Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Historia archeologii - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 lutego 2026
20,19
2019 pkt
punktów Virtualo

Historia archeologii - ebook

By zrozumieć, jak bardzo archeologia ewoluowała od romantycznej przygody do dojrzałej nauki, należy cofnąć się do jej początków. Bo prawda jest taka, że pierwsi „archeolodzy” byli bardziej wandalami niż badaczami. I choć dziś możemy krzywić się na ich metody, to właśnie im zawdzięczamy narodziny zainteresowania przeszłością. Książka została utworzona z pomocą AI.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-646-5
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1: Archeologia — nauka czy przygoda?

WYKOPALISKA WYOBRAŹNI

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest być archeologiem? Nie w tym hollywoodzkim wydaniu, z biczem w jednej ręce i fedorą na głowie, przedzierającym się przez zapomniane świątynie w poszukiwaniu złotego bożka. Pytam o tę prawdziwą wersję: klęczeć godzinami w wykopie, pocąc się w słońcu lub marznąc w deszczu, z pędzelkiem i packą murarską w dłoni, usuwając centymetr po centymetrze ziemię, która skrywała jakiś sekret przez setki, tysiące, a może nawet miliony lat.

Bo archeologia ma ten niezwykły, wręcz magnetyczny rys. Z jednej strony — przygoda. Odkrywanie zaginionych miast, dotykanie przedmiotów, które ostatni raz trzymane były w dłoniach przez kogoś, kto żył na długo przed tym, zanim jakikolwiek kronikarz zaczął spisywać dzieje. Kto z nas, czytając o Troi odnalezionej przez Schliemanna, nie poczuł choćby ukłucia ekscytacji? Albo śledząc losy grobowca Tutanchamona — „widzę cudowne rzeczy!” — nie zapragnął choć przez chwilę stać się odkrywcą?.

Z drugiej strony — nauka. Systematyczna, żmudna, wymagająca ogromnej wiedzy i dyscypliny. Jak to ujął jeden ze znanych polskich profesorów, cytowany przez pasjonata archeologii na portalu czytelniczym: „To dziesiątki dupogodzin”. Godziny spędzone na dokumentowaniu, klasyfikowaniu, porównywaniu, datowaniu. I w tym właśnie tkwi sedno dylematu, który od lat rozpala dyskusje nie tylko wśród laików, ale i samych badaczy. Czym tak naprawdę jest archeologia? Romansem z przeszłością, pełnym przypadkowych odkryć i romantycznych wizji, czy twardą, rzetelną dyscypliną naukową, którą można postawić w jednym rzędzie z fizyką czy chemią?.

W SIDŁACH DEFINICJI

Zanim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, spójrzmy, skąd w ogóle wzięła się nazwa naszej dziedziny. Słowo „archeologia” ma swoje korzenie w starożytnej Grecji. Pochodzi od dwóch słów: _archaios_, co znaczy „dawny, starożytny”, oraz _logos_ — „mowa, słowo, nauka”. W dosłownym tłumaczeniu byłaby to zatem „nauka o dawnych dziejach” lub „opowieść o starożytności”.

Co ciekawe, sam termin pojawił się już w starożytności. Tukidydes, słynny historyk grecki, używał go w swojej „Wojnie peloponeskiej” na określenie najdawniejszych dziejów Hellady. Później na długie wieki słowo to poszło w zapomnienie, by powrócić do łask dopiero w XVII wieku. To francuski antykwariusz Jacques Spon, podróżując do Rzymu i na Wschód, w 1674 roku opisał napotkane zabytki, używając właśnie określenia „archeologia”.

Od tamtej pory prób zdefiniowania tego, czym archeologia jest i czym się zajmuje, było bez liku. I każda z tych definicji nieco inaczej rozkłada akcenty. Dla jednych była to po prostu nauka badająca przeszłość człowieka na podstawie materialnych pozostałości jego działalności. Dla innych — coś więcej.

Posłuchajmy, jak na przestrzeni wieków zmieniało się myślenie o tej dyscyplinie. W Encyklopedyi Powszechnej z 1860 roku znajdujemy definicję niezwykle poetycką, ale i głęboką. Czytamy tam, że archeologia „ma za przedmiot nakreślić za pomocą pomników obraz starożytnej społeczności. Celem jej jest człowiek i dzieła rąk jego (…) Odżywia ona w naszych oczach i przenosi nas w towarzystwo wielkich ludów i wielkich mężów przeszłości”. To wizja archeologii jako moralnej statystyki starożytnego świata, jako zwierciadła, w którym możemy zobaczyć nie tylko naszych przodków, ale i samych siebie. Autor tego tekstu, pisany piórem z połowy XIX wieku, trafnie zauważa nieprzezwyciężony pociąg, jaki czujemy do owych czasów — pociąg, który każe nam odbudowywać własne kroniki i szukać w przeszłości dowodu, że ludzkość zawsze zmierzała ku postępowi.

Współcześni badacze podchodzą do definicji bardziej pragmatycznie. Colin Renfrew i Paul Bahn, autorzy jednego z najważniejszych podręczników archeologii na świecie, widzą w niej połączenie trzech elementów: po części odkrywania skarbów przeszłości, po części drobiazgowej analizy naukowej, a po części ćwiczenia twórczej wyobraźni. To bardzo ważne spostrzeżenie. Archeologia to nie tylko sucha, laboratoryjna procedura. To także umiejętność zadawania właściwych pytań, stawiania hipotez i — owszem — wyobrażania sobie, jak mogło wyglądać życie tych, których ślady odsłaniamy.

Amerykańscy archeolodzy Wendy Ashmore i Robert J. Sharer poszli o krok dalej, precyzując cztery główne cele, jakie powinna stawiać przed sobą archeologia jako nauka. Po pierwsze, OKREŚLENIE FORMY — czyli opis i klasyfikacja odkrytych obiektów. Po drugie, OKREŚLENIE FUNKCJI — dociekanie, do czego te przedmioty służyły. Po trzecie, ZROZUMIENIE PROCESU — odpowiedź na pytanie, jak i dlaczego kultury zmieniały się na przestrzeni wieków. I wreszcie po czwarte, ODNALEZIENIE ZNACZENIA — próba zrozumienia wierzeń, postaw i systemów wartości dawnych ludów w ich własnym kontekście kulturowym.

HISTORIA PISANA NA NOWO

By zrozumieć, jak bardzo archeologia ewoluowała od romantycznej przygody do dojrzałej nauki, cofnijmy się do jej początków. Bo prawda jest taka, że pierwsi „archeolodzy” byli bardziej wandalami niż badaczami. I choć dziś możemy krzywić się na ich metody, to właśnie im zawdzięczamy narodziny zainteresowania przeszłością.

Rok 1748 uznaje się za symboliczną datę początku wykopalisk na wielką skalę. To wtedy rozpoczęto systematyczne prace w Pompejach i Herkulanum — miastach zniszczonych i pogrzebanych przez erupcję Wezuwiusza w 79 roku naszej ery. Sponsorami przedsięwzięcia byli władcy Królestwa Obojga Sycylii, którzy z początku prowadzili prace w tajemnicy, nie chcąc rozgłosu. Sytuacja zmieniła się, gdy do gry wkroczył Johann Joachim Winckelmann, niemiecki ekspert od antyku, który jako konserwator starożytności rzymskich i bibliotekarz Watykanu uzyskał dostęp do wykopalisk. To jemu zawdzięczamy nie tylko opisanie i skatalogowanie znalezisk, ale przede wszystkim dzieło „Geschichte der Kunst des Altertums” z 1764 roku, które przez długie lata było podstawą do badań nad sztuką starożytną. Co ciekawe, polski przekład tej książki ukazał się już w 1815 roku, a dokonał go Stanisław Kostka Potocki.

Ale prawdziwą sensację, i to w stylu czysto przygodowym, przyniósł wiek XIX. To wtedy na scenę wkroczyły postacie tak barwne, że mogłyby z powodzeniem konkurować z filmowymi herosami. Weźmy choćby Giovanniego Battistę Belzoniego. Ten włoski siłacz cyrkowy, który dorabiał jako inżynier hydraulik, stał się jednym z najbardziej znanych poszukiwaczy skarbów w Egipcie. W 1817 roku Belzoni dokonał odkrycia, które mogłoby stać się kanwą powieści sensacyjnej. Odnalazł grobowiec Setiego I, ojca Ramzesa Wielkiego. Sarkofag faraona był pusty. Zaintrygowany, zaczął szukać dalej. Pod sarkofagiem odkrył tajny korytarz, który — niestety — kończył się ślepą ścianą. Nie dane mu było dowiedzieć się, co stało się z mumią władcy. Tajemnica wyjaśniła się dopiero w 1881 roku, gdy mumię Setiego I odnaleziono w słynnej skrytce grobowej w Deir el-Bahari, gdzie została ukryta wraz z innymi władcami Egiptu, by uchronić ją przed rabusiami.

Albo inny przykład — Austen Henry Layard. Brytyjczyk, który w połowie XIX wieku postanowił odszukać miasta Asyrii, jednego z największych imperiów starożytności. Layard był człowiekiem renesansu: archeologiem-amatorem, dyplomatą, podróżnikiem, a do tego — jak wspominają źródła — świetnie władał piórem, mieczem i pięściami. Jego pamiętniki pełne są opisów wypraw, w których napięcie sięga zenitu, a on sam wychodzi cało z największych opresji. To właśnie Layard odkrył ruiny Niniwy i pałace asyryjskich władców, wydobywając na światło dzienne bezcenne płaskorzeźby i gliniane tabliczki.

Czy byli to archeolodzy w dzisiejszym rozumieniu tego słowa? Z pewnością nie. Działali bez odpowiedniej dokumentacji, często niszcząc więcej, niż odkrywali. Ich celem było pozyskanie spektakularnych zabytków do kolekcji, a nie systematyczne badanie przeszłości. Jak trafnie zauważa recenzent książki Briana Fagana, ich „barbarzyńska archeologia” dała jednak asumpt do powstania tej dziedziny nauki. To ich nieporadne niszczenie zabytków sprawiło, że kolejne pokolenia musiały opracować metody wydobywania, konserwacji i dokumentacji znalezisk.

MOMENT PRZEŁOMU

Kiedy zatem archeologia przestała być zbieractwem i stała się nauką? To proces rozłożony na wiele lat, ale można wskazać kilka kluczowych momentów. Za jeden z nich uznaje się rok 1831, gdy Christian Jürgensen Thomsen, duński antykwariusz, zaproponował podział pradziejów na trzy następujące po sobie epoki: kamienia, brązu i żelaza. Ten prosty, genialny w swej istocie system — oparty na obserwacji, że narzędzia i broń wytwarzano kolejno z trzech różnych surowców — stał się fundamentem chronologii prehistorycznej i do dziś, z późniejszymi uzupełnieniami, jest używany.

Na przełomie XIX i XX wieku archeologia osiągnęła status samodzielnej dyscypliny akademickiej. Zaczęto uczyć jej na uniwersytetach, formułowano kanony metodyczne, wypracowywano techniki wykopaliskowe. Wtedy też ukształtowały się dwa główne podejścia do uprawiania tej nauki. W tradycji środkowoeuropejskiej (w tym w Polsce i krajach niemieckojęzycznych) archeologię uznano za naukę historyczną, ściśle związaną z historią. Źródła pisane i archeologiczne miały się wzajemnie uzupełniać. W krajach anglosaskich, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, poszła inną drogą — uznano ją za część antropologii, nauki o człowieku, obok antropologii kulturowej, biologicznej i lingwistycznej.

Ten podział ma swoje konsekwencje do dziś. Amerykańscy archeolodzy chętniej sięgają po modele etnograficzne, porównując dawne społeczeństwa do żyjących współcześnie ludów plemiennych. Europejscy — częściej traktują swoje odkrycia jako uzupełnienie lub weryfikację tego, co przekazali nam starożytni kronikarze.

ARCHEOLOG W PRACY

Ale zostawmy na chwilę teorię. Jak wygląda codzienna praca archeologa? Bo obraz, jaki funkcjonuje w popkulturze, ma się nijak do rzeczywistości. W brytyjskim magazynie „Private Eye” archeolog jest rutynowo przedstawiany jako „człowiek z głową w ziemi”, a w kreskówkach jako zasuszony staruszek z obsesją na punkcie starych kości i potłuczonych garnków. Paul Bahn, brytyjski archeolog, śmieje się, że choć trafność tych obserwacji jest uderzająca, oddają one tylko część prawdy. Wielu archeologów nigdy nie prowadziło wykopalisk, a bardzo niewielu poświęca im cały swój czas.

Bo archeologia to nie tylko kopanie. To przede wszystkim mrówcza praca umysłowa. Można wyróżnić trzy główne obszary aktywności archeologa. Pierwszy to PRACA W TERENIE — poszukiwanie stanowisk, wykopaliska, dokumentacja. Drugi to BADANIA LABORATORYJNE — analiza pozyskanych materiałów przy użyciu skomplikowanej aparatury. Trzeci to PRACA KONCEPCYJNA — analiza i interpretacja uzyskanych informacji, stawianie hipotez i weryfikacja teorii.

I tu dochodzimy do sedna sporu o naukowość archeologii. Przeciwnicy argumentują, że większość naszej wiedzy o przeszłości opiera się na subiektywnych interpretacjach badaczy, które nie tylko mogą, ale często różnią się od siebie. Czy archeologia nie jest zatem jedynie niekończącą się, niemożliwą do jednoznacznego zweryfikowania hipotezą?.

Zwolennicy odpowiadają: istnieje rozwinięta, przemyślana i skuteczna metodologia archeologiczna. Typologizacja, klasyfikacja, chronologia, systematyka danych, krytyczna analiza znalezisk — to wszystko metody typowo naukowe. A gdy dodamy do tego zaawansowane technologie z innych dziedzin, obraz staje się jasny: archeologia jest nie tylko nauką, ale nauką w najwyższym stopniu interdyscyplinarną.

LABORATORIUM BEZ ŚCIAN

Współczesny archeolog to nie tylko humanista z łopatą. To także ktoś, kto swobodnie porusza się w świecie nauk ścisłych i przyrodniczych. Datowanie radiowęglowe? Proszę bardzo. Analiza DNA? Czemu nie. Badanie składu izotopowego szkliwa zębów, by odtworzyć dietę i migracje? Standard.

Wróćmy do wspomnianej na początku debaty, która odbyła się w Muzeum Archeologicznym w Krakowie we wrześniu 2024 roku. Jej uczestnicy — naukowcy z różnych dziedzin — spierali się właśnie o to, czy archeologia jest nauką. Wśród nich był prof. Adam Walanus, geolog i fizyk, specjalista od analizy danych i statystycznej obróbki datowań radiowęglowych. Była dr Ewelina Miśta-Jakubowska, która łączy pracę w Instytucie Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego z badaniami w Narodowym Centrum Badań Jądrowych, rozwijając techniki obrazowania neutronowego zabytków. I dr Piotr Kołodziejczyk, archeolog terenowy, od lat badający starożytny Egipt i Jordanię.

Ta różnorodność specjalizacji pokazuje, jak bardzo zmieniła się archeologia. Dziś to prawdziwie wielopłaszczyznowa nauka o człowieku, łącząca humanistykę (historię, socjologię, religioznawstwo), nauki przyrodnicze (biologię, antropologię, geologię) i nauki ścisłe (matematykę, chemię, fizykę nuklearną). Archeolog nie musi być ekspertem we wszystkich tych dziedzinach, ale musi wiedzieć, kiedy i o co zapytać specjalistów. I musi umieć zinterpretować wyniki ich badań w kontekście swojego stanowiska.

Weźmy choćby metodę datowania, która zrewolucjonizowała badania nad początkami polskiej państwowości — dendrochronologię, czyli analizę słojów drzew. Dzięki niej możemy dziś z precyzją co do roku określić, kiedy ścięto dęby na budowę pierwszych grodów piastowskich. To dzięki niej wiemy, że daty podawane przez Galla Anonima nie zawsze zgadzały się z rzeczywistością. Drewno nie kłamie. Ono po prostu rocznie przybywa o jeden słój.

PO CO NAM TO WSZYSTKO?

Jeśli archeologia jest nauką, to jaki jest jej cel? Czy chodzi tylko o zaspokojenie naszej ciekawości, o udowodnienie, że ta czy inna legenda ma swoje odbicie w faktach? Oczywiście, że nie. Celem archeologii jest coś znacznie głębszego.

Encyklopedia PWN określa archeologię jako naukę historyczną badającą przeszłość dawnych społeczeństw, źródłoznawczą dziedzinę szeroko pojmowanej historii. Jej zadaniem jest ustalenie wieku odkrywanych źródeł, badanie ich pierwotnej funkcji i rekonstrukcja rozwoju w czasie i przestrzeni. Ale to tylko suche definicje.

Spróbujmy spojrzeć na to inaczej. Dla okresów, które nie pozostawiły po sobie żadnych źródeł pisanych, archeologia jest jedynym oknem na przeszłość. Gdyby nie ona, nic nie wiedzielibyśmy o ludziach epoki kamienia, o pierwszych rolnikach, o kulturach, które rozwinęły się i upadły, nie pozostawiając po sobie żadnych kronik. To archeologia udowodniła, że kolebką ludzkości była Afryka, że proces uczłowieczenia trwał miliony lat, że pierwsi artyści malowali w ciemnych jaskiniach, a pierwsi rolnicy zakładali wioski nad Eufratem.

Dla czasów historycznych, dla których istnieją źródła pisane, rola archeologii jest inna, ale równie ważna. Pozwala zweryfikować obraz nakreślony przez kronikarzy, uzupełnić go o szczegóły z życia codziennego, odtworzyć to, co dla piszących było zbyt oczywiste, by o tym wspominać. Bo kronikarze pisali o królach i bitwach. O tym, jak wyglądała chata chłopa, co jadł na śniadanie i w co się ubierał — muszą nam powiedzieć archeolodzy.

I tu dochodzimy do jeszcze jednego, bardzo ważnego zadania współczesnej archeologii — ochrony dziedzictwa kulturowego. Colin Renfrew i Paul Bahn wyraźnie podkreślają, że celem archeologii jest także zachowanie światowego dziedzictwa i jego obrona przed bezmyślnym rabunkiem oraz niszczeniem. W dobie wojen, gwałtownego rozwoju budownictwa i zmian klimatu, to zadanie nabiera szczególnego znaczenia.

PRZYPADEK INDIANA JONESA

A jednak, mimo całej tej naukowej otoczki, mimo laboratoryjnych procedur i skomplikowanych analiz, gdzieś w głębi duszy każdego archeologa tkwi iskierka przygody. I nie ma w tym nic złego.

Sam brałem udział w wykopaliskach. Pamiętam to uczucie, gdy jako nastolatek po raz pierwszy trzymałem w dłoni coś, co przez setki lat leżało pod ziemią. W Ćwiklicach koło Pszczyny, na stanowisku gródka rycerskiego z 1409 roku, odkopaliśmy piece do wytopu rudy. A potem — kafle. Zielone, błyszczące, z wypukłym ornamentem. Wyglądały jak smocze łapy. Pamiętam, jak serce zabiło mi szybciej. Później okazało się, że to były kobiece dłonie — ale czy to ważne? Ważne, że dotknąłem czegoś, co spoczywało w ziemi od ponad sześciuset lat. Że przez chwilę byłem pośrednikiem między tym, który ulepił ten kafel, wypalił go, wstawił do pieca, a mną, który wydobywał go na światło dzienne.

To jest właśnie ta magia archeologii. To połączenie chłodnej analizy laboratoryjnej z gorączką odkrywcy. To umiejętność zadawania pytań ziemi i cierpliwego czekania na odpowiedź. To radość, gdy hipoteza potwierdza się w kolejnym wykopie, i dreszcz emocji, gdy natykamy się na coś zupełnie niespodziewanego.

Czy zatem archeologia to nauka czy przygoda? Odpowiedź brzmi: i jedno, i drugie. To nauka, bo ma swoje metody, procedury i cele. Bo korzysta z dorobku innych dyscyplin i podlega takim samym rygorom weryfikacji, jak każda inna dziedzina wiedzy. Ale to także przygoda, bo jej przedmiotem jest człowiek — istota nieprzewidywalna, twórcza, pełna sprzeczności. I bo każdy wykop to podróż w nieznane, której wyniku nie możemy być pewni.

Jak trafnie ujął to autor cytowany na portalu czytelniczym: „Kiedy myślimy o archeologii, wyobrażamy sobie wykopaliska w poszukiwaniu starożytnych skarbów. I choć to tylko część prawdy, to właśnie ta część sprawia, że archeologia jest jedną z najciekawszych nauk świata”.

ZAPROSZENIE W GŁĄB

W tej książce wybierzemy się w podróż. Wyruszymy śladami tych, którzy tworzyli archeologię — od pierwszych poszukiwaczy skarbów po współczesnych badaczy w białych kitlach laboratoryjnych. Odwiedzimy najsłynniejsze stanowiska na świecie: od jaskiń z malowidłami w Lascaux, przez piramidy w Gizie, po miasta Majów w dżungli Jukatanu. Zajrzymy też w głąb polskiej ziemi, by zobaczyć, co kryją grody Piastów i jak najnowsze badania weryfikują legendy o początkach naszego państwa.

Ale zanim ruszymy w tę podróż, zapamiętajmy jedno. Archeologia to nie tylko zbiór faktów i dat. To opowieść o nas samych. Bo gdy odkopujemy przeszłość, tak naprawdę szukamy odpowiedzi na pytania o teraźniejszość. Kim jesteśmy? Skąd pochodzimy? Dokąd zmierzamy?

To właśnie ta ciekawość — „nieprzezwyciężony pociąg” do owych czasów ciemnych nawet dla historii, jak pisał anonimowy autor encyklopedii z 1860 roku — każe nam wyruszać na poszukiwania. Każe nam grzebać w popiołach, przeczesywać ruiny, analizować okruchy. I każe nam pisać tę książkę.

Zapraszam do lektury. Przed nami długa i fascynująca podróż.Rozdział 2: Warsztat archeologa — jak czytać przeszłość?

DETEKTYWI CZASU

Wyobraźcie sobie przez chwilę, że jesteście detektywami. Nie takimi zwykłymi, którzy rozwiązują sprawy kryminalne w wielkim mieście. Jesteście detektywami czasu, a waszym zadaniam jest odtworzenie wydarzeń sprzed setek, tysięcy, a czasem milionów lat. Macie do dyspozycji miejsce zbrodni — stanowisko archeologiczne — które skrywa dowody. Ale te dowody są niekompletne, zniszczone, porozrzucane. I co gorsza, sprawcy dawno już nie żyją, nie ma świadków, a jedynymi poszlakami są okruchy ceramiki, przepalone kości, resztki drewna i odciski w ziemi.

Brzmi jak mission impossible? Być może. Ale właśnie tym zajmuje się archeolog. I choć nasza praca bywa żmudna i wymagająca, to satysfakcja, gdy uda się odtworzyć choćby fragment układanki, jest nie do opisania. Pamiętam, jak podczas wykopalisk w Ćwiklicach, o których wspominałem w poprzednim rozdziale, odkopaliśmy piec do wytopu rudy. Leżał tam sobie spokojnie od 1409 roku. Gdybym miał tylko powiedzieć: „to piec”, nic wielkiego bym nie zdziałał. Ale gdy udało nam się dokonać datowania węgla drzewnego z jego wnętrza, określić, jakie temperatury osiągano, przeanalizować skład żużla i porównać go z innymi piecami z tego okresu — wtedy zaczęliśmy rozumieć, jak naprawdę wyglądało hutnictwo na przełomie XIV i XV wieku. I to jest właśnie sedno warsztatu archeologa: umiejętność zadawania pytań ziemi i odczytywania jej odpowiedzi.

W tym rozdziale zabiorę was w podróż po tym fascynującym warsztacie. Pokażę wam, jakimi narzędziami posługujemy się, by wydobyć z przeszłości jej sekrety. Od najprostszych metod, jakimi posługiwali się już pierwsi archeolodzy, po najbardziej zaawansowane technologie, o jakich nie śniło się nawet twórcom filmów o Indianie Jonesie. Bo współczesna archeologia to nie tylko łopata i pędzelek. To także spektrometry masowe, skanery laserowe, drony i algorytmy sztucznej inteligencji.

DWA OBLICZA CZASU: DATOWANIE WZGLĘDNE I BEZWZGLĘDNE

Zanim archeolog zacznie interpretować swoje znaleziska, musi odpowiedzieć na fundamentalne pytanie: jak stare są przedmioty, które odkopuje? Bez tego ani rusz. Nie można przecież opowiadać o dziejach, nie wiedząc, co wydarzyło się wcześniej, a co później. I tu wkraczają metody datowania, które dzielimy na dwie podstawowe kategorie: względne i bezwzględne.

DATOWANIE WZGLĘDNE to nic innego jak umieszczenie znalezisk w odpowiedniej kolejności. Mówi nam, że przedmiot A jest starszy od przedmiotu B, ale nie podaje konkretnej daty. To jak układanie książek na półce według dat wydania — wiemy, która jest starsza, ale żeby dowiedzieć się, z którego dokładnie roku pochodzi, musimy zajrzeć do środka.

DATOWANIE BEZWZGLĘDNE (zwane też absolutnym) to już konkret. Podaje nam wiek w latach — oczywiście z pewnym marginesem błędu, bo natura nie lubi precyzji co do joty. Dzięki niemu możemy powiedzieć: „ten dąb ścięto w 980 roku naszej ery”, a nie tylko „jest starszy od tamtego dębu”.

Oba typy datowań są niezbędne i wzajemnie się uzupełniają. Jak to ujęła Diana O’Carroll, „Naked Archaeologist” z brytyjskiego radia: „Czasami archeolodzy korzystają z dat zapisanych przez cywilizacje, ale najczęściej lepiej jest sprawdzić te ramy czasowe za pomocą datowania radiowęglowego. Gdy król ogłasza, że jego przodek rządził przez 400 lat (a zdarza się to), warto zweryfikować to inne dowody”.

STRATYGRAFIA, CZYLI JAK CZYTAĆ ZIEMIĘ

Zacznijmy od najstarszej i wciąż jednej z najważniejszych metod datowania względnego — stratygrafii. To banalnie prosta zasada, którą każdy z nas intuicyjnie rozumie. Jeśli upuścisz klucze na podłogę, a potem rzucisz na nie gazetę, to klucze są pod spodem, a gazeta na górze. I wiadomo, że klucze trafiły na podłogę wcześniej niż gazeta.

W archeologii działa to podobnie. Ziemia narasta warstwami. Im głębiej kopiemy, tym starsze warstwy odsłaniamy. Ale, jak to zwykle bywa w życiu, diabeł tkwi w szczegółach. Natura nie jest uporządkowanym archiwum. Ludzie kopią piwnice, ryją doły na śmieci, orzą pola, a zwierzęta drążą nory. Wszystko to miesza warstwy i komplikuje obraz.

Dlatego archeolodzy opracowali precyzyjne zasady stratygrafii archeologicznej. Klasyczną pracę na ten temat napisał Edward C. Harris, a jej polskie tłumaczenie — „Zasady stratygrafii archeologicznej” — ukazało się w 1992 roku. Harris wprowadził pojęcie „jednostki stratygraficznej” i graficznego przedstawiania zależności między warstwami w postaci diagramu. Dziś każdy szanujący się archeolog dokumentuje wykopaliska warstwa po warstwie, tworząc szczegółowe profile i opisy. To żmudna praca, ale tylko dzięki niej możemy później odtworzyć dzieje stanowiska.

Pamiętam, jak podczas studiów profesor straszył nas, że jeśli źle udokumentujemy stratygrafię, to bezpowrotnie tracimy informację. Bo wykopaliska to proces destrukcyjny — po przebraniu warstwy ona znika na zawsze. Nie ma powtórki. To jakby wyrywać kartki z księgi i palić je po przeczytaniu. Dlatego dokumentacja musi być perfekcyjna.

TYPOLOGIA, CZYLI MODA TRWA WIEKI

Drugą fundamentalną metodą datowania względnego jest typologia. Ludzie, jak to ludzie, ulegają modzie. Zmieniają się kształty garnków, sposoby zdobienia, formy broni, style budowania domów. Te zmiany są na tyle regularne, że możemy na ich podstawie określać wiek znalezisk.

Gdy archeolog wyciąga z ziemi ułamek ceramiki i z ekscytacją obwieszcza: „To wczesne średniowiecze!”, nie dzieje się tak dlatego, że ma kryształową kulę. On po prostu porównuje znaleziony fragment z ogromną bazą danych, zgromadzoną przez pokolenia badaczy. Wie, że w X wieku lepiono garnki inaczej niż w XII, używano innej gliny, inaczej je wypalano i zdobiono.

System trzech epok, o którym wspominałem w poprzednim rozdziale, to właśnie owoc myślenia typologicznego. Christian Jürgensen Thomsen, układając zbiory muzeum w Kopenhadze w latach 30. XIX wieku, zauważył, że narzędzia kamienne, brązowe i żelazne nie występują razem. W najstarszych grobach są tylko kamienne, w młodszych pojawia się brąz, a w najmłodszych — żelazo. I tak narodził się podział, który do dziś stanowi podstawę chronologii pradziejów.

Oczywiście typologia ma swoje ograniczenia. Co, jeśli jakaś społeczność była konserwatywna i lepiła garnki tak samo przez setki lat? Albo jeśli moda wróciła po wiekach? Albo jeśli ktoś używał pradziadowskiego garnka, bo był solidny i szkoda było wyrzucać? Dlatego typologię zawsze łączy się z innymi metodami. Ale w rękach wprawnego badacza to potężne narzędzie.

REWOLUCJA ZWANA WĘGLEM

Przełom w archeologii nastąpił w latach 40. XX wieku, gdy amerykański chemik Willard Libby opracował metodę datowania radiowęglowego. Za to odkrycie otrzymał w 1960 roku Nagrodę Nobla. I trudno się dziwić — to była prawdziwa rewolucja. Nagle archeolodzy zyskali możliwość określania wieku organicznych szczątków z niespotykaną dotąd precyzją.

Jak działa ta metoda? W dużym uproszczeniu: wszystkie żywe organizmy — ludzie, zwierzęta, rośliny — przez całe życie wymieniają węgiel z otoczeniem. W atmosferze występują dwa główne izotopy węgla: stabilny węgiel-12 i niestabilny, promieniotwórczy węgiel-14, który powstaje pod wpływem promieniowania kosmicznego. Gdy organizm umiera, przestaje pobierać nowy węgiel, a zgromadzony w nim węgiel-14 zaczyna się rozpadać w stałym, przewidywalnym tempie.

Po 5730 latach zostaje go połowa. Po kolejnych 5730 latach — połowa z tej połowy, czyli jedna czwarta. I tak dalej. Wystarczy zmierzyć, ile węgla-14 zostało w próbce w porównaniu z węglem-12, by obliczyć, kiedy organizm umarł.

Brzmi prosto, prawda? Diabeł jednak tkwi w szczegółach, a w archeologii — zwłaszcza. Po pierwsze, zawartość węgla-14 w atmosferze nie jest stała — zmienia się pod wpływem aktywności słonecznej, zmian pola magnetycznego Ziemi, a w ostatnich latach także prób jądrowych. Dlatego surowe wyniki datowania trzeba kalibrować za pomocą specjalnych krzywych kalibracyjnych. Po drugie, próbki łatwo zanieczyścić — nawet dotyk gołymi rękoma może wpłynąć na wynik. Po trzecie, metoda ma ograniczony zasięg — po około 50—60 tysiącach lat węgla-14 jest już tak mało, że nie da się go precyzyjnie zmierzyć.

Mimo tych ograniczeń, datowanie radiowęglowe zrewolucjonizowało archeologię. Dzięki niemu wiemy na przykład, że słynny człowiek z Lindow — ofiara rytualna z torfowiska w Anglii — zginął około 20 roku naszej ery. Że początki rolnictwa na Bliskim Wschodzie sięgają około 9000 roku p.n.e. I że najstarsze ślady obecności człowieka w Ameryce Północnej są znacznie starsze, niż sądzono jeszcze kilkadziesiąt lat temu.

DREWNO, KTÓRE NIE KŁAMIE

Gdyby Libby dostał Nagrodę Nobla za datowanie radiowęglowe, to jego poprzednik — Andrew Ellicott Douglass, amerykański astronom — powinien dostać ją za odkrycie, które do dziś budzi podziw swoją prostotą i skutecznością. Mowa o dendrochronologii, czyli datowaniu za pomocą słojów drzew.

Douglass, badając plamy na Słońcu na początku XX wieku, wpadł na pomysł, że aktywność słoneczna może wpływać na przyrost drzew. I choć jego główna hipoteza nie do końca się potwierdziła, to przy okazji odkrył coś znacznie ważniejszego: drzewa tego samego gatunku, rosnące w tym samym regionie, mają charakterystyczny układ słojów, zależny od warunków klimatycznych w poszczególnych latach. W latach dobrych słoje są szerokie, w latach złych — wąskie. I ten układ można ze sobą porównywać.

Wystarczy pobrać próbkę z żywego drzewa — wiemy dokładnie, kiedy zostało ścięte — i nałożyć na nią próbkę ze starszego drewna. Jeśli układ słojów pasuje, możemy przesuwać się wstecz, rok po roku, budując ciągłą sekwencję sięgającą tysięcy lat wstecz.

Dla archeologii to prawdziwy dar niebios. Drewno zachowuje się w ziemi przez wieki, a my potrafimy odczytać z niego datę ścięcia drzewa z dokładnością do roku. Żadna inna metoda nie daje takiej precyzji.

W Polsce dendrochronologia odegrała kluczową rolę w badaniach nad początkami państwowości. Przez lata historycy i archeolodzy spierali się o datę budowy pierwszych grodów piastowskich. Gall Anonim podawał swoje daty, ale budziły one wątpliwości. Gdy w latach 90. XX wieku zaczęto datować drewno z Gniezna, Poznania i Ostrowa Lednickiego, okazało się, że większość tych grodów powstała w latach 30. i 40. X wieku — a więc za panowania Mieszka I, a nie jego poprzedników. To było jak bomba. Legendy o „prastarym” Gnieźnie legły w gruzach, a my musieliśmy na nowo przemyśleć nasze wyobrażenia o początkach Polski.

Pamiętam rozmowę z profesorem Markiem Krysztofiakiem, wybitnym znawcą wczesnego średniowiecza, który opowiadał, jak te wyniki przyjęto w środowisku. „Niektórzy nie chcieli wierzyć” — mówił. „Mówili, że to niemożliwe, że metoda musi być błędna. Ale drewno nie kłamie. Trzeba było przyjąć nową chronologię do wiadomości”.

ŚWIATŁO PRZESZŁOŚCI

A co z przedmiotami, które nie są organiczne? Z ceramiką, kamieniem, wypalaną gliną? Dla nich mamy inną metodę — termoluminescencję.

Każdy minerał, każda skała, każda wypalona glinka ma w sobie naturalne pierwiastki promieniotwórcze, które emitują promieniowanie. To promieniowanie wybija elektrony z ich normalnych orbit, a te zostają uwięzione w defektach struktury krystalicznej. Gdy podgrzejemy materiał do wysokiej temperatury — na przykład podczas wypalania garnka w piecu — uwięzione elektrony zostają uwolnione, emitując przy tym światło. To właśnie termoluminescencja.

Gdy garncarz lepi garnek i wypala go, „zeruje” zegar. Od tego momentu elektrony zaczynają być ponownie pułapkowane. Im starszy przedmiot, tym więcej elektronów zdążyło się nagromadzić. W laboratorium podgrzewamy próbkę i mierzymy emitowane światło — im silniejszy błysk, tym starszy zabytek.

Metoda ta jest niezwykle przydatna do datowania ceramiki, ale ma swoje ograniczenia. Po pierwsze, potrzebuje stosunkowo dużej próbki. Po drugie, jeśli przedmiot był kiedyś wtórnie przepalony (np. w pożarze), zegar się zresetował i datowanie wskaże czas pożaru, a nie powstania. Po trzecie, dokładność jest mniejsza niż w przypadku radiowęgla — zwykle kilkanaście procent.

A jednak, gdy nie mamy szczątków organicznych, termoluminescencja bywa jedynym ratunkiem. Dzięki niej wiemy na przykład, że najstarsza ceramika na świecie — z jaskini Xianrendong w Chinach — ma około 20 tysięcy lat.

SKAŁY, KTÓRE PAMIĘTAJĄ

Gdy idziemy jeszcze dalej w przeszłość, poza granice datowania radiowęglowego, wkraczamy w świat metod izotopowych opartych na rozpadzie innych pierwiastków. Najważniejsza z nich to datowanie potasowo-argonowe.

Potas-40, izotop promieniotwórczy, rozpada się na argon-40 z okresem połowicznego rozpadu wynoszącym aż 1,3 miliarda lat. To metoda stworzona dla geologów, ale okazała się zbawienna dla archeologów badających najdawniejsze dzieje ludzkości.

Działa to tak: gdy lawa wulkaniczna zastyga, wszystkie gazy, w tym argon, ulatują. Od tego momentu potas zawarty w skale rozpada się, a powstający argon zostaje uwięziony w strukturze kryształów. Mierząc stosunek argonu do potasu, możemy określić, kiedy lawa zastygła.

I tu dochodzimy do jednej z największych sensacji w dziejach archeologii. W latach 60. XX wieku Louis i Mary Leakey odkryli w wąwozie Olduvai w Tanzanii szczątki hominida, którego nazwali Zinjanthropus boisei. Problem polegał na tym, że nie było jak tego wydatować — kości były zbyt stare na radiowęgiel. Na szczęście znaleziono je w warstwach popiołu wulkanicznego. Datowanie potasowo-argonowe wykazało, że popiół ma około 1,75 miliona lat. To był szok. Nagle okazało się, że nasi przodkowie chodzili po Ziemi znacznie dłużej, niż ktokolwiek przypuszczał.

OBSYDIAN, CZYLI SZKŁO WULKANICZNE

Jest jeszcze jedna metoda, która zasługuje na szczególną uwagę — datowanie poprzez hydratację obsydianu. Obsydian to szkło wulkaniczne, które nasi przodkowie uwielbiali do wyrobu narzędzi. Łupie się na ostre jak brzytwa odłupki, a przy tym jest piękny — czarny, błyszczący, czasem z tęczowymi refleksami.

Gdy świeżo odłupany kawałek obsydianu leży w ziemi, zaczyna wchłaniać wodę z otoczenia. Na powierzchni tworzy się uwodniona warstwa, która rośnie w stałym tempie. Wystarczy pod mikroskopem zmierzyć jej grubość, by określić, kiedy narzędzie zostało wykonane.

Metoda ma swoje ograniczenia — tempo hydratacji zależy od temperatury i wilgotności, więc trzeba je kalibrować dla każdego stanowiska. Ale ma też ogromną zaletę: jest tania i można datować nawet najmniejsze odłupki. Co więcej, analiza chemiczna obsydianu pozwala określić, z którego złoża pochodzi surowiec — a to z kolei mówi nam o szlakach handlowych i kontaktach między odległymi społecznościami.

Współcześnie do tego celu używa się przenośnych spektrometrów fluorescencji rentgenowskiej (pXRF), które pozwalają na nieniszczącą analizę składu chemicznego bez konieczności wywożenia zabytków do laboratorium.

OCZY W NIEBIE

Datowanie to jedno, ale zanim zaczniemy kopać, musimy wiedzieć, gdzie kopać. Przez większą część historii archeologii było to proste: szło się w teren i szukało śladów na powierzchni. Wychodzące z ziemi mury, charakterystyczne wzniesienia, przypadkowo znalezione przedmioty — to były drogowskazy dla pierwszych badaczy.

Dziś mamy nieporównanie lepsze narzędzia. Na pierwszym miejscu warto wymienić lotniczy skaning laserowy, znany jako LiDAR (Light Detection and Ranging). To technologia, która pozwala „prześwietlić” las i zobaczyć, co kryje się pod koronami drzew. Samolot lub dron wyposażony w skaner laserowy wysyła wiązki światła, które odbijają się od powierzchni ziemi. Część z nich trafia w liście i gałęzie, ale część przenika przez nie i wraca z poziomu gruntu. Komputer odfiltrowuje te pierwsze, zostawiając tylko te drugie, i tworzy niezwykle dokładny model terenu — bez roślinności.

Efekt bywa oszałamiający. W lasach, przez które przechodziły pokolenia badaczy, niczego nie widząc, nagle wyłaniają się setki, tysiące stanowisk. Grody, kurhany, systemy pól, dawna sieć drogowa — wszystko to leży pod nogami, ale gołym okiem niewidoczne. W Polsce LiDAR zrewolucjonizował badania nad średniowiecznymi grodziskami. Okazało się, że tych obiektów jest znacznie więcej, niż sądziliśmy.

Do tego dochodzą zdjęcia satelitarne, które pozwalają dostrzec zmiany w wegetacji — roślinność rośnie inaczej nad zasypanymi rowami i murami — oraz klasyczna archeologia lotnicza, polegająca na fotografowaniu stanowisk z samolotu, zwłaszcza o wschodzie i zachodzie słońca, gdy niskie światło uwydatnia nierówności terenu.

Zbyszek Kobyliński, nestor polskiej archeologii lotniczej, napisał kiedyś książkę pod wiele mówiącym tytułem: „Archeologia lotnicza w Polsce. Osiem dekad wzlotów i upadków”. I rzeczywiście — ta metoda miała w Polsce swoje wzloty i upadki, ale dziś jest standardem w badaniach terenowych.

POD POWIERZCHNIĄ, BEZ ŁOPATY

A co, jeśli nie chcemy kopać? Albo nie możemy, bo stanowisko jest zbyt duże, a my mamy ograniczony budżet? Albo chcemy sprawdzić, co kryje ziemia, zanim weźmiemy się za łopaty? Z pomocą przychodzą metody geofizyczne.

GEORADAR (GPR) to urządzenie, które wysyła w ziemię fale elektromagnetyczne i rejestruje ich odbicia. Różne obiekty — mury, jamy, warstwy kulturowe — inaczej odbijają fale. Komputer przetwarza te dane na obraz, na którym widać, co kryje się pod powierzchnią.

MAGNETOMETR mierzy lokalne zmiany pola magnetycznego. Wypalone gliny, piece, jamy zasypane próchnicą — wszystko to nieco zmienia pole magnetyczne w porównaniu z otaczającym gruntem. Idąc z magnetometrem po stanowisku, można zmapować te anomalie i dowiedzieć się, gdzie warto położyć wykop.

W połączeniu z systemami GIS (Geographic Information Systems), które pozwalają analizować dane przestrzenne, metody te dają niesamowite możliwości. Można badać całe miasta, nie ruszając łopaty. Można śledzić układy urbanistyczne, lokalizować poszczególne budynki, planować wykopaliska tam, gdzie mają największy sens.

W Mezoameryce, na stanowisku Kaminaljuyú w Gwatemali, georadar i magnetometria pozwoliły zmapować podziemną architekturę ogromnego miasta Majów, oszczędzając lata wykopalisk i miliony dolarów.

CHEMIA W SŁUŻBIE CLIO

Gdy już mamy przedmioty, możemy zapytać o ich skład, pochodzenie i sposób wykorzystania. I tu wkraczają metody fizykochemiczne.

SPEKTROMETRIA MAS pozwala określić skład izotopowy kości i zębów. A skład izotopowy mówi nam o diecie — czy ktoś jadł głównie mięso, czy rośliny, czy żywił się produktami lądowymi, czy morskimi. Co więcej, izotopy strontu w szkliwie zębów odzwierciedlają podłoże geologiczne, na którym ktoś się wychował. Jeśli szczątki znalezione w jednym miejscu mają inny sygnatur strontu niż lokalne, znaczy to, że zmarły pochodził skądinąd. Migracje, przemieszczenia, wymiana ludności — wszystko to możemy dziś badać na poziomie pojedynczych osób.

ANALIZY DNA to już nie science fiction, ale codzienność w wielu laboratoriach. Z kości można wyizolować materiał genetyczny i odczytać go jak książkę. Pokrewieństwa między osobnikami, pochodzenie populacji, choroby, wygląd — wszystko to kryje się w podwójnej helisie. W 2022 roku przyznano nawet Nagrodę Nobla Svante Pääbo za opracowanie metod badania starożytnego DNA i zsekwencjonowanie genomu neandertalczyka.

Paleobotanicy badają szczątki roślin — makroszczątki (nasiona, owoce, węgle drzewne) i mikroszczątki (pyłki, fitolity, skrobię). Ziarna pyłku zachowują się w osadach jeziornych i torfowiskach przez tysiące lat. Analizując ich skład na różnych głębokościach, można odtworzyć zmiany roślinności — a tym samym klimatu i działalności człowieka. Gdy w osadach nagle pojawia się pyłek zbóż, to znak, że ludzie zaczęli uprawiać rolę.

Antrakologia, czyli badanie węgli drzewnych, mówi nam, jakie gatunki drewna palono w ogniskach i piecach. A to z kolei — jaki las rósł w okolicy i jak ludzie go eksploatowali.

MATEMATYKA I MODELE

Wszystkie te dane — z wykopalisk, z laboratoriów, z analiz przestrzennych — trzeba jakoś połączyć w spójną całość. I tu wkracza matematyka, a zwłaszcza metody statystyczne i modelowanie bayesowskie.

Modelowanie bayesowskie to zaawansowana technika statystyczna, która pozwala łączyć różne rodzaje datowań z informacją stratygraficzną. Jeśli wiemy, że warstwa A leży pod warstwą B, a z obu mamy datowania radiowęglowe, możemy te dane „przeliczyć” tak, by uzyskać precyzyjniejsze wyniki. Komputer tworzy model chronologiczny całego stanowiska, uwzględniając wszystkie dostępne dane i ich wzajemne relacje.

Do tego celu używa się specjalnych programów, z których najpopularniejszy jest OxCal, rozwijany przez Uniwersytet Oksfordzki. Wprowadza się do niego datowania, krzywe kalibracyjne, sekwencje stratygraficzne, a on oblicza najbardziej prawdopodobny wiek każdej warstwy i każdego zabytku.

To nie jest zwykła arytmetyka. To zaawansowane modelowanie, które wymaga zrozumienia zarówno archeologii, jak i statystyki. Dlatego na uczelniach uczymy studentów nie tylko kopania, ale także obsługi tych programów.

PRZYSZŁOŚĆ JEST DZIŚ

Gdybym miał wskazać najważniejszy trend we współczesnej archeologii, powiedziałbym: interdyscyplinarność i cyfryzacja.

Już w 2025 roku na Uniwersytecie Bukareszteńskim odbyły się warsztaty dla uczniów pod tytułem „Archeologia dzisiaj: od metod interdyscyplinarnych do sztucznej inteligencji”. Młodzież uczyła się o datowaniu radiowęglowym, analizach fizykochemicznych, skanowaniu 3D, geofizyce i zastosowaniu AI do automatycznego rozpoznawania i klasyfikacji zabytków.

Unijny projekt EXCALIBUR idzie jeszcze dalej — rozwija narzędzia do tworzenia „cyfrowych bliźniaków” stanowisk archeologicznych, czyli wirtualnych kopii, na których można prowadzić analizy bez ryzyka zniszczenia oryginału.

Sztuczna inteligencja uczy się rozpoznawać typy ceramiki, identyfikować ślady na kościach, klasyfikować narzędzia krzemienne. Nie zastąpi archeologa, ale może go wyręczyć w żmudnej, powtarzalnej pracy.

Drony skanują stanowiska, tworząc trójwymiarowe modele w ciągu godzin, zamiast tygodni pracy geodetów. Spektrometry przenośne pozwalają badać skład chemiczny bez wycinania próbek. Tomografia komputerowa zagląda do wnętrza mumii i zwojów papirusu, nie rozwijając ich.

POKORA WOBEC PRZESZŁOŚCI

Mamy dziś narzędzia, o jakich poprzednie pokolenia archeologów mogły tylko marzyć. Możemy datować z dokładnością do roku, odtwarzać diety i migracje, zaglądać pod ziemię bez kopania, tworzyć wirtualne modele zaginionych światów. A jednak, mimo całej tej potęgi technologii, w archeologii najważniejsze pozostaje to samo, co zawsze: ciekawość, pokora i umiejętność zadawania właściwych pytań.

Bo narzędzia to tylko narzędzia. Można mieć najlepszy spektrometr na świecie, ale jeśli nie zada się właściwego pytania, wyniki nic nie dadzą. Można zeskanować całe stanowisko dronem, ale jeśli nie rozumie się procesów, które je ukształtowały, obraz pozostanie tylko obrazem.

Dlatego w warsztacie archeologa najważniejszym narzędziem wciąż pozostaje głowa. I serce. I ta nieprzeparta ciekawość, która każe nam pytać: kim byli ci, którzy żyli przed nami? Jak żyli? W co wierzyli? Co po sobie zostawili?

Technologie, o których opowiedziałem w tym rozdziale, to nie cel sam w sobie. To jedynie środki do celu. Sposoby na zadawanie pytań ziemi i odczytywanie jej odpowiedzi. I dopóki będziemy o tym pamiętać, dopóty archeologia pozostanie zarówno nauką, jak i przygodą.

W następnych rozdziałach wyruszymy w podróż po największych odkryciach archeologicznych świata. Od afrykańskich sawann, przez żyzne doliny Mezopotamii i Egiptu, po dżungle Mezoameryki i pola bitew średniowiecznej Europy. Będziemy korzystać ze wszystkich narzędzi, o których dziś mówiliśmy, by zobaczyć, jak zmieniały się ludzkie społeczeństwa na przestrzeni dziejów. Zapraszam w tę fascynującą podróż.Rozdział 6: Pierwsi Europejczycy — sztuka epoki lodowej

CZTERY CHŁOPCÓW, PIES I OTCHŁAŃ CZASU

12 września 1940 roku w okolicach Montignac we francuskiej Dordonii wydarzyło się coś, co na zawsze zmieniło nasze rozumienie człowieka prehistorycznego. Osiemnastoletni Marcel Ravidat spacerował ze swoim psem Robotem po wzgórzach nad rzeką Vézère. Nagle pies zniknął. Marcel usłyszał szczekanie dobiegające skądś spod ziemi. Podbiegł i odkrył, że w miejscu, gdzie wyrwane drzewo pozostawiło głęboki krater, znajduje się otwór prowadzący w głąb ziemi.

Następnego dnia Marcel wrócił z trzema przyjaciółmi: Jacques’em Marsalem, Georges’em Agnelem i Simonem Coencasem. Powiększyli otwór i zaczęli schodzić w dół. Znaleźli się w przestronnej grocie. Gdy oczy przywykły do ciemności, a latarki oświetliły ściany, chłopcy zamarli. Spoglądały na nich malowane konie, byki, jelenie — stadami, w ruchu, jak żywe. Stali przed obliczem sztuki sprzed siedemnastu tysięcy lat.

Wieść o odkryciu błyskawicznie rozeszła się po okolicy. Do Lascaux przybył opat Henri Breuil, nazywany „papieżem prehistorii”, jeden z najwybitniejszych znawców sztuki jaskiniowej. To jemu przypisuje się ogłoszenie, że Lascaux to „Kaplica Sykstyńska prehistorii”. Termin przyjął się i funkcjonuje do dziś, choć z czasem musiał dzielić to miano z innymi sanktuariami — Altamirą i Chauvet.

Lascaux stało się sensacją. Już w 1948 roku jaskinię udostępniono zwiedzającym. Przez kolejne piętnaście lat przewinęło się przez nią ponad milion turystów. Ich oddech, pot i wydychany dwutlenek węgla zaczęły niszczyć malowidla. Na ścianach pojawiła się zielona pleśń, biały nalot kalcytu, czarne grzyby. W 1963 roku André Malraux, ówczesny minister kultury Francji, podjął dramatyczną decyzję: Lascaux zamknięto dla publiczności na zawsze.

Dziś do jaskini wstęp mają tylko naukowcy. Turyści mogą oglądać jej wierne kopie — Lascaux II, a od niedawna Lascaux IV, gdzie przy użyciu najnowocześniejszych technologii odtworzono 900 metrów kwadratowych malowideł z niezwykłą precyzją. To miejsce, do którego przybywają tysiące ludzi dziennie, by stanąć twarzą w twarz z tajemnicą, która nie daje spokoju archeologom od ponad osiemdziesięciu lat: co skłoniło naszych przodków, by schodzić w ciemność i malować?

SEN NOCY LETNIEJ W JASKINI

Dwadzieścia lat przed Lascaux, bo w 1879 roku, hiszpański arystokrata Marcelino Sanz de Sautuola przeżył podobne olśnienie. Był amatorem, pasjonatem archeologii, który od lat badał jaskinie w okolicy swojej posiadłości w Kantabrii. Pewnego dnia zabrał ze sobą ośmioletnią córkę Marię.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij