-
nowość
Hellonia. Tajemnica Pięcioksięgu - ebook
Hellonia. Tajemnica Pięcioksięgu - ebook
W Hellonii nic nie jest tym, czym się wydaje.
W Hellonii, mieście odciętym od świata, skrytym w cieniu Czarnej Góry, pełno jest tajemnic. Tu magia przeplata się z codziennością, a stare przepowiednie ożywają wraz z pojawieniem się zaginionej części zaczarowanego Pięcioksięgu – magicznych tomów zdolnych dać nieograniczoną władzę. To zajście uruchamia lawinę niecodziennych zdarzeń.
Do akcji wkracza grupa uczniów miejscowej szkoły.
John, Mia, Alex i Riff, chcąc uchronić miasto przed zagładą, podejmują się karkołomnych czynów. Budzą przy tym pradawne klątwy, otwierają drzwi do zapomnianych krain, ożywiają uśpione potwory i istoty, które nie zawsze są tym, za co się podają. W dodatku muszą zmierzyć się z pełną konfliktów i podziałów rzeczywistością, zrozumieć, kim naprawdę są oraz zawalczyć o swoje miejsce w świecie…
„Hellonia. Tajemnica Pięcioksięgu” to urzekająca, pełna sekretów baśń o przyjaźni, miłości, zazdrości, zdradzie i dorastaniu w miejscu, w którym legendy piszą się na nowo – wzbogacona o poruszające losy mieszkańców miasta oraz pełną intryg codzienność w szkole panny Pomperlon.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-524-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Bractwo krwi
Następnego dnia w szkole John rozdawał zaproszenia na swoje urodziny. Dzieci ogromnie się cieszyły. To była kolejna okazja do dobrej zabawy. I to gdzie!? W jego domu, który przez wielu znany był jedynie z miejskich legend i opowieści! Według niektórych pełen był duchów, zaklętych pokoi, a do tego działy się w nim niestworzone rzeczy. Wersja dla dzieci obejmowała pajęczyny wielkości sporego koca, okropne robactwo, zatęchły zapach, nocne zjawy, trumny zamiast łóżek i czary. Wersja dla dorosłych była nieco bardziej rozbudowana o lochy, więzienie i jęczące dusze, a także inne zjawiska, których nie będę już może opisywał. John był zaprzeczeniem tych domysłów. Zawsze grzeczny, starannie ubrany, małomówny, normalny chłopiec – zupełnie taki sam jak inne dzieci.
Nikt nie został ostrzeżony, że mama Jona próbuje sprostać oczekiwaniom gości i ich rodziców. Wynajęła szereg firm, które miały zająć się magiczną oprawą wydarzenia w celu uprawdopodobnienia niektórych mniej lub bardziej drastycznych opowieści krążących w mieście.
Tylko Linyf Altman wydawała się nie do końca zadowolona z otrzymanego zaproszenia.
– O co ci chodzi? – spytał John, patrząc na jej naburmuszoną minę.
– Po prostu zastanawiam się, czy warto do ciebie przychodzić.
– Jak chcesz.
– Domówki są niemodne. Nikt ich już nie urządza. Co innego ja. Będę miała urodziny w najlepszym klubie w całym mieście. No i nie wiem, czy cię zaproszę. Pomyślę jeszcze – dodała, dziwacznie wydymając usta.
Mówiąc to, rzuciła wymowne spojrzenie dwóm najbliżej niej stojącym koleżankom, czyli nieodłącznym Hannah Mietelson i Margot Ostern. Dziewczynki odwzajemniły spojrzenie bez większych emocji na twarzy. Czuły, że powinny przytaknąć Linyf, co zazwyczaj robiły, ale – jak każdy – najbardziej na świecie pragnęły przyjść do tego domu. Wobec nieoczekiwanej reakcji Linyf nie mogły tego głośno powiedzieć.
– Prawda, dziewczyny? Niezbyt się cieszymy z tego zaproszenia – zwróciła się do nich dziewczynka.
– W ogóle się nie cieszymy – wymamrotała Margot bez przekonania.
– Nic a nic – dodała niepewnie Hannah, bojąc się trochę, że po tych słowach John cofnie swoją propozycję. Musiałaby wtedy poprosić go, żeby ją jednak zaprosił. Byłoby to nad wyraz niezręczne.
Linyf zaśmiała się triumfalnie, Hannah i Margot zaraz potem, lecz znacznie ciszej i słabiej. John stał niewzruszony. Był pewien, że Linyf przyjdzie, a jej świta razem z nią.
– No nie! Musisz coś powiedzieć! Chłopie! Zabierz im te zaproszenia, bo jak nie, to ja to zrobię – odezwał się stojący obok i przysłuchujący się rozmowie Iwo Mint. – Wszyscy idą, więc one będą do tyłu.
– Jeszcze nie powiedziałyśmy, że na pewno nie przyjdziemy. – Linyf znów dziwnie wydęła usta i dziewczynki natychmiast odeszły.
Iwo Mint to tak zwany klasowy przystojniak. Jest naprawdę ładnym chłopcem, bardziej niż inni dbającym o stroje i urodę. Już wcześniej zauważyłem, że chętnie ustawia swoją osobę w zasięgu wzroku Linyf i rzuca w jej stronę ukradkowe spojrzenia.
– Właśnie chciałem powiedzieć to samo co Iwo, zabierz im je – namawiał Pusz, który jak zwykle stał w pobliżu Johna.
– Naprawdę chcielibyście, żeby nie było ich na imprezie? – spytał John. – Chciałbyś, Iwo? Ty, Pusz, też? To zabiorę im te zaproszenia.
Iwo wzruszył ramionami.
– Nie zabieraj. Przecież bez nich będzie kiepsko – zreflektował się Pusz.
– Zależy jak dla kogo – odparował solenizant. – Ale na pewno tacy się znajdą.
Też nie byłem zadowolony z bierności Johna. Mógł jakoś utrzeć nosa tym dziewuchom. Następnym razem miałyby się na baczności!
Wtedy zobaczyłem, jak John się uśmiecha pod nosem i pomyślałem, że chyba do mnie. Było coś, o czym nie wiedziałem. To coś tkwiło w przeszłości…
***
Kiedy John rozdał już wszystkie karty podbiegli do niego chłopcy, którzy bawili się, rzucając na boki fluorescencyjną mazią, o konsystencji na tyle zwartej, że nie rozpryskiwała się, i na tyle luźnej, że rzucona rozpłaszczała się na powierzchni. Początkowo ciskali tym o ściany korytarza, potem zaczęli trafiać w siebie, co sprawiało im niesamowitą frajdę. Obklejony mazią musiał zdjąć ją z siebie, a raczej pozdejmować kawałek po kawałku i rzucić celnie w kolejną ofiarę. Zabawa była przednia! Chłopcy śmiali się do rozpuku. W pewnej chwili Pusz zdrapał z siebie maź, zbił w kulkę i rzucił w Alexa Scotta. Chłopiec uchylił się, a kulka wylądowała na twarzy idącej korytarzem panny Pomperlon. W jednej chwili pani dyrektor okryła się tłustą, lepką mazią, a tak się przestraszyła, że wydała z siebie głośny okrzyk i zaczęła biec przed siebie, a że odruchowo zamknęła oczy i przez to nic nie widziała, w końcu zatrzymała się. Przystanęła i zaczęła z odrazą zdejmować z siebie cieknący glut.
Zabawa się skończyła. Wszyscy stali jak wryci. Kiedy panna Pomperlon otrząsnęła się z doznanego szoku i zrozumiała, co się stało, wykrzyknęła:
– Kto przyniósł do szkoły to obrzydliwe świństwo?!
– Nie ja! – wyparł się natychmiast Pusz.
Mogłoby się zdarzyć, że za „nie ja” Pusza posypią się kolejne „nie ja” i w ten sposób drogą eliminacji sprawca zostanie wskazany, ale nikt się już nie odezwał. Chłopcy stali bez ruchu jak stado baranów. Niektórzy z nich nawet w gotowości do pomocy pannie Pomperlon w obskrobywaniu się z tej świecącej substancji, ale nikt nie miał odwagi dotknąć pani dyrektor.
– I oczywiście teraz nikt się nie przyzna. Kto tym rzucił? – spytała znowu, gdy ponownie mogła otworzyć oczy.
Wszyscy milczeli. Chłopcy byli przerażeni. Widok panny Pomperlon, ociekającej rozgrzaną ciepłem jej ciała mazią, był porażający.
– Przepraszamy – powiedział niepewnie John. – To był przypadek.
– Przepraszacie? Cóż za bezczelność – skwitowała nauczycielka. – Może ty mi powiesz, kto to przyniósł? – Panna Pomperlon wymierzyła swój groźny wzrok w stronę Johna.
Chłopiec nie odezwał się.
– Jesteście tak wyrachowani, że nawet nie powiecie: „Nie wiem”. Bo to by znaczyło, że to nie ty, John. Za to, co zrobiliście, wszyscy tutaj zgromadzeni stawicie się dzisiaj po lekcjach w moim gabinecie. Pusz może nie przychodzić, bo jako jedyny cokolwiek zadeklarował.
– Kiedy ja chcę… – Pusz nie mógł sobie darować, że coś się odbędzie bez niego.
– Rozumiem twoją lojalność wobec kolegów, ale naprawdę możesz sobie odpuścić. Nie zapowiada się przyjemnie – odpowiedziała panna Pomperlon i oddaliła się.
Po lekcjach chłopcy wybrali się do gabinetu pani dyrektor. W tym czasie Pusz odjechał z mamą spod szkoły ich pięknym powozem, z jazdy którym Slavia nie rezygnowała, pomimo że dysponowali już nowoczesnym automobilem – dużym massem. Tak samo jak nie potrafiła zrezygnować z długich, zdobnych sukien.
– Wiesz, mamo, wszyscy dzisiaj zostali po lekcjach, tylko nie ja – jak codziennie relacjonował Pusz.
– Cała klasa? – spytała zdziwiona Slavia Derwisz.
– No, nie cała, chłopcy. Większość chłopaków.
– A co zrobili?
– Coś porządnie przeskrobali, ale nie wiem co.
– To się dowiedz na jutro. John też? Riff? Ci grzeczni też?
– Tak, też. Wszyscy podpadli dyrektorce.
– No to dobrze! – Mama Pusza zatarła dłonie. – Ciągle powtarzam, że jesteś najgrzeczniejszy z nich wszystkich i zawsze wszystko zwalają na ciebie, więc w końcu widzę, że jest jakaś sprawiedliwość. A gdzie masz tę masę lepolową, którą ci wczoraj dałam? Nie zgubiłeś?
– Mamo, nie mam. Chłopaki bawili się i rozwalili ją zupełnie na kawałki.
– Ile razy ci mówiłam, żebyś nie dawał nikomu swoich zabawek – upomniała Pusza jego mama. – Nie po to ci je kupuję, żeby oni je niszczyli!
– Już nie będę – pisnął potulnie Pusz. – Ale dostałem zaproszenie na urodziny Johna.
– Świetnie! Nie potrzeba tam mam do popilnowania dzieci? Poszłabym z tobą.
– Mamo, to by było straszne!
– Co ty mówisz? Jak to „straszne”? Spytaj, czy może mama Johna potrzebuje pomocy w organizacji czegoś albo nie wiem… w sprzątaniu. Chętnie obejrzałabym dokładnie ten dom.
– Nikt nie idzie z rodzicami. Oni mają pełno służby. Co chcesz tam sprzątać?
– Talerze ze stołu? Ty się przecież przyjaźnisz z Johnem. Moja pomoc na pewno by się przydała, choćby taka… duchowa.
I tu ich dialog zaczął się rwać, przerywać. Najpierw słyszałem poszarpane słowa, a potem w ogóle przestałem go słyszeć. Twarze Slavii Derwisz i jej syna, skryte w powozie skąpanym w kroplach wiosennego deszczu, rozmazywały się i rozpływały, jakby we mgle.
Taki właśnie kłopot miałem z Puszem. Właśnie wtedy to sobie uświadomiłem, choć zdarzyło mi się to nie pierwszy raz. Traciłem go z zasięgu wzroku, gdy oddalał się do Johna. Wiele rzeczy i osób widziałem, ale nie Pusza. Chciałem już wcześniej rozejrzeć się trochę w jego sprawach, ale nie mogłem. To może trochę śmieszne, że ja, dorosły człowiek, chciałem podglądać dziecko, ale coś mnie w tym chłopcu i jego rodzinie niepokoiło, i powodowało, że chciałem sprawdzić pewne fakty. Pusz codziennie przechodził obok księgarni. Musiał mieszkać po przeciwnej stronie miasta.
Wystarczyło pójść za nim… To pewnie przez te sny, które miałem. W końcu był synem Matta Derwisza.
***
Tymczasem panna Pomperlon, oczekując na chłopców, rozmawiała ze swoją ciotką. Ciotka Gryzelda Perkue Pomperlon była jej prawą ręką, powiernikiem i współautorką wielu decyzji dotyczących spraw wychowawczych w szkole.
– Jeśli jest tak, jak mówisz, to musisz ich sromotnie ukarać – zawyrokowała ciotka.
Była dziwacznie ubrana, w suknię sprzed wielu, wielu lat, i zdawało się, że jest zakurzona.
– Czyli jak? Bo zaraz przyjdą, a ja nic jeszcze nie wymyśliłam – martwiła się panna Pomperlon.
– Amelko, a pamiętasz te piwnice pod szkołą? Przydałoby się w nich trochę porządków.
– Mam kazać im tam sprzątać? To nieludzkie – skwitowała dyrektorka. – Sama boję się tam wejść. Wszyscy się boją. Krążą legendy, opowieści… Zresztą mamy sprzątaczki.
– A ludzkie było rzucenie w ciebie tym czymś? Czy ja ci kiedyś źle doradziłam? Ty nie musisz tam przecież chodzić – odparła ciotka i szybko wskoczyła do wiszącej na ścianie ramy. Dopiero wtedy, gdy to zrobiła, zauważyłem wiszący na ścianie portret z tłem. Gryzelda wpasowała się w niego, a następnie przybrała wyraz twarzy jak najbardziej pasujący do damy sprzed wieków. Uśmiechnęła się dobrotliwie.
– Muszę się schować. – Jeszcze na chwilę wychyliła głowę z obrazu i szepnęła konspiracyjnie ciotka. – Bo ktoś idzie…
W tej chwili panna Pomperlon usłyszała pukanie do drzwi. Do gabinetu weszła pani Margaret Soleston, pierwszy wychowawca w klasie Johna, nauczycielka języka ojczystego.
– Chciałabym prosić o wyrozumiałość dla moich chłopców – powiedziała pani Margaret, siadając na krześle, które opuściła ciotka. – Rozmawiałam z nimi. Oni nie chcieli w ciebie rzucić, to był przypadek. I naprawdę nie wiedzą, kto to przyniósł. Twierdzą, że nikt z nich, a pytałam każdego pojedynczo. Zły traf chciał, że akurat przechodziłaś, gdy się tym bawili. Wierzę im – oznajmiła pani Soleston, węsząc niespokojnie za źródłem jakiejś stęchłej woni, którą już nie pierwszy raz czuła w tym gabinecie. Panna Pomperlon pachniała wanilią, więc… co to mógł być za zapach?
– To nie jest kwestia wiary! Dziękuję ci za opinię w tej sprawie i przekonanie co do szlachetnych zamiarów tych chłopców. Od wielu lat jestem dyrektorem tej szkoły i naprawdę dawno temu straciłam wiarę w ich dobre intencje – odsłoniła swoje uczucia panna Pomperlon. – Jeśli to już wszystko, możesz odejść – ucięła dyskusję.
Wychowawczyni ciężko podniosła się z krzesła. Czuła, że kara będzie niezwykle surowa. Ta złośliwa jędza nie powinna uczyć w szkole, jeśli straciła serce do dzieci, w głębi duszy myślała dobrotliwa Margaret, opuszczając gabinet przełożonej.
Gdy wyszła pani Soleston, ciotka Gryzelda puściła zawadiacko oko do swojej siostrzenicy.
– Nie cierpię tej baby. Jest całkowitym przeciwieństwem mnie. Ona ma złe myśli. Czuję to – stwierdziła ciotka. – No, już się nie odzywam, masz gości…
I wtedy rozległo się kolejne pukanie, po czym do środka weszli chłopcy: John Wolfonen, Riff Lost, Iwo Mint, Alex Scott i Amin Lorest.
Stanęli w rzędzie, jeden obok drugiego. Nie oczekiwali wyrozumiałości. Po dyrektorce nie można było spodziewać się niczego dobrego.
– No cóż – westchnęła, patrząc na nich przenikliwie. – Może jednak przyznacie się, kto przyniósł masę lepolową do szkoły i kto nią we mnie rzucił? To proste. Wystarczy wskazać winnego, a reszta odchodzi, jak gdyby nigdy nic – zachęciła.
Chłopcy stali jak zaklęci. Nikt nie pisnął nawet słowa.
– No cóż… W takim razie wszyscy będziecie sprzątać piwnicę naszej szkoły! – wykrzyknęła triumfalnie panna Pomperlon i obserwowała przerażenie, jakie pojawiło się na każdej z chłopięcych twarzy.
– Ale… – zaczął John.
Panna Pomperlon od razu mu przerwała:
– Nie widzę możliwości sprzeciwu. Czas na wasze opinie minął – powiedziała, śledząc uważnie wystraszone miny.
Wyraz jej twarzy był okropny! Ciotka Gryzelda była z niej bardzo zadowolona. Z dumą spoglądała z portretu na wychowanicę.
– Posprzątacie jutro po lekcjach. Przyjdźcie w odpowiednich strojach, bo możecie się trochę zakurzyć. Chciałam zadać wam tę pracę na dzisiejszy wieczór, powinniście zatem być mi wdzięczni, że zmieniłam zdanie – dodała panna Pomperlon. – A teraz możecie już odejść.
***
Piwnica, którą mieli posprzątać chłopcy, nie była taką sobie zwykłą piwnicą. Otóż, jak już wspomniałem, budynki w naszym mieście były stare, a ich historie ubarwione na tyle, że w ludzkich ustach stawały się zupełnie czymś innym, niż były w rzeczywistości. Jeśli chodzi o szkolne piwnice, było to przerażające miejsce i dlatego od lat nikt, kto nie musiał, tam nie zaglądał. Stary woźny Rudolf Moderlen składował tam kiedyś jakieś przedmioty, ale szczerze powiem, że przez wszystkie lata mojej edukacji nie dostąpiłem zaszczytu zajrzenia tam i nie przypominam sobie, by którykolwiek z moich kolegów odwiedził podziemie. Za to wszyscy potwornie się baliśmy tych ciemnych lochów, a nasz strach tylko podsycały krążące legendy.
Według Hellończyków do rozciągających się pod miastem piwnic prowadzą długie, śliskie, kamienne schody. Dalej zaś pomieszczenia piwniczne rozchodzą się w różne strony, tworząc zawiłą sieć korytarzy i tuneli. Niektórzy twierdzą, że podziemia obłożone są klątwą, inni znów, że w przeszłości znajdowało się tam więzienie. Trochę to dziwne, bo więzienie zlokalizowane jest w zupełnie innej części miasta, na południu – w otulinie lasu, tam, gdzie znajdują się instytucje i urzędy miejskie. Mówi się, że w piwnicach szkoły słychać jęki, płacz, kroki; że błąkają się tam dusze zaginionych i dzieją najstraszliwsze rzeczy. Są też tacy, którzy uważają, że pod ziemią znajduje się całe miasto zbudowane na wzór Hellonii, zamieszkałe przez pradawnych mieszkańców. Wszystkie te legendy skutecznie powstrzymują od zapuszczania się poniżej parterów.
Pusz jednak się ich nie bał, gdyż, gdy tylko dowiedział się, jaką karę dostali chłopcy, szybko się tam wybrał. Uzbrojony w lampę pędził do lochów po kamiennych schodach. Korytarze przemierzał tak, jakby bywał w nich codziennie. Bez cienia strachu na twarzy, bez kropli potu na czole.
Prędko dobiegł do ogromnych, żelaznych piwnicznych wrót i z łatwością przez nie przeszedł, ponieważ nie były zamknięte. Były jedynie bardzo ciężkie, ale z tym sobie poradził. Szybko wbiegł do magazynku, w którym stary woźny Rudolf Moderlen urządził sobie składzik, i zamknął się tam. Że też on się nie bał!
Niestety tu następuje mała przerwa w historii, bo gdy tylko drzwi zamknęły się za nim z hukiem, straciłem obraz. Już o tym mówiłem, że widok Pusza potrafił mi się zupełnie rozpłynąć. Pomimo usilnych starań za nic nie mogłem dojrzeć, co się z nim dzieje. Po raz kolejny zobaczyłem go mniej więcej po pół godzinie, gdy opuszczał piwnicę. Tym razem nie walił już drzwiami, a zamknął je za sobą niezwykle starannie, poprawiając i układając coś wysoko przy futrynie, na górze.
Drogę powrotną przemierzał tak samo szybko jak wcześniej, z oczami wbitymi w podłogę. Gdy nagle uniósł wzrok, wydało mu się, że widzi jakąś postać. Była podobna do kogoś, kogo gdzieś już spotkał. Przyglądał jej się uważnie, przekrzywiając głowę. Oczywiście była to ciotka Gryzelda. Znał ją każdy, kto kiedykolwiek wszedł do gabinetu dyrektorki, bo jej podobizna – jak się chłopcu zdawało – widniała na obrazie powieszonym na wprost wejścia. Teraz stopy ciotki Gryzeldy nie dotykały podłogi, więc można powiedzieć, że „wisiała” w korytarzu, z malutką świeczką w dłoni, a wosk kapał jej na skórę. Zdaniem Pusza powinien być gorący, ale chyba nie był, bo ciotka nie zabierała ręki i nie wyglądała, jakby się poparzyła. Stała spokojnie na środku korytarza, tak że chłopiec nie mógł przejść bez mijania jej.
– Odejdź stąd! – wykrzyknął z paniką w głosie. – Odejdź!!!
Ciotka zaśmiała się słabiutko i faktycznie rozpłynęła się w powietrzu, jakby go posłuchała.
Przerażony Pusz opuścił korytarz w ekspresowym tempie. Biegł tak szybko, jak tylko mógł. Ciężkie, słone krople potu ściekały mu na usta, czuł skurcze mięśni, a jego myśli obijały się od ścian. Niezgrabna sylwetka przeszkadzała w bieganiu.
Gdy wyleciał na zewnątrz, jego koszulkę można było wykręcać. Niemniej nie zatrzymywał się i pobiegł prosto do domu. W pewnej chwili zobaczyłem go w rzeczywistości, gdy szybko jak strzała przeleciał przed księgarnią, bo tędy właśnie zawsze wracał ze szkoły.
***
Następnego dnia po tych wydarzeniach, po lekcjach, do piwnicy wyruszyli ukarani chłopcy. Wszyscy trzymali przed sobą włączone lampy, przez co ich droga była tak jasna jak w słoneczny dzień. Mimo to zamiast odwagi towarzyszył im strach. Jedynie John był nieco spokojniejszy od pozostałych.
– John, naprawdę się nie boisz? – zagadnął idący za nim Riff.
– Niestety nie. Gdybym brał na poważnie wszystko to, co opowiadają na przykład o strasznych domach, bałbym się mieszkać w swoim – odpowiedział John.
– A nie boisz się tam mieszkać?
– To najlepszy dom, jaki może się komukolwiek przytrafić. Jest wielki, piękny i interesujący. Zobaczysz na moich urodzinach. Jeszcze będziesz chciał mnie odwiedzać – przechwalał się John, choć czasami przecież się bał.
– I bez tego bym cię odwiedził, gdybyś mnie zaprosił – wyznał Riff.
Głos mu się zatrząsnął ze strachu i uwiązał w gardle, gdy wypowiadał to zdanie. Od początku wyprawy uginały się pod nim nogi. Prawie nie mógł iść. Lampa w jego dłoni tak się trzęsła, że na ścianie widać było skaczące punkciki.
– Moja mama mówiła mi wczoraj, że w tej piwnic… – zaczął Amin Lorest, ale nie skończył, bo przerwał mu Alex:
– Wyluzuj, chłopie. Jak ty mi tu teraz poopowiadasz, czym straszyła cię wczoraj mama, to ja się tu przekręcę ze strachu i nie dojdę nawet do tych przeklętych drzwi, na które mamy tu trafić.
– Zastanówcie się – wtrącił Iwo Mint. – Panna Pomperlon na pewno by nas tu nie wysłała, gdyby wiedziała, że jest tu chociaż trochę niebezpiecznie.
– Stary! Ten babsztyl ma wszystko gdzieś. Ty ją posądzasz o ludzkie uczucia? Uraziliśmy ją, bo oblepiliśmy ją tą zieloną papką i nigdy nam tego nie daruje. Gdybyśmy nie wiem jak jej tłumaczyli i ją przepraszali, to by nic nie dało. To jest powalone. Rozumiesz, stary? Mam nadzieję, że jak urosnę, to mi nie odbije tak jak jej – powiedział Alex.
– Masz rację, Alex, jakkolwiek byś tego nie wyraził – podsumował John.
– No tak, dyra na pewno nigdy tu nie była i tak naprawdę nie wie, co tu jest. Chciała nas srogo ukarać i udało się! Widzicie Riffa. Trzęsie się jak osika – wskazał na kolegę Iwo Mint i wszyscy spojrzeli na Riffa, który faktycznie dygotał.
– Amin też się telepie, a wy się śmiejecie ze mnie – odparował Riff, szczękając zębami.
– Oj, chłopaki, umówmy się, że nikt tu się z nikogo nie śmieje – zaoponował poważnie Iwo.
– Okoliczności nie są sprzyjające, ale Iwo ma rację. Możemy nawet uzgodnić, że nikomu nie powiemy, że ktokolwiek się bał. Cokolwiek się nie zdarzy, pomożemy sobie nawzajem, a innym powiemy, że było super i w ogóle się nie baliśmy, i tyle – zaproponował John.
– Ja na to idę. Wersja dla ogółu, że posprzątaliśmy na błysk! Myślicie, że ta baba w ogóle przyjdzie to sprawdzić? – spytał Alex.
Im bardziej zbliżali się do tych drzwi, tym większy czułem niepokój. Towarzyszył mi od wczoraj, od wycieczki Pusza w to miejsce. Bałem się o nich. Nie podobała mi się ta kara, a tajemnicze pojawienie się tu Pusza zaniepokoiło mnie. Alex miał rację. Kto sprawdzi, czy rzeczywiście wykonali zadanie?
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.