-
nowość
-
promocja
Historia gówna - ebook
Historia gówna - ebook
Podczas gdy awangardowy poeta Blaise Cendrars powiada, że ludzie używają telegrafu, by „mówić sobie gówno z wszystkich zakątków świata”, psychoanalityk Dominique Laporte w swojej książce sprzeciwia się utożsamianiu tytułowego „gówna” z „niczym”, czymś niewiele wartym, z „pustym znakiem”. Ludzie od wieków na przemian bawią się z gównem w chowanego, śmiejąc się przy tym jowialnie lub nerwowo, oraz zaprzęgają gówno do najpoważniejszych celów: przypisują mu właściwości użyźniające i medyczne, wtłaczają je w reżimy: feudalne, kapitalistyczne i totalitarne.
Laporte w Historii gówna umiejętnie łączy wybrane wątki psychoanalityczne z historią pojmowaną jako „archeologia dyskursu”, tworząc w rezultacie świetną pracę antropologiczną. Pokazuje, skąd wzięło się skojarzenie poziomu cywilizacji ze stanem toalet, a także dociera do początków takich wyrażeń jak pecunia non olet czy cloaca maxima. Ujawnia zaskakującą relację między gównem a dyskursem kolonialnym i rasistowskim. Wreszcie – przetyka nosy czytelniczek i czytelników historią perfum i pachnideł. Dodatkowym smaczkiem są zawarte w książce apendyksy z arcyskatodziełami (Quevedo, Swift, Rimbaud).
Czytając tę książkę, można się uśmiechać, śmiać, oburzać, a nawet zatykać nos, by na koniec przyznać rację barokowemu poecie katalońskiemu Rectorowi de Vallfogona, iż:
„czy czarne, brązowe, żółte, białe,
nikt nie powie rzeczy śmiałej,
że gówno jest szkodliwe,
nawet jeśli jest smrodliwe”.
Książka ukazuje się w znakomitym przekładzie Piotra Sobolczyka, który opatrzył esej Laporte’a erudycyjnym posłowiem oraz apendyksami prezentującymi istotne europejskie teksty o tematyce fekalnej z różnych epok (Francisco de Quevedo, Jonathan Swift, Arthur Rimbaud).
„Gówno wiemy. Ale gówno nas to obchodzi” – tak Piotr Sobolczyk rozpoczyna swoje posłowie do „Historii gówna” Dominique’a Laporte’a. Pomyliłby się ten, kto w tych zwięzłych zdaniach, dostrzegłby li tylko żart. Ujmują one raczej kłopot, który mamy z ekskrementami i który próbujemy ukryć, wybuchając śmiechem.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
Spis treści
Dominique Laporte: Historia gówna
I. Złoto języka, żyrandol z bobków
II. „Czyścić przed swoim domem, gromadzić pod murem”
III. Rzecz kolonialna
IV. Non olet
V. Puder
VI. „Mówię jak Shakspeare” (sic)
Piotr Sobolczyk: Posłowie. Kupa historii, zakała dyskursu
Apendyksy
Apendyks 1. Francisco de Quevedo: Dole i niedole oka w dupie dedykowane pani Juanie Nadmiernej, Kupie Ciała, kobiecie grubej na pudy, spisał Juan Lizoń od Obsranej Koszuli Nocnej
Apendyks 2. Jonathan Swift: Alkowa damy
Apendyks 3. Arthur Rimbaud, Paul Verlaine: Idol. Sonet o dziurce w dupie
Arthur Rimbaud: Aniołek przeklęty
Przypisy
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8325-259-9 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Złoto języka, żyrandol z bobków
Język powiada tak:
Czemuż taka jestem piękna?
Bo pan mój mnie myje.
Paul Éluard, Capitale de la Douleur (1926)
Nie myjemy się bez pana: w ogniu czy w języku, przez chrzest czy przez śmierć, niczego nie można oczyścić, jeśli nie podlega pod ustanowione wcześniej prawo. Jest tak, ponieważ napisano:
Latem 1539 roku, w dzień Maryi zawsze dziewicy, Niepokalanej zapłodnionej przez Słowo, ogłoszono Zarządzenie z Villers-Cotterêts, objawienie Francji Słowa królewskiego, które uświęca użycie francuskiego przez aparat sądowy, wystawianie dokumentów państwa świeckiego oraz aktów notarialnych:
Po to by nie było żadnych wątpliwości co do wymienionych dokumentów, życzymy sobie i nakazujemy, by dokonywano ich i spisywano je odpowiednio jasno, aby nie można było wysłyszeć żadnej wieloznaczności ni niepewności, iżby nie było miejsca na interpretację.
A jako że takie trudności wynikają często z użycia łaciny we wskazanych dokumentach, życzymy sobie, by edykty oraz inne dokumenty procesowe wydawane przez nasze suwerenne sądy, a także instytucje niższego rzędu, a w tej liczbie rejestry, ankiety, umowy, zlecenia, wyroki, testamenty i wszelakie inne akty: dokumenty sądowe oraz wszelkie im pokrewne – były ogłaszane, zapisywane i dostarczane stronom w języku rodzimym francuskim i nie w żadnym innym.
Jesienią tegoż roku wydano Edykt, który do tej chwili nie zaznał podobnej sławy. Warto go więc odkopać, aby wydobyć z niego rzecz zasadniczą, a też oddać się choćby na chwilę osobliwemu pięknu jego języka.
Edykt z listopada 1539
Franciszek, z łaski Boga król Francji, powiadamia wszystkich obecnych i tych, co nadejdą, iż dostrzegliśmy w naszym pięknym mieście Paryżu i jego okolicach, mocno zdewastowanych, popadających w ruinę i zniszczenie, iż w wielu miejscach nie można nawet przejechać konno ni karetą, nie narażając się na znaczne niebezpieczeństwa i niedogodności, w tym więc mieście i przedmieściach stan ów utrzymuje się czas już dłuższy, a dochodzą do tego brud, błoto, odchody zwierząt, gnój, żwir oraz inne śmieci, które każdy zostawia w kupie przed swoimi drzwiami wbrew rozsądkowi i wbrew rozkazom naszych poprzedników, co napełnia odrazą i ogromnym obrzydzeniem każdego dobrego i honorowego człowieka; skandal ów wywołują ludzie zepsuci, zamieszkujący i przemierzający nasze miasto i przedmieścia, którzy przez zarazki i odory z tych bagien, gnojowisk i innych śmieci żyją w przeszłości bez żadnego dobrego powodu; my zaś uważamy, iż przez wzgląd na wszystkie wyżej opisane sprawy, ukazane nam przez liczne osoby z naszej rady oraz inne osoby wybitnej zacności, wielką potrzebą jest i koniecznością przedsięwziąć niezwłocznie środki zaradcze i naprawcze stosowne do dobrego zarządzania naszym miastem i jego przedmieściami, ku któremu afekt żywimy szczególny, jako iż stolicą jest i najznaczniejszym miastem naszego królestwa; postanowiliśmy i nakazaliśmy i postanawiamy i nakazujemy niniejszym edyktem stałym, niezmiennym i nieodwracalnym, co następuje:
Art. 4. Zakazujemy opróżniania i wyrzucania na ulice i place rzeczonego miasta i jego przedmieść śmieci, zwęgleń, fetorów oraz zepsutych wód długo w domostwach przetrzymywanych, uryn, stęchłej wody; nakazujemy je wynosić i spuszczać stosownie do strumieni, a następnie polać je jeszcze czystą wodą z wiadra, by nadać im bieg.
Art. 15. Zakazujemy wszelkim osobom opróżniania i wyrzucania na ulicę paszy, gnoju, sadzy, błota i wszelkich śmieci, zakazujemy palenia tychże na ulicach, a także zarzynania świń i innych zwierząt; nakazujemy zaś ów gnój ściskać wewnątrz domu i ładować na taczki i karły, by wynosić poza granice miasta i jego przedmieść.
Art. 21. Nakazujemy wszystkim właścicielom mieszkań, gospód i domostw, koło których nie ma żadnych rowów na nieczystości, aby takowe bezzwłocznie utworzyli.
Art. 23. W tym celu życzymy sobie i nakazujemy, by zarządcy miejskich dystryktów i pomniejszych dzielnic w przeciągu piętnastu dni zgłosili na piśmie do magistratu i komendanta wszystkie te domostwa, przy których nie ma żadnych rowów na nieczystości; następnie by w przeciągu kolejnych ośmiu dni właściciele i zarządcy bądź konsjerże tych domostw zostali poinformowani, aby w przeciągu trzech miesięcy od wejścia w życie niniejszego edyktu utworzyli niezbędne rowy pod karą konfiskaty swoich domostw; co się zaś tyczy mieszkań przy kościołach i szpitalach, pod karą pozbawienia dochodów z najmu tych domostw przez lat dziesięć.
Art. 24. Życzymy sobie, by w wypadku niedotrzymania tego terminu lub gdyby panowie i właściciele nie zaspokoili naszych oczekiwań, wobec braku stosownych uzasadnień, ich domostwa przeszły pod nasz zarząd jako nasza własność i konfiskata bez ostrzeżenia, z wyłączeniem szpitali i tym podobnych, które zostaną przejęte w pierwszej kolejności.
Art. 28. Oraz zakazujemy i zabraniamy także wszystkim rzeźnikom, kiełbaśnikom, masarzom, piekarzom, sprzedawcom mięs i drobiu, oberżystom, robotnikom, rzemieślnikom i wszelkim osobom wszelkich stanów hodowania i trzymania oraz żywienia wieprzy, świń, macior, ptaków, gołębi, królików, czy to na sprzedaż, czy na hodowlę, czy dla utrzymania i z jakiegokolwiek innego powodu.
Art. 29. Nakazujemy tedy wszystkim wyżej wymienionym, którzy trzymają wieprze, świnie, maciory, ptaki, króliki i gołębie, aby bezzwłocznie wynieśli wzmiankowane wieprze, świnie, maciory, ptaki, króliki i gołębie poza obręb miasta i przedmieść, gdzie będą hodowane, pod groźbą konfiskaty tych rzeczy i kary cielesnej; nakazujemy wszystkim wskazać i powiadomić wymiar sprawiedliwości o wszystkich, którzy się uchylą od wykonania tego zarządzenia, dzięki czemu otrzymają prawo do trzeciej części tych rzeczy, jeśli zaś się uchylą, podlegną karze i odpowiedniej opłacie.
Art. 31. Życzymy sobie, by niniejsze zarządzenia były publikowane każdego miesiąca przez rok na wszystkich skrzyżowaniach naszego miasta Paryża i jego przedmieść z towarzyszeniem publicznych fanfar; jak również by je na piśmie wielkimi literami na pergaminie przybito do tablic we wszystkich szesnastu dzielnicach rzeczonego miasta Paryża i w rzeczonych przedmieściach oraz ich najbardziej znanych miejscach, tak by każdy o nich wiedział i je zrozumiał, oraz aby usuwanie tych tablic było zakazane pod groźbą kary cielesnej, wykonywanej przez komisarzy wszystkich wskazanych dzielnic.
Edykt zostaje wydany w Paryżu dwudziestego piątego roku łaskawego panowania Franciszka I i podpisany przez Króla, Bayarda i zapieczętowany wielką pieczęcią z zielonego wosku oraz jedwabną wstążką.
Ex quo apparet latrinam a lavando dictam esse
Jakie uzasadnienie ma przyrównanie obu tych tekstów oprócz intrygującej zbieżności w czasie? Być może żadnego – z wyjątkiem wyjaśnienia, jakie daje Varron w drugiej księdze de Analogia, gdzie wywodzi słowo „latryna” od czasownika „laver” (ex quo apparet latrinam a lavando dictam esse…). Mniejsza o to, czy etymologia ta jest prawdziwa. Wystarczy, że jest wiarygodna i pozwala w tym miejscu utkać figurę porównania, co jest zgodne ze stylem organizacji wiedzy w renesansie.
Jeśli język jest pięknością, to myje go jakiś pan. Pan, który myje gówniane miejsca, usuwa nieczystości, oczyszcza miasto i język, aby im nadać porządek i piękno.
Co powiada doradca Księcia? „Cóż uczynili, jakie wysiłki ponieśli lud i książęta romańscy – zapytuje – gdy mieli największą monarchię świata, aby ją utrzymać i uczynić wieczną? Nie znaleźli innego, pewniejszego sposobu niż pomnażanie, wzbogacanie i wysubtelnianie ich języka łacińskiego, który w początkach ich imperium był wątły i surowy, później zaś przyrastał w miarę przekazywania go krajowi i podbijanym przezeń prowincjom, jak też ogłaszania w nim rzymskiego prawa”. W taki sposób skonsumowano małżeństwo prawa i języka, lud zaś przystosował się do „obyczajów i stylu życia we Francji”, aż „poprzez trwanie stały się one jednym”¹.
Łacina to zaduch: obszar kruszejącej wiedzy scholastycznej, niesie aromat ściółki ówczesnych kolegiów. Obszar wieloznaczności i niepewności. Nie można się zrozumieć poprzez „rozumienie łacińskich słów”, powiada Edykt z Villers-Cotterêts, jest to język problematyczny, podobnie jak i miasto.
Jeszcze nie chodzi o to, by go po prostu wyeliminować. Aby go rozjaśnić, należy oczyścić, wymyć diament oraz, jak dwa i pół wieku później wyrazi się inny prawodawca języka, „szukać pereł nawet w gnoju Enniusza”², myć i polerować język, tak aby ten, kto się nim posługuje, nie musiał się już „obawiać, że pokala sobie usta”³.
Pisarz, gramatyk, w nie mniejszej mierze niż książę, rozładowują język, podobnie jak i miasto, od dawna „tak pełne błota, gnoju, żwiru i innych śmieci”; zstępują do rynsztoka, aby go uleczyć.
Rozładować księgę
Ronsard w apostrofie do czytelnika swoich Ód przestrzega, że nie będzie używał konstrukcji „’y”, której gramatyk Meigret „nie wymazał całkowicie, choć powinien”, a skoro pozostawił inne dyftongi, na przykład w „yeux” , w ich „s t a r e j, z e p s u t e j f o r m i e, z n i e z n o ś n y m i s t o s a m i słów, oznaką ignorancji i złego osądu”, z satysfakcją zaproponuje im, że uczyni, co może, by „r o z ł a d o w a ć swoją księgę z przynajmniej części takich c i ę ż a r ó w” ⁴.
Mycie języka jest w sensie ścisłym aktem mniej politycznym, bardziej zaś ekonomicznym: uwalniamy go od nadwyżki, nagromadzenia, od psującej kupy, która nie jest prostym przeciwieństwem piękna. Dlatego pan go rozładowuje z ornamentów, ze wszystkiego tego, co odciąga uwagę zapisem, z kaligrafii zaślepiającej oko, z tego wszystkiego, co w języku przekracza wysłowienie, zapycha je swoim ruchem, zakłóca, tuczy, niczym nie wzbogacając. Pisząc po francusku, powiada Sztuka poetycka Sebileta, „nie możesz wstawiać żadnej litery, której się nie wymawia”, żadnej litery, „która służy wyłącznie zapełnianiu papieru”.
Należy ponownie przeczytać Obronę i zobrazowanie języka francuskiego ⁵, która ukazała się ledwo dziesięć lat po edykcie z Villers-Cotterêts oraz edykcie dotyczącym obecności śmieci w stolicy. Prześledzić Obronę pod kątem sieci metafor, aby zrozumieć, że w jednym i drugim wypadku – policji języka i polityki gówna, i odwrotnie – idzie o to, by „wyrwać się z reszty ziemi”, którą musimy boleśnie dźwigać, owego Erdenrest, przywoływanego przez Goethego pod koniec drugiej części Fausta⁶. W sensie ścisłym poeta staje się rolnikiem języka, uprawcą, który podcinając go, przekształca „z dzikiego miejsca w domowe”, pozbywa się odpadów, wyzbywa zgnilizny, nadaje mu ciężar złota.
Czyste, dobrze powiedziane
Dzięki Barthes’owi wiemy, że „zapisane gówno nie śmierdzi”⁷. Aby do czytelników nie dotarł żaden powiew gówna, którym narrator⁸ obficie w nich ciska, należy jeszcze zadbać o to, by sam język klasycystycznie został pozbawiony kupy śmieci. Bez wątpienia piękny język stoi w relacji do gówna, gdyż styl staje się tym bardziej wysublimowany, im bardziej wytwornie motywują go do tego odpady. Dowodem na to jest pedanteria tysięcy wierszy latrynalnych, które po dziś dzień napotykamy w wychodkach, bądź w obfitości peryfraz i szczególnych obscenicznych przekształceń frazy, które znajdujemy w marginalnej, acz bogatej literaturze podnoszącej ekskrement do rangi dzieła sztuki.
Oczywiście znaki takie jak ten pełnią funkcję zaprzeczania w relacji do realnego, które desygnują, stąd faktycznie można się zgodzić z Adeodatem⁹, że „gdy wypowiadamy śmieci, jest to nazwa znacznie szlachetniejsza niż rzecz, którą oznacza. Wolimy bowiem je usłyszeć, niż poczu㔹⁰. Niemniej piękny język nie redukuje się do uczonej jukstapozycji znaków, utrzymującej rzecz w równym i stałym oddaleniu. Dopiero przy pewnym typie purytanizmu językowego smród może się rozpuścić, i to raczej w syntaksie niż w słowie.
Dlatego nie wystarczyło, by XVI wiek wyrzekł się swego „pare-fumier”¹¹, nazbyt aluzyjnie odsyłającego do rzeczy, aby język został oczyszczony. Aby „język nasz uprzednio gorszący i mało uprzejmy” mógł „stać się eleganckim”, jak powiada du Bellay, niezbędne było jeszcze, by sprzątnął to, co stanowiło jego błoto i odchody, a nawet w niektórych koniecznych porażkach pisarzy i gramatyków uczynił z odpadów środek wyrazu dla nowego doświadczenia piękna. Najpierw więc, jako że du Bellay pozwala sobie nadać II rozdziałowi swojej Obrony tytuł Aby języka francuskiego nie trzeba było nazywać barbarzyńskim, język musi pracować nad eliminacją bądź redukcją tego, co było w nim b a r b a r z y ń s k i e, obce, tak by wskutek eliminacji odpadów ukonstytuował się on w coś, co Vaugelas¹² wiek później określał jako „czystość i szlachetność stylu”, „czystość słów i fraz”¹³, ustanawiając w ten sposób sztukę dobrego wysławiania się.
Język rozumiany jako czysty odpowiada na trzy wymagania, jakie Freud stawia cywilizacji: „czystość, porządek i piękno”¹⁴ – definicja nielicząca się z faktycznym użyciem. Wymyć, uporządkować, upiększyć: ta triada dyskursywna znajduje zastosowanie w równoległych działaniach policji miejskiej i policji jasnego języka; być może to nie brud jest problemem historycznego oglądu, ale kompulsywne poszukiwanie czystości, które nie znajduje utylitarnych uzasadnień poza szczególnymi konstrukcjami zrozumiałymi dopiero po czasie.
Istotne jest nie to, że po ogłoszeniu edyktu z 1539 roku zaszły jakieś zmiany, to jest że Paryż, miasto gówna, wydostał się z błota. Dwa i pół wieku później Louis-Sébastien Mercier sporządzi apokaliptyczny obraz stolicy, w którym śmieci nadal będą tam, gdzie były. Zola zaś pojawił się parę ładnych lat po nauce pozytywistycznej i jej prawach higieny, a Paryż, który opisał, jest nie mniej kloaczny niż ten błotnisty i tonący w mroku w czasach średniowiecza; przez lata ten obraz będzie obrzydzać historyków.
Jest widoczna dysproporcja między wymogiem zbudowania przy każdym domostwie „fosy na ścieki” a groźbą konfiskaty tychże domostw na rzecz króla, w czasie zakreślonym na trzy miesiące. Wstrzymuj swoje gówno i pozbywaj się go tylko w nocy, trzymaj swoje świnie z dala od ludzkich spojrzeń, poza murami miejskimi – wszystko to oznacza, iż monarcha powiada: „pojmam ciebie i twój dobytek w mej ogromnej królewskiej zachłanności, a ciebie wsadzę do więzienia”.
Porfir
Małe jest tedy prawdopodobieństwo, iż edyktu przestrzegano rygorystycznie, lata zaś, które miały nadejść, stały pod znakiem nieposłuszeństwa samego księcia względem własnych nakazów sądowych, jak potwierdza to architektura różnych zamków i pałaców z XVI i XVII wieku, w tym Fontainebleau, Saint-Cloud i Wersalu¹⁵. Daleki jestem od twierdzenia, że estyma wobec Księcia mogłaby zostać umniejszona, gdyby ktoś zaskoczył go w pozycji codziennie przyjmowanej przez zwykłych śmiertelników, są natomiast poważne powody, aby analiza władzy brała na serio obraz suwerena podejmującego poddanych i gości na przedziurawionym tronie, a także tronu jako teatru lśniącej miłości, który pochylonych i klęczących przed słońcem ochlapuje gównem¹⁶; ceremoniał ten można następnie uznać za ślad antycznych ceremonii intronizacji papieży, którzy po wyborze musieli usiąść na przedziurawionym porfirowym tronie.
Cloaca Maxima
Mniejsze znaczenie zatem mają realne konsekwencje wejścia edyktu z 1539 roku dla stanu higeny, większe zaś, iż data ta stanowi początek d y s k u r s u, którego położenie próbujemy ustalić; wolno też sądzić, że jego działanie objęło jeśli nie inne miejsca, to przynajmniej inne fronty. Choć możemy ustanowić jego początki, to nie wywołał on żadnego postępu, uruchomił dawniejsze precedensy historyczne, ale nie wpłynął na późniejszy triumfalny pochód dyskursu higieny.
Należy zatem dojść do następującej konkluzji: w odniesieniu do swej analnej konstytuanty cywilizacja nie wyrównuje rytmu względem ścieżki linearnego postępu. Freud dobitnie dowiódł w Kulturze jako źródle cierpień „podobieństwo między procesem cywilizacyjnym a ewolucją libido u jednostki”; tezę tę można podtrzymać w odniesieniu do ideału rozwojowego, natomiast pierwotne zainteresowanie cywilizacji nakierowane na funkcje wydalnicze nie przekształciło się bynajmniej w prostą ścieżkę ku smakowi porządku, czystości i piękna, które higienistyczny ideał wieku minionego nieodwracalnie przechyliłby w stronę obsesyjnej, pedantycznej skrupulatności, niespokojnej i czujnej oszczędności charakteru analnego, którym nasza współczesna cywilizacja w nikłej mierze odpowiada.
Pokolenia świeckich nauczycieli czule nadzorujących uszy dzieciątek Republiki nie doszły do wniosku, że cywilizacja co najmniej wytwarza nowe przeszkody, gdy próbuje całkowicie je wyeliminować. Wysiłek ten można zrozumieć jako pochodną pewnej formy władzy, którą za Flaubertem nazwijmy niezbyt elegancko „demokratencją” ; jej porażkę w kontrolowaniu śmieci można wyczytać choćby z nieustraszonego fantazmatu o wyeliminowaniu wszelkich odpadów, tak że nic już nie pozostanie.
Inklinacja Księcia i jego poetów, by oczyścić handel słów, przywrócić płynność i zregenerować obrót przytkany w miastach wskutek kumulacji odpadów, ma w sobie coś prekapitalistycznego; logikę tę powinniśmy postrzegać nie jako krok naprzód w przemarszu historii, lecz jako zawrócenie z drogi. Gest ten niczym się nie różni od haseł powrotu do literatury antycznej.
„Humanizm” odznacza się pewnym ciążeniem ku odpadom, jak nazwa wskazuje – ludzkim; epoka ta nie waha się czynić z nich użytku: przywraca pamięć dawnych zwyczajów, które cywilizacja, zdawać by się mogło, zapomniała, i bez wahania przelewa te wspomnienia na uprawy pól oraz recepty leków, ów carbon humanum, za sprawą którego na łono medycyny wkraczają medycy zwani „kałowałami” ¹⁷. Powołując autorów łacińskich na odrodzenie ducha oraz wiążąc ubogacenie języka ze zwrotem ku Rzymowi, XVI wiek nie omieszkał zaczerpnąć także z dumy Rzymu, Cloaca Maxima, i choć trudno było dorównać temu ściekowi¹⁸, to przynajmniej powrócił pomysł.
Cloaca Maxima: nawet w najmniej barwnym nauczaniu historii, nawet w najprostszym nauczaniu łaciny w liceach podkreślano ją jako miarę cywilizacji, ważniejszą niż cement i akwedukt, symptom „wysokiego rozwoju cywilizacji”, jaki osiągnęli Rzymianie. Albowiem cywilizacja, przynajmniej zdaniem Freuda, podąża ruchem podwójnym: wiedziona instynktem „czynienia sobie ziemi poddanej” wytwarza przedmioty i wartości użyteczne społecznie, a równolegle nieustannie motywuje ją inny cel – dążenie do rozkoszy, nieredukowalne nigdy do tego, co użyteczne. W kleszczach owych dwóch współobecnych celów o d p a d stanowi konieczny rezultat społecznie użytecznej produkcji i wymyka się triadzie porządek–czystość–piękno. To, co wypada z logiki produkcji, musi znaleźć sublimację w linii dążenia do rozkoszy, rozkosz musi w z b o g a c a ć cywilizację w sublimacyjnej formie; nie jesteśmy wcale tak daleko od metafor mistrzów mycia języka, doradcy Księcia i jego poety, de Seyselle’a czy du Bellaya.
Odpadanie
Co my produkujemy? O r g a n y, odpowiada Freud, „organy pomocnicze”, które wydzielają odpady. A jeśli przemiany etyczne, czy przynajmniej estetyczne, na przestrzeni dziejów dałoby się opisać jako osady odpadów? XVI wiek nieustannie „wymyślał” organy, głównie wzroku, zarazem pomnażając te odpowiadające za motorykę, poszerzając ich pole działania, na przykład za sprawą żagla czy rufy, tak że w końcu Kolumb mógł wykrzyknąć: „dzięki złotu można nawet duszom otworzyć bramy Raju”¹⁹; wiek ten zapobiegł też niedostatkom skrybów, pozwalając na gromadzenie śladów pamięciowych na zadrukowanej stronie: maszyna drukarska przyjęła odpady języka.
To nadmiar pozwalał skrybie znieść wyznaczone mu zadanie kopisty, mógł je sublimować za sprawą ornamentów i kaligrafii. Nagle ręka zatrzymuje swoje wykrzywienie, nakreślenie zostaje wstrzymane, upadają litery: „unikał będziesz – powiada Ronsard²⁰ – wszelkiej nadmiarowej ortografii i nie będziesz dostawiał do słów liter, których się nie wypowiada na głos; w najgorszym wypadku umieścisz je wstrzemięźliwie, nim doczekamy lepszej reformy”. Z takiego „zepsucia”, które tylko „zapełnia papier”, książkę należy rozładować.
Co przyniosło owo rozładowanie? Co utraciliśmy z tymi literami, które wypadły, z tym błotem, które strząsnęliśmy? Z gówna rodzi się skarb: skarb języka, Króla, Państwa.
Skoro to, co wyrzucone, powraca, winniśmy prześledzić trajektorię tego, co po wyeliminowaniu wywołuje powrót w to samo miejsce, gdzie się narodziło i od którego się oddzieliło: to, co zostaje wyeliminowane w procesie produkcji, odpad, powraca do obrotu po zmianie, którą winniśmy nazwać transmutacją, jako coś trwałego.
To, co utracone za sprawą maszyny drukarskiej, przyspiesza rynkowe wejście książki w cyrkulację towarów. Oczyszczenie języka, pozbawienie go zepsucia w rezultacie wzbogaca go, sytuuje wyżej na rynku języków: edykt z Villers-Cotterêts nie miał uczynić z francuskiego języka powszechnie zrozumiałego, lecz zmienić go w powszechną walutę. „Wzbogacić, pomnożyć, wysublimować” – oto proces alchemii języka. U jego kresu – złoto²¹.¹ C. de Seyssel, Prologue à la traduction de Justin; cytowany przez: F. Brunot, Histoire de la Langue Française, t. II, s. 29–30. Zob. też F. Brunot, Un projet d’enrichir, magnifier, et sublimer la langue française en 1509, „Rev. d’Hist. Litt.”, s. 27.
² Enniusz (239–169 p.n.e.) – pisarz uznawany za ojca literatury rzymskiej, autor dzieła Annales, uważanego do czasów Wergiliusza za epos narodowy. Uczestniczył w ruchu odnowy łaciny poprzez sięgnięcie do starszych jej źródeł (przyp. tłum.).
³ Gregoire, Rapport sur la nécessité et les moyens d’anéantir les patois et d’universaliser l’usage de la langue française, Zgromadzenie Narodowe, sesja z 16 prairiala roku II (maj 1794).
⁴ Podkreślenie – D.L.
⁵ Laporte nie podaje autora, bo dla czytelnika francuskiego to oczywiste. Joachim du Bellay (1522–1560) – poeta okresu renesansu, wraz z Pierre’em Ronsardem współtwórca grupy poetyckiej Plejada. Grupa ta postulowała użycie francuskiego jako języka literackiego, nie zaś rozpowszechnionej wówczas łaciny (przyp. tłum.).
⁶ „Uns bleibt ein Erdenrest / zu tragen peinlich, / und wär er von Asbest, / er ist nicht reinlich”. Te wersy cytuje Freud we wstępie do Der Unratt in Sitte Brauch, Glauben und Gewohnheitsrecht der Völker, to jest w niemieckim przekładzie książki Johna G. Bourke’a Scatologic Rites of All Nations.
⁷ R. Barthes, Sade, Fourier, Loyola, Paris 1971, s. 140.
⁸ U de Sade’a (przyp. tłum.).
⁹ Adeodat – syn Augustyna z Hippony (św. Augustyna). Pomagał ojcu tworzyć niektóre traktaty (przyp. tłum.).
¹⁰ Św. Augustyn, De magistro, I, De Locutionis Significatione, cytowany w Seminarium I Lacana. Oto odpowiedź Augustyna: „poznanie śmieci w rzeczywistości należy uznać za lepsze niż nazwa sama w sobie, która ma być preferowana w stosunku do samych śmieci. Nie ma bowiem innego powodu, by przedkładać wiedzę nad znak, jak tylko ten, że ten ostatni jest dla pierwszego, a nie pierwszy dla drugiego”. Pytanie, dlaczego to, co uchodziło za oczywiste u św. Augustyna, idea hierarchii, jawnej i stopniowanej od śmieci do wiedzy, zostaje odwrócone u Freuda w quasirównoważności wiedzy o śmieciach i samych śmieci do tego stopnia, że tylko kosztem t r a n s g r e s j i, jak twierdzi Freud, psychoanaliza była w stanie poradzić sobie z tą hańbą, którą człowiek nadal nosi, z tymi „wyjętymi spod prawa” aspektami (verpönten Seiten) ludzkiego życia, których zakaz ma taką wagę, że „każdy, kto studiuje takie rzeczy, jest uważany za niewiele mniej niestosownego niż ten, kto faktycznie robi niestosowne rzeczy” (Collected Papers, vol. V). Prawdą jest, że od I do XI wieku teologowie musieli poszukiwać odpowiedzi na trudne pytanie o powstawanie uświęconych gatunków w Eucharystii i niestrudzenie pracowali nad udoskonaleniem swoich analiz, aby usunąć sprzeczność między materialnością chleba i wina poddawanych trawieniu a niezniszczalnym charakterem ciała Chrystusa. Z tego powodu refleksja nad ekskrementami była im bardzo bliska, przede wszystkim św. Augustynowi, który rozwiązał tę kwestię poprzez rozróżnienie na widzialne podatne na zepsucie i niewidzialne niepodatne na zepsucie.
¹¹ Zob. Gérard Wajeman, Odor di Femina, „Ornicar?”, núm. 7.
¹² Claude Favre de Vaugelas (1585–1650) – gramatyk, jeden z pierwszych członków Akademii Francuskiej, tłumacz z włoskiego i hiszpańskiego na dworze królewskim, pisał także wiersze po włosku (przyp. tłum.).
¹³ C.F. Vaugelas, Remarques sur la langue française, wyd. z 1647, s. 593.
¹⁴ S. Freud, Kultura jako źródło cierpień, w: idem, Pisma społeczne (t. IV Dzieł), przeł. A. Ochocki, M. Poręba, R. Reszke, oprac. R. Reszke, Warszawa 1998, rozdz. III i IV. Wydaje nam się, że nieczystość wszelkiego rodzaju jest nie do pogodzenia z kulturą; także na ciało ludzkie rozciągamy wymóg czystości . Tak, nie czujemy się zaskoczeni, gdy ktoś poziom użycia mydła proponuje uznać wprost za miernik poziomu kultury” (s. 187). „Piękno, czystość i porządek zajmują najwidoczniej szczególne miejsce wśród wymogów kulturowych. Użyteczność porządku jest całkiem oczywista; w wypadku czystości powinniśmy pamiętać, że jest ona wymagana w celu zachowania higieny, możemy zatem przypuszczać, że związek jednego z drugim nie był całkiem nieznany także ludziom żyjącym w czasach sprzed epoki naukowego zapobiegania chorobom” (s. 188) (przyp. tłum.)].
¹⁵ Wśród licznych świadectw dyskomfortu spowodowanego tym brakiem należy wymienić ekstrawagancki list księżnej Palatynatu, datowany na 9 października 1694 roku:
„List księżnej Orleanu do elektki z Hanoweru
Fontainebleau, 9 października 1694
Ma pani to szczęście, że może się wysrać, kiedy tylko chce, więc wysraj się pani na całego… To nie to samo, co tutaj, gdzie jestem zmuszona trzymać kupę do wieczora; w domach przy ulicy nie ma toalet. Mam to nieszczęście, że mieszkam w jednym z domów przy lesie, a co za tym idzie, mam kłopot z koniecznością srania na zewnątrz, co mnie denerwuje, ponieważ lubię srać sama, kiedy mój tyłek nie jest na nic narażony. Wszyscy widzą, jak sramy; mężczyźni, kobiety, dziewczyny, chłopcy, duchowni i Szwajcarzy… Widzisz pani, nie ma przyjemności bez smutku, bo gdybym nie musiała srać, byłabym w Fontainebleau jak ryba w wodzie”.
(Korespondencja księżnej Orleanu, t. II, Paris 1855, s. 385).
¹⁶ P. Legendre, Jouir du pouvoir (traktat o biurokracji patriotycznej), Paris 1976.
¹⁷ F. Liger, Fosses d’aisances, latrines, urinoirs et vidanges, 1 vol., in 8., w: Dictionnaire historique et pratique de la voirie, de la construction, de la police municipale et de la contiguïté, Paris 1875. Summa erudycji. Niezbędne uzupełnienie: Biblioteca Scatologica Janneta, Payena i Veinanta, Paris 1849.
¹⁸ Pochwała Cloaca Maxima u H. du Roselle, Les eaux, les égouts et les fosses d’aisances dans leurs rapports avec les épidémies, Amiens 1867.
¹⁹ List z Jamajki z 1503 roku, cytowany przez Marksa w księdze I Kapitału, 1 sekcja, rozdział III. .
²⁰ Pierre Ronsard (1524–1585) – poeta francuski okresu renesansu, współtwórca grupy Plejada (przyp. tłum.).
²¹ O wymiarze w ścisłym sensie alchemicznym obrotu ponownie odsyłam do księgi I Kapitału Marksa. Co do ekwiwalencji języka i pieniędzy – pojawiła się ona nieprzypadkowo, a d o s ł o w n i e u kapłanów nacjonalizmu. W tej mierze zob. z najnowszych rzeczy artykuł Michela Debré, La langue française et la science universelle, „La Recherche” 1976, n° 72 (listopad).