Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Hieromancja a egzorcyzmy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lutego 2026
40,38
4038 pkt
punktów Virtualo

Hieromancja a egzorcyzmy - ebook

Czy hieromancja jest grzechem? Czy egzorcyzmy są skuteczne? Gdzie przebiega granica między wiarą a przesądem? Każde pokolenie musi na te pytania odpowiedzieć samodzielnie — w świetle własnego rozumu, własnej wiary, własnego doświadczenia. Odpowiedzialność za te odpowiedzi, choć ciężka, jest zarazem przywilejem, a unikanie jej — uciekanie w cudze autorytety, w gotowe schematy, w mechaniczne formuły — jest największym zagrożeniem dla żywej wiary. Książka została utworzona z pomocą AI.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-575-8
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

W STRONĘ HIERARCHII ZNACZEŃ

Istnieją książki, które pisze się z obowiązku — dla awansu naukowego, dla wypełnienia grantu, dla spełnienia redaktorskiego zamówienia. Istnieją książki, które pisze się z pasji — bo temat od lat nie daje spokoju, bo w archiwach odkryło się dokument, który domaga się opowiedzenia, bo ma się wrażenie, że nikt inny tej historii nie opowie. Istnieją wreszcie książki, które pisze się z konieczności — bo cisza wokół pewnych zjawisk staje się nieznośna, bo milczenie bywa formą współudziału, bo nie można dłużej udawać, że problem nie istnieje. Książka, którą oddaję w ręce Czytelnika, należy — w moim głębokim przekonaniu — do tej trzeciej kategorii, choć obficie czerpie z dwóch poprzednich. Jej Autor, którego mam zaszczyt i przyjemność recenzować, podjął się zadania niezwykle trudnego, a zarazem niezwykle potrzebnego: zmierzył się z fenomenem, który od dwóch tysięcy lat towarzyszy chrześcijaństwu, a który przez teologów i historyków był zazwyczaj traktowany po macoszemu — z zakłopotaniem, z podejrzliwością, z chęcią jak najszybszego odesłania go na peryferia naukowej refleksji.

Hieromancja i egzorcyzmy. Wróżenie z Biblii i walka z demonami. Dwa światy, które — jak się powszechnie uważa — dzieli przepaść nie do zasypania: świat przesądu i świat wiary, świat magii i świat religii, świat indywidualnego buntu przeciwko Kościołowi i świat posłuszeństwa wobec jego hierarchicznego autorytetu. Autor tej książki, z niezwykłą erudycją i filologiczną precyzją, dowodzi, że owa przepaść jest w znacznej mierze konstruktem — późnym, wygodnym, ale historycznie nieuzasadnionym. Sięgając do źródeł, których istnienia wielu badaczy nie dostrzegało lub nie chciało dostrzec, pokazuje, że hieromancja i egzorcyzmy nie tyle stoją po przeciwnych stronach barykady, ile raczej wyrastają z tego samego pnia — z głęboko zakorzenionego w ludzkiej psychice pragnienia, by święte słowo stało się ciałem, by abstrakcyjna prawda objawiła się w konkretnym znaku, by milczący Bóg przemówił w języku, który jesteśmy w stanie zrozumieć.

Jako historyk idei, od lat zajmujący się przenikaniem się dyskursów teologicznych i magicznych w późnym antyku i średniowieczu, jestem pod wrażeniem rozmachu, z jakim Autor przeprowadza swoje analizy. Zaczyna od _Sortes Sanctorum_ — owego tajemniczego tekstu, który przez stulecia mylono z prostą bibliomancją, a który, jak dowiódł William E. Klingshirn, a za nim Enrique Montero Cartelle, był precyzyjnie skonstruowanym systemem mantycznym, łączącym chrześcijańską pobożność z hellenistyczną techniką wieszczbiarską. Nie poprzestaje jednak na starożytności i wczesnym średniowieczu. Prowadzi nas przez wieki — przez podręczniki egzorcystów doby kontrreformacji, przez sale przesłuchań inkwizycyjnych, przez wiejskie chałupy, w których szeptuchy okadzały chorych dymem z poświęconych ziół, przez purytańskie domy modlitwy, przez gabinety współczesnych psychiatrów i platformy streamingowe medialnych egzorcystów. Ta podróż, choć niezwykle erudycyjna, nie nuży; przeciwnie, czyta się ją jednym tchem, jak powieść, której bohaterami są nie tyle poszczególne postacie, ile sama ludzka potrzeba — potrzeba kontaktu z transcendencją, potrzeba znaku, potrzeba nadziei.

Jako teolog, muszę przyznać, że lektura tej książki była dla mnie doświadczeniem nie tylko intelektualnym, ale i duchowym. Autor, sam będąc człowiekiem wierzącym, nie ucieka od trudnych pytań. Nie popada w łatwy relatywizm, który zrównuje ze sobą wszystkie formy religijności pod pozorem szacunku dla ludzkiego doświadczenia. Ale nie popada też w łatwy dogmatyzm, który z góry potępia wszystko, co nie mieści się w ciasnych ramach oficjalnej ortodoksji. Z niezwykłą subtelnością i teologiczną wrażliwością prowadzi czytelnika przez meandry _discretio spirituum_ — rozeznawania duchów, które jest jedną z najtrudniejszych, a zarazem najważniejszych umiejętności w życiu chrześcijańskim. Pyta, gdzie przebiega granica między pobożnym proszeniem Boga o znak a grzesznym kuszeniem Go; między modlitwą o uwolnienie a magicznym zaklęciem; między posługą miłosierdzia a przemocą symboliczną. I choć nie udziela prostych odpowiedzi — co byłoby sprzeczne z naturą samego pytania — to dostarcza narzędzi, które każdy czytelnik, niezależnie od swojego światopoglądu, może wykorzystać we własnym życiu.

Szczególnie poruszyły mnie te fragmenty książki, w których Autor mierzy się z cierpieniem. Opowieść o dziewiętnastowiecznej znachorce z Galicji, która — w dobrej wierze, przez trzydzieści lat pomagając chorym — pewnego dnia położyła na piersi katatonicznej kobiety ciężką Biblię i nie zdjęła jej na czas, a kobieta się udusiła, jest jednym z najbardziej wstrząsających świadectw, jakie zdarzyło mi się czytać w literaturze przedmiotu. Autor nie usprawiedliwia tej kobiety, ale też jej nie potępia. Pokazuje, jak cienka jest granica między pomocą a szkodzeniem, między wiarą w Bożą Opatrzność a magicznym myśleniem, między autorytetem płynącym z doświadczenia a pychą, która z tego autorytetu nieuchronnie wyrasta. Ta opowieść, osadzona w konkretnym, XIX-wiecznym kontekście, jest przecież uniwersalna. Czy każdy z nas, czytelników, nie znalazł się kiedyś w sytuacji, w której nasze przekonanie o własnej racji, o słuszności naszych metod, o boskim mandacie do działania, przesłoniło nam oczy na cierpienie drugiego człowieka? Czy każdy z nas nie potrzebuje usłyszeć: „Stop, możesz się mylić”?

Jako antropolog religii, od lat badający współczesne ruchy neopogańskie i okultystyczne, ze szczególnym zainteresowaniem przeczytałem rozdział poświęcony recepcji chrześcijańskich grimuarów w środowiskach wiccańskich i magicznych. To, jak Autor analizuje proces hermetyzacji i okultystycznej transpozycji _Clavicula Salomonis_ — od Eliphasa Lévi, przez MacGregora Mathersa, po Geralda Gardnera i Aleistera Crowleya — jest mistrzowskie w swojej syntetyczności i głębi. Pokazuje, że granice między religiami, między tradycjami, między epokami są znacznie bardziej płynne, niż skłonni bylibyśmy przyznać. Że teksty wędrują przez stulecia, zmieniając znaczenia, konteksty, funkcje, ale nie tracąc swojej mocy — tej mocy, którą nadaje im ludzka wiara, ludzka nadzieja, ludzkie pragnienie kontaktu z tym, co transcendentne. I że współczesny neopoganin, otwierający _Klucz Salomona_ w gaju pod Glastonbury, jest — mutatis mutandis — spadkobiercą tej samej tradycji, co średniowieczny mag, a nawet co chrześcijański egzorcysta, tyle że jego bogowie są inni, a jego teologia — radykalnie odpersonalizowana.

Największym jednak osiągnięciem tej książki jest, w moim przekonaniu, jej głęboko ekumeniczny — w najszerszym, nie tylko wyznaniowym sensie — charakter. Autor, choć sam zakorzeniony w katolickiej tradycji teologicznej, z niezwykłą empatią i zrozumieniem opisuje protestanckie formy hieromancji, od Lutra przez purytanów po współczesne ruchy ewangelikalne. Z równą uwagą traktuje praktyki ludowych znachorów i szeptuch, nie popadając przy tym w sentymentalną idealizację „mądrości ludowej”. Z otwartością, która zasługuje na najwyższe uznanie, podejmuje dialog z psychiatrią i psychologią, nie lęka się postawić tezy, że wiara w opętanie może być zarówno autentycznym wyrazem religijności, jak i objawem choroby psychicznej — i że odróżnienie jednego od drugiego wymaga nie tylko teologicznej wiedzy, ale także pokory i współpracy interdyscyplinarnej. To rzadka postawa w środowisku, w którym zbyt często dominuje albo bezkrytyczna akceptacja każdej narracji o opętaniu, albo jej równie bezkrytyczne, racjonalistyczne odrzucenie.

Czy książka ma słabości? Każda książka ma słabości, a ta — mimo swojej erudycji i rozmachu — nie jest pod tym względem wyjątkiem. Niektóre wątki, zwłaszcza te dotyczące wschodniego chrześcijaństwa, są jedynie zasygnalizowane; czytelnik mógłby oczekiwać głębszej refleksji nad praktykami egzorcystycznymi w Kościołach prawosławnych czy nad recepcją hieromancji w tradycji bizantyńskiej. Również współczesne ruchy zielonoświątkowe, zarówno katolickie, jak i protestanckie, potraktowane zostały nieco po macoszemu, choć ich praktyki „słów proroczych” i „słów wiedzy” są przecież żywym dowodem na to, że hieromancja bynajmniej nie odeszła do lamusa. Mam nadzieję, że Autor — zachęcony sukcesem tej książki — podejmie w przyszłości te tematy w osobnych studiach.

Ale to, co w tej książce jest najważniejsze, to nie jej kompletność — niemożliwa przecież w przypadku tematu tak rozległego — ale jej metoda. Autor nie pisze z pozycji sędziego, który z wysokości swego akademickiego fotela feruje wyroki na przeszłość i teraźniejszość. Pisze z pozycji świadka, który — sam uwikłany w opisywaną rzeczywistość, sam mierzący się z pytaniami, które stawia — stara się zrozumieć, opisać, skategoryzować, ale nigdy nie zapomina, że jego kategorie są jedynie narzędziami, a nie celami. Pisze z pozycji człowieka, który wie, że zarówno hieromancja, jak i egzorcyzmy są odpowiedziami na to samo, odwieczne ludzkie wołanie: „Panie, przemów, bo Twój sługa słucha”. I że to wołanie, nawet gdy przybiera formy nieporadne, teologicnie niedojrzałe, a niekiedy wręcz niebezpieczne, zasługuje na szacunek, a nie na pogardę.

W czasach, w których przyszło nam żyć — czasach głębokiego kryzysu tradycyjnych form religijności, ale też czasach niesłychanego wręcz rozkwitu duchowości alternatywnych, synkretycznych, hybrydycznych — książka taka jak ta jest na wagę złota. Nie dlatego, że dostarcza gotowych odpowiedzi. Przeciwnie: dlatego, że uczy stawiać lepsze pytania. Nie dlatego, że zamyka dyskusję. Przeciwnie: dlatego, że ją otwiera na nowe perspektywy, nowe metody, nowe obszary badawcze. Nie dlatego, że rozstrzyga spory. Przeciwnie: dlatego, że pokazuje, iż spory te są świadectwem żywotności i aktualności tradycji, która — mimo wszystkich swoich słabości i grzechów — wciąż potrafi mówić do człowieka XXI wieku.

Czy hieromancja jest grzechem? Czy egzorcyzmy są skuteczne? Gdzie przebiega granica między wiarą a przesądem? Autor nie udziela na te pytania odpowiedzi, których udzielić nie sposób. Uczy natomiast, że każde pokolenie musi na nie odpowiedzieć samodzielnie — w świetle własnego rozumu, własnej wiary, własnego doświadczenia. I że ta odpowiedzialność, choć ciężka, jest zarazem przywilejem, a unikanie jej — ucieczką w cudze autorytety, w gotowe schematy, w mechaniczne formuły — jest największym zagrożeniem dla żywej wiary.

Dlatego z pełnym przekonaniem rekomenduję tę książkę zarówno specjalistom — teologom, historykom, antropologom, psychologom religii — jak i zwykłym czytelnikom, którzy kiedykolwiek otworzyli Biblię na przypadkowej stronie i zadali sobie pytanie: „Czy to Bóg do mnie mówi?”. I tym, którzy odpowiedzieli twierdząco, i tym, którzy odpowiedzieli przecząco, i tym, którzy — jak większość z nas — wciąż szukają odpowiedzi. Każdy z nich znajdzie w tej książce coś dla siebie: erudycję, która nie przytłacza; refleksję, która nie nuży; wiarę, która nie jest naiwna; wątpliwość, która nie jest cyniczna. I może — kto wie? — po jej lekturze spojrzy na swoją Biblię, na swoje modlitwy, na swoje lęki i nadzieje, nieco inaczej. Z większą świadomością, że jest ogniwem w długim łańcuchu sięgającym Augustyna i Lutra, Menghiego i Delria, wiejskich znachorek i medialnych egzorcystów. Że jego prywatne _tolle, lege_ jest powtórzeniem gestu, który przez dwa tysiące lat wykonywały miliony ludzi — i że ten gest, niezależnie od tego, jak go ocenimy, łączy nas ze świętymi i grzesznikami, z mędrcami i prostakami, z tymi, którzy znaleźli Boga, i z tymi, którzy Go zagubili. Wszyscy oni, jak pisze Autor w swoim pięknym Zakończeniu, są świadkami tej samej prawdy: że człowiek jest istotą, która nie może żyć bez nadziei. I że nadzieja ta przybiera najróżniejsze kształty — czasem modlitwy, czasem zaklęcia, czasem rytuału, czasem otwartej na chybił trafił księgi.

Przed Państwem książka niezwykła. Niech Was nie zrazi jej akademicki sztafaż — przypisy, bibliografie, indeksy. To wszystko jest jedynie rusztowaniem, które po zakończeniu lektury można odrzucić. Zostanie wówczas to, co najważniejsze: opowieść o nas samych. O naszej tęsknocie za dotknięciem Niewidzialnego. O naszym lęku przed złem, którego nie rozumiemy. O naszej wierze, że Słowo, które było na początku, wciąż jest z nami — i że możemy je usłyszeć, otwierając księgę, pochylając głowę, szepcząc: _Tolle, lege_.

_Recenzent_WPROWADZENIE

CZY HIEROMANCJA TO GRZECH, CZY NARZĘDZIE WALKI Z DIABŁEM?

Wyobraźmy sobie scenę rozgrywającą się późnym wieczorem w niewielkiej, zacisznej plebanii gdzieś na południu Polski, w drugiej połowie XIX wieku. Gospodyni, starsza kobieta o zniszczonych pracą dłoniach, przynosi proboszczowi talerz gorącej zupy. Ksiądz siedzi przy dębowym stole, a przed nim leży otwarta Księga. To nie brewiarz, ale stara, obszarpana Biblia w przekładzie Jakuba Wujka. Światło nafty kładzie się niespokojnymi cieniami na pożółkłych kartkach. Kobieta waha się przez chwilę, po czym cicho szepcze: „Proszę księdza, a może by tak… rzucić losy? Może Pan Bóg by nam pokazał, co robić z tym nieszczęściem u młynarzów?”. Ksiądz podnosi wzrok, ale nie czyni znaku krzyża. Nie gromi jej za zabobon. Po chwili milczenia odpowiada: „Nie trzeba losów, kobieto. Otwórzmy Pismo Święte na chybił trafił i zobaczmy, co Pan Bóg nam powie”. Nie wie o tym, że za sto lat jego postępek stanie się przedmiotem analiz teologicznych, antropologicznych i psychologicznych. Nie wie też, że tego samego wieczoru, w Rzymie, pewien egzorcysta podczas uroczystego egzorcyzmu kładzie Ewangeliarz na czole młodej kobiście, usiłując odczytać z jej reakcji na święte słowa imię dręczącego ją demona. Dwa światy. Dwa rytuały. Jedna Księga.

Powyższa scena, choć zmyślona, doskonale ilustruje paradoks, który legł u podstaw niniejszej książki. Oto bowiem w łonie tego samego systemu religijnego — chrześcijaństwa zachodniego — współistnieją ze sobą dwie praktyki, które w teorii powinny być sobie radykalnie przeciwstawne. Z jednej strony mamy hieromancję, czyli wróżenie z Pisma Świętego, traktowaną przez oficjalne magisterium Kościoła jako przesąd, grzech ciężki, a nierzadko jako forma bałwochwalstwa. Katechizm Kościoła Katolickiego w paragrafie 2116 jasno stwierdza, iż wszelkie formy wróżenia, w tym odwoływanie się do szatana, demonów czy jakichkolwiek praktyk mających „odsłonić przyszłość”, należy odrzucić. Hieromancja, choć nieoperująca jawnym przywoływaniem złych duchów, podlega tej samej kategoryzacji — jest próbą podporządkowania sobie Boga i Jego woli mechanicznej procedurze.

Z drugiej strony barykady sytuuje się egzorcyzm — uroczysta modlitwa Kościoła, której celem jest uwolnienie człowieka spod władzy złego ducha. Rytuał ten, obwarowany setkami stron teologicznych komentarzy, posiada precyzyjnie określoną strukturę, wymaga specjalnego upoważnienia biskupa i odbywa się w ściśle określonych ramach liturgicznych. Egzorcyzm, w przeciwieństwie do hieromancji, jest aktem czysto religijnym, a jego skuteczność nie zależy — jak głosi oficjalna doktryna — od magicznej mocy słów, lecz wyłącznie od mocy Chrystusa działającego poprzez Kościół. A jednak, gdy przyjrzymy się egzorcyzmowi z bliska, dostrzeżemy w nim elementy, które z hieromancją łączy znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać. Egzorcysta bowiem nieustannie interpretuje znaki. Reakcja opętanego na dotyk krzyża, na wodę święconą, na imiona biblijnych postaci, na fragmenty Psalmów — to wszystko składa się na pewien system odczytywania woli Bożej i rozpoznawania natury zła. Czy ta interpretacja różni się od wróżenia? A jeśli tak, to czym właściwie? Na czym polega różnica między „rozeznawaniem duchów” a wróżbą? Czy użycie Biblii w kontekście walki z demonami jest sakramentalnym zastosowaniem Słowa Bożego, czy też swoistą hieromancją stosowaną — paradoksalnie — w celu przywrócenia porządku sakralnego?

Oto pytania, które będą nam towarzyszyć na kartach tej książki. Ich złożoność każe nam porzucić proste dychotomie. Świat hieromancji i egzorcyzmów nie dzieli się bowiem na czarno-białe kategorie dobra i zła, wiary i przesądu, religii i magii. Jest to raczej spektrum, na którym praktyki płynnie przechodzą jedna w drugą, a granice wyznaczane są nie tyle przez samą czynność, co przez intencję, kontekst, autorytet sprawującego oraz — co być może najważniejsze — przez epokę, w której przychodzi mu działać. W tej książce zaproszę czytelnika w podróż przez stulecia, od wczesnochrześcijańskich wspólnot Jerozolimy, poprzez średniowieczne skryptoria benedyktyńskie, sale przesłuchań inkwizycji, barokowe kościoły pełne opętanych, aż po współczesne sale konferencyjne, w których egzorcyści dyskutują o przypadkach opętań, a psychiatrzy spierają się z teologami o naturę dysocjacji. Będzie to podróż nie tylko w głąb historii, ale przede wszystkim w głąb ludzkiego umysłu, który — niezależnie od epoki — poszukuje kontaktu ze sferą sacrum i pragnie odczytać znaki, jakie Bóg (lub los) pozostawia na kartach najważniejszej Księgi Zachodu.

Aby jednak mówić o hieromancji i egzorcyzmach, musimy najpierw uwolnić się od kilku głęboko zakorzenonych stereotypów. Pierwszym z nich jest przekonanie, że wróżenie z Biblii było praktyką marginalną, uprawianą jedynie przez prosty, niepiśmienny lud. Nic bardziej mylnego. Hieromancja, znana w tradycji łacińskiej jako _Sortes Sanctorum_ (losy świętych) lub _Sortes Biblicae_ (losy biblijne), stanowiła przez stulecia przedmiot żywych dyskusji teologicznych, a praktykowali ją nie tylko chłopi i znachorki, ale również biskupi, opaci, a nawet papieże. Augustyn z Hippony, jeden z największych autorytetów Kościoła zachodniego, choć formalnie potępiał praktyki wróżbiarskie, w swoich _Wyznaniach_ opisuje scenę, w której przypadkowe otwarcie Biblii odegrało kluczową rolę w jego nawróceniu. „Weź, czytaj! Weź, czytaj!” — usłyszał dziecięcy głos, a otworzywszy Pismo, trafił na List św. Pawła do Rzymian. Czy było to działanie Opatrzności, czy akt bibliomancji? Sam Augustyn uznał to pierwsze, jednak zewnętrzny opis czynności — przypadkowe otwarcie księgi i uznanie przeczytanego tekstu za osobistą wskazówkę — jest tożsamy z procedurą stosowaną przez tych, których Kościół posądzał o czary.

Drugi stereotyp dotyczy egzorcyzmów. Współczesna popkultura, filmowe opowieści o egzorcystach walczących z potężnymi demonami, inspektorzy watykańscy tropiący zło w egzotycznych zakątkach świata — wszystko to utrwaliło obraz egzorcysty jako charyzmatycznego wojownika, mistyka obdarzonego szczególnymi mocami, który w pojedynkę stawia czoła legioniom piekielnym. Tymczasem rzeczywistość historyczna i teologiczna jest znacznie bardziej prozaiczna, ale zarazem o wiele bardziej fascynująca. Egzorcyści, przynajmniej ci działający zgodnie z rytuałem, to przede wszystkim skrupulatni obserwatorzy, interpretatorzy znaków, swoiści semiologowie sacrum. Każdy egzorcyzm, niezależnie od epoki, rozpoczyna się od fazy diagnostycznej, w której kapłan usiłuje ustalić, czy rzeczywiście ma do czynienia z opętaniem, czy też z chorobą psychiczną, histerią, sugestią lub symulacją. W tej fazie sięga się po rozmaite narzędzia — krzyż, wodę święconą, relikwie, właśnie Biblię — i obserwuje reakcję badanej osoby. Odmowa picia wody święconej, gwałtowne reakcje na imię Jezus, nieczytelne mówienie w językach, nadludzka siła, wstręt do przedmiotów poświęconych — oto znaki, które podlegają interpretacji. Czy ta interpretacja, polegająca na odczytywaniu związku między przedmiotem sakralnym a reakcją podmiotu, różni się istotnie od wróżenia? W sensie formalnym — tak, gdyż nie chodzi w niej o przepowiadanie przyszłości. W sensie metodologicznym — różnica staje się subtelniejsza, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że zarówno hieromant, jak i egzorcysta operują w ramach systemu, w którym przedmioty materialne (księga, woda, olej) pełnią funkcję nośników sacrum, a ich kontakt z człowiekiem wywołuje określone, dające się przewidzieć skutki.

Trzecim, najtrudniejszym chyba do przezwyciężenia stereotypem, jest przeświadczenie o stabilności i niezmienności tych praktyk na przestrzeni dziejów. W powszechnej świadomości zarówno hieromancja, jak i egzorcyzmy jawią się jako formy działania zamknięte, ukształtowane raz na zawsze w średniowieczu i przekazywane z pokolenia na pokolenie bez istotnych modyfikacji. Tymczasem prawda historyczna jest diametralnie inna. Hieromancja zmieniała swoje oblicze wielokrotnie: od starożytnego zwyczaju ciągnienia losów w celu wyboru biskupa czy apostoła, poprzez średniowieczne księgi wróżebne (_Sortes Sanctorum_), które często zestawiały cytaty biblijne z fragmentami Wergiliusza i Owidiusza, aż po nowożytne praktyki protestanckie, w których indywidualne otwieranie Biblii stało się codziennym narzędziem pobożności. Również egzorcyzm — dziś uznawany za jeden z najbardziej konserwatywnych, niezmiennych obrzędów Kościoła — podlegał głębokim przemianom. Rituale Romanum, oficjalny rytuał egzorcyzmów, w obecnej formie pochodzi z 1614 roku, ale był następnie modyfikowany, złagodzony w XX wieku i dopiero w 1999 roku doczekał się nowego wydania, które znacząco odeszło od barokowej wizji walki z szatanem. Współczesny egzorcysta, przynajmniej ten działający zgodnie z wytycznymi Stolicy Apostolskiej, ma za zadanie nie tyle konfrontację z demonem, ile modlitwę o uzdrowienie i uwolnienie; zrezygnowano z wielu dawnych, agresywnych formuł i gestów, a nacisk położono na spokojną, wytrwałą modlitwę.

To historyczne uwarunkowanie obu praktyk jest kluczowe dla zrozumienia ich wzajemnej relacji. Hieromancja i egzorcyzmy nie są bowiem fenomenami odrębnymi, rozwijającymi się na przeciwległych biegunach chrześcijaństwa, lecz raczej gałęziami tego samego pnia. Tym pniem jest głęboko zakorzeniona w mentalności śródziemnomorskiej, a następnie europejskiej, wiara w realną, fizyczną obecność sacrum w przedmiotach i słowach. Średniowieczny teolog nie miał wątpliwości, że Bóg może przemawiać przez przypadkowy układ kartek, podobnie jak nie miał wątpliwości, że słowa wypowiedziane przez kapłana podczas egzorcyzmu mogą dosłownie wypalić obecność demona w ciele opętanego. Ta wiara w performatywną, sprawczą moc znaku — biblijnego wersetu, gestu, symbolu — jest wspólnym mianownikiem dla obu praktyk. Różnica między hieromancją a egzorcyzmem nie polegała zatem na tym, że jedna praktyka uznawała sprawczą moc słów, a druga nie. Obie uznawały ją w stopniu dla nas, ludzi XXI wieku, często trudnym do pojęcia. Różnica leżała gdzie indziej: w źródle autorytetu.

Hieromanta, niezależnie od tego, czy był wiejskim znachorem, czy uczonym opatem, działał z własnej inicjatywy. Sam wybierał moment, sam interpretował znaki, sam wyciągał wnioski. Nawet jeśli prosił Boga o wskazówkę, ostateczna decyzja co do znaczenia odczytanego tekstu należała do niego. Egzorcysta natomiast, przynajmniej w teorii, działał jako narzędzie Kościoła. Nie wypowiadał własnych słów, lecz formuły zatwierdzone przez władzę kościelną. Nie improwizował, lecz wiernie powtarzał rytuał. Jego autorytet nie pochodził z jego osobistej świętości czy charyzmy, ale z urzędu, jaki sprawował, i z posłuszeństwa wobec przełożonych. W tym sensie egzorcyzm był, a przynajmniej być powinien, aktem czysto liturgicznym, a hieromancja — nawet gdy uprawiana w dobrych intencjach — pozostawała aktem prywatnym, a przez to zawsze podejrzanym o indywidualizm i subiektywizm.

Dopiero jednak wniknięcie w głąb ludzkiej psychiki pozwala nam zrozumieć, dlaczego obie praktyki, mimo dzielących je różnic, trwają nieprzerwanie od dwóch tysięcy lat. Człowiek, niezależnie od epoki i kultury, odczuwa potrzebę znaku. Nie jakiegokolwiek znaku, ale znaku pochodzącego z zaświatów, z rzeczywistości transcendentnej, która nadaje chaosowi codzienności sens i strukturę. W sytuacjach granicznych — chorobie, śmierci bliskich, zagrożeniu, nieszczęściu — ta potrzeba staje się szczególnie paląca. Wówczas zarówno hieromancja, jak i egzorcyzm oferują to samo: dostęp do sacrum, które nie jest abstrakcyjną ideą, ale konkretną, namacalną obecnością. Otwierasz Biblię i trafiasz na słowa „Nie lękaj się” — i oto sam Bóg bierze cię za rękę. Kładziesz Ewangeliarz na czole córki, która od tygodni nie śpi, nie je, krzyczy nieludzkim głosem — i oto Chrystus wypędza demona. Czy to naprawdę takie ważne, czy nazwiemy to wróżbą, czy liturgią? Dla człowieka w kryzysie — nie. Dla antropologa, historyka i teologa — tak, i to niezwykle ważne.

Niniejsza książka nie ma na celu rozstrzygania, która z tych interpretacji jest „prawdziwa”. Nie zamierzam dowodzić, że hieromancja to w istocie ukryty egzorcyzm, ani że egzorcyzm to przebrana w szaty liturgiczne hieromancja. Moim celem jest znacznie skromniejsze, a zarazem — jak sądzę — znacznie bardziej interesujące zadanie: pokazanie, że obie praktyki pozostawały ze sobą w ciągłym, niejawnym dialogu, wzajemnie się inspirując, zapożyczając od siebie formuły, gesty i sposoby myślenia. Egzorcyści, nawet jeśli oficjalnie potępiali wróżenie, sami nieustannie odczytywali znaki, a ich podręczniki pełne są opisów, jak interpretować konkretne reakcje opętanych jako przejaw działania konkretnych demonów. Hieromanci zaś, nawet jeśli nie mieli święceń kapłańskich, w swoich praktykach odwoływali się do autorytetu Kościoła, używając pobłogosławionych ksiąg, formuł modlitewnych i cytatów z liturgii. Granica między tymi dwoma światami była więc nie tyle murem, ile płotem — łatwym do pokonania, choć zawsze przypominającym o swoim istnieniu.

Aby tę złożoność oddać, książka została podzielona na pięć części. W części pierwszej, zatytułowanej „Korzenie i definicje”, przyjrzymy się uważnie etymologii, historii i teologicznemu umocowaniu zarówno hieromancji, jak i egzorcyzmów. Pytanie o to, co właściwie robimy, gdy otwieramy Biblię w poszukiwaniu wskazówki, oraz co robimy, gdy wypowiadamy słowa egzorcyzmu, będzie przewodnikiem po tej części. Sięgniemy do źródeł — od Dziejów Apostolskich, poprzez pisma Ojców Kościoła, aż po średniowieczne traktaty teologiczne. Postaramy się zrozumieć, jak doszło do tego, że dwie praktyki mające ten sam przedmiot (Pismo Święte) i podobne cele (uzyskanie kontaktu z rzeczywistością nadprzyrodzoną) zostały tak radykalnie rozdzielone na ortodoksję i przesąd, liturgię i magię.

W części drugiej, „Hieromancja jako narzędzie walki z demonami”, wkroczymy w samo centrum naszego tematu. Zobaczymy, jak Biblia funkcjonowała w rycie egzorcyzmu nie tylko jako źródło czytanych formuł, ale jako materialny, fizyczny przedmiot obdarzony mocą. Pytanie o to, czy egzorcysta, kładąc Ewangeliarz na ciele opętanego, dokonuje aktu analogicznego do hieromancji, będzie kluczowe dla tej części. Przeanalizujemy też, w jaki sposób psalmy i biblijne imiona Boga nabierały w kontekście egzorcyzmów znaczenia, które współczesnemu czytelnikowi może kojarzyć się raczej z magicznymi zaklęciami niż z chrześcijańską modlitwą.

Część trzecia, „Ludowość, synkretyzm i opozycje”, przeniesie nas w świat praktyk nieoficjalnych, często pogranicznych, gdzie hieromancja i egzorcyzmy mieszały się z lokalnymi wierzeniami, przesądami i obrzędami przedchrześcijańskimi. To właśnie tutaj zobaczymy, jak wielki był rozdźwięk między oficjalnym nauczaniem Kościoła a rzeczywistymi praktykami duszpasterskimi. Nie będzie to jednak opowieść jedynie o ciemnocie i zabobonie; spróbujemy zrozumieć logikę ludowej religijności, która potrafiła łączyć pozornie sprzeczne elementy w spójną, funkcjonalną całość.

Część czwarta, „Współczesność i perspektywy”, poświęcona będzie temu, co dzieje się z hieromancją i egzorcyzmami dzisiaj. W dobie internetu, globalizacji i kryzysu tradycyjnych form religijności, obie praktyki przeżywają zaskakujący renesans. Wirtualni egzorcyści, internetowe poradnie duchowe, aplikacje oferujące losowanie wersetów biblijnych — to nie science fiction, ale rzeczywistość ostatnich lat. Jak Kościół radzi sobie z tymi nowymi formami starych praktyk? Czy współczesna psychologia i psychiatria mogą pomóc w odróżnieniu opętania od choroby, czy raczej pogłębiają chaos terminologiczny?

Wreszcie część piąta, „Etyka i granice”, będzie próbą odpowiedzi na pytanie najbardziej palące: gdzie przebiega granica między dopuszczalnym, owocnym duchowo korzystaniem z Pisma Świętego w sytuacjach granicznych, a nagannym, wręcz grzesznym wróżeniem? Gdzie kończy się modlitwa egzorcyzmu, a zaczyna — by użyć mocnego, ale precyzyjnego terminu — magia? Nie spodziewam się, że uda mi się udzielić ostatecznej, obowiązującej wszystkich odpowiedzi. Pragnę jednak dostarczyć czytelnikowi narzędzi, dzięki którym sam będzie mógł takiej odpowiedzi udzielić w konkretnych, życiowych sytuacjach.

Pisząc tę książkę, nieustannie miałem świadomość, że podejmuję temat niezwykle delikatny. Dla jednych czytelników już samo zestawienie hieromancji (wróżenia) z egzorcyzmami (świętym obrzędem) będzie wydawało się bluźniercze, sugerujące, że Kościół od wieków praktykuje to, co oficjalnie potępia. Inni z kolei uznają, że traktuję hieromancję zbyt poważnie, nadaję jej rangę, na którą nie zasługuje, skoro jest jedynie przeżytkiem, zabobonem, formą magii. Mam nadzieję, że obie te skrajne grupy czytelników — krytycy z pobożności i krytycy z racjonalizmu — zechcą towarzyszyć mi w tej podróży dłużej niż przez pierwsze rozdziały. Hieromancja i egzorcyzmy są bowiem nie tylko przedmiotem badań historyka czy antropologa; są one także, a może przede wszystkim, świadectwem nieustannego ludzkiego pragnienia, by dotknąć Boga, by usłyszeć Jego głos, by doświadczyć Jego mocy w sposób bezpośredni, namacalny, niepozostawiający wątpliwości. To pragnienie jest tak stare jak ludzkość i nie zniknie wraz z postępem nauki ani z reformami liturgicznymi.

Kiedy Karol Darwin, tworząc teorię ewolucji, burzył biblijny obraz stworzenia świata, nie przypuszczał zapewne, że sto pięćdziesiąt lat później ludzie w Nowym Jorku, Tokio i Warszawie nadal będą otwierać Pismo Święte na chybił trafił, szukając w nim odpowiedzi na pytania, których nie potrafią rozwiązać ani nauka, ani filozofia. Gdy Zygmunt Freud demaskował religię jako iluzję, nie przypuszczał, że egzorcyści na całym świecie nadal będą wzywać imienia Jezus nad ludźmi, których współczesna psychiatria uznała za przypadki beznadziejne. Czy to dowód na triumf irracjonalizmu nad rozumem? Czy raczej świadectwo, że człowiek jest istotą, która nie żyje samym chlebem, ani samymi dowodami naukowymi, ani samą tylko logiczną argumentacją?

Pytania te pozostawiam otwarte. Nie dlatego, że unikam odpowiedzi, ale dlatego, że odpowiedzi na nie każdy z nas musi udzielić sam, w konfrontacji z własnym doświadczeniem, własną wiarą (lub jej brakiem) i własnym rozumieniem tego, czym jest świętość, magia, wiara i przesąd. Ta książka nie ma być katechizmem ani podręcznikiem walki duchowej. Ma być przewodnikiem po fascynującym, często niepokojącym, ale zawsze niezwykle ludzkim świecie, w którym święte księgi stają się narzędziami wróżenia, a walka z diabłem nie różni się czasem od egzorcyzmowania demonów, które są jedynie wytworami zszokowanej, przeciążonej wyobraźni.

Wracam więc myślą do owego proboszcza z małej galicyjskiej wioski, który przed stu pięćdziesięciu laty otworzył Biblię, by odczytać z niej wolę Bożą dla strapionej gospodyni. Nie wiem, co wtedy przeczytał. Być może były to słowa nadziei: „Nie bój się, bom Ja z tobą”. Być może upomnienie: „Czemuż to szukacie znaków?”. A być może zupełnie przypadkowy werset, który dla owej kobiety stał się światłem w ciemności. Nie wiem też, czy ten proboszcz kiedykolwiek został wezwany do egzorcyzmowania kogoś, kto — jak mniemano — uległ opętaniu. Jeśli tak, to z pewnością położył Ewangeliarz na głowie nieszczęśnika i modlił się słowami, które przez wieki wypowiadali jego poprzednicy. Nie wiem, czy w tamtej chwili myślał o tym, że przecież robi coś bardzo podobnego do tego, co robił przed tygodniem, gdy otwierał Pismo dla gospodyni. Być może nie myślał o tym wcale. Być może myślał o czymś zupełnie innym — o tym, że Bóg naprawdę jest obecny w swojej Księdze i że każdy, kto się do Niego zwraca z wiarą, otrzyma odpowiedź. I być może w tej swojej prostej, nieprzepracowanej teologicznie ufności miał więcej racji niż wszyscy kazuści, którzy przez wieki spierali się o to, gdzie kończy się wiara, a zaczyna magia.

Oto więc jesteśmy u progu tej książki. Przed nami kilkanaście rozdziałów, setki lat historii, dziesiątki postaci — teologów, inkwizytorów, egzorcystów, wizjonerów, oszustów i świętych. Przed nami świat, w którym słowa mają moc, a księgi — duszę. Świat, w którym demony boją się pergaminu i atramentu, a Bóg przemawia przez układ liter. Świat, który, choć na pozór odległy, wciąż jest nam bliższy, niż skłonni bylibyśmy przypuszczać. Wystarczy wszak otworzyć Biblię na przypadkowej stronie i zadać pytanie, na które nie znamy odpowiedzi. Czy ktoś z nas nigdy tego nie zrobił? Czy ktoś z nas nigdy nie pomyślał w chwili zwątpienia: „Panie, daj mi znak”? Jeśli tak, to ta książka jest właśnie dla niego. Dla nas wszystkich, którzy szukamy śladów Boga w świecie, który Boga coraz częściej się wypiera. Dla nas wszystkich, którzy wierzymy, że los, przypadek i Opatrzność to trzy imiona tej samej tajemnicy. Dla nas wszystkich, którzy — niezależnie od światopoglądu — czujemy, że istnieje rzeczywistość wykraczająca poza to, co widzialne, dotykalne, mierzalne i weryfikowalne. Hieromancja i egzorcyzmy to tylko dwie z wielu form, jakie przybierało to odwieczne ludzkie poszukiwanie. Ale to formy szczególne, bo związane z Księgą, która przez dwa tysiąclecia była dla Zachodu nie tylko zbiorem tekstów religijnych, ale zwierciadłem, w którym przeglądała się cała kultura. W tym zwierciadle spoglądamy również my. I choć odbicie bywa zniekształcone, nie możemy oderwać od niego wzroku. Bo być może to właśnie w tych zniekształceniach — w hieromancji potępianej przez teologów, w ludowych egzorcyzmach wyśmiewanych przez racjonalistów — kryje się prawda o nas samych, o naszej tęsknocie za absolutetm i naszym lęku przed nim.

Zapraszam zatem do lektury. Nie obiecuję, że po jej zakończeniu będziecie państwo wiedzieli, czym różni się hieromancja od egzorcyzmu, wiara od magii, modlitwa od zaklęcia. Obiecuję natomiast, że inaczej spojrzycie na Biblię — nie tylko jako na świętą księgę, ale jako na przedmiot, który przez wieki dzielił los człowieka: był czczony i niszczony, całowany i palony na stosach, otwierany z nabożeństwem i z lękiem. I obiecuję, że inaczej spojrzycie na egzorcystów — nie jako na bohaterów filmów grozy, ale jako na ludzi, którzy wzięli na swoje barki ciężar odpowiedzialności za tych, których współczesny świat uznał za straconych. To książka o magii i religii, o wierze i przesądzie, o świętości i przekleństwie. Ale przede wszystkim to książka o nas — ludziach, którzy nigdy nie przestali wierzyć, że przypadkowo otwarta stronica może odmienić całe życie.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij