po­czu­łam jak duża, cie­pła dłoń ła­pie mnie w pa­sie i prze­kręca na ple­cy. Twarz mu­snął od­dech, tak bli­sko ust, że czu­łam jego smak, któ­ry zo­sta­wiał na mo­ich war­gach. Zna­jo­ma woń po­wo­li roz­pra­sza­ła wspo­mnie­nia.

– Od­dy­chaj… Wła­śnie tak, spo­koj­nie…

Sło­wa mają dziw­ną moc. Pod­da­ło się im moje cia­ło, jak­by za­miast mi­ęk­kich nut wy­krzy­ki­wa­no roz­ka­zy. Otwo­rzy­łam usta i do płuc wda­rł się ożyw­czy haust po­wie­trza wy­mie­sza­ny z za­pa­chem męskich per­fum. Kręci­ło mi się w gło­wie, gdy ła­pi­ąc łap­czy­wie po­wie­trze, sta­ra­łam się wy­rwać do ko­ńca z uści­sku prze­ra­że­nia.

– Prze­pra­szam, ko­cha­nie.

Otwo­rzy­łam oczy, ale na­tych­miast je za­mknęłam, gdy ostre sło­ńce po­ra­zi­ło mnie, po­zba­wia­jąc na chwi­lę wzro­ku. W tym sa­mym mo­men­cie wszyst­kie moje zmy­sły mo­men­tal­nie oży­ły. Aro­mat stał się in­ten­syw­niej­szy, bar­dziej ostry, i spra­wiał, że wszyst­ko we mnie za­częło się trząść. Skó­ra zro­bi­ła się tak wra­żli­wa, że ka­żdym po­rem czu­łam, jak prze­su­wa­ją się po mnie męskie dło­nie. Nie spra­wia­ły bólu, nie roz­dzie­ra­ły skó­ry i nie zo­sta­wia­ły krwa­wych śla­dów. Za to de­li­kat­nie mu­ska­ły moje ra­mio­na, prze­no­sząc się w stro­nę twa­rzy.

Na­wet nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z tego, że z mo­ich oczu nie­prze­rwa­nie pły­ną łzy, do­pó­ki nie po­czu­łam opu­szek wy­cie­ra­jących wil­goć.

– Spójrz na mnie, ko­cha­nie.

Za­mru­ga­łam, czu­jąc na twa­rzy cie­pły po­wiew wy­dy­cha­ne­go po­wie­trza, pach­nące­go kawą. Ode­tchnęłam z ulgą, gdy w tym ca­łym oszo­ło­mie­niu do­ta­rło do mnie, że nie je­stem w sy­pial­ni, a mężczy­zna, któ­ry te­raz się nade mną na­chy­la i do­ty­ka mo­je­go cia­ła, to nie na­past­nik. Uchy­li­łam po­wie­ki i choć wie­dzia­łam, że Bras­si jest bli­sko, nie spo­dzie­wa­łam się, że zo­ba­czę te prze­szy­wa­jące nie­bie­skie spoj­rze­nie od­da­lo­ne od mo­jej twa­rzy o za­le­d­wie kil­ka cen­ty­me­trów.

Wes­tchnęłam za­sko­czo­na, gdy prze­su­nął pal­ca­mi wzdłuż mo­jej szczęki, ko­ści po­licz­ko­wych, po czym do­tknął miej­sca, gdzie jesz­cze ja­kiś czas temu mia­łam śla­dy pa­znok­ci Au­re­lii.

– Nie chcia­łem cię prze­stra­szyć.

Od­chrząk­nęłam, nie wie­dząc, co wła­ści­wie po­win­nam po­wie­dzieć. To pierw­szy raz, gdy Bras­si był tak bli­sko, nie li­cząc mo­men­tów, gdy mnie nió­sł. Nie ba­łam się, a przy­naj­mniej nie jego. Przez chwi­lę, gdy nie wi­dzia­łam jego twa­rzy i gdy po­chy­lił się nad mo­imi ple­ca­mi, wy­da­wa­ło mi się, że zna­la­złam się w szpo­nach kosz­ma­rów męczących mnie przez dłu­gie ty­go­dnie. Nie wi­dzia­łam w nich twa­rzy mężczy­zny, ale czu­łam jego od­dech na kar­ku. Pach­niał ina­czej niż Bras­si, a jed­nak w pierw­szej chwi­li za­re­ago­wa­łam pa­ni­ką i pa­ra­li­żu­jącym stra­chem. Nie by­łam w sta­nie zi­den­ty­fi­ko­wać tego za­pa­chu, ko­ja­rzył mi się tyl­ko z tam­tą nocą.

– W po­rząd­ku – wy­chry­pia­łam, ucie­ka­jąc wzro­kiem przed prze­szy­wa­jącą mocą błysz­czących oczu mężczy­zny.

Czu­łam się za­wsty­dzo­na i cho­ler­nie bez­rad­na, po­nie­waż ze wszyst­kich lu­dzi na świe­cie to wła­śnie Bras­si stał się świad­kiem mo­jej nie­ocze­ki­wa­nej sła­bo­ści. Po­win­nam być sil­niej­sza. Po­win­nam prze­wi­dzieć, że w ka­żdej chwi­li może stać się coś ta­kie­go. Co­kol­wiek chcia­ła­bym o nim po­wie­dzieć, nie był głup­cem. Zo­rien­tu­je się, po­zna mój sła­by punkt i go wy­ko­rzy­sta.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij