Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Hellonia. Tajemnica Pięcioksięgu - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
21 lipca 2026
53,99
5399 pkt
punktów Virtualo

Hellonia. Tajemnica Pięcioksięgu - ebook

W Hellonii nic nie jest tym, czym się wydaje.

W Hellonii, mieście odciętym od świata, skrytym w cieniu Czarnej Góry, pełno jest tajemnic. Tu magia przeplata się z codziennością, a stare przepowiednie ożywają wraz z pojawieniem się zaginionej części zaczarowanego Pięcioksięgu – magicznych tomów zdolnych dać nieograniczoną władzę. To zajście uruchamia lawinę niecodziennych zdarzeń.

Do akcji wkracza grupa uczniów miejscowej szkoły.

John, Mia, Alex i Riff, chcąc uchronić miasto przed zagładą, podejmują się karkołomnych czynów. Budzą przy tym pradawne klątwy, otwierają drzwi do zapomnianych krain, ożywiają uśpione potwory i istoty, które nie zawsze są tym, za co się podają. W dodatku muszą zmierzyć się z pełną konfliktów i podziałów rzeczywistością, zrozumieć, kim naprawdę są oraz zawalczyć o swoje miejsce w świecie…

„Hellonia. Tajemnica Pięcioksięgu” to urzekająca, pełna sekretów baśń o przyjaźni, miłości, zazdrości, zdradzie i dorastaniu w miejscu, w którym legendy piszą się na nowo – wzbogacona o poruszające losy mieszkańców miasta oraz pełną intryg codzienność w szkole panny Pomperlon.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-524-9
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ II

Bractwo krwi

Na­stęp­ne­go dnia w szko­le John roz­da­wał za­pro­sze­nia na swo­je uro­dzi­ny. Dzie­ci ogrom­nie się cie­szy­ły. To była ko­lej­na oka­zja do do­brej za­ba­wy. I to gdzie!? W jego domu, któ­ry przez wie­lu zna­ny był je­dy­nie z miej­skich le­gend i opo­wie­ści! We­dług nie­któ­rych pe­łen był du­chów, za­klę­tych po­koi, a do tego dzia­ły się w nim nie­stwo­rzo­ne rze­czy. Wer­sja dla dzie­ci obej­mo­wa­ła pa­ję­czy­ny wiel­ko­ści spo­re­go koca, okrop­ne ro­bac­two, za­tę­chły za­pach, noc­ne zja­wy, trum­ny za­miast łó­żek i cza­ry. Wer­sja dla do­ro­słych była nie­co bar­dziej roz­bu­do­wa­na o lo­chy, wię­zie­nie i ję­czą­ce du­sze, a tak­że inne zja­wi­ska, któ­rych nie będę już może opi­sy­wał. John był za­prze­cze­niem tych do­my­słów. Za­wsze grzecz­ny, sta­ran­nie ubra­ny, ma­ło­mów­ny, nor­mal­ny chło­piec – zu­peł­nie taki sam jak inne dzie­ci.

Nikt nie zo­stał ostrze­żo­ny, że mama Jona pró­bu­je spro­stać ocze­ki­wa­niom go­ści i ich ro­dzi­ców. Wy­na­ję­ła sze­reg firm, któ­re mia­ły za­jąć się ma­gicz­ną opra­wą wy­da­rze­nia w celu upraw­do­po­dob­nie­nia nie­któ­rych mniej lub bar­dziej dra­stycz­nych opo­wie­ści krą­żą­cych w mie­ście.

Tyl­ko Li­nyf Alt­man wy­da­wa­ła się nie do koń­ca za­do­wo­lo­na z otrzy­ma­ne­go za­pro­sze­nia.

– O co ci cho­dzi? – spy­tał John, pa­trząc na jej na­bur­mu­szo­ną minę.

– Po pro­stu za­sta­na­wiam się, czy war­to do cie­bie przy­cho­dzić.

– Jak chcesz.

– Do­mów­ki są nie­mod­ne. Nikt ich już nie urzą­dza. Co in­ne­go ja. Będę mia­ła uro­dzi­ny w naj­lep­szym klu­bie w ca­łym mie­ście. No i nie wiem, czy cię za­pro­szę. Po­my­ślę jesz­cze – do­da­ła, dzi­wacz­nie wy­dy­ma­jąc usta.

Mó­wiąc to, rzu­ci­ła wy­mow­ne spoj­rze­nie dwóm naj­bli­żej niej sto­ją­cym ko­le­żan­kom, czy­li nie­od­łącz­nym Han­nah Mie­tel­son i Mar­got Ostern. Dziew­czyn­ki od­wza­jem­ni­ły spoj­rze­nie bez więk­szych emo­cji na twa­rzy. Czu­ły, że po­win­ny przy­tak­nąć Li­nyf, co za­zwy­czaj ro­bi­ły, ale – jak każ­dy – naj­bar­dziej na świe­cie pra­gnę­ły przyjść do tego domu. Wo­bec nie­ocze­ki­wa­nej re­ak­cji Li­nyf nie mo­gły tego gło­śno po­wie­dzieć.

– Praw­da, dziew­czy­ny? Nie­zbyt się cie­szy­my z tego za­pro­sze­nia – zwró­ci­ła się do nich dziew­czyn­ka.

– W ogó­le się nie cie­szy­my – wy­mam­ro­ta­ła Mar­got bez prze­ko­na­nia.

– Nic a nic – do­da­ła nie­pew­nie Han­nah, bo­jąc się tro­chę, że po tych sło­wach John cof­nie swo­ją pro­po­zy­cję. Mu­sia­ła­by wte­dy po­pro­sić go, żeby ją jed­nak za­pro­sił. By­ło­by to nad wy­raz nie­zręcz­ne.

Li­nyf za­śmia­ła się trium­fal­nie, Han­nah i Mar­got za­raz po­tem, lecz znacz­nie ci­szej i sła­biej. John stał nie­wzru­szo­ny. Był pe­wien, że Li­nyf przyj­dzie, a jej świ­ta ra­zem z nią.

– No nie! Mu­sisz coś po­wie­dzieć! Chło­pie! Za­bierz im te za­pro­sze­nia, bo jak nie, to ja to zro­bię – ode­zwał się sto­ją­cy obok i przy­słu­chu­ją­cy się roz­mo­wie Iwo Mint. – Wszy­scy idą, więc one będą do tyłu.

– Jesz­cze nie po­wie­dzia­ły­śmy, że na pew­no nie przyj­dzie­my. – Li­nyf znów dziw­nie wy­dę­ła usta i dziew­czyn­ki na­tych­miast ode­szły.

Iwo Mint to tak zwa­ny kla­so­wy przy­stoj­niak. Jest na­praw­dę ład­nym chłop­cem, bar­dziej niż inni dba­ją­cym o stro­je i uro­dę. Już wcze­śniej za­uwa­ży­łem, że chęt­nie usta­wia swo­ją oso­bę w za­się­gu wzro­ku Li­nyf i rzu­ca w jej stro­nę ukrad­ko­we spoj­rze­nia.

– Wła­śnie chcia­łem po­wie­dzieć to samo co Iwo, za­bierz im je – na­ma­wiał Pusz, któ­ry jak zwy­kle stał w po­bli­żu Joh­na.

– Na­praw­dę chcie­li­by­ście, żeby nie było ich na im­pre­zie? – spy­tał John. – Chciał­byś, Iwo? Ty, Pusz, też? To za­bio­rę im te za­pro­sze­nia.

Iwo wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie za­bie­raj. Prze­cież bez nich bę­dzie kiep­sko – zre­flek­to­wał się Pusz.

– Za­le­ży jak dla kogo – od­pa­ro­wał so­le­ni­zant. – Ale na pew­no tacy się znaj­dą.

Też nie by­łem za­do­wo­lo­ny z bier­no­ści Joh­na. Mógł ja­koś utrzeć nosa tym dzie­wu­chom. Na­stęp­nym ra­zem mia­ły­by się na bacz­no­ści!

Wte­dy zo­ba­czy­łem, jak John się uśmie­cha pod no­sem i po­my­śla­łem, że chy­ba do mnie. Było coś, o czym nie wie­dzia­łem. To coś tkwi­ło w prze­szło­ści…

***

Kie­dy John roz­dał już wszyst­kie kar­ty pod­bie­gli do nie­go chłop­cy, któ­rzy ba­wi­li się, rzu­ca­jąc na boki flu­ore­scen­cyj­ną ma­zią, o kon­sy­sten­cji na tyle zwar­tej, że nie roz­pry­ski­wa­ła się, i na tyle luź­nej, że rzu­co­na roz­płasz­cza­ła się na po­wierzch­ni. Po­cząt­ko­wo ci­ska­li tym o ścia­ny ko­ry­ta­rza, po­tem za­czę­li tra­fiać w sie­bie, co spra­wia­ło im nie­sa­mo­wi­tą fraj­dę. Ob­kle­jo­ny ma­zią mu­siał zdjąć ją z sie­bie, a ra­czej po­zdej­mo­wać ka­wa­łek po ka­wał­ku i rzu­cić cel­nie w ko­lej­ną ofia­rę. Za­ba­wa była przed­nia! Chłop­cy śmia­li się do roz­pu­ku. W pew­nej chwi­li Pusz zdra­pał z sie­bie maź, zbił w kul­kę i rzu­cił w Ale­xa Scot­ta. Chło­piec uchy­lił się, a kul­ka wy­lą­do­wa­ła na twa­rzy idą­cej ko­ry­ta­rzem pan­ny Pom­per­lon. W jed­nej chwi­li pani dy­rek­tor okry­ła się tłu­stą, lep­ką ma­zią, a tak się prze­stra­szy­ła, że wy­da­ła z sie­bie gło­śny okrzyk i za­czę­ła biec przed sie­bie, a że od­ru­cho­wo za­mknę­ła oczy i przez to nic nie wi­dzia­ła, w koń­cu za­trzy­ma­ła się. Przy­sta­nę­ła i za­czę­ła z od­ra­zą zdej­mo­wać z sie­bie ciek­ną­cy glut.

Za­ba­wa się skoń­czy­ła. Wszy­scy sta­li jak wry­ci. Kie­dy pan­na Pom­per­lon otrzą­snę­ła się z do­zna­ne­go szo­ku i zro­zu­mia­ła, co się sta­ło, wy­krzyk­nę­ła:

– Kto przy­niósł do szko­ły to obrzy­dli­we świń­stwo?!

– Nie ja! – wy­parł się na­tych­miast Pusz.

Mo­gło­by się zda­rzyć, że za „nie ja” Pu­sza po­sy­pią się ko­lej­ne „nie ja” i w ten spo­sób dro­gą eli­mi­na­cji spraw­ca zo­sta­nie wska­za­ny, ale nikt się już nie ode­zwał. Chłop­cy sta­li bez ru­chu jak sta­do ba­ra­nów. Nie­któ­rzy z nich na­wet w go­to­wo­ści do po­mo­cy pan­nie Pom­per­lon w ob­skro­by­wa­niu się z tej świe­cą­cej sub­stan­cji, ale nikt nie miał od­wa­gi do­tknąć pani dy­rek­tor.

– I oczy­wi­ście te­raz nikt się nie przy­zna. Kto tym rzu­cił? – spy­ta­ła zno­wu, gdy po­now­nie mo­gła otwo­rzyć oczy.

Wszy­scy mil­cze­li. Chłop­cy byli prze­ra­że­ni. Wi­dok pan­ny Pom­per­lon, ocie­ka­ją­cej roz­grza­ną cie­płem jej cia­ła ma­zią, był po­ra­ża­ją­cy.

– Prze­pra­sza­my – po­wie­dział nie­pew­nie John. – To był przy­pa­dek.

– Prze­pra­sza­cie? Cóż za bez­czel­ność – skwi­to­wa­ła na­uczy­ciel­ka. – Może ty mi po­wiesz, kto to przy­niósł? – Pan­na Pom­per­lon wy­mie­rzy­ła swój groź­ny wzrok w stro­nę Joh­na.

Chło­piec nie ode­zwał się.

– Je­ste­ście tak wy­ra­cho­wa­ni, że na­wet nie po­wie­cie: „Nie wiem”. Bo to by zna­czy­ło, że to nie ty, John. Za to, co zro­bi­li­ście, wszy­scy tu­taj zgro­ma­dze­ni sta­wi­cie się dzi­siaj po lek­cjach w moim ga­bi­ne­cie. Pusz może nie przy­cho­dzić, bo jako je­dy­ny co­kol­wiek za­de­kla­ro­wał.

– Kie­dy ja chcę… – Pusz nie mógł so­bie da­ro­wać, że coś się od­bę­dzie bez nie­go.

– Ro­zu­miem two­ją lo­jal­ność wo­bec ko­le­gów, ale na­praw­dę mo­żesz so­bie od­pu­ścić. Nie za­po­wia­da się przy­jem­nie – od­po­wie­dzia­ła pan­na Pom­per­lon i od­da­li­ła się.

Po lek­cjach chłop­cy wy­bra­li się do ga­bi­ne­tu pani dy­rek­tor. W tym cza­sie Pusz od­je­chał z mamą spod szko­ły ich pięk­nym po­wo­zem, z jaz­dy któ­rym Sla­via nie re­zy­gno­wa­ła, po­mi­mo że dys­po­no­wa­li już no­wo­cze­snym au­to­mo­bi­lem – du­żym mas­sem. Tak samo jak nie po­tra­fi­ła zre­zy­gno­wać z dłu­gich, zdob­nych su­kien.

– Wiesz, mamo, wszy­scy dzi­siaj zo­sta­li po lek­cjach, tyl­ko nie ja – jak co­dzien­nie re­la­cjo­no­wał Pusz.

– Cała kla­sa? – spy­ta­ła zdzi­wio­na Sla­via Der­wisz.

– No, nie cała, chłop­cy. Więk­szość chło­pa­ków.

– A co zro­bi­li?

– Coś po­rząd­nie prze­skro­ba­li, ale nie wiem co.

– To się do­wiedz na ju­tro. John też? Riff? Ci grzecz­ni też?

– Tak, też. Wszy­scy pod­pa­dli dy­rek­tor­ce.

– No to do­brze! – Mama Pu­sza za­tar­ła dło­nie. – Cią­gle po­wta­rzam, że je­steś naj­grzecz­niej­szy z nich wszyst­kich i za­wsze wszyst­ko zwa­la­ją na cie­bie, więc w koń­cu wi­dzę, że jest ja­kaś spra­wie­dli­wość. A gdzie masz tę masę le­po­lo­wą, któ­rą ci wczo­raj da­łam? Nie zgu­bi­łeś?

– Mamo, nie mam. Chło­pa­ki ba­wi­li się i roz­wa­li­li ją zu­peł­nie na ka­wał­ki.

– Ile razy ci mó­wi­łam, że­byś nie da­wał ni­ko­mu swo­ich za­ba­wek – upo­mnia­ła Pu­sza jego mama. – Nie po to ci je ku­pu­ję, żeby oni je nisz­czy­li!

– Już nie będę – pi­snął po­tul­nie Pusz. – Ale do­sta­łem za­pro­sze­nie na uro­dzi­ny Joh­na.

– Świet­nie! Nie po­trze­ba tam mam do po­pil­no­wa­nia dzie­ci? Po­szła­bym z tobą.

– Mamo, to by było strasz­ne!

– Co ty mó­wisz? Jak to „strasz­ne”? Spy­taj, czy może mama Joh­na po­trze­bu­je po­mo­cy w or­ga­ni­za­cji cze­goś albo nie wiem… w sprzą­ta­niu. Chęt­nie obej­rza­ła­bym do­kład­nie ten dom.

– Nikt nie idzie z ro­dzi­ca­mi. Oni mają peł­no służ­by. Co chcesz tam sprzą­tać?

– Ta­le­rze ze sto­łu? Ty się prze­cież przy­jaź­nisz z Joh­nem. Moja po­moc na pew­no by się przy­da­ła, choć­by taka… du­cho­wa.

I tu ich dia­log za­czął się rwać, prze­ry­wać. Naj­pierw sły­sza­łem po­szar­pa­ne sło­wa, a po­tem w ogó­le prze­sta­łem go sły­szeć. Twa­rze Sla­vii Der­wisz i jej syna, skry­te w po­wo­zie ską­pa­nym w kro­plach wio­sen­ne­go desz­czu, roz­ma­zy­wa­ły się i roz­pły­wa­ły, jak­by we mgle.

Taki wła­śnie kło­pot mia­łem z Pu­szem. Wła­śnie wte­dy to so­bie uświa­do­mi­łem, choć zda­rzy­ło mi się to nie pierw­szy raz. Tra­ci­łem go z za­się­gu wzro­ku, gdy od­da­lał się do Joh­na. Wie­le rze­czy i osób wi­dzia­łem, ale nie Pu­sza. Chcia­łem już wcze­śniej ro­zej­rzeć się tro­chę w jego spra­wach, ale nie mo­głem. To może tro­chę śmiesz­ne, że ja, do­ro­sły czło­wiek, chcia­łem pod­glą­dać dziec­ko, ale coś mnie w tym chłop­cu i jego ro­dzi­nie nie­po­ko­iło, i po­wo­do­wa­ło, że chcia­łem spraw­dzić pew­ne fak­ty. Pusz co­dzien­nie prze­cho­dził obok księ­gar­ni. Mu­siał miesz­kać po prze­ciw­nej stro­nie mia­sta.

Wy­star­czy­ło pójść za nim… To pew­nie przez te sny, któ­re mia­łem. W koń­cu był sy­nem Mat­ta Der­wi­sza.

***

Tym­cza­sem pan­na Pom­per­lon, ocze­ku­jąc na chłop­ców, roz­ma­wia­ła ze swo­ją ciot­ką. Ciot­ka Gry­zel­da Per­kue Pom­per­lon była jej pra­wą ręką, po­wier­ni­kiem i współ­au­tor­ką wie­lu de­cy­zji do­ty­czą­cych spraw wy­cho­waw­czych w szko­le.

– Je­śli jest tak, jak mó­wisz, to mu­sisz ich sro­mot­nie uka­rać – za­wy­ro­ko­wa­ła ciot­ka.

Była dzi­wacz­nie ubra­na, w suk­nię sprzed wie­lu, wie­lu lat, i zda­wa­ło się, że jest za­ku­rzo­na.

– Czy­li jak? Bo za­raz przyj­dą, a ja nic jesz­cze nie wy­my­śli­łam – mar­twi­ła się pan­na Pom­per­lon.

– Amel­ko, a pa­mię­tasz te piw­ni­ce pod szko­łą? Przy­da­ło­by się w nich tro­chę po­rząd­ków.

– Mam ka­zać im tam sprzą­tać? To nie­ludz­kie – skwi­to­wa­ła dy­rek­tor­ka. – Sama boję się tam wejść. Wszy­scy się boją. Krą­żą le­gen­dy, opo­wie­ści… Zresz­tą mamy sprzą­tacz­ki.

– A ludz­kie było rzu­ce­nie w cie­bie tym czymś? Czy ja ci kie­dyś źle do­ra­dzi­łam? Ty nie mu­sisz tam prze­cież cho­dzić – od­par­ła ciot­ka i szyb­ko wsko­czy­ła do wi­szą­cej na ścia­nie ramy. Do­pie­ro wte­dy, gdy to zro­bi­ła, za­uwa­ży­łem wi­szą­cy na ścia­nie por­tret z tłem. Gry­zel­da wpa­so­wa­ła się w nie­go, a na­stęp­nie przy­bra­ła wy­raz twa­rzy jak naj­bar­dziej pa­su­ją­cy do damy sprzed wie­ków. Uśmiech­nę­ła się do­bro­tli­wie.

– Mu­szę się scho­wać. – Jesz­cze na chwi­lę wy­chy­li­ła gło­wę z ob­ra­zu i szep­nę­ła kon­spi­ra­cyj­nie ciot­ka. – Bo ktoś idzie…

W tej chwi­li pan­na Pom­per­lon usły­sza­ła pu­ka­nie do drzwi. Do ga­bi­ne­tu we­szła pani Mar­ga­ret So­le­ston, pierw­szy wy­cho­waw­ca w kla­sie Joh­na, na­uczy­ciel­ka ję­zy­ka oj­czy­ste­go.

– Chcia­ła­bym pro­sić o wy­ro­zu­mia­łość dla mo­ich chłop­ców – po­wie­dzia­ła pani Mar­ga­ret, sia­da­jąc na krze­śle, któ­re opu­ści­ła ciot­ka. – Roz­ma­wia­łam z nimi. Oni nie chcie­li w cie­bie rzu­cić, to był przy­pa­dek. I na­praw­dę nie wie­dzą, kto to przy­niósł. Twier­dzą, że nikt z nich, a py­ta­łam każ­de­go po­je­dyn­czo. Zły traf chciał, że aku­rat prze­cho­dzi­łaś, gdy się tym ba­wi­li. Wie­rzę im – oznaj­mi­ła pani So­le­ston, wę­sząc nie­spo­koj­nie za źró­dłem ja­kiejś stę­chłej woni, któ­rą już nie pierw­szy raz czu­ła w tym ga­bi­ne­cie. Pan­na Pom­per­lon pach­nia­ła wa­ni­lią, więc… co to mógł być za za­pach?

– To nie jest kwe­stia wia­ry! Dzię­ku­ję ci za opi­nię w tej spra­wie i prze­ko­na­nie co do szla­chet­nych za­mia­rów tych chłop­ców. Od wie­lu lat je­stem dy­rek­to­rem tej szko­ły i na­praw­dę daw­no temu stra­ci­łam wia­rę w ich do­bre in­ten­cje – od­sło­ni­ła swo­je uczu­cia pan­na Pom­per­lon. – Je­śli to już wszyst­ko, mo­żesz odejść – ucię­ła dys­ku­sję.

Wy­cho­waw­czy­ni cięż­ko pod­nio­sła się z krze­sła. Czu­ła, że kara bę­dzie nie­zwy­kle su­ro­wa. Ta zło­śli­wa ję­dza nie po­win­na uczyć w szko­le, je­śli stra­ci­ła ser­ce do dzie­ci, w głę­bi du­szy my­śla­ła do­bro­tli­wa Mar­ga­ret, opusz­cza­jąc ga­bi­net prze­ło­żo­nej.

Gdy wy­szła pani So­le­ston, ciot­ka Gry­zel­da pu­ści­ła za­wa­diac­ko oko do swo­jej sio­strze­ni­cy.

– Nie cier­pię tej baby. Jest cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem mnie. Ona ma złe my­śli. Czu­ję to – stwier­dzi­ła ciot­ka. – No, już się nie od­zy­wam, masz go­ści…

I wte­dy roz­le­gło się ko­lej­ne pu­ka­nie, po czym do środ­ka we­szli chłop­cy: John Wol­fo­nen, Riff Lost, Iwo Mint, Alex Scott i Amin Lo­rest.

Sta­nę­li w rzę­dzie, je­den obok dru­gie­go. Nie ocze­ki­wa­li wy­ro­zu­mia­ło­ści. Po dy­rek­tor­ce nie moż­na było spo­dzie­wać się ni­cze­go do­bre­go.

– No cóż – wes­tchnę­ła, pa­trząc na nich prze­ni­kli­wie. – Może jed­nak przy­zna­cie się, kto przy­niósł masę le­po­lo­wą do szko­ły i kto nią we mnie rzu­cił? To pro­ste. Wy­star­czy wska­zać win­ne­go, a resz­ta od­cho­dzi, jak gdy­by ni­g­dy nic – za­chę­ci­ła.

Chłop­cy sta­li jak za­klę­ci. Nikt nie pi­snął na­wet sło­wa.

– No cóż… W ta­kim ra­zie wszy­scy bę­dzie­cie sprzą­tać piw­ni­cę na­szej szko­ły! – wy­krzyk­nę­ła trium­fal­nie pan­na Pom­per­lon i ob­ser­wo­wa­ła prze­ra­że­nie, ja­kie po­ja­wi­ło się na każ­dej z chło­pię­cych twa­rzy.

– Ale… – za­czął John.

Pan­na Pom­per­lon od razu mu prze­rwa­ła:

– Nie wi­dzę moż­li­wo­ści sprze­ci­wu. Czas na wa­sze opi­nie mi­nął – po­wie­dzia­ła, śle­dząc uważ­nie wy­stra­szo­ne miny.

Wy­raz jej twa­rzy był okrop­ny! Ciot­ka Gry­zel­da była z niej bar­dzo za­do­wo­lo­na. Z dumą spo­glą­da­ła z por­tre­tu na wy­cho­wa­ni­cę.

– Po­sprzą­ta­cie ju­tro po lek­cjach. Przyjdź­cie w od­po­wied­nich stro­jach, bo mo­że­cie się tro­chę za­ku­rzyć. Chcia­łam za­dać wam tę pra­cę na dzi­siej­szy wie­czór, po­win­ni­ście za­tem być mi wdzięcz­ni, że zmie­ni­łam zda­nie – do­da­ła pan­na Pom­per­lon. – A te­raz mo­że­cie już odejść.

***

Piw­ni­ca, któ­rą mie­li po­sprzą­tać chłop­cy, nie była taką so­bie zwy­kłą piw­ni­cą. Otóż, jak już wspo­mnia­łem, bu­dyn­ki w na­szym mie­ście były sta­re, a ich hi­sto­rie ubar­wio­ne na tyle, że w ludz­kich ustach sta­wa­ły się zu­peł­nie czymś in­nym, niż były w rze­czy­wi­sto­ści. Je­śli cho­dzi o szkol­ne piw­ni­ce, było to prze­ra­ża­ją­ce miej­sce i dla­te­go od lat nikt, kto nie mu­siał, tam nie za­glą­dał. Sta­ry woź­ny Ru­dolf Mo­der­len skła­do­wał tam kie­dyś ja­kieś przed­mio­ty, ale szcze­rze po­wiem, że przez wszyst­kie lata mo­jej edu­ka­cji nie do­stą­pi­łem za­szczy­tu zaj­rze­nia tam i nie przy­po­mi­nam so­bie, by któ­ry­kol­wiek z mo­ich ko­le­gów od­wie­dził pod­zie­mie. Za to wszy­scy po­twor­nie się ba­li­śmy tych ciem­nych lo­chów, a nasz strach tyl­ko pod­sy­ca­ły krą­żą­ce le­gen­dy.

We­dług Hel­loń­czy­ków do roz­cią­ga­ją­cych się pod mia­stem piw­nic pro­wa­dzą dłu­gie, śli­skie, ka­mien­ne scho­dy. Da­lej zaś po­miesz­cze­nia piw­nicz­ne roz­cho­dzą się w róż­ne stro­ny, two­rząc za­wi­łą sieć ko­ry­ta­rzy i tu­ne­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że pod­zie­mia ob­ło­żo­ne są klą­twą, inni znów, że w prze­szło­ści znaj­do­wa­ło się tam wię­zie­nie. Tro­chę to dziw­ne, bo wię­zie­nie zlo­ka­li­zo­wa­ne jest w zu­peł­nie in­nej czę­ści mia­sta, na po­łu­dniu – w otu­li­nie lasu, tam, gdzie znaj­du­ją się in­sty­tu­cje i urzę­dy miej­skie. Mówi się, że w piw­ni­cach szko­ły sły­chać jęki, płacz, kro­ki; że błą­ka­ją się tam du­sze za­gi­nio­nych i dzie­ją naj­strasz­liw­sze rze­czy. Są też tacy, któ­rzy uwa­ża­ją, że pod zie­mią znaj­du­je się całe mia­sto zbu­do­wa­ne na wzór Hel­lo­nii, za­miesz­ka­łe przez pra­daw­nych miesz­kań­ców. Wszyst­kie te le­gen­dy sku­tecz­nie po­wstrzy­mu­ją od za­pusz­cza­nia się po­ni­żej par­te­rów.

Pusz jed­nak się ich nie bał, gdyż, gdy tyl­ko do­wie­dział się, jaką karę do­sta­li chłop­cy, szyb­ko się tam wy­brał. Uzbro­jo­ny w lam­pę pę­dził do lo­chów po ka­mien­nych scho­dach. Ko­ry­ta­rze prze­mie­rzał tak, jak­by by­wał w nich co­dzien­nie. Bez cie­nia stra­chu na twa­rzy, bez kro­pli potu na czo­le.

Pręd­ko do­biegł do ogrom­nych, że­la­znych piw­nicz­nych wrót i z ła­two­ścią przez nie prze­szedł, po­nie­waż nie były za­mknię­te. Były je­dy­nie bar­dzo cięż­kie, ale z tym so­bie po­ra­dził. Szyb­ko wbiegł do ma­ga­zyn­ku, w któ­rym sta­ry woź­ny Ru­dolf Mo­der­len urzą­dził so­bie skła­dzik, i za­mknął się tam. Że też on się nie bał!

Nie­ste­ty tu na­stę­pu­je mała prze­rwa w hi­sto­rii, bo gdy tyl­ko drzwi za­mknę­ły się za nim z hu­kiem, stra­ci­łem ob­raz. Już o tym mó­wi­łem, że wi­dok Pu­sza po­tra­fił mi się zu­peł­nie roz­pły­nąć. Po­mi­mo usil­nych sta­rań za nic nie mo­głem doj­rzeć, co się z nim dzie­je. Po raz ko­lej­ny zo­ba­czy­łem go mniej wię­cej po pół go­dzi­nie, gdy opusz­czał piw­ni­cę. Tym ra­zem nie wa­lił już drzwia­mi, a za­mknął je za sobą nie­zwy­kle sta­ran­nie, po­pra­wia­jąc i ukła­da­jąc coś wy­so­ko przy fu­try­nie, na gó­rze.

Dro­gę po­wrot­ną prze­mie­rzał tak samo szyb­ko jak wcze­śniej, z ocza­mi wbi­ty­mi w pod­ło­gę. Gdy na­gle uniósł wzrok, wy­da­ło mu się, że wi­dzi ja­kąś po­stać. Była po­dob­na do ko­goś, kogo gdzieś już spo­tkał. Przy­glą­dał jej się uważ­nie, prze­krzy­wia­jąc gło­wę. Oczy­wi­ście była to ciot­ka Gry­zel­da. Znał ją każ­dy, kto kie­dy­kol­wiek wszedł do ga­bi­ne­tu dy­rek­tor­ki, bo jej po­do­bi­zna – jak się chłop­cu zda­wa­ło – wid­nia­ła na ob­ra­zie po­wie­szo­nym na wprost wej­ścia. Te­raz sto­py ciot­ki Gry­zel­dy nie do­ty­ka­ły pod­ło­gi, więc moż­na po­wie­dzieć, że „wi­sia­ła” w ko­ry­ta­rzu, z ma­lut­ką świecz­ką w dło­ni, a wosk ka­pał jej na skó­rę. Zda­niem Pu­sza po­wi­nien być go­rą­cy, ale chy­ba nie był, bo ciot­ka nie za­bie­ra­ła ręki i nie wy­glą­da­ła, jak­by się po­pa­rzy­ła. Sta­ła spo­koj­nie na środ­ku ko­ry­ta­rza, tak że chło­piec nie mógł przejść bez mi­ja­nia jej.

– Odejdź stąd! – wy­krzyk­nął z pa­ni­ką w gło­sie. – Odejdź!!!

Ciot­ka za­śmia­ła się sła­biut­ko i fak­tycz­nie roz­pły­nę­ła się w po­wie­trzu, jak­by go po­słu­cha­ła.

Prze­ra­żo­ny Pusz opu­ścił ko­ry­tarz w eks­pre­so­wym tem­pie. Biegł tak szyb­ko, jak tyl­ko mógł. Cięż­kie, sło­ne kro­ple potu ście­ka­ły mu na usta, czuł skur­cze mię­śni, a jego my­śli obi­ja­ły się od ścian. Nie­zgrab­na syl­wet­ka prze­szka­dza­ła w bie­ga­niu.

Gdy wy­le­ciał na ze­wnątrz, jego ko­szul­kę moż­na było wy­krę­cać. Nie­mniej nie za­trzy­my­wał się i po­biegł pro­sto do domu. W pew­nej chwi­li zo­ba­czy­łem go w rze­czy­wi­sto­ści, gdy szyb­ko jak strza­ła prze­le­ciał przed księ­gar­nią, bo tędy wła­śnie za­wsze wra­cał ze szko­ły.

***

Na­stęp­ne­go dnia po tych wy­da­rze­niach, po lek­cjach, do piw­ni­cy wy­ru­szy­li uka­ra­ni chłop­cy. Wszy­scy trzy­ma­li przed sobą włą­czo­ne lam­py, przez co ich dro­ga była tak ja­sna jak w sło­necz­ny dzień. Mimo to za­miast od­wa­gi to­wa­rzy­szył im strach. Je­dy­nie John był nie­co spo­koj­niej­szy od po­zo­sta­łych.

– John, na­praw­dę się nie bo­isz? – za­gad­nął idą­cy za nim Riff.

– Nie­ste­ty nie. Gdy­bym brał na po­waż­nie wszyst­ko to, co opo­wia­da­ją na przy­kład o strasz­nych do­mach, bał­bym się miesz­kać w swo­im – od­po­wie­dział John.

– A nie bo­isz się tam miesz­kać?

– To naj­lep­szy dom, jaki może się ko­mu­kol­wiek przy­tra­fić. Jest wiel­ki, pięk­ny i in­te­re­su­ją­cy. Zo­ba­czysz na mo­ich uro­dzi­nach. Jesz­cze bę­dziesz chciał mnie od­wie­dzać – prze­chwa­lał się John, choć cza­sa­mi prze­cież się bał.

– I bez tego bym cię od­wie­dził, gdy­byś mnie za­pro­sił – wy­znał Riff.

Głos mu się za­trzą­snął ze stra­chu i uwią­zał w gar­dle, gdy wy­po­wia­dał to zda­nie. Od po­cząt­ku wy­pra­wy ugi­na­ły się pod nim nogi. Pra­wie nie mógł iść. Lam­pa w jego dło­ni tak się trzę­sła, że na ścia­nie wi­dać było ska­czą­ce punk­ci­ki.

– Moja mama mó­wi­ła mi wczo­raj, że w tej piw­nic… – za­czął Amin Lo­rest, ale nie skoń­czył, bo prze­rwał mu Alex:

– Wy­lu­zuj, chło­pie. Jak ty mi tu te­raz po­opo­wia­dasz, czym stra­szy­ła cię wczo­raj mama, to ja się tu prze­krę­cę ze stra­chu i nie doj­dę na­wet do tych prze­klę­tych drzwi, na któ­re mamy tu tra­fić.

– Za­sta­nów­cie się – wtrą­cił Iwo Mint. – Pan­na Pom­per­lon na pew­no by nas tu nie wy­sła­ła, gdy­by wie­dzia­ła, że jest tu cho­ciaż tro­chę nie­bez­piecz­nie.

– Sta­ry! Ten babsz­tyl ma wszyst­ko gdzieś. Ty ją po­są­dzasz o ludz­kie uczu­cia? Ura­zi­li­śmy ją, bo ob­le­pi­li­śmy ją tą zie­lo­ną pap­ką i ni­g­dy nam tego nie da­ru­je. Gdy­by­śmy nie wiem jak jej tłu­ma­czy­li i ją prze­pra­sza­li, to by nic nie dało. To jest po­wa­lo­ne. Ro­zu­miesz, sta­ry? Mam na­dzie­ję, że jak uro­snę, to mi nie od­bi­je tak jak jej – po­wie­dział Alex.

– Masz ra­cję, Alex, jak­kol­wiek byś tego nie wy­ra­ził – pod­su­mo­wał John.

– No tak, dyra na pew­no ni­g­dy tu nie była i tak na­praw­dę nie wie, co tu jest. Chcia­ła nas sro­go uka­rać i uda­ło się! Wi­dzi­cie Rif­fa. Trzę­sie się jak osi­ka – wska­zał na ko­le­gę Iwo Mint i wszy­scy spoj­rze­li na Rif­fa, któ­ry fak­tycz­nie dy­go­tał.

– Amin też się te­le­pie, a wy się śmie­je­cie ze mnie – od­pa­ro­wał Riff, szczę­ka­jąc zę­ba­mi.

– Oj, chło­pa­ki, umów­my się, że nikt tu się z ni­ko­go nie śmie­je – za­opo­no­wał po­waż­nie Iwo.

– Oko­licz­no­ści nie są sprzy­ja­ją­ce, ale Iwo ma ra­cję. Mo­że­my na­wet uzgod­nić, że ni­ko­mu nie po­wie­my, że kto­kol­wiek się bał. Co­kol­wiek się nie zda­rzy, po­mo­że­my so­bie na­wza­jem, a in­nym po­wie­my, że było su­per i w ogó­le się nie ba­li­śmy, i tyle – za­pro­po­no­wał John.

– Ja na to idę. Wer­sja dla ogó­łu, że po­sprzą­ta­li­śmy na błysk! My­śli­cie, że ta baba w ogó­le przyj­dzie to spraw­dzić? – spy­tał Alex.

Im bar­dziej zbli­ża­li się do tych drzwi, tym więk­szy czu­łem nie­po­kój. To­wa­rzy­szył mi od wczo­raj, od wy­ciecz­ki Pu­sza w to miej­sce. Ba­łem się o nich. Nie po­do­ba­ła mi się ta kara, a ta­jem­ni­cze po­ja­wie­nie się tu Pu­sza za­nie­po­ko­iło mnie. Alex miał ra­cję. Kto spraw­dzi, czy rze­czy­wi­ście wy­ko­na­li za­da­nie?

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij