Historia niewolnictwa - ebook
Ponad dwanaście tysięcy lat temu, w świecie łowców-zbieraczy nie było miejsca na niewolnictwo. Nie dlatego, że byli moralnie lepsi od nas — po prostu system nie stwarzał ku temu ekonomicznych przesłanek. Mobilność była kluczem do przetrwania. Każdy dodatkowy członek grupy, zwłaszcza taki, który nie wnosił umiejętności łowieckich, a wymagał pilnowania, stanowił obciążenie. Dlatego jeńców wojennych zabijano… Książka została utworzona z pomocą AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-669-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
GENEZA ZJAWISKA
I. SPOTKANIE NAD RZEKĄ
Wyobraź sobie scenę, która rozegrała się dwanaście tysięcy lat temu, gdzieś na wzgórzach dzisiejszej południowo-wschodniej Turcji. Dwaj mężczyźni spotykają się na brzegu rzeki. Jeden należy do plemienia, które od pokoleń wędruje za stadami dzikich zwierząt, drugi — do grupy, która osiadła na tych terenach, uprawia dzikie zboża i mieszka w okrągłych chatach z suszonej gliny.
W czasach ich dziadków takie spotkanie skończyłoby się prosto: napastnik zaatakowałby, ofiara broniłaby się lub uciekała, a w razie pojmania — czekała ją śmierć. W świecie łowców-zbieraczy jeniec był balastem, dodatkowymi ustami do wyżywienia w czasie wędrówki, zagrożeniem dla mobilności grupy. Zabijano go, czasem zjadano, czasem zostawiano na pastwę losu. Ale teraz, w epoce neolitu, coś się zmieniło.
Osiadły patrzy na przybysza i widzi nie tylko wroga, ale przede wszystkim — ręce do pracy. Jego pola wymagają pielenia, jego dom potrzebuje naprawy, jego kobiety spędzają teraz długie godziny na żarnach, rozcierając ziarno na mąkę. Praca, która kiedyś była przygodą i wyzwaniem, stała się codzienną rutyną i ciężarem. A ciężar — jak to ciężar — chce się zrzucić na kogoś innego.
I tak oto, być może właśnie nad tą rzeką, narodziła się idea, która będzie prześladować ludzkość do dziś: że jednego człowieka można uczynić własnością drugiego. Że można mu odebrać nie tylko wolność, ale samą istotę człowieczeństwa, sprowadzając go do roli narzędzia — _instrumentum vocale_, jak nazwą to później Rzymianie, mówiące narzędzie.
II. REWOLUCJA, KTÓRA WSZYSTKO ZMIENIŁA
Aby zrozumieć narodziny niewolnictwa, musimy cofnąć się do momentu, który archeolog Vere Gordon Childe ochrzcił w latach trzydziestych XX wieku mianem „rewolucji neolitycznej”. To jedno z tych pojęć, które mimo upływu lat wciąż zachowuje swoją moc, choć dziś wiemy, że owa rewolucja nie była ani tak gwałtowna, ani tak jednoznacznie postępowa, jak się dawniej wydawało.
Około dwanaście tysięcy lat temu, wraz z końcem ostatniego zlodowacenia, klimat Ziemi zaczął się ocieplać. Topniejące lodowce podniosły poziom mórz, linie brzegowe nabrały dzisiejszego kształtu, a na Bliskim Wschodzie — w obszarze zwanym Żyznym Półksiężycem — zaczęły się dziać rzeczy niezwykłe. Dzikie trawy, przodkowie późniejszej pszenicy i jęczmienia, rosły tam w takiej obfitości, że zbieractwo przestało być tylko uzupełnieniem diety, a stało się podstawą utrzymania.
Ludzie, którzy przez setki tysięcy lat wędrowali za zwierzyną, nagle odkryli, że mogą zostać w jednym miejscu. Że te małe, twarde ziarenka, które można przechowywać przez miesiące, dają im coś, czego łowiectwo nigdy nie mogło zapewnić: stabilność. I tak, nieśpiesznie, przez pokolenia, zaczęli się osiedlać.
Ale uwaga — i to jest kluczowe dla naszej opowieści — ci pierwsi rolnicy wcale nie byli szczęśliwsi od swoich łowieckich przodków. Przez dziesięciolecia wmawiano nam, że rewolucja neolityczna była wielkim krokiem naprzód, triumfem ludzkiego rozumu nad dziką naturą. Tymczasem najnowsze badania każą spojrzeć na tę przemianę z zupełnie innej perspektywy.
Antropolog Marshall Sahlins w swojej przełomowej pracy „Stone Age Economics” wykazał, że łowcy-zbieracze byli w gruncie rzeczy pierwszym „społeczeństwem dobrobytu”. Brzmi to jak herezja? Posłuchajmy danych. Badania nad społecznością Aetów na Filipinach, prowadzone przez zespół dr. Marka Dyble z Cambridge University, przyniosły zdumiewające rezultaty. Dorośli Aetowie, żyjący tradycyjnie z łowiectwa i zbieractwa, pracowali średnio zaledwie 20 godzin tygodniowo. Resztę czasu spędzali na drzemkach, rozmowach, zabawie z dziećmi. Ci spośród Aetów, którzy przeszli na rolnictwo? Pracowali 30 godzin tygodniowo, a ich kobiety — te traciły połowę wolnego czasu.
Oto paradoks dziejów: postęp technologiczny, zamiast uwolnić człowieka od pracy, przyniósł mu jej więcej. I — co ważniejsze — stworzył warunki, w których pojawiła się potrzeba, by tę pracę zrzucić na barki kogoś innego.
III. OD JEŃCA DO NIEWOLNIKA
W świecie łowców-zbieraczy nie było miejsca na niewolnictwo. Nie dlatego, że byli moralnie lepsi od nas — po prostu system nie stwarzał ku temu ekonomicznych przesłanek. Mobilność była kluczem do przetrwania. Każdy dodatkowy członek grupy, zwłaszcza taki, który nie wnosił umiejętności łowieckich, a wymagał pilnowania, stanowił obciążenie. Dlatego jeńców wojennych zabijano. Czasem w okrutny sposób, czasem z rytualnym namaszczeniem, ale zawsze — eliminowano. Encyklopedie podają sucho: „narodziny niewolnictwa związane są ze wzrostem zapotrzebowania na pracę ludzką, potrzebną do zwiększenia produkcji i możliwością wykorzystania do tego celu jeńców wojennych (wcześniej zabijanych)”.
Ta sucha formuła kryje w sobie jedną z najgłębszych przemian w dziejach ludzkości. Kiedy pierwszy wojownik spojrzał na pojmanego wroga i zamiast unieść topór, pomyślał: „On może kopać moje pole” — w tym momencie narodziła się cywilizacja w jej najbardziej dwuznacznym wymiarze. Z jednej strony — krok ku humanitaryzmowi (oszczędzono komuś życia), z drugiej — otwarcie puszki Pandory, z której wyleją się potem całe systemy dehumanizacji i wyzysku.
Ten proces nie dokonał się z dnia na dzień. Jak podają źródła archeologiczne, przejście od gospodarki przyswajającej do wytwórczej było długotrwałe i stopniowe. Ludzie przez tysiące lat łączyli różne strategie — trochę zbieractwa, trochę uprawy, trochę polowania. I przez tysiące lat obok siebie współistniały dwa sposoby traktowania jeńców: stary (śmierć) i nowy (wykorzystanie). Aż w końcu nowy zwyciężył.
IV. EGALITARYZM PIERWOTNY I JEGO UPADEK
Zanim jednak doszło do narodzin niewolnictwa, musiała upaść inna, znacznie starsza zasada — pierwotny egalitaryzm. Badania antropologiczne i archeologiczne, podsumowane choćby w głośnej książce Kenta Flannery’ego i Joyce Marcus „The Creation of Inequality”, dowodzą, że przez setki tysięcy lat ludzkie społeczności pilnowały, aby nikt nie zmonopolizował bogactw i władzy.
Mechanizmy tego egalitaryzmu były subtelne, ale skuteczne. W grupach łowiecko-zbierackich udany myśliwy nie gromadził mięsa dla siebie — dzielił się z całą społecznością. Próby wywyższania się spotykały się z kpiną, izolacją, a w skrajnych przypadkach — z wygnaniem. Antropolog Richard Lee, badając lud! Kung z pustyni Kalahari, opisywał, jak myśliwi, którzy przynieśli szczególnie dużo zwierzyny, byli przez innych oblewani kpinami, by nie urośli w zbytnim mniemaniu. „Myśliwy, który wraca do domu i przechwala się swoim wyczynem, zostanie wyśmiany i nikt nie będzie chciał przyjąć od niego mięsa” — notował Lee.
Ten egalitaryzm nie brał się z altruizmu. Był racjonalną strategią przetrwania. W grupie nomadów nikt nie mógł sobie pozwolić na pasożytnictwo. Każdy musiał wnosić swój wkład, a każdy, kto próbowałby gromadzić więcej niż inni, zagrażał spójności grupy. Co więcej — w świecie bez magazynów i lodówek, nadmiar mięsa i tak by się zepsuł. Lepiej było się nim podzielić, zyskać wdzięczność innych i liczyć na rewanz w chudszych czasach.
Osiadły tryb życia, magazynowanie żywności i gromadzenie nadwyżek rozsadziły ten system od środka. Kiedy można było przechować ziarno przez rok, pojawiła się pokusa, by gromadzić je ponad miarę. Kiedy pola wymagały stałej pracy, pojawiła się potrzeba, by tę pracę wykonywali inni. I wreszcie — kiedy pojawiły się nadwyżki, pojawiła się też możliwość, by jedni bogacili się kosztem drugich.
W wykopaliskach z tego okresu archeolodzy znajdują pierwsze wyraźne ślady zróżnicowania majątkowego. Niektóre groby są bogato wyposażone w ozdoby i narzędzia, inne — skromne, niemal puste. Pojawiają się też pierwsze fortyfikacje, świadczące o tym, że sąsiedzi przestali być tylko konkurentami, a stali się zagrożeniem — lub potencjalnym źródłem taniej siły roboczej.
V. ZIARNO I KAJDANY
Niewolnictwo narodziło się więc nie z ludzkiego okrucieństwa — choć okrucieństwo szybko znalazło w nim swoje ujście — ale z głębokiej, strukturalnej zmiany w relacji człowieka do ziemi i do pracy. To ziarno, ta mała, niepozorna roślina, którą człowiek oswoił, okazała się być jednocześnie narzędziem wyzwolenia i zniewolenia.
Udomowienie zbóż przyniosło rewolucję w sposobie odżywiania. Pszenica i jęczmień dostarczały węglowodanów w ilościach niespotykanych w naturze. Rośliny strączkowe — groch, soczewica, bób — uzupełniały dietę w białko. Len dawał włókno na ubrania. Nagle jedna rodzina mogła wyżywić się z pola o powierzchni, która wcześniej wymagała eksploracji kilometrów kwadratowych lasów i stepów.
Ale ta wydajność miała swoją cenę. Praca na roli jest monotonna i wyczerpująca. Wymaga systematyczności, cierpliwości, podporządkowania się rytmowi pór roku. Łowca-zbieracz decydował sam, kiedy iść na polowanie, kiedy odpocząć. Rolnik musiał wstawać o świcie, pielić, kopać, zbierać, młócić, przechowywać. Jego życie stało się pasmem obowiązków.
I wtedy pojawiła się kusząca myśl: a gdyby tak ktoś inny wykonywał tę ciężką pracę? Gdyby można było mieć przy sobie istotę, która będzie orać, siać i zbierać, podczas gdy ja będę zajmować się czymś przyjemniejszym — polowaniem, ucztowaniem, modłami, wojną?
Tak narodził się ideał życia pańskiego — życia, w którym ktoś inny pracuje na twoje utrzymanie. Ideał, który przez następne tysiąclecia będzie motorem napędowym podbojów, handlu ludźmi i systemowej przemocy. Ideał, który przetrwał do dziś, choć przybrał inne formy.
VI. DŁUGA DROGA DO SYSTEMU
Zanim jednak niewolnictwo stało się zinstytucjonalizowanym systemem, minęły tysiące lat. Wczesne formy niewoli miały charakter patriarchalny — niewolnicy żyli pod jednym dachem z rodziną właściciela, pracowali obok niej na polu, często żenili się z wolnymi, a ich dzieci bywały wyzwalane. To nie był jeszcze system totalny, jaki znamy z rzymskich latyfundiów czy amerykańskich plantacji.
Archeolodzy odnajdują ślady tego wczesnego niewolnictwa w osadach neolitycznych. W Çatal Höyük w dzisiejszej Turcji, jednym z najstarszych miast świata, domy budowano tak, że wchodziło się do nich przez dach. Czy to zabezpieczenie przed ucieczką niewolników? A może przed dzikimi zwierzętami? Trudno powiedzieć. Ale w grobach z tego okresu pojawiają się szkielety ze śladami przemocy, które nie noszą cech wojny — być może to kary wymierzane nieposłusznym sługom.
W miarę upływu tysiącleci system się krystalizował. Pojawiły się pierwsze kodyfikacje prawne — jak słynny Kodeks Hammurabiego z XVIII wieku p.n.e., który szczegółowo reguluje status niewolnika, kary za jego zabicie, zasady handlu. Niewolnik przestał być tylko faktem społecznym, stał się kategorią prawną. Rzeczą. Przedmiotem.
W mezopotamskich tekstach z tego okresu znajdujemy zapisy sprzedaży niewolników, umowy najmu, regulacje dotyczące zbiegów. Jeden z dokumentów z miasta Larsa opowiada o niewolnicy, która urodziła dziecko swojemu panu, a potem została wyzwolona — ale dziecko pozostało wolne. Inny mówi o karze za ukrywanie zbiegłego niewolnika: śmierć. System budował swoje mechanizmy: nagrody dla posłusznych, strach przed buntem, solidarność właścicieli.
VII. OPOWIEŚĆ Z JASKINI
Wyobraźmy sobie jeszcze jedną scenę. Tym razem nie nad rzeką, ale w jaskini, gdzieś w górach Zagros, siedem tysięcy lat przed naszą erą. Przy ognisku siedzi starzec. Opowiada dzieciom historię swoich młodych lat. Mówi o wielkim polowaniu, o walce z niedźwiedziem, o duchach przodków. A potem milknie. Ktoś pyta: „Dziadku, a co z tymi, których pojmaliśmy w tamtej bitwie?”.
Starzec patrzy w ogień długą chwilę. Wreszcie odpowiada: „Kiedy byłem młody, pojmaliśmy trzech wojowników z plemienia za rzeką. Mój ojciec kazał ich zabić i złożyć w ofierze duchom gór. Tak robili nasi ojcowie i ich ojcowie. Ale wódz powiedział: »Szkoda rąk. Niech kopią, niech noszą kamienie, niech służą nam«. I tak się stało. Dwaj umarli po roku — nie umieli żyć bez wolności. Trzeci żył długo. Miał dzieci z naszą kobietą. Jego wnuki siedzą teraz z nami przy ogniu”.
Czy ta opowieść jest prawdziwa? Nie wiemy. Ale oddaje istotę procesu, który opisałem: stopniowe, nieśpieszne, prawie niezauważalne przejście od traktowania jeńca jako ofiary do traktowania go jako narzędzia. I pokazuje coś jeszcze — że niewolnictwo od samego początku niosło w sobie sprzeczność. Z jednej strony — dehumanizację, sprowadzenie człowieka do roli siły roboczej. Z drugiej — wciąż obecną, choć zaprzeczoną, wspólną ludzkość. Niewolnicy rodzili dzieci z wolnymi, ich potomkowie stawali się częścią wspólnoty, granice się zacierały.
Ta sprzeczność będzie towarzyszyć niewolnictwu przez całą jego historię. System będzie nieustannie balansował między traktowaniem niewolnika jak zwierzęcia a uznawaniem, że jest jednak człowiekiem. Prawo będzie regulować jego status, ale jednocześnie będzie musiało uznać, że ma on duszę, że może popełniać przestępstwa, że może być świadkiem w sądzie. Ta dwuznaczność — bycie jednocześnie osobą i rzeczą — jest kwintesencją ontologii niewolnictwa.
VIII. CO MÓWIĄ NAM KOŚCI
Archeologia dostarcza nam twardych dowodów na te przemiany. W neolitycznych cmentarzyskach z terenów Bliskiego Wschodu badacze odnajdują szkielety, które różnią się od innych. Mają ślady długotrwałej, ciężkiej pracy — zniekształcone kręgi, starte stawy, charakterystyczne uszkodzenia kości. Są pochowane bez darów grobowych, często na obrzeżach cmentarzy, bez oznak żałoby. Niektórzy noszą ślady więzów — przetarcia na kościach nadgarstków i kostek.
Analiza izotopowa ich zębów, która pozwala określić, gdzie dana osoba spędziła dzieciństwo, pokazuje, że wielu z nich pochodziło z innych regionów. To jeńcy wojenni, sprowadzeni z daleka. Ich kości opowiadają historię, której nie znajdziemy w żadnych tekstach: historię wyrwania z rodziny, podróży w kajdanach, lat ciężkiej pracy i śmierci w obcej ziemi.
Ale jest też inna grupa szkieletów — ludzi, którzy również noszą ślady ciężkiej pracy, ale są pochowani w obrębie osad, z pewnymi oznakami szacunku. To być może niewolnicy, którzy zasłużyli się swoim panom, którzy stali się częścią społeczności, którzy doczekali starości. Ich los, choć niewolniczy, był jednak inny niż los tamtych, porzuconych na obrzeżach.
To pokazuje, że niewolnictwo nigdy nie było monolitem. Zawsze istniało spektrum — od całkowitej dehumanizacji po rodzaj adopcji, od traktowania jak zwierzę po traktowanie jak niższego członka rodziny. To spektrum będzie się przesuwać w zależności od epoki, miejsca, kultury, a nawet indywidualnych dyspozycji pana.
IX. PSYCHOLOGIA PIERWSZEGO PANA
Zastanówmy się przez chwilę nad psychologią pierwszego człowieka, który uczynił drugiego swoją własnością. Co czuł, patrząc na pojmanego wroga, który teraz kopał jego pole? Triumf? Oczywiście. Władzę? Na pewno. Ale może też — niepokój. Bo ten drugi, choć spętany, wciąż był człowiekiem. Miał oczy, którymi patrzył, miał myśli, które kłębiły się pod czaszką, miał w sercu nienawiść lub rozpacz.
Antropolog Pierre Clastres w swoich badaniach nad społeczeństwami pierwotnymi zwracał uwagę, że wiele z nich świadomie odrzucało instytucję państwa i władzy, właśnie dlatego, że instynktownie wyczuwały, dokąd one prowadzą. Podobnie mogło być z niewolnictwem. Długie tysiąclecia ludzie opierali się pokusie, by uczynić z drugiego człowieka narzędzie. Wiedzieli, że to zmieni ich samych.
Aż w końcu ulegli. Bo presja demograficzna, bo głód ziemi, bo chciwość, bo wygoda. I tak, jak Adam i Ewa skosztowali zakazanego owocu, tak ludzkość skosztowała owocu niewolnictwa. I już nie mogła zawrócić.
X. KU SYSTEMOWI
W tym rozdziale prześledziliśmy narodziny niewolnictwa — nie jako nagłego wynalazku, ale jako powolnego, stopniowego procesu, który dokonywał się równolegle z narodzinami rolnictwa i osiadłego trybu życia. Widzieliśmy, jak zmiana ekonomiczna stworzyła warunki do pojawienia się nowej formuły społecznej, jak pierwotny egalitaryzm ustąpił miejsca hierarchii, jak jeniec wojenny przestał być ofiarą, a stał się narzędziem.
Ale to dopiero początek. System, który narodził się w neolicie, będzie ewoluować przez tysiąclecia. W starożytnej Mezopotamii przyjmie formę kodeksów prawnych regulujących status niewolnika. W Grecji stanie się fundamentem demokracji — paradoksalnie, ateńska wolność opierała się na pracy tych, którzy wolni nie byli. W Rzymie osiągnie rozmiary niespotykane wcześniej — imperium zbudowane na kościach milionów ludzi, których jedyną winą było to, że urodzili się po złej stronie rzymskich mieczy.
Ale zanim do tego dojdzie, miną tysiące lat. A my, śledząc tę historię, musimy pamiętać o tamtym momencie nad rzeką, dwanaście tysięcy lat temu, kiedy jakiś człowiek podjął decyzję, która zaciążyła nad losami miliardów istot ludzkich. Decyzję, by nie zabić, ale zniewolić. Decyzję, która — w swoim zamiarze — miała być może aktem łaski, a stała się początkiem najdłuższej i najbardziej upokarzającej formy przemocy w dziejach.
Czy mógł postąpić inaczej? Czy my, na jego miejscu, postąpilibyśmy inaczej? To pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Ale warto je stawiać. Bo historia niewolnictwa to nie tylko opowieść o ofiarach i oprawcach. To opowieść o nas wszystkich — o ludzkiej naturze, o pokusie władzy, o tym, jak łatwo przychodzi nam usprawiedliwiać najgorsze rzeczy, gdy służą naszemu interesowi.Rozdział 2: Mezopotamia i Egipt
KODEKSY, PIRAMIDY I ADMINISTRACJA
I. KAMIEŃ, NA KTÓRYM WYRYTO LOS CZŁOWIEKA
Grudniowy poranek 1901 roku. Grupa archeologów pracuje wśród ruin starożytnego miasta Suza, na terenie dzisiejszego Iranu. Prowadzi ich Francuz Jacques de Morgan. Kopią od tygodni, znajdując gliniane tabliczki, fragmenty ceramiki, drobne przedmioty codziennego użytku. I nagle — łopata uderza w coś twardego. Z piasku wyłania się czarny, bazaltowy słup. Gdy robotnicy oczyszczają go z ziemi, oczom badaczy ukazują się misterne rzędy pisma klinowego.
To Kodeks Hammurabiego — jeden z najstarszych i najważniejszych dokumentów prawnych w dziejach ludzkości. Wykuty w twardym kamieniu na osiemnaście wieków przed narodzinami Chrystusa, przetrwał upadek imperiów, najazdy, pożary i trzęsienia ziemi, by dziś opowiedzieć nam historię, której żaden inny zabytek nie opowie tak precyzyjnie: historię porządkowania świata przez prawo. A w tym świecie — porządkowania ludzi na wolnych i tych, którzy wolni nie są.
Stela ma dwa i pół metra wysokości. W górnej części przedstawia samego Hammurabiego stojącego przed Szamaszem, bogiem słońca i sprawiedliwości. Król otrzymuje od bóstwa insygnia władzy i — jak chcą niektórzy interpretatorzy — sam kodeks. To ważny symbol: prawo pochodzi od bogów, jest święte, niepodważalne. Poniżej ciągną się już tylko kolumny tekstu — 282 paragrafy, które regulują wszystko: od cen i płac, przez małżeństwa i rozwody, po zbrodnie i kary. I niewolnictwo.
Gdybyśmy mogli cofnąć się w czasie o cztery tysiące lat i zapytać Hammurabiego, kim jest człowiek, który stoi przed nim w kajdanach, król Babilonu odpowiedziałby bez wahania: „To ten, którego bogowie nie obdarzyli łaską wolności”. I wskazałby na kamień.
II. TRZY ŹRÓDŁA NIEWOLI
Na długo przed Hammurabim, bo już w trzecim tysiącleciu przed naszą erą, Sumerowie — twórcy pierwszej cywilizacji Mezopotamii — musieli zmierzyć się z pytaniem, skąd brać ludzi do pracy. Ich odpowiedź będzie przez następne tysiąclecia obowiązywać w całym regionie.
Pierwsze źródło to wojna. Kiedy miasto-państwo pokonało sąsiada, zwycięzcy stawali przed dylematem znanym już z epoki neolitu: zabić czy wykorzystać? W Mezopotamii wybór był prosty. Jeńców wojennych nie mordowano — sprowadzano ich do zwycięskiego miasta i wcielano do gospodarki. W tekstach z tego okresu pojawia się określenie _asirtu_ — kobieta jeniec, oraz _wardu_ — mężczyzna jeniec, które z czasem stały się po prostu synonimami niewolnika i niewolnicy.
Drugie źródło to dług. W społeczeństwie, gdzie pieniądz dopiero raczkował, a podstawą wymiany było zboże i srebro, łatwo było popaść w tarapaty. Nieurodzaj, choroba w rodzinie, splądrowanie domu przez wrogów — i oto wolny obywatel stawał przed perspektywą pożyczki, której nie będzie mógł spłacić. Wierzyciele nie byli miłosierni. Prawo pozwalało im wziąć dłużnika w niewolę. Co więcej — mogli wziąć jego żonę, jego dzieci, nawet jego rodziców. Cała rodzina mogła na lata, a czasem na zawsze, trafić do domu wierzyciela, by pracą spłacać dług, który rósł jak śniegowa kula.
Trzecie źródło to narodziny w niewoli. Dziecko niewolnicy było własnością jej pana. Nie miało wyboru, nie miało szans. Przychodziło na świat w świecie, który z góry przesądził o jego losie. I choć istniały mechanizmy wyzwalania, choć dzieci pana i niewolnicy czasem uzyskiwały wolność — to był wyjątek, nie reguła.
Te trzy źródła — wojna, dług i dziedziczenie — utworzyły system, który przez tysiąclecia będzie dostarczać niewolniczej siły roboczej imperiom Bliskiego Wschodu. System, który Hammurabi weźmie pod swoją prawną opiekę.
III. PARAGRAFY KRWI I SPRAWIEDLIWOŚCI
Przyjrzyjmy się teraz samemu Kodeksowi. To fascynujący dokument nie tylko ze względu na to, co mówi, ale i jak to mówi. Język jest precyzyjny, beznamiętny, niemal chirurgiczny. Oto kilka przykładów:
_Paragraf 15: „Jeśli obywatel pomoże zbiec niewolnikowi pałacowemu lub niewolnicy pałacowej, albo niewolnikowi muškēnu lub niewolnicy muškēnu za bramę miasta, zostanie ukarany śmiercią”_.
_Paragraf 16: „Jeśli obywatel udzieli schronienia zbiegłemu niewolnikowi lub niewolnicy należącym do pałacu lub do muškēnu w swoim domu i nie wyprowadzi go na wezwanie zarządcy, ten obywatel poniesie karę śmierci”_.
_Paragraf 17: „Jeśli obywatel pojma w polu zbiegłego niewolnika lub niewolnicę i odprowadzi go do jego pana, pan niewolnika zapłaci mu dwa sykle srebra”_.
_Paragraf 19: „Jeśli zatrzyma tego niewolnika w swoim domu i potem niewolnik zostanie znaleziony w jego posiadaniu, człowiek ten poniesie karę śmierci”_.
Czytając te paragrafy, czujemy oddech systemu. Jest bezwzględny, ale i logiczny. Niewolnik jest własnością, wartością ekonomiczną. Pomóc mu uciec to jak ukraść wołu lub osła — tyle że gorsze, bo niewolnik ma wolę, może sam zadecydować o ucieczce, więc zagrożenie dla porządku jest większe. Stąd surowość kar.
Ale Kodeks idzie dalej. Reguluje też relacje między wolnymi a niewolnymi w sposób, który dziś może szokować. Paragraf 199: „Jeśli wybije oko niewolnikowi innego obywatela, zapłaci połowę jego ceny”. Paragraf 205: „Jeśli niewolnik uderzy w twarz syna obywatela, obetną mu ucho”.
To ostatnie jest szczególnie wymowne. Wolny obywatel, który uderzy innego wolnego, płaci grzywnę. Niewolnik, który podniesie rękę na wolnego, traci ucho. To nie jest tylko kara — to stygmat, piętno, które na zawsze naznaczy go jako buntownika, jako tego, który zapomniał o swoim miejscu w hierarchii.
IV. MIĘDZY WOLNOŚCIĄ A NIEWOLĄ
Najnowsze badania nad starożytną Mezopotamią, podsumowane w specjalnym wydaniu „Journal of Ancient Near Eastern History” z 2025 roku, pokazują jednak, że rzeczywistość była znacznie bardziej skomplikowana niż prosty podział na wolnych i niewolników. Istniały grupy o statusie pośrednim, zawieszone między wolnością a zniewoleniem, które wymykały się prostym kategoriom prawnym.
Weźmy choćby _muškēnū_. To słowo pojawia się w Kodeksie Hammurabiego wielokrotnie, ale jego dokładne znaczenie od dawna spędzało sen z powiek asyriologom. Dziś wiemy, że _muškēnū_ — co można przetłumaczyć jako „ci, którzy się korzą” — to była kategoria ludzi wolnych, ale nie w pełni uprawnionych. Stali poniżej pełnoprawnych obywateli, ale powyżej niewolników. Pracowali na rzecz pałacu lub świątyni, mieli ograniczone prawa, ale nie byli niczyją własnością.
Byli też _širku_ — „ci, którzy zostali oddani”. To ludzie, których rodziny poświęciły świątyniom. Czasem były to dzieci składane w ofierze bogom przez ubogich rodziców, którzy nie mogli ich wyżywić. Czasem dorośli, którzy w ten sposób spłacali długi lub pokutowali za grzechy. _Širku_ pracowali w świątyniach, ale mieli pewne prawa — mogli posiadać własność, zawierać małżeństwa, a ich dzieci nie były automatycznie niewolnikami.
Najciekawszą grupą byli jednak _hupšu_ — ludzie wolni, ale tak biedni, że ich wolność była czysto teoretyczna. Nie mieli ziemi, nie mieli warsztatu, nie mieli żadnych środków do życia. Mogli jedynie najmować się do pracy u bogatszych, a w praktyce często popadali w zależność tak głęboką, że trudno ją odróżnić od niewolnictwa.
Ta społeczna mozaika, te wszystkie odcienie szarości między czernią niewoli a bielą wolności — to jest prawdziwy obraz starożytnej Mezopotamii. System był elastyczny, płynny, dostosowujący się do potrzeb gospodarki i możliwości ludzi.
V. EGIPT — INNY MODEL
Przenieśmy się teraz na zachód, nad brzegi Nilu. Egipt faraonów rozwijał się inaczej niż Mezopotamia. Inna geografia, inna gospodarka, inna kultura — i inny system niewolnictwa. Przez dziesięciolecia wmawiano nam, że wielkie piramidy w Gizie zostały wzniesione przez rzesze niewolników, ginących pod batem nadzorców. To jeden z najbardziej uporczywych mitów w historii archeologii.
Prawda jest inna i — paradoksalnie — bardziej fascynująca. Badania archeologiczne, w tym odkrycia osad robotniczych w pobliżu piramid, dowodzą, że budowniczymi tych monumentalnych grobowców byli wolni Egipcjanie. Pracowali w systemie rotacyjnym — przez kilka miesięcy w roku, gdy wylewy Nilu zalewały pola i prace rolnicze ustawały, chłopi zgłaszali się do służby na budowach królewskich. W zamian otrzymywali wyżywienie, odzież, opiekę medyczną i — co niezwykle ważne w kulturze egipskiej — zapewnienie godnego pochówku.
Odkryte przez archeologów cmentarzyska robotników z okresu Starego Państwa nie pozostawiają wątpliwości. Ci ludzie byli grzebani z szacunkiem, z darami, z inskrypcjami. Mieli zapewnione racje żywnościowe — badania zawartości ich żołądków wskazują na dietę bogatszą niż przeciętnego Egipcjanina tamtych czasów: mięso, ryby, chleb, piwo, warzywa. Znaleziono nawet ślady leczenia — nastawione złamania, wyleczone ropnie, zadbane zęby.
Czy to znaczy, że w Egipcie nie było niewolników? Oczywiście, że byli. Ale pełnili inne funkcje niż w Mezopotamii, a ich los był często znośniejszy niż gdzie indziej. Starożytny historyk Diodor Sycylijski, pisząc o Egipcie, zauważył z pewnym zdziwieniem: „Tam niewolnicy nie wykonują prac publicznych ani nie są przymuszani do służby na rzecz państwa, jak to się dzieje u innych narodów. Wszystkie te obowiązki spoczywają na wolnych”.
VI. ŹRÓDŁA EGIPSKIEJ NIEWOLI
Kim więc byli egipscy niewolnicy? Przede wszystkim — jeńcy wojenni. Gdy faraonowie XVIII i XIX dynastii prowadzili zwycięskie kampanie w Nubii, Libii i Azji, wracali do domu z tysiącami pojmanych wrogów. Reliefy w świątyniach w Karnaku i Luksorze przedstawiają długie procesje jeńców, związanych w pasach, prowadzonych na powrozach przed oblicze zwycięzcy.
Teksty z tego okresu mówią o „żywych poległych” — to poetyckie określenie jeńców wojennych, którzy mieli szczęście, że nie zostali zabici na polu bitwy. Ale to szczęście było względne. Czekała ich praca w świątyniach, w pałacach, na polach należących do faraona lub świątynnych posiadłościach.
Drugim źródłem byli przestępcy. Egipskie prawo przewidywało, że za niektóre zbrodnie można stracić wolność. Zamiast kary śmierci — dożywotnia praca w kamieniołomach, w kopalniach, na odległych posterunkach granicznych. To był wyrok często gorszy od śmierci.
Trzecim źródłem — podobnie jak w Mezopotamii — był dług. Egipcjanie znali instytucję niewoli dłużnej, choć wydaje się, że była stosowana rzadziej i łagodniej niż na Wschodzie. Być może dlatego, że egipska gospodarka, oparta na corocznym wylewie Nilu, dawała ludziom więcej szans na wyjście z tarapatów.
I wreszcie — handel. Egipt kupował niewolników od sąsiadów. Teksty z okresu Nowego Państwa wspominają o przybywaniu statków z Byblos, wiozących „niewolników z dalekich krain”. Byli to często ludzie z Anatolii, z wysp Morza Egejskiego, z regionu Kaukazu. Ich egzotyczny wygląd, jasna skóra, inne rysy twarzy — wszystko to czyniło ich szczególnie cennymi w oczach egipskich elit.
VII. ŻYCIE W CIENIU PIRAMID
Jak wyglądała codzienność egipskiego niewolnika? To zależało od tego, gdzie i u kogo służył.
Najlepszy los spotykał tych, którzy trafiali do domów bogatych Egipcjan jako służba domowa. Kobiety zajmowały się dziećmi, gotowaniem, tkaniem, przygotowywaniem kosmetyków dla pań domu. Mężczyźni byli odźwiernymi, ogrodnikami, woźnicami, czasem — jeśli mieli szczęście i zdolności — zarządcami dóbr. W takich rolach niewolnicy mogli dożyć starości, założyć rodzinę (oczywiście za zgodą pana), a nawet zgromadzić drobny majątek. Niektórzy otrzymywali wolność na łożu śmierci swojego pana, jako wyraz wdzięczności za wierną służbę.
Gorszy los spotykał tych, którzy trafiali do świątyń. Praca w świątynnych gospodarstwach rolnych była ciężka, monotonna, a nadzór — bezwzględny. Kapłani, choć pobożni, nie słynęli z łagodności wobec podległych im ludzi. Teksty z Edfu i Kom Ombo mówią o karach chłosty, o obcinaniu racji żywnościowych, o pracy od świtu do nocy.
Najgorszy był jednak los skazańców i jeńców wojennych wysłanych do kopalń i kamieniołomów. Grecki historyk Diodor, pisząc o kopalniach złota w Nubii, zostawił przerażający opis: „Królowie Egiptu skazują na pracę w kopalniach wszystkich, którzy zostali skazani za zbrodnie, oraz jeńców wojennych, a także tych, którzy padli ofiarą niesprawiedliwego oskarżenia i zostali wtrąceni do więzień w gniewie królewskim. Pracują tam w łańcuchach, bez wytchnienia, dniem i nocą, pozbawieni wszelkiej nadziei na wolność. Ani kobiety, ani chorzy nie doznają ulgi ani odpoczynku. Wszyscy bez różnicy, zmuszani batem, pracują aż do śmierci, która kładzie kres ich nieszczęściom”.
VIII. PRAWO I ZWYCZAJ
Egipskie niewolnictwo, w przeciwieństwie do mezopotamskiego, nie było tak precyzyjnie uregulowane prawnie. Nie mamy egipskiego odpowiednika Kodeksu Hammurabiego — zbioru praw, który szczegółowo opisywałby status niewolnika, kary dla zbiegów, zasady handlu. To nie znaczy, że Egipt nie miał prawa — po prostu było ono inaczej zapisywane i przechowywane.
Egipskie prawo opierało się na tradycji, na dekretach faraonów, na wyrokach sądów, które stawały się precedensami. Było elastyczne, dostosowywało się do okoliczności, do rangi osób, do woli władcy. Dla niewolników oznaczało to niepewność — ich los zależał bardziej od kaprysu pana niż od litery prawa.
A jednak mamy świadectwa, że nawet niewolnicy mogli dochodzić swoich praw. Papirus z okresu XIX dynastii opisuje proces, w którym niewolnica imieniem Irinu żądała uwolnienia, twierdząc, że jej matka była wolna, a ona sama została bezprawnie zniewolona. Sąd przesłuchiwał świadków, badał dokumenty, w końcu — ku zaskoczeniu wielu — przyznał jej rację. Irinu odzyskała wolność.
Inny papirus, z Teb, mówi o niewolniku, który oskarżył swojego pana o nadmierne okrucieństwo. Pan tłumaczył się, że niewolnik był leniwy i nieposłuszny. Sąd wezwał biegłych, którzy zbadali rany na ciele niewolnika. Uznali je za zbyt rozległe, nieproporcjonalne do winy. Niewolnik został przeniesiony do innego pana.
To ważne świadectwa. Pokazują, że nawet w systemie niewolniczym istniały mechanizmy ochrony, że prawo uznawało w niewolniku nie tylko przedmiot, ale i — w pewnym zakresie — podmiot. To nie zmienia faktu, że był własnością, że mógł być sprzedany, kupiony, zapisany w testamencie. Ale nie był rzeczą bez duszy.
IX. PORÓWNANIE DWÓCH ŚWIATÓW
Stańmy na chwilę z boku i spróbujmy porównać te dwa systemy: mezopotamski i egipski. Różnice są uderzające.
Mezopotamia to świat miast-państw, ostrej konkurencji, dynamicznego handlu. Niewolnictwo jest tam ściśle związane z rynkiem, z obrotem towarowym, z pieniądzem. Niewolników kupuje się i sprzedaje jak bydło, ceny podlegają wahaniom, istnieją faktury i kwity. Prawo reguluje każdy aspekt tej wymiany — od odpowiedzialności za wady ukryte (jeśli niewolnik okaże się chory, można go zwrócić) po kary za kradzież cudzej własności ludzkiej.
Egipt to świat wielkiej rzeki, centralnej władzy, stabilności. Niewolnictwo jest tam bardziej statyczne, mniej rynkowe. Niewolników się nie kupuje masowo, nie handluje nimi na wielką skalę. Są raczej dodatkiem do gospodarki, nie jej motorem. Główna siła robocza to wolni chłopi, pracujący w ramach powinności na rzecz państwa.
W Mezopotamii niewolnik mógł prowadzić interesy, pożyczać pieniądze, wynajmować się na boku. Często zarabiał na własny wykup. W Egipcie takie możliwości były ograniczone — struktura społeczna była sztywniejsza, mniej przepuszczalna.
W Mezopotamii istniała rozbudowana warstwa ludzi półwolnych, o statusie pośrednim — _muškēnū_, _širku_, _hupšu_. W Egipcie podział był prostszy: wolni, niewolnicy, i może jeszcze cudzoziemcy, którzy z czasem mogli się zasymilować.
Te różnice wynikają z głębszych przyczyn. Mezopotamia — otwarta, podatna na wpływy, zmienna — musiała wypracować skomplikowane mechanizmy regulacji stosunków międzyludzkich. Stąd kodeksy, stąd precyzyjne paragrafy, stąd biurokracja. Egipt — zamknięty w dolinie Nilu, chroniony pustyniami, samowystarczalny — mógł sobie pozwolić na prostsze rozwiązania.
X. GŁOSY Z PRZESZŁOŚCI
Spośród tysięcy glinianych tabliczek, które przetrwały do naszych czasów, jedna szczególnie porusza wyobraźnię. Została odnaleziona w Nippur, datowana na około 1750 rok przed naszą erą. To list — jeden z najstarszych listów w dziejach — napisany przez niewolnika do swojego pana.
„Do mojego pana, boga, słońca mego, oto słowa twojego sługi, pyłu pod twoimi stopami. Mój pan raczył mi powiedzieć: „Zostań w mieście, będziesz mi służył”. A ja, sługa twój, zostałem. Ale głód jest wielki w mieście, nie ma co jeść. Moje dzieci wołają o chleb, a ja nie mam im co dać. Jeśli to możliwe dla mojego pana, niech przyśle jęczmienia dla swoich sług. Jeśli nie przyśle, umrzemy. Niech serce mojego pana nie będzie gniewne, że mówię tak śmiało. Jestem twoim sługą, pyłem pod twoimi stopami”.
Ten list, przetłumaczony z sumeryjskiego ponad sto lat temu, do dziś wzrusza swoją prostotą i dramatyzmem. Człowiek, który go pisał, był własnością innego człowieka. Mógł być sprzedany, bity, pozbawiony rodziny. A jednak zachował godność, miłość do dzieci, umiejętność prośby. I wiarę, że pan go wysłucha.
Czy pan wysłuchał? Nie wiemy. Tabliczka urywa się w tym miejscu. Ale samo istnienie tego listu jest świadectwem czegoś ważnego: że nawet w systemie całkowitego podporządkowania, niewolnicy pozostawali ludźmi. Kochali, cierpieli, mieli nadzieję. I czasem — choć rzadko — zostawiali po sobie ślad.
XI. W CIENIU KODEKSÓW
Gdy patrzymy na te starożytne cywilizacje z perspektywy tysięcy lat, łatwo popaść w pułapkę osądu. Byli okrutni, myślimy. Traktowali ludzi jak rzeczy. Nie mieli pojęcia o prawach człowieka.
To prawda. Ale to nie cała prawda.
Hammurabi, układając swój kodeks, nie uważał się za tyrana. Przeciwnie — był przekonany, że tworzy sprawiedliwe prawo. W prologu do swojego dzieła pisze: „Wtedy Anu i Enlil wezwali mnie, Hammurabiego, księcia pobożnego, czczącego bogów, abym wprowadził sprawiedliwość w kraju, abym zniszczył bezprawie i złych, aby silny nie krzywdził słabego”.
I rzeczywiście — na tle epoki kodeks Hammurabiego był postępowy. Ograniczał krwawą zemstę, wprowadzał zasadę proporcjonalności kary do winy, dawał pewne prawa kobietom i dzieciom. Także niewolnikom — w ograniczonym zakresie, ale dawał.
Podobnie w Egipcie. Faraonowie budowali nie tylko piramidy, ale i system opieki nad robotnikami. Zapewniali im chleb, piwo, opiekę lekarską. Dbali o ich dusze — budowali im groby, odprawiali rytuały. Czy to łagodzi okropieństwo niewolnictwa? Nie. Ale pokazuje, że starożytni nie byli potworami — byli ludźmi, którzy próbowali nadać sens swojemu światu, nawet jeśli ten sens dziś wydaje się nam obcy.
XII. DZIEDZICTWO
Mezopotamia i Egipt przeminęły. Ich kodeksy pokrył pył tysiącleci, ich miasta rozpadły się w gruzy, ich języki umarły. Ale rzeczy, które wymyślili, przetrwały.
To oni wynaleźli samo pojęcie kodeksu prawnego — spisanego zbioru reguł, który mówi, co wolno, a czego nie. To oni stworzyli kategorie prawne, którymi do dziś się posługujemy: winny, niewinny, świadek, sędzia, wyrok. To oni oddzielili sferę sacrum od profanum, prawo boskie od ludzkiego.
I to oni — niestety — dali nam model niewolnictwa na wielką skalę. Model, który będzie naśladowany przez Greków i Rzymian, przez Arabów i Europejczyków, przez kolonizatorów Ameryk i handlarzy na Oceanie Indyjskim. Model, który okaże się niezwykle żywotny, elastyczny, odporny na zmiany epok i ustrojów.
Gdy w XVIII wieku naszej ery brytyjscy i francuscy plantatorzy na Karaibach będą kupować afrykańskich niewolników, gdy będą ich znakować rozżarzonym żelazem, gdy będą ich zakuwać w kajdany — nie będą wymyślać niczego nowego. Będą korzystać z wzorców wypracowanych cztery tysiące lat wcześniej nad brzegami Eufratu i Nilu.
To nie jest wygodna myśl. Wolelibyśmy myśleć, że niewolnictwo to aberracja, wypadek przy pracy, chwilowe zboczenie z drogi postępu. Ale historia mówi co innego. Niewolnictwo to nie odstępstwo od cywilizacji — to jej produkt uboczny, jej ciemne odbicie, jej nieodłączny cień.
Kodeks Hammurabiego stoi dziś w Luwrze. Turyści z całego świata robią sobie przy nim selfie, nie czytając inskrypcji. Nie wiedzą, że ten czarny kamień opowiada nie tylko o sprawiedliwości, ale i o jej zaprzeczeniu. O tym, jak ludzie przez tysiąclecia budowali systemy, które jednych czyniły panami, drugich — niewolnikami. I jak te systemy wciąż w nas żyją.Rozdział 7: Słowiańszczyzna i Europa Północna
ZAPOMNIANE SZLAKI HANDLU
I. KRAINA, Z KTÓREJ POCHODZI TOWAR
Wyobraźmy sobie podróżnika z X wieku, który przemierza szlaki handlowe ówczesnej Europy. Gdyby zapytać go, skąd pochodzą najlepsi niewolnicy, odpowiedź byłaby zaskakująco jednobrzmiąca: z północy i wschodu. Z krain, które dopiero raczkują na mapie chrześcijańskiego świata. Z ziem Słowian.
W języku łacińskim słowo _Sclavus_ znaczyło jednocześnie „Słowianin” i „niewolnik”. To nie był przypadek ani lingwistyczny zbieg okoliczności. Przez kilka stuleci, od VIII do XI wieku, Słowianie byli głównym „towarem eksportowym” Europy Środkowo-Wschodniej. Ich ciała napędzały gospodarki trzech wielkich cywilizacji: bizantyńskiej, arabskiej i karolińskiej. Ich pot i krew były walutą, za którą książęta kupowali sobie pozycję, a kupcy — złoto.
Ta historia jest dziś zapomniana. Gdy myślimy o handlu niewolnikami, przed oczyma stają nam statki płynące z Afryki do Ameryki, plantacje bawełny, łańcuchy i baty. Nie przychodzi nam do głowy, że nasz własny region, nasza własna ziemia, była przez stulecia źródłem „żywego towaru”. Że nasi przodkowie byli nie tylko ofiarami, ale i — choć to bolesne — beneficjentami tego systemu. Że bez handlu ludźmi nie powstałoby państwo polskie.
II. ŚLADAMI ETYMOLOGII — SKĄD SIĘ WZIĘŁO SŁOWO „NIEWOLNIK”
Zatrzymajmy się na chwilę przy słowach. To one często przechowują prawdę, którą kronikarze woleli przemilczeć.
W językach zachodnioeuropejskich podstawowe określenie niewolnika wywodzi się od nazwy etnicznej Słowian. Angielskie _slave_, francuskie _esclave_, niemieckie _Sklave_, holenderskie _slaaf_ — wszystkie one pochodzą od średniowiecznołacińskiego _sclavus_, które z kolei jest zlatynizowaną formą greckiego _Sklabos_ — Słowianin.
Jak do tego doszło? W VIII i IX wieku, gdy handel niewolnikami kwitł na niespotykaną skalę, to właśnie Słowianie stanowili główny „towar” na targowiskach Europy. Byli tak liczni, tak powszechni w ładowniach statków i na karawanowych szlakach, że ich imię stało się synonimem ich losu. Podobnie jak niegdyś w starożytności, gdy greckie słowo _barbaros_ — barbarzyńca — nabrało znaczenia „obcy, gorszy”, tak teraz słowiańskie pochodzenie stało się stygmatem, piętnem, które nosiło się na skórze jak kajdany.
Ibrahim ibn Jakub, żydowski kupiec z arabskiej Hiszpanii, który w 965 roku odbył podróż po Europie Środkowej, zostawił bezcenne świadectwo. Opisując ziemie słowiańskie, notował: „Kraj Słowian rozciąga się od Morza Syryjskiego (Śródziemnego) aż do Oceanu (Bałtyckiego) na północy… Jest to kraj obfitujący we wszelkie dobra, ale oni sami są najbiedniejszymi z ludzi, ponieważ są ujarzmieni i wzięci w niewolę przez sąsiednie narody”.
To ostatnie zdanie jest kluczowe: „ujarzmieni i wzięci w niewolę przez sąsiednie narody”. Słowianie byli nie tylko przedmiotem handlu, ale także jego ofiarą. Porywani, sprzedawani, przewożeni na krańce świata — stawali się własnością innych, często nie mając pojęcia, dokąd płyną i jaki los ich czeka.
III. WIKINGOWIE — MISTRZOWIE HANDLU LUDŹMI
Gdybyśmy mieli wskazać głównych aktorów tego procederu, pierwsze miejsce bezsprzecznie należałoby się wikingom. Ci skandynawscy wojownicy, których popkultura uczyniła symbolem brutalności i grabieży, byli przede wszystkim genialnymi handlarzami. A najcenniejszym towarem, jaki mieli do zaoferowania, byli ludzie.
Wbrew powszechnym wyobrażeniom, wikingowie nie nosili rogatych hełmów — to XIX-wieczny mit. Ale ich prawdziwy wygląd był wystarczająco przerażający. Arabski podróżnik Ibn Fadlan, który w X wieku spotkał wikingów nad Wołgą, zostawił wstrząsający opis: „Widziałem Rusów, gdy przybyli w swej handlowej podróży i rozbili obóz nad Wołgą. Nie widziałem ludzi o doskonalszych ciach, jakby byli palmami. Są wysocy, mają jasną cerę i rumiane policzki. Każdy nosi siekierę, miecz i nóż i nigdy nie rozstaje się z tym, co ma. Ich kobiety noszą na piersiach kabłączki z żelaza, srebra lub miedzi, w zależności od zamożności męża, a na szyjach naszyjniki z zielonych szklanych paciorków”.
Ci „Rusowie” — bo tak nazywano wikingów na wschodzie — przemierzali rozległe szlaki wodne Europy Wschodniej. Zatrzymywali się w osadach handlowych takich jak Stara Ładoga, Nowogród, Kijów, by w końcu dotrzeć nad Morze Kaspijskie i Czarne, gdzie czekali na nich arabscy kupcy z workami pełnymi srebrnych monet.
Ibrahim ibn Jakub, nasz żydowski podróżnik, tak pisał o Pradze, jednym z największych targowisk niewolników w Europie: „Miasto Praga zbudowane jest z kamienia i wapna, jest najbogatszym z miast co do handlu. Przybywają do niego z Kijowa i z ziem Bułgarów Rusowie i Słowianie z towarami. A z krajów muzułmańskich przybywają kupcy z towarami, a także kupcy żydowscy i tureccy, i przywożą im dirhemy i towary, i wykupują od nich niewolników, i futra, i skóry”.
Praganie nie byli biernymi obserwatorami tego handlu. Sami aktywnie w nim uczestniczyli, porywając ludzi z okolicznych ziem słowiańskich i sprzedając ich dalej na wschód. To był biznes, który napędzał lokalną gospodarkę i przynosił ogromne zyski.
IV. SZLAKI, KTÓRYMI PŁYNĘLI LUDZIE
Handel niewolnikami w Europie Środkowo-Wschodniej opierał się na sieci rzecznych szlaków, które łączyły Bałtyk z Morzem Czarnym i Kaspijskim. To one umożliwiały transport „żywego towaru” na ogromne odległości.
Najważniejszy był szlak „od Waregów do Greków”, wiodący z Bałtyku przez Newę, jezioro Ładoga, Wołchow, Dźwinę i Dniepr do Morza Czarnego, a stamtąd do Konstantynopola. Drugi, równie istotny, prowadził na wschód — Wołgą do Morza Kaspijskiego i dalej do Bagdadu i innych miast kalifatu Abbasydów.
Wzdłuż tych szlaków powstawały osady handlowe — emporia, które były jednocześnie miejscami wymiany, noclegu i targowiskami. Na terenie dzisiejszej Polski były to Truso (koło Elbląga), Wolin, Szczecin, Kołobrzeg. Na terenie Niemiec — Groβ Strömkendorf, Menzlin nad Pianą, Ralswiek. Na Rusi — Stara Ładoga, Nowogród, Kijów.
Jak wyglądało takie emporium? Wyobraźmy sobie miejsce, w którym płaci się walutą wspólną dla ogromnego obszaru świata, gdzie można kupić różnego rodzaju usługi i wyroby obcego pochodzenia: narzędzia ze Skandynawii, wina z Nadrenii, arabskie srebro czy bałtycki bursztyn. Na ulicach słyszy się języki z różnych stron świata i spotyka rozmawiających ze sobą chrześcijan, muzułmanów i wyznawców innych religii. To nie jest opis współczesnej metropolii, ale rzeczywistość wczesnośredniowiecznych ośrodków handlowych.
W takich miejscach dokonywano transakcji. Wikingowie przywozili niewolników z głębi Słowiańszczyzny — zdobytych podczas wypraw łupieżczych, kupionych od lokalnych wodzów, wziętych jako danina od podbitych plemion. Arabscy kupcy czekali z workami dirhemów — srebrnych monet, które archeolodzy do dziś znajdują w skarbach na terenie całej Europy Północnej. Ilość tych monet jest oszałamiająca — setki tysięcy, może miliony. To dowód skali handlu, który je tu sprowadził.
V. IBN FADLAN I POGRZEB RUSKI
Najbardziej wstrząsające świadectwo tego, jak wyglądał handel wikingów z Arabami, zostawił Ahmad ibn Fadlan, sekretarz poselstwa kalifa Bagdadu wysłanego w 921 roku do władcy Bułgarów Nadwołżańskich. Jego relacja to jedno z najważniejszych źródeł do dziejów Europy Wschodniej.
Ibn Fadlan opisuje Rusów, którzy przybyli nad Wołgę ze swoimi towarami — głównie niewolnikami i futrami. Byli to mężczyźni o potężnych ciałach, uzbrojeni po zęby, ale jednocześnie — paradoksalnie — brudni i niechlujni. „Są to najnieczystsi ze stworzeń Bożych” — pisze Arab z obrzydzeniem — „nie myją się po defekacji ani po stosunku płciowym, nie obmywają rąk po jedzeniu”.
Najsłynniejszy fragment jego relacji dotyczy pogrzebu wodza Rusów. Gdy jeden z ich przywódców umiera, składają go w łodzi wraz z całym dobytkiem. Aby towarzyszyła mu w zaświatach, wybierają jedną z jego niewolnic — ochotniczkę, która zgadza się umrzeć z panem. Przed śmiercią dziewczyna przechodzi serię rytuałów, pije alkohol, śpiewa, a w końcu zostaje wprowadzona do namiotu na łodzi, gdzie czeka już sześciu mężczyzn. „Wtedy mężczyźni zaczęli obcować z dziewczyną” — pisze Ibn Fadlan — „potem położyli ją obok jej pana. Dwaj trzymali jej ręce, dwaj nogi, a stara, którą nazywali Aniołem Śmierci, owinęła jej szyję sznurem i zaczęła dusić, a w tym czasie dwaj pozostali uderzali ją nożami w żebra”.
Ta scena — jednocześnie przerażająca i fascynująca — pokazuje, jaką wartość mieli niewolnicy w oczach wikingów. Byli nie tylko siłą roboczą, ale także ofiarami, towarzyszami wędrówki w zaświaty, gwarantami statusu społecznego.
VI. SŁOWIAŃSCY NIEWOLNICY NA ARAŃSKICH TARGOWISKACH
Gdzie trafiali Słowianie sprzedani przez wikingów? Głównie do świata islamu. Kalifat Abbasydów, a później inne państwa muzułmańskie, miał ogromne zapotrzebowanie na niewolników. Wykorzystywano ich do pracy, do wojska, do haremów. A Słowianie — _saqaliba_ w arabskiej terminologii — byli szczególnie cenieni.
Dlaczego? Po pierwsze — uroda. Słowiańskie kobiety, z jasnymi włosami i niebieskimi oczami, były pożądanym towarem w haremach Bagdadu, Kairu, Kordoby. Po drugie — wytrzymałość. Słowiańscy mężczyźni, przyzwyczajeni do surowego klimatu, doskonale nadawali się do ciężkiej pracy i do służby wojskowej. Po trzecie — neutralność religijna. Jako poganie, nie podlegali ochronie prawa islamskiego, które zabraniało zniewalania muzułmanów.
Ibrahim ibn Jakub, podróżując po Europie, notował, że kupcy żydowscy i muzułmańscy przybywają do Pragi, by kupować niewolników. Inne źródła arabskie mówią o targowiskach w Kordobie, gdzie sprzedawano Słowian po wysokich cenach. Niektórzy z nich robili zawrotne kariery — jak eunuchowie na dworze kalifów Kordoby, którzy pochodzili właśnie z Europy Środkowej.