Historia piękna - ebook
Czym właściwie jest to coś, co nazywamy pięknem? Czy jest to obiektywna cecha bytu, zapisana w gwiazdach i matematyce proporcji, jak chcieli pitagorejczycy? Czy może jedynie kapryśny konstrukt społeczny, zmienny jak długość spódnic w domach mody? Immanuel Kant przekonywał, że piękne jest to, co podoba się powszechnie, bezinteresownie i bezpośrednio, a David Hume twierdził, że „piękno nie jest cechą rzeczy samych w sobie: istnieje jedynie w naszym umyśle”. Książka została utworzona z pomocą AI.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-675-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
I. W CIENIU JASKINI
Wyobraźmy sobie moment przełomowy. Jest rok 1908. W dolinie Wachau w Austrii, w trakcie budowy linii kolejowej, robotnicy dokonują odkrycia, które na zawsze zmieni nasze rozumienie początków estetyki. Z lessowej gleby, w której spoczywała przez 25 tysięcy lat, wyłania się maleńka figurka — kobieta o przerośniętych piersiach, potężnym brzuchu i masywnych biodrach, z głową pokrytą misternie wykonaną fryzurą lub nakryciem. Archeolog Josef Szombathy, który wkrótce pojawi się na miejscu, nie ma jeszcze świadomości, że trzyma w dłoniach jeden z najsłynniejszych artefaktów w historii ludzkości — Wenus z Willendorfu.
Kilkanaście lat wcześniej, w 1894 roku, w jaskini Laugerie-Basse we Francji, markiz Paul Hurault de Vibraye — amator archeolog o nazwisku, które brzmi jak z powieści Prousta — dokonał innego ważnego odkrycia. Znalazł figurkę z kości mamuta, którą z właściwym sobie ironicznym humorem nazwał _Venus impudique_ — „Wenus bezwstydną”. Nazwa ta była celowym żartem, odwróceniem klasycznej _Venus pudica_, greckiej Afrodyty skromnie zakrywającej dłonią łono. Paleolityczna figurka nie zakrywała niczego — przeciwnie, eksponowała swoją płciowość z bezceremonialną szczerością.
To właśnie markiz de Vibraye, nieświadomie, nadał nazwę całej kategorii artefaktów — „paleolityczne Wenus”. Nazwa jest, rzecz jasna, kompletnym anachronizmem. Grecka bogini miłości i jej rzymska odpowiedniczka narodziły się tysiące lat później, w zupełnie innym świecie. A jednak termin ten przyjął się na dobre, obciążając nasze myślenie o prehistorii całym bagażem późniejszych wyobrażeń. Jak to często bywa w historii piękna, nazwaliśmy przeszłość na własny obraz i podobieństwo.
Dziś znamy około dwustu takich figurek, rozsianych od Francji po Syberię, datowanych na okres od 40 do 10 tysięcy lat temu. Są wykonywane z kamienia, kości mamuciej, wypalanej gliny. Łączy je jedno: wszystkie są małe — kilka, najwyżej kilkanaście centymetrów wysokości — mieszczą się w dłoni, można je nosić przy sobie, przewiesić przez sznurek. Łączy je także, choć nie zawsze, to, co uczeni nazywają „hipertrofią cech płciowych”. To słowo klucz: hipertrofia, czyli przerost, nadmiar, przesada.
Ale czy to na pewno przesada? Czy dla kogoś, kto żył 30 tysięcy lat temu, te wydatne biodra, te ciężarne brzuchy, te piersi jak dojrzałe owoce były przesadą? A może były po prostu — prawdą?
II. GŁOS KOŚCI
Zanim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, musimy zrozumieć, jak wyglądało życie naszych przodków. Mit złotego wieku, w którym człowiek żył długo i szczęśliwie w harmonii z naturą, jest piękną bajką, ale bajką. Jak pisze Agnieszka Krzemińska na łamach „Polityki”, rzeczywistość paleolitycznego łowcy-zbieracza była brutalna. Analizy porównawcze współcześnie żyjących ludów zbieracko-łowieckich wskazują, że w społecznościach przedrolniczych kobiety rodziły rzadziej, a dzieci były karmione piersią nawet przez kilka lat, co naturalnie rozstępowało odstępy między porodami.
Co więcej, jak wynika z badań kości, nasi przodkowie byli narażeni na szereg chorób, urazów i niedoborów pokarmowych. Prof. Tomasz Kozłowski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu zwraca uwagę na podstawowy problem badaczy prehistorii: „Na naszych terenach kości z tej epoki jest co kot napłakał”. To, co mamy, to fragmenty, strzępy, zagadki.
Wiemy jednak wystarczająco dużo, by zrozumieć jeden kluczowy fakt: dożycie wieku średniego, przeżycie kilku ciąż i karmień, osiągnięcie stanu, który dziś nazwalibyśmy „otyłością” — to było w paleolicie niezwykłym osiągnięciem. To był luksus. To był dowód na to, że społeczność radzi sobie dobrze, że jest wystarczająco dużo pożywienia, że kobiety nie umierają przy porodzie, że dzieci przeżywają.
I tu dochodzimy do sedna.
Badanie opublikowane w czasopiśmie naukowym sugeruje coś zaskakującego. Poproszono współczesnych uczestników o ocenę atrakcyjności paleolitycznych Wenus. Okazało się, że figurki o niskim współczynniku talii do bioder (WHR), czyli bardziej „klepsydrowe”, były oceniane jako atrakcyjniejsze. Ale większość paleolitycznych Wenus ma wysoki współczynnik WHR — ponad 1.0, co oznacza, że talia jest szersza od bioder lub równa. Innymi słowy, współczesnym obserwatorom figurki te wydają się nieatrakcyjne.
Uczestnicy badania ocenili jednak, że figurki przedstawiają kobiety w średnim wieku lub młode dorosłe, a nie nastolatki czy kobiety po menopauzie. Co więcej, choć niektóre z nich uznano za przedstawiające kobiety w ciąży, większość oceniono jako niebędące w ciąży.
Wniosek? Być może paleolityczne Wenus nie są symbolami płodności w wąskim sensie — nie przedstawiają po prostu „matki”, „kobiety ciężarnej” czy „bogini płodności”. Być może przedstawiają coś innego: przetrwanie. Autorzy badania sugerują, że w czasie, gdy powstawały te figurki, Europę nawiedzało ekstremalne zlodowacenie. Otyłość i dożycie wieku średniego po wielokrotnych ciążach były rzadkością. Figurki te mogły symbolizować nadzieję na przetrwanie i długowieczność w dobrze odżywionych i reprodukcyjnie skutecznych społecznościach.
To fascynująca zmiana perspektywy. Piękno nie byłoby tu wyrazem pożądania seksualnego w naszym współczesnym rozumieniu. Byłoby wyrazem czegoś bardziej pierwotnego — tęsknoty za życiem. Za jego trwaniem. Za jego obfitością.
III. KOBIETA-NACZYNIE
Andrzej Szyjewski w swojej _Etnologii religii_ przywołuje kluczową koncepcję archetypu Wielkiej Matki, rozwiniętą przez Carla Gustava Junga i jego ucznia Ericha Neumanna. Jung widział w archetypie Matki symbol przede wszystkim macierzyństwa, troski, opieki. Ale także — aspekt ambiwalentny: to, co sekretne, ukryte, ciemne, otchłaniane, świat śmierci. Matka może mieć formę kochającą i straszną, jak hinduska bogini Kali.
Neumann poszedł dalej. Zaproponował formułę: „kobieta = ciało = naczynie = świat”. To zdanie jest kluczem do zrozumienia paleolitycznej estetyki. Kobiece ciało jest naczyniem — naczyniem, które nosi w sobie nowe życie, tak jak ziemia nosi w sobie nasiona, jak jaskinia nosi w sobie ciepło i schronienie, jak niebiosa noszą w sobie deszcz. Symbolika naczynia, łona, pojemnika jest uniwersalna.
Wenus z Willendorfu nie ma twarzy. Jej głowa pokryta jest misternym wzorem, który interpretuje się jako fryzurę lub czapkę z plecionej trawy, ale rysów twarzy brak. Dla nas, ludzi zafiksowanych na twarzy — na spojrzeniu, uśmiechu, wyrazie — jest to niepokojące. Gdzie jest indywidualność? Gdzie jest osoba?
A może pytanie jest błędne. Może ta figurka nie ma przedstawiać osoby. Ma przedstawiać zasadę. Ideę. Siłę. Kobiecość nie jako konkretną kobietę, ale jako archetyp — naczynie życia.
Podobnie jest z Wenus z Dolních Věstonic, odkrytą na Morawach w 1925 roku. To figurka wykonana z wypalanej gliny — co samo w sobie jest niezwykłe, bo to jeden z najstarszych znanych przykładów ceramiki na świecie. Datowana na około 29—25 tysięcy lat temu, przedstawia kobietę o symetrycznych, wydatnych kształtach. Ma zaznaczone oczy, ale są one skośne, geometryczne. Znów: nie tyle portret, ile znak.
Archeolog Nicholas J. Conard, który w 2008 roku odkrył w jaskini Hohle Fels w Niemczech najstarszą znaną Wenus (datowaną na 35—40 tysięcy lat), ujął to brutalnie prosto: „Głowa i nogi nie mają znaczenia. Tu chodzi o seks, reprodukcję”. I rzeczywiście, figurka z Hohle Fels ma przerośnięte piersi, wydatny brzuch, wyraźnie zaznaczone wargi sromowe. Zamiast głowy — pętelka do zawieszenia.
Można by pomyśleć, że Conard ma rację. Że to po prostu paleolityczna pornografia. Ale to zbyt proste. Bo jeśli to tylko „seks i reprodukcja”, to dlaczego większość tych figurek nie przedstawia młodych, szczupłych, płodnych kobiet w kwiecie wieku? Dlaczego przedstawiają kobiety dojrzałe, ciężarne, z rozstępami, z obwisłymi piersiami? Bo tak wygląda prawdziwe, przeżyte życie. Bo tak wygląda ciało, które nosiło dzieci, karmiło je, przetrwało zimę.
IV. MATKA ZIEMIA, MATKA ŚMIERĆ
W neolicie, wraz z rewolucją rolniczą, zmienia się wszystko. Około 10 tysięcy lat temu ludzie zaczynają osiadać, uprawiać ziemię, hodować zwierzęta. To jedna z dwóch wielkich transformacji gospodarczych w dziejach ludzkości — obok rewolucji przemysłowej. I zmienia to radykalnie postrzeganie kobiecego piękna.
Mircea Eliade, wielki historyk religii, wskazywał na tożsamość kobiety i ziemi w myśleniu neolitycznym. Kamienie to jej kości, gleba to jej ciało, rośliny to jej włosy. Ziemia jest _Terra Mater_ — Matką Ziemią, która daje życie wszystkim istotom po niej chodzącym. Kobieta, rodząc, naśladuje ziemię, która rodzi plony. Jej łono jest jak zaorane pole, jej krew menstruacyjna jak deszcz użyźniający glebę.
W tym kontekście pojawia się nowy typ figurek. Wciąż kobiece, ale już inne. W Anatolii, w Çatalhöyük, archeolodzy odkryli słynną figurkę Bogini zasiadającej na tronie, z ramionami opartymi na lampartach. To już nie tylko kobieta-naczynie, to Władczyni Zwierząt — _Potnia Theron_ — pani dzikiej natury, która może ją obłaskawić lub rzucić na kolana.
Ale pojawia się też aspekt mroczny. Bogini bywa przedstawiana jako postać z głową w kształcie czaszki, z zaznaczonymi śladami rozkładu. To Zła Matka — ta, która odbiera życie, która jest ziemią jako grobem, która pochłania. Bo ziemia nie tylko rodzi, ale i grzebie. Cykl życia i śmierci jest nierozerwalny.
Robert Graves, w swojej kontrowersyjnej książce _Biała Bogini_, opisał tę postać jako trójjedyną: dziewica, matka, starucha. Biała (narodziny), czerwona (miłość i wojna), czarna (śmierć i wróżbiarstwo). Trójkąt łonowy — ten sam, który widzimy na paleolitycznych Wenus — staje się symbolem wszystkich trzech faz. Jest bramą życia, ale też bramą śmierci. Przez nią wchodzimy na świat, przez nią — metaforycznie — z niego odchodzimy.
V. BEZWSTYDNA, CZYLI PRAWDZIWA
Wróćmy na chwilę do markiza de Vibraye i jego „Wenus bezwstydnej”. Nazywając ją tak, markiz zdradził więcej, niż zamierzał. Pokazał, że patrzy na paleolityczną figurkę przez pryzmat własnej, XIX-wiecznej, wiktoriańskiej wrażliwości. Dla niego „bezwstyd” to skandal, to naruszenie decorum, to coś, co należy oswoić ironiczną nazwą.
A przecież ta figurka nie ma pojęcia o wstydzie. Wstyd jest wynalazkiem cywilizacji — pojawia się wraz z ubraniem, z poczuciem intymności, z oddzieleniem sfery publicznej od prywatnej. Dla kobiety z paleolitu jej ciało było po prostu — ciałem. Narzędziem przetrwania. Źródłem życia. Nie miała powodów, by je zakrywać, ani powodów, by je eksponować w sposób, który my uznalibyśmy za „seksualny”. Ona po prostu była.
W tym sensie paleolityczne Wenus są może bardziej uczciwe niż wszystkie późniejsze przedstawienia kobiet. Nie udają, że są czymś innym niż są. Nie są ozdobą, nie są obiektem pożądania skonstruowanym dla męskiego spojrzenia. Są po prostu — kobietami. Kobietami, które rodzą, karmią, starzeją się, umierają. Kobietami, które są naczyniami życia.
Olga Soffer, amerykańska archeolog, przestrzegała przed analizowaniem tych figurek „w kategoriach XVIII-wiecznej sztuki zachodnioeuropejskiej”. To ważna przestroga. Kiedy patrzymy na Wenus z Willendorfu, widzimy to, co chcemy zobaczyć. Dla jednych to dowód na istnienie prehistorycznego kultu płodności. Dla innych — na matriarchat. Dla jeszcze innych — po prostu sztukę. A może to wszystko naraz, a może nic z tego.
VI. PIĘKNO, KTÓRE NIE JEST PIĘKNE
Na koniec tego rozdziału chciałbym postawić pytanie najbardziej kłopotliwe: czy te figurki miały być piękne?
Dla nas, ludzi XXI wieku, odpowiedź jest niełatwa. Nie znajdujemy w nich tego, co zwykle nazywamy pięknem — harmonii proporcji, wdzięku, zmysłowości w naszym rozumieniu. A jednak ktoś je wykonał z niezwykłą starannością. Ktoś nosił je przy sobie przez lata. Ktoś zakopał je z szacunkiem w ziemi.
Badanie, o którym wspomniałem wcześniej, pokazuje, że współcześni ludzie oceniają te figurki jako mało atrakcyjne. Ale to my jesteśmy produktem naszej epoki — epoki, w której piękno kojarzy się z młodością, szczupłością, sprawnością. Dla człowieka paleolitu kryteria były inne. Piękna była ta, która przetrwała. Ta, która urodziła i odchowała dzieci. Ta, której ciało nosiło ślady życia, bo życie było największą wartością.
W tym sensie paleolityczne Wenus są może najuczciwszymi przedstawieniami piękna w całej jego historii. Nie kamuflują, nie upiększają, nie idealizują. Pokazują kobietę taką, jaka jest naprawdę — istotę, której ciało jest fabryką życia, magazynem energii, twierdzą przetrwania. To piękno funkcjonalne, nie dekoracyjne. Piękno, które ma sens, a nie tylko wygląd.
Czy to jeszcze piękno? A może coś więcej?
Zostawiam to pytanie otwarte, bo odpowiedź zależy od tego, co uznamy za piękno. Jeśli uznamy, że piękno to harmonia proporcji według greckiego kanonu — paleolityczne Wenus nie są piękne. Jeśli uznamy, że piękno to wyraz pożądania seksualnego w naszym współczesnym rozumieniu — też nie. Ale jeśli uznamy, że piękno to symbol życia, znak przetrwania, obietnica trwania — wtedy te małe, pękate figurki z kości mamuta są jednymi z najpiękniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek stworzył człowiek.
VII. DZIEDZICTWO KRWI I KOŚCI
Kim była kobieta, która pozowała do Wenus z Willendorfu? Czy w ogóle pozowała? A może figurka była wyobrażeniem zbiorowym, syntezą wielu ciał, wielu doświadczeń? Nie wiemy i prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy.
Wiemy natomiast, że te figurki towarzyszyły naszym przodkom przez dziesiątki tysięcy lat. Przetrwały epoki lodowcowe, wędrówki ludów, rewolucję neolityczną, powstanie pierwszych cywilizacji. Przetrwały, by opowiedzieć nam swoją historię — historię, której nie spisano, bo nie znano pisma, ale wyrzeźbiono w kamieniu i kości.
Dziś, gdy patrzymy na nie w gablotach muzeów — w Wiedniu, w Brnie, w Paryżu — trudno nam pojąć, że ktoś nosił je w zanadrzu, ogrzewał ciepłem własnego ciała, może szeptał do nich modlitwy o deszcz, o urodzaj, o życie. A jednak tak było. I to właśnie ta intymność, to fizyczne obcowanie z przedmiotem, czyni je tak poruszającymi.
Wenus z Willendorfu nie jest piękna w sensie, który znali Grecy, renesansowi malarze czy fotografowie mody. Jest piękna w sensie bardziej pierwotnym — jest prawdziwa. A prawda, jakkolwiek bywa niewygodna, ma swoją własną, surową estetykę.
W następnym rozdziale przeniesiemy się do Egiptu — świata, w którym piękno zostanie poddane rygorom geometrii i matematyki, gdzie ciało stanie się mapą nieśmiertelności, a kosmetyka — narzędziem wędrówki w zaświaty. Ale zanim to nastąpi, warto na chwilę zatrzymać się przy tych małych, pękatych figurkach i oddać im hołd. One zaczęły tę opowieść. Opowieść o tym, jak ludzie próbowali uchwycić to, co ulotne — piękno — i zamknąć je w materiale, który przetrwa dłużej niż oni sami.
Czy im się udało? Sądząc po tym, że wciąż o nich mówimy, chyba tak.Rozdział 2: Mezopotamia — Między boginią a niewolnicą
I. W CIENIU WISZĄCYCH OGRODÓW
Wyobraźmy sobie miasto, które dla starożytnego świata było synonimem przepychu, władzy i — rozpusty. Babilon. Nazwa, która do dziś brzmi jak zaklęcie, jak echo upadłego imperium, jak biblijne uosobienie grzechu. Gdy grecki historyk Herodot, nazywany Ojcem Historii, przybył do tego miasta nad Eufratem w V wieku przed naszą erą, zobaczył coś, czego nie mógł pojąć. Tysiące kobiet gromadzących się w świątyni, ustawionych w długich kolejkach, z głowami owiniętymi sznurami — czekających na obcego mężczyznę, który rzuci im monetę na kolana i zaprowadzi do świętego przybytku.
Herodot zapisał w swoich _Dziejach_ słowa, które przez wieki kształtowały obraz Mezopotamii: „Każda kobieta tego kraju musi raz w życiu w świątyni Afrodyty oddać się obcemu mężczyźnie. Siedząc w uświęconym kręgu świątyni, czeka na przybysza. Te ładniejsze prędko wracają do domu, te mniej urodziwe nieraz muszą czekać latami, nim spełnią święty obowiązek”.
Czy to prawda? Czy Herodot, jak zwykli czynić Grecy, nie przesadził, nie ubarwił, nie stworzył mitu o barbarzyńskim Wschodzie, by podkreślić wyższość własnej cywilizacji? Niektórzy badacze podważają jego słowa. A jednak — nikt nigdy nie zdołał ich całkowicie obalić. I nawet jeśli historyk nieco koloryzował, jedno jest pewne: w Mezopotamii piękno, seks i religia tworzyły nierozerwalny splot, jakiego świat później już nie widział. A w centrum tego wszystkiego stała ona — Isztar. Bogini, która uczyniła seks modlitwą.
II. BOGINI O DWÓCH TWARZACH
Isztar — znana Sumerom jako Inanna, „Pani Nieba” — była bóstwem paradoksów. Z jednej strony bogini miłości cielesnej, ale nie tej małżeńskiej, ustatkowanej, domowej. Przeciwnie: Isztar patronowała seksowi pozamałżeńskiemu, przygodnemu, świątynnemu. Była ucieleśnieniem dzikiej, nieokiełznanej zmysłowości. Z drugiej strony — była boginią wojny. Na starożytnych płaskorzeźbach przedstawiano ją stojącą na lwie, z łukiem w dłoni, z bronią u boku. Walkę nazywano jej „placem zabaw”. Łączyła w sobie to, co w późniejszych kulturach zostanie rozdzielone: erotykę i agresję, miłość i śmierć, płodność i zniszczenie.
Szósta tablica babilońskiego _Eposu o Gilgameszu_ — jednego z najstarszych dzieł literackich ludzkości — opowiada historię, która doskonale ilustruje tę ambiwalencję. Gilgamesz, legendarny król Uruku, odrzuca zaloty Isztar. I czyni to w sposób, który musiał być śmiertelną obrazą. Wymienia wszystkich jej kochanków i pointuje, że każdemu z nich przyniosła zgubę. Był ptak o pięknym upierzeniu — a Isztar złamała mu skrzydła. Był lew doskonały w swej sile — a Isztar wykopała dla niego siedem dołów. Był koń wierny w boju — a Isztar kazała go okiełznać biczem i pić mętną wodę. Nawet własny mąż, Dumuzi — bóg wegetacji i wiosennej przyrody — nie uniknął jej gniewu. Gdy wrócił z wyprawy do krainy umarłych i nie okazał tęsknoty za swoją boską małżonką, Isztar posłała go z powrotem w zaświaty — na wieczność.
Czego uczy nas ten mit? Że piękno i miłość w Mezopotamii nie były słodkie, łagodne, bezpieczne. Były groźne. Isztar była boginią, która obdarowywała urodą i płodnością, ale mogła też odebrać wszystko. Jej kapłanki — święte prostytutki — nie były zwykłymi kobietami lekkich obyczajów. Były żywymi posążkami bogini, ucieleśnieniem jej mocy na ziemi. Gdy oddawały się obcym mężczyznom w świątyni, nie czyniły tego dla pieniędzy — choć moneta rzucona na kolana była ofiarą dla świątyni — ale dla uświęcenia, dla błogosławieństwa, dla witalności, która miała spłynąć na nich i na ich partnera.
Herodot zanotował, że po spełnieniu tego „obowiązku” kobieta mogła wrócić do męża, który nie miał prawa mieć do niej pretensji. Przeciwnie — wracła „oświecona i pełna sił witalnych”. Dla nas, ludzi wychowanych w kulturze chrześcijańskiej, gdzie seks kojarzy się z intymnością, wiernością, zamknięciem w sypialni, było to niepojęte. Dla Babilończyków było oczywiste: seks z obcym w świątyni to nie zdrada, to sakrament.
III. ŚWIĘTE NIERZĄDNICE I ŚWIĘTA DEFLORACJA
Wokół kultu Isztar narosło wiele mitów, ale jeden wydaje się potwierdzony przez źródła: istnienie w Babilonie swoistego „domu publicznego” przy świątyni, gdzie na stałe posługę pełniły kapłanki oddające się wiernym w zamian za ofiarę. To one nazywane były „świętymi nierządnicami” — i nie był to w starożytności epitet, lecz określenie funkcji religijnej.
Istniał także inny, jeszcze bardziej zaskakujący zwyczaj: usankcjonowana religijnie defloracja nastoletnich dziewcząt. Zanim młoda Babilonka mogła wyjść za mąż, musiała zostać wprowadzona w arkana sztuki miłosnej przez kapłanów, którzy mieli przywilej rozdziewiczania córek swoich ojców. Dziś brzmi to dla nas jak koszmar. Wówczas — jak zapewniali kapłani — było to błogosławieństwo, dar bogini, zapewnienie płodności i szczęścia w przyszłym małżeństwie.
Ciekawostką jest, że według niektórych badań pierwotnie prostytutkami świątynnymi mogły zostawać kobiety bezpłodne. Logika była prosta: skoro natura odmówiła im możliwości rodzenia, mogą służyć bogini inaczej — pomagając innym w dostąpieniu błogosławieństwa płodności. Podobnie rzecz miała się z mężczyznami — istniała też męska prostytucja świątynna, choć źródła mówią o niej mniej.
Nie oznacza to jednak, że starożytny Babilon był rajem nieograniczonej swobody seksualnej. Przeciwnie — istniało wyraźne rozróżnienie między seksem świętym a świeckim. O ile seks w świątyni był społecznie akceptowany, a nawet nakazany, o tyle „czysta” prostytucja, czyli zarabianie ciałem poza kontekstem religijnym, uważana była za poniżającą. Kobieta, która oddawała się mężczyźnie dla pieniędzy, nie dla bogini, traciła twarz, hańbiła rodzinę, spadała w hierarchii społecznej. Seks bez religijnego uzasadnienia był — paradoksalnie — gorszy od seksu z przypadkowym nieznajomym w świątyni.
A sama Isztar? Czuwała. Jeśli po takim świętym akcie mężczyzna lub kobieta zapadali na choroby weneryczne — a Babilon słynął w starożytności jako wylęgarnia takich dolegliwości — interpretowano to jako niełaskę bogini. Ropiejące, bolące przypadłości były znakiem, że Isztar się odwróciła, że akt nie został przyjęty, że trzeba przebłagać bóstwo. W ten sposób religia regulowała nawet zdrowie intymne mieszkańców.
IV. CIAŁO JAKO PŁÓTNO — KOSMETYKA I STATUS
Przenieśmy się teraz z mrocznych zakamarków świątyń do jasnych, przestronnych komnat babilońskich pałaców. Kobieta z wyższych sfer spędzała godziny na toalecie. I nie była to próżność — był to obowiązek.
Archeolodzy odkrywający mezopotamskie miasta natrafili na fascynujące znaleziska: w jaskiniach z epoki lodowcowej na terenach sumeryjskich odnaleziono pierwsze barwniki do ciała oraz szminki, datowane na około 3000 lat przed naszą erą. To dowód, że kosmetyka istniała w Mezopotamii od samego początku cywilizacji. Co więcej, badania wskazują, że muł pochodzący z Eufratu i Tygrysu wykorzystywano do sporządzania maseczek kosmetycznych. Kobiety sprzed pięciu tysięcy lat nakładały na twarz błoto z tych samych rzek, nad którymi tysiące lat później powstały wiszące ogrody Semiramidy.
Największą wagę przywiązywano do oczu. Podobnie jak w Egipcie, w Mezopotamii używano kohlu — czarnej szminki do obwodzenia powiek. W jej skład wchodził galenit (siarczek ołowiu), palone migdały, utleniona miedź, sadza, a czasem nawet sproszkowane pancerzyki chrząszczy. Mieszankę tę łączono z gęsim tłuszczem lub wodą i nakładano za pomocą specjalnych aplikatorów. Efekt? Oczy nabierały migdałowego kształtu, spojrzenie stawało się głębokie, hipnotyczne.
Ale — uwaga — nie chodziło tylko o urodę. Kohl miał również działanie lecznicze. W gorącym, suchym klimacie Mezopotamii choroby oczu były powszechne. Pył pustynny, owady, ostre słońce podrażniały spojówki. Ciemna warstwa na powiekach chroniła przed nadmiarem światła, a ołów zawarty w kohlu — choć toksyczny przy dłuższym stosowaniu — działał antybakteryjnie. Mezopotamskie kobiety nieświadomie chroniły się przed ślepotą, malując oczy.
Do tego dochodziły wonne olejki i perfumy. W starożytnym świecie woda była towarem deficytowym, więc pachnące esencje pełniły rolę dezodorantów. Chroniły też skórę przed palącym słońcem. Sporządzano je z mirry, sandałowca, płatków kwiatów, liści aromatycznych roślin, a także z substancji pochodzenia zwierzęcego — piżma (z gruczołów jelenia piżmowego) i ambry (z przewodu pokarmowego kaszalota). Brzmi odpychająco? Dla starożytnych była to magia zamknięta w alabastrowym flakoniku.
I tu dochodzimy do kluczowej kwestii: jasna cera w Mezopotamii była synonimem przynależności do wyższych sfer. Opalenizna oznaczała pracę na słońcu — a więc status niewolnika, robotnika, chłopa. Kobiety z dobrych domów robiły wszystko, by zachować bladość. Stosowały kąpiele w mleku, maseczki z miodu, a także — uwaga — sproszkowaną kredę i biały ołów zmieszany z tłuszczem. Dziś wiemy, że biel ołowiowa powoduje ołowicę: zatrucie organizmu objawiające się osłabieniem, bezsennością, uszkodzeniem nerek i wątroby, a nawet śmiercią. Mezopotamskie elegantki płaciły najwyższą cenę za swoje piękno. Truły się powoli, dzień po dniu, by tylko pozostać białymi jak alabaster.
V. PRAWO, KTÓRE REGULOWAŁO URODĘ
Babilon był nie tylko miastem rozpusty, ale też miastem prawa. Wszyscy znamy Kodeks Hammurabiego — ten słynny zbiór przepisów wyryty na diorytowej steli, odnaleziony w 1901 roku w Suzie przez francuską ekspedycję, a dziś przechowywany w Luwrze. Stela przedstawia samego Hammurabiego stojącego przed bogiem słońca Szamaszem, który wręcza mu insygnia władzy. Przesłanie jest jasne: prawo pochodzi od bogów, jest nienaruszalne, święte.
A co to prawo mówi o kobietach, o urodzie, o ciele?
Kodeks z całą surowością regulował kwestie małżeństwa, rozwodu, wierności. I tu pojawia się ciekawy paradoks. Z jednej strony — jak widzieliśmy — seks świątynny był dozwolony, a nawet nakazany. Z drugiej — zdrada małżeńska poza kontekstem religijnym była karana śmiercią. Paragraf 129 Kodeksu mówi wprost: „Jeśli żona mężczyzny została pochwycona podczas stosunku z innym mężczyzną, związać ich i wrzucić do wody”. Oczywiście, mąż mógł ułaskawić żonę, ale wtedy król musiał ułaskawić także kochanka. System był brutalny, ale przewidywał wyjątki.
Jeszcze bardziej drastyczny jest paragraf 153: „Żona, która dla poślubienia drugiego mężczyzny kazała zabić swego męża, ma zostać wbita na pal”. To nie jest metafora. To dosłowny opis egzekucji. Ciało kobiety, która odważyła się przedłożyć własne pragnienia nad świętość małżeństwa, stawało się przedmiotem publicznej kaźni.
Kodeks wprowadzał też hierarchię społeczną, która miała wpływ na postrzeganie piękna. Inaczej traktowano wolnego obywatela, inaczej poddanego, a inaczej niewolnika. Paragraf 196 głosi słynne „oko za oko, ząb za ząb”: jeśli obywatel wybił oko drugiemu obywatelowi, jemu także wybijano oko. Ale jeśli wybił oko poddanemu, płacił grzywnę — jedną minę srebra. Jeśli zaś wybił oko niewolnikowi, odszkodowanie należało się nie niewolnikowi, ale jego właścicielowi. Piękno, w tym systemie, nie było wartością samą w sobie. Było funkcją statusu. Oko pana warte było tyle, co całe ciało niewolnika.
Podobnie rzecz się miała z karami za naruszenie cielesności. Paragraf 205: „Jeśli niewolnik obywatela w policzek obywatela uderzył, ucho mu utną”. Policzek — miejsce, na którym mógł spoczywać makijaż, które mogło być białe od pudru ołowiowego — był święty. Dotknięcie go przez niewolnika było profanacją karalną okaleczeniem. Piękno było zastrzeżone dla wolnych.
VI. HEBAN I KOŚĆ SŁONIOWA — BIŻUTERIA JAKO JĘZYK
W mezopotamskich grobach archeolodzy znajdują nie tylko szkielety, ale też bogate wyposażenie. Kobiety chowano z biżuterią: naszyjnikami z lapis lazuli, kolczykami ze złota, bransoletami z karneolu. Te przedmioty nie były tylko ozdobą. Były językiem.
Już w Sumerze, na długo przed Hammurabim, istniał rozbudowany system symboliki związanej z ozdobami. Im więcej biżuterii nosiła kobieta, tym wyższy był jej status. Ale też — im więcej biżuterii, tym mniej swobody. Ciężkie naszyjniki, masywne kolczyki, skomplikowane fryzury upięte złotymi szpilkami uniemożliwiały szybki ruch, pracę fizyczną, swobodne poruszanie się. Były jak więzienie — piękne, ale jednak więzienie.
Szczególnie ceniono lapis lazuli — kamień sprowadzany z dalekiego Afganistanu, o barwie ciemnogranatowej, jak nocne niebo nad pustynią. Symbolizował on boskość, władzę, połączenie z zaświatami. Kobiety z królewskich rodów nosiły go w takich ilościach, że ich szyje ginęły pod warstwą kamieni. Piękno, w Mezopotamii, nie polegało na odsłanianiu, ale na zakrywaniu. Im mniej widać było ciała, im więcej kosztowności, tym wyższa pozycja.
Podobnie rzecz miała się z perukami. W gorącym klimacie Mezopotamii noszenie ciężkiej, wełnianej peruki musiało być udręką. A jednak kobiety z wyższych sfer zakładały je z dumą. Peruka była znakiem, że nie muszą pracować, że stać je na służbę, która utrzyma ich naturalne włosy w nienagannym stanie, podczas gdy one same paradują w sztucznych fryzurach. Paradoks? Dla nas — tak. Dla Mezopotamek — oczywistość.
VII. ŚMIERĆ I PIĘKNO — PODRÓŻ W ZAŚWIATY
W eposie o Gilgameszu znajduje się scena, która rzuca światło na mezopotamskie rozumienie piękna w kontekście śmierci. Gdy Enkidu, przyjaciel Gilgamesza, umiera, władca Uruku opłakuje go słowami: „Enkidu, mój przyjacielu, ty, którego kochałem, okryty jesteś teraz jak oblubienica” . To porównanie nie jest przypadkowe. Śmierć w Mezopotamii była często przedstawiana jako zaślubiny z podziemiem. Ciało zmarłego przygotowywano tak, jak ciało panny młodej przed ślubem: namaszczano wonnymi olejkami, ubierano w najpiękniejsze szaty, malowano twarz.
W grobowcach królowych z Ur, datowanych na około 2600 rok p.n.e., archeolodzy odkryli szczątki kobiet w niezwykle bogatych strojach, z biżuterią, która do dziś zachwyca kunsztem. Ich głowy spoczywały na złotych tacach, dłonie trzymały kielichy. Towarzyszyły im służebnice, które — jak się wydaje — dobrowolnie wypiły truciznę, by pójść za swą panią w zaświaty. Wszystkie były piękne. Wszystkie były gotowe na spotkanie z bogami.
To fascynujące: w Mezopotamii piękno nie kończyło się wraz ze śmiercią. Przeciwnie — w zaświatach nabierało nowego znaczenia. Człowiek stawał przed obliczem bogów nie w codziennym odzieniu, ale w stroju weselnym, z umalowanymi oczami, z wonnościami we włosach. Piękno było przepustką do wieczności.
VIII. DZIEDZICTWO ISZTAR
Gdy Grecy przybyli na Cypr, zastali tam kult bogini, która uderzająco przypominała im ich własną Afrodytę. Była to właśnie Isztar, która zawędrowała na zachód szlakami handlowymi i uległa hellenizacji. Cypryjskie mity mówiły, że Afrodyta narodziła się z morskiej piany w miejscu, gdzie tytan Kronos wrzucił odrąbane genitalia swojego ojca, Uranosa. Było w tym coś z mezopotamskiej dosadności — krwi, spermy, przemocy zmieszanej z erotyką.
Isztar przetrwała w Afrodycie. Jej świątynne prostytutki stały się kapłankami miłości w Grecji. Jej okrucieństwo stało się kapryśnością bogini olimpijskiej. Jej dwoistość — miłość i wojna — rozdzieliła się na dwie różne boginie: Afrodytę i Atenę.
Ale w Babilonie, w mieście, które dla Żydów stało się symbolem zepsucia, w mieście, które w Apokalipsie św. Jana występuje jako „Wielka Nierządnica”, Isztar pozostała sobą. Boginią, która nie znała podziału na święte i grzeszne, na czyste i nieczyste. Dla której seks był modlitwą, a wojna — tańcem.
Czy jej dziedzictwo przetrwało do naszych czasów? W pewnym sensie tak. Gdy dziś kobieta maluje oczy kohlem, gdy nakłada perfumy, gdy wkłada biżuterię, by podkreślić swoją urodę — powtarza gesty swoich mezopotamskich pramatek. One też wierzyły, że piękno ma moc. Że może chronić, że może uwodzić, że może otwierać bramy — zarówno do ludzkich serc, jak i do zaświatów.
Różnica polega na tym, że one wiedziały, komu to piękno zawdzięczają. Isztar była wszędzie — w zapachu mirry, w czerni kohlu, w ciężarze złotych naszyjników, w dłoni obcego mężczyzny w świątyni. My dziś nie mamy bogini. Mamy tylko lustro.
IX. WNIOSKI: PIĘKNO MIĘDZY BOGINIĄ A NIEWOLNICĄ
Mezopotamia uczy nas, że piękno nigdy nie jest niewinne. Zawsze służy komuś lub czemuś. W Babilonie piękno służyło bogini — Isztar, która domagała się kultu przez ciało. Służyło też władzy — Hammurabiemu, który regulował, czyje oko jest warte czyje oko. Służyło hierarchii społecznej — odróżniało wolną obywatelkę od niewolnicy, arystokratkę od chłopki.
I wreszcie — piękno służyło śmierci. Mezopotamczycy wierzyli, że dobrze przygotowane ciało, piękne ciało, ciało wonne i ustrojone, ma większe szanse na przychylność bogów w zaświatach. Piękno było inwestycją w wieczność.
Dziś, gdy patrzymy na płaskorzeźby z Babilonu, na wizerunki brodatych królów o idealnie wykrojonych oczach, na posążki kapłanek o wydatnych biodrach, trudno nam poczuć to, co czuli ich twórcy. Ale jedno wiemy na pewno: w Mezopotamii nie było podziału na sacrum i profanum. Seks był religią. Makijaż był modlitwą. Biżuteria była ofiarą. A Isztar — okrutna, zmysłowa, nieobliczalna — patrzyła na to wszystko z góry, z nieba nad Eufratem, i uśmiechała się pod nosem.
Bo przecież to ona to wszystko wymyśliła.Rozdział 3: Egipt — Hieratyczność i nieśmiertelność
I. W PRACOWNI CIENI
Wyobraźmy sobie mrok. Nie taki, do jakiego przywykliśmy — nie jest to cisza nocna, nie jest to zmierzch. To mrok absolutny, gęsty od kurzu i woni żywicy, mrok panujący w komorze grobowej, do której ostatni raz wchodzą kapłani, by zostawić zmarłego samego na wieczność. Światło pochodni omiata ściany pokryte malowidłami — postacie kroczą w sztywnych pozach, oczy patrzą przed siebie, ramiona są szerokie, biodra wąskie, stopy jakby nie dotykały ziemi. To nie są ludzie. To są istoty zatrzymane w geście, zaklęte w formule, która ma przetrwać dłużej niż piramidy.
Gdy Howard Carter 26 listopada 1922 roku ujrzał po raz pierwszy wnętrze grobowca Tutanchamona, zapytany przez lorda Carnarvona, czy coś widzi, odpowiedział słynnymi słowami: „Tak, widzę cudowne rzeczy” . Nie mówił jednak o pięknie w naszym sensie. Mówił o obecności. O rzeczach, które przetrwały nie po to, by zachwycać, ale by służyć. By zapewnić ciągłość. By pokonać czas.
Starożytny Egipt to cywilizacja, która jako pierwsza w dziejach uczyniła z piękna narzędzie absolutne. Nie było ono kaprysem, nie było ozdobą, nie było nawet wyrazem indywidualnego gustu. Było technologią nieśmiertelności. I jak każda technologia, podlegało ścisłym regułom.
II. MAAT — PORZĄDEK, KTÓRY OCALA
Zanim zaczniemy mówić o makijażu, perukach i złotych sandałach, musimy zrozumieć jedną fundamentalną koncepcję, bez której Egipt pozostanie dla nas jedynie zbiorem ładnych obrazków. Tą koncepcją jest _Maat_.
Jan Assmann, jeden z najwybitniejszych współczesnych egiptologów, poświęcił temu pojęciu całą książkę. Jak pisze, nie da się go przełożyć na współczesne języki jednym terminem. _Maat_ to jednocześnie prawda, sprawiedliwość, prawo, porządek, mądrość i szczerość. To zasada, która leży u podstaw nie tylko ziemskiej rzeczywistości, lecz także porządku kosmicznego. _Maat_ odnosi się do reguł obowiązujących w relacjach międzyludzkich, do sprawiedliwości realizowanej po śmierci na Sądzie Ozyrysa, ale też do ładu, który wyłania się z chaosu podczas stwarzania świata przez boga-Słońce.
Wyobraźcie sobie wszechświat jako ogromny mechanizm zegarowy, który nieustannie grozi rozsypaniem. Siły chaosu (_isefet_) czają się na granicy, by zaatakować. Bogowie każdej nocy, podróżując barką Re przez podziemia, walczą z wężem Apoposem, uosobieniem zła i nie-porządku. A faraon? Faraon jest tym, który na ziemi podtrzymuje _Maat_. Jest pośrednikiem między bogami a ludźmi. I tu dochodzimy do sedna: piękno w Egipcie było wizualną manifestacją _Maat_.
Gdy artysta rzeźbił posąg faraona, nie robił tego, by oddać jego rzeczywisty wygląd. Robił to, by uczynić go cząstką porządku boskiego. Dlatego posągi są hieratyczne — sztywne, frontalne, idealne. Nie ma w nich przypadku, nie ma indywidualności, nie ma brzydoty. Jest doskonałość, która jest dowodem na to, że ten konkretny władca dzierży _Maat_ w swoich rękach. Jak ujmuje to Assmann: _Maat_ dawała prawo, ład, sprawiedliwość, ochronę, możliwość funkcjonowania w społeczeństwie i w życiu pośmiertnym. _Maat_ to życie i nieśmiertelność.
III. GEOMETRIA WIECZNOŚCI — KANON EGIPSKI
W sztuce egipskiej nie było miejsca na przypadek. Przez ponad trzy tysiące lat — dłużej niż istnieje chrześcijaństwo — obowiązywał jeden kanon, który regulował zasady przedstawiania człowieka w malarstwie, rzeźbie i płaskorzeźbie. Ewoluował on na przestrzeni wieków, ale jego podstawowe założenia pozostały niezmienne.
Jak to działało? Wyobraźmy sobie siatkę kwadratów nałożoną na ścianę grobowca. Postać stojącą dzielono na 19 części (od Późnego Państwa na 21 lub 25), a siedzącą na 15. Poszczególnym częściom ciała odpowiadała stała liczba kwadratów: od czubka głowy do nasady ramion — 3, od czubka głowy do oczu — 1, stąd do podstawy nosa — 1, i do ramion — 1. Ciało od ramion do kolan — 10, a od kolan do stóp — 6.
Te liczby nie były przypadkowe. Były święte. Były matematycznym zapisem boskiego porządku. Artysta nie mógł ich zmienić, tak jak kapłan nie mógł zmienić słów modlitwy. Gdyby namalował postać zbyt wysoką lub zbyt niską, naruszyłby _Maat_. A naruszenie _Maat_ mogło sprowadzić chaos nie tylko na tę jedną duszę, ale na cały kosmos.
Co więcej, kanon określał nie tylko proporcje, ale też sposób przedstawiania. Przez trzy tysiąclecia ludzką postać ukazywano w dwóch wymiarach: z profilu, ale oko wyobrażano _en face_ — patrzące wprost na widza. To nie był błąd ani prymitywizm. To była teologia wizualna: oko patrzące wprost miało odbijać blask boskiego światła. Ramiona przedstawiano w ujęciu wprost, by pokazać szerokość, siłę, zdolność do dzierżenia berła. Biodra w lekkim skręcie, niemal z profilu. Stopy zawsze w profilu. Postać kierująca się w lewo, wysuwa przed siebie prawą stopę; w prawo — lewą. To nie była kwestia wygody. To była kwestia rytuału.
Heinrich Wölfflin, wielki historyk sztuki, pisał o tym jako o systemie, który nie tyle przedstawia rzeczywistość, ile ją tworzy na nowo — według reguł ważniejszych niż natura. W sztuce egipskiej nie chodziło o to, jak człowiek _wygląda_, ale o to, jakim _jest_ bytem — wiecznym, niezmiennym, doskonałym.
IV. TWARZ JAKO MASKA
Spośród wszystkich wizerunków, jakie pozostawił nam Egipt, jeden jest najbardziej znany. Nie jest to Wielki Sfinks, nie są to kolosy Memnona. To popiersie kobiety o długiej szyi, idealnych rysach i enigmatycznym spojrzeniu. Nefretete.
Odkryte 6 grudnia 1912 roku w Tell el-Amarna przez niemiecką ekspedycję archeologiczną, popiersie Nefretete stało się ikoną piękna wszech czasów. I słusznie — jest doskonałe. Ale ta doskonałość jest niepokojąca. Twarz Nefretete jest idealnie symetryczna. Jej oczy — jedno z kryształu, drugie puste — patrzą gdzieś w dal. Usta są wąskie, ale zmysłowe. Szyja — nienaturalnie długa, ale pełna gracji.
Kim była Nefretete? Żoną faraona Echnatona, tego samego, który przeprowadził religijną rewolucję, wprowadzając kult jednego boga — Atona. I to właśnie w okresie amarneńskim, jak nazywają go egiptolodzy, kanon uległ chwilowemu zawieszeniu. Echnaton kazał przedstawiać siebie i swoją rodzinę w sposób, który dziś nazwalibyśmy ekspresjonistycznym: wydłużone czaszki, wąskie ramiona, zbyt szczupłe ręce i szerokie biodra z uwypuklonym brzuchem. To elementy indywidualizacji nieznane w innych epokach. Po śmierci faraona ten sposób przedstawiania został odrzucony — wrócił stary, dobry porządek.
A jednak popiersie Nefretete pozostało. I jest w nim coś, co wykracza poza epokę. Spójrzmy na jej twarz. Jest idealnie wymodelowana, ale pozbawiona wyrazu. To nie jest portret psychologiczny. To jest maska — w sensie rytualnym. Twarz, która ma przetrwać, bo nie ulega emocjom. Bo jest wieczna.
V. GABINET KOSMETYCZNY FARAONÓW
Przejdźmy teraz od sztuki do życia. A właściwie do tego, co Egipcjanie robili, by upodobnić swoje ciała do tych idealnych wizerunków.
Słowo „kosmetyka” pochodzi z greki, ale ojczyzną kosmetologii jest właśnie starożytny Egipt. Już w V tysiącleciu p.n.e. używano palet do rozcierania barwników, takich jak ochra, malachit, galena czy hematyt. To nie była próżność — to był rytuał.
Lisa Eldridge, współczesna wizażystka i autorka książki _Facepaint. Historia makijażu_, podkreśla, że Egipcjanie byli zdolnymi chemikami, którzy tworzyli kosmetyki wieloskładnikowe. Mieszali sproszkowane minerały z tłuszczem zwierzęcym lub roślinnym, by nadać im odpowiednią konsystencję, która przetrwa w palącym słońcu.
Najważniejszym elementem egipskiego makijażu były oczy. Charakterystyczna kreska, którą znamy z filmów o Kleopatrze (gdzie grała ją Elizabeth Taylor, inspirując modę na „egipski makijaż” w latach 60.), to nie jest wymysł Hollywood. To rzeczywistość sprzed tysięcy lat.
Używano do niej kohlu — skomplikowanej mieszanki, w której skład wchodziły: sproszkowany metal (antymon), palone migdały, ołów, utleniona miedź, ochra, popiół, malachit, chryzokola. Te wszystkie substancje przechowywano w specjalnych naczyniach, a przed użyciem zwilżano wodą lub olejem i nakładano cienkim patyczkiem. Celem było nadanie oku kształtu migdała, wyciągnięcie kącika aż do brwi.
Ale dlaczego akurat oczy? Powód był religijny. Starano się odtworzyć oko Ra — talizman ochronny, lub oko Horusa, które podczas walki z Sethem zostało utracone i cudownie odzyskane. Makijaż w odcieniu malachitu zapewniał łączność z boginią Hathor, nazywaną „Panią Malachitu”.
Co fascynujące, malowano nie tylko na czarno. Znaleziska archeologiczne potwierdzają istnienie zarówno czarnego, jak i zielonego kohlu. Oba kolory miały znaczenie symboliczne.
I tu dochodzimy do zaskakującego odkrycia. Przez długie lata uważano, że kohl służył wyłącznie celom estetycznym i magicznym. Tymczasem najnowsze badania wykazały, że związki ołowiowe zawarte w kohlu zmniejszały efekt rażenia słońcem, działając jak okulary przeciwsłoneczne, a także zabijały bakterie gnieżdżące się w wilgotnych kącikach oczu. Palące słońce i pustynny kurz powodowały zapalenia spojówek i jaglicę — kohl chronił przed tymi chorobami. Egipcjanie nie wiedzieli o tym w kategoriach współczesnej chemii, ale ich empiryczna wiedza działała.
Usta również nie były pomijane. Wykopaliska dowodzą, że kariera czerwonej szminki zaczęła się właśnie w Egipcie. W jednym z naczyń znaleziono substancję, która w jednej trzeciej składała się z czerwonej ochry, a reszta to żywica i tłuszcz. Konsystencją przypominała dzisiejszą szminkę i nakładało się ją pędzelkiem lub szpatułką. Na erotycznym papirusie uwieczniono kobietę malującą usta właśnie w ten sposób.
Twarz musiała być jasna. Kobiety z wyższych warstw społecznych robiły wszystko, by zachować bladą cerę. Stosowały kremy nawilżające (zachowały się ich receptury), a w razie potrzeby sztucznie rozjaśniały skórę. Na malowidłach grobowych przedstawiano je z niemal białą cerą. Jasna twarz była oznaką szlachetnego pochodzenia — dowodziła, że kobieta nie musi pracować fizycznie na słońcu.
Używano też różu, wykonanego z ochry, który znajdowano w grobowcach razem z paletkami do rozcierania. Gdy przyjrzeć się popiersiu Nefretete, widać, że jej twarz pomalowano w sposób przypominający muśnięcia różem — można wręcz odnieść wrażenie, że to starożytni Egipcjanie wymyślili konturowanie twarzy.
I paznokcie. Malowano je henną, która dawała żółty lub pomarańczowy odcień. Kolorowy manicure był oznaką wysokiego statusu. Ciemny kolor zarezerwowany był dla dynastii i dworzan. Kleopatra podobno lubiła paznokcie w kolorze rdzawej czerwieni, a Nefretete — rubinowym.
VI. PERUKI, WONNOŚCI I CODZIENNE RYTUAŁY
Włosy w Egipcie to osobny rozdział. W gorącym klimacie utrzymanie czystości było trudne, więc golenie głowy stało się powszechnym zwyczajem higienicznym. Ale łyse czaszki nie były uważane za estetyczne. Stąd peruki — nosili je zarówno mężczyźni, jak i kobiety.
Peruki wykonywano z ludzkich włosów, wełny owczej, włókien roślinnych. Były misternie splecione, często zdobione złotymi nićmi, kwiatami lotosu, wonnymi szyszkami tłuszczu, które topiły się w ciągu dnia i uwalniały zapach. Bogaci Egipcjanie mieli po kilka peruk — na co dzień, na uroczystości, na ceremonie pogrzebowe.
Nie można też zapomnieć o perfumach. Włoscy archeolodzy znaleźli na Cyprze pozostałości fabryki perfum sprzed prawie 4 tysięcy lat, gdzie produkowano wonności według egipskich recept. W naczyniach zachowały się ślady cynamonu, liści laurowych, mirtu, anyżku, żywicy sosnowej i bergamotki. Surowce te wchodziły w skład kosmetyków pielęgnacyjnych, ale też wspomagały leczenie schorzeń skóry.
Najważniejszymi dokumentami, które odkrywają tajniki egipskiej medycyny i kosmetyki, są papirusy Ebersa i Smitha. Papirus Ebersa zawiera około 900 przepisów na preparaty lecznicze i kosmetyczne. Znajdujemy w nim między innymi fascynujący przepis na odmłodzenie, dołączony do rozprawy chirurgicznej _Jak ze starca zrobić młodzieńca_. Oto on: „Bierze się strączki kozieradki, a gdy wyschną, trzeba je wyłuskać. Z jednakowej ilości ziaren i łupin uciera się masę, z której odparowuje się wodę. Potem dodaje się znowu wody i suszy otrzymany preparat, który następnie uciera się. Gdy otrzymaną masę będziemy podgrzewać, zobaczymy na powierzchni małe plamy oliwy. Należy zebrać tę oliwę, dać jej się sklarować i wlać do naczynia z twardego kruszcu. Dzięki tej przewybornej oliwie uzyskuje się doskonałą cerę. Łysinę, piegi i niepożądane oznaki starzenia się oraz zaczerwienienia, szpecące naskórek, leczy się tym środkiem”. Preparat ten był bardzo kosztowny, ale jak widać, walka ze starością nie jest wynalazkiem naszych czasów.
Współczesne media społecznościowe, opisując te praktyki, często używają frazy: „W starożytnym Egipcie piękno było rytuałem, nie zabiegiem. Nefretete i Kleopatra wierzyły, że skóra potrzebuje harmonii, dotyku i czasu”. To uproszczenie, ale trafia w sedno. Piękno w Egipcie nie było pośpiechem. Było ceremonią.
VII. CIAŁO NA PODRÓŻ W ZAŚWIATY
Najważniejszym dowodem na to, że piękno było w Egipcie kwestią życia i śmierci, są grobowce. Wierzono głęboko, że życie pozagrobowe nie różni się specjalnie od doczesnego i potrzebne są w nim podobne przedmioty. Dlatego poddani faraonów w swoją ostatnią podróż zabierali kosmetyki i akcesoria do makijażu.
Archeolodzy znajdują w grobach łupkowe paletki do ucierania kosmetyków datowane na 3300 rok p.n.e.. Znajdują naczynia na balsamy, grzebienie, flakoniki z wonnościami, tuby na szminkę, łyżki do mieszania i nakładania barwników, lusterka z polerowanego metalu.
Zmumifikowane ciała były starannie przygotowywane. Oczyszczano je, namaszczano wonnymi olejami, nacierano żywicami. Włosy układano w misterne fryzury. Paznokcie malowano henną. Twarze pokrywano maskami ze złota lub malowanego gipsu — idealnymi, wiecznymi, niezmiennymi.
I tu dochodzimy do kluczowej kwestii: w Egipcie piękno nie było dla żywych. A raczej — nie tylko dla żywych. Było przede wszystkim dla umarłych. To oni potrzebowali go najbardziej, by stanąć przed Ozyrysem i zdać egzamin z życia. W Sali Obu Prawd ważono serce zmarłego na szali przeciwko pióru _Maat_. Jeśli serce było ciężkie od grzechów, pożerała je Pożeraczka. Jeśli było lekkie — zmarły dostawał się na Pola Jaru, do wiecznej szczęśliwości.
Piękne, zadbane, wonne ciało było dowodem, że za życia postępowało się zgodnie z _Maat_. Było wizytówką duszy.
VIII. KLEOPATRA — MIT I RZECZYWISTOŚĆ
Na koniec zatrzymajmy się przy postaci, która dla potomnych stała się uosobieniem egipskiego piękna. Kleopatra VII, ostatnia królowa z dynastii Ptolemeuszy, władczyni, która uwieść miała Cezara i Antoniusza, a po śmierci stała się bohaterką niezliczonych dzieł sztuki, filmów i powieści.
Jak naprawdę wyglądała? Plutarach, który pisał o niej sto lat po jej śmierci, twierdził, że „piękność jej sama w sobie nie była całkowicie nieporównywalna ani taka, by oszałamiać każdego, kto na nią patrzył” . Liczyły się nie tyle rysy, co wdzięk, urok, głos, inteligencja. Kleopatra była wykształcona, mówiła wieloma językami, potrafiła prowadzić uczone dysputy. Jej siłą nie był idealny nos, ale osobowość.
Mimo to, w popkulturze utrwalił się obraz Kleopatry jako egzotycznej piękności o wielkich, podkreślonych kohlem oczach, w których można utonąć jak w morskiej toni. Ten obraz zawdzięczamy w dużej mierze Elizabeth Taylor i filmowi z 1963 roku, który kosztował więcej niż wysłanie człowieka na księżyc i omal nie zbankrutował studia filmowego.
Historyczna Kleopatra z pewnością używała kosmetyków. Malowała oczy, różowała policzki, farbowała paznokcie henną. Nosiła peruki i wonności. Była produktem swojej kultury — kultury, w której wygląd był manifestacją boskiego porządku. Ale była też produktem hellenizmu — jej przodkowie byli Grekami, którzy przejęli egipskie zwyczaje, ale nie stali się Egipcjanami. W jej żyłach płynęła krew macedońska, nie egipska.
I paradoksalnie, to właśnie ta Greczynka na egipskim tronie stała się dla świata symbolem egipskiego piękna. Mit okazał się silniejszy niż rzeczywistość.
IX. DZIEDZICTWO KAMIENIA
Starożytny Egipt przetrwał trzy i pół tysiąca lat. Żadna inna cywilizacja nie może poszczycić się tak długim, nieprzerwanym trwaniem. Aż do dziś, gdy oglądamy zdjęcia modelek w magazynach, gdy rysujemy kreskę na powiece, gdy nakładamy róż na policzki — powtarzamy gesty sprzed tysięcy lat. Nie myślimy o tym, ale nasze ciała pamiętają.
Egipcjanie wynaleźli coś, co my dziś dopiero na nowo odkrywamy: że piękno nie jest kwestią chwili, ale trwania. Że nie polega na podążaniu za modą, ale na podporządkowaniu się regułom wyższym niż nasze kaprysy. Że jest rytuałem, nie zabiegiem. Że jest mostem między tym, co widzialne, a tym, co niewidzialne.
Gdy patrzymy na popiersie Nefretete w berlińskim muzeum, widzimy nie tylko piękną kobietę. Widzimy ideę. Ideę porządku, harmonii, wieczności. Widzimy _Maat_ zaklętą w kamień. I mimo upływu tysięcy lat, wciąż nas to porusza.
Bo Egipt, jak żadna inna cywilizacja, zrozumiał, że piękno to broń przeciwko śmierci. Jeśli jesteś piękny, jesteś doskonały. Jeśli jesteś doskonały, jesteś niezniszczalny. Jeśli jesteś niezniszczalny, żyjesz wiecznie.
I właśnie o to chodziło. O życie. Wieczne. Nieśmiertelne. Po tamtej stronie, gdzie słońce nigdy nie zachodzi, a oczy patrzą wprost na widza, odbijając blask boskiego światła.