Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Historie Niesamowite - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
3 lutego 2026
9,00
900 pkt
punktów Virtualo

Historie Niesamowite - ebook

Zbiór opowiadań, w których granica między tym, co możliwe, a tym, co niemożliwe, zanika. Nawiedzone domy kryją tajemnice, przedmioty poruszają się same, duchy i niewytłumaczalne siły pojawiają się tam, gdzie się ich nie spodziewamy. Te historie zaskakują, niepokoją i pokazują, że świat jest pełen tajemnic, które mogą zdarzyć się naprawdę.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Mojemu mężowi

Za miłość, która codziennie mnie podnosi,

za cierpliwość, która pozwala mi wierzyć w siebie,

i za obecność, która sprawia,

że świat wydaje się bezpieczny i pełen nadziei.

Moim dzieciom

Za każdy uśmiech, który rozświetla mój dzień,

za niewinne słowa i gesty, które przypominają mi,

że szczęście tkwi w drobnych chwilach.

Wasza radość, ciekawość i odwaga uczą mnie,

czym naprawdę jest życie, a Wasza miłość daje mi siłę,

by tworzyć i marzyć.

Jesteście całym moim światem.Obietnica

Wrzesień w Błotnicy przywitał ich ostrym, wilgotnym powietrzem, które zdawało się nieść zapach starego drewna i zapomnianych cmentarzy. Adam i Wiktoria wjechali starą, zarośniętą lipami aleją, której pnie od lat nie widziały słońca. Droga była nierówna, a każde drgnięcie samochodu było jak protest ziemi, niechętnej nowym lokatorom. Dwór w Błotnicy stał na końcu drogi, wysoki, z murem z czerwonej cegły, której kolor dawno wypłowiał na rzecz melancholijnej szarości. Wyglądał jak statek, który osiadł na mieliźnie, gotów powoli zatonąć w gęstwinie zaniedbanego ogrodu. Adam, młody, ambitny architekt z Warszawy, zgasił silnik i uśmiechnął się, choć jego uśmiech wydawał się w tym otoczeniu zbyt jasny i nie na miejscu. Spojrzał na żonę, jej twarz, zwykle pełna ciepła, była teraz napięta i blada. Wiktoria dotknęła szyby, jakby chciała poczuć chłód, który bił od samego budynku. Nie odezwała się ani słowem od momentu, gdy zobaczyli zrujnowany dzwon przy bramie. Dla Adama był to zysk, plan, szybka renowacja i sprzedaż z pięciokrotnym przebiciem. Dla Wiktorii było to coś innego — miejsce, które natychmiast naruszyło cienką skórę jej wrażliwości.

— Ale Cisza — powiedział Adam, próbując rozładować napięcie.

— Prawdziwy spokój, kochanie. Żadnych sąsiadów, żadnych budzików. Raj dla pracy.

Wiktoria pokręciła głową, patrząc na ciemne, wysokie okna na piętrze.

— To nie jest spokój. To jest cisza, która krzyczy. Ten dom ma coś w środku.

Jego wzrok był pełen niecierpliwości, choć próbował go ukryć.

— Ma w sobie wilgoć, grzyb i fatalną instalację elektryczną, jesteś przemęczona. Wyciągamy walizki, robimy kawę i przestajesz opowiadać mi historie z filmów, dobrze?

Adam wysiadł i otworzył drzwi pasażera. Chłód uderzył Wiktorię. Schody prowadzące na werandę były popękane, a ciężkie, drewniane drzwi wejściowe, z kutym żelaznym herbem w kształcie splecionych węży, wydawały się oddychać wiekowym zmęczeniem. Kiedy Adam sięgnął po klucze, Wiktoria poczuła, jak jej serce zaczyna bić nierównym, rytmem. Jej wzrok zatrzymał się na niewielkim, okrągłym lusterku wiszącym na ścianie tuż obok drzwi. Było pokryte grubą warstwą kurzu, ale w kącie, który wydawał się nienaruszony, dostrzegła coś na kształt szybkiego, ciemnego cienia. Mrugnęła. Cień zniknął. To musiał być zmęczony umysł i strach. Wtedy usłyszała ciężki zgrzyt klucza w zamku, a drzwi, z jękiem, otworzyły się, wpuszczając do środka pierwszą falę kurzu, mroku i zimna. Dwór przywitał ich, gotowy przyjąć ich lęki i obrócić je przeciwko nim. Adam natychmiast zanurzył się w pracy, ignorując wrażenia. Rozstawił w salonie, pełnym przykrytych białym płótnem mebli, składane biurko i rozłożył plany pięter, zapalając jednocześnie przenośny halogen, który zdawał się tylko podkreślać ogrom i mrok pomieszczenia. Wiktoria natomiast czuła się w środku jak intruz. Każdy jej krok na parkiecie, pokrytym stuleciem kurzu, rezonował zbyt głośno.

— Muszę iść po resztę skrzyń — zarządził Adam, nie odrywając wzroku od schematów wentylacji. Odpocznij chwilę, postawiłem czajnik w kuchni, znajdziesz go na tymczasowym blacie.”

Kiedy Adam wyszedł, zamykając za sobą z hukiem masywne drzwi wejściowe, zapadła cisza, która była cięższa i bardziej dotkliwa niż wcześniej. Wiktoria poszła do kuchni. Było to ogromne, puste pomieszczenie z obłażącą farbą i metalowym zlewem, przy którym Adam postawił prowizoryczny blat z płyty OSB. Położyła na nim klucze do samochodu — srebrne, ciężkie i bardzo charakterystyczne. Chciała zacząć rozpakowywać walizkę, ale wewnętrzny przymus kazał jej najpierw otworzyć okno. Podważyła zardzewiałą klamkę i z wielkim wysiłkiem uchyliła framugę, wpuszczając do środka falę lodowatego, rześkiego powietrza. Wróciła do blatu i właśnie chwytała za czajnik, gdy jej wzrok padł na miejsce, gdzie leżały klucze. Kluczy nie było. Serce podskoczyło jej do gardła, a całe ciało przeszedł paraliżujący dreszcz. Była pewna, absolutnie pewna, że zostawiła je na samym środku drewnianej płyty. Rozejrzała się gorączkowo, mając wrażenie, że cała historia o duchach i zjawach, którą uważała za bajki, nagle skondensowała się w tym jednym, pustym miejscu. Spojrzała pod blat, za czajnik, a w końcu jej wzrok opadł na ziemię. Leżały na zimnym, kamiennym podłożu, tuż przy ścianie, niemalże schowane pod listwą.

Nie upadły — zostały odłożone.

Wiktoria schyliła się po nie ostrożnie, jakby spodziewała się ataku. Gdy dotknęła zimnego metalu, poczuła lekkie, szybkie mrowienie na dłoni, w tym samym momencie usłyszała niski, krótki dźwięk, który przypominał głębokie westchnienie tuż za jej plecami. Odwróciła się gwałtownie. Kuchnia była pusta, poza nią, czajnikiem i cieniem padającym z okna. Wycofała się powoli, nie spuszczając wzroku ze ściany, pod którą leżały. Strach, który odczuwała przy wjeździe, był teraz faktem — zimnym, niepodważalnym i aktywnie obecnym. To nie była wyobraźnia, to nie były drgania. To była intencja. Adam wrócił z dwoma ciężkimi skrzyniami. Zobaczył Wiktorię stojącą nieruchomo z kluczami w zaciśniętej pięści.

— Coś się stało? Masz minę, jakbyś zobaczyła ducha — zażartował, zrzucając skrzynie na podłogę.

Wiktoria, drżącym głosem, wskazała na blat i na miejsce, gdzie znalazła klucze. Opowiedziała o nich, o westchnieniu i o poczuciu, że nie jest sama. Adam podszedł do blatu, zmarszczył brwi, a potem się roześmiał, choć w jego śmiechu była nuta zakłopotania.

— Kochanie, blat jest krzywy. Przesunęły się, a ty jesteś tak spięta tym domem, że wszystko wydaje ci się paranormalne. To zwykła grawitacja, nic więcej.

Położył rękę na jej policzku, ale Wiktoria już wiedziała, że ani grawitacja, ani zmęczenie nie są w stanie wyjaśnić tego, co usłyszała i co zobaczyła. Wiedziała, że weszli do miejsca, w którym logika Adama ma zostać niebawem zmiażdżona przez coś, co od dawna czekało w murach. Wiktoria, choć uspokojona siłą logiki, nie mogła pozbyć się poczucia lodowatej obserwacji. Zdecydowała, że najlepszym sposobem na odwrócenie uwagi jest rozpoczęcie prac porządkowych. Adam tymczasem, zaintrygowany planem zagospodarowania przestrzeni, postanowił zbadać bibliotekę, ogromne pomieszczenie na parterze, które miało stać się jego gabinetem. Biblioteka pachniała starością, kurzem i niezliczonymi historiami. Wzdłuż ścian stały regały pełne tomów, których grzbiety popękały od wilgoci. Adam, szukając gniazdka do podłączenia ładowarki, zaczął przesuwać kilka stosów książek, które w ogóle go nie interesowały — poezja, botanika, stary rocznik gazety z lat dwudziestych. dwudziestego wieku. Wtedy zauważył, że jeden z regałów, w kącie pomieszczenia, wydaje się przesunięty, a jego tylna ściana ma inny kolor drewna. Ujął brzeg półki i pchnął. Zgrzyt starego metalu i drewna był głuchy i przeciągły. Regał obrócił się, odsłaniając ciasną wnękę w ścianie. Adam, z natury inżynier i łowca ukrytych skarbów, zapalił latarkę w telefonie i zajrzał do środka. Wnęka była niska i brudna, a w jej wnętrzu, na wysokości wzroku, wisiał niewielki, owalny portret. Nie był to wizerunek właściciela dworu ani eleganckiej damy. Na Adama patrzył mężczyzna o surowej twarzy, odziany w coś, co przypominało szarą, służbową kamizelkę. Miał mocno zaciśnięte usta, a jego oczy, choć namalowane przed dekadami, zdawały się emanować złośliwą, nieprzejednaną lojalnością. To nie był portret, który wisiałby w salonie — to był wizerunek kogoś ważnego dla samego domu, nie dla rodziny. Stróża, portiera, kogoś, kto uważał się za gospodarza tego miejsca. Adam zdjął portret. Z tyłu, na spróchniałej ramie, kredą widniał jeden napis, nieczytelny i stary, ale Wiktoria, która weszła w tym momencie, odczytała go bez problemu,

„Jędrzej. I data — rok tysiąc dziewięćset dwudziesty” — wyszeptała, odsuwając się nieznacznie, zafascynowana i przerażona jednocześnie. W tej samej wnęce leżała mała, oprawiona w skórę książeczka. Adam ją podniósł. Nie był to dziennik, ale spis inwentarza, a na ostatnich stronach, ręcznym pismem, dodano szereg notatek, które nie dotyczyły mebli. Były to stronice wycięte z gazet i wklejone niechlujnie. Adam włączył światło w bibliotece i pochylił się nad nimi, krótkie doniesienia o tajemniczych, niewyjaśnionych zdarzeniach w okolicy,

„Zaginął syn właściciela ziemskiego z Błotnicy — sprawa umorzona z powodu braku świadków.”

„Pożar w majątku Rosickich. Podejrzewa się podpalenie, lecz bez dowodów.”

„Tajemnicza śmierć miejscowego komornika — upadek ze schodów?”

Obok każdego artykułu ktoś, prawdopodobnie Jędrzej, dopisał jedno, to samo słowo: „STRAŻ”. Wiktoria, patrząc na portret, poczuła, jak chłód z Dworu staje się nagle gorący i osobisty. Portret Jędrzeja, Stróża, patrzył na nią, a jego oczy, ukryte przez dekady w ścianie, wydawały się teraz triumfować. Oboje wiedzieli: znaleźli klucz do historii Dworu. I ten klucz był związany z przemocą i tajemnicą, którą ktoś chciał ukryć i której ktoś chciał strzec. Blask w salonie zgasł równie nagle, jak się pojawił. Zastąpiła go głucha cisza, która była gorsza od hałasu. Adam złapał Wiktorię za rękę. Dłoń miała lodowatą, ale jej uścisk był silny.

— Wychodzimy stąd. Natychmiast — krzyknął Adam, zrzucając z siebie resztki pozornego spokoju.

Odnalezienie Jędrzeja i jego tajemnicy sprawiło, że to „coś” stało się realne i wściekłe. Musieli wydostać się z Dworu, ale jedynym wyjściem były masywne, dębowe drzwi frontowe. Adam, kierowany instynktem, zignorował lęk i pobiegł do drzwi sypialni. Otworzył je, a jego latarka (która w końcu odnalazła się na podłodze, jakby po prostu stoczyła się ze stolika) przecięła mrok korytarza. Korytarz był pusty. Ale na samej podłodze, tuż przed progiem sypialni, leżało coś, co sprawiło, że Adam cofnął się gwałtownie: ciemny, okrągły kawałek drewna, wyrwany z sufitu lub belki, który leżał tam jak zostawiony w pośpiechu podpis.

— To był on — wyszeptała Wiktoria, przytulając się do framugi. „To on robił ten hałas”

Adam pobiegł. Wiktoria podążyła za nim, czując na plecach lodowaty oddech. Latarka tańczyła na ścianach, oświetlając kurz i mrok. W końcu dotarli do holu. Drzwi frontowe, masywne i ciężkie, stały przed nimi, obiecując wolność i bezpieczeństwo. Adam chwycił za rygiel. Rygiel ani drgnął. Wściekle pociągnął mocniej, potem szarpnął. Klucz, który zostawił w zamku, obracał się swobodnie, ale drzwi były zablokowane od środka — jakby ktoś docisnął do nich szafę lub kredens. Ale w pustym holu nie było niczego, co mogłoby blokować wyjście.

— Co jest?! — krzyknął Adam, jego głos odbił się echem w pustce i po raz pierwszy poczuł prawdziwą panikę. Zaczął szarpać za rygiel z całej siły, próbując go wyrwać.

W tym samym momencie, Wiktoria włączyła latarkę w swoim telefonie i oświetliła ciemny kąt holu. Tam, na podłodze, przykryta grubym, białym płótnem, stała ogromna, mahoniowa szafa, przykryta płótnem. Gdy spojrzeli, na płótnie, w miejscu, gdzie prawdopodobnie była klamka, pojawiło się wgłębienie, jakby niewidzialna siła wcisnęła je, aby usztywnić blokadę. Szafa, której nie było w tym miejscu, została przesunięta z ogromną siłą, w poprzek drzwi.

— Adamie, patrz! — Wiktoria wskazała na wgłębienie.

Adam spojrzał i nagle zrozumiał. Jędrzej, Stróż, nie chciał ich zabić; on chciał ich uwięzić. Chciał ich psychicznie wykończyć, zanim zostawią go w spokoju z jego sekretem. Wiktoria dotknęła jego ramienia, a w jej oczach, odbijających światło latarki, widać było łzy i przerażenie.

— On nie chce, żebyśmy wyszli… Jesteśmy sami. Jesteśmy uwięzieni.

Adam odsunął się od drzwi, spojrzał na szafę, a potem na szerokie, ciemne schody prowadzące na piętro. Wiedział już, że nie jest to problem architektoniczny, który rozwiąże ołówkiem. To była walka, której stawką było ich zdrowie psychiczne i być może życie. Uwięzieni w holu, za zablokowanymi drzwiami i poczuciem osaczenia, cofnęli się w głąb Dworu. Adam, szukając jakiegokolwiek alternatywnego wyjścia, prowadził Wiktorię z powrotem do salonu — jedynego miejsca, gdzie zdołali postawić prowizoryczne schronienie.

— Musimy zyskać na czasie, powiedział Adam, jego głos był teraz szorstki od adrenaliny. „Pójdę szukać innego wyjścia, może piwnica… Musisz tu zostać, przy telefonie.

— Jeśli tylko znajdę sygnał…

Wiktoria pokiwała głową, ale jej oczy były utkwione w mrocznych głębiach korytarza. Cisza, która znów nastała, była nienaturalna — nawet szelest liści na zewnątrz ucichł, jakby cały świat wstrzymał oddech, czekając na ruch Stróża. Adam zniknął za zasłoną z kurzu, idąc w stronę bocznego skrzydła, zostawiając Wiktorię samą w ogromnym, ciemnym salonie. Usiadła na podłodze, plecami do ściany, trzymając telefon tak, jakby był jedyną tarczą przed mrokiem. Czuła, że ciężar murów Dworu przygniata ją, że są one nie tylko z cegieł i zaprawy, ale także z wiekowych lęków i złości Jędrzeja.

Wtedy to się stało.

Na przeciwległej ścianie, tej najgrubszej i najbardziej masywnej, która nie miała żadnych drzwi ani okien, pojawiła się ledwo widoczna, smuga cienia. Nie była to plama światła rzucana przez latarkę ani ruch kurzu. Była to esencja czerni — gęstsza niż otaczający mrok. Wiktoria zamarła. Cień powoli zaczął się kształtować. W ciągu kilku sekund, na idealnie płaskiej powierzchni ściany, uformowała się sylwetka mężczyzny — wysoka, wychudzona, z dłońmi opartymi o niewidzialną powierzchnię. Wyglądał jak płaski, czarny obraz, ale Wiktoria wiedziała, że to nie jest obraz. To było coś, co było wewnątrz ściany. Postać, której nie można było opisać jako przezroczystej, lecz jako zmaterializowaną pustkę, zaczęła się przesuwać. Z jej postawy biła emanacja wściekłości i pogarda. Wiktoria, sparaliżowana, mogła jedynie patrzeć, jak sylwetka Stróża, Jędrzeja, przesuwa się w poprzek muru. Było to powolne, majestatyczne, celowe. Zjawa, ignorując fizyczną barierę, przechodziła przez ścianę, jakby była dymem lub wodą, poczuła, jak jej umysł odmawia współpracy, ten widok łamał całą jej percepcję rzeczywistości. Gdy Stróż dotarł do środka ściany i jego sylwetka była tylko połowicznie widoczna, Wiktoria w końcu odzyskała zdolność do ruchu. Wydobyła z siebie przenikliwy, gardłowy krzyk, który odbił się echem w pustych pomieszczeniach Dworu. Skuliła się w rogu, zatykając uszy, próbując wymazać z pamięci widok Jędrzeja, który właśnie dokończył swoje przejście przez ścianę. Adam usłyszał ten krzyk. Zostawił poszukiwania i pędził z powrotem, jego latarka chwiała się nerwowo. Znalazł Wiktorię skuloną, jej ciało drżało w spazmatycznym szlochu, a jej wzrok był pusty, utkwiony w miejscu na ścianie.

— On przeszedł… Adam, on przeszedł przez ścianę… W środku… on tam jest… mamrotała Wiktoria, jej głos był złamany, a słowa były bełkotliwe.

Adam objął ją mocno, patrząc na ten sam fragment ściany. Nie widział nic, ale wiedział. Skoro meble się przesuwały, to i to było prawdą. Jego silna, racjonalna żona była na skraju załamania nerwowego, a on sam czuł, jak jego logiczny świat rozpada się na kawałki. Uściskał ją, szepcząc bezsilne słowa pocieszenia, a nad nimi, w górze, usłyszał cichy, suchy szmer — jakby ktoś bardzo stary i bardzo zadowolony z siebie przeciągnął palcem po zakurzonym drewnie. Stróż osiągnął swój cel: Adam i Wiktoria byli psychicznie wyczerpani i gotowi do uległości. Adam, pomimo własnego strachu, działał teraz z chłodną, inżynierską determinacją. Wiktoria, wyczerpana, spała niespokojnie w prowizorycznym łóżku w salonie, owinięta w koce. Adam czuł się odpowiedzialny za to, że sprowadził ją do Dworu. Próby wydostania się z Dworu — wyważenie zablokowanych drzwi, szukanie ukrytych wyjść — zawiodły. Drzwi wejściowe, zablokowane od wewnątrz przez niewidzialną siłę Stróża, były nie do ruszenia. Wobec tego, Adam musiał zmienić strategię: jeśli nie może uciec siłą, musi uciec wiedzą. Wrócił do biblioteki, miejsca, w którym znalazł portret Jędrzeja i wycinki prasowe. Tym razem nie szukał gniazdek, lecz informacji. Pośród tomów o botanice i historycznych almanachów, odnalazł książkę, której grzbiet był częściowo zjedzony przez mole: „Historie z Okolic Błotnicy — Niewyjaśnione Zdarzenia 1890—1930”. Siedząc pod migoczącym światłem latarki, Adam przewertował pożółkłe stronice. Trafił na rozdział zatytułowany:

„Klątwa Stróża: Sprawa Zaginięcia Młodego Dziedzica”.

Tekst opisywał, jak przed ponad stu laty, dziedzic Dworu — osiemnastoletni Julian — zaginął bez śladu. Podejrzewano, że uciekł lub został porwany, ale ciało nigdy się nie odnalazło. W tekście wymieniono osobę, która była najbardziej lojalna wobec Juliana: Stróża Dworu, Jędrzeja. Artykuł sugerował, że Julian miał romans z młodą służącą, co było absolutnie zabronione przez ówczesnego, surowego właściciela. Kluczowy fragment brzmiał:

„…Jędrzej, stróż dworski, znany ze swojej bezgranicznej, choć mrocznej lojalności wobec młodego Juliana, miał zostać ostatnim, który go widział. Plotki głosiły, że Jędrzej pomógł młodemu panu ukryć się przed gniewem ojca. Jędrzej zmarł w 1919 roku, rzekomo na serce. Od tego czasu, Dwór pozostaje ‘ciężki’ i niechętny nowym właścicielom.”

Adam zrozumiał. Jędrzej nie był duchem szukającym zemsty za własną krzywdę — był strażnikiem, który wziął na siebie śmiertelnie poważnie przysięgę złożoną młodemu panu. Jego blokada drzwi — to wszystko było celowym działaniem mającym na celu odstraszenie intruzów. W miarę czytania, podłoga zadrżała. To nie było kołysanie, lecz jedno, ciężkie, głuche uderzenie dochodzące z piwnicy, prosto pod podłogą biblioteki. To uderzenie było jak kropka nad „i”. Stróż wiedział, że Adam odkrywa jego sekret. Wiktoria wbiegła do biblioteki, jej oczy były szeroko otwarte, ale tym razem bez łez. Adam pokazał jej książkę. „Sekret Dworu to nie śmierć, Wiktorio. Jędrzej ukrył swojego pana, Juliana, a my, wchodząc tu, naruszyliśmy jego „straż”. Musimy znaleźć Juliana — albo dowód, co się z nim stało. To jest jedyny sposób, żeby Jędrzej nas wypuścił. Złożył przysięgę.”

