Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Historie łajdackie - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
27 marca 2026
3790 pkt
punktów Virtualo

Historie łajdackie - ebook

Kiedy serce jest głodne zjadłoby wszystko - nowa proza Jacka Dehnela.

„– Ej, ale miała być zupełnie inna historia! – Każda historia ma być zupełnie inna, a potem przydarza się właśnie ta”.

O co chodzi czterem mężczyznom, którzy w knajpie rozprawiają o uczciwości, i gdzie się podział kamienny blat holenderskiego stołu? Co znaczy, że miejsce żony jest przy mężu, i jak zrobić na złość wdowie po ukochanym? Kto leży w paryskiej kostnicy i kto tak naprawdę jest więźniem Kufsteinu?

Jacek Dehnel, jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy, zabiera czytelników w serię niezwykłych literackich podróży przez epoki i miasta: Paryż, Kraków, Kadyks, Stralsund i Warszawę. Ale siłą tej książki są przede wszystkim jej bohaterowie (a zwłaszcza bohaterki) – kiedy rzeczywistość wokół nich staje się nieznośna, sięgają po to, co zakazane i urojone. Bo, jak mówi Nieznajoma z Sekwany, kiedy serce jest głodne, zjadłoby wszystko.

„Czy nawiedza was czasem myśl, że wszystko, co godne przeczytania, zostało już napisane dawno temu? Na szczęście od czasu do czasu pojawiają się książki rozwiewające to złudzenie. Jedną z nich są „Historie łajdackie” Jacka Dehnela. Wszystkie te opowieści łączy jedno: pozostają w pamięci i pochłania się je z entuzjazmem, jaki powinna budzić literatura. A ta w wersji Dehnela oznacza, oprócz absorbujących fabuł, zmysłowe postrzeganie świata, ścisłość wizji i niedające się zapomnieć, niemal namacalne obrazy. Niepokojące, mroczne historie wystawiają na próbę czytelnika i jego przywiązanie do zasady przyczynowości i literackich konwencji. To dopiero łajdactwo”.

Eliza Kącka

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8427-221-3
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

W serii Proza PL ukazały się:

Sylwia Chutnik, _Cwaniary_

Sylwia Chutnik, _Dintojra_

Sylwia Chutnik, _Jolanta_

Sylwia Chutnik, _Tyłem do kierunku jazdy_

Sylwia Chutnik, _W krainie czarów_

Anna Cieplak, _Lata powyżej zera_

Anna Cieplak, _Lekki bagaż_

Jacek Dehnel, _Krivoklat_

Paulina Jóźwik, _Strupki_

Zośka Papużanka, _On_

Zośka Papużanka, _Świat dla ciebie zrobiłem_

Zofia Posmysz, _Wakacje nad Adriatykiem_

Patrycja Pustkowiak, _Maszkaron_

Żanna Słoniowska, _Dom_ _z witrażem_

Żanna Słoniowska, _Wyspa_

Łukasz Staniszewski, _Pieśni łaciatych krów_

Stanisław Syc, _Suplementy siostry Flory_

Magdalena Tulli, _Szum_

Magdalena Tulli, _Włoskie szpilki_

Michał Witkowski, _Drwal_

Michał Witkowski, _Fynf und cfancyś_

Michał Witkowski, _Lubiewo_

Michał Witkowski, _Margot_

Michał Witkowski, _Tango_

Michał Witkowski, _Wymazane_

Michał Witkowski, _Zbrodniarz_ _i dziewczyna__Pani A. S.-L._

Bok nr 1: _NOBODY’S JIG_

Nie ja jeden biegam w kamienicy; w kamienicy mieszkają, zasadniczo, geje i staruszki; geje na ogół biegają (prócz P., ale on buduje masę, a ja zrzucam), staruszki na ogół nie. Ani pani Barska, ani pani Morycińska. Z pewnością nie biegają także staruszkowie, pan Czortkowski ani pan Wacław, którego nocami słyszymy, jak przetacza się nad nami po pokojach na wózku czy z chodzikiem; kiedy pielęgniarka już go wyprowadzi, to potem nie może wprowadzić z powrotem na drugie piętro i stoi na parterze, krzycząc: „Panie Wacławie, idziemy!”, a pan Wacław odpowiada jej płaczliwie: „Ale ja się boję!”; a P. znosi mu wtedy krzesło, żeby nabrał odwagi. Pan Wacław jest po osiemdziesiątce i był milicjantem, więc może ma karę karmiczną.

Tak czy owak, z kamienicy wypada się na chłód, bo sezon dopiero rozpoczęty, wiatr zawiewa pod kaptur – i biegnie się w dół, Tamką, koło Złotej Kaczki i Muzeum Chopina, gdzie regularnie pielgrzymują rozmaici chopinolubni Azjaci i zawsze błądzą, bo na górze jest źle oznakowane; kiedy się im zwraca uwagę, że idą nie tędy – fukają. Więc przestało się im zwracać, niech mają za swoje, niech fukają w przestrzeń, jak już dojdą do tego braku pasów.

Jest jednak jedenasta wieczór, nie ma kolejek do Muzeum Chopina, jest tylko kolejka po chopina w sklepie nocnym u dołu Tamki – a pewnie po coś tańszego – i trzeba ją wyminąć, a kolejka się patrzy dziwnie, bo dla kolejki nie ma nic dziwnego w tym, że się stoi po _alko_, ale w tym, że się biega, to i owszem.

Muzykę włącza się w bramie, w miejscu, żeby potem nie szukać ścieżek na podskakującym w ręku wyświetlaczu: na pierwszy odcinek skoczne tańce z angielskich tawern. I teraz, do wtóru tych dud, smyczków, tych drewnianych fletów, rozwija się w głowie raz jeszcze cały miniony, marcowy dzień: krótki nadal, mokrawy, pod nawisem chmur i rzeczy, które trzeba załatwić, bo termin się zbliża albo już się zbliżył i został zawstydzająco przekroczony, i w tych karczemnych melodyjkach, między jednym skocznym tańcem a drugim, między _Bobbing Joe_ a _Mr Lane’s Maggot_ ta kantylena, _Stingo_, która rzeczywiście żądli swoim dojmującym smutkiem, bo siedemnastowieczni Anglicy też najwyraźniej wiedzieli, co to polski marzec (choć pewnie nazywali go „wyjątkowo mroźnym i ponurym grudniem”); i każe myśleć o wszystkich tych minutach i kwadransach marcowego dnia, które przeszły na niczym lub niemal niczym, na prokrastynacji fejsbukowej, na sprawach miałkich: jedzeniu pospiesznym, bez przyjemności, zbędnych rozmowach, ścieraniu blatu w kuchni. Być może cały ten dzień byłby zmarnowany, gdyby nie wieczorny bieg i jedna opowieść, wysłuchana w gabinecie pani Morycińskiej, wcześnie jeszcze, koło południa, kiedy poszedłem tam po podpis na uchwale wspólnoty. Uchwale w sprawie wzmocnienia jednej ze ścian w piwnicy, bo bez wzmocnienia cała kamienica, którą niebawem podkopie druga linia metra, może się zwalić, grzebiąc wszystkich bez względu na karmiczne kary i zasługi.

Zaproszony do środka – siadam. I siedzę, w oczekiwaniu na herbatę i sernik, bez których złożenie podpisu najwyraźniej nie jest możliwe. I słucham postukiwania, pobrzękiwania naczyń w kuchni, a potem krótkich, pewnych kroków. Rozglądam się po meblach, po obrazach, zagaduję, cały czas trzymam kartkę z podpisami i długopis w ręku, odkładam je w końcu, zagaduję znowu, popijam herbatę; próbuję dojść, w którą odmianę ceremoniału „starsza pani przyjmuje młodego sąsiada” gramy; odpowiadam na pytania i pytania zadaję. Nie jestem tu przecież pierwszy raz, ale nadal nie czuję się pewnie.

– A sernik jak? To się cieszę. Ze sklepu wprawdzie, ale też mi się wydaje, że niezły. No więc, jak mówiłam, z tymi meblami to w ogóle jest ciekawa rzecz. Bo stół, widzi pan, miał kiedyś blat kamienny, ten dę­bowy to nam dorabiał stolarz, ale myślę, że dobrze go dorobił… w stylu całej reszty… ileż mieliśmy z tym korowodów!

Odtwarzam to w głowie, wyraz po wyrazie, do taktu kolejnych skocznych i powolnych kawałków z angielskich tawern, a miasto przewija się po bokach jak na papierowych walcach z malowanym pejzażem, które toczyły się w tle za nieruchomym jeźdźcem w pierwszych westernach; dobiegłem do mostu Świętokrzyskiego, tego składu białych trójkątów – kolejnych, rozchodzących się coraz szerzej lin i ich wspólnej podstawy: obu jezdni i chodników – i mijam je kolejno, jedną linę za drugą liną, jedną linię za drugą linią, a w dole jest chlupocąca czerń i płachty burego śniegu na łachach.

Kiedy tak przepowiadam sobie w głowie opowieść, kiedy tak znów przenoszę się do gabinetu i siedzę w nim, nad sernikiem i wypitą do połowy herbatą, muszę sobie wyobrazić tamtych dwoje prawie od zera. Ją mam teraz wprawdzie dokładnie przed sobą – drobną, ginącą prawie w wielkim fotelu­-uszaku, w zawiłych wzorach obicia, udającego renesansowe tapiserie – ale tamta była o czterdzieści, może czterdzieści pięć lat młodsza, z pewnością równie drobna, z włosami układającymi się w takie same burzliwe fale, jednak nieposiwiałe jeszcze, z twarzą zupełnie młodą i pewnie nieco „w stylu epoki”, choć nie ma mowy, żeby była jak te wszystkie Buby, Dzidzie i Lule; nie dla niewinnych czarodziejów ta poważna pani doktor z podwójną specjalizacją, choćby i młoda, choćby i w latach sześćdziesiątych. On jest zupełnym zmyśleniem. Zmarł, zanim jeszcze wprowadziliśmy się tutaj, znamy go z uwag rzucanych mimochodem: że jako starszy pan sam smołował łódź i z radością spędzał czas w spartańskich warunkach domku na Mazurach, do którego z całą premedytacją nie doprowadzali ani gazu, ani elektryczności, ani kanalizacji. Żadnych jednak zdjęć w ramkach na politurowanej komodzie, żadnych portretów. Choć w tym akurat wnętrzu portret byłby zupełnie na miejscu, choć zupełnie by nie raził w tym wnętrzu portret, nawet w złoconych ramach, nie byłby bowiem wykwitem nowobogackiej manii samoutrwalania się dla przyszłych pokoleń, ale logiczną konsekwencją tego gerydonu, tej patery, tego zegara, tej kanapy, tego żyrandola. Tych stiuków i tych parkietów, i tych drzwi z kryształowymi szybkami, które na naszym piętrze się nie zachowały, spłonęły do szczętu i zastąpione zostały powojenną byle­jakością, a tutaj lśnią, nietknięte, nieliźnięte płomieniem na tym wysokim piętrze. Portret byłby logiczną konsekwencją tego stołu i tej szafy, o których toczy się opowieść – ale nie ma go, nie ma żadnych fotografii, przynajmniej w tych pokojach, w których składamy sąsiedzkie wizyty. Więc i on nie ma twarzy – ten mąż sprzed trzydziestu, czterdziestu, może czterdziestu pięciu lat. Ale muszę sobie go wyobrazić, podobnie jak ją, podobnie jak miasteczko na Kujawach, z którego stół i szafa pochodzą, czy raczej: w którym zatrzymały się na chwilę, bo widać po nich, że ze znacznie głębszych rejonów czasu i przestrzeni się wzięły: szafa z wielkimi, łamanymi gzymsami, obwieszona dębowymi girlandami kwiatów i owoców, stojąca pewnie na pięciu nogach, jak nasze szafy gdańskie, ale wolna od wszelkiego zakłamania dziewiętnastowiecznych podróbek; szaleństwo gzymsów jest najzupełniej poważne, autentyczne, każda faseta wysklepionych płycin elegancka i proporcjonalna, mająca przy tym w sobie ten zadzior, ten pazur, po których od razu poznaje się meble robione przez dawnych rzemieślników. Musiała powstać tam, gdzie malowali Vermeer i de Hooch, i wtedy, kiedy malowali: rzetelna, holenderska robota. Tak samo stół, z nogami łamanymi wielokrotnie, jak skomplikowany model, jakaś stereometryczna zabawka, którą bawi się dzieci na olimpiadach matematycznych.

– …a zatem pochodzę, jak już panu mówiłam, z Krosina. Takie tam miasteczko, nic szczególnego, ale całkiem ładne. Nie wiem, czy odwiedził pan kiedyś Krosin. Nie? Ja tam jeżdżę co roku na te obchody rozstrzelań. Dużo teraz odnawiają w centrum, malują fasady, stawiają latarnie, niby stylowe, choć akurat te przedwojenne wyglądały inaczej. Wiem, bo dobrze je pamiętam. Dom mieliśmy w rynku, do dziś stoi, duża sień, z niej wejścia do dwóch części: jednej należącej do stryja, drugiej – do mojego ojca. Ojciec był rejentem, a stryj działał w ruchu spółdzielczym i te meble to po nim… Szafę dostała moja starsza siostra tuż przed wojną, w prezencie ślubnym, zabrała ją do Warszawy, stół został u nas w domu. Stryj zastrzelił się sam, kiedy weszli Niemcy, ojca Niemcy rozstrzelali po miesiącu, razem z resztą inteligencji miasta Krosin, stąd te obchody. W szkole mają nawet izbę pamięci, z takimi powiększonymi zdjęciami rozstrzelanych, ojciec też tam jest…Bok nr 2 – _SINNERMAN_ i _LOVE ME OR LEAVE ME_

Jeśli o mnie chodzi, całej Warszawy po tej stronie mogłoby nie być; mosty wchodziłyby w morze jako molo, Zamek Królewski stałby prawie na plaży, jak Grand Hotel w Sopocie, Łazienki jak Łazienki Południowe. No, ale jest. Więc biegnę i tą stroną, wzdłuż ulicy. Marzec, tu i tam leżą jeszcze płachty brudnego śniegu, ale zaczyna się już sezon ślubów i wieczorów panieńskich, suną dwa hummery­-limuzyny: biały, za nim czarny, coś się w środku kotłuje, coś przypuszczalnie dudni, ale przez słuchawki nie przechodzi; są tam pewnie zaprawieni marketingowcy albo dziumdzie z gwizdkami­-peniskami, albo inne jeszcze co gorszego i bardziej pijanego. Ostatki? Dziś ostatki, ale czy na ostatki wynajmuje się limuzynę? Może i się wynajmuje. Więc jadą, ja po jednej stronie jezdni, oni na środku, a po drugiej ciągnie się to długie zagłębienie, niecka, gdzie czerwonoarmiści tak długo stali w 1944, tak długo stali i machorkę palili, i pluli, i patrzyli na powstanie, aż udeptali ziemię głęboko na dwa metry.

A Nina Simone śpiewa o grzeszniku, który rozmawiał z rzeką, i który rozmawiał z morzem, i z diabłem, i z Bogiem, i każda nuta dudni w uszach i w stopach, uderzających o czerwone kostki Bauma rowerowej ścieżki; i to ona nadaje rytm tym przepowiadanym znów w głowie słowom.

– …wyrzucone z domu, uciekłyśmy z mamą obie do siostry, do Warszawy, zostawiając za sobą prawie wszystko, w tym ten nieszczęsny wielki stół z marmurowym blatem, stół po stryju, bo tego to już naprawdę nie było jak zabrać. Ale też mnóstwo innych rzeczy. Przyjechałyśmy tu prawie z pustymi rękami, przez całą wojnę gnieździliśmy się razem w tym małym mieszkanku: siostra, szwagier, jego matka, my dwie, niekiedy inni krewni czy znajomi, którzy nie mieli dachu nad głową, potem jeszcze mój siostrzeniec i siostrzenica…

Tu, między Świętokrzyskim a Śląsko­-Dąbrowskim, jest w miarę równo i pusto; czerwona ścieżka rowerowa, chodnik, w pół drogi zejście nad Wisłę, gdzie można sobie zbiec i wbiec znowu pod górę; można tam się cało­wać, jeśli biegnie się z kimś, z kim przyjemnie biec i przyjemnie się całować; można się wysikać, widziałem tam sikającego biegacza. Można też polecieć górą, obojętnie. Całe morze możliwości.

– …Powstanie wybuchło, kiedy miałam piętnaście lat. Niedawno przyszedł taki miły pan od deratyzacji, to zeszłam z nim do piwnicy, żeby mu otworzyć drzwi, i mówię, że ja do tych piwnic jestem przyzwyczajona, bo przecież w Powstaniu to tutaj się całe życie to­czyło, poprze­bijane były takie przejścia, szło się i szło, gorąco potwornie, tłumy ludzi. Potem, wiadomo, przez Pruszków… jak w końcu dotarłyśmy do Krosina, to wszystko było rozgrabione, jacyś nowi ludzie zakwaterowani w całym domu, nam dano taką klitkę na poddaszu. Może jeszcze sernika? – nie po to teraz biegnę, myślę w tej chwili, mijając po prawej kolumny i tympanon Komory Rzecznej, żeby wtedy brać drugi kawałek sernika! – W każdym razie stół został, bo jakoś widocznie żaden szabrownik nie mógł go dźwignąć; pomieszkałyśmy tam trochę na tym poddaszu, ale było to nie do wytrzymania. Zresztą musiałam skończyć porządną szkołę. Mama zadecydowała, że wracamy do Warszawy, gdzie mieszkanie siostry jakoś cudem się uchowało, łącznie z tą szafą. Nawet zamek miała niewyłamany. Ale stół już by się tam nie zmieścił, zostawiłyśmy go u chłopa pod Krosinem i tak się tu znowu znalazłam…

I schodami na górę, na most, bez tchu. Do tej bachowskiej solówki, którą Simone wygrywa tak, jakby wygrywała w pięknym stylu medal olimpijski, złoty, nie, platynowy!

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij