-
nowość
Herradyr (Trisvar: Tom I) - ebook
Herradyr (Trisvar: Tom I) - ebook
Xavier ma przed sobą tylko jeden cel… w końcu uporządkować swoje życie i uciszyć chaos w głowie. Praca, dwójka przyjaciół i spacery po lesie z psem Moose’em to jego cała bezpieczna codzienność. Prawdziwą udręką jest jednak walka z własnym sercem – ukrywanie uczuć do dziewczyny, która właśnie zaczęła spotykać się z kimś innym. To miał być jego największy problem. Wszystko zmienia się, gdy trafia na pamiątkę po zmarłej babci. Opowieść o pradawnej magii, zdradzie i sile, która nigdy nie powinna zostać obudzona. Kiedy wycinka niszczy ukochany las, a jego sny wypełniają dzikie bestie, Xavier rozumie jedno – historie z dzieciństwa nie były bajkami. Granica między światem, który zna, a tym, co od wieków czekało w cieniu, zaczyna się rozpadać. Wśród ludzi kryją się sekrety, a dawne konflikty powracają, by upomnieć się o to, co zostało im odebrane. I tym razem nie da się już od tego uciec. Czy Xavier zdoła ocalić tych, których kocha, zanim wszystko wymknie się spod kontroli?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398149105 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Szedłem ścieżką wydeptaną między drzewami, rozkoszując się niezwykłą ciszą. Ciszą, która bez wątpienia zaniepokoiłaby każdego zwykłego śmiertelnika. Zwłaszcza nocą, w samotności, pośród gęstwiny lasu.
Ja nie czułem strachu. Moje kroki były pewne i wyważone, jakbym znał to miejsce od zawsze.
Swobodnie usiadłem na kamieniu porośniętym miękkim, zielonym mchem, zapadając się w niego niczym w poduszkę. Wziąłem głęboki wdech czystego, rześkiego powietrza i wypuściłem je powoli, delektując się chwilą.
Delikatny aromat runa leśnego, żywicy i wilgotnego mchu otulił moje zmysły.
To mój las. Moje miejsce. Tylko tu jestem sobą.
Zamknąłem powieki i wsłuchałem się w otoczenie. Do moich uszu nie dotarł żaden dźwięk – ani pohukiwanie sowy, ani trzepot skrzydeł owadów, ani szmer kołyszących się liści.
Dlaczego?
Otworzyłem oczy. Mimo ciemności widziałem wszystko wyraźnie. Rozejrzałem się, ale nie dostrzegłem niczego niepokojącego ani niezwykłego – nic, czego nie powinno tu być.
Pobliskie głazy otulał mech, dokładnie taki sam jak ten, na którym siedziałem. Smukłe drzewa pięły się ku niebu, a gęste paprocie porastały ziemię niczym gruby, miękki dywan.
Nie zastanawiając się dłużej, ruszyłem przed siebie – bezszelestnie, jak cień. Moja przechadzka zakończyła się jednak szybciej, niż mogłem przypuszczać.
Gdy tylko go zauważyłem, zamarłem.
Nie ze strachu.
Z szacunku. Z dziwnego, głębokiego spokoju.
Stał zwrócony w moją stronę, a jego ogromna głowa znajdowała się na wysokości mojej.
Obserwował mnie bez choćby jednego mrugnięcia, a jego oczy…
Cholera!
Płonęły żywym ogniem. Jak pochodnie.
Potężne łapy miały chyba ze dwadzieścia cali szerokości.
Pazury? Wyglądały na twarde jak stal i ostre jak brzytwy.
W takiej sytuacji każdy normalny człowiek instynktownie ratowałby się za wszelką cenę.
Wskoczenie na drzewo, udawanie martwego, a może ucieczka – które z tych rozwiązań byłoby najlepsze?
To ostatnie mogło nie mieć sensu, bo bestia z pewnością ruszyłaby w pogoń. Ale kto miałby czas na głębsze analizy, stojąc u progu śmierci?
Jego obecność bez wątpienia wyjaśniała panującą w lesie ciszę. Żadne zwierzę nie chciało mieć z nim do czynienia.
Przez dłuższą chwilę staliśmy naprzeciw siebie, aż nagle otworzył pysk, odsłaniając kły. Zdałem sobie sprawę, że moje usta również były otwarte. Ruszył do przodu, a ja, jak w lustrzanym odbiciu, zrobiłem to samo.
Jakie mógł mieć zamiary? Jakie ja miałem zamiary?
Każdy jego krok był równocześnie moim krokiem.
Co ja wyprawiałem?
W końcu stanęliśmy twarzą w twarz – a raczej… pyskiem w twarz. Jeszcze pół kroku, a nasze nosy mogłyby się zetknąć.
Chyba oszalałem, bo kto przy zdrowych zmysłach chciałby przeżyć coś takiego z niedźwiedziem?
Mnie jednak wciąż było za mało.
Powoli, ale pewnym ruchem dłoni, dotknąłem jego boku. Spodziewałem się, że ciemnobrązowe futro będzie twarde i szorstkie, lecz zaskoczyło mnie swoją niezwykłą miękkością. Nie mogłem się powstrzymać – wsunąłem w nie palce.
Oczy niedźwiedzia wciąż płonęły, ale teraz w kolorze szczerego złota. Było w nich coś niezwykłego, wręcz hipnotyzującego. Miałem dziwne wrażenie, że mogę w nich zobaczyć prawdę o tym, kim naprawdę jest. Mimo swojego wyglądu, nie był zwykłym dzikim zwierzęciem. W innym razie już dawno skończyłbym jako kolacja. A może… nocna przekąska.
Cichy jęk wydobył się z jego gardła, a zimny, wilgotny nos skierował się prosto w stronę mojej twarzy. Zanim zdążyłem zareagować, przycisnął go do mojego czoła – niczym pieczęć. A potem… po prostu rozpłynął się w powietrzu.
Nogi odmówiły posłuszeństwa, ugięły się pode mną i padłem na kolana. Ciało bezwładnie osunęło się na ziemię. Ostatnie, co poczułem, to otchłań ciemności.Rozdział 2
Zielona ściereczka
Zaparkowaliśmy na podjeździe przed uroczym, starym, lecz zadbanym domem Oakleyów. Budynek był niewielki, ale Roy zdołał zagospodarować poddasze, zyskując miejsce na sypialnię i pokój dla dziecka.
Ściany obłożone były połówkami jasnobrązowych belek, a każde okno zdobiły solidne, drewniane okiennice. Przed wejściem rozciągała się weranda z ławką, krzesłami i stołem – wszystko wykonane ręką mojego dziadka wiele lat temu.
Gdy tylko wysiedliśmy z samochodu, uderzyła mnie fala intensywnego zapachu świeżo skoszonej trawy – jednego z moich ulubionych. Roy musiał zająć się ogrodem jeszcze rano, bo trawnik był soczyście zielony i równo przystrzyżony, a krzewy przy werandzie – starannie przycięte.
Weszliśmy do przedpokoju, gdzie unosił się apetyczny aromat obiadu. Od zapachu pieczonego mięsa aż zaburczało mi w brzuchu.
– Hej, Xavi – przywitała mnie serdecznie Chloe, wychodząc z kuchni.
– Cześć – odpowiedziałem z uśmiechem i ściągnąłem kurtkę.
Roy podszedł do swojej żony, by dać jej buziaka i udał się do toalety.
Chloe była wysoką, ładną kobietą o długich, falowanych, kasztanowych włosach i wyrazistych brwiach. Miała duże, brązowe oczy, a usta pełne o naturalnym kształcie. Jej jasną, gładką cerę podkreślał delikatny makijaż.
Za tą urodą kryła się równie piękna dusza – Chloe była pełna empatii, lojalna i uczciwa. Zawsze troszczyła się o bliskich i przyjaciół. Roy miał ogromne szczęście, że ją poznał.
Zastanawiając się nad tym, poczułem lekkie ukłucie zazdrości. Nie była to zawiść, lecz zwykła tęsknota… Tęsknota za bliskością osoby, przy której mógłbym być naprawdę szczęśliwy. Tak jak moi przyjaciele. Niestety, do tej pory nie było mi dane kogoś takiego znaleźć.
I nagle przypomniałem sobie wstyd, który ogarnął mnie po omdleniu przed nieznajomą dziewczyną spotkaną podczas porannego spaceru. Przejmowałem się, co o mnie pomyśli – bo choć wtedy tego nie rozumiałem, desperacko pragnąłem zrobić na niej dobre wrażenie.
– Co tak pięknie pachnie? – zagadnąłem, chcąc zagłuszyć swoje myśli.
– Roladki z kurczaka. Chodź, zaraz jemy – dodała wchodząc do kuchni, a ja podążyłem za nią.
– Już mi ślinka cieknie, a żołądek śpiewa z ra…
…dości.
Resztę dopowiedziałem już tylko w myślach – głos ugrzązł mi w gardle.
– Cześć, Xavier – przywitała się Holly, otwierając lodówkę.
Nie widziałem jej od dawna. Nasze spotkania i tak były sporadyczne, ale tym razem przerwa wydawała się szczególnie długa. Nie potrafiłem nawet powiedzieć, ile już minęło – może pół roku, może więcej…
Potem wyjechała na w pełni finansowane warsztaty malarskie. W międzyczasie porzuciłem studia i przeprowadziłem się do babci – już po jej wyjeździe.
– Cześć – odpowiedziałem, być może trochę za cicho.
Holly, choć przypominała swoją starszą siostrę, była nieco niższa, a jej mocno kręcone, ciemnobrązowe włosy sięgały lekko za ramiona. Miała uroczy, promienny uśmiech, który nadawał jej twarzy ciepła i radości. Jej skóra była opalona i gładka, a rysy twarzy – delikatne i symetryczne. Oczy miała takie jak Chloe – duże, głębokie, o ciepłym, brązowym odcieniu.
Gdy tylko ją zobaczyłem, odniosłem wrażenie, że coś się zmieniło. Była jakaś… piękniejsza . Oczywiście zawsze uważałem ją za ładną, ale teraz wydawała się inna – promienna, zadowolona, jakby z jej ramion spadł jakiś ciężar.
Wyglądała na… naprawdę szczęśliwą.
Może to właśnie te warsztaty, na które tak bardzo chciała pojechać, przyniosły jej tyle radości? A może… coś jeszcze? Nie wiedziałem, co to dokładnie było, ale jej widok sprawił, że poczułem lekkie ukłucie w sercu. Nie był to ból – raczej coś zupełnie innego.
– Siadajcie, już wszystko gotowe – powiedziała Chloe, nakładając pieczone ziemniaczki na półmisek.
Gdyby się nie odezwała, pewnie dalej stałbym tam i gapił się na Holly jak jakiś skończony kretyn…
A może rzeczywiście nim byłem?
Usiadłem do stołu. Naprzeciwko – ona . Zacząłem unikać jej spojrzenia, żeby znów nie zatracić się w tych oczach.
– Ojej, co ci się stało? – zapytała nagle z troską.
– Yyy… co? – wymamrotałem.
– Twoje oczy… Masz jakąś alergię?
– Ach, nie. To tylko zmęczenie – rzuciłem, starając się brzmieć obojętnie.
Chloe podeszła do stołu i również zaczęła mi się przyglądać. Poczułem się niezręcznie, gdy obie wlepiały we mnie wzrok.
– Faktycznie… – mruknęła z przejęciem. – Nie masz przypadkiem jakiegoś zapalenia?
– Nic mi nie jest, serio – zapewniłem. – Obiad zapowiada się pysznie! – dodałem, zerkając na jedzenie.
– Mam nadzieję, że wam zasmakuje.
– Mnie na pewno – rzucił Roy, wchodząc do kuchni.
Bez wahania nałożył sobie trzy sztuki mięsa na talerz.
– Misiu, podasz mi tej zielonej surówki? – zapytał z łobuzerskim błyskiem w oku.
W tej samej chwili, razem z Chloe, sięgnęliśmy po miskę i popatrzyliśmy na siebie, lekko zdezorientowani. Roy wybuchnął śmiechem.
– Tak myślałem, haha! – zaklaskał w dłonie. – Przepraszam, skarbie – zwrócił się do Chloe. – Chciałem tylko sprawdzić, czy Xavier zareaguje na swoją nową ksywkę. Zatem postanowione! Od dzisiaj jest naszym Misiem .
Chloe spojrzała na niego, marszcząc czoło – najwyraźniej nie rozumiała, o co chodzi. Holly zachichotała.
Mój wzrok odruchowo powędrował w jej stronę. Na twarzy pojawił mi się uśmiech, jakby to było najbardziej naturalne na świecie. Szybko jednak się opamiętałem i podałem Royowi surówkę.
– Możesz być też Panem Misiem, jeśli to ci bardziej odpowiada.
– Niech tak będzie – parsknąłem.
– Nawet urocze. Pasuje do ciebie – przyznała Holly.
Poczułem, że zapiekły mnie uszy.
Obiad był znakomity. Soczyste kawałki mięsa rozpływały się w ustach, pieczone ziemniaki miały idealnie chrupiącą skórkę, a świeże, lekkie surówki dopełniały całość smakiem. To był pierwszy porządny posiłek, jaki zjadłem od dłuższego czasu – sam rzadko coś gotowałem. Moja codzienna dieta opierała się głównie na pieczywie i mrożonkach, którym daleko było do tego, co miałem dziś na talerzu.
Gdy wszystko zostało zjedzone, Chloe zaczęła sprzątać ze stołu, ale Roy natychmiast ją upomniał:
– Pamiętasz, co mówiła pani doktor?
Sam zabrał się za zbieranie talerzy.
– Nic mi nie będzie. Idźcie sobie posiedzieć na werandzie.
– Nie ma mowy. Ja to zrobię – zadeklarowałem. – Chociaż w ten sposób mogę wam się odwdzięczyć za pomoc z rzeczami babci i za obiad.
– Nie wygłupiaj się – rzucił Roy.
– Jest dziś taka piękna pogoda – powiedziałem, zabierając talerze z jego rąk. – Skorzystajcie z niej. Oboje zasługujecie na trochę odpoczynku.
– Właśnie – odezwała się Holly, sięgając po sztućce.
Roy zerknął na Chloe, która usilnie chciała w czymś pomóc.
Chwycił ją za rękę.
– Dziś dużo już zrobiłaś. Znacznie więcej, niż powinnaś…
– Holly mi pomagała.
– Miałaś się oszczędzać…
– To nic takiego.
– Nasi goście wszystkim się zajmą – dodał z lekkim uśmiechem, wymieniając z nią porozumiewawcze spojrzenie. Chyba myślał, że tego nie zauważę.
– No, tak. Masz rację, muszę odpocząć – przyznała bez dalszych dyskusji, podtrzymując jego narrację. – Dziękuję wam! – zawołała z przedpokoju, gdy Roy prowadził ją w stronę wyjścia.