Adam podniósł latarkę i spojrzał na podłogę. Uderzenie przyszło z dołu, z piwnicy. Piwnica była jedynym miejscem, którego nie zbadał, a które mogło skrywać to, co Jędrzej strzegł przez sto lat. Wejście do piwnicy znajdowało się pod starą, masywną klapą w spiżarni, tuż obok kuchni. Klapa była ciężka i zastawiona starymi słoikami. Gdy Adam odepchnął zardzewiały zasuw, w powietrze uderzył zapach stęchlizny, wilgotnej ziemi i czegoś, co przypominało skwaśniałe, perfumy. Schody, pokryte pleśnią, były strome i niestabilne. Adam zszedł pierwszy, z latarką w dłoni, która ledwo przebijała się przez gęsty mrok. Piwnica była labiryntem niskich, kamiennych pomieszczeń, z których każde wydawało się zimniejsze od poprzedniego. Wiktoria, choć drżała, szła za nim, wiedząc, że tylko rozwiązanie zagadki da im szansę na przetrwanie.

— Musimy szukać miejsca, gdzie ktoś mógłby się ukryć… albo zostać ukryty — szepnął Adam.

Weszli do najdalszego, najniższego pomieszczenia. Było niemal całkowicie zablokowane przez stosy gruzu i starych desek. Wtedy Wiktoria zauważyła, że jedna ze ścian, choć pokryta wapnem i pleśnią, miała inny, subtelnie jaśniejszy odcień.

— Adam, ta ściana, Wygląda jakby została zamurowana później niż reszta.

Adam podszedł. Przesunął dłonią po zimnej powierzchni. Za tą ścianą znajdowała się mała wnęka, idealnie ukryta. Wiedział, że dotarli do celu. W tej samej chwili, w której dotknął muru, zgasły obie latarki. Latarka Adama upadła na ziemię, wydając cichy brzęk. Zostali w absolutnej, przygniatającej ciemności. Wiktoria krzyknęła, a Adam poczuł, jak powietrze wokół nich gwałtownie się oziębia, do temperatury, która zdawała się wysysać ciepło z ich kości. Usłyszeli go. Był blisko. W ciemności, z głębi piwnicy, rozległ się niski, przeciągły szept. Nie był to szept, który by coś mówił; to był szept złości i ostrzeżenia.

„STRAŻ…”

Adam, pomimo paraliżującego lęku, wiedział, że musi działać. Sięgnął po kawałek żelaznego pręta, leżącego w gruzie. Wymierzył cios w najsłabszy punkt zamurowanej ściany. Uderzył raz, potem drugi, wściekle, uwalniając frustrację i strach. Wapno i cegły ustąpiły z głuchym trzaskiem. W momencie, gdy mur pękł, a na ziemię opadły pierwsze kawałki zaprawy, powietrze w piwnicy dosłownie eksplodowało wściekłością. Adam poczuł potężne, niewidzialne pchnięcie, które odrzuciło go na stos gruzu. Na Wiktorię, która stała tuż obok dziury w ścianie, spadł z sufitu ciężki, zardzewiały łańcuch. Uderzenie było celowe, kierowane. Adam, oszołomiony, zobaczył, jak Wiktoria zwija się z bólu, a łańcuch kołysze się nad nią, jak wahadło.

— To koniec! Odchodzimy! Zostaw nas w spokoju! — krzyknął Adam, celując prętem w pustkę.

W świetle księżyca wpadającym przez mikroskopijne okienko piwniczne, Wiktoria, ocierając krew z czoła, oświetliła małą wnękę telefonem. Adam podszedł i zajrzał. Wewnątrz, na stosie słomy, stała mała drewniana skrzynka.

A tuż obok niej — ludzki szkielet. Niekompletny, przysypany ziemią.

W skrzynce Adam znalazł list. Był to list od Juliana, pisany do służącej, datowany na dzień jego zniknięcia. Julian pisał, że wie, iż Stróż go ukryje i że Jędrzej jest jego jedynym powiernikiem. Ale ostatni dopisek, zamazany atramentem, był inny. Były to drżące, starsze litery:

— Jędrzej… nie… wrócił…

Adam spojrzał na szkielet. Julian, ukryty przez lojalnego Stróża, został zamurowany żywcem, Stróż Jędrzej zmarł, nie zdążywszy go uwolnić.

Przysięga Jędrzeja brzmiała: strzec, dopóki Julian nie będzie bezpieczny. Julian już nigdy nie miał być bezpieczny. W momencie, gdy Adam odłożył list, poczuł, jak cios łapie go za ramię. Adam szarpnął się, a na jego ramieniu, pojawił się ciemny, siny odcisk dłoni, tak realny, jakby uderzyła go fizyczna, martwa ręka Stróża. Adam, z bolącym ramieniem i zszokowaną Wiktorią, która kurczowo trzymała list Juliana, wydostał się z piwnicy. Powrót do salonu był chaotyczny. Wiedzieli, że czas się kończy; gniew Stróża był teraz namacalny i skierowany bezpośrednio przeciwko nim. Adam spojrzał na Wiktorię.

— On nas nie wypuści, dopóki ktoś nie powie mu, że może odejść.

— Ale kto? — wyszeptała Wiktoria. „Julian nie może. A my nie mamy nad nim władzy.”

Adam uświadomił sobie, że Jędrzej nie jest zły; jest tylko fanatycznie lojalny. Jego przysięga polegała na strzeżeniu sekretu i ukrytego dziedzica. Musieli udowodnić Stróżowi, że jego misja się zakończyła. Spojrzał na portret Jędrzeja, który nadal stał oparty o ścianę w salonie.

— Musimy go uwolnić — powiedział Adam, a jego głos, choć drżał, był pełen determinacji.

— Wiktoria, przynieś ten portret i ten list. Teraz!

Wiktoria, niemal w stanie transu, przyniosła portret Stróża i zniszczony, pożółkły list Juliana. Adam wziął do ręki stary, znaleziony w piwnicy, zardzewiały nóż. Stanął na środku salonu, trzymając portret Stróża. Wiktoria, trzymając w drżącej dłoni list, stanęła tuż obok. Atmosfera była gęsta, a temperatura spadała tak drastycznie, że z ich ust wydobywała się para. Wiedzieli, że Stróż jest w pokoju, obserwuje i czeka.

— Jędrzeju! — krzyknął Adam, a jego głos rozniósł się jak uderzenie dzwonu. — „Julian nie żyje! zmarłeś, zanim go uwolniłeś!”

W odpowiedzi, wszystkie lampy w salonie, które Adam zdołał podłączyć, zaczęły migać w szybkim, histerycznym rytmie. Z kuchennego blatu zleciały wszystkie słoiki i garnki, rozbijając się o kamienną podłogę z ogłuszającym hukiem. Jędrzej był wściekły, zaprzeczał prawdzie. Wiktoria, w geście desperacji, wyciągnęła list Juliana, którego słowa zapisane były na końcu: „Jędrzej… zamknął… i… nie… wrócił…”

— Przeczytaj to, Jędrzeju! — krzyknęła Wiktoria. — To jest jego świadectwo! Twoja straż się skończyła!

— Złamałeś przysięgę, umierając!

W tym momencie, portret Stróża, który Adam trzymał, zaczął drżeć w jego dłoniach. Z oczu na płótnie, tych nieprzejednanych oczu, popłynęły dwie ciemne smugi — jak łzy, tylko gęstsze i czarniejsze. W salonie rozległ się dźwięk, który nie był krzykiem ani szeptem, ale głębokim, straszliwym jękiem rozpaczy — to był Jędrzej, który w końcu przyjął prawdę o swoim stuletnim błędzie. Nagle, uderzenie przeszło przez Dwór. Nie było to uderzenie złości, ale uwolnienia. Adam i Wiktoria usłyszeli w holu, tuż przy drzwiach frontowych, przeciągły, potężny zgrzyt przesuwanej mahoniowej szafy, która blokowała im wyjście. Drzwi Dworu w Błotnicy, z jękiem, otworzyły się same. Wiktoria i Adam spojrzeli na portret. Smugi na oczach Stróża zniknęły, a jego wizerunek, choć nadal surowy, teraz był spokojny, pusty, jakby opuściła go cała energia. Adam upuścił portret, który rozbił się o podłogę.

— Uciekajmy! — krzyknął Adam.

Chwycili plecaki, list Juliana i rzucili się w stronę drzwi, które stały otworem. Wybiegli na chłodne, wrześniowe powietrze. Ucieczka była chaotyczna i szybka. Nie patrzyli za siebie, biegnąc przez aleję lipową, nie zważając na to, że Dwór stał teraz cicho i niegroźnie, z otwartymi na oścież drzwiami. Dotarli do samochodu, który Adam odpalił z drżącymi rękami. W ciągu kilku minut, Dwór w Błotnicy zniknął w lusterku wstecznym, stając się jedynie mroczną plamą w porannym mroku.

Minęły dwa miesiące.

Adam i Wiktoria osiedlili się tymczasowo w małym mieszkaniu w centrum miasta. Dwór sprzedali po skandalicznie niskiej cenie. Adam zrezygnował z kariery architekta-spekulanta i zaczął pracować jako konsultant. Wiktoria nadal malowała, ale jej sztuka stała się ciemniejsza, bardziej skupiona na cieniach i zarysach niewidzialnych postaci. Nigdy nie rozmawiali o Dwór, starając się zapomnieć o Jędrzeju i Julianie. Pewnego zimowego wieczoru, gdy pierwszy śnieg padał za oknem, Wiktoria sprzątała salon odsuwając na chwilę mały, dywanik, by odkurzyć podłogę, nagle zastygła w bezruchu. Adam, widząc jej nieruchomą sylwetkę, odłożył gazetę.

— Wiktoria? Coś nie tak?

Wiktoria powoli wskazała na jasną, drewnianą podłogę. Tam, w miejscu, gdzie jeszcze sekundę wcześniej leżał dywanik, odznaczony był ślad. Nie był to ślad brudu ani kurzu. Był to idealny, ciemniejszy zarys — jakby jakaś substancja trwale odbarwiła drewno. Był to obrys portretu. Dokładnie taki sam kształt, jaki miał portret Jędrzeja, Stróża, który rozbił się o podłogę w Dwór w Błotnicy. Adam wstał i podszedł bliżej. W środku tego ciemnego obrysu, w miejscu, gdzie na portrecie znajdowały się oczy Stróża, na podłodze, dostrzegł dwie czarne plamki — smugi łez, które zniknęły z obrazu w momencie jego uwolnienia. Nie były to plamki farby, lecz trwale, niewytłumaczalnie wchłonięta w drewno esencja mroku

Ślad Stróża Jędrzeja.

Wiktoria odsunęła się, jej oddech stał się płytki. „Myślałam, że to koniec. Że Dwór nas uwolnił…”

Adam, patrząc na zarys, zrozumiał. Stróż nie był przywiązany do samego Dworu — był przywiązany do sekretu i przysięgi. Uwolnili go od przysięgi i od konieczności strzeżenia grobu Juliana. Ale jego obecność, jego ślad, był teraz częścią ich życia. Zabrane z Dworu przerażenie, strach i mroczna energia Stróża przylgnęły do nich. Zaciągnęli na ten ślad dywanik, ale wiedzieli, że to nie jest rozwiązanie. Że Dwór w Błotnicy ich wypuścił, ale nie puścił. Strach, który poznali, był teraz z nimi. Adam objął żonę, ale nie był to uścisk pocieszenia, lecz solidarności w obliczu niewidzialnego zagrożenia. Spojrzał na Wiktorię, a jego głos był cichy, ale pełen nowej, gorzkiej wiedzy:

— Nie zniknie. Po prostu teraz… patrzy z innej ściany.Lustro

Julian Radosz wierzył w fizykę, w chemię i w to, co jego palce mogły zweryfikować, w gęstość starego dębu, w reakcje utleniania żelaza, w strukturę szkła na poziomie molekularnym. Cała reszta — przeczucia, aury, klątwy i opowieści o duchach — była dla niego co najwyżej uroczym folklorem, narzędziem marketingowym do podbijania ceny zabytków. Sam był ekspertem w dziedzinie konserwacji, mistrzem w przywracaniu przedmiotów do ich pierwotnej, materialnej chwały. Kiedy zadzwonił do niego agent nieruchomości z ofertą pracy, Julian ziewnął. „Chodzi o lustro,” usłyszał w słuchawce chłodny, profesjonalny głos. „Ogromne. dziewiętnastowieczne. Posiadłość Blackwood. Potrzebujemy pana ekspertyzy, aby potwierdzić autentyczność ramy — jest podobno dziełem jakiegoś flamandzkiego rzeźbiarza. Klient musi mieć pieczęć fachowca przed wystawieniem na aukcję.” Nazwa Blackwood wywołała w jego umyśle jedynie geometryczny obraz: odległa, gotycka ruina, którą widział na mapach jako dużą, samotną plamę w lesie. Przyjął zlecenie bez emocji, jak kolejne równanie do rozwiązania. Jazda do posiadłości zajęła mu pół dnia, a im bliżej celu, tym gęstsza stawała się mgła. Dom, stojący na szczycie niewielkiego, pokrytego głazami wzniesienia, jawił się jako szara, ponura masa, którą otaczały poskręcane, nagie drzewa. Nie było w nim nic urokliwego, nic, co przypominałoby romantyczną scenerię. Był tylko chłód i beznadzieja. Drzwi otworzył mu dozorca — starszy, milczący człowiek o oczach tak zmęczonych, jakby widział zbyt wiele stuleci.

— Pan Radosz? Po ten zły kawałek szkła? wymamrotał dozorca, a jego słowa rozpłynęły się w wilgotnym powietrzu. Julian poprawił teczkę pod pachą.

— Po lustro, tak. I po ramę.

Dozorca skinął głową i poprowadził go przez labirynt korytarzy, w których powietrze stało nieruchomo i cuchnęło stęchlizną, woskiem i czymś, co przypominało gnijący fiołek. W końcu dotarli do pomieszczenia na piętrze — sypialni albo saloniku — którego jedynym meblem i centrum było to, czego Julian szukał. Stając w progu, Julian musiał przyznać, że skala go zaskoczyła. Nie było to zwykłe lustro; była to niemal ściana ze szkła, masywna, o wysokości prawie trzech metrów, osadzona w ramie, która sama w sobie była dziełem sztuki. Heban, w którym rzeźbiarz wyrył skomplikowane motywy liści akantu i groteskowych twarzy, był tak czarny, że wydawał się absorbować całe światło wpadające przez zakurzone, wysokie okna. Sama tafla zwierciadła była jeszcze bardziej niepokojąca. Nie odbijała światła, a pochłaniała je. Powierzchnia była ciemna, niemal matowa, jakby nie wykonano jej ze współczesnego, jasnego szkła, ale z zamrożonego, gęstego dymu. Nie dawało to wrażenia przejrzystości, lecz głębi — jakby patrzyło się nie na odbicie, ale w głąb studni wypełnionej smołą. Julian odsunął dozorcę, który stał zbyt blisko, mamrocząc o „spojrzeniu pani Eleonory”, i podszedł do lustra. Wyjął z torby bawełniane rękawiczki i założył je z pedantyczną precyzją, dbając o to, by ani gram brudu nie przeszedł na starą powierzchnię. Jego ręka wzniosła się. Zanim jednak dotknął ramy, poczuł… chłód. Nie był to chłód pokoju, ale inny, przenikliwy, który zdawał się promieniować z samego lustra. Mimo to, położył palce na rzeźbionym hebanie. Pod dotykiem rękawiczki poczuł delikatne wibracje. Nie było to trzęsienie budynku ani dźwięk; był to subtelny, niemal niesłyszalny szmer, jakby tysiące drobnych owadów trzeszczało wewnątrz drewna. Julian cofnął dłoń. Przyjrzał się ramie pod światło swojej latarki. Nie znalazł nic — żadnych pęknięć, żadnych termitów, żadnego ruchu.

— Starość, powiedział do siebie, a jego głos był głośny w pustym pokoju. „Stare drewno zawsze się rozszczepia. Włókna pracują.

Rozstawił swój stół roboczy, zorganizował narzędzia: mikroskopy, skalpele, pędzle, środki konserwujące. Włączył przenośną lampę oświetlającą ramę mocnym, laboratoryjnym światłem. Zignorował dozorcę, który wycofał się pośpiesznie, zostawiając Juliana samego na pastwę ciemności i szkła. Zaczął pracę od ramy, skrupulatnie badając każdy zakamarek. Z każdą godziną spędzoną w ciszy i zapachu stęchłego drewna, Julian czuł, jak jego sceptycyzm walczy z dziwnym poczuciem obserwacji. Ilekroć odwracał się, by sięgnąć po narzędzie, wydawało mu się, że słyszy cichy stuk, a kiedy wracał do pracy, znajdował coś nie tak. Najpierw jego precyzyjny nożyk, który zostawił obok kuwety, leżał teraz na jej środku. Potem mały pędzel do złoceń był przesunięty, jakby ktoś, kto nie ma palców, pchnął go dłonią.

— Przeciąg, mruknął Julian, choć okna były zaryglowane.

Spojrzał w lustro. Jego własne odbicie było tak przytłumione i blade, że ledwo je widział, pochłonięte przez ciemną taflę. W tym momencie jego serce wykonało mimowolny, dziwny skurcz. Przez chwilę, ledwie ułamek sekundy, zanim jego mózg zdążył skorygować obraz, wydawało mu się, że w odbiciu jest jeszcze jedna osoba. Kobieta. Stojąca tuż za nim, w ciemnej, staromodnej sukni. Gwałtownie odwrócił się. Pustka. Tylko zakurzone ściany i cień jego lampy. Wrócił do lustra. Patrzył prosto w swoje odbicie, szukając jakiejkolwiek anomalii. Lustro odbijało jedynie jego zmęczoną, zaniepokojoną twarz. Julian przetarł oczy. „Za dużo kofeiny, za mało snu,” szepnął. Przez moment, ułamek ułamka sekundy, to, co zobaczył, nie było fatamorganą — było żywe, choć martwe. I miało oczy skierowane nie na niego, ale na powierzchnię lustra. Nie był typem człowieka, który łatwo daje się wyprowadzić z równowagi. Zamiast panikować po dziwnym widzeniu w lustrze, podjął racjonalną decyzję: podwoił dawkę pracy i postanowił udowodnić sobie, że zjawiska, których doświadcza, mają podstawy fizyczne — skurcz drewna, zła wentylacja, zmęczenie optyczne. Zaczął od dokładnego zinwentaryzowania wszystkich swoich narzędzi, zapisując ich położenie na szkicu, jak czynił to podczas prac archeologicznych. Mimo jego pedantycznej precyzji, chaos tylko narastał. Rankiem trzeciego dnia, miniaturowa, szklana fiolka z rozpuszczalnikiem, którą zostawił stabilnie stojącą na drewnianym blacie, leżała przewrócona na podłodze. Co gorsza, znalazł w niej pęknięcie, ale bez śladów upadku — jakby została zgnieciona bokiem. Nie było tam przeciągu, ani zwierzęcia, które mogłoby to zrobić. Julian poczuł irytację, która szybko przerodziła się w niepokój. Postanowił skupić się na polerowaniu samej tafli lustra, co wymagało zbliżenia się do niej na odległość ręki. Im bliżej pracował, tym intensywniej czuł chłód, nie lokalny, ale taki, który zdawał się wysysać ciepło z kości, niezależnie od grubości jego swetra.

Wtedy zaczęły się ciche szepty.

Były tak delikatne, że początkowo Julian myślał, że to szum krwi w uszach. Potem rozpoznał w nich rytmiczność. To był damski głos, cichy, suchy i pełen niewyrażalnego smutku, dochodzący jakby zza szkła lub z wnętrza ramy. Słowa były niezrozumiałe, ale intonacja klarowna: tęsknota i rozpacz. Julian przyłożył ucho do lustra, czując zimno przenikające przez ubranie. Szum ustał. Odwrócił się, wziął głęboki oddech i znowu się odwrócił. W tym momencie, na tafli, tam, gdzie jego oddech skroplił się na szkle, zobaczył wyraźny, ale szybko znikający ślad palca. Był on zbyt duży, by należał do niego. Tego wieczoru Julian, ignorując narastający niepokój, postanowił sprawdzić coś, co nazwał w myślach „Hipotezą Tłumu Wizualnego”. Chciał udowodnić, że jego mózg, zmęczony skupieniem, tworzy iluzje z przypadkowych plam i cieni. Użył światła, które rzucało minimalne cienie. Gdy ponownie spojrzał w taflę, czekając na iluzję, zobaczył kobietę. Tym razem nie była to przelotna aparycja, ale stabilne, choć wciąż przyćmione odbicie stojące tuż obok jego własnego. Miała twarz naznaczoną melancholią i pięknem minionej epoki. Ubrana była w koronkową suknię, a na jej szyi wisiał naszyjnik, którego kamienie wydawały się pochłaniać światło. To, co było najbardziej niepokojące, to fakt, że jej odbicie było statyczne, nieruchome, stała na tle pokoju, który był inny niż ten, w którym stał Julian. Jej pokój miał inne tapety, inne meble — jakby lustro odbijało dwa czasy naraz.

Kiedy, z narastającym przyspieszeniem tętna, uniósł pędzel, by sprawdzić reakcję, Kobieta pozostała nieruchoma. Jej oczy jednak — jej zimne, martwe oczy — utkwiły w Julianie. Wtedy jego ręka, trzymająca pędzel, poczuła dziwne drżenie. Czuł, jak pędzel wysuwa mu się z palców. Kiedy odzyskał kontrolę nad dłonią, zobaczył, że kobieta znika z tafli, a lustro znów odbijało tylko mroczny cień pokoju. Na podłodze leżał nie pędzel, lecz jego ulubiony, precyzyjny skalpel, ten, który zaginął na początku. Leżał idealnie czysty i zimny, o trzy metry dalej od miejsca, w którym go zostawił, tuż u stóp lustra. To było celowe przeniesienie. Nie musiał już niczego udowadniać. Obiekt wewnątrz lustra nie tylko istniał, ale i manipulował jego światem. I najwyraźniej bawił się z nim. Julian porzucił wszelkie próby racjonalizacji. Nóż, który wrócił z niebytu, był dowodem na inteligentną i złośliwą obecność. Zjawisko to wykraczało poza prostego poltergeista — duch kobiety, uwięziony w przestrzeni za lustrem, nie tylko manipulował przedmiotami, ale także, coraz śmielej, zjawiał się w rzeczywistości. Julian spędził całe popołudnie na studiowaniu historii posiadłości, szukając w lokalnym archiwum. Przeczytał o Eleonorze Ashton: która uległa szałowi na punkcie wyglądu, obsesja pogłębiła się po tym, jak zachorowała na postępującą, wyniszczającą chorobę. Zmarła w 1919 roku, a legenda głosiła, że jej ostatnie chwile spędziła na wpatrywaniu się w swoje ulubione lustro.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij