-
nowość
-
promocja
Heks w wielkim mieście. Tom 4 - ebook
Heks w wielkim mieście. Tom 4 - ebook
John Taylor ma dar do odnajdywania rzeczy niezależnie od tego, czy chcą być znalezione, czy nie. Udaje mu się to nawet w Nightside, gdzie pracuje jako prywatny detektyw, a niektóre sprawy nieuchronnie prowadzą go do nieprzyjemnych miejsc.
O jego specjalności wie nawet Pani Fortuna, która ma dla niego specjalne zlecenie: pragnie, aby zbadał prawdziwą naturę i pochodzenie Nightside oraz aby odkrył, gdzie i dlaczego wszystko się zaczęło.
Dochodzenie prowadzi go jednak do poznania prawdy o swojej dawno zaginionej matce, a to może mieć tragiczne skutki dla całego istnienia.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-318-2 |
| Rozmiar pliku: | 4,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
PSYCHONAUCI
W Nightside można znaleźć wszystko – od świętości po zwyczajność i z powrotem – ale nie polecam brać udziału w tamtejszych aukcjach, chyba że ma się mocny żołądek i nerwy ze stali. Normalnie już na aukcje nie chodzę, chociaż większość boi się licytować przeciwko mnie. Zawsze kończę z całą skrzynią rupieci tylko po to, by zdobyć tę konkretną rzecz, którą chcę. Kiedyś przez przypadek nabyłem Puka i przez kilka miesięcy chodziła za mną po Nightside, niewidzialna dla wszystkich z wyjątkiem mnie, Króliczek Playboya. Zabawne, ale rozpraszające.
W Nightside – tym ukrytym magicznym sercu Londynu, gdzie bogowie i potwory kroczą ramię w ramię, a czasem uczęszczają na te same grupy wsparcia – można znaleźć wszystko. Kiedy pracujesz tam jako prywatny detektyw, niektóre sprawy nieuchronnie prowadzą do najbardziej nieprzyjemnych miejsc.
Główna licytatorka Wielkiej Hali Aukcyjnej w Nightside wynajęła mnie do pilnowania szczególnie kontrowersyjnej licytacji, żebym trzymał licytujących w ryzach. Brzmiało to dość prosto i samo to powinno mi dać do myślenia. W moim życiu nic nigdy nie jest proste.
Przybyłem wcześnie, żeby obejrzeć teren. Minęło kilka lat, odkąd po raz ostatni odwiedziłem to miejsce, a w międzyczasie uciekłem z Nightside z kulą w plecach i niechętnie powróciłem, żeby zaznać czegoś w rodzaju półtryumfalnego powrotu. Odźwierny w Hali otaksował mnie wzrokiem i nie chciał wpuścić, ale podałem mu swoje nazwisko. Zrobił się satysfakcjonująco blady i cofnął, by mnie przepuścić. Dobra, a raczej zła reputacja potrafi otworzyć drzwi, przez które nie przeszedłby cały batalion wojska.
Główna licytatorka przestała nerwowo chodzić w tę i z powrotem i stanowczym krokiem przemierzyła wielką pustą salę, by mnie powitać. Uśmiechnęła się krótko i niechętnie, po czym ścisnęła moją dłoń nadzwyczaj mocno. Lucretia Grave była niską, krępą kobietą w staroświeckiej tweedowej garsonce, z monoklem mocno wkręconym w jedno ciemne, przenikliwe oko. Ze straszną twarzą buldoga i siwymi włosami zaczesanymi w niezwykle surowy kok z tyłu głowy wyglądała na pięćdziesiąt kilka lat. Sprawiała wrażenie kogoś, kto jest dokładnie taki, na jakiego wygląda. Łypnęła na mnie wrogo, jakby obwiniała mnie o swoje kłopoty, i od razu przeszła do rzeczy.
– Najwyższy czas, że się zjawiłeś, Taylor, stary byku. Nie czułam się bezpiecznie we własnej Hali, odkąd to cholerstwo tu dotarło. Miałam hemoroidy, które sprawiały mi mniej problemów. Wiem, mówimy, że zlicytujemy wszystko, co znajdziecie, złapiecie lub przywleczecie tu siłą, ale niektóre rzeczy sprawiają więcej kłopotu, niż są warte. Nie miałabym z tym cholerstwem nic wspólnego, gdyby nie prowizja. Znowu grałam na pieskach. Przeklęte zwierzaki, gdy tylko usłyszą, że postawiłam na nie nielichą forsę, natychmiast zaczynają mieć problemy z kręgosłupem albo sercem. Ale zapamiętaj moje słowa, stary: ta konkretna rzecz pójdzie za potworną kasę. – Rozżalona skrzywiła się boleśnie i głośno pociągnęła nosem. – W takie dni żałuję, że nie jestem w Christie’s, moim starym miejscu pracy. Wróciłabym tam w sekundę, gdybym tylko miała pewność, że policja już mnie nie szuka.
Miałem właśnie spytać grzecznie, ale bardzo stanowczo, o czym do cholery rozmawiamy, kiedy przerwała nam cała grupa sześciostopowych pluszowych misiów niosących najróżniejsze przedmioty na aukcję. Misie przemaszerowały obok nas, ostrożnie trzymając rekwizyty w swoich pluszowych łapach i rozmawiając niskimi warkotliwymi głosami. Wyglądały, jakby zostały mocno sponiewierane i gdy mijały Lucretię Grave, kilka z nich mruknęło dość głośno, że muszą założyć związki. Umieściły obiekty w szklanych gablotach, traktując je z ogromną delikatnością i szacunkiem.
– Lepiej sprawdzę, czy wszystko jest tam, gdzie powinno – rzuciła ponuro Lucretia. – One mają dobre chęci, ale to niedźwiadki o bardzo małym rozumku. Typowe zagranie cholernego kierownictwa, znowu próbują oszczędzić. Ty się, stary, rozejrzyj, wyczuj to miejsce. I NICZEGO NIE DOTYKAJ.
Oddaliła się żwawo niczym nabuzowany holownik, by strofować te niedźwiedzie. Pozwoliłem jej odejść. Mogłem albo pozwolić, albo powalić ją na podłogę, związać i usiąść na niej, aż wyciągnąłbym z niej jakieś użyteczne odpowiedzi. Nie chciało mi się. Rozejrzałem się dookoła. Wielka Hala Aukcyjna zaczęła swoje życie jako XIII-wieczna stodoła dziesięcinna i zaskakująco niewiele zmieniła się przez lata. Ściany z kremowoszarego kamienia, z dużych, ściśle dopasowanych bloków trzymających się razem raczej przez artyzm i tradycję niż zaprawę. Wznosiły się wysoko do drewnianych krokwi, które łączyły się w złożoną więźbę na wpół schowaną w cieniu. Stodoła miała tylko wąskie, szczelinowe okna i podłogę z nieheblowanego drewna przysypaną trocinami. Świetlówki zapewniały niemal boleśnie jasne światło. Nie było tu żadnych udogodnień ani luksusów, ale też nikt nie przychodził tu podziwiać widoków. Wielka Hala Aukcyjna była miejscem poważnych interesów. Przeszedłem obok rzędów tanich, składanych drewnianych krzeseł ustawionych w stronę prostego stanowiska licytatora, i przyjrzałem się różnym przedmiotom w gablotach. Była to typowa mieszanina eksponatów sławnych i okrytych niesławą, o wątpliwej wartości i dyskusyjnym pochodzeniu. W Nightside można kupić wszystko, bez względu na rodzaj zainteresowań i przyjemności, ale nikt nie gwarantuje, że przedmiot będzie tym, czym się wydaje. Można mieć szczęście albo zginąć, a pomiędzy tymi skrajnościami mieści się niewiele. Posiadanie czegoś nie oznaczało też, że na zawsze pozostanie to twoją własnością.
Pierwszym przedmiotem była ciężka kość udowa opisana jako broń, którą Kain zabił Abla. Dołączono do niej certyfikat autentyczności ze starożytnego miasta Enoch, ale w Nightside takie rzeczy traktuje się z przymrużeniem oka. Dalej leżały trzy różne Sokoły Maltańskie (strzeż się, nabywco), odlana z mosiądzu głowa JFK, która rzekomo wygłaszała proroctwa, pióro Nostradamusa, jeden ze skalpeli barona Frankensteina, małe, lakierowane drewniane pudełko, które miało zawierać prochy Joanny d’Arc oraz stojak na parasole ze stopy Yeti. Reszta to był po prostu chłam i rupiecie, rzeczy, które kochać może tylko kolekcjoner. Z pewnością nic, co zabrałbym do domu.
Nigdy nie wierzyłem w nabywanie przedmiotów mocy. Zawsze cię zawiodą. Albo baterie wyczerpią się w najgorszym możliwym momencie, albo zapomnisz słowa aktywującego, a instrukcji obsługi nie możesz znaleźć nigdy, kiedy jej potrzebujesz. Więcej kłopotów, niż są warte. I stanowczo zbyt wiele z nich okazuje się tylko kawałkami staroci, które znajdują się w okolicy wystarczająco długo, by zyskać reputację. W sumie podobnie jak ja.
Zatrzymałem się, żeby przyjrzeć się sobie w wysokim lustrze w ozdobnej srebrnej ramie. (Było opisane jako _Lustro Doriana Graya_; niech to wystarczy za wyjaśnienie). Odbicie nie było jakoś szczególne, ale przynajmniej wyglądałem jak prywatny detektyw. Wysoki, ciemny i intrygujący, otulony długim, białym prochowcem, który dawno nie widział pralni. Może trochę zmęczony i poobijany na brzegach, ale takie jest życie w Nightside. Zazwyczaj dostaję sprawy, których nikt inny nie chce – bo inni detektywi mają dość rozumu, by je odrzucić. I tak mi się podoba. Mam dar do odnajdywania rzeczy niezależnie od tego, czy chcą być znalezione, czy nie; głód prawdy i upór, który utrzymuje mnie w grze długo po tym, gdy każdy rozsądny człowiek uciekłby na koniec świata.
Mój ojciec zapił się na śmierć, kiedy dowiedział się, że moja matka nie jest człowiekiem. Nikt nie wie, kim ani czym naprawdę była, ale każdy w Nightside ma na ten temat swoje zdanie. Są tacy, którzy traktują mnie jak Antychrysta, i inni, którzy widzą we mnie przyszłego Króla. A do tego nieznana grupa wrogów próbuje mnie zabić, odkąd byłem małym dzieckiem.
Staram się, żeby sława nie uderzyła mi do głowy.
Lucretia Grave wróciła, głośno tupiąc. Miała teraz monokl w drugim oku. Zastanawiałem się, czy powinienem coś powiedzieć, ale uznałem, że niektóre rozmowy z góry skazane są na brak jakiejkolwiek konkluzji. Grave znowu zaczęła mówić, jakby w rozmowie nie było przerwy.
– Regularnie trafiają do nas najróżniejsze rzeczy, stary byku, takie, w które byś nie uwierzył, nawet w Nightside. Zaledwie tydzień temu jakiś głupi osioł wystawił na aukcję swoją duszę, ale nie osiągnął ceny minimalnej. Ach tak, widziałam już wszystko, co tu przychodzi i odchodzi, i zaznałam więcej łez i przekleństw, niż bym chciała. Posiadanie to przekleństwo klas myślących. No więc, Taylor, chłopie, Hala jest oczywiście otoczona ciężkimi ochronnymi glifami i urokami chroniącymi przed ogniem, kradzieżą, podmianami i wszelkimi wpływami z zewnątrz. Całe miejsce to gwarantowana strefa neutralna z polecenia samych Władz, czego przestrzegają nawet naprawdę twardzi zawodnicy tacy jak Kolekcjoner. O ile rozumiem, Hala była powodem tak wielu sporów między tak wieloma grubymi rybami, że Władze po prostu w to wkroczyły i przejęły ten biznes, żeby mieć pewność, że wszystkie transakcje są realizowane i honorowane. Więc powinniśmy być bezpieczni.
– Ale? – spytałem.
– Ale dzisiaj licytujemy coś wyjątkowego, nawet jak dla nas. Dlatego tu jesteś, stary draniu. Jeśli wszystko szlag trafi, a osobiście wcale bym się nie zdziwiła, gdyby tak się stało, to masz podnieść rękę i powiedzieć: „Złodzieju, stać!”. To, co zrobisz potem, to już twój problem. Tylko nie licz na moją pomoc, bo ja pognam do najbliższego wyjścia. I nie licz też na niedźwiedzie. One mają dobre chęci, ale w miejscu, gdzie powinny mieć jaja, mają tylko trociny. Przypuszczam, że w ostateczności możesz użyć swojego słynnego daru, żeby wytropić, dokąd złodziej to zabrał.
– Dlaczego wynajęłaś właśnie mnie? – spytałem, szczerze zaciekawiony.
Grave głośno pociągnęła nosem.
– Nasza firma ubezpieczeniowa nalegała, żebyśmy kogoś wynajęli, a ty byłeś najlepszy z tych, na których nas stać.
Wciąż szukałem sensownej odpowiedzi, gdy podeszła do nas znajoma postać. Była to Deliverance Dzika, konsultantka mody i guru stylu dla Zimowego Dworu Faerie. Wysoka, ostentacyjnie jamajska, ostra i gorzka, paliła jednego papierosa za drugim. Jeśli ktoś miał czelność zgłosić sprzeciw, dmuchała mu dymem prosto w twarz. Miała na sobie elegancko skrojony garnitur w żywym lawendowym odcieniu, co ciekawie kontrastowało z jej niebiesko-czarną skórą, a całość wieńczył bardzo pierzasty kapelusz. Uniosłem brew, komentując tym sposobem ten nowy sznyt, ale Dzika jak zwykle ubiegła mnie z ripostą.
– Nie okazuj swojej ignorancji, kochanie. Lawenda to kolor tego sezonu, czy jej się to podoba, czy nie.
Przyjęła przede mną celowo niedbałą pozę z głową odchyloną do tyłu, by lepiej wyeksponować wysokie kości policzkowe i zmysłowe usta. Deliverance Dzika traktowała cały świat jak wybieg. Jednak jakoś nie mogła spojrzeć mi w oczy, a dłoń trzymająca papierosa nie była tak pewna, jak mogłaby być. Dzika czymś się denerwowała. Owszem, może po prostu chodziło o stres związany ze spotkaniem ze mną. Mam tendencję do denerwowania ludzi; to część mojej starannie wypracowanej reputacji. Ale Dzika tak naprawdę nie skupiała się ani na mnie, ani nawet na Grave. Zamiast tego rozglądała się po Hali Aukcyjnej, strzelając szybkimi kłębami dymu w każdą stronę.
– Nienawidzę wracać do Nightside – stwierdziła nagle. – Wulgarne, kochanie, absolutnie wulgarne. Wolę spędzać czas z faerie. Oni są tacy… zachwycająco płytcy i powierzchowni.
Co ty tam wiesz, pomyślałem, ale miałem na tyle rozumu, by nie mówić tego głośno. Było powszechnie wiadomo, że Dzika gasi papierosy na ludziach, którzy ją denerwują.
– Wracam tu tylko po to, żeby uczestniczyć w pokazach mody i zaopatrywać się w papieroski – ciągnęła bezlitośnie. – I oczywiście żeby od czasu do czasu załatwić jakieś interesy. – Po raz pierwszy spojrzała mi w oczy. – Cieszę się, że tu jesteś, John. To oznacza, że Hala Aukcyjna traktuje to wydarzenie poważnie. I słusznie. Udało mi się zdobyć coś wyjątkowego.
Lucretia Grave parsknęła głośno.
– Chyba tak, moja droga. Wyjątkowe, bezcenne i cholernie niebezpieczne. Niektóre rzeczy powinno się zostawić w spokoju albo przynajmniej szturchać je kijem z bezpiecznej odległości.
– Czy ktoś mi wreszcie powie, o czym w ogóle mówimy? – powiedziałem, a coś w moim głosie sprawiło, że obie się ożywiły i poświeciły mi uwagę.
Dzika zaciągnęła się ostatni raz, upuściła papierosa na podłogę i zgasiła butem. Grave spojrzała na nią ze wściekłością. Dzika, dla zasady, natychmiast odpaliła kolejnego papierosa i wbiła we mnie zamyślony wzrok.
– Wreszcie nadszedł mój czas, kochanie. Moją małą nagrodę znalazłam przez przypadek, szukając czegoś zupełnie innego, ale czyż nie zawsze tak jest? Wyruszyłam w podróż w poszukiwaniu Czegoś Innego, czym mogłabym wzbudzić zainteresowanie wiecznie kapryśnych i wymagających faerie. Wylądowałam w Tokio, gdzie badałam doniesienia o tej cudownej nowej firmie, która specjalizowała się w tworzeniu absolutnie niesamowitych wulkanów bonsai z regularnymi erupcjami i strumieniami lawy. Ale kiedy tam dotarłam, firma zniknęła, a w miejscu, gdzie powinien stać sklep, była tylko wielka, dymiąca dziura w ziemi. Mogłam im powiedzieć, że WIĘCEJ WYBUCHÓW ZA TĘ SAMĄ CENĘ to naprawdę zły pomysł na slogan. Tak czy inaczej zboczyłam do Chin, gdzie znalazłam to.
Dzika wskazała dramatycznym gestem na jedną z mniejszych gablot i obsypała ją popiołem, bo zapomniała o trzymanym w ręce papierosie. Wymamrotała serię zdrobniałych przekleństw i starła popiół z gabloty, a ja pochyliłem się, żeby przyjrzeć się dokładniej. Za szkłem wisiał pojedynczy motyl, nie był ani duży, ani mały, ani specjalnie piękny. Właściwie wyglądał wyjątkowo zwyczajnie. Wisiał w powietrzu, w połowie lotu, z rozłożonymi skrzydłami, otoczony słabym migotaniem pola stazy. Motyl został zamrożony w Czasie i Przestrzeni, niczym owad zakonserwowany w bursztynie. Spojrzałem z powrotem na Dziką, ale ona znowu mnie ubiegła, kiedy jeszcze unosiłem brwi.
– Tak, jest rzadki, ale nie w taki sposób, jak myślisz. Wyjaśnienie jest dość skomplikowane, ale spróbuj nadążać. Teoria chaosu mówi, że jeśli motyl machnie skrzydłami nad Chinami, będziemy mieli sztorm nad Ameryką. Ponieważ wszystko na świecie jest połączone, a przynajmniej pozostaje w cywilizowanych stosunkach. Więc gdybyś mógł zidentyfikować i wyśledzić tego konkretnego motyla… Cóż, ja to zrobiłam i oto jest ten mały sprawca kłopotów. Cudownie unikatowy przedmiot, który zamierzam puścić za równie unikatową cenę. Ach, Kolekcjoner będzie taki zazdrosny!
(Dzika i Kolekcjoner mieli kiedyś romans. Nie wyszło im. Nikt nigdy nie sądził, że się uda, ale niektórym ludziom po prostu nie przetłumaczysz).
– Cała teoria motyla nie jest niczym nowym – wtrąciła Grave swoim najbardziej akademickim i tweedowym głosem. Licytatorzy zawsze brzmią jak nieudani uczeni. Prawdopodobnie dlatego, że większość z nich nimi jest. – Starożytni Rzymianie mieli ludzi zwanych augurami, którzy potrafili przewidzieć przyszłość, studiując lot ptaków.
Dzika rzuciła jej miażdżące spojrzenie.
– Mieli też skłonność do rozcinania kóz, a potem oskarżania ludzi o zdradę w zależności od tego, w którą stronę zwrócona była kozia wątroba. I zatruwali się ołowiem z powodu wybieranych materiałów instalacyjnych.
– Postarajmy się wszyscy szlachetnie trzymać tematu – powiedziałem. – Czy ten cały motyl nie jest po prostu metaforą? Przecież nie ma prawdziwego motyla jako takiego.
Dzika obdarzyła mnie swoim najbardziej druzgocącym uśmiechem.
– W Nightside metafory mogą być równie realne jak cokolwiek innego, kochanie. Symbole mogą mieć tu własną tożsamość. Zatem szczęśliwiec, który wejdzie w posiadanie tego motyla na aukcji, zdobędzie moc identyfikowania wszystkich takich motyli; to pierwsze domino w rzędzie, które doprowadzi do przyszłych wydarzeń. Właściciel powinien być wtedy w stanie przewidzieć, a być może nawet kontrolować to, jak potoczy się przyszłość. Możliwości są nieskończone! Przynajmniej w teorii. Zaufaj mi w tej kwestii, drogi Johnie; będę bogata, bogata, bogata!
– Skoro ma tak potężny potencjał, dlaczego tak chętnie go oddajesz? – spytałem.
Dzika przyjęła swoją najlepszą pozę, mówiącą: „Dlaczego otaczają mnie głupcy bez wizji?”.
– John. Kochanie. Nie jestem tak głupia, żeby próbować zatrzymać coś tak wstrząsającego. Musiałabym cały czas odpierać ataki poważnych graczy, którzy chcieliby mi to odebrać. I mogę się założyć, że faerie nawet nie raczyliby ingerować, te niewdzięczne małe gnojki. Nie, aukcja na słynnym neutralnym gruncie to najlepszy sposób, żeby osiągnąć znaczny zysk… – Posłała motylowi w gablocie pocałunek. – A potem wezmę całą tę kasę i ucieknę aż do samego Zimowego Dworu, i nie wychylę się, dopóki ostatnie strzały nie ucichną.
– Biorąc pod uwagę wyraźną szansę, że sprawy szybko przybiorą naprawdę zły obrót, dziwię się, że Władze nie wkroczyły, by skonfiskować motyla – powiedziałem, marszcząc brwi. – Walker zazwyczaj nie akceptuje niczego, co zagraża naruszeniu jego cennego _status quo_.
– Walker może lubić myśleć, że tu rządzi – odparła lekceważąco Dzika – ale Władze zawsze rozumiały, że wolna przedsiębiorczość musi być na pierwszym miejscu.
– Filistyni – stwierdziła Grave, wściekle polerując swój monokl.
– A może – powiedziałem – Władze również nie wierzą, że ten motyl jest prawdziwy.
Dzika uśmiechnęła się szeroko i wydmuchnęła idealne kółko z dymu.
– Tego, kto się nie przejmuje, nie zmusisz do przejmowania się, kochanie.
W tym momencie zaczęli wchodzić licytanci, od razu kłócąc się o prawo do miejsc w pierwszym rzędzie. Uprzejmie przeprosiłem Dziką i Grave i wybrałem się na przechadzkę wzdłuż obrzeży Hali, obserwując, jak gromadzi się hałaśliwy tłum. Większość stanowiły po prostu anonimowe twarze, reprezentujące ludzi lub przedsiębiorstwa, które nie chciały być publicznie identyfikowane, albo po prostu zwykli, pełni nadziei poszukiwacze okazji. Niektórzy byli wyraźnie łowcami celebrytów i przyszli zobaczyć, jak sprzedaż motyla staje się historią. W końcu zapełniły się wszystkie miejsca siedzące i te pod ścianami. Pluszowe niedźwiedzie musiały dostawić więcej krzeseł, głośno mamrocząc pod nosem. (Ludzki personel był pod ręką, aby rozdawać błyszczące katalogi aukcyjne; najwyraźniej niedźwiedzie uważały, że to poniżej ich godności).
Tłum huczał rozmowami, mniej więcej w przyjaznym tonie, i było mnóstwo wyciągania szyi, by spojrzeć na motyla lub wypatrzeć rywalizujących licytantów. Lucretia Grave weszła za swoją mównicę licytatora i machnięciem młotka nakazała ciszę, podczas gdy Dzika stała dumnie za gablotą ze swoim motylem. Ustawiłem się na tyłach Hali, obserwując tłum.
Wtedy wszystko zamarło, bo do Hali wmaszerował ogromny kudłaty Yeti. Miał dobre dwa i pół metra wzrostu, a pod brudnobiałym futrem widać było olbrzymie, falujące mięśnie. Wszyscy się cofnęli, gdy wielkie stworzenie powoli przeszło nawą, chwyciło stojak na parasole ze stopy Yeti, groźnie na wszystkich spojrzało, po czym wyszło. Nikt nie miał ochoty próbować go zatrzymać. Po dyskretnej przerwie na upewnienie się, że Yeti odszedł i nie wróci, aukcja w końcu się rozpoczęła.
Grave zaczęła od mniejszych przedmiotów, które dość szybko poszły pod młotek. Wszyscy niecierpliwie czekali, aż przejdzie do gwiazdy wieczoru. Skupiłem się na co bardziej znanych twarzach w tłumie. Nie zaskoczyła mnie obecność Jackiego Schadenfreuda, który stał pośrodku Hali. Jackie był emocjonalnym narkomanem i widziałem, jak z rozkoszą wchłaniał nastroje tłumu, który go otaczał. Jackie nalegał, by się ze mną przywitać, kiedy przybył, ścisnął moją dłoń… i trzymał ją zbyt długo. Był spocony i otyły, uśmiechał się nerwowo i miał załzawione oczy. Nosił mundur gestapo, cały z czarnej skóry ze srebrnymi insygniami, a do tego gwiazdę Dawida na łańcuszku na szyi. Wszystko po to, by wchłaniać emocje wywoływane przez te sprzeczne symbole. Dla ochrony przed wieloma, którzy mogliby czuć się oburzeni, Jackiemu zawsze towarzyszył przerośnięty doberman, którego kazał ufarbować na różowo.
Sandra Szansa, nekromantka-konsultantka, wmaszerowała do Hali, jakby była jej właścicielką – właściwie zawsze tak robiła. Wyniosła arogancję do rangi sztuki. Zajęła miejsce w pierwszym rzędzie, tuż przed podium, jakby jej się należało, i nikt tego nie kwestionował. Mało kto kiedykolwiek to robił. Szansa była wysoka i szczupła, niezdrowo blada pod burzą kręconych, rudych włosów, ubrana tylko w karmazynowe smugi płynnego lateksu rozpryskane pozornie losowo na jej smukłym ciele. (Płynny lateks był podobno zmieszany ze święconą wodą i innymi substancjami, dla ochrony). Miała też wystarczająco dużo stalowych kolczyków na twarzy i ciele, by stanowić zagrożenie podczas burzy. Talię Szansy luźno otaczał prosty skórzany pas pokryty druidzkimi symbolami, na którym wisiały wyprawione sakiewki z narzędziami jej fachu: ziemią z grobu, sproszkowaną krwią, okiem traszki i palcem żaby. Standardowo. Obserwowałem ją bardzo uważnie. Ignorowała pomniejsze przedmioty, gdy szły pod młotek. Była tam tylko dla motyla i wszyscy o tym wiedzieli. Jej pociągła twarz miała bardzo ostre rysy, zimne, inteligentne oczy i ponury uśmiech. Znałem ją od dawna.
Szansa specjalizowała się w sprawach, w których ktoś umarł, zwykle nagle, gwałtownie i bardzo nieoczekiwanie. Mogła uzyskać odpowiedzi zza grobu, jeśli nie byłeś zbyt wybredny co do używanych metod. Pracowałem z nią przy kilku sprawach, kiedyś tam, ale się nie dogadywaliśmy. Interesowały ją tylko wyniki, a pech spotykał każdego, kto stanął jej na drodze. Kiedyś byłem taki sam, ale lubię myśleć, że ruszyłem do przodu. Dla mnie Szansa była wspomnieniem złych czasów i dwójki ludzi, za którymi nie przepadałem. Nagle rozejrzała się i złapała moje spojrzenie. Zawsze miała dobry instynkt. Skinęła głową chłodno, a ja odpowiedziałem tym samym. Potem oboje odwróciliśmy wzrok.
Szansa była obecnie związana z jednym z najbardziej niepokojących ważnych graczy w Nightside: tym straszliwym starym potworem zwanym Lamentem, czasami znanym jako Bóg Samobójców lub Święty Cierpienia. Wystarczyło wypowiedzieć jego imię na głos, by ludzie przekroczyli próg szaleństwa. Nikt nie wiedział, jaki dokładnie jest związek Szansy z Lamentem, a większość ludzi z wyobraźnią bała się nawet zgadywać. Niektóre rzeczy po prostu nie są zdrowe, nawet jak na Nightside. O ile mi wiadomo, Szansa nigdy wcześniej nie wykazywała zainteresowania aukcjami; czy mogła licytować w imieniu Lamentu? Być może. Ale do czego Bóg Samobójców mógłby potrzebować motyla chaosu? Z pewnością do niczego, czego chciałby lub co zaakceptowałby ktokolwiek inny. Zastanawiałem się, czy nie powinienem czegoś zrobić. W końcu kto byłby tak szalony, by licytować przeciwko przedstawicielce Lamentu? Ale potem rozejrzałem się dookoła i trochę się uspokoiłem. Było tu wystarczająco dużo ważnych graczy, by stanąć przeciwko Szansie, zwłaszcza jeśli ogarnęłaby ich gorączka licytacji.
A gdyby jakimś złośliwym zrządzeniem losu faktycznie wygrała, zawsze mogłem zachować się obywatelsko: ukraść motyla i uciec, gdzie pieprz rośnie.
Niedaleko siedzieli Pan Tańca i Tańcząca Królowa, ostentacyjnie ze sobą nie rozmawiając, jak to mieli w zwyczaju. Najprawdopodobniej żadne z nich tak naprawdę nie chciało motyla; po prostu nie chcieli, żeby miało go to drugie. Po tym, jak się pobrali, a następnie rozwiedli, każde z nich prowadziło odrębną religię taneczną. Pan Tańca szczycił się akurat etnicznym celtyckim wyglądem, miał tatuaże z urzetu i rytualne blizny, podczas gdy Królowa Tańca trzymała się swojego ukochanego stylu divy disco. Zawsze z radością patrzyłem, jak wchodzą do pomieszczenia – każdy ich ruch był pełen gracji, wyważony i znaczący, jakby poruszali się do muzyki, którą tylko oni słyszeli.
Jednym z ostatnich, którzy przybyli, był Malowany Ghul, otwarcie licytujący w imieniu Kolekcjonera. (Który był zbyt dumny, by pojawić się osobiście, bo trzy razy został przyłapany na próbie kradzieży). Malowany Ghul był najwredniejszym, najbardziej złowieszczym klaunem, którego nigdy nie chciałbyś spotkać w ciemnej uliczce. Jego workowaty kostium składał się z jaskrawych, gryzących się kolorów, a jego wykrzywiona, pomalowana twarz sugerowała niewyobrażalne dewiacje. Wszedł do Hali, prężąc się niczym alfons na szkolnym boisku i błyskając karmazynowym uśmiechem pełnym zębów spiłowanych na szpic.
– Cześć, cześć, chłopcy i dziewczęta. Cieszę się, że tu jestem. Właśnie przyleciałem z Sodomy i to nie moje ręce są zmęczone! Czy ktoś chce zagrać w „Znajdź damę”? Jestem prawie pewien, że pamiętam, gdzie ją zakopałem.
Był przysłowiowym Klaunem o Północy, uśmiechem na twarzy zabójcy, śmiechem, który kończy się bulgotem krwi. Ale mimo wszystkich swoich min i póz w gruncie rzeczy był tylko wyrobnikiem z pretensjonalnymi manierami.
Rozejrzałem się gwałtownie, gdy licytacja wreszcie dotarła do motyla. Nagle wydawało się, że wszyscy próbują licytować naraz. Grave robiła, co mogła, aby utrzymać porządek, ale nawet jej wprawne oko aukcjonera miało problem z nadążeniem za każdą podniesioną ręką czy skinieniem głowy. Tu i tam wybuchały kłótnie, a nawet bójki, gdy ludzie nabierali przekonania, że są celowo pomijani. Szybko przemierzałem nawy, piorunując tego i owego wzrokiem, by wymusić lepsze zachowanie, ale kłopoty wybuchały szybciej, niż byłem w stanie je gasić. Sandra Szansa ciągle podbijała cenę, ale reszta też nie zamierzała odpuścić. Malowany Ghul rozpierał się na swoim krześle, uśmiechając się złośliwie, gdy przebił ofertę Szansy. Inni domagali się, by ich usłyszano, a w miarę jak Grave rozglądała się zdesperowana w tę i z powrotem, wybuchały otwarte bójki. Motyl chaosu był wystarczająco wielką nagrodą, by podsycić ambicje każdego licytującego. Przeanalizowałem sytuację i nie spodobało mi się to, co zobaczyłem. Tłum był gniewny i sfrustrowany. Niewiele brakowało, by panujący w Hali nastrój stał się naprawdę paskudny. Wbudowane heksy i glify mogły zapobiec atakom magicznym, ale nie mogły powstrzymać broni palnej czy noża. A ktokolwiek by wygrał, takie starcie sprawiłoby jeszcze więcej kłopotów. Wyglądało na to, że faktycznie będę musiał coś zrobić. Zazwyczaj wystarczało moje ciche słowo i surowe spojrzenie, mogłem też polegać na swojej reputacji, by uspokoić sytuację, ale tym razem to rozwiązanie zostało już daleko za nami.
Wtedy zauważyłem coś dziwnego. Pomimo całego napięcia oraz widma wszechogarniającej przemocy nuciłem melodię starej piosenki z lat siedemdziesiątych. Była to _Bridget the Midget the Queen of the Blues_; jeden z komediowych singli Raya Stevensa. Nie myślałem o nim od lat. Co dziwniejsze, większość ludzi wokół nuciła tę samą melodię. Niektórzy nawet przerwali licytację, by śpiewać, choć ich miny sugerowały, że sami nie wiedzą, dlaczego to robią. Poczułem dreszcz na plecach, gdy zdałem sobie sprawę, że piosenka rozprzestrzenia się w tłumie. W Nightside zbieg okoliczności i przymus często coś oznaczały. A zwykle wskazywały na ingerencję z Zewnątrz.
Nawet Grave przestała przyjmować oferty i mocno potarła czoło, jakby niepokoiła ją jakaś natrętna myśl. Sandra Szansa i Malowany Ghul stali na nogach i rozglądali się zdezorientowani. Przez tłum przebiegł szmer niepokoju. Piosenka umilkła, ale wszyscy coś czuliśmy – narastające poczucie nacisku ze strony, której nikt z nas nie potrafił nazwać. Coraz więcej osób wstawało, rozglądając się dziko. Nikt nowy nie wszedł do Hali, ale wszyscy wiedzieliśmy, że nie jesteśmy już sami.
– Coś nadchodzi – powiedziała Szansa. – Coś złego.
Kilka osób protestowało przeciwko przerwaniu licytacji, ale szybko ich przekrzyczano. Praktycznie wszyscy już stali i szukali zagrożenia, choć nikt niczego nie widział. W nerwowych dłoniach pojawiły się różne typy broni. Pluszowe niedźwiedzie skupiły się razem, a na ich wyściełanych łapach wyłoniły się zarysy pazurów. W Hali zapadła pełna napięcia cisza. Rosło ciśnienie, powietrze gęstniało jak przed burzą, kiedy zbliża się moment uderzenia pioruna. I nagle heksy i glify, które od stuleci otaczały Wielką Halę Aukcyjną, poddały się i eksplodowały w iskrach jaskrawej energii, zdruzgotane przez narastającą obecność, której nigdy nie miały powstrzymać ani zatrzymać – żywą obecność, ogromną i nieludzką, sączącą się do naszej rzeczywistości jak trucizna do czystego źródła.
Wiedziałem, co to jest, co to musi być. Rozpoznałem oznaki. Psychonauta; podróżnik z jakiegoś wyższego lub niższego wymiaru. Intruz, którego nie można powstrzymać ani odeprzeć, ponieważ jest albo zbyt realny, albo za mało realny, by wpłynęły na niego ludzkie moce. Miałem pewne doświadczenie z psychonautami, kiedy byłem uczniem u starego Karnackiego, Łowcy Duchów. Wydawało się niesprawiedliwe, że muszę stawiać czoła czemuś tak okropnemu dwa razy w jednym życiu. Uciekłbym, ale wiedziałem, że nie zdołam.
Tłum panikował, gdy zaczęły się manifestować pierwsze wypukłości z niższego wymiaru. Nieskupione energie szalały, iskrząc czarnymi tęczami i migocząc aurami wokół ludzi, których faktycznie tam nie było, zanim zatonęły w obiektach fizycznych i pobudziły je do potwornego nibyżycia. Brzydkie, zniekształcone twarze formowały się z materii ścian, podłogi i sufitu. Grube wargi wywijały się, ukazując poszarpane zęby, a ciemne oczy obracały się, zgrzytając w oczodołach. Nieludzkie głosy drżały nam w głowach, mówiąc: „Idziemy, idziemy…”. Drewniane koniuszki palców ogromnej dłoni powoli wynurzyły się spomiędzy rzędów krzeseł, a ludzie rozbiegli się, krzycząc i piszcząc, i wykrzykując Słowa Mocy, które nie miały żadnego wpływu na to, co siłą wciskało się do naszego świata z podwalin rzeczywistości.
Tanie drewniane krzesła nagle eksplodowały, zamieniając się w biczujące drewniane macki, które wyskoczyły, by owinąć się wokół uciekających, a teraz trzymały ich mocno. Krzyki przybrały na sile, gdy pod nieludzkim naciskiem drewnianych więzów łamały się ramiona i nogi. Wielkie twarze w podłodze piły rozlaną krew, wydając pełne znaczenia dźwięki, które poprzedzały język. Ściany falowały, kurcząc się i rozszerzając jak w rytm oddechu czegoś wielkiego, podłoga unosiła się i opadała niczym statek na morzu, a cała Hala dygotała.
Dookoła nas szalała aktywność poltergeista. Wszystko działo się tak szybko, że nikt nie był w stanie zareagować ani za tym nadążyć. Każdy niezabezpieczony przedmiot latał tam i z powrotem lub ulegał spontanicznemu samozapłonowi. Ubrania stawały się za duże albo rozdzierały się i rwały, gdy się kurczyły. Ogień płonął w powietrzu, a krople potu ociężale spływały po ścianach. Były grady kamieni i deszcze ryb, a ludzie mówili nieznanymi językami.
Przedarłem się przez chaos, aby chwycić Lucretię Grave, która na kolanach i odrętwiała trzymała się kołyszącej się mównicy. Postawiłem licytatorkę na nogi, a ona uczepiła się mnie jak dziecko. Miałem nadzieję, że ma jakieś awaryjne magiczne wsparcie, które może wezwać, ale nic na to nie wskazywało. Pluszowe niedźwiedzie chwiały się między spanikowanymi gośćmi Hali, starając się pomóc, ale niewiele mogły zrobić poza próbą osłonięcia ludzi swoimi wyściełanymi ciałami.
Genius loci zaatakował Halę, pokonując i wypierając istniejącą atmosferę starej stodoły, i natychmiast potężne emocje zaatakowały umysły, odrzucając nasze mechanizmy obronne z pogardliwą łatwością. Ludzie zaczęli się śmiać, płakać i wyć z histerią, która trzęsła nimi jak pies trzęsie szczurem. Śmiałem się tak mocno, że bolało, ale nie mogłem przestać. A potem przemknęły przez nas wszystkich horrory, te same podstawowe lęki: przed ciemnością, przed upadkiem, przed tym, że ludzie nie są tymi, za kogo ich uważaliśmy. Zebrani atakowali się nawzajem, bo musieli w coś uderzyć. Mężczyźni i kobiety padali i nie wstawali, zmuszeni do katatonii przez przerażenia i emocje, którym nie mogli stawić czoła. Mieszkał tu nowy genius loci, a Wielka Hala Aukcyjna stała się obcym, nieznośnym miejscem. Kilka osób ruszyło chwiejnie w stronę wyjść tylko po to, by odkryć, że drzwi zniknęły. Nie było już drogi ucieczki.
Jackie Schadenfreud spuchł jak rozdymka, a z jego nazistowskiego płaszcza zerwały się wszystkie srebrne guziki. Chichotał z bólu, wchłaniając otaczające go emocje, karmiony na siłę uczuciami przekraczającymi jego apetyt i zdolności. Grube, krwawe łzy spływały mu po różowych policzkach, a oczy wyłaziły z oczodołów. Jego pies już dawno wyrwał sobie wnętrzności. Malowany Ghul biegał po spuchniętej ścianie jak przerośnięty owad, próbując uciec przed emocjami, które zwykle narzucał innym. Pot sprawił, że makijaż mu się rozmazał, a on sam już się nie uśmiechał.
Magia Sandry Szansy była w większości bezużyteczna, ponieważ dotyczyła głównie umarłych, a nie żywiołów, ale nekromantka wciąż się broniła. Stała dumnie w migoczącym kręgu ochronnym, wspaniale wściekła, odpychając intruzje psychonauty samą siłą woli. Miała aborygeńską kość wskazującą i w jakąkolwiek stronę ją nakierowała, siły animujące były wypychane ze świata materialnego. Ale tylko na chwilę. Zawsze wracały.
Pan Tańca i Tańcząca Królowa, ponownie zjednoczeni zagrożeniem ze strony wspólnego wroga, tworzyli swoimi stopami potężne harmonie na falującej podłodze. Wytańczyli swoją furię i oburzenie w świat, odpychając inwazyjne obecności. Ich stopy uderzały z hukiem, wybijając cudowne rytmy. Każdy ich ruch był wspaniale pełen gracji, a ich ciała promieniowały wyzywającym człowieczeństwem w obliczu tego, co nieludzkie. Zawsze tańczyli najlepiej, gdy tańczyli razem.
Deliverance Dzika stała w kręgu faerie, chroniona przez swoją umowę z Zimowym Dworem, ale bezsilna, by cokolwiek zrobić. Załamywała ręce, rozglądając się żałośnie.
A ja stałem sam, tylko w niewielkim stopniu dotknięty otaczającymi mnie horrorami, i niechętnie zdecydowałem, że będę musiał coś zrobić.
Nie lubię, gdy faktycznie muszę coś robić. Lubię utrzymywać w tajemnicy, co potrafię, a czego nie; to pomaga budować moją reputację. Można zrobić więcej ze złą reputacją niż z jakąkolwiek magią. Zazwyczaj. Chociaż psychonauci na razie trzymali się ode mnie z daleka, być może zdezorientowani moją naturą, nie było gwarancji, że to potrwa długo. Domyślałem się, w czym tkwi problem, i myślałem, że wiem, jak go rozwiązać, więc po raz kolejny to do mnie należało wyciągnięcie wszystkich z bram Piekieł. Jeśli się myliłem, najprawdopodobniej miałem umrzeć na wiele naprawdę nieprzyjemnych sposobów; ale byłem do tego przyzwyczajony.
Kiedyś, gdy pracowałem z Karnackim, Łowcą Duchów, użył heksu Wygnania na psychonaucie, wypędzając go z nawiedzonego wesołego miasteczka. Później, gdy nie patrzył, schowałem urok do kieszeni. Miał tego mnóstwo, a ja czułem, że kiedyś może się przydać. Przekopałem się przez różne mistyczne rupiecie, które gromadzą się w moich kieszeniach, i w końcu wyciągnąłem złotą monetę, która pochodziła z krainy Nod. Był na niej napis, którego nikt nie rozumiał, i twarz, w większości zatarta, ale wciąż subtelnie niepokojąca. Nigdy nie lubiłem polegać na takich rzeczach, ale potrzeba matką wynalazków, gdy Zewnętrze wyważa ci drzwi. Jeśli to nie zadziała, nie wrócę przecież do Karnackiego i nie złożę skargi. Przedmioty mocy rzadko są objęte gwarancją.
Podniosłem monetę i wypowiedziałem aktywujące Słowo Mocy, a z monety wypromieniowało straszliwe światło, zbyt jasne i przeszywające dla zwykłych ludzkich oczu. Musiałem odwrócić głowę, a moja dłoń trzymająca monetę wydawała się płonąć. Wygnanie skoczyło w stronę Hali, chętne do wykonania swojej nieubłaganej roboty. Przemknęło przez salę z rykiem, mówiąc słowa w języku starszym niż Ludzkość, wyrywając animujące duchy z fizycznego stworzenia i zmuszając je do powrotu w dół przez dno świata do podwalin rzeczywistości. Psychonauci odeszli, a wraz z nimi obezwładniające emocje i osłabiające lęki. Ściany, podłoga i sufit ponownie stały się nieruchome i solidne, a drewniane ramiona trzymające mężczyzn i kobiety rozpadły się na drzazgi. Ludzie się rozglądali i powoli nabierali odwagi, by uwierzyć, że najgorsze minęło.
A Sandra Szansa powiedziała rozdzierająco rzeczowym głosem:
– Nadchodzi coś jeszcze.
To był kolejny psychonauta. Tym razem podróżnik z wyższego wymiaru. Wszyscy czuliśmy, jak się zbliża, czuliśmy, jak do naszej rzeczywistości zstępuje Coś nieznośnie ogromnego. Coś tak niewiarygodnie wielkiego, że musiało się skompresować, by zmieścić się w naszym wąskim kontinuum Czasoprzestrzeni. Pierwszym impulsem każdego, łącznie ze mną, była ucieczka, ale sama siła zbliżającej się Obecności trzymała nas bezradnych w miejscu niczym myszy schwytane spojrzeniem węża lub owady złapane w ciepło skupione szkłem powiększającym. Coś w końcu zmaterializowało się w Wielkiej Hali Aukcyjnej, tak ogromne i potężne, że bolały nas umysły od samej myśli o tym. Coś przyciągało do siebie wszystko niczym masywna studnia grawitacyjna. Było zbyt Realne dla naszej ograniczonej rzeczywistości; tak Realne, że wciągało w siebie wszystko inne.
Obecność osiadła ciężko w naszym świecie, rozprzestrzeniając się w kierunkach, których nie potrafiliśmy nawet nazwać; coś Ogromnego i Rozległego, pobranego z wyższego wymiaru. Jego myśli uderzyły w umysły wszystkich, surowe i bezlitosne jak snop światła, szukając tej jednej znaczącej rzeczy, która sprowadziła To do tego drobnego, ograniczonego miejsca. Nie trzeba być geniuszem, by zdać sobie sprawę, że Coś szukało motyla chaosu. Jedynej prawdziwie unikatowej rzeczy na aukcji. Psychonauta nie mógł go na razie dokładnie zlokalizować, prawdopodobnie z powodu pola stazy utrzymującego motyla tymczasowo poza Czasem i Przestrzenią. Zatem Obecność zagłębiała się w nasze umysły, odpychając nas od siebie w poszukiwaniu wiedzy. Wszędzie wokół mnie ludzie krzyczeli z bólu, szoku i przerażenia, piszcząc: „WYNOŚ SIĘ ZE MNIE!”. Nawet ważni gracze klęczeli, szlochając i dygocąc. Jedyną osobą, która pozostała w Hali w większości nietknięta, byłem ja, i nie chciałem myśleć, dlaczego.
Psychonauta nie był przyzwyczajony do myślenia tylko w trzech wymiarach, ale w końcu zlokalizowałby motyla chaosu, choćby metodą eliminacji. Przyciąganie studni grawitacyjnej stawało się coraz silniejsze. Szczegóły rzeczywistości tego świata były odrywane i wsysane, pochłaniane przez Obecność. Nie dlatego, że tego chciała, ale po prostu dlatego, czym była. Pluszowe niedźwiedzie ruszyły w jej stronę, przyciągane jakimś nieubłaganym wezwaniem, tylko po to, by upaść jeden po drugim na podłogę, zredukowane z powrotem do zabawek. Straszne zmiany przetaczały się przez osoby znajdujące się najbliżej Obecności. Niektórzy mogli być widziani tylko od tyłu, bez względu na to, w którą stronę się patrzyło. Twarze traciły swoją indywidualność, stając się puste i ogólnikowe. Szczegóły ubrań znikały, jakby wygładzone niewidzialną dłonią, a potem traciły kolor. Ludzie stawali się czarno-białymi, dwuwymiarowymi fotografiami, a w końcu tylko rysunkami kredą, aż wszystko, czym byli, zostało wciągnięte do studni grawitacyjnej. Pozbawieni wszystkiego, co czyniło ich realnymi.
Zmusiłem się, by zignorować krzyki i wycia potępionych wokół mnie, i intensywnie myślałem. Urok Wygnania nie zadziałałby na coś tak potężnego. Cholera, nic, co miałem, nawet by tego nie tknęło. Moce tak znaczące rzadko przejmowały się niższymi wymiarami takimi jak nasz. Ta była tu tylko z powodu motyla chaosu. Prawdopodobnie dlatego, że ktokolwiek w końcu go przejmie, zdolność przewidywania, a być może również kontrolowania przyszłości wywoła reperkusje we wszystkich wymiarach. Zatem psychonauci po prostu przybywaliby z góry i z dołu, dopóki jeden z nich w końcu nie znalazłby motyla. I żaden z nich nie przejmowałby się tym, jak wiele szkód wyrządza temu światu i ludziom w nim. Została więc tylko jedna rzecz, którą można było zrobić.
Potoczyłem się do szklanych gablot, siłując się z przerażającym przyciąganiem studni grawitacyjnej, aż w końcu stanąłem przed gablotą z motylem chaosu. Wisiał tam w swoim polu stazy, pozornie zbyt mały, by pomieścić taką moc. Wyciągnąłem rękę w stronę gabloty, a Dzika krzyknęła, bojąc się, że zabiję motyla – nawet po tym wszystkim, co spowodowała jego obecność. Użyłem mojego daru do znajdowania rzeczy, otwierając trzecie oko głęboko w umyśle, aby zlokalizować niezbędne Słowo Mocy, które załamałoby pole stazy.
Wypowiedziałem Słowo, pole się załamało, a motyl zniknął, wreszcie wolny, by powrócić do momentu w Czasie i Przestrzeni, z którego został wyrwany. A gdy się poruszył, znów stał się tylko motylem, już nieznaczącym, a nie pierwszą kostką domina w ciągu przeznaczenia. I w ten sposób był zwyczajny i dla nikogo nieistotny.
Obecność odeszła z rzeczywistości w jednej chwili, już niezainteresowana, a studnia grawitacyjna zniknęła. Wszędzie w Hali ludzie padali na ziemię, głównie z wdzięczności, że ich męka się skończyła. Usiadłem, opierając się plecami o niezawodnie mocną i solidną ścianę i pozwoliłem sobie trząść się przez chwilę.
Oczywiście nie wszyscy byli zadowoleni z obrotu spraw. Deliverance Dzika błąkała się nieszczęśliwie po Hali, mówiąc: „Mogłam być bogata, bogata, bogata!”. Mogła być martwa na wiele nieprzyjemnych sposobów, ale byłem zbyt wielkim dżentelmenem, by jej to wypomnieć. Wielu ludzi, którzy przyszli licytować motyla, podeszło, by zapytać z wyrzutem, czy nie mogłem znaleźć jakiegoś lepszego sposobu na rozwiązanie problemu. Obdarzałem ich moim najlepszym surowym spojrzeniem i odchodzili. Wielu zginęło, inni zostali bardzo osłabieni, więc pomogłem personelowi Hali Aukcyjnej ułożyć ciała w jednym rogu, aby mogły się nimi zająć Władze, kiedy w końcu się pojawią. Nikt inny nie chciał pomóc. Większość ludzi nie mogła wydostać się z Hali wystarczająco szybko. Zdecydowałem, że najlepiej będzie, jeśli ja też zniknę, zanim pojawi się Walker wraz ze swoimi ludźmi i zacznie zadawać niewygodne pytania. Powiedziałem o tym Dzikiej, a ona powoli skinęła głową.
– Myślę, że mogę spróbować wytropić kolejnego motyla chaosu…
Milcząco wskazałem na zniszczenia i piętrzące się trupy, a ona zadrżała.
– Albo jednak nie.
– Trzymaj się mody – powiedziałem niezłośliwie. – To o wiele mniej niebezpieczne.
Udało jej się zmusić do lekkiego uśmiechu.
– Co ty tam wiesz – powiedziała i odpłynęła.
Wróciłem do Grave, która patrzyła żałośnie na swoją zdewastowaną Halę, i powiedziałem jej, dokąd może wysłać czek za moje usługi. Spojrzała na mnie z furią.
– Chyba nie oczekujesz, że dostaniesz zapłatę po tej klęsce?
Obdarzyłem ją moim najlepszym twardym spojrzeniem.
– Zawsze dostaję zapłatę.
Pomyślała o tym przez chwilę, po czym powiedziała, że doskonale rozumie, co mam na myśli. Uśmiechnąłem się, pożegnałem i wyszedłem z powrotem w Nightside.