Holly zachichotała, ale tym razem nie popatrzyłem w jej stronę – maksymalnie skupiałem się na robocie.
– Jak było na warsztatach? – zagadnąłem, zrzucając do kosza resztki jedzenia z talerzy.
– Super! – przyznała z entuzjazmem. – Tak bardzo się cieszę, że udało mi się tam dostać.
Miałem rację. To dzięki temu była taka szczęśliwa.
– Roy wspominał, że wygrałaś ten wyjazd w konkursie. To prawda?
– Tak. Pięć osób, których prace były najlepsze, otrzymało wyjazd za darmo. W innym wypadku mogłabym o tym tylko pomarzyć – mówiła, płucząc sztućce pod bieżącą wodą. – Uwierz, trzeba mieć naprawdę, naprawdę dużo forsy, żeby tam pojechać.
– Wyobrażam sobie – odpowiedziałem, odbierając je od niej i wycierając do sucha ściereczką. – A co namalowałaś?
– Wiesz, chciałam, żeby ten obraz naprawdę przyciągał uwagę. Dlatego dodałam do niego wiele szczegółów, by każdy mógł znaleźć w nim coś dla siebie – wyjaśniła. W jej głosie słychać było pasję.
Uniosła głowę i spojrzała mi prosto w oczy. Było w nich coś głębokiego, przenikliwego – coś, co przyspieszyło bicie mojego serca. Przez ułamek sekundy zapomniałem, gdzie jestem i co robię.
– Na środku płótna stał dom, w połowie spalony i zniszczony – kontynuowała. Przełknąłem głośno ślinę. – A druga połowa budynku była porośnięta bujnymi, zielonymi pnączami i mchem, jakby przyroda próbowała przywrócić domowi jego dawną świetność. Ten kontrast miał symbolizować jej moc i zdolność do odradzania się, nawet po zniszczeniu.
Oczy Holly błyszczały z ekscytacji. Chciałem odwrócić wzrok, ale nie potrafiłem. Z napięcia wstrzymałem oddech.
– Na ławce siedziała płacząca kobieta. Była odwrócona tyłem do domu, więc nie widziała, co się wydarzyło. Właśnie to chciałam wyrazić – mówiła z pewnością siebie. – Że nawet w najciemniejszych momentach życia, kiedy wszystko wydaje się stracone… wciąż istnieje szansa na nowy początek. Czasem przychodzi z zewnątrz, a czasem rodzi się w nas samych. – Urwała na moment i popatrzyła gdzieś w bok. – Wiesz… natura w obrazie to metafora leczenia ran i siły, które pozwalają przetrwać trudne chwile i odnaleźć nowy początek.
Holly pośpiesznie wytarła ręce.
– Zaczekaj, pokażę ci.
Poszła wyciągnąć coś z plecaka. Kiedy tylko odeszła, złapałem oddech, starając się uspokoić bijące serce i rozproszyć emocje, które wywołał sposób, w jaki na mnie patrzyła.
Co się ze mną dzieje? Najpierw dziewczyna w żółtej kurtce, a teraz… Holly?
– Spójrz – powiedziała, podając mi telefon ze zdjęciem obrazu.
– Wow, czegoś takiego się nie spodziewałem. Naprawdę piękny. – Zauważyłem, że jej policzki lekko się zaróżowiły. – Wytypowali go na pierwsze miejsce?
– Na czwarte – odparła z lekkim wzruszeniem ramion.
– To dziwne, bo twoja praca jest wybitna.
– Były lepsze, ale i tak uważam to za sukces.
– Oczywiście! A ta postać w czerwonej szacie, która stoi z tyłu?
Chciałem, żeby opowiedziała mi coś jeszcze. Widziałem, ile radości jej to sprawia.
– Może ja ciebie o to zapytam? Jak myślisz, kim lub czym ona jest? – założyła ręce na piersi i spojrzała na mnie wyczekująco.
Takiego obrotu spraw się nie spodziewałem.
Spróbujmy…
– Czerwień kojarzy się z siłą i determinacją, więc może to ucieleśnienie emocji? – zapytałem niepewnie.
– No, no! Co jeszcze?
– Może to też symbol zmagań tej kobiety. Albo jakiejś traumy – dodałem odważniej.
– Widzisz? Właśnie o to chodziło. – Uśmiechnęła się szeroko. – Człowiek patrzy na ten obraz i zaczyna się zastanawiać, co znaczą poszczególne elementy. Dlaczego kobieta płacze? Czy przez stratę domu? A może to coś więcej? Dlaczego dom został zniszczony? Czy to pożar? Co go wywołało? Dlaczego natura próbuje go odbudować? I kim jest ta postać w czerwonej szacie? Może to nie emocje kobiety, tylko jakiś demon? Pytań jest mnóstwo, a odpowiedzi jeszcze więcej.
– Naprawdę masz talent – powiedziałem, oddając jej telefon.
Znów się zarumieniła.
– Dzięki.
Staliśmy tak przez moment, patrząc na siebie.
– Umyję resztę, ty już dużo zrobiłaś – odezwałem się nagle, przerywając tę niezręczną chwilę ciszy. – Jaki masz teraz plan?
– Aktualnie biorę tę oto zieloną ściereczkę – oznajmiła, machając nią w dłoni. – A teraz zabieram się za wycieranie tego, co umyjesz. – Spojrzała na mnie z łobuzerskim uśmiechem.
Humor jej dopisywał. Lubiłem to.
– Ha, ha – rzuciłem z udawaną powagą, ale nie mogłem powstrzymać uśmiechu. – Mam na myśli plan na najbliższą przyszłość.
Zachichotała.
– Chciałabym zacząć malować, tak zupełnie na serio. Ale najpierw muszę znaleźć odpowiednie miejsce – westchnęła. – Mój pokój jest za mały. Ledwo udało mi się tam wcisnąć jedną sztalugę. Zresztą, moi rodzice na pewno ucieszyliby się, gdybym się wyprowadziła. Nie dlatego, że mnie nie kochają – parsknęła. – Po prostu od lat nie mieli mieszkania tylko dla siebie i mam wrażenie, że przez te trzy miesiące, kiedy mnie nie było, trochę odżyli. Gdybym miała już własną przestrzeń, w pierwszej kolejności malowałabym portrety na zamówienie, bo wychodzą mi całkiem nieźle. A w międzyczasie eksperymentowałabym z niezależnym ekspresjonizmem i surrealizmem.
Była naprawdę pochłonięta tematem i miała jasno określone plany. Malowanie wyraźnie sprawiało jej radość i dawało ogromną satysfakcję. A jednak nie mogłem pozbyć się pewnej wątpliwości.
Wiedziałem przecież, że to lubi… ale czy zawsze było to aż tak silne? Tyle razy o tym rozmawialiśmy. Jak mogłem tego wcześniej nie dostrzec?
Może przez cały czas widziałem ją wyłącznie przez pryzmat rodzinnych obiadów i wspólnych żartów przy planszówkach. Nie zauważyłem, że pod tym wszystkim kryje się ktoś z własną wizją i aspiracją.
Przecież ukończyła nawet dwuletnie studia artystyczne – musiała traktować to poważnie. A może to właśnie te warsztaty obudziły w niej nową falę pasji i zaangażowania?
– Widzę, że masz już wszystko przemyślane.
…szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego o sobie.
– Ostatnio trochę nad tym myślałam.
Milczałem. Nie wiedziałem już, co powiedzieć.
– Ja tak gadam i gadam, a nawet nie zapytałam, co u ciebie – zagadnęła.
Obawiałem się tego pytania. Co niby miałem jej powiedzieć? O moich problemach z samym sobą? A może o tym, że nie skończyłem studiów? Że nie mam pracy, żadnych umiejętności ani nawet ambicji?
Poczułem wstyd. Wstyd, że stoję w miejscu, choć wszystko wokół idzie naprzód.
– A wiesz, jakoś sobie radzę – odpowiedziałem wymijająco. – Szukam teraz pracy, bo powoli kończą mi się oszczędności. Kiedy jeszcze studiowałem, pracowałem jako kelner, więc Roy zaproponował mi, żebym u niego pracował. Ale nie chcę nadużywać jego uprzejmości. Już i tak wystarczająco pomógł mi przy pogrzebie i całej reszcie.
– Rozumiem. Bardzo mi przykro z powodu twojej babci. I przepraszam jeszcze raz, że nie było mnie na pogrzebie. Gdyby nie ten wyjazd…
– Daj spokój – przerwałem jej. – Nie masz za co przepraszać. Tak po prostu wyszło. Nie miałaś na to wpływu. To już wszystko – dodałem, opłukując ostatni półmisek i podając go Holly do wytarcia.
– Szybko poszło.
– Tak.
– To co, idziemy na werandę?
Ukłoniłem się lekko i wskazałem na drzwi.
– Panie przodem.
Wyszliśmy na podwórko skąpane w promieniach słońca. Było tak ciepło, że nikt z nas nie potrzebował ani kurtki, ani nawet bluzy. Chloe siedziała w półcieniu, wygodnie rozłożona na szerokim krześle, z nogami opartymi na kolanach Roya.
– Już? – zapytał zaskoczony. – Na pewno umyliście wszystko dokładnie?
– Naczynia lśnią, przyjacielu. Choć nie ukrywam, że talerze i miski były prawie czyste po tym, jak je tak ochoczo wylizałeś – zażartowałem, odgryzając się.
Dziewczyny wybuchnęły śmiechem.
– Bardzo mi smakowało – powiedział, klepiąc się po brzuchu.
Usiedliśmy obok nich, delektując się świeżym powietrzem. Zapach trawy wciąż był równie intensywny jak przedtem.
Miło było tak po prostu posiedzieć z przyjaciółmi.
Jedyne, czego mogłem teraz pragnąć, to spędzać każdy dzień w podobny sposób. Może niekoniecznie leniuchując na werandzie, ale dzieląc czas z… rodziną.
Bo właśnie tym dla mnie byli.
Rodziną.
Jedynymi, którzy zostali przy mnie, gdy ich potrzebowałem. Jedynymi, którym naprawdę na mnie zależało. Jedynymi, których miałem.
Spojrzałem na ich twarze. Ich uśmiechy były jak dawka energii na cały dzień, a oczy emanowały ciepłem i troską.
Holly, w przeciwieństwie do pozostałych, przyciągnęła mój wzrok na dłużej. Doszedłem do wniosku, że dziś zdecydowanie przestałem postrzegać ją jako młodszą koleżankę. Teraz widziałem w niej kobietę – kobietę utalentowaną, pełną pasji i optymizmu.
Podobało mi się jej poczucie humoru i to, jaka jest radosna. Widząc jej uśmiech, nie mogłem powstrzymać własnego. Bez wątpienia nie brakowało jej niczego, ani w osobowości, ani w… wyglądzie.
Jej cera była gładka, a w dotyku musiała przypominać jedwab. Promienie słońca uwydatniały naturalny koloryt skóry, nadając jej zdrowy, ciepły blask. Urocze loczki, które opadały na jej ramiona, podkreślały intensywny kolor tych dużych, błyszczących oczu.
Tylko przez ułamek sekundy przemknęło mi przez myśl, jak dobrze byłoby widzieć ją codziennie.
– Xavier? – rzucił nagle Roy.
Jego głos wyrwał mnie z zamyślenia. Aż lekko podskoczyłem.
– Co? – zapytałem zdezorientowany.
– Pytałem, czy masz już zaplanowaną jakąś rozmowę kwalifikacyjną. Mówiłeś, że wysyłałeś gdzieś swoje zgłoszenia. Odezwał się ktoś?
– Pojutrze mam spotkanie z menedżerem tej knajpy u Evergreenów.
– I miałbyś tam pracować jako kelner? – uniósł brew.
– No… tak. Wiesz, że nie mam żadnych lepszych kwalifikacji. Zamiast chodzić na tę uczelnię, mogłem postawić na kursy – mruknąłem bardziej do siebie.
– To lepiej zostań nim u mnie – powiedział stanowczo. – Ile ci zaproponowali?
– Jeszcze nie padła żadna kwota. Dowiem się wszystkiego na rozmowie.
– Okej, ale moim zdaniem… – zaczął.
– Roy, proszę – przerwałem mu. – Wiesz, że nie chcę cię wykorzystywać. Już tak wiele ci zawdzięczam.
– Ach, przestań – machnął ręką.
– No właśnie, Xavi – wtrąciła Chloe. – O co ci chodzi? Przecież to nie byłaby jałmużna, tylko normalne wynagrodzenie za pracę.
– Niby tak…
– Penny poszła na urlop macierzyński – kontynuowała. – Dobrze by było, jakby Roy miał u siebie kogoś, komu w pełni może ufać.
– No… – zawahałem się.
Może rzeczywiście Roy mnie potrzebował?
– Przemyślisz to jeszcze? – zapytała z delikatnym uśmiechem. Biła od niej troska.
– Okej, przemyślę – odwzajemniłem uśmiech.
– No i to mi się podoba! – zawołał z radości Roy. – Naprawdę bardzo byś mi się przydał. Hols, a ty byś nie chciała? – zwrócił się do niej z nadzieją.
– Dorywczo mogę wpadać, ale na stałe nie dam rady.
– No trudno… Czy ze mną jest coś nie tak? – westchnął teatralnie, unosząc ręce. – Dlaczego nikt nie chce u mnie pracować? Przecież jestem dobrym szefem, potulnym jak…
– Jak miś? – dokończyłem.
– Jak Pan Miś – poprawił mnie. Wszyscy znów się zaśmialiśmy. – To naprawdę pasuje do ciebie, Xav.
– A powiecie nam w końcu, skąd się wzięła ta ksywka? – dociekała Chloe z rozbawieniem.
– No spójrzcie tylko na tę mordkę – rzucił, łapiąc mnie za twarz i ściskając policzki. – Słodki jak misiaczek z reklamy kakao!
Chwyciłem go za nadgarstek i odepchnąłem jego rękę.
– Bez takich mi tu! – oburzyłem się przez śmiech. – Nie przy kobietach.
– Przecież to komplement!
– Tak! – wypaliła nagle Holly. Wszyscy aż podskoczyliśmy, niepewni, co się stało.
– O co chodzi? – spytała Chloe.
– Dostałam odpowiedź! – odparła, zerkając na telefon. – Jutro jadę obejrzeć jedno z mieszkań, które wypatrzyłam w sieci. Ciekawa jestem, jak wygląda na żywo.
– Mieszkanie? Gdzie?
– Niedaleko baru – rzuciła krótko, stukając w ekran.
– Miałabyś blisko do pracy – zauważył Roy i uśmiechnął się zawadiacko.
Holly spojrzała na niego spode łba, na co ten podniósł obie ręce w geście poddania.
– Okej, już odpisałam, że będę – odłożyła telefon i wróciła do rozmowy. – Kojarzycie ten wielki, stary budynek? Taki z belkami dookoła. Ma dużo okien… na pewno wiecie który.
– Nie mów, że to tam – wykrztusił Roy. – Przecież wygląda, jakby zaraz miał się zawalić.
– Nie, nie. To mieszkanie jest naprzeciwko. Widok z okna może nie byłby najpiękniejszy, ale lokalizacja jest dobra. Zresztą, słyszałam, że podobno mają remontować tę ruinę.
– To może zostaniesz na noc, a ja cię jutro podrzucę? – zaproponował.
– Dzięki, ale muszę dziś wrócić do domu – odpowiedziała, zaczesując palcami włosy za ucho.
– Dlaczego? – zapytała Chloe. – Rodzice aż tak cię kochają? – uniosła lekko kącik ust.
– A co, zazdrosna? – zachichotała. – Po prostu mam dziś jeszcze pewne spotkanie – dodała, rumieniąc się.
Nie wiedziałem, czemu, ale poczułem delikatne ukłucie w środku. Nieprzyjemne, choć sam nie umiałem go nazwać.
– Spotkanie? Jakie spotkanie? – zainteresował się Roy.
Nasze spojrzenia przecięły się na krótką chwilę. Holly szybko odwróciła wzrok i założyła nogę na nogę, jakby starała się zapanować nad własną reakcją.
– Z Masonem – wybąkała. – Idziemy dziś na kolację.
Na dźwięk tego imienia poruszyłem się niespokojnie. Starając się to ukryć, podrapałem się po ręce, udając, że mnie zaswędziała.
– Z Masonem? – Chloe opuściła nogi na ziemię. – Co to za Mason? – Uniosła brew.
Dzięki, Clo.
Zżerała mnie ciekawość, ale nie miałem odwagi zapytać sam.
– Dawny kolega ze szkoły. Czasem pisaliśmy, więc uznaliśmy, że się spotkamy. – Zerknęła krótko na telefon.
Roy posłał mi spojrzenie, które mówiło: „Widzisz, co narobiłeś?”, ale ja akurat byłem zajęty analizą paznokcia na prawej dłoni. Nagle wydał się… wyjątkowo interesujący.
– Fajny jest? Czym się zajmuje? – zagadnęła Chloe.
– Fajny, fajny. Studiuje medycynę i jest jednym z najlepszych na roku.
Miał zostać lekarzem – kimś, kto pomaga chorym ludziom. Szlachetny zawód. Sam mógłbym wybrać taką drogę… gdybym tylko nie zaprzepaścił swojej szansy na uczelni.
– A pracuje gdzieś? – wtrącił Roy.
– Na razie dorywczo, jako sprzedawca w sklepie ze zdrową żywnością. Na wakacje ma zapewniony udział w takim specjalnym programie w szpitalu. Będzie obserwował pracę lekarzy.
Nasze oczy znów spotkały się na ułamek sekundy, po czym oboje odwróciliśmy wzrok, udając, że skupiamy się na czymś innym.
Dlaczego to robiła? Dlaczego my oboje to robiliśmy?
– Uuu… – zawyła Chloe z aprobatą. – Wydaje się być w porządku.
Tak.
Był facetem z planem na siebie i dobrą przyszłością – zupełnym przeciwieństwem mnie. Ja byłem tylko kelnerem, bez wykształcenia, bez pomysłu na życie. Co właściwie mogłem zaoferować drugiej osobie?
Do tej pory to ja byłem tym, który polegał na innych, a nie tym, na kim można polegać. To ja miałem dług wdzięczności wobec przyjaciół, to ja zmagałem się z napadami lęku, które wydawały się nie do pokonania. Byłem tylko słabym ogniwem, w dodatku zbyt ślepym, by w porę dostrzec, że Holly mogłaby być dla mnie kimś więcej – kimś, kogo ostatnio zaczęło mi desperacko brakować.
Ostatecznie… może to i lepiej, że tak się stało. Nawet gdyby coś między nami zaistniało, nie potrafiłbym dać jej tego, na co zasługiwała. Byłbym dla niej jedynie źródłem zmartwień i ciężarem, zamiast stanowić prawdziwe wsparcie.
Teraz w jej życiu pojawił się Mason – chłopak, który zobaczył w niej to, czego ja nie widziałem. Tylko… czy będzie dla niej wystarczająco dobry? Czy rzeczywiście ją uszczęśliwi i nigdy jej nie zawiedzie? Może i ma swoje plany na przyszłość, ale czy jego aspiracje mówią cokolwiek o jego prawdziwej naturze? Jakie są jego wartości i przekonania?
Dalej, Clo, zapytaj o coś jeszcze! Chcę… Muszę dowiedzieć się o nim czegoś więcej.
– Opowiesz nam o nim coś jeszcze? – zapytała, jakby wyczytała to z moich myśli.
– Jest miły i troskliwy. Inteligentny i wrażliwy… – odpowiedziała, uśmiechając się.
Patrzyłem na nią ukradkiem, zastanawiając się, jak wielkim idiotą musiałem być, że nie posłuchałem Roya. Od dawna powtarzał, że pasujemy do siebie, a ja uparcie ignorowałem jego rady. Skąd we mnie ten upór? Przecież…
STOP!
Co się ze mną, do cholery, dzieje?!
Dopiero co uświadomiłem sobie, że nie jestem dla niej odpowiedni. Dlaczego teraz, gdy już pogodziłem się z tą myślą, znowu żałuję, że nic nie zrobiłem?
– I jaki jeszcze? – dociekała Chloe.
– Przystojny. Nawet bardzo.
– Aż tak?
– No… – mruknęła, odwracając wzrok, jakby trochę zawstydzona. – Ma złociste włosy i błękitne oczy.
– Czyli książę z bajki – rzucił Roy, a w jego głosie dało się wyczuć nutę sarkazmu.
– Właściwie… tak – przyznała Holly, może odrobinę z przekąsem.
Poczułem mrowienie na skórze, mięśnie się napięły, a serce przyspieszyło. Przez moment pomyślałem, że to nadchodzący napad paniki, ale tym razem było inaczej. Zamiast znajomego lęku, towarzyszyła mi intensywna, niemal elektryzująca energia. Coś nowego. Jakby moje ciało reagowało na impuls, którego wcześniej nie znało.
Czy… czy to była… zazdrość?
Jeśli tak, mogło to oznaczać tylko jedno – naprawdę zaczynałem coś do niej czuć. Tylko co to było? Zauroczenie? Czy to możliwe, by pojawiło się tak nagle i niespodziewanie?
Nie.
To na pewno nie mogło być to. Przecież znaliśmy się od kilku lat! Może po prostu zbyt mocno zainspirowała mnie swoją pasją i podejściem do życia. A to sprawiło, że poczułem się z nią emocjonalnie związany – jako przyjaciel. Teraz mogłem jedynie czuć potrzebę ochrony jej przed potencjalnym zranieniem.
Może gdybym wiedział o tym chłopaku coś więcej… może wtedy byłoby inaczej?
– To kiedy go poznamy? – spytała Chloe.
– Clo… – mruknęła Holly.
– No co?
– Znam go od dawna, ale… nasza obecna relacja jest jeszcze dość świeża.
– No dobra, dobra – mruknęła. – Ale po spotkaniu dasz mi znać, jak poszło?
Holly westchnęła, przewróciła oczami i pokręciła głową.
– Hej, jesteś moją młodszą siostrą. Muszę wiedzieć wszystko !
– Okej, porozmawiamy – odparła z lekkim uśmiechem.
– Trzymam cię za słowo – powiedziała Chloe, unosząc palec.
– Dobra! – Roy klasnął w dłonie i potarł ręce. – To co, czas na deser?
– Serio? Jeszcze coś zmieścisz? – zdziwiła się.
– Oczywiście! – klepnął się z zadowoleniem po brzuchu.
– W zamrażalniku są lody.
– To idę nakładać.
– Ja podziękuję – wtrąciłem, udając, że sprawdzam godzinę. – Muszę się już zbierać.
Nie byłem pewien, czy dłuższe przebywanie w towarzystwie Holly nie sprawi, że całkowicie zwariuję.
– Na pewno? – zapytał Roy.
– Moose pewnie się niecierpliwi – rzuciłem, wstając od stołu. Nie miałem lepszej wymówki.
– Następnym razem zabierz go ze sobą – poprosiła Chloe. – Uwielbiam tego psiaka.
– Nie ma sprawy.
– Ro… może teraz, gdy jestem w domu, moglibyśmy… – zaczęła.
– Kochanie… – wszedł jej w słowo i objął ramieniem. – Zaczekaj, aż urodzi się mała, a wtedy dopiero pomyślimy o koledze dla Moose’a, okej?
– No dobrze, dobrze – dała mu buziaka. – Ale… skąd ta pewność, że to będzie dziewczynka? Chyba nie rozmawiałeś z lekarzem za moimi plecami? – oburzyła się, marszcząc brwi.
– Kto wie – uśmiechnął się łobuzersko.
– Roy!
– Żartuję, żartuję. Po prostu takie mam przeczucie. Przysięgam.
Chloe spojrzała na niego podejrzliwe, ale odpuściła. Podeszła się ze mną pożegnać.
– Dzięki za pyszny obiad, i w ogóle, za świetne towarzystwo – powiedziałem, tuląc ją delikatnie.
– Jeśli masz ochotę, to wpadaj nawet codziennie – uśmiechnęła się szczerze.
– Bez przesady. Szybko miałabyś mnie dość – zaśmiałem się.
– Skoczę tylko po klucze i cię odwiozę – zaproponował Roy.
– Nie trzeba. Skoro nie pada, wolę się przejść.
– Ja też już muszę iść – stwierdziła Holly. – Niedługo mam autobus.
– Hej, nie wygłupiajcie się! Odwiozę was.
– Zostań z Chloe, poradzimy sobie – zapewniła.
– Właśnie – przytaknąłem. – Spędźcie razem miły wieczór. Od jutra pewnie znowu będziesz siedział cały dzień w barze, co?
– Dobra, jak chcecie. Ale odprowadź ją na przystanek, okej? – zwrócił się do mnie.
– Jasne – zgodziłem się, choć świadomość, że zostanę z nią sam na sam, lekko mnie stresowała. Nie byłem pewien, co głupiego może strzelić mi do głowy. Ale co miałem zrobić? I tak szliśmy w tym samym kierunku.
Roy puścił do mnie oko, a ja tylko przewróciłem oczami.
Razem z Holly wróciliśmy do środka po swoje rzeczy. Pożegnała się z siostrą, całując ją w policzek i czule pogłaskała jej brzuszek.
– Pa! – powiedziała bardziej do maluszka, niż do niej.
– Dajcie znać jak będziecie już w domach – poprosiła Chloe.
– Pewnie. Cześć! – pożegnałem się z przyjaciółmi i ruszyliśmy w stronę przystanku.
Przez chwilę szliśmy w zupełnej, niemal niezręcznej ciszy. Biłem się z myślami, usilnie starając się nie analizować tego, co się między nami zmieniło. A raczej tego, jak ona zmieniła się w moich oczach. Dlaczego stało się to tak szybko i nagle?
Nie chcąc wyjść na gbura, zastanawiałem się, jak zainicjować rozmowę. A gdy w końcu zdecydowałem się zapytać, czy wie coś o jutrzejszej pogodzie, odezwała się pierwsza:
– Mam jakieś złe przeczucie.
– Odnośnie czego?
Nie zrozumiałem, co ma na myśli. Czyżby chodziło o spotkanie z Masonem?
– To mieszkanie… – odpowiedziała, marszcząc brwi. – Mam wrażenie, że coś będzie nie tak.
Ach, tak… Mieszkanie. Zupełnie o nim zapomniałem.
– Ale co dokładnie? Martwisz się, że będzie brzydkie, czy że sąsiedzi będą puszczać techno o drugiej w nocy? – zapytałem z lekkim uśmiechem.
– Raczej, że cena będzie za wysoka.
– Nie podali jej w ogłoszeniu? – uniosłem brwi.
– Nie. Trochę dziwne, prawda? Może jest tak wysoka, że bali się odstraszyć ludzi.
Holly wyglądała na przygaszoną. Przypomniałem sobie, jak bardzo się cieszyła, kiedy tylko dostała wiadomość od właściciela. Naprawdę jej zależało na tym mieszkaniu.
– Może to tylko jakaś pomyłka – spróbowałem podnieść ją na duchu. – Ile tam jest pokoi?
– Dwa, jeśli liczyć sypialnię jako jeden, a mały salon połączony z kuchnią jako drugi. No i łazienka – wyliczyła.
– W takim razie nie powinno być aż tak drogo.
Serio, Xav? Naprawdę? To wszystko, na co cię stać? „Nie powinno być aż tak drogo”?
Żenada…
Dlaczego nie potrafiłem powiedzieć nic, co naprawdę by ją pocieszyło?
– Słuchaj, może… – zacząłem, zbierając się na odwagę.
– Hmm? – mruknęła.
No dalej, wyduś to.
– Jeśli chcesz, mogę… mogę pojechać tam z tobą – wymamrotałem. – Co ty na to?
Zatrzymała się i spojrzała na mnie ze zdziwieniem. Najwyraźniej się tego nie spodziewała – w końcu nigdy wcześniej nie spotkaliśmy się sam na sam, tylko przy okazji wspólnych obiadów u Chloe i Roya czy wieczorów gier.
Teraz jednak nie potrafiłem odczytać z jej twarzy, czy to była reakcja pozytywna, czy negatywna..
Co ja w ogóle zrobiłem? Co za głupota!
Na odkręcenie tej propozycji było już za późno. Z nerwów słowa zaczęły mi się wymykać jak wodospad niekontrolowanych myśli:
– Byłoby ci raźniej, gdybyś nie była sama. A ja nie mam z tym żadnego problemu. Wskoczę w autobus i pół godziny później będę na miejscu. To naprawdę nie jest daleko. Zresztą i tak nie mam w domu zbyt wiele do roboty. Jedyne, co mam zaplanowane, to rozmowa kwalifikacyjna… ale dopiero pojutrze. Jutro mam całkowicie wolny dzień. Powiedz mi tylko, o której godzinie jest to spotkanie i, na wszelki wypadek, podaj pełny adres, a zjawię się na pewno – zakończyłem tę chaotyczną wypowiedź, śmiejąc się nerwowo.
Z emocji sam nie wiedziałem, czy to wszystko miało jakikolwiek sens. Tylko jedno było pewne… Gdybyśmy byli postaciami z kreskówki, podbródek Holly z hukiem opadłby na ziemię, ukazując jej głęboki szok.
– Wow, Xavier – wybąkała, po czym szeroko się uśmiechnęła. – Mówisz poważnie?
Ucieszyła się! Nawet bardziej, niż mógłbym przypuszczać. Zwłaszcza po jej pierwszej reakcji na mój bełkot.
Nie wzięła mnie za wariata. Może nie będzie tak źle? Może jednak coś…
Nie, stop! Uspokój się.
– Pewnie – rzuciłem, udając wyluzowanego. – Nie ma problemu.
Podskoczyła nagle i klasnęła w ręce jak małe dziecko.
– Jestem umówiona na dwunastą. Już wysyłam ci adres – powiedziała, wyciągając telefon. – Kurczę, ale się cieszę!
W jej oczach znów pojawił się ten sam błysk, co wtedy, gdy opowiadała mi o swoich planach. Znów przemknęło mi przez myśl, że mógłbym patrzeć na nią taką szczęśliwą każdego dnia.
– Wysłane. O nie! – jęknęła. – Mam trzy minuty do autobusu. Biegiem! – krzyknęła ze śmiechem i pomknęła przed siebie.
– Hej, zaczekaj! – zawołałem, ruszając za nią. – Miałem cię odprowadzić!
Dobiegliśmy do przystanku zaskakująco szybko. Na miejscu nie było jednak nikogo.
– Myślisz, że zdążyliśmy? – wysapała, łapiąc oddech.
– Nie jestem pewien… ale chyba tak. Rzadko przyjeżdżają punktualnie, a tym bardziej przed czasem.
– Skąd ty masz… tak dobrą kondycję? – dodała, zaskoczona moją spokojną postawą.
Skupiłem się na swoim oddechu i zauważyłem, że jest regularny, jak po zwykłym spacerze. W ogóle nie czułem zmęczenia.
– Sam nie wiem. Może to adrenalina? – zaśmiałem się. – Wystraszyłem się, co może zrobić mi Roy, jak się dowie, że pozwoliłem ci dotrzeć do przystanku beze mnie.
Zachichotała, wciąż próbując opanować oddech.
– Jednak zdążyliśmy – powiedziałem, wskazując głową na nadjeżdżający autobus.
– Rzeczywiście – przyznała, odgarniając włosy z czoła. – Dobrze, że się udało.
– W przeciwnym razie mogłaby ci przepaść randka – rzuciłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Uśmiechnąłem się, choć wcale nie było mi do śmiechu.
Głupek…
– Właśnie – odpowiedziała, nie zauważając mojej uszczypliwości.
W środku aż mnie skręcało na myśl, że to ktoś inny spędzi z nią ten wieczór.
– Czyli… do zobaczenia jutro? – zapytała.
– Tak, będę na pewno.
– Super. To pa!
– Cześć.
Lekko ścisnęła moje przedramię.
– Miło było znów cię zobaczyć – dodała z ciepłym uśmiechem.
Nie dała mi już szansy, by palnąć coś głupiego. Wsiadła do autobusu, zostawiając mnie samego z tą myślą.
Usiadła przy oknie, więc odruchowo pomachałem jej na pożegnanie. Gdy tylko zniknęła za zakrętem, odwróciłem się i ruszyłem w stronę domu, próbując okiełznać ten chaos w głowie.Rozdział 3
Alergia
Moose przywitał mnie z entuzjazmem, radośnie szczekając i kręcąc się wokół moich nóg. Gdy w końcu się uspokoił i załatwił swoje sprawy, pogłaskałem go i weszliśmy do domu.
– Chcesz przysmak? – zapytałem z uśmiechem.
Moose od razu pognał do kuchni, gdzie stał słoik z jego ulubionymi kąskami. Merdał ogonem i patrzył na mnie wyczekująco.
Rzuciłem kurtkę na szafkę i poszedłem za nim, gotów spełnić jego małe życzenie.
Po kilku komendach i głośnym mlaśnięciu Moose’a, który z zadowoleniem chrupał swoje przysmaki, oparłem się o blat i zacząłem zastanawiać się czym się zająć.
Nie należałem do najbardziej cierpliwych osób, więc nie mogłem się doczekać jutrzejszego spotkania z Holly. Choć miałem jej tylko towarzyszyć podczas oglądania mieszkania, cieszyłem się, że spędzimy razem trochę czasu.
Jednocześnie czułem lekki stres. Bałem się, że odstraszę ją od siebie jakimś głupim zachowaniem. Albo – wręcz przeciwnie – że w jakiś sposób ją do siebie przyciągnę. Moje myśli były ze sobą sprzeczne. Sam nie wiedziałem, czego chcę.
Szczerze pożałowałem, że coś się między nami zmieniło. Przedtem wszystko było prostsze. Nie musiałem analizować każdego słowa ani zastanawiać się, jak się zachować. Teraz za wszelką cenę próbowałem się nie wygłupić, co – paradoksalnie – tylko sprawiało, że robiłem z siebie jeszcze większego idiotę.
Westchnąłem i usiadłem na krześle, pogrążając się w myślach. Mimowolnie przypomniałem sobie jej uśmiech, duże, ciemne oczy, lekko zarumienione policzki i te urocze loczki. Wcześniej mogłem być zbyt młody i niedojrzały, by zauważyć, jaka jest wspaniała, ale od tamtej pory chyba… wydoroślałem. Szkoda tylko, że wciąż miałem problem z własnymi myślami i nie radziłem sobie z niektórymi aspektami życia.
Mimo to zaczynałem w końcu dostrzegać, czego mi brakowało i co powinienem w sobie zmienić. Dzięki ambicjom Holly zrozumiałem, że przede wszystkim muszę podnieść sobie poprzeczkę – znaleźć dobrą pracę albo hobby… jakiś pomysł na siebie. Tylko czym mogłoby to być? W czym tak naprawdę mógłbym się sprawdzić?
Rozejrzałem się po kuchni i pomyślałem o gotowaniu. Miło byłoby spróbować swoich sił i nauczyć się przyrządzać smaczne obiady, by zapraszać przyjaciół. Może wtedy Holly zobaczyłaby we mnie kogoś, kto nie jest aż tak beznadziejny?
Tylko jakie to właściwie miało znaczenie, skoro dziś miała spotkać się z Masonem?
On – przyszły lekarz. Troskliwy, inteligentny, przystojny… Oczywiście, że był dla niej kimś lepszym niż ja.
Ciekawe, czy będą się dobrze bawić.
Czy przy nim też będzie miała ten sam błysk w oczach, co dziś przy mnie?
I nie tylko uśmiech, ale tę prawdziwą radość, którą emanowała, kiedy rozmawialiśmy.
Zerwałem się na nogi i ruszyłem do łazienki, żeby ochłonąć pod prysznicem. Musiałem działać spontanicznie, bo myśli zbyt często pochłaniały mnie na długie godziny. Dziś nie mogłem na to pozwolić.
Po kąpieli przyjrzałem się sobie w lustrze. Wyglądałem obco.
Oczy wydawały mi się jeszcze bardziej czerwone niż po południu. Mrugnąłem kilka razy, czując, jak ogarnia mnie niepokój.
Wziąłem głębszy oddech.
Długi dzień, za dużo emocji. To tylko zmęczenie, wmówiłem sobie.
Wilgotne ciemnobrązowe kosmyki kleiły mi się do czoła. Zaczesałem je do tyłu, potem na bok, zastanawiając się, czy nie powinienem w końcu zmienić fryzury. W każdej z tych wersji czułem się jakoś… nieswojo.
Westchnąłem i wytarłem włosy do sucha, zostawiając je w znajomym, naturalnym nieładzie.
Przesunąłem palcami po kościach policzkowych i wyraźnie zarysowanej szczęce.
Ciekawe, jak wyglądałbym z brodą – przeszło mi przez myśl.
Nie uważałem się za brzydkiego, ale… może dodałaby mi powagi? Sprawiłaby, że wyglądałbym bardziej męsko i… atrakcyjnie ?
Nie miałem okazji się o tym przekonać. Kępki pojedynczych włosków były żałosną imitacją zarostu, dlatego co kilka dni skazany byłem na maszynkę i gładką twarz.
Po umyciu zębów poczłapałem do sypialni i padłem na łóżko. Chwilę później dołączył do mnie Moose. Rozciągnął się obok i spojrzał na mnie z nadzieją.
Znałem ten wzrok – liczył na drapanie za uchem.
Nie dałem się prosić.
Wolną dłonią odblokowałem telefon. Jedna nieodczytana wiadomość.
Na ułamek sekundy uwierzyłem, że to ona.
Serce podeszło mi do gardła.
Okazało się, że to Roy.
Powietrze uciekło ze mnie z cichym sykiem.
: Wszystko okej? Dotarłeś do domu?
: Tak. Sorry, zapomniałem dać znać. Holly wsiadła bezpiecznie do autobusu.
Kiedy pisałem jej imię, poczułem dziwne ukłucie w mostku.
: Dzięki. Fajnie, że wpadłeś. Chloe ucieszyła się, że mogła się z wami zobaczyć. Już obmyśla okazję do kolejnego spotkania.
: Wciąż chcecie nas zeswatać?
Zapytałem z ciekawości.
Tylko z ciekawości.
: Oczywiście, że tak.
: Nawet po tym, jak Holly przyznała, że ma dziś randkę?
: Błagam cię… To jedno spotkanie. Nie biorą przecież ślubu.
: Wiesz, Mason wydaje się być całkiem w porządku.
: Może i tak, ale nie jest tobą, kretynie!
: O co ci chodzi?
: A tobie? Co tak naprawdę ci w niej przeszkadza?
: Właściwie… nic. Dotarło do mnie, że jest wyjątkowa, taka…
Zacząłem pisać, ale szybko to skasowałem.
Nie wiedziałem, co zrobić.
Chciałem być z nim szczery. Powiedzieć o tym, co dziś poczułem. A może raczej, co wydawało mi się, że czuję.
Ale bałem się. Bałem się, że tylko niepotrzebnie go tym nakręcę, że zacznie mnie wypytywać albo gorzej – podjudzać do działania, na które wcale nie byłem gotów.
Sam nie byłem pewien, co się ze mną działo. Więc jak miałbym mówić o tym komuś innemu?
Zanim zdążyłem sklecić jakieś niewinne kłamstwo, napisał:
: Wiesz co? Nie chcę wiedzieć. Może po prostu kiedyś to zrozumiesz.
: Może… Jeszcze raz dzięki za dziś. Sam bym sobie nie poradził z rzeczami babci.
: Nie ma sprawy.
Odetchnąłem ciężko.
Musiałem włączyć serial i czymś się zająć, żeby przestać roztrząsać dzisiejszy dzień. Nie chciałem wracać ani do własnego bełkotu, ani – tym bardziej – do faktu, że Holly właśnie siedzi gdzieś z Masonem, śmieje się, rozmawia… może nawet trzymają się za ręce, albo… właśnie dzieje się coś, co zapamięta na długo.
Nie.
Nie chciałem o tym myśleć.
Nie miałem do niej żadnych praw… ale moje rozedrgane ciało najwyraźniej tego nie rozumiało.
Wpatrywałem się w ekran, łudząc się, że wciągnę się w akcję. Zmuszałem się, by śledzić fabułę, ale tak naprawdę tylko czekałem, aż umysł się podda.
I w końcu się poddał – zasnąłem.
Obudziło mnie niespokojne dreptanie małych łapek. Otworzyłem oczy, z trudem unosząc ciężkie powieki – za oknem było już widno. Leżałem na prawym boku, a tuż przed moją twarzą siedział Moose, patrząc we mnie wyczekująco.
– Już cię wypuszczam, daj mi chwilę – mruknąłem, próbując dojść do siebie.
Zerknąłem na telefon i uświadomiłem sobie, że przespałem niemal dwanaście godzin. Dwanaście godzin ciągłego, twardego snu – to raczej mi się nie zdarzało.
Nie chciałem, żeby Moose musiał czekać, aż się ubiorę, więc wyszedłem z nim w samej bieliźnie. Nie przejmowałem się tym, co mogliby pomyśleć sąsiedzi – i tak nikt nie mieszkał w pobliżu. Najbliższy dom, należący do państwa Davisów, znajdował się ponad trzysta stóp dalej, a oddzielała nas gęsta ściana lasu.
Pogoda dopisywała drugi dzień z rzędu. Ciepło promieni słońca sprawiło, że myślami znów wróciłem do wczorajszego popołudnia.
Nie mogłem też przestać zastanawiać się, jak poszła Holly randka z tym chłopakiem.
A co, jeśli Mason też zaproponował jej wspólne oglądanie mieszkania? Może… może Holly odwoła nasze dzisiejsze spotkanie?
Żeby się tego dowiedzieć, postanowiłem do niej napisać – ale nie chciałem zapytać wprost.
: Cześć! Będę na miejscu kwadrans wcześniej, bo tak mam autobus.
Czekałem na odpowiedź, stojąc w progu drzwi wejściowych i obserwując Moose’a, który kręcił się po podwórku, węsząc z zainteresowaniem. Choć nie wybraliśmy się dziś na spacer, wyglądał na zadowolonego.
Obraz wczorajszych wydarzeń w lesie znów stanął mi przed oczami. Przypomniałem sobie, co wtedy czułem – strach, bezsilność, wstyd przed dziewczyną w żółtej kurtce. A jednak dziś… te uczucia już mnie nie dręczyły. Nie wiedziałem, czy to zasługa długiego snu, czy może… czegoś więcej.
Przez moment pomyślałem, że rzeczywiście coś się we mnie zmieniło. Czy to możliwe, że poza tym, co poczułem do Holly, nieświadomie uporałem się też ze swoimi lękami?
W głębi siebie przeczuwałem, że to tylko chwilowe – że panika prędzej czy później wróci.
Panika i strach... ale przed czym, tak właściwie?
Tego wciąż nie odkryłem.
Po śmierci rodziców próbowałem terapii, ale psycholog nie powiedział mi niczego, co naprawdę by pomogło. Wspominał o stresie, urazie po stracie bliskich i braku pewności siebie. Owszem, odczuwałem to wszystko, ale… to nie było to. Mój strach miał inne źródło. Takie, którego sam nie potrafiłem zdefiniować.
Pozostało mi jedno – pogodzić się z tym i spróbować żyć normalnie.
Dźwięk wiadomości przerwał moje rozmyślania.
: Hej! Nie ma sprawy. Poczekam na ciebie na przystanku.
Będzie na mnie czekała!
Tylko… co z Masonem? Czy ich randka nie poszła aż tak dobrze? A może wcale nie złożył jej takiej propozycji? Albo… po prostu głupio było jej odwołać nasze spotkanie ze względu na naszą kilkuletnią znajomość?
Dręczyło mnie zbyt wiele pytań.
Moose wrócił do domu, więc poszedłem do łazienki. Przeglądając się w lustrze, zauważyłem, że moje oczy wróciły do normy – po czerwonych krwinkach nie było śladu. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że wszystkiemu winne było wczorajsze zmęczenie, które udało mi się odespać.