Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Hidden Obsession - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 lipca 2026
4632 pkt
punktów Virtualo

Hidden Obsession - ebook

Jedno spotkanie, o którym ona nie pamięta.

Jedno spotkanie, o którym on nigdy nie zapomni.

Lilliana Temblay spełnia swoje marzenie i wraz z rodzicami wylatuje na wakacje do Paryża. Tak jak myślała, stolica Francji wywiera na niej piorunujące wrażenie. Pod koniec pobytu ma jednak miejsce pewne zdarzenie. Na Lillianę wpada nieznajomy i oblewa ją kawą.

Ten incydent nie zmienia w życiu dziewczyny niczego, ale dla Laurenta Ferreiry ten dzień okazuje się przełomowy.

Nienawidzący spóźnień student prawa na prestiżowej uczelni nie potrafi przestać myśleć o nieznajomej z kawiarni i kiedy później przyjaciel podsuwa pomysł, by dowiedzieć się, kim była, Laurent postanawia odkryć jej tożsamość.

Wszystko zmienia jednak wiadomość otrzymana przez mężczyznę cztery lata później.

Dziewczyna, o której myślał tak obsesyjnie, wraca na stałe do Paryża.

Będzie studiowała na tej samej uczelni, na której on pracuje.

Zaczną mijać się na korytarzach i być może ona nigdy się nie dowie, że już się spotkali…

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8418-880-4
Rozmiar pliku: 2,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Lilliana

Cztery lata wcześniej

Tego dnia pogoda w Paryżu nie sprzyjała zwiedzającym. Niebo pokrywały ciemne chmury, a wszystkie prognozy zapowiadały obfite opady deszczu. Chodniki momentami chowały się pod warstwą wody, a ulice opustoszały, jakbyśmy wcale nie znajdowali się na jednej z najbardziej uczęszczanych dróg w mieście. Byli jednak tacy ludzie jak my, którym kompletnie nic nie przeszkadzało. Nie przylecieliśmy na drugi koniec świata po to, aby patrzeć na miasto zza okien apartamentu.

Nasz pobyt we Francji dobiegał końca. Jeszcze przed przylotem pozostawałam bezapelacyjnie zakochana w tym miejscu, a teraz? Wzbudziło ono we mnie trudne do zdefiniowania uczucie wolności. Kilka dni sprawiło, że zaznałam prawdziwego szczęścia, a w głowie wysnułam scenariusz, w którym moje życie toczyło się właśnie tu.

Klimat Paryża sprawiał, że nie chciałam wracać do domu. Tam czekała wizja nauki i przygotowania do egzaminów końcowych. To samo liczyło się z wyborem kierunku studiów. Wtedy nadchodziły pytania: pozostać w Stanach czy pójść o krok dalej i spełnić to marzenie na drugim końcu świata. Lecz utrzymanie się tutaj na własną rękę wydawało się cholernie trudne. Nie żeby w Nowym Jorku było łatwe. W pobliżu rodziny wszystko wydawało się jednak inne.

Marzenia o idealnej wizji przyszłości przerwał nagły deszcz. Zaczął padać nie do końca niespodziewanie, bo przecież wiedzieliśmy, że miał nadejść, ale mieliśmy nadzieję, że zdążymy usiąść w kawiarni znajdującej się po drugiej stronie ulicy.

Przeszliśmy ten kawałek całkiem sprawnie, choć nie obyło się bez przemoczonych ubrań. W moim przypadku wyszło chyba najgorzej, bo opady pochłonęły mnie w całości. Dosłownie od czubka głowy do butów zaczynających powoli przepuszczać wodę moczącą mi skarpetki. Rodzice zaopatrzyli się w parasol, który chociaż trochę uchronił ich przed całkowitym zmoknięciem. Natomiast ja, świadoma konsekwencji, pozostawiłam swój w holu.

I to pierwszy błąd popełniony tego dnia.

Gdy przekroczyliśmy próg kawiarnio-piekarni, przywitał nas przyjemny zapach mielonej kawy i świeżo upieczonych rogalików francuskich. Większość miejsc okazała się zajęta, a lokal wypełniali głównie ludzie nieco starsi ode mnie, mający przerwę w zajęciach lub uciekający przed nadchodzącym deszczem.

Złożyliśmy zamówienie, a po chwili zasiedliśmy przy małym stoliku z widokiem na ulicę. Ja natomiast skupiłam się na wnętrzu, rozglądając się za toaletą, aby względnie doprowadzić się do porządku.

Rodziców pochłonęła dyskusja na temat nowo otwartej przez mamę kwiaciarni w jednej z dzielnic Nowego Jorku. To druga pod jej szyldem, pierwszej oddała niemal całe swoje życie. Kochała tworzyć różnorodne bukiety i testować kompozycje, zazwyczaj jeszcze bardziej skradając serca swoich klientów.

– Zaraz wrócę. – Wskazałam palcem w stronę toalet.

Mama lekko pokiwała na to głową i wróciła do dyskusji z tatą.

Szukając miejsca docelowego, przyglądałam się wystrojowi, nie za bardzo zwracając uwagę na to, co działo się wokół. Dlatego też nie zauważyłam, gdy na mojej drodze stanął facet. Facet z kubkiem gorącej kawy w dłoni. To były sekundy. On zapatrzył się w telefon i kierował w stronę wyjścia. A ja, cóż, nie patrzyłam przed siebie. Przywaliłam w jego tors, a zaraz potem zapiszczałam ze strachu i bólu, który dotarł do mnie po kilku sekundach.

Jakiś gość wylał na mnie pieprzoną kawę.

Patrzył na mnie, zmieszany zaistniałą sytuacją, a mnie w oczach stanęły łzy. Po chwili zjechał spojrzeniem na moją białą sukienkę. Znaczy teraz już nie do końca białą, bo widniała na niej duża, brązowa plama. Gdyby tego było mało, to ubranie miało głęboko wycięty dekolt. Oczywiście, że to tam skóra piekła najbardziej, a jej odcień stopniowo zmieniał się w wyrazistą czerwień. Nieznajomy zacisnął nerwowo zęby i kolejny raz spojrzał mi w oczy. By mu się dobrze przyjrzeć, musiałam unieść wysoko głowę.

Nieznajomy nie wyglądał na pozbawionego emocji. Przez wcześniejszy ruch jego żuchwa wydawała się nienaturalnie ostra, a pełne usta ułożyły się w prostą linię. Z ciemnych oczu biła lekka irytacja, a pod wpływem niezręcznej ciszy palcami muskał końcówki brązowych włosów.

Przeskanowałam szybko jego sylwetkę, sprawdzając, czy mały wypadek nie odbił się też na nim. Na szczęście koszula ani spodnie faceta nie zostały zabrudzone.

Jeszcze raz przeskanowałam jego postać, zwracając uwagę na wzrost. Rzadko zdarzało mi się spotykać chłopaków aż tyle wyższych ode mnie. Nie zdziwiłabym się, gdyby zbliżał się do sześciu stóp i siedmiu cali.

W ostatniej chwili moją ciekawość wzbudził breloczek przywieszony do markowej torby. Elegancka fasada elitarnej szkoły pozostawała mi bliska, a fascynacja nią – szalona.

Wyglądał na studenta. Zgadzałoby się, że przyszedł tu przed zajęciami, bo obok znajdowała się prestiżowa Sorbona. Marzyłam, by na niej studiować.

Przywołałam się do porządku i z piekącym dekoltem odwróciłam się w stronę miejsca docelowego. Rzuciłam ciche „przepraszam” swoim łamanym francuskim i wyminęłam nieznajomego, biegnąc w kierunku toalety. Miałam wrażenie, że chciał coś powiedzieć, ale nie dostał ku temu okazji, bo w kolejnej sekundzie znajdowałam się przy drzwiach pomieszczenia.

Gdy zostałam już sama, zdjęłam torebkę i położyłam ją na blacie obok umywalki. Popatrzyłam na siebie w lustrze i jęknęłam niezadowolona. Włosy mokre i posklejane od deszczu, makijaż w nienajlepszym stanie. Tusz na dolnych rzęsach się rozmazał, a pomadka została zjedzona. Ale to nie to wydawało się najgorsze. Biało-brązowa sukienka była cała przemoczona, a skóra na dekolcie – zaczerwieniona. Wyglądało to strasznie. Szybko wyjęłam telefon i napisałam wiadomość do mamy.

Ja:

Masz może jakąś koszulę na zmianę?

Dlaczego akurat koszula? Bo mamie raz było ciepło, a raz trzęsła się z zimna i czasami zabierała coś do przebrania. Oby tym razem się przydało.

Mama:

Niestety nie. A coś się stało? Aż tak przemokłaś, że potrzebujesz się przebrać?

Super.

Ja:

Mogłabyś przyjść do damskiej toalety? Dam Ci pieniądze i pójdziesz kupić mi coś na zmianę. Proszę.

Nie otrzymałam odpowiedzi.

Wyjęłam portfel z torebki i go otworzyłam. Odłożyłam na bok dokumenty i zaczęłam odliczać pieniądze. W momencie gdy wyjęłam banknot, drzwi się otworzyły, a ja odwróciłam głowę z nadzieją, że to mama. Myliłam się. To był nieznajomy brunet, który wylał na mnie kawę. Nieco się przestraszyłam, gdy zamknął za sobą drzwi. Wpatrywał się w moją twarz z niewzruszoną miną. Na szczęście cisza nie trwała długo, w końcu się odezwał.

– Wszystko w porządku? – zapytał całkiem płynnym angielskim.

Namoczyłam ręcznik papierowy w zimnej wodzie i przyłożyłam do miejsca oparzenia.

W tym przypadku tylko tyle mogłam zrobić.

– Bardzo boli? – odezwał się po raz kolejny, gdy nie odpowiedziałam, i wskazał skórę na dekolcie.

Początkowo ból dokuczał nieznośnie, ale teraz czułam lekkie pieczenie, i to tylko gdy się poruszałam.

Chcąc się odezwać, zwróciłam uwagę, że kątem oka patrzył na dokumenty rozrzucone na umywalce. Moje wyraźne chrząknięcie sprowadziło go na ziemię.

– Już nie boli, jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia, to byłabym wdzięczna, jakbyś sobie poszedł. Nie chcę sensacji.

Krótko przytaknął, po czym przeleciał wzrokiem po moich włosach, twarzy i sylwetce. Kącik ust delikatnie mu drgnął, a gdy chciał coś powiedzieć, do toalety weszła zaniepokojona mama.

Tylko tego mi brakowało.

– Dziecko, co ci się stało? – zapytała.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, a z jej ust padło następne:

– Lilliano Temblay, co ten obcy facet robi z tobą w toalecie?

Tym razem w jej głosie rozpoznałam zdenerwowanie.

Złapałam się za głowę i głośno odetchnęłam. Poczekałam trzy sekundy z zamiarem wyznania jej prawdy, lecz nieznajomy postanowił zrobić to szybciej.

– Wpadłem na pani córkę i wylałem na nią kawę – odpowiedział ponurym tonem.

– Och – tylko tyle zdołała wykrztusić, gdy ja stałam z boku i nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać.

– Oczywiście nie zrobiłem tego celowo. Zapatrzyłem się w telefon i jej nie widziałem. Pokryję koszty prania twojej sukienki i kupna nowych ciuchów – oświadczył w pełni przekonany.

Nie chciałam, żeby mi cokolwiek kupował. Wystarczyło, że mama pójdzie do sklepu, przebiorę się i sprawa zostanie zamknięta.

Rodzicielka skanowała mnie wzrokiem, jakby chciała usłyszeć inną wersję.

– Mamo, serio tak było. Przyszedł tu, żeby zapytać, czy wszystko w porządku. Możemy już skończyć? Proszę, idź do sklepu. Kup coś, co zakryje mi tę plamę – skierowałam słowa do mamy. – A ty niczego mi nie oddawaj. Chcę jak najszybciej włożyć coś suchego. – Tym razem zwróciłam się do mężczyzny.

Lekko przytaknęła i posłała mi ciepły uśmiech. Skierowałyśmy wzrok na nieznajomego, a on ukłonił się delikatnie i podążył w stronę drzwi.

Gdy mama również wyszła, odetchnęłam z ulgą i zaczęłam doprowadzać twarz i włosy do porządku.

Marzyłam tylko o tym, by ten poranek się zakończył.ROZDZIAŁ PIERWSZY

Laurent

Wrzesień w tym roku okazał się dla nas kompletnie parszywy, a to nie pomagało mi w powrocie do studenckiej rzeczywistości. W głębi duszy liczyłem, że pogoda się nade mną zlituje i dam radę w spokoju złożyć swoje niezmienne zamówienie w pobliskiej kawiarni.

Zajęcia miały zacząć się za niecałe pół godziny, więc to był komfortowy czas na szybki spacer po kawę.

Wraz z otwarciem drewnianych drzwi, oprócz dzwoneczka witającego gości, usłyszałem gwar docierający z wnętrza.

Błagam, nie teraz.

Kolejka do kas, gdzie słownie składało się zamówienia, wydawała się długa. Oprócz mnie zjawiło się tu wielu studentów i im, tak samo jak mnie, zależało na czasie.

Czyżby dzisiaj miało być pierwsze spóźnienie w tym roku?

Generalnie niespecjalnie mnie one obchodziły. No chyba że mówiliśmy o wykładach z jednym profesorem, który wyjątkowo czepiał się o takie wybryki. A ich regularność wpływała potem na jego stosunek do studentów i wcale nie ułatwiała późniejszego zdobycia zaliczeń.

Ku mojemu szczęściu nikt specjalnie nie wdawał się w gadki z pracownikami. Dlatego też szybko dotarłem do lady i złożyłem zamówienie, podkreślając, że dziś wyjątkowo mi się spieszy.

W oczekiwaniu na kawę wyjąłem telefon i analizowałem podesłane notatki z ostatnich zajęć. W pewnej chwili podniosłem wzrok na wchodzącą do środka rodzinę, która nie miała tyle szczęścia co ja i zmoczył ją deszcz.

W zasadzie tylko dziewczyna zwróciła moją uwagę swoim śmiechem i błyskiem w oczach. Blond końcówki miała całe zmoczone, a sukienka prosiła o porządne wysuszenie.

Powróciłem wzrokiem do telefonu, skupiając się na istotnych pojęciach prawa międzynarodowego. Powtarzałem sobie je w głowie, opierając się bokiem o zabudowę kasy i nie zważając za bardzo na ruch w lokalu.

Zerkając co jakiś czas na zegarek, coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że mogłem nie zdążyć. Moja cierpliwość powoli się kończyła i miałem nadzieję, że zaraz będę mógł oddalić się w stronę wyjścia.

– Twoja kawa – usłyszałem głos po drugiej stronie lady.

Chwyciłem po omacku za kubek i skupiając się na teorii, ruszyłem na pamięć przed siebie. Ostatnie powtórki miały się okazać najlepszą formą przygotowania, ale wszystko legło w gruzach, gdy na torsie poczułem ciężar, a z gorącego napoju nie pozostało nic oprócz papierowego kubeczka.

To chyba mi się śniło.

Uniosłem wzrok znad ekranu telefonu i z niemałą irytacją spojrzałem na dziewczynę, która wydawała się równie zdziwiona jak ja. W jej jasnoniebieskich oczach błyszczały łzy, a ja przez krótką chwilę nie wiedziałem, czym zostały spowodowane.

Cóż, wystarczyło zjechać spojrzeniem, aby zdać sobie sprawę, że kawa nie wylądowała na podłodze, tylko na dekolcie i już nie śnieżnobiałej sukience dziewczyny. Skóra nieznajomej była wyraźnie zaczerwieniona, a zaciśnięte wargi świadczyły o towarzyszącym jej dyskomforcie.

To wszystko działo się w niesamowicie szybkim tempie. Brakło czasu na reakcję. Następnie przez kilka wolno płynących sekund zdezorientowani wpatrywaliśmy się w siebie. I zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, wszystko znowu nabrało tempa, a ona rzuciła ciche przeprosiny i uciekła, by schować się w damskiej toalecie.

Nie wiedziałem, co zrobić. Spojrzałem na godzinę i zdałem sobie sprawę, że nie mam szans na zjawienie się pod salą punktualnie. Przeskoczyłem wzrokiem do baristki, która już się we mnie wpatrywała. Prawdopodobnie widziała też całe zajście. Lekkim ruchem głowy skinęła w stronę toalet, sugerując, bym poszedł do nieznajomej.

Przekląłem cicho i po raz ostatni rozejrzałem się po lokalu. Pozostali goście byli zajęci sobą, więc nikt chyba nie zwrócił uwagi na oparzoną dziewczynę. Przecisnąłem się obok dwóch Francuzów blokujących korytarz prowadzący do toalet i starając się zachować dyskrecję, wślizgnąłem się do pomieszczenia przeznaczonego dla kobiet.

Zaraz po tym, jak zamknąłem drzwi, nieznajoma chciała coś powiedzieć, ale gdy tylko jej wzrok padł na mnie, na twarzy pojawił się szczery zawód. Co chwilę zwilżała już mokry ręcznik papierowy – jak mogłem się domyślić – aby chociaż trochę zminimalizować pieczenie oparzonej skóry.

Staliśmy przez chwilę w niezręcznej ciszy. Emocje nieco się ustabilizowały, a ja próbowałem brzmieć jak najbardziej spokojnie.

– Wszystko w porządku? – zapytałem w końcu, pamiętając, że najprawdopodobniej miałem do czynienia z turystką.

Nieznajoma nie odpowiedziała. Zamiast tego sięgnęła po kolejne listki papieru i zanurzyła je w zimnej wodzie, aby chwilę później przyłożyć do oparzenia.

– Bardzo boli? – ponowiłem, chcąc zyskać pewność, że nie stało się jej nic poważniejszego.

Skanując jej ciało i przestrzeń wokół niej, zwróciłem uwagę na należącą do dziewczyny torebkę. A zaraz potem powiodłem wzrokiem na mebel za nią.

Cała umywalka była zawalona jej rzeczami osobistymi. Od kosmetyków aż po dokumenty leżące danymi do góry.

Dlatego też pozwoliłem sobie niedyskretnie spojrzeć na pogrubione imię i nazwisko.

Lilliana Temblay.

I nie zdążyłem odczytać nic więcej, bo jej wyraźne chrząknięcie sprawiło, że powróciłem na ziemię i skupiłem się na poszkodowanej.

– Już nie boli, jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia, to byłabym wdzięczna, jakbyś sobie poszedł. Nie chcę sensacji – przyznała cicho i zadziwiająco spokojnie.

Choć po jej odpowiedzi w moim sercu pojawiło się dziwne i niespotykane dotąd uczucie. Niby nie wyraziła się wrednie, ale chyba spodziewałem się czegoś więcej.

Zdążyłem tylko pokiwać zrozumiale głową. Zamierzałem wyjść z pomieszczenia, ale wtedy do toalety wparowała jej mama, której na mój widok kolory odpłynęły minimalnie z twarzy.

Chyba nie spodziewała się takiego obrotu wydarzeń.

– Dziecko, co ci się stało? – Na twarzy kobiety wymalowało się niezrozumienie.

A po niezadowolonej minie dziewczyny mogłem wnioskować, że miała dosyć tej całej sytuacji.

Chciałem chociaż trochę uratować ją z opresji i zapragnąłem się odezwać, ale jej rodzicielka okazała się szybsza:

– Lilliano Temblay, co ten obcy facet robi z tobą w toalecie?

Taaa… ta sytuacja była absurdalna.

– Wpadłem na pani córkę i wylałem na nią kawę – odpowiedziałem szybko, równie podirytowany.

– Och. – Popatrzyła uważnie na naszą dwójkę, jakby doszukiwała się kłamstwa.

Błagam, skończmy to już.

– Mamo, serio tak było. Przyszedł tu, aby zapytać, czy wszystko w porządku. Możemy już skończyć? Proszę, idź do sklepu. Kup coś, co zakryje mi tę plamę – popatrzyła z błaganiem na matkę – a ty niczego mi nie oddawaj. Chcę jak najszybciej włożyć coś suchego – powiedziała ciszej do mnie.

Zrezygnowany tylko kiwnąłem głową i po raz ostatni przyjrzałem się blondynce. Surowym wzrokiem zabroniła mi zrobienia czegokolwiek, więc sprawnie ewakuowałem się z toalety. Idąc korytarzem w stronę wyjścia, czułem na sobie kilka spojrzeń, ale zupełnie je zignorowałem.

– Nie chcesz jeszcze jednej kawy? – zagadała barmanka, która widziała całe to zamieszanie.

– Może jutro – rzuciłem głośniej, nawet na nią nie spoglądając.

Prosiłem w duchu, aby profesor miał dzisiaj dobry humor.

Oczywiście, że po wyjściu na zewnątrz złapał mnie rzęsisty deszcz. Szybkim krokiem zmierzałem na pobliską uczelnię, chcąc jak najbardziej zredukować czas spóźnienia.

Wchodząc do budynku, którego suche wnętrze okazało się zbawieniem, otworzyłem grupowy czat zatytułowany: „Dlaczego nadal nie ma nazwy?!?” i nieco zziębnięty oraz zmęczony napisałem wiadomość:

Laurent:

Czy po drodze na uczelnię możecie pójść do kawiarni i kupić mi dużą czarną kawę? Jestem spóźniony.

Moi przyjaciele byli niemal zawsze w niedoczasie, dlatego teraz byli moją ostatnią deską ratunku.

Wiadomość zwrotna przyszła po niecałej minucie.

Michael:

Zaspałeś czy miałeś koleżankę na noc i za późno wyszedłeś z domu?

Laurent:

Dobrze wiesz, że nie. Opowiem wam później.

Rzadko kiedy spotykałem się z dziewczynami. Oczywiście w okresie studiów, a w szczególności podczas imprez, zdarzało mi się z jakimiś rozmawiać. Ale to było na tyle. Żadna nie wpadła mi specjalnie w oko, abym chciał spędzić z nią więcej czasu.

Michael:

OK, kupię ci, ale będę tak za 20 minut.

Żadna nowość.

Trudno mi przetrwać dzień bez dużej czarnej kawy o poranku. W tygodniu od rana robiłem trening, brałem prysznic i zmierzałem do kawiarni po napój oraz coś na śniadanie. Potem prosto na zajęcia. Nie lubiłem, gdy coś zaburzało moją rutynę.

Cóż, dziś zaburzyła mi ją pewna blondynka.

Duże dwa niebieskoszare punkty zakotwiczyły się w mojej głowie i nie chciały jej opuścić. Lilliana wydawała się zupełnie innym typem kobiety niż te widywane zazwyczaj na ulicach. Kolor włosów i oczu zdecydowanie różnił się od śródziemnomorskich standardów. Kolejną rzeczą odróżniającą ją od Francuzek był wzrost. Moje metr dziewięćdziesiąt pięć do jej może trochę więcej niż metra siedemdziesięciu. Usta miała pełne, różowe, muśnięte jakimś błyszczykiem czy balsamem. Nie znałem się na tym. I ostatnią rzeczą, która zrobiła mi wodę z mózgu, pozostawał jej zapach. Owocowy, ale niewpadający w mocne i słodkie nuty. Początkowo stała się denerwującą poszkodowaną w tym małym wypadku, ale z czasem zaczęła robić coś złego z moją głową.

A potem usłyszałem jej głos. Przyjemny, z perfekcyjnym amerykańskim akcentem.

Nie wiem, co się ze mną stało. Nigdy tak nie reagowałem na żadną kobietę. Służyły mi tylko do krótkiej gadki i nie oczekiwałem od nich niczego więcej. Wiedziałem, że się mną interesowały, ale na tym się kończyło.

Prawda wyglądała tak, że prawdopodobnie już nigdy więcej jej nie zobaczę.

Na chwilę przestałem rozmyślać o dziewczynie z kawiarni i spojrzałem na wiadomość wysłaną na naszą grupę.

William:

o kurwa, to co musiało się stać, że twój codzienny rytuał został naruszony

Laurent:

Opowiem wam później. Lepiej powiedz, jak było z Lucasem?

William:

zajebiście, ale szczegóły innym razem. Spotkajmy się dziś i wszystko przegadajmy. Dwudziesta u mnie w apartamencie?

Michael:

już nie mogę się doczekać.

Prychnąłem na ten sarkazm.

William:

udam, że wcale nie czuć w tym sarkazmu.

a ty Laurent?

Laurent:

Co ja?

William:

Będziesz?

Laurent:

Będę.

Will nie ukrywał się ze swoją orientacją. To, że wolał mężczyzn, pozostawało wiadome od jego szesnastych urodzin, gdy pocałował jakiegoś chłopaka ze szkoły. Cóż, od tamtego czasu często randkował z innymi facetami, więc to dla nas żadna nowość. Ważne, żeby czuł się szczęśliwy.

Odczytałem resztę wiadomości od znajomych i rodziny, ale z trudem mogłem się skupić, bo ciągle myślałem o blondwłosej dziewczynie, która z kogoś spotkanego zupełnym przypadkiem stała się nurtującą mnie istotą.

Musiałem znać więcej szczegółów na jej temat.

I już wiedziałem, co zrobię.ROZDZIAŁ DRUGI

Lilliana

Cztery lata później

Siedziałam na ostatniej już walizce, która ledwo się domykała. Kolejne dwie stały całkowicie zapięte i gotowe do podróży.

Przeprowadzka na inny kontynent nie była wcale prosta.

W zasadzie to nikt nie powiedział, że taka się okaże.

Harowałam jednak na ten moment przez ostatnie cztery lata. Na zmianę chodziłam do pracy i uczyłam się, aby na koniec zostać zakwalifikowana na Sorbonę. Dokładnie na tę śniącą mi się po nocach, a proces aplikacji na nią częściej doprowadzał mnie do szału niż podekscytowania.

Ale hektolitry wylanych łez przełożyły się na pozytywny rezultat, zmieniający bieg mojego życia.

Początkowo, gdy zobaczyłam listę przyjętych, nie mogłam uwierzyć, że widnieje tam moje nazwisko. Jasne, przecież po to tak się trudziłam, lecz gdy to stało się faktem, wszystko nagle zwolniło.

Przez ten cały czas rodzice wspierali mnie, jak tylko mogli. A gdy się dowiedzieli, że wyjeżdżam na studia na inny kontynent, to się popłakali. Z dumy, że ich jedyne dziecko spełniało swoje największe marzenie.

Byłam osobą lubiącą robić wszystko po swojemu i nieprzepadającą za przyjmowaniem pomocy od innych. Tu, w Nowym Jorku, miałam całkiem sporo znajomych, ale nie nazwałabym tych relacji głębokimi. W większości przypadków z mojej winy, bo poświęciłam się pracy i po prostu je zaniedbałam. Lubiłam spędzić z kimś miło czas, ale na tym się kończyło. Nowy Jork pozostawał znany z przelotnych znajomości. Nic stałego, co mogłoby cię zaprowadzić do trwałej i prawdziwej przyjaźni. Ludzie żyli w pośpiechu, a spotkanie kogoś nowego oznaczało krótką znajomość, która szybko odchodziła w zapomnienie.

– Musimy się zbierać na lotnisko, kochanie – odezwał się tata, przekraczając próg mojego pokoju.

– Jeszcze chwila – odpowiedziałam mu z nerwowym uśmiechem. – Pomógłbyś mi zanieść walizki do samochodu? – W końcu podniosłam na niego wzrok.

– Jasne, córeczko. – Przejął ode mnie dwa bagaże i ruszył w stronę wyjścia. Zatrzymał się w drzwiach i dostrzegł, że potrzebowałam chwili dla siebie, więc dopowiedział: – Poczekamy na ciebie w samochodzie.

James Temblay nie pozostawał zbyt wylewnym ojcem, ale wiedziałam, że bardzo mnie kochał i podziwiał. Gdy dowiedział się o moim wyjeździe, nie mógł znieść faktu, że jego córka się przeprowadza. Jasne, czuł się cholernie dumny, ale i milion razy pytał, czy sobie poradzę i czy na pewno chcę tam lecieć. Od zawsze myślał, że wybiorę jakiś kierunek artystyczny. Od małego lubiłam projektować wnętrza. Miałam okazję razem z nim oglądać nieruchomości i sprawiało mi to przyjemność. On z zawodu był deweloperem i odkąd pamiętam, zabierał mnie do nowych realizacji, a ja w głowie urządzałam pomieszczenia.

Skończyło się jednak na prawie, i to w stolicy Francji.

Ostatni raz rozejrzałam się po pokoju. Nie był duży. Szare ściany i zasłony w tym samym kolorze. Duże, ciemne łóżko, a na nim kolekcja poduszek i maskotek. Czarne, okazałe biurko i regał na książki. Generalnie w całym pomieszczeniu panował mrok, ale ja to lubiłam. Zapewniało mi to spokój i mogłam się lepiej skupić. To za tym miejscem przyjdzie mi tęsknić najbardziej. To moja oaza.

Po raz ostatni przeleciałam wzrokiem po idealnie czystej i uporządkowanej przestrzeni. Nieco niepewna, westchnęłam głęboko i opuściłam sypialnię, kierując się do wyjścia.

Schodziłam po schodach, czując się cholernie dziwnie. Zostawiałam miejsce, w którym się wychowałam i spędziłam mnóstwo cudownych chwil. Sprawdziłam dokładnie każde pomieszczenie, by się upewnić, że niczego w nich nie zostawiłam. Ostatnie tygodnie przepełniały ekscytacja i lekki stres, a teraz w mojej głowie kłębiło się mnóstwo myśli, powodujących, że nie chciałam opuszczać Nowego Jorku.

– Pracowałaś na to przez ostatnie lata. Przecież to twoje największe marzenie – powiedziałam do siebie, próbując zmotywować się do znalezienia pozytywów.

Zarzuciłam wypełniony po brzegi plecak na ramiona. Chwyciłam ostatnią walizkę i wyszłam z domu. W kilku krokach znalazłam się przy zaparkowanym samochodzie.

Nadal nie mogłam uwierzyć, że to już ten moment.

Zamieszkam w Paryżu.

– Zamknęłaś dom? – dopytała nerwowo mama.

Była równie przejęta co ja.

Albo nawet bardziej.

– Tak. – Podałam jej klucz i zapięłam pas.

– A jesteś pewna, że wszystko spakowałaś? – dociekała.

– Nie, ale jeśli czegoś zapomnę, to sobie kupię na miejscu. Zrozum, że dam sobie radę – zapewniłam spokojnie, choć po kilku dniach poświęconych na pakowanie miałam dość tych ciągłych pytań.

– Dobrze wiesz, że się martwię – oznajmiła.

Oczywiście, że wiedziałam. I doceniałam, ale nie chciałam tego dłużej słuchać. Nie będę mieszkać w dziurze, tylko w dużym mieście, gdzie sklepów było pod dostatkiem.

– Najważniejsze, że mam telefon, ładowarkę, pieniądze i dokumenty. Dzięki temu uda mi się przeżyć – wytłumaczyłam mamie z uśmiechem, ale wiedziałam, że ta odpowiedź jej nie satysfakcjonuje.

– Jasne, jedźmy już – stwierdziła i ruszyliśmy w drogę na lotnisko.

***

Zaraz po pojawieniu się na lotnisku nadałam duże bagaże i skierowałam się w stronę rodziców. Cóż, zaraz miał nadejść moment, którego najbardziej się obawiałam. Pożegnanie.

– Kochanie, pamiętaj o nas i wiedz, że gdyby coś się działo, to możesz dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Na pewno sobie poradzisz, pięknie mówisz po francusku, masz załatwioną pracę i mieszkanie. W dokumentach masz zapisaną ulicę i numer oraz wszystkie ważne informacje dotyczące apartamentu. Gdybyś potrzebowała pieniędzy, mów, a my ci pomożemy – tłumaczyła przejęta mama.

– Mamo, ja wszystko wiem – jęknęłam, dając jej znać, że wystarczyło mi już jej matczynych porad. – Musisz zrozumieć, że masz już dorosłą i samodzielną córkę i ona właśnie wyjeżdża na studia. Jestem bardziej ogarnięta, niż myślisz. Poradzę sobie.

– Wiem, wiem, ale chyba nie dociera do mnie, że zaczynasz nowe życie. – Patrzyła na mnie ze łzami w oczach.

W końcu pomiędzy nami stanął tata.

– Adeline, mogłabyś już skończyć? Przecież Lilla doskonale sobie poradzi – oświadczył rozbawiony, ratując mnie z opresji.

Na te słowa mama nic mu nie odpowiedziała, jedynie bardziej się rozpłakała. Zbliżyłam się do niej i wtuliłam w jej ciało. Sama próbowałam powstrzymać wzruszenie, co okazało się niełatwe. Gładziłam ręką jej plecy, chcąc dodać otuchy. Będę bardzo za nimi tęsknić. Pomimo trudnych momentów miałam z nią fantastyczną relację. Trwała u mojego boku zawsze, gdy jej potrzebowałam, i obdarzała ogromną miłością. W dzieciństwie zawsze przed snem gładziła mnie po plecach i opowiadała mi bajki. Widziałam w niej ogromny autorytet. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszej mamy.

– Nie przepytam cię, co spakowałaś i czy wszystko masz. Liczę, że spełnisz tam swoje marzenia i znajdziesz kogoś, komu możesz zaufać. Żebyśmy mieli jasność, chodzi o przyjaciółkę. Pamiętaj że masz studia i pracę, więc chłopaki nie wchodzą w grę. Trochę wkurza mnie to, że nie będę mógł zareagować, kiedy koło ciebie zacznie się kręcić jakiś facet. – Tym razem wywód zaczął ojciec.

– Już myślałam, że gorzej być nie może. – Zaśmiałam się w ramię mamy.

– Skarbie, rób to, co kochasz, i wiedz, że nigdy nie przestaniemy cię wspierać. Za każdym możliwym razem postaramy się pokazać to, jak bardzo jesteśmy z ciebie dumni. Jasne, żarty żartami, ale dla nas najważniejsze jest twoje szczęście. Nic innego się nie liczy. Wiem, że daleko mi do idealnego ojca, ale zawsze w jakiś sposób chciałem ci pokazać, że cię kocham. Bez względu na to, co robisz i co będziesz robiła, pozostaniesz moją dumą i oczkiem w głowie. Kocham cię, córeczko – wyznał i objął mnie oraz mamę.

Nie wytrzymałam. Łzy leciały mi strumieniem, mocząc bluzę taty. Nie interesowało mnie to, że dookoła kręcili się inni ludzie czy że ubranie ojca całe przemoknie. W tym momencie potrzebowałam tylko bliskości z rodzicami.

Po chwili, gdy się uspokoiłam, wysunęłam się z ich uścisku i poprawiłam ramiączko plecaka.

– To chyba czas, abym przeszła przez kontrolę – oznajmiłam.

– Jeżeli chcesz odlecieć tym samolotem, to musisz. – Tata się uśmiechnął, trzymając mamę w objęciach.

– Wiecie, że to tylko przeprowadzka? Nie ma co się smucić. W końcu w domu zapanuje spokój, a ja nie wyjeżdżam na zawsze. Nikt nie będzie palił garnków ani zostawiał syfu. Będziemy codziennie ze sobą rozmawiać, a jeżeli kasa i czas pozwolą, to mnie odwiedzicie – rzuciłam do nich.

Spojrzeli na siebie, a potem popatrzyli na mnie z politowaniem.

– Wiesz ty co – zaczął ojciec – na ciebie chyba już czas. Im dłużej tu stoisz, tym więcej głupot przychodzi ci do głowy.

– Dam wam znać, gdy wyląduję. Nie zanudźcie się tu beze mnie.

Wtuliłam się w nich po raz ostatni. Cała moja twarz została obsypana pocałunkami. Oderwałam się od bliskich i ruszyłam w stronę kontroli bezpieczeństwa. Posłałam im ostatniego buziaka i usłyszałam słowa taty.

– Pamiętaj, żeby nie wpaść w ręce żadnego Francuza! Słyszałem, że bywają zarozumiałymi dupkami! – wykrzyknął, a w jego głosie usłyszałam nutkę rozbawienia.

Pokręciłam głową z udawanym zrezygnowaniem.

– Kocham was! – To ostatnie, co powiedziałam, i ruszyłam dalej.

Czas spełniać swoje marzenia.

– Dziękuję, życzę miłego dnia! – zwróciłam się do kierowcy Ubera, gdy wysadził mnie na jednej z paryskich uliczek.

Cała podróż okazała się wyczerpująca. Lot trwał niecałe osiem godzin, podczas których nie zmrużyłam oka. Jasne, że podejmowałam próby zaśnięcia, ale przeszkadzały mi w tym hałasujące dzieci i chodzące stewardesy. Jakby tego było mało, po wylądowaniu półtorej godziny czekałam na odbiór walizek. Prawie kolejne tyle spędziłam, aby dojechać do mieszkania.

Po wyjściu z samochodu czułam się jeszcze bardziej brudna i zmęczona. Skierowałam się do pięknej, odnowionej kamienicy, którą od jednej z głównych ulic stolicy dzieliło około pięciuset pięćdziesięciu jardów. Do mieszkania prowadziła jednokierunkowa droga kończąca się przy Ogrodach Luksemburskich. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to spokojne miejsce. Bulwar Saint-Germain znajdował się prostopadle do tej, którą zamieszkiwałam. Mieściło się tam mnóstwo kawiarni czy sklepów nadających tej okolicy pozornie bezpieczny obraz.

Słaba kondycja dała o sobie znać po wejściu na pierwsze piętro z trzema walizkami. Generalnie podróż w pojedynkę z takim bagażem okazała się uciążliwa. Otworzyłam drzwi i przekroczyłam próg mieszkania.

Było przytulne i zdecydowanie wystarczające dla moich potrzeb. Zaraz po wejściu po prawej znajdowała się mała kuchnia z wyspą i dwoma krzesłami barowymi. Tuż za nimi stała kanapa, a przed nią szafka pod telewizor. Szara ściana oddzielała salon z aneksem kuchennym od sypialni z podwójnym łóżkiem i szafkami nocnymi. W pomieszczeniu do spania znajdowały się dwie pary drzwi. Za jednymi skrywała się łazienka, a za drugimi mała garderoba. Całe mieszkanie utrzymano w ciemnych barwach i nadano mu nowoczesnego stylu, co w jakimś stopniu przypominało mi o moim domu.

Chwilę po wstępnym rozpakowaniu walizek poinformowałam rodziców i znajomych o dotarciu na miejsce. Skończyło się to godzinną rozmową z mamą i tatą. Musieli zyskać pewność, że niczego mi nie brakowało, oraz dostałam milion wskazówek, co mam robić, żeby było łatwiej. Zakończyłam pogaduszki, gdy zaczęły nudzić mnie ich złote rady. Powiedziałam, że powinnam iść na podstawowe zakupy, i nie skłamałam, bo musiałam się zaopatrzyć w ręczniki, pościel i jedzenie.

Pierwszą część sprawunków miałam za sobą. Artykuły spożywcze znajdowały się już w lodówce i na półkach w kuchni, ale zostało mi jeszcze wyposażenie mieszkania. Chciałam załatwić najpotrzebniejsze sprawy przed rozpoczęciem studiów i pracy, bo obawiałam się, że w trakcie roku mogę nie mieć do tego głowy. Po godzinie stałam przed ogromnym sklepem meblowym, który, jak wyczytałam w internecie, cieszył się popularnością w całej Europie, a ceny w nim nie były jakoś bardzo wysokie. W telefonie wypisałam sobie listę potrzebnych rzeczy, ponieważ zależało mi na konkretnych i szybkich zakupach.

W szczególności że zmęczenie coraz bardziej dawało się we znaki.

Zbliżałam się do kas, pokonując ostatnie alejki sklepu, gdy niecelowo, z koszem pełnym produktów, natknęłam się na kłócącą się parę. Już na pierwszy rzut oka widziałam między nimi różnicę wieku. Ona była młodsza, drobnej postury, o delikatnych rysach twarzy, a on o wiele wyższy, umięśniony, ze srogą miną. Obydwoje mieli ciemne, brązowe włosy i w jakimś stopniu wydawali się do siebie podobni.

Zazwyczaj nie wiedziałam, co zrobić w takich sytuacjach. Z jednej strony znajdowali się pośrodku sklepu, gdzie przewijały się setki ludzi, a z drugiej głupio mi przechodzić obok nich i zakłócać głośną dyskusję. Tak samo stało się w tej sytuacji. Zwrócili na mnie uwagę. Facet wyglądał śmiertelnie poważnie, a w oczach dziewczyny błyszczało rozbawienie. Po chwili mężczyzna nie wytrzymał.

– Lea, kurwa, zrozum, że nie mam ani chęci, ani czasu, żeby chodzić z tobą po sklepach tylko po to, by rozglądać się za jakimiś mebelkami! – wykrzyknął w jej stronę, a na jej twarzy pojawiło się jeszcze większe rozbawienie.

– Po to mam starszego brata, żeby pomagał mi w dźwiganiu mebli do mieszkania – odpowiedziała roześmiana, jakby ta kłótnia nie była dla niej niczym istotnym.

– Zacznijmy od tego, że jeszcze nie masz tego mieszkania. Przyjechałem tu z tobą, żeby wybrać regały do kancelarii, a skończyło się na tym, że ich nie mamy, a ty wymyślasz rzeczy do kuchni i sypialni. Zabierz na zakupy kogoś ze swoich znajomych i nie komplikuj mi życia! – wyrzucił podirytowany w jej stronę.

Nagle zapanowała cisza, a para dowiedziała się o swojej widowni. Skierowali na mnie spojrzenia, a mnie automatycznie zrobiło się głupio. Czułam się przytłoczona uwagą mężczyzny. Wypalał dziurę w moich źrenicach, a gdy podniosłam wzrok, poczułam coś osobliwego. Jego brązowe tęczówki wydały mi się dziwnie znajome, choć to przecież niemożliwe, żebyśmy się wcześniej widzieli. Wojnę na spojrzenia przerwała nam dziewczyna stojąca obok niego.

– Przepraszam, że musiałaś słuchać tej awantury. Nie moja wina, że on ma jakieś „ale” do wszystkiego – powiedziała.

– Nie, to ja przepraszam. Nie powinnam była podsłuchiwać. Strasznie mi głupio – zaczęłam się tłumaczyć.

– Obawiam się, że każdy w okolicy chociaż na chwilę zwrócił na nas uwagę. – Podeszła bliżej i posłała mi sympatyczny uśmiech.

– Lea jestem, miło poznać. – Wyciągnęła do mnie dłoń.

– Lilliana, jeszcze raz przepraszam, że tak się na was gapiłam – szepnęłam dosyć nieśmiało.

Gdy wypowiedziałam swoje imię, facet wziął głęboki wdech, zwracając uwagę naszej dwójki. Siostra spojrzała na niego pytająco, a on szybko doprowadził się do porządku, nadal emanując irytacją.

– A tobie co się stało? – rzuciła zdziwiona.

– Nic, możemy się zbierać? – zapytał zdenerwowany.

– Ta – przewróciła oczami – a ty, Lilla, masz jak wrócić do domu? – odezwała się Lea, zaskakując mnie pytaniem.

– Zamówię Ubera i nie ma sprawy – oznajmiłam z przekonaniem.

– Jesteś pewna, że nie potrzebujesz podwózki? Wiem, że trochę podejrzanie to brzmi, ale dla nas to nie problem. Poza tym Lau jest rozpoznawalny i raczej nie decydowałby się na jakieś słabe zagrywki – zapewniła, nie zapytawszy mężczyzny o zdanie.

Jezu, biły od niej takie ciepło i empatia, że naprawdę mało brakowało, abym się zgodziła.

– Nie, mieszkam dosyć daleko i zapewne nie po drodze. Dziękuję za propozycję. – Uśmiechnęłam się miło i wymigałam od przyjęcia pomocy dziewczyny.

– No dobra. – Chyba zdała sobie sprawę, że mnie nie przekona. – W takim razie kończymy zakupy czy chcesz jeszcze czegoś poszukać? – Dopiero teraz zwróciła się do brata.

– Tak, możemy iść. – Facet unikał kontaktu wzrokowego i choć wcześniej, podczas kłótni z siostrą, miał dużo do powiedzenia, tak teraz siedział cicho.

– Iść do domu czy iść kontynuować zakupy? – Westchnęła, wyglądając na lekko zdziwioną szybką zmianą postawy chłopaka.

– Chodźmy do domu – sapnął wyraźnie zmęczony. – Dzisiaj już i tak nic nie znajdziemy – poddał się.

Nowa znajoma tylko przytaknęła.

– Jeszcze raz przepraszam, że tak bezczelnie podsłuchiwałam. I powodzenia… w szukaniu mebli. – Posłałam im uśmiech i ruszyłam z wypełnionym koszykiem w stronę kas.

W drodze do nich czułam wzrok na plecach. Niemal byłam pewna czyj. Nie wiedziałam w zasadzie, jak nazywał się chłopak, ale dostrzegałam w nim coś szczególnego. Jasne, był przystojny, nawet bardzo, ale coś mi w nim nie grało.

Po zapłaceniu za zakupy zamówiłam podwózkę, wybierając opcję większego samochodu. Przetransportowanie tego wszystkiego nie było proste, ale w końcu się udało. Ogromnego wsparcia udzielił mi kierowca, bo mało że okazał się sympatyczny, to gdy zobaczył, jak się trudzę, bez zająknięcia mi pomógł.

Po godzinie dotarłam do domu; podziękowałam mężczyźnie, wręczając mu drobny napiwek. Przez całą drogę myślałam o niecodziennym zapoznaniu z Leą. Dziewczyna wydawała się naprawdę miła, ewenementem był natomiast jej brat gbur, który nie wyglądał na szczęśliwego z obecności obcej osoby.

Szybko wyrzuciłam z głowy myśli o tym spotkaniu i dopóki miałam siły, porozkładałam wszystko w domu i w miarę go ogarnęłam. Nadal czułam się nieco dziwnie i z trudem mogłam się przyzwyczaić do nowej rzeczywistości.

Z tych emocji nawet nie tknęłam jedzenia, tylko po sprzątaniu poszłam pod prysznic, a potem rzuciłam się na łóżko w świeżą pościel i niemal od razu zasnęłam.

Do głowy znowu wpadł mi jednak nieznajomy mężczyzna, a w myślach pojawiało się jedno pytanie:

O co mu chodziło?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